Wyznaję - Jaume Cabré

Wyznaję

0,0

To trzymające w napięciu do ostatniej strony wyznanie miłosne i spowiedź człowieka starającego się przeniknąć istotę zła – w świecie i sobie samym. Historia chłopca dorastającego samotnie wśród książek, który musi zmierzyć się z rodzinnymi tajemnicami. Za sprawą osiemnastowiecznych skrzypiec zagłębia się w mroki dziejów hiszpańskiej inkwizycji i piekła dwudziestowiecznej Europy.

Dodaj komentarz


Nie ma tu tradycyjnej, linearnej akcji. Pourywana fabuła przypomina rozsypana układankę. Układankę, którą czytelnik sam musi ułożyć. To swego rodzaju wyzwanie. Trzeba czytać w skupieniu aby mu sprostać. Jak się uda, satysfakcja gwarantowana. Lektura nie dla wszystkich.


Wciągająca ksiażka. Już od pierwszych stron zakochałam się w niej. Kupiłam ją, bo rzekomo jest podobna do książki "Cień wiatru". Nie zawiodłam sie

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Wyznaję
Jaume Cabre - Wyznaję

© Jaume Cabré, 2011

© first published in Catalan by Raval Edicions, SLU, Proa, 2011

Published by arrangement with Cristina Mora Literary & Film Agency (Barcelona, Spain)

Copyright © for the translation by Anna Sawicka

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy,

Warszawa 2013

 

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

OD TŁUMACZKI

Jaume Cabré – filolog, członek Katalońskiej Akademii Nauk, wykładowca uniwersytecki i jeden z najpoczytniejszych pisarzy katalońskich – konsekwentnie buduje wewnętrzną logikę narracji, często odchodząc od zasad edytorskich i przyzwyczajeń Czytelników.

W polskim wydaniu zachowano urwane, niezakończone wielokropkiem zdania, na przykład „Pytałeś mnie, co zna” (s. 88). Poza tym często przed przytoczeniem wypowiedzi nie ma znaków interpunkcyjnych, jak w zdaniu: „Zanim Feliks Ardèvol oświadczył profesorowi Boschowi chcę porozmawiać o twojej córce” (s. 55). Pozorne niezręczności stylistyczne „Ojciec… ojcu” (s. 16) wynikają z wielokrotnego powracania do tych samych motywów – z reguły kontekst wypowiedzi ujawnia się dopiero w kolejnym wariancie.

W powieści użyto cytatów w obcych językach. Jest na przykład lekko zmodyfikowany fragment wiersza galicyjskiej poetki Rosalíi de Castro: “teno medo dunha cousa que vive e que non se ve. Teno medo á desgracia traidora que ven, e que nunca se sabe ónde ven. Adrianie, ónde estás” (dosłownie: „boję się czegoś, co jest, choć tego nie widać. Boję się podstępnego nieszczęścia, które nadejdzie nie wiadomo skąd. Adrianie, gdzie jesteś”, s. 757). Zgodnie z wolą Autora cytaty i wypowiedzi w języku obcym nie zostały przetłumaczone ani wyróżnione kursywą. Kursywa zarezerwowana jest dla tytułów i dla narracji współczesnej, odróżnionej graficznie (na wzór wydań katalońskiego i hiszpańskiego) od wspomnień głównego bohatera. Wśród wtopionych w tekst cytatów dociekliwy czytelnik odnajdzie zapewne odniesienia do włoskiej opery, do Szymborskiej, Dantego, Homera, Pascala, Rilkego, do Gabriela Garcíi Márqueza oraz wielu autorów hiszpańskich i katalońskich.

Imiona głównych bohaterów powieści (Adrià, Fèlix, Carolina, Lola Xica) zostały spolszczone; pozostawiono w oryginale przydomek małżonków Guerxo (dosłownie: „Kaprawy”) i Guerxa („Kaprawa”). Germańska etymologia słowa Ardèvol (dosłownie: „odporna roślina”) pozwala na użycie kilku wariantów językowych tego nazwiska – kilkakrotnie pojawia się ono w formie włoskiej, Ardevole, a raz w wersji niemieckiej, Hartbold. Wielka miłość głównego bohatera, Sara Voltes-Epstein, nie wymawia „r”, stąd jej imię, kiedy się przedstawia, przybiera formę Saha. Decyzją tłumaczki, zaaprobowaną przez Autora, obraźliwy epitet „marika” zachowany jest w oryginalnym brzmieniu tak długo, jak długo młodociany bohater nie domyśla się jego znaczenia; znika w rozdziale szesnastym, kiedy Adrian jest już uświadomiony.

Pozostawiono w tekście nietłumaczone te toponimy, które można odnaleźć na aktualnym planie Barcelony (np. Casal del Metge) czy na mapie (jak położony w Pirenejach opuszczony klasztor Sant Pere del Burgal), natomiast Santa Maria dai Ciüf de Pardàc została spolszczona jako Matka Boska Kwietna, ponieważ w tym wypadku Autor wybrał miejscowości patronkę arbitralnie, sugerując się eufonią, a nie stanem rzeczywistym.

Anna Sawicka

ANNA SAWICKA – iberystka, pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego, redaktor „Studiów Iberystycznych”, tłumaczy z języka katalońskiego i hiszpańskiego. Przez pięć lat była lektorem języka polskiego i wykładowcą literatury polskiej na Uniwersytecie Barcelońskim. Zajmuje się m.in. literaturą i kulturą katalońską (Drogi i rozdroża kultury katalońskiej, 2007). Ma w dorobku przekłady kilku katalońskich dramaturgów (Sergi Belbel, Josep Maria Benet i Jornet, Carles Batlle, Josep Pere Peyró, Lluísa Cunillé, Guillem Clua) oraz opowiadania Pere Caldersa i Javiera Tomeo (Minihistorie, 2009), średniowieczny brewiarz mistyczny Ramona Llulla (Księga Przyjaciela i Umiłowanego, 2003), a także powieści Alberta Sancheza Piñola (Chłodny dotyk, 2006), Lluisa-Antona Baulenasa (Za worek kości, 2008), Marii Àngels Anglady (Skrzypce z Auschwitz, 2010) i Eduarda Mendozy (Miasto cudów, 2010).

KSIĄŻKA UHONOROWANA

Nagrodą Krytyki Hiszpańskiej, 2011

Nagrodą pisma „Serra d’Or”, 2011

AUTOR NAGRODZONY TYTUŁEM

Premi d’Honor de les Lletres Catalanes

dla najlepszego pisarza katalońskiego

Dla Margaridy

I
A capite…

Ja będzie niczym.

CARLES CAMPS MUNDÓ

1

Dopiero wczoraj wieczorem, idąc zmoczonymi deszczem ulicami Vallcarki, zrozumiałem, że przyjście na świat w tej rodzinie było niewybaczalnym błędem. Nagle dotarło do mnie, że zawsze byłem sam, że nigdy nie mogłem liczyć ani na rodziców, ani na żadnego Boga, gdy trzeba było rozwiązać jakiś problem, chociaż w miarę, jak dorastałem, nauczyłem się przerzucać ciężar swojego myślenia i odpowiedzialność za czyny na bliżej nieokreślone wierzenia i przeróżne lektury. Wczoraj, we wtorek wieczorem, kiedy w strugach deszczu wracałem od doktora Dalmau, doszedłem do wniosku, że jest to wyłącznie moja sprawa. Że moje sukcesy i błędy zależą tylko ode mnie. Potrzebowałem sześćdziesięciu lat, żeby to odkryć. Mam nadzieję, że mnie zrozumiesz i pojmiesz, jaki czuję się opuszczony i samotny, i jak bezgranicznie za tobą tęsknię. Mimo dzielącej nas odległości jesteś moim wzorem. Mimo paniki, nie chwytam się brzytwy, żeby się utrzymać na powierzchni. Mimo pewnych sugestii radzę sobie bez wierzeń, bez kapłanów, bez ogólnie przyjętych zasad, które miałyby mi ułatwić drogę nie wiadomo dokąd. Czuję się stary; dama z kosą już na mnie kiwa. Widzę, że przestawiła czarnego gońca na szachownicy i zaprasza mnie uprzejmie do gry. Wie, że mam już niewiele pionków. Jednak jutro jeszcze nie nadeszło i zastanawiam się, którą figurą zrobić ruch. Zostałem sam na sam z kartką papieru, to moja ostatnia szansa.

Nie ufaj mi zanadto. Wiem, że w tym gatunku, jakim są wspomnienia pisane dla jednego czytelnika, łatwo kłamać, więc zawsze spadnę na cztery łapy, jak kot, ale postaram się za dużo nie zmyślać. Wszystko wyglądało właśnie tak, a nawet jeszcze gorzej. Wiem, że już dawno powinienem był ci o tym opowiedzieć, ale teraz też mi trudno i nie wiem, jak się do tego zabrać.

Naprawdę wszystko zaczęło się ponad pięćset lat temu, kiedy tamten udręczony mężczyzna postanowił wstąpić do klasztoru Sant Pere del Burgal. Gdyby tego nie zrobił lub gdyby przeor, wielebny Józef od Świętego Bartłomieja, stanowczo mu odmówił, nie opowiadałbym ci teraz tego wszystkiego. Ale nie potrafię cofnąć się aż tak daleko. Zacznę od tego, co bliżej. Dużo bliżej.

– Ojciec… Wiesz, synu… Ojcu…

Nie, nie; od tego też nie chcę zaczynać, nie. Najlepiej zacząć od gabinetu, w którym piszę, przed twoim wspaniałym autoportretem. Ten gabinet to mój świat, moje życie, moje uniwersum, w którym jest wszystko poza miłością. Kiedy biegałem po domu w krótkich spodenkach, z rękami odmrożonymi od jesiennych i zimowych chłodów, wolno mi było tu wchodzić tylko przy wyjątkowych okazjach. Chyba że się zakradłem i wszedłem ukradkiem. Znałem tu wszystkie zakamarki i przez parę lat rozkładałem za sofą swój partyzancki obóz, który ciągle musiałem zwijać, żeby nie nakryła mnie Mała Lola podczas sprzątania. Natomiast zawsze, kiedy wchodziłem tam oficjalnie, musiałem zachowywać się tak, jakbym przyszedł z wizytą, i trzymać ręce z tyłu, podczas gdy ojciec pokazywał mi rękopis znaleziony w upadającej księgarni berlińskiej; przyjrzyj się, tylko uważaj, nie dotykaj, żebym nie musiał na ciebie krzyczeć. Adrian zaintrygowany pochylił się nad rękopisem.

– To po niemiecku, prawda? – Bezwiednie wyciągnął rękę, tak jakoś mimochodem.

– Pst! Uważaj, co robisz! – Uderzył go po palcach. – Co mówiłeś?

– Że to po niemiecku, prawda? – Rozcierał bolącą dłoń.

– Tak.

– Chcę się nauczyć niemieckiego.

Feliks Ardèvol z dumą spojrzał na syna i powiedział wkrótce będziesz mógł zacząć, mój synu.

Ściśle rzecz biorąc, to nie był rękopis, był to plik pożółkłych kartek: na pierwszej stronie ozdobne litery układały się w tytuł: Der begrabene Leuchter. Eine Legende.

– Kto to jest Stefan Zweig?

Ojciec z lupą w dłoni, skoncentrowany na jakimś dopisku na marginesie pierwszego akapitu, zamiast odpowiedzieć mi to pisarz, synu, rzekł tylko no wiesz, to taki jeden, co jakieś dziesięć czy dwanaście lat temu popełnił samobójstwo w Brazylii. Przez długi czas o Stefanie Zweigu wiedziałem tylko tyle, że to ktoś, kto popełnił samobójstwo w Brazylii, jakieś dziesięć czy dwanaście, trzynaście, czternaście czy piętnaście lat temu, aż wreszcie mogłem przeczytać rękopis i dowiedzieć się czegoś więcej.

Wtedy skończyła się wizyta i Adrian wyszedł z gabinetu upomniany, żeby nie hałasował: w domu nigdy nie wolno było biegać ani krzyczeć, ani rozmawiać, bo ojciec zawsze albo siedział z lupą nad jakimś rękopisem, albo przeglądał mapy średniowieczne, albo rozmyślał, gdzie zdobyć jakieś nowe okazy, które by go przyprawiły o drżenie rąk. Jedyną dozwoloną mi czynnością zakłócającą ciszę była gra na skrzypcach. Jednak nie mógł poświęcić całego dnia na ćwiczenie XXIII arpeggio ze zbioru O livro dos exercicios da velocidade, z powodu którego znienawidziłem panią Trullols, ale nie skrzypce. Nie, to nie była nienawiść. Jednak Trullols była bardzo namolna i uparcie nalegała na ćwiczenie XXIII.

– Może bym zagrał coś innego dla odmiany.

– Tu – uderzała nuty końcem smyczka – znajdziesz wszystkie trudności w pigułce, zebrane na jednej stronie. To ćwiczenie jest po prostu genialne.

– Ale ja…

– Na piątek masz wykuć na blachę ćwiczenie dwudzieste trzecie. Łącznie z taktem dwudziestym siódmym.

Czasem pani Trullols była uparta jak osioł. Ale na ogół dało się z nią wytrzymać. A chwilami było nawet przyjemnie.

Bernat uważał podobnie. Kiedy przerabiałem O livro dos exercicios da velocidade, jeszcze go nie znałem. Ale zgadzaliśmy się obaj co do pani Trullols. Musiała być świetnym dydaktykiem, chociaż, o ile mi wiadomo, nie przeszła do historii. Chyba powinienem się skupić, bo wszystko mi się miesza. Tak, o wielu sprawach już wiesz, zwłaszcza o tych, które ciebie dotyczą. Ale są takie zakamarki duszy, które pozostają nieznane, bo nie da się poznać do końca drugiego człowieka, choćby nie wiem co.

Mimo że sklep prezentował się okazale, lubiłem go mniej niż gabinet ojca. Może dlatego, że za każdym razem kiedy tam wchodziłem, a zdarzało się to rzadko, miałem wrażenie, że cały czas jestem obserwowany. Ale sklep miał swoje dobre strony – tam mogłem się przyglądać pięknej Cecylii, w której byłem bez pamięci zakochany. Miała świetliste włosy blond, zawsze kunsztownie upięte, i wydatne wargi w kolorze krwistej czerwieni. Wiecznie czymś zajęta – albo przeglądała katalogi i wyceny, albo wypisywała etykiety, albo z uśmiechem, w którym pokazywała piękne zęby, obsługiwała nielicznych klientów.

– Mają państwo instrumenty muzyczne?

Mężczyzna nawet nie zdjął kapelusza. Stał przed Cecylią i obrzucał spojrzeniem lampy, kandelabry, krzesła z wiśniowego drewna z delikatną intarsją, dwuosobowe kanapy z początku XIX wieku, wazony z dowolnej epoki i dowolnej wielkości… Na mnie nawet nie spojrzał.

– Niewiele, ale gdyby pan był uprzejmy pójść za mną…

Na to „niewiele” składała się para skrzypiec i altówka; nie brzmiały może najlepiej, ale zachowały oryginalne struny z jelit, które jakimś cudem się nie zerwały. Była też poobijana tuba, dwa wspaniałe sakshorny i trąbka, w którą strażnik dął desperacko, żeby ostrzec mieszańców sąsiednich dolin, że pali się las Paneveggio, i ogłosić, że mieszkańcy Pardàcu proszą o pomoc sąsiadów z Siròru, San Martino, a nawet z Welschnofen, niedawnych pogorzelców, z Moeny i Soragi, których już zapewne zaalarmowała woń tej klęski żywiołowej z roku pańskiego 1690, kiedy ziemia była okrągła dla prawie wszystkich i, jeśli tylko nieznane choroby, dzicy bezbożnicy i bestie morskie i lądowe, mróz, burze i ulewne deszcze nie przeszkodziły, statki, które znikały na zachodzie, wracały ze wschodu, przywożąc marynarzy wychudłych i zmizerniałych, ze wzrokiem błędnym od prześladujących ich nocnych koszmarów. Latem roku pańskiego 1690 wszyscy mieszkańcy Pardàcu, Moeny, Siròru, San Martino, wszyscy, poza niedołężnymi, biegli oglądać przez łzy żywioł, który obracał wniwecz ich życie, jednym bardziej, innym mniej. Przerażający pożar, na który patrzyli bezradnie, pochłonął stosy użytecznego drewna. Kiedy na szczęście deszcze ugasiły ogień, Jachiam, czwarty syn Muredy z Pardàcu, najbardziej rozgarnięty z całego rodzeństwa, przeszukał dokładnie cały zniszczony las, wypatrując miejsc oszczędzonych przez płomienie i pni, które nadawały się do wykorzystania. Schodząc zboczem Wąwozu Niedźwiedziego, przykucnął, żeby ulżyć kiszkom w pobliżu przewróconego, spalonego na węgiel świerku. Jednak to, co zobaczył, odsunęło na dalszy plan potrzeby fizjologiczne: leżały tam żywiczne smolniaki zawinięte w szmatę, która wydzielała zapach kamfory czy innej dziwnej substancji. Ostrożnie rozwinął strzępy szmat oszczędzonych przez ten piekielny pożar, który zniszczył jego przyszłość. Odkrycie oszołomiło go: szmata na wierzchu smolnych polan zachowała brudnozielony kolor i lamówkę z żółtego, przybrudzonego sznura – dubletu, kaftana noszonego przez Bulchanija Brocię, grubasa z Moeny. Kiedy znalazł jeszcze dwa tobołki z ubraniem, całkiem strawionym przez pożar, zrozumiał, że Bulchanij, ten potwór, spełnił swoją groźbę zrujnowania rodziny Muredów, a wraz z nią całej wsi Pardàc.

– Bulchanij.

– Z psami nie rozmawiam.

– Bulchanij.

Posępny ton głosu Jachiama sprawił, że się odwrócił. Bulchanij z Moeny miał okazały brzuch, który, gdyby tylko jego właściciel żył dłużej i nadal dobrze się odżywiał, mógłby mu kiedyś służyć za podpórkę dla ramion.

– Czego chcesz, do cholery?

– Gdzie twój kaftan?

– A tobie co do tego?

– Dlaczego go już nie nosisz? Pokaż mi go.

– Spieprzaj, zasrańcu. Myślisz, że skoro wy wdepnęliście w gówno, to teraz cała Moena ma skakać, jak nam zagracie? Co? – Z nienawiścią w oczach wymierzył w niego palec. – Nie mam zamiaru niczego pokazywać. I spieprzaj stąd, bo mi zasłaniasz słońce, wypierdku.

Jachiam, czwarty syn Muredy, z zimną furią wyciągnął nóż do korowania, który zawsze nosił za pasem, i wbił w bandzioch Bulchanija Brocii, grubasa z Moeny, jakby był pniem klonu, który trzeba oczyścić. Bulchanij otworzył usta i oczy zrobiły mu się wielkie jak pomarańcze. Bardziej niż bólem zaskoczony był samym faktem, że ten gówniarz z Pardàcu ośmielił się go tknąć. Kiedy Jachiam Mureda z obrzydliwym plaśnięciem wyciągnął nóż czerwony od krwi, Bulchanij opadł na krzesło, jakby przez ranę uszło z niego powietrze.

Jachiam spojrzał w lewo i w prawo, droga była wolna. Naiwny, rzucił się biegiem w kierunku Pardàcu. Kiedy minął ostatni dom w Moenie, uświadomił sobie, że garbuska przy młynie, dźwigająca mokre pranie, która wpatrywała się w niego z otwartymi ustami, mogła wszystko widzieć. Zamiast przejechać jej nożem po gardle, żeby zamknęła oczy, przyspieszył tylko kroku. Mimo że był drwalem umiejącym najlepiej ocenić śpiewność drzew, mimo że nie skończył jeszcze dwudziestu lat, jego życie zostało zrujnowane.

Rodzina stanęła po jego stronie; natychmiast powiadomili sąsiadów z San Martino i z Siròru o dowodach świadczących, że to Bulchanij był podpalaczem, który z zawiści zniszczył ich las, gdy tymczasem cała Moena uznała, że nie ma co liczyć na sprawiedliwość; bez żadnych pośredników ludzie sami zaczęli ścigać nikczemnika, Jachiama Muredę.

– Synu – powiedział stary Mureda, patrząc na niego tak smutno jak nigdy dotąd. – Musisz uciekać. – Wręczył mu sakiewkę z połową złota, które uzbierał, pracując przez trzydzieści lat w lesie Paneveggio. Żaden z braci nawet nie pisnął i stary oświadczył ceremonialnie, że choćbyś był najbardziej wyspecjalizowanym w akustyce brakarzem, z najlepszym słuchem do śpiewności drewna, Jachiamie, synu, serce ty moje, czwarty potomku tego nieszczęsnego rodu, twoje życie więcej jest warte niż najlepszy klon, jaki kiedykolwiek udało nam się sprzedać. A poza tym unikniesz nędzy, która teraz na nas spadnie, bo Bulchanij z Moeny pozbawił nas drewna.

– Ojcze, ja…

– Szybko, bierz nogi za pas i uciekaj, kieruj się na Welschnofen, bo na pewno będą cię szukać w Siròrze. Rozpuścimy plotkę, że ukryłeś się albo tam, albo w Tonadichu. Tu, w dolinach, nie będziesz bezpieczny. Musisz wyruszyć w drogę, daleką drogę, jak najdalej od Pardàcu. Uciekaj, synu, i niech Bóg ma cię w swojej opiece.

– Ależ ojcze, ja chcę tu zostać. Chcę pracować w lesie.

– Las nam spalili, dziecko. Gdzie ty chcesz pracować?

– Nie wiem; ale umrę, jeżeli opuszczę doliny!

– Jeżeli nie uciekniesz tej nocy, sam cię zabiję. Rozumiesz?

– Ojcze…

– Nie pozwolę, żeby ktokolwiek z Moeny skrzywdził mojego syna.

I Jachiam od Muredów z Pardàcu pożegnał ojca i ucałował jednego po drugim wszystkich braci: Agna, Jenna, Maxa i ich żony. Zebrali się wszyscy – Hermes, Josef, Theodor i Micurà; Ilse, Erica i ich mężowie, i jeszcze Katharina, Matilde, Gretchen i Bettina, żeby go pożegnać w milczeniu, i kiedy już był w drzwiach, mała Bettina powiedziała Jachiam, a on się odwrócił i zobaczył, że dziewczynka trzyma w ręce medalik z Matką Boską Kwietną, patronką Pardàcu, ten, który matka wręczyła jej przed śmiercią. Jachiam bez słowa popatrzył na braci, a potem na ojca, który potakująco skinął głową. Wtedy podszedł do Bettiny, wziął medalik z jej rąk i powiedział Bettino, moja mała, będę nosił ten klejnot aż do śmierci, choć nie wiedział, że naprawdę tak się stanie. A Bettina ujęła jego twarz w swoje dłonie, powstrzymując łzy. Jachiam wyszedł z domu z zaczerwienionymi oczami, wyszeptał krótką modlitwę nad grobem matki i pochłonęła go noc i wieczny śnieg, aby mógł zmienić swoje życie, historię i wspomnienia.

– Czy to wszystko, co państwo mają?

– To jest sklep antykwaryczny – odpowiedziała Cecylia tym swoim surowym tonem, który onieśmielał mężczyzn. I dodała z lekką ironią: – Może pójdzie pan do lutnika?

Podobała mi się Cecylia, kiedy była zła. Robiła się wtedy jeszcze ładniejsza. Ładniejsza od mojej mamy. Mamy z dawnych czasów.

Z tego miejsca widziałem biuro pana Berenguera. Słyszałem, jak Cecylia odprowadza zawiedzionego klienta, który ciągle miał na głowie kapelusz, a kiedy zadźwięczał dzwonek nad drzwiami i usłyszałem, że Cecylia żegna mężczyznę, życząc miłego dnia, pan Berenguer podniósł głowę i puścił do mnie oko.

– Adrianie.

– Tak.

– Kiedy po ciebie przyjdą? – zapytał, podnosząc głos. Wzruszyłem ramionami. Nigdy nie wiedziałem, kiedy powinienem być w tym czy innym miejscu. Rodzice nie chcieli, bym zostawał sam w domu, i kiedy oboje wychodzili, przyprowadzali mnie do sklepu. Mnie to odpowiadało, bo miałem dobrą rozrywkę, oglądając nieprawdopodobne przedmioty, które lata świetności miały już za sobą, a teraz czekały cierpliwie na drugą, trzecią czy czwartą szansę. A ja wyobrażałem sobie ich życie w różnych domach i doskonale się przy tym bawiłem.

Zawsze w końcu przychodziła po mnie Mała Lola, zawsze w pośpiechu, bo musiała przyrządzić kolację, a nie wstawiła jeszcze gorącego dania. Dlatego wzruszyłem ramionami, gdy pan Berenguer zapytał, kiedy po mnie przyjdą.

– Chodź no tu – powiedział, wskazując mi białą kartkę. – Siądź przy stole Tudorów i narysuj coś.

Nigdy tego nie lubiłem, bo do rysowania się nie nadaję, mam dwie lewe ręce. Dlatego podziwiałem twój talent, który wydawał mi się czymś cudownym. Pan Berenguer kazał mi rysować, bo przeszkadzała mu moja bezczynność, choć to wcale nie była prawda, gdyż zajmowałem się myśleniem. Ale z panem Berenguerem nie można było dyskutować. Tak więc siedząc przy stole Tudorów, zajmowałem się czymkolwiek, żeby tylko dał mi spokój. Wyciągnąłem z kieszeni Czarnego Orła i spróbowałem go narysować. Biedny Czarny Orzeł, gdyby zobaczył siebie na papierze… A właśnie, Czarny Orzeł nie zdążył jeszcze poznać szeryfa Carsona, bo zdobyłem go dziś rano, wymieniając się z Ramonem Collem na harmonijkę Weissa. Gdyby mój ojciec się o tym dowiedział, chyba by mnie zabił.

Pan Berenguer był jedyny w swoim rodzaju; trochę się go bałem, kiedy się uśmiechał. Cecylię traktował, jakby była bezużyteczną służącą, czego nie mogłem mu wybaczyć. Ale on najwięcej wiedział o moim ojcu, który dla mnie pozostawał zagadką.

2

Statek Santa Maria przybił do portu w Ostii w mglisty poranek drugiego czwartku września. Podróż z Barcelony była gorsza niż wszystkie wyprawy Eneasza w poszukiwaniu przeznaczenia i wiecznej chwały. Neptun nie okazał się dla niego życzliwy i na pokładzie Santa Marii nie tylko dostarczył rybom pożywienia, ale też zmieniła mu się cera: czerstwa i rumiana twarz wieśniaka z La Plany przybrała blady odcień mistycznej zjawy.

Sam biskup Josep Torras i Bages uznał, że w osobie tego inteligentnego, pobożnego i ułożonego seminarzysty, zdobywającego znakomite oceny, przejawiającego prawdziwe zamiłowanie do nauki i mającego wiedzę zaskakującą w tak młodym wieku, dostali drogocenny kwiat, który potrzebuje bujnego ogrodu, gdyż w skromnym warzywniaku seminarium w Vic zwiędnie i utraci ten dar inteligencji, której Bóg mu nie poskąpił.

– Nie chcę jechać do Rzymu, Ekscelencjo. Chcę się poświęcić nauce, bo

– Właśnie dlatego wysyłam cię do Rzymu, ukochany synu. Znam dobrze nasze seminarium i wiem, że taka inteligencja jak twoja u nas się tylko zmarnuje.

– Ależ, Ekscelencjo…

– Bóg cię powołał do wyższych celów. Twoi profesorowie stanowczo tego żądają – powiedział, nieco teatralnym gestem wymachując dokumentem, który trzymał w ręce.

 

Urodzony w folwarku Can Ges, w miejscowości Tona, jako potomek przykładnej rodziny, syn Andreu i Rosalii, w wieku lat sześciu był już gotów do rozpoczęcia nauki i zdecydował się na karierę duchowną, wstępując do pierwszej klasy Łaciny, prowadzonej przez księdza Jacinta Garrigósa. Postępy, jakie natychmiast poczynił, były tak wybitne, że kiedy przyszła kolej na Retorykę i miał wygłosić dysertację na temat Oratio Latina, która to mowa, jak Ekscelencja wie z własnego doświadczenia – mieliśmy bowiem zaszczyt zaliczać go do wychowanków naszego seminarium – jest jedną z pierwszych wprawek literackich, przeznaczoną dla najwybitniejszych uczniów, biegłych w wymowie. Ale to wyróżnienie kłóciło się z ograniczeniami jego wieku, zwłaszcza z mizerną posturą jedenastolatka. Z tego powodu, kiedy zebranym dano możliwość wysłuchania poważnej rozprawy retorycznej, którą Feliks Ardèvol wygłosił w języku Wergiliusza, trzeba było ustawić drobnego, światłego mówcę na sporym stołku, żeby mogła go dostrzec publiczność, ze wzruszonymi rodzicami i bratem siedzącymi w pierwszym rzędzie. W ten sposób Feliks Ardèvol i Guiteres rozpoczął triumfalnie karierę naukową, prowadzącą przez Matematykę, Filozofię i Teologię, na poziomie porównywalnym z tak wybitnymi absolwentami seminarium, jak znakomici ojcowie Jaume Balmes i Urpià, Antoni Maria Claret i Clarà, Jacint Verdaguer i Santaló, Jaume Collell y Bancells, profesor Andreu Duran czy wreszcie Wy, Wasza Ekscelencjo, Biskupie naszej ukochanej diecezji, którego osoba przynosi nam zaszczyt.

Oby cnota naszej wdzięczności objęła też naszych przodków, jak nas poucza Pan Nasz słowami „Laudemus viros gloriosos et parentes nostros in generatione sua” (Syr, 44,1). Umocnieni tą wiarą sądzimy, że nie popełniamy błędu, prosząc usilnie Waszą Ekscelencję o zgodę dla naszego studenta, seminarzysty Feliksa Ardèvola i Guiteres, na odbycie studiów teologicznych w Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim.

 

– Nie masz wyboru, synu.

Feliks Ardèvol nie odważył się przyznać, że nienawidzi statków, że urodził się i zawsze mieszkał na lądzie, daleko od morza. Ponieważ nie umiał sprzeciwić się biskupowi, podjął tę ciężką przeprawę. W jakimś zaułku portu w Ostii, pośród przegniłych drewnianych skrzyń i szczurzych odchodów, zwymiotował całą swoją bezradność i prawie wszystkie wspomnienia z przeszłości. Przez kilka sekund oddychał ciężko, aż wreszcie wyprostował się, wytarł usta chusteczką, energicznie wytrzepał podróżną sutannę i spojrzał w kierunku świetlanej przyszłości. Tak jak kiedyś Eneasz, teraz on przybył do Rzymu.

 

– To jest najlepszy pokój w tej bursie.

Feliks Ardèvol odwrócił się zaskoczony. Na progu stał student w habicie dominikańskim, niski i korpulentny, pocący się od nadmiaru własnego tłuszczu, i uśmiechał się do niego serdecznie.

– Feliks Morlin z Liège – powiedział nieznajomy i cofnął się o krok w głąb celi.

– Feliks Ardèvol z Vic.

– Och! Mój imiennik! – zawołał, śmiejąc się, i wyciągnął do niego rękę.

Od pierwszej chwili przypadli sobie do gustu. Morlin potwierdził, że to najatrakcyjniejszy pokój w całej bursie, i zapytał go, jakiego miał protektora. Ardèvol twierdził, że żadnego, że na portierni ten gruby, łysy stróż spojrzał tylko na jego papiery, powiedział Ardevole?, cinquantaquattro i wręczył mu klucz. Nawet na niego nie spojrzał. Morlin mu nie uwierzył, ale uśmiał się serdecznie.

W ciągu tygodnia, jaki pozostał do rozpoczęcia zajęć, Morlin przedstawił mu ośmiu czy dziesięciu studentów drugiego roku, swoich znajomych, i poradził, żeby nie spoufalał się z nikim, kto nie studiuje w Gregorianum lub w Instytucie Biblijnym, bo to strata czasu; pokazał, jak wyjść niepostrzeżenie z budynku, tak, żeby nie zwrócić na siebie uwagi cerbera; poradził, żeby przygotował sobie cywilne ubranie na wypadek, gdyby musieli przejść się po mieście incognito; pokazał też innym nowym studentom pierwszego roku najważniejsze budynki i najkrótszą drogę z bursy do Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego. Mówił po włosku z akcentem francuskim, ale całkiem poprawnie. Wygłosił im też wykład na temat konieczności zachowania dystansu w stosunku do jezuitów z Gregorianum, bo jak nie będziesz się miał na baczności, niepostrzeżenie przenicują ci mózg. Ot tak: pstryk!

Dzień przed inauguracją wszyscy nowi i starzy studenci, pochodzący z różnych stron, zgromadzili się w ogromnej sali reprezentacyjnej w Palazzo Gabrielli-Borromeo, siedzibie Gregorianum, i Pater Decanus Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego z Collegio Romano, Daniele D’Angelo, S.J., nienaganną łaciną uświadomił im, jaki to przywilej i jak wielkie macie szczęście, mogąc studiować na którymkolwiek z fakultetów Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego, et cetera, et cetera, et cetera. Mieliśmy zaszczyt przyjmować sławnych studentów, wśród których było nawet kilku ojców świętych, żeby wymienić tylko ostatniego z nich, nieodżałowanego papieża Leona XIII. Wymagamy od was tylko wysiłku, wysiłku i wysiłku. Tu się studiuje, studiuje, studiuje i uczy się od najlepszych znawców Teologii, Prawa Kanonicznego, Duchowości, Historii Kościoła, et cetera, et cetera, et cetera.

– Ojca D’Angelo nazywają tu D’Angelodangelodangelo – wyszeptał mu Morlin do ucha, jakby go informował o czymś przykrym.

A kiedy skończą naukę i rozproszą się po świecie, i wrócą do swoich krajów, swoich seminariów, do swoich zakonów i zostaną prezbiterami, o ile jeszcze nimi nie są, wtedy wyda owoc ziarno zasiane w tym przybytku. Et cetera, et cetera, et cetera, plus piętnaście minut praktycznych ogłoszeń, może nie aż tak praktycznych jak te Morlina, ale przydatnych w życiu codziennym. Feliks Ardèvol pomyślał, że mogło być gorzej; że orationes latinae z Vic czasem były nudniejsze niż ten oparty na zdrowym rozsądku spis instrukcji, jaki im zaprezentowano.

 

Pierwsze miesiące kursu, aż do Bożego Narodzenia, minęły bez wstrząsów. Feliks Ardèvol podziwiał przede wszystkim jasność umysłu ojca Faluby, pół-Węgra, pół-Słowaka, jezuity o nieograniczonej kulturze biblijnej, i zdyscyplinowany umysł ojca Pierre’a Blanc, nieprzystępnego, który oblał Morlina na końcowym egzaminie i nie przyjął jego pracy z teologii mariańskiej, mimo że też pochodził z Liège, tak jak Morlin. Zdobył zaufanie Draga Gradnika, obok którego siedział na zajęciach z trzech przedmiotów. Ten gigantyczny Słoweniec, który przybył z seminarium w Lublanie, miał ogorzałą twarz i szeroki, potężny byczy kark, który zdawał się rozsadzać koloratkę. Mało ze sobą rozmawiali, choć tamten mówił biegle po łacinie. Ale obaj byli nieśmiali i starali się skierować swoją energię na sprawdzanie, co się kryje za wszystkimi drzwiami, które się przed nimi otwierały w trakcie studiów. Podczas gdy malkontent Morlin poszerzał krąg przyjaciół i znajomych, Ardèvol zamykał się w cinquantaquattro, najlepszym pokoju w bursie, i odkrywał nowe światy, studiując paleografię papirusów i innych dokumentów biblijnych, zapisanych egipską demotyką, pismem koptyjskim, greką czy aramejskim, przynoszonych przez ojca Falubę, tego, który ich uczył kochać rzeczy materialne. Zniszczony rękopis, powtarzał, jest bezużyteczny dla nauki. Trzeba go konserwować i ratować, nie licząc się z kosztami. A praca konserwatora jest tak samo ważna jak praca naukowca, który go odczytuje. I nie dorzucał et cetera, et cetera, et cetera, bo on zawsze wiedział, co ma do powiedzenia.

– Idioci – zawyrokował Morlin, kiedy się z nim podzielił wrażeniami. – Tacy jak on są szczęśliwi tylko z lupą w ręku, nad pogryzionymi przez myszy, zatęchłymi papierami na stole.

– Ja też się do nich zaliczam.

– Komu są potrzebne martwe języki? – zapytał, używając swojej pompatycznej łaciny.

– Ojciec Faluba mówił, że ludzie nie mieszkają w kraju, mieszkają w języku. A kiedy odzyskujemy dawne języki…

– Sciocchezze. Stupiditates. Jedynym martwym językiem, który żyje, jest łacina.

Doszli do połowy ulicy Via di Sant’Ignazio. Ardèvol w sutannie, a Morlin w habicie. Po raz pierwszy Ardèvol spojrzał na przyjaciela ze zdziwieniem. Zatrzymał się i zapytał, zmieszany, o jego credo. Morlin też się zatrzymał i wyjaśnił, że został dominikaninem, bo czuł głęboką potrzebę pomagania innym i służenia Kościołowi. I że nic go nie cofnie z tej drogi, jednakże służyć Kościołowi powinno się w sposób konkretny, nie przez studiowanie rozsypujących się papierów, lecz wpływając na ludzi, którzy z kolei wpływają na życie… Tu przerwał i dokończył: et cetera, et cetera, et cetera, i obaj przyjaciele wybuchnęli śmiechem. W tym momencie Karolina przeszła obok niego po raz pierwszy, ale żaden z nich nie zwrócił na nią uwagi. A ja, kiedy wracałem do domu z Małą Lolą, musiałem ćwiczyć grę na skrzypcach, podczas gdy ona robiła kolację, a wszystkie inne pomieszczenia były pogrążone w ciemności. Niezbyt mi się to podobało, bo w każdej chwili mógł wyskoczyć jakiś złoczyńca ukryty za drzwiami, i dlatego zawsze trzymałem w kieszeni Czarnego Orła, ponieważ ojciec zdecydował lata temu, że w domu nie będzie medalików, szkaplerzy, świętych obrazków ani mszalików, a Adrian Ardèvol, mały chłopczyk, czuł wewnętrzną potrzebę niewidzialnego wsparcia. I pewnego dnia, zamiast grać na skrzypcach, zostałem w jadalni, obserwując zauroczony, jak słońce, odpływające na zachód, w kierunku Trespui, wywołuje magiczne barwy na wiszącym nad kredensem obrazie, który przedstawiał opactwo Santa Maria de Gerri. To światło zawsze mnie fascynowało i inspirowało do wymyślania niesamowitych historii, więc nie słyszałem, że otwierają się drzwi wejściowe, aż nagle ojciec odezwał się głośno tuż obok mnie i okropnie mnie przestraszył.

– Co ty tu robisz, dlaczego tracisz czas? Lekcje odrobione? Nie musisz ćwiczyć gam? Nie masz nic do roboty? Co?

Adrian jak niepyszny wrócił do swego pokoju, a serce mu jeszcze waliło bum-bum-bum i tylko dlatego nie zazdrościł innym dzieciom, które rodzice całowali na dzień dobry, że nie wierzył w istnienie takich rodziców.

– Carsonie: przedstawiam ci Czarnego Orła z dzielnego plemienia Arapaho.

– Witaj.

– Hauk.

Czarny Orzeł złożył na policzku szeryfa Carsona pocałunek, o którym nie pomyślał ojciec, i Adrian postawił ich obu, na koniach, na nocnej szafce, żeby mogli się lepiej poznać.

 

– Zauważyłem, że jesteś osowiały.

– Po trzech latach studiowania teologii – powiedział zamyślony Ardèvol – nie udało mi się odgadnąć, co cię naprawdę interesuje. Doktryna łaski?

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – upomniał się Morlin.

– To nie było pytanie. Wiarygodność chrześcijańskiego objawienia?

Morlin nie odpowiedział i Feliks Ardèvol dalej nalegał.

– Dlaczego studiujesz teologię w Gregorianum, skoro teologia cię nie…

Zwiększył się dystans między nimi a pozostałymi studentami, którzy wracali z uniwersytetu do bursy. W ciągu dwóch lat studiowania Chrystologii i Soterologii, Metafizyki I, Metafizyki II, Bożego Objawienia i wysłuchiwania złośliwości najbardziej wymagających profesorów, zwłaszcza Levinskiego, tego od Bożego Objawienia, który uznał, że Feliks Ardèvol nie spełnia pokładanych w nim nadziei ze względu na nikłe postępy w jego dyscyplinie, Rzym niewiele się zmienił. Pomimo wojny, która wstrząsnęła Europą, miasto nie było otwartą raną, trochę tylko zubożało. Studenci Papieskiego Uniwersytetu studiowali, jakby nic się nie działo, obojętni na konflikt i na dramaty, jakie za sobą pociągał. Nie wszyscy. Oni zdobywali w tym czasie wiedzę i cnoty. Nie wszyscy.

– A ciebie?

– Teodycea i grzech pierworodny już mnie nie interesują. Nie chcę usprawiedliwiać Boga. Trudno mi się pogodzić z tym, że dopuszcza zło.

– Już parę miesięcy temu zacząłem to podejrzewać.

– Ty też?

– Nie: zacząłem podejrzewać, że się pogubiłeś. Zajmij się lepiej obserwowaniem świata, tak jak ja. Dobrze się bawię na Wydziale Prawa Kanonicznego. Stosunki prawne między Kościołem a społeczeństwem świeckim; Sankcje Karne w Kościele, Dobra doczesne Kościoła, Charyzmat Instytucji życia konsekrowanego, Consuetudine canonica…

– O czym ty mówisz!?

– Nauki spekulacyjne to strata czasu; przy nich kodyfikacje to powiew świeżego powietrza.

– Nie, nie! – zawołał Ardèvol. – Lubię aramejski, jestem podekscytowany, kiedy widzę rękopisy, kiedy mogę zrozumieć różnice morfologiczne między nowoaramejskim bothan i nowoaramejskim barzani. Albo kiedy zgłębiam tajniki koy sanjaq Surat lub mlahso.

– Wiesz? Nie mam pojęcia, o czym ty mówisz. Na pewno studiujemy na tym samym uniwersytecie? Na tym samym wydziale? Jesteśmy obaj w Rzymie? Co?

– Nieważne. Gdyby tylko ojciec Levinski nie był moim profesorem, chciałbym się dowiedzieć, ile się da, o chaldejskim, babilońskim, samarytańskim, o…

– Na co ci to?

– A tobie co z tego przyjdzie, że wiesz, jaka jest różnica między małżeństwem zawartym, skonsumowanym, legalnym, fałszywym, ważnym i nieważnym?

Obaj wybuchnęli śmiechem na środku Via del Seminario. Jakaś przestraszona kobieta w ciemnym ubraniu podniosła wzrok na dwóch młodych kleryków, którzy swobodnie sobie żartują, uwłaczając podstawowym zasadom skromności.

– Dlaczego jesteś taki osowiały, Ardevole? To nie jest pytanie retoryczne.

– A ciebie co interesuje, tak naprawdę?

– Wszystko.

– A teologia?

– Stanowi część wszystkiego – odpowiedział Morlin, unosząc ramiona, jakby zamierzał pobłogosławić fasadę Biblioteki Casanatense, wraz z dwudziestoma nieświadomymi niczego osobami, które w tym momencie miał przed sobą. Ruszył naprzód tak szybko, że Feliks Ardèvol ledwo za nim nadążał.

– Pomyśl tylko o wojnie w Europie – mówił dalej Morlin, wyciągając energicznie rękę w kierunku Afryki. I dodał po cichu, jakby się bał szpiegów: – Italia musi pozostać neutralna, bo Trójprzymierze to tylko pakt obronny, mówi Italia.

– To my, alianci, wygramy wojnę – odpowiedziała Entente Cordiale.

– Nie mam w tym żadnego interesu, dotrzymuję tylko danego słowa – oświadczyła Italia z godnością.

– Obiecujemy ci odzyskanie Trydentu, Istrii i Dalmacji.

– Powtarzam – upierała się Italia z jeszcze większą godnością, przewracając oczami – że dla Italii neutralność to kwestia honoru.

– Dobrze: jeżeli do nas przystąpisz, ale dzisiaj, nie jutro, jasne? Jeśli przyłączysz się natychmiast, dostaniesz pełny pakiet utraconych prowincji: Górną Adygę, Trydent, Wenecję Julijską, Istrię, Rijekę, Niceę, Korsykę, Maltę i Dalmację.

– Gdzie mam podpisać? – zapytała Italia. I dodała z błyskiem w oku: – Niech żyje Entente! Precz z mocarstwami Europy Środkowej! I tylko tyle, Feliksie, na tym polega polityka. Tak dla jednych, jak dla drugich.

– A wielkie ideały?

Teraz Feliks Morlin zatrzymał się i wzniósł oczy ku niebu, przygotowując się do wygłoszenia sentencji godnej wyrycia w marmurze:

– Polityka międzynarodowa to nie wielkie międzynarodowe ideały: to wielkie międzynarodowe interesy. Italia bardzo dobrze to zrozumiała; gdy tylko stanęła po właściwej, czyli po naszej stronie, natychmiast ofensywa w Trydencie zniszczyła piękne lasy, dar Boży, kontratak, bitwa pod Caporetto, trzysta tysięcy zabitych; Piave, przełamanie frontu w Vittorio Veneto, zawieszenie broni w Padwie, powstaje Królestwo Serbów, Chorwatów i Słoweńców, twór, który nie przetrwa nawet dwóch miesięcy, mimo że nosi szumną nazwę Jugosławii, i przepowiadam, że odzyskane regiony to marchewka, którą zaraz alianci zabiorą. A Italia obudzi się z ręką w nocniku. Ponieważ wszyscy ciągle się biją, wojna nie może się ostatecznie zakończyć. Ale jeszcze doczekamy się prawdziwego przeciwnika, gdy się tylko obudzi.

– Kto to taki?

– Bolszewicki komunizm. A jak nie teraz, to zobaczysz za parę lat.

– Skąd ty to wszystko wiesz?

– Czytam prasę, słucham właściwych ludzi. Zawieranie odpowiednich znajomości to sztuka. Gdybyś wiedział, jak niechlubną rolę odegrał w tych sprawach Watykan…

– A kiedy znajdujesz czas na studiowanie duchowego wpływu sakramentów na duszę albo doktryny łaski?

– To, co robię, to też nauka, drogi Feliksie. W ten sposób przygotowuję się do właściwej służby Kościołowi. W Kościele muszą być teolodzy, politycy, a nawet jeden czy drugi nawiedzony uczony, taki jak ty, który patrzy na świat przez lupę. Dlaczego jesteś osowiały?

Przez chwilę szli w milczeniu, ze spuszczonymi głowami, pogrążeni we własnych myślach. Nagle Morlin stanął jak wryty i powiedział no nie!

– Co?

– Już wiem, co ci jest! Wiem, czemu jesteś osowiały.

– Ach, tak?

– Jesteś zakochany.

Feliks Ardèvol i Guiteres, student czwartego roku Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie, który swoją błyskotliwą karierę ugruntował, kończąc dwukrotnie rok akademicki z pierwszą lokatą, otworzył usta, żeby zaprotestować, ale zaraz je zamknął. Przypomniał sobie, jak w Poniedziałek Wielkanocny, w ostatnim dniu ferii z okazji Wielkiego Tygodnia, gdy już skończył dysertację na temat Vico, verum et fatum reciprocantur seu convertuntur, o niemożności zrozumienia wszystkiego, w ostrej opozycji do Feliksa Morlina, który sprawiał wrażenie, jakby rozumiał wszystkie dziwne mechanizmy społeczne, a do Vico był nastawiony negatywnie, przechodził przez Piazza di Pietra, i tam zobaczył ją po raz trzeci. Olśniewająca. Stado gołębi, ze trzydzieści sztuk, tworzyło między nimi barierę. Podszedł bliżej; zobaczył, że trzyma w ręku paczkę, a kiedy się do niego uśmiechnęła, dokładnie w tym momencie świat stał się jaśniejszy, harmonijny, szczodry i czysty. Natychmiast przeprowadził logiczne rozumowanie: to piękno, tyle piękna, nie może być dziełem diabła. Piękno pochodzi od Boga, a uśmiech był anielski, czyli też boski. Przypomniał sobie ten drugi raz, kiedy Karolina pomagała ojcu rozładować wóz stojący przed sklepem. Czyż te słodkie plecy miałyby się ugiąć pod ciężarem szorstkich drewnianych skrzynek, wypełnionych po brzegi jabłkami? Nie mógł na to pozwolić; pomógł jej i oboje, bez słowa, pod ironicznym spojrzeniem muła przeżuwającego obrok, wyładowali trzy skrzynki, a on, podziwiając nieskończony pejzaż jej oczu, nie zauważył wystającego progu i cały sklep Saveriano Amato zaniemówił na widok studenta uniwersytetu, kleryka, kapłana, seminarzysty, który podkasuje sutannę jak byle tragarz i wpatruje się w dziewczynę mrocznym wzrokiem. Trzy skrzynki jabłek, prawdziwy dar niebios w czasie wojny, to trzy chwile szczęścia u boku piękna; dopiero później rozejrzał się wokół siebie i stwierdził, że jest w sklepie signora Amato, powiedział buona sera i wyszedł, nie mając odwagi odwrócić się, żeby na nią spojrzeć, a za nim pospieszyła matka dziewczyny, która ukradkiem wcisnęła mu do ręki dwa czerwone jabłka; natychmiast zakwitły mu na twarzy rumieńce, bo wyobraził sobie dwie cudowne piersi Karoliny. Albo kiedy ją zobaczył po raz pierwszy, Karolina, Karolina, Karolina, najpiękniejsze imię na świecie, wtedy jeszcze jako dziewczynę bezimienną, która minęła go i dokładnie w tym momencie skręciła nogę w kostce, aż krzyknęła z bólu, biedne dziecko, i o mało nie osunęła się na ziemię. Towarzyszył mu wtedy Drago Gradnik, który w ciągu dwóch lat od rozpoczęcia nauki na Wydziale Teologicznym urósł jeszcze z pół piędzi i zwiększył masę ciała o sześć czy siedem funtów żywej wagi, a teraz już od trzech dni myślał tylko o jednym, o argumencie ontologicznym świętego Anzelma, tak jakby już nic innego na świecie nie mogło udowodnić istnienia Boga, chociażby piękno tej słodkiej istoty. Nie dotarło do niego, że ten niefortunny krok mógł się okazać bardzo bolesny. Feliks Ardèvol ujął delikatnie w dłonie nogę niezrównanej Adalaisy, Beatrice, Laury, na wysokości kostki, żeby pomóc jej złapać równowagę, a w chwili, gdy dotknął jej nóżki, przez kręgosłup przepłynął mu prąd elektryczny silniejszy niż w łuku elektrycznym na Wystawie Światowej i podczas gdy pytał, czy boli panią, signorina, chciał się na nią rzucić i natychmiast ją posiąść, i po raz pierwszy w życiu poczuł pilne, bolesne, bezlitosne i przeraźliwe pożądanie seksualne. Tymczasem Drago Gradnik patrzył w drugą stronę, rozmyślając o argumentach świętego Anzelma i o innych racjonalnych dowodach na istnienie Boga.

– Ti fa male?

– Grazie, grazie mille, ojcze… – powiedziała słodkim głosem dziewczyna o niezbadanej głębi oczu.

– Jeżeli Bóg obdarzył nas inteligencją, to rozumiem, że wiara nie wyklucza używania rozumu. Prawda, Ardevole?

– Come ti chiami (prześliczna moja nimfo)?

– Karolina, ojcze. Grazie.

Karolina, jakie piękne imię; nie mogłabyś się nazywać inaczej, najdroższa.

– Ti fa ancora male, Karolino (o niezrównana piękności)? – zapytał ponownie, zmartwiony.

– Rozum. Przez rozum do wiary. Czy to jest herezja? Co, Ardevole?

Posadził ją na ławce i tam ją musiał zostawić, bo nimfa, cała w pąsach, zapewniła go, że zaraz będzie tamtędy przechodzić jej matka, i dwaj studenci poszli dalej, ale podczas gdy Drago Gradnik w swojej nosowej łacinie powątpiewał, czy wszystko da się sprowadzić do świętego Bernarda, czy może to, co powiedział Teilhard de Chardin, warte jest przemyślenia, on nagle przyłapał się na tym, że ciągle podnosi do twarzy dłoń, próbując na niej odszukać muśnięcie bogini o imieniu Karolina.

– Ja miałbym być zakochany? – Odwrócił się w stronę Morlina, który obserwował go z szelmowskim uśmiechem.

– Wszystkie objawy na to wskazują.

– Co ty o tym możesz wiedzieć?

– Też przez to przechodziłem.

– I jak się z tym uporałeś? – w głosie Ardèvola brzmiała nutka nadziei.

– Nie z tym, ale z nią. Na niej. Do skutku, aż mi przeszło, a wtedy precz.

– Nie gorsz mnie.

– Takie jest życie. Jestem grzesznikiem i bardzo tego żałuję.

– Zakochanie jest bezkresne, nie ma granic. Ja nie mógłbym…

– O mój Boże, ale cię wzięło, Feliksie Ardevole!

Ardevole nie odpowiedział. Przed nim unosiło się stado gołębi, w Poniedziałek Wielkanocny, na Piazza di Pietra. Niecierpiąca zwłoki potrzeba kazała mu się przebić przez dżunglę gołębią, żeby dotrzeć do Karoliny, która mu wręczyła paczuszkę.

– Il gioiello dell’Africa – powiedziała nimfa.

– A skąd wiedziałaś, że ja…

– Codziennie pan tędy przechodzi. Codziennie.

W tym momencie, Mateusz dwadzieścia siedem, wiersz pięćdziesiąt jeden, zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać. Groby się otworzyły i wiele ciał Świętych, którzy umarli, powstało.1

Tajemnica Boga i Słowa Wcielonego.

Tajemnica Marii Dziewicy, Matki Bożej.

Tajemnica wiary chrześcijańskiej.

Tajemnica Kościoła ludzkiego i niedoskonałego; boskiego i wiecznego.

Tajemnica miłości młodej kobiety. Otrzymana w prezencie paczuszka już od dwóch dni stoi na stole w cinquantaquattro, ale dopiero trzeciego dnia ośmieliłem się ją rozwinąć z zewnętrznej warstwy papieru. W środku jest zamknięte puzderko. O, mój Boże. Jestem na granicy przepaści.

 

Odczekał do soboty. Większość studentów była w swoich pokojach. Część wyszła na spacer lub rozproszyła się po różnych rzymskich bibliotekach, gdzie poirytowani szukali odpowiedzi na pytanie o naturę zła i dlaczego Bóg na nie pozwala, pytali o irytującą przyczynę istnienia szatana, o właściwą interpretację Pisma Świętego lub o moment pojawienia się neumy w zapisie chorału gregoriańskiego i ambrozjańskiego. Feliks Ardèvol był sam w cinquantaquattro, przy stole, z którego usunął książki. Wszystko miało być na swoim miejscu; nic go nie wyprowadzało z równowagi bardziej niż irytujący stos rzeczy w nieładzie, które natychmiast wyrzucał do śmieci, czy przedmioty nie na swoim miejscu, lub takie, które przyciągały wzrok, ponieważ nie były odpowiednio ułożone, lub… Zastanowił się, czy przypadkiem nie staje się maniakiem. Myślę, że tak; że to już wtedy się zaczęło; obsesja ojca na tle materialnego porządku. Myślę, że brakiem spójności intelektualnej nigdy się nie przejmował. Natomiast książka, która leżała na stole, a powinna leżeć na półce, czy papier porzucony na kaloryferze, to było coś, czego nie dało się wytłumaczyć i wybaczyć. Nic nie mogło zakłócać optycznej harmonii i wszyscy musieliśmy stać na baczność, a zwłaszcza ja, i musiałem codziennie, codziennie, odkładać na miejsce wszystkie zabawki, którymi się bawiłem w ciągu dnia, z czego uchodzili cało tylko szeryf Carson i Czarny Orzeł, bo spali nielegalnie ze mną i ojciec nigdy się o nich nie dowiedział.

Pokój cinquantaquattro był już czysty jak patena. Feliks Ardèvol stał przy oknie i patrzył na strumienie sutann, które wpływały i wypływały z bursy. Na zamkniętą dorożkę przejeżdżającą przez Via del Corso, która kryła w sobie jakieś nieprzyzwoite, irytujące sekrety. Na dziecko, które ciągnęło za sobą blaszane wiaderko, wywołując niepotrzebny, irytujący hałas. Drżał z lęku i dlatego wszystko go irytowało. Na stole leżał niecodzienny przedmiot, przedmiot, któremu nie wyznaczył jeszcze miejsca. Zielone puzderko, podarowane przez Karolinę, z gioiello dell’Africa w środku. Jego przeznaczenie. Poprzysiągł sobie, że zanim zadzwonią na dwunastą dzwony w kościele Santa Maria, albo wyrzuci puzderko, albo je otworzy. Albo się zabije. Jedno z trzech.

Bo co innego żyć dla nauki, przebijać się przez pasjonujący świat paleografii, starych rękopisów; uczyć się języków, którymi nikt się nie posługuje, gdyż wieki temu zastygły na dobre w zmurszałych papirusach, oknach, wydobywających je z niepamięci; tropić różnice między paleografią średniowieczną a starożytną, cieszyć się, że na wielkim świecie można jeszcze studiować sanskryt i języki azjatyckie, kiedy tamte mu się znudzą, ale gdybym kiedyś miał syna, chciałbym, żeby…

A właściwie dlaczego przyszło mi teraz na myśl, że chciałbym mieć syna? – obruszył się, nie, raczej się zirytował. I znów spojrzał na puzderko, samotne na stole w czyściutkim pokoju cinquantaquattro. Feliks Ardèvol strzepnął nieistniejący pyłek z fałd sutanny, potarł palcem szyję pod zaciśniętą koloratką i usiadł przy stole. Za trzy minuty odezwą się dzwony kościoła Santa Maria. Nabrał powietrza i podjął pierwszą decyzję: na razie nie popełni samobójstwa. Wziął do ręki puzderko, ostrożnie, jak dziecko, które przynosi do domu gniazdo ściągnięte z drzewa, żeby pokazać matce zielonkawe jajka czy bezbronne pisklęta, będę je karmił, mamo, nie martw się, złapię dla nich dużo mrówek. Jak spragniony jeleń, o mój Boże. W jakiś sposób przeczuwał, że podjęte teraz kroki pozostawią w jego duszy nieodwracalny ślad. Dwie minuty. Drżącymi palcami próbował rozwiązać czerwoną wstążkę, ale tylko mocniej zaciskał węzeł, nie z powodu niezręczności nieszczęsnej Karoliny, lecz przez własne nerwy. Minuta i trzydzieści sekund. Podszedł do umywalki po brzytwę. Rozłożył ją szybkim ruchem. Minuta piętnaście sekund. Przeciął okrutnie tę wstążkę, której czerwień nie miała sobie równych wśród wszystkich barw, jakie widział w ciągu swojego długiego życia, bo w wieku dwudziestu pięciu lat czuł się stary i zmęczony i wolałby, żeby to wszystko nie miało z nim nic wspólnego, żeby przydarzyło się jakiemuś innemu Feliksowi, który na pewno potrafiłby sobie z tym poradzić bez… Minuta! Usta suche, ręce spocone, kropla potu spływa po policzku, a jeszcze wczoraj… Za dwie sekundy dzwony kościoła Santa Maria in Via Lata zadzwonią na dwunastą. I kiedy w Wersalu banda amatorów ogłosiła, że właśnie skończyła się wojna, i wysuwając z przejęcia koniuszek języka podpisywała rozejm, wprawiając w ruch mechanizm, który stanie się zarzewiem nowej, efektownej wojny za parę lat, jeszcze bardziej krwawej i bliższej absolutnego zła, wojny, do której Bóg nigdy nie powinien był dopuścić, w tym samym czasie Feliks Ardèvol i Guiteres otworzył zielone puzderko. Niezręcznymi ruchami odsunął różową watę i w momencie, gdy zabrzmiało pierwsze uderzenie, Angelus Domini nuntiavit Mariae, rozpłakał się.

 

Wyjść z bursy incognito było stosunkowo łatwo. Z Morlinem, Gradnikiem i dwoma lub trzema innymi zaufanymi kolegami uprawiali ten proceder już wiele razy, całkiem bezkarnie. Kiedy wychodzili w świeckim ubraniu, Rzym otwierał przed nimi wiele drzwi, innych niż te, które otwierał przed sutannami. W zwykłym ubraniu mogli wejść nawet do takiego muzeum, gdzie przyzwoitość nie pozwoliłaby im pokazać się w sutannie. Mogli napić się kawy na Piazza Colonna i w jeszcze odleglejszych okolicach, przyglądając się przechodniom; ze dwa, trzy razy Morlin zabrał go, swojego ukochanego ucznia, z wizytą do ludzi, których jego zdaniem powinien poznać. Przedstawiał go jako Feliksa Ardevole, uczonego, który zna osiem języków, przed którym rękopisy nie mają żadnych tajemnic, a badacze otwierali wtedy swoje sejfy i mógł zobaczyć na własne oczy oryginalny rękopis Mandragory, coś wspaniałego, czy rozsypujące się papirusy, związane z dziejami Machabeuszy. Jednak dziś, kiedy Europa zawierała pokój, uczony Feliks Ardevole po raz pierwszy wychodził w tajemnicy nie tylko przed władzami bursy, ale i przed swoimi kolegami. W swetrze i czapce, pod którymi ukrywał swoje klerykalne nawyki. Jak strzała pomknął w stronę sklepu warzywnego signora Amato i stanął na czatach, licząc upływające godziny. Z puzderkiem w kieszeni patrzył na przechodzących ludzi, beztroskich i szczęśliwych, wolnych od trawiącej go gorączki. Widział matkę Karoliny i jej młodszą siostrę. Wszystkich, poza swoją ukochaną. Gioiello, prymitywny medalik, na którym niewprawna ręka wygrawerowała romańską Matkę Boską, a przy niej ogromne drzewo, coś jakby świerk, a na rewersie jedno słowo, Pardàc. Z Afryki? Czy to mógł być medalik koptyjski? Dlaczego powiedziałem moja ukochana, skoro nie mam prawa, żeby… poczuł, że go dławi świeże powietrze. Zaczęły bić dzwony i Feliks, który jeszcze o niczym nie wiedział, uznał, że to hołd, który wszystkie kościoły w Rzymie składają jego potajemnej, niedozwolonej i grzesznej miłości. Ludzie przystawali zdziwieni, może szukali Abelarda, ale zamiast patrzeć w jego stronę i wskazywać go palcami, pytali, co takiego musiało się wydarzyć, żeby wszystkie dzwony Rzymu biły o trzeciej po południu, inaczej niż co dzień, co się dzieje? Mój Boże… a jeśli to koniec wojny?

Wtedy pojawiła się Karolina Amato. Wyszła z domu z rozwianą krótką czupryną, przeszła przez jezdnię i skierowała się dokładnie tam, gdzie na nią czekał Feliks, mimo że tak świetnie się zakamuflował. A kiedy stanęła przed nim, podarowała mu radosny, milczący uśmiech. On przełknął ślinę, ścisnął puzderko, które trzymał w dłoni ukrytej w kieszeni, otworzył usta i nic nie powiedział.

– Ja ciebie też – odpowiedziała. Dzwony ciągle dzwoniły. – Podoba ci się?

– Nie wiem, czy mogę go przyjąć.

– Jest mój, ten gioiello. Podarował mi go wujek Sandro, kiedy się urodziłam. Przywiózł go z Egiptu. Teraz jest twój.

– A co na to twoja rodzina?

– Był mój, teraz jest twój: rodzina nic nie powie. To dowód mojej miłości.

Wzięła go za rękę. W tym momencie niebo spadło na ziemię i Abelard skoncentrował się na dotyku skóry Heloizy, a ta przez górę śmieci pociągnęła go do bezimiennego vicolo, który dla niego miał różany zapach miłości; znaleźli otwarte drzwi i wpadli do jakiegoś domu, gdzie nie było nikogo. Dzwony nadal biły i kobieta z sąsiedztwa krzyczała przez okno nuntio vobis gaudium magnum, Elisabetta, la guerra è finita! Ale kochankowie przystępowali teraz do rozegrania własnej, najważniejszej potyczki i nie słyszeli tej proklamacji.

II
De pueritia

Dobry wojownik nie powinien ciągle zakochiwać się
we wszystkich squaw, które napotka na swojej drodze,
nawet jeśli upiększą się barwami wojennymi.

CZARNY ORZEŁ

3

Nie patrz tak na mnie. Wiem, że trochę zmyślam, ale to nie znaczy, że kłamię. Zapamiętałem na przykład, że próbowałem sobie stworzyć coś w rodzaju domu pod łóżkiem w moim dawnym pokoju, przekształconym obecnie w dział Historii i Geografii. To moje najdawniejsze wspomnienie. Było mi tam całkiem wygodnie, a przede wszystkim dobrze się bawiłem, patrząc na nogi wszystkich, którzy wchodzili, mówiąc Adrian, synku, gdzie się podziewasz, albo Adrian, czas na podwieczorek. Gdzie się schowałeś? Świetna zabawa. Tak, zawsze okropnie się nudziłem, bo mój dom nie był domem dla dzieci ani moja rodzina nie nadawała się do wychowywania kogokolwiek. Matka się nie liczyła, ojca pochłaniały całkowicie transakcje kupna i sprzedaży, a mnie tymczasem zżerała zazdrość, byłem zazdrosny o każdą kolejną rycinę czy wazon z delikatnej porcelany. Matka… wydawało mi się, że matka zawsze ma się na baczności; czujnie rozglądała się wokół siebie, mimo że miała po swojej stronie Małą Lolę. Teraz rozumiem, że czuła się obco w tym domu. Mieszkanie należało do ojca; matka była w nim zaledwie tolerowana. Kiedy ojciec zmarł, wreszcie mogła swobodnie odetchnąć i z jej spojrzenia znikł niepokój, chociaż nadal starała się nie patrzeć mi w oczy. Zmieniła się. Zastanawiam się, dlaczego. Zastanawiam się też, dlaczego moi rodzice byli razem. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek się kochali. W ich domu nigdy nie było miłości. Ja byłem tylko przypadkową konsekwencją wydarzeń.

To ciekawe: chciałbym opowiedzieć o tylu sprawach, a tymczasem gubię się w dywagacjach i tracę czas na refleksje, które przyprawiłyby o ślinotok samego Freuda. Może dlatego, że wszystkiemu winne są moje relacje z ojcem. Może dlatego, że zmarł z mojej winy.

Pewnego dnia, kiedy byłem trochę starszy i przebywałem właśnie na zdobytym podstępem terytorium w gabinecie ojca, między sofą a ścianą, które zajęli moi Indianie i kowboje, wszedł ojciec, a za nim ktoś, kogo rozpoznałem po głosie, niby miłym, ale jednocześnie budzącym grozę. Po raz pierwszy usłyszałem pana Berenguera poza sklepem, tu mówił inaczej; od tamtej chwili słuchanie go straciło dla mnie urok, i w sklepie, i poza nim. Znieruchomiałem, postawiłem szeryfa Carsona na podłodze, ale koń Czarnego Orła, który zazwyczaj zachowywał się cicho, upadł na ziemię z hałasem. Przestraszyłem się; na szczęście nieprzyjaciel niczego nie zauważył. Ojciec powiedział przed panem nie muszę się tłumaczyć.

– Ja uważam, że tak.

Pan Berenguer usiadł na sofie, która pod jego ciężarem przesunęła się w stronę ściany, i naraził mnie na heroiczny wybór, czy dać się zgnieść, czy ujawnić kryjówkę. Usłyszałem, jak postukuje w papierośnicę i zaraz potem rozległ się lodowaty głos ojca w tym domu obowiązuje zakaz palenia. Wtedy pan Berenguer powiedział, że domaga się wyjaśnień.

– Pan dla mnie pracuje – ironia w głosie ojca – chyba się nie mylę?

– Udało mi się zdobyć dziesięć grafik, bez zdecydowanych protestów poszkodowanych. Przemyciłem te dziesięć grafik przez trzy granice, z własnej inicjatywy załatwiłem ekspertyzę, a teraz mi pan mówi, że je sprzedał bez konsultacji ze mną. A to był Rembrandt, zdaje pan sobie sprawę?

– Kupujemy i sprzedajemy, taki mamy sposób zarabiania na kurewskie życie.

To o kurewskim życiu usłyszałem po raz pierwszy. Bardzo mi się spodobało; ojciec wymówił potrójne r: kurrrewskie, myślę, że był wkurzony. Domyśliłem się, że pan Berenguer skwitował to uśmiechem; w tym czasie umiałem już interpretować ciszę i byłem pewien, że pan Berenguer się uśmiechnął.

– A, dzień dobry, panie Berenguer – głos matki – Feliksie, nie widziałeś chłopca?

– Nie.

Sytuacja patowa. Jak mam się teraz wyślizgnąć zza sofy, znaleźć się po przeciwnej stronie domu i udawać, że niczego nie słyszałem? Zadałem to pytanie szeryfowi Carsonowi i Czarnemu Orłu, ale w tej sprawie nie mogłem na nich liczyć. Mężczyźni milczeli, czekając, aż matka opuści gabinet i zamknie za sobą drzwi.

– Miłego dnia.

– Miłego dnia, proszę pani. – Głos znów zabrzmiał nieprzyjemnie. – Czuję się oszukany. Domagam się specjalnej prowizji. – Cisza. – Żądam.

Guzik mnie obchodziła sprawa prowizji. Żeby opanować drżenie, tłumaczyłem w myślach całą rozmowę na francuski, francuski zmyślony, a z tego wynika, że musiałem wtedy mieć siedem lat. Czasem tak robiłem, żeby się uspokoić, bo kiedy się denerwowałem, ruszałem się w sposób niekontrolowany, a w ciszy panującej w gabinecie usłyszeliby mnie, gdybym narobił zamieszania. C’est mon droit. Vous travaillez pour moi, monsieur Berenguer. Oui bien sûr, mais j’ai de la dignité, moi!

Z oddali dobiegał głos matki, wołającej Adrian, chłopcze! Mała Lolu, nie widziałaś go? Dieu sait où est mon petit Hadrien!

Nie pamiętam tego dokładnie, ale mam wrażenie, że pan Berenguer wyszedł wzburzony, a ojciec pozbył się go zdawkowym na dobre i na złe, panie Berenguer, czego nie potrafiłem przetłumaczyć na francuski. Tylko w mojej wyobraźni matka mówiła do mnie mon petit Hadrien.

W każdym razie mogłem już wyjść z ukrycia i w czasie, gdy ojciec odprowadzał gościa do drzwi, zdążyłem zatrzeć za sobą ślady; prowadząc partyzanckie życie, rozwinąłem niezwykłe umiejętności kamuflażu i mogłem przebywać w kilku miejscach naraz.

– Tu jesteś! – Matka pojawiła się na balkonie, z którego obserwowałem zapalające się na ulicy światła samochodów, bo tamte czasy utrwaliły mi się w pamięci jako wieczny zmierzch. – Nie słyszałeś, że cię wołam?

– O co chodzi? – W dłoni trzymałem szeryfa na gniadym koniu, niby że wracał z prerii.

– Trzeba przymierzyć szkolny fartuszek. Nie słyszałeś, że cię wołam?

– Fartuszek?

– Pani Angeleta podłużyła ci rękawy. – Tonem nieznoszącym sprzeciwu rozkazała: – Chodź.

W prasowalni pani Angeleta, z igłą w ustach, oceniała fachowym okiem długość nowych rękawów.

– Za szybko rośniesz, chłopcze.

Matka wyszła pożegnać pana Berenguera. W prasowalni zjawiła się Mała Lola po czyste koszule, a ja tymczasem stałem w fartuchu bez rękawów, co często zdarzało mi się w dzieciństwie.

– I za bardzo wycierasz łokcie – podsumowała mnie pani Angeleta, która musiała wtedy mieć z tysiąc lat.

Zamknęły się drzwi mieszkania. Słysząc kroki ojca oddalające się w stronę gabinetu, pani Angeleta pokręciła śnieżnobiałą głową.

– Ostatnio ma wielu gości.

Mała Lola nie reagowała; udawała, że nie słyszy. Tymczasem pani Angeleta przypięła szpilkami rękaw do fartucha i dodała:

– A czasem słyszę krzyki.

Mała Lola wzięła koszule, nie komentując słów szwaczki. Pani Angeleta jeszcze mruknęła:

– Ciekawe, o czym tak rozmawiają…

– O kurrrewskim życiu – palnąłem bez zastanowienia.

Koszule, które niosła Mała Lola, upadły na ziemię; pani Angeleta ukłuła mnie igłą w ramię, a Czarny Orzeł odwrócił się i patrząc spod przymkniętych powiek, omiótł wzrokiem wyschniętą ziemię aż po horyzont. On pierwszy dostrzegł w oddali chmurę pyłu. Wcześniej niż Szybki Królik.

– Zbliżają się trzej jeźdźcy – powiedział. Nikt się nie odezwał. Jaskinia chroniła ich wprawdzie przed bezlitosnym letnim żarem, ale nikt, żadna squaw, żadne dziecko, nie miał siły zainteresować się, kim są przybysze i jakie mają zamiary. Czarny Orzeł dał znak ledwie dostrzegalnym mrugnięciem. Trzej wojownicy zeszli na dół, tam, gdzie pasły się konie. Szedł za nimi, nie spuszczając oka z chmury kurzu. Jechali prosto na jaskinię, nie kryjąc swoich zamiarów. Jak ptak, który chce wyprowadzić w pole rabusia i odciąga go od gniazda, używając różnych sztuczek, tak on i jego trzej ludzie skierowali się na zachód, żeby zwrócić na siebie uwagę przybyszów. Obie grupy spotkały się koło pięciu dębów. Przybyszami byli biali mężczyźni; jeden jasnowłosy, pozostali dwaj mieli ciemną karnację. Ten z gęstymi wąsami zeskoczył zręcznie z siodła i uśmiechnął się, rozkładając szeroko ręce.

– Ty jesteś Czarny Orzeł – upewnił się, nadal trzymając ręce daleko od ciała, na znak pokojowych zamiarów.

Wielki wódz plemienia Południowych Arapaho, na ziemiach położonych w pobliżu rzeki Washity, Żółtej Ryby, potwierdził lekkim skinieniem głowy, siedząc na koniu tak nieruchomo, że nie drgnął mu ani jeden włos, i zapytał, kogo mamy zaszczyt gościć, a ten z czarnymi wąsami znów się uśmiechnął, wykonał żartobliwy ukłon i powiedział jestem szeryf Carson z Rockland, położonego w odległości dwu dni od waszego terytorium.

– Wiem, gdzie postawiliście swoją wioskę – odpowiedział obojętnym tonem legendarny wódz. – Na ziemiach Paunisów. – Splunął na ziemię.

– A to są moi pomocnicy – wskazał Carson, nie domyślając się, co oznaczało to splunięcie. – Szukamy zbiegłego przestępcy. – Teraz on splunął, ciekaw, co z tego wyniknie.

– Co takiego zrobił, że uznajecie go za przestępcę? – zapytał wódz Arapaho.

– Znasz go? Widziałeś gdzieś?

– Pytałem, co zrobił, że uważacie go za przestępcę.

– Zabił klacz.

– I pozbawił czci dwie kobiety – dodał blondyn.

– No tak, jasne, to też – przyznał szeryf Carson.

– A dlaczego szukacie go tutaj?

– Bo pochodzi z plemienia Arapaho.

– Mój lud mieszka wiele dni na zachód i na wschód, w stronę zimna i w stronę gorąca. Dlaczego przyjechałeś właśnie tu?

– Wiesz, kim jest. Chcemy, żebyś go wydał w ręce sprawiedliwości.

– Mylisz się, szeryfie Carson. Ten zabójca nie należy do plemienia Arapaho.

– Ach, nie? A ty skąd wiesz?

– Nikt z plemienia Arapaho nie zabiłby klaczy.

Wtedy zapaliło się światło i Mała Lola kiwnęła na niego ręką, dając znak, że ma wyjść ze schowka. Przed Adrianem stała matka, w barwach wojennych na twarzy, i nie patrząc na niego, nie spluwając w jego stronę, powiedziała Lolu, każ mu umyć twarz, do czysta. Wodą z mydłem. A jak to nie pomoże, to dolej parę kropel ługu.

Czarny Orzeł dzielnie zniósł tortury, żaden jęk nie wydobył się z jego gardła. Kiedy Mała Lola skończyła i wycierała mu twarz ręcznikiem, spojrzał jej prosto w oczy i zapytał Mała Lolu, możesz mi powiedzieć, co to znaczy pozbawić kobietę czci?

 

Kiedy miałem siedem, osiem lat, byłem przekonany, że decyduję o swoim życiu. Jedną z najrozsądniejszych decyzji było zdanie się na matkę w kwestiach dotyczących mojej edukacji. Ale najwyraźniej nie tak się przedstawiały sprawy. Przekonałem się o tym tego samego wieczora, kiedy chcąc się dowiedzieć, jak zareaguje ojciec na moje zabawy, przygotowałem się do szpiegowania rozmowy w jadalni. To nie było trudne, ponieważ mój pokój sąsiadował z jadalnią przez ścianę. Oficjalnie wcześnie poszedłem spać, żeby ojciec, wracając z pracy, zastał mnie w łóżku. To był najlepszy sposób na uniknięcie awantury, która przybrałaby niebezpieczny obrót, gdybym użył w obronie własnej argumentu, że to o kurrrewskim życiu usłyszałem od niego, i zamiast zarzutu masz niewyparzony język, który trzeba wyszorować szarym mydłem, usłyszałbym a skąd do kurwy nędzy wiesz, że powiedziałem kurrrewskie życie, ty bezczelny kłamczuchu? Co? Co? Może mnie śledziłeś? A ja pod żadnym pozorem nie mogłem wyłożyć kart na stół, bo stosując uniki stałem się jedyną osobą w domu, przed którą żaden kąt nie miał tajemnic, żadna rozmowa, dyskusja czy szloch z niewyjaśnionej przyczyny, jak wtedy, kiedy Mała Lola przez tydzień bez przerwy płakała, starannie ukrywając gnębiące ją ogromne cierpienie, kiedy wychodziła ze swojego pokoju. Minęło wiele lat, zanim zrozumiałem, jaki był powód tych łez, ale wtedy dotarło do mnie tylko tyle, że w życiu bywają zmartwienia, które mogą trwać cały tydzień, i trochę mnie zaniepokoiła ta perspektywa.

W każdym razie podsłuchałem rozmowę rodziców, przykładając ucho do dna szklanki przystawionej do ściany. W głosie ojca dało się wyczuć zmęczenie, a kiedy matka poskarżyła się, że jestem bardzo niegrzeczny, ojciec, nie okazując zainteresowania szczegółami, powiedział to już postanowione.

– Co zostało postanowione? – przerażony głos matki.

– Zapisałem go do szkoły jezuitów przy ulicy Casp.

– Ależ, Feliksie… Przecież…

W tym dniu przekonałem się, że w domu rządzi ojciec. I że moja edukacja zależy wyłącznie od niego. W myślach zanotowałem sobie, że mam sprawdzić w Britannice, co to takiego ci jezuici. Ojciec wytrzymał wzrok matki bez słowa, aż w końcu ona zdecydowała się przerwać milczenie:

– Dlaczego do jezuitów? Ty nie jesteś wierzący i…

– Wysoka jakość nauczania. Musimy zadbać o skuteczność. Mamy tylko jednego syna i nie możemy go zmarnować.

Niby tak, faktycznie, mieli tylko jednego syna. Chociaż nie, nie o to chodziło. Jasne było tylko to, że nie mogli sobie pozwolić na marnotrawstwo. Dlatego ojciec dodał coś o językach, co mi przypadło do gustu.

– Co powiedziałeś?

– Dziesięć języków.

– Nasz syn to nie jakieś monstrum.

– Ale może się ich nauczyć.

– A dlaczego dziesięciu?

– Bo ojciec Levinski z Gregorianum znał dziewięć. Nasz syn musi być lepszy.

– Niby z jakiego powodu?

– Bo powiedział mi przy kolegach, że się nie nadaję, bo mój aramejski, po całym roku studiowania pod kierunkiem Faluby, był daleki od doskonałości.

– Nie żartuj sobie: rozmawiamy o wykształceniu naszego syna.

– Nie żartuję: mówię o wykształceniu mojego syna.

Wiem, że matka musiała poczuć się niezręcznie, kiedy ojciec w jej obecności mówił o mnie jako o swoim synu. Ale wtedy wydawało mi się, że matka myślała o czym innym, bo zaczęła oponować, że nie da zrobić ze mnie dziwoląga, i z odwagą, o jaką jej nie podejrzewałem, powiedziała słyszysz? Nie chcę, żeby mój syn skończył jako jarmarczne dziwowisko, które musi być lepsze niż ojciec Luwowski.

– Levinski.

– Monstrum Levinski.

– Wielki teolog i biblista. Monstrum erudycji.

– Nie, musimy o tym porozmawiać spokojnie.

Nie zrozumiałem, o co jej chodzi. Przecież właśnie to robili: spokojnie rozmawiali o mojej przyszłości. A ja byłem coraz spokojniejszy, bo o kurrrewskim życiu nie było ani słowa.

– Kataloński, hiszpański, francuski, niemiecki, włoski, angielski, łacina, greka, aramejski i rosyjski.

– Co to ma być?

– Dziesięć języków, które powinien poznać. Trzy pierwsze już zna.

– Nie, francuski sam wymyśla.

– Ale sobie radzi, da się go zrozumieć. Mój syn może zrobić wszystko, co zamierza. A języki dadzą mu dodatkowy atut. Nauczy się dziesięciu.

– Musi się też bawić.

– Już jest duży. Kiedy przyjdzie czas na studia, już będzie je znał. – I dodał, wzdychając zmęczony: – Porozmawiamy o tym kiedy indziej, dobrze?

– Ma dopiero siedem lat, na litość boską!

– Toteż nie wymagam od niego, żeby od razu brał się za aramejski. – Bębnił palcami w blat stołu, dając do zrozumienia, że dyskusja skończona: – Zacznie od niemieckiego.

Podobał mi się ten plan, bo z Britannicą już sobie nieźle radziłem z pomocą słownika, no problem, natomiast niemiecki to była czarna magia. Bardzo byłem ciekaw deklinacji, chciałem wejść w świat języków, które zmieniają końcówki słów w zależności od funkcji, jaką pełnią w zdaniu. Nie ujmowałem tego w taki sposób, ale prawie: musiałem być nieznośnie przemądrzały.

– Nie, Feliksie, nie możemy popełnić tego błędu.

Usłyszałem głośne splunięcie.

– Słucham?

– Co to takiego aramejski? – zapytał tubalnym głosem szeryf Carson.

– Nie wiem dokładnie. Trzeba będzie sprawdzić.

Byłem dziwnym dzieckiem, przyznaję. Kiedy teraz to sobie przypominam i patrzę na malca, który słucha o swojej przyszłości, przytulając szeryfa Carsona i dzielnego wodza Arapaho, i martwi się tylko, żeby się nie wydało, że podsłuchiwał, myślę, że byłem nie tylko trochę dziwny, ale że był ze mnie naprawdę rzadki okaz.

– To nie jest błąd. Już wybrałem nauczyciela dla chłopca. Przyjdzie na pierwszą lekcję niemieckiego.

– Nie.

– Nazywa się Romeu; to bardzo wartościowy młody człowiek.

Zmartwiłem się. Nauczyciel w domu? Przecież dom był mój; tylko ja wiedziałem o wszystkim, co się w nim działo: nie potrzebowałem niewygodnych świadków. Nie, nie podobał mi się ten jakiś Romeu, który będzie wtykał swój nos w nasze sprawy, mówiąc o, jak to ładnie mieć własną bibliotekę, choć masz dopiero siedem lat, i inne gówna w tym rodzaju, powtarzane przez dorosłych, którzy do nas przychodzili. Wykluczone.

– I będzie studiował trzy kierunki.

– Co takiego?

– Prawo i historię. – Cisza. – I jeszcze jeden, który sam wybierze. Ale przede wszystkim prawo, bo najbardziej się przydaje, żeby sobie radzić na tym zaszczurzonym świecie.

Stuk, stuk, stuk, stuk, stuk, stuk, stuk. Moja stopa zaczęła się poruszać sama z siebie, stuk, stuk, stuk, stuk. Nienawidziłem prawa. Nie macie pojęcia, jak bardzo. Nie wiedziałem dokładnie, o co w nim chodzi, ale i tak śmiertelnie go nienawidziłem.

– Je n’en doute pas – disait ma mère. – Mais est-ce qu’il est un bon pédagogue, le tel Gomeu?

– Bien sûr, j’ai reçu des informations confidentielles qui montrent qu’il est un individu parfaitement capable en langue allemagne. Allemande? Tedesque? Et en la pédagogie de cette langue. Je crois que…

Powoli się uspokajałem. Stopa przestała się poruszać w niekontrolowany sposób i usłyszałem, że matka wstaje i pyta: a co z grą na skrzypcach? Ma ją porzucić?

– Nie. Ale schodzi na dalszy plan.

– Nie zgadzam się.

– Dobranoc, kochanie – odpowiedział ojciec, rozkładając gazetę, którą zwykle przeglądał o tej porze.

Czyli miałem zmienić szkołę. O cholera. Bałem się. Na szczęście szeryf Carson i Czarny Orzeł będą ze mną. Skrzypce schodzą na drugi plan? A czemu aramejski będzie dopiero później? Tej nocy trudno mi było zasnąć.

 

Zdaję sobie sprawę, że wszystko mi się myli. Nie wiem, czy miałem siedem, osiem czy dziewięć lat. Ale kiedy rodzice zauważyli mój talent do języków, już mi nie odpuścili. Zaczęło się od francuskiego pewnego lata, które spędziłem w Perpignan u ciotki Aurory, gdzie wszyscy przy pierwszej lepszej okazji przechodzili z gardłowego katalońskiego na francuski; dlatego teraz, kiedy mówię po francusku, mam południowy akcent, który tam sobie przyswoiłem i zachowałem przez całe życie, do czego się przyznaję z dumą. Nie pamiętam, ile miałem wtedy lat. Później uczyłem się niemieckiego; co do angielskiego, sam nie wiem. Chyba zaraz potem. To nie tak, że chciałem się ich uczyć. To przychodziło samo.

Kiedy teraz zbieram myśli, żeby ci to wszystko opisać, wyobrażam sobie swoje dzieciństwo jako długie i nudne niedzielne popołudnie, kiedy snułem się po domu, próbując wśliznąć się do gabinetu; przypuszczałem, że byłoby zabawnie mieć jakieś rodzeństwo, odkrywałem, że czytanie też w końcu staje się nudne, kiedy ma się Enidy Blyton po dziurki w nosie, martwiłem się, że następnego dnia trzeba iść do szkoły, i to było najgorsze. Nie dlatego, żebym się bał szkoły, nauczycieli i rodziców, tylko z powodu dzieci. Ja w szkole bałem się kolegów, bo patrzyli na mnie jak na dziwoląga.

– Mała Lolu.

– Co?

– Co mam robić?

Mała Lola przestawała wycierać ręce czy malować usta i patrzyła na mnie.

– Mogę iść z tobą? – Adrian patrzył na nią z nadzieją.

– Nie, skądże, tylko byś się nudził!

– Ale ja tu się nudzę.

– Włącz radio.

– To głupie.

Wtedy Mała Lola wkładała płaszcz i wychodziła z pokoju, który zawsze nią pachniał, i po cichu, tak żeby nikt jej nie usłyszał, podpowiadała mi powiedz matce, żeby cię zabrała do kina. A głośno dodawała miłego popołudnia, do widzenia, otwierała drzwi, puszczała do mnie oko i wychodziła; ona mogła dobrze się bawić w niedzielne popołudnia, ciekawe jak, a ja musiałem snuć się po mieszkaniu jak potępieniec.

– Mamo.

– Co.

– Nie, nic.

Matka uniosła głowę znad czasopisma, dopiła resztkę kawy i spojrzała na mnie:

– Mów, synu.

Bałem się poprosić ją, żeby mnie zabrała do kina. Bardzo się bałem, do dziś nie rozumiem, dlaczego. Moi rodzice byli zbyt poważni.

– Nudzę się.

– Poczytaj sobie. Jak chcesz, możemy powtórzyć francuski.

– Chodźmy do wesołego miasteczka, na Tibidabo.

– Teraz? Trzeba było mówić rano.

Nigdy nie wybraliśmy się na Tibidabo, w żadną niedzielę, ani rano, ani po południu. Musiałem użyć wyobraźni, zawsze kiedy koledzy opowiadali, jak tam jest, o mechanicznych cudeńkach, tajemniczych automatach, wieżach, zderzających się autach i… sam nie wiem, czym jeszcze. To było miejsce, gdzie rodzice zabierają dzieci. Moi nie zabierali mnie ani do zoo, ani na spacer nad morzem. Za bardzo byli drętwi. I nie kochali mnie. Tak mi się wydaje. Nadal się zastanawiam, po co mnie mieli.

– Ale ja chcę na Tibidabo!

– Co to za krzyki? – upomniał mnie ojciec z gabinetu. – Uważaj, żebym nie musiał cię ukarać.

– Nie chcę powtarzać francuskiego!

– Powiedziałem, że zasłużysz na karę!

Czarny Orzeł doszedł do wniosku, że to było bardzo niesprawiedliwe, i podzielił się swoją refleksją ze mną i z szeryfem. Żeby się nie zanudzić na śmierć, a przede wszystkim żeby uniknąć kary, wziąłem skrzypce i zacząłem ćwiczyć arpeggio, ozdobniki, których główną zaletą jest ich trudność; naprawdę ciężko jest osiągnąć dobre brzmienie. W moich uszach skrzypce brzmiały fatalnie, dopóki nie poznałem Bernata. Porzuciłem ćwiczenie w połowie.

– Ojcze, czy mógłbym zagrać na storionim?

Ojciec podniósł głowę. Jak zwykle oglądał pod lupą jakiś dziwny papier.

– Nie – odpowiedział. I pokazał mi to, co leżało przed nim na stole: – Popatrz, jakie to piękne.

To był bardzo stary rękopis z krótkim tekstem zapisanym nieznanym mi alfabetem.

– Co to takiego?

– Fragment Ewangelii świętego Marka.

– A co to za język?

– Aramejski.

– Słyszysz, Czarny Orle? Aramejski! Aramejski to bardzo stary język. Język papirusów i pergaminów.

– Czy mógłbym się go nauczyć?

– W stosownym czasie – powiedział z nieskrywaną satysfakcją; ponieważ na ogół wszystko przychodziło mi łatwo, więc on, czemu nie, chwalił się zdolnym synem. Chciałem wykorzystać dobry moment:

– Mogę zagrać na storionim?

Feliks Ardèvol popatrzył na niego w milczeniu. Odsunął lampę z lupą. Adrian stukał nogą w podłogę:

– Tylko raz. Ojcze, proszę…

Kiedy ojciec się denerwuje, patrzy tak, że można się przestraszyć. Adrian wytrzymał jego spojrzenie tylko kilka sekund. Musiał zamknąć oczy.

– Nie rozumiesz, co znaczy nie? Niet, nein, no, ez, non, ei, nem. Mówi ci to coś?

– Ei i nem?

– Fiński i węgierski.

Kiedy Adrian wychodził z gabinetu, odwrócił się wściekły i wygłosił straszną groźbę:

– Jak tak, to ja nie będę się uczył aramejskiego.

– Zrobisz, co ci każę – uświadomił mu ojciec pewnym siebie, lodowatym tonem człowieka, który wie, że zawsze będzie tak, jak on powie. I wrócił do studiowania rękopisu, do aramejskiego, do lupy.

Tego dnia Adrian postanowił prowadzić podwójne życie. Miał już tajne schowki, ale teraz zdecydował się poszerzyć granice podziemnego królestwa. Postawił przed sobą wielkie zadanie: odkryje kod sejfu i pod nieobecność ojca będzie grać na storionim; na pewno nikt się nie dowie. Potem włoży skrzypce do futerału i szybko schowa je do sejfu, zacierając w ten sposób ślady zbrodni. I żeby nikt nie odgadł jego planów, poszedł ćwiczyć arpeggio; nie zdradził się słowem ani przed szeryfem, ani przed wodzem Arapaho, pogrążonymi w poobiedniej drzemce na nocnej szafce.

4

Zapamiętałem ojca jako starego człowieka. Natomiast matka to była matka. Szkoda, że mnie nie kochała. Adrian wiedział o niej tylko tyle, że dziadek, młody wdowiec, który został sam z małym dzieckiem, wychował ją tak, jak umiał, rozglądając się rozpaczliwie wokół w poszukiwaniu gotowej instrukcji, jakie wyznaczyć dziecku miejsce w swoim życiu. Babcia Vicenta zmarła młodo, mama miała wtedy sześć lat. Mogła o niej zachować najwyżej mgliste wspomnienie, a ja jestem zdany na dwie fotografie, na których została uwieczniona: zdjęcie ślubne zrobione w salonie fotograficznym Caria, przedstawiające młodych i atrakcyjnych nowożeńców, wystrojonych z ostentacją kogoś, kto się wybiera do fotografa, i zdjęcie babci z mamą na ręku, na którym uśmiecha się niewesoło, jakby wiedziała, że nie dożyje jej pierwszej komunii, z wypisanym na twarzy pytaniem, dlaczego mam umierać młodo i przetrwać tylko na fotografii w kolorze sepii dla wnuka, który ponoć będzie cudownym dzieckiem, ale ja go już nie poznam. Matka wychowywała się sama. Nikt nigdy nie zabrał jej na Tibidabo i pewnie dlatego nie przyszło jej do głowy, że ja chciałem wiedzieć, co to takiego te żywe automaty, o których słyszałem, że poruszają się, kiedy się wrzuca monetę, i sprawiają wrażenie prawdziwych ludzi.

Matka wychowywała się sama, w latach dwudziestych, kiedy zabijano ludzi na ulicy, cała Barcelona była w kolorze sepii, a dyktatura Primo de Rivery zasnuwała goryczą wzrok jej mieszkańców. Kiedy dziadek Adrian zrozumiał, że dziewczynka rośnie i trzeba jej wytłumaczyć sprawy, na których on się nie zna, bardzo odległe od paleografii, sprowadził do domu córkę Loli, którą babcia Vicenta darzyła zaufaniem i która nadal zajmowała się domem, od ósmej rano do ósmej wieczorem, mimo że jej pani już nie żyła. Córka Loli, dwa i pół roku starsza od mojej matki, też miała na imię Lola. Lolę matkę nazywano Dużą Lolą. Biedna kobieta nie doczekała proklamowania republiki. Na łożu śmierci przekazała swój testament córce. Opiekuj się Carme, jakby chodziło o twoje własne życie, i Mała Lola została na dobre przy mojej matce. Do czasu, kiedy matka odeszła. Różne Lole w naszej rodzinie pojawiają się i znikają, kiedy ktoś umiera.

Nadzieja, jaką niosły ze sobą postulaty republikańskie, ucieczka króla, proklamowanie Republiki Katalońskiej i przepychanki z rządem centralnym, sprawiła, że w Barcelonie sepia zamieniła się w szarość, a ludzie chodzili po ulicach, trzymając ręce w kieszeni, kiedy było zimno, ale nie zważając na chłód, pozdrawiali się, częstowali papierosami nieznajomych i uśmiechali się do siebie, bo mieli nadzieję; nadzieję na co, nie wiedzieli, ale zawsze jakąś nadzieję. Feliks Ardèvol, obojętny na sepię i szarość, wyjeżdżał i wracał, podróżując ze swoim cennym towarem; przyświecał mu jeden cel: powiększyć zbiory, zaspokoić wieczne pragnienie, nie tyle kolekcjonera, co raczej ciułacza. Tło szare czy w kolorze sepii było mu obojętne. Interesowało go tylko to, co służyło gromadzeniu kolekcji. Dlatego zwrócił uwagę na doktora Adriana Boscha, wybitnego paleografa z Uniwersytetu w Barcelonie, uczonego, o którym mówiono, że bezbłędnie i bez zastanowienia potrafi datować obiekty. To była znajomość korzystna dla obu stron i Feliks Ardèvol stał się częstym gościem w gabinecie doktora Boscha na uniwersytecie, aż w końcu zaczęło to przeszkadzać niektórym asystentom. Feliks Ardèvol wolał spotykać się z doktorem Boschem w jego domu niż na uczelni. Niby nic ważnego, ale nie czuł się dobrze, wchodząc do tamtego szacownego gmachu. Mógł tam spotkać dawnych kolegów z Gregorianum; co więcej, dwóch profesorów filozofii, dwóch kanoników, pamiętało go jeszcze z seminarium w Vic i mogliby się dziwić, że tak często odwiedza wybitnego paleografa, i życzliwie zainteresować się, czym się teraz zajmujesz, Ardèvol? Czy to prawda, że rzuciłeś wszystko dla kobiety? Że zrezygnowałeś ze świetlanej przyszłości teologa i znawcy sanskrytu z powodu jakiejś spódniczki? Naprawdę? Było o tym głośno! Żebyś wiedział, Ardèvol, jakie rzeczy ludzie o tobie opowiadali! A co się z nią stało, z tą słynną Włoszką?

 

Zanim Feliks Ardèvol oświadczył profesorowi Boschowi chcę porozmawiać o twojej córce, już od sześciu lat był w centrum jej zainteresowania; zawsze kiedy dziadek Adrian przyjmował u siebie Feliksa Ardèvola, ona otwierała mu drzwi. Skończyła siedemnaście lat w roku proklamowania republiki; wtedy też uświadomiła sobie, że podoba się jej sposób, w jaki pan Ardèvol zdejmował kapelusz na dzień dobry. Zawsze pozdrawiał ją jak się masz, ślicznotko. Bardzo jej to pochlebiało. Jak się masz, ślicznotko. Aż wreszcie zainteresowała się kolorem oczu pana Ardèvola. Ciemnobrązowe. I angielską lawendą, która pachniała tak pięknie, że można było się w niej zakochać.

Wkrótce nadeszły złe czasy – trzy lata wojny. Barcelona utraciła kolor sepii i szarości i przybrała kolor ognia, grozy, głodu, bombardowań i śmierci. Feliks Ardèvol całymi tygodniami przebywał w podróży, nie dając znaku życia; mimo że uniwersytet działał, we wszystkich aulach wisiała w powietrzu groza. A kiedy nastał pokój, złowieszczy pokój, Franco zlustrował większość profesorów, którzy nie wybrali emigracji; uniwersytet, teraz wyłącznie w języku hiszpańskim, bez kompleksów popisywał się ignorancją. Ale pozostawały wyspy, takie jak Instytut Paleografii, mało istotny z perspektywy zwycięzców. Pan Feliks Ardèvol znów zaczął się pojawiać, przynosząc różne obiekty. Obaj je klasyfikowali, datowali i sprawdzali autentyczność, a Feliks sprzedawał towar na całym świecie. Zyskiem dzielili się między sobą; przydawał się dodatkowy zarobek w ciężkich czasach. Jednak wykładowcy, którzy przeszli przez frankistowskie czystki, krzywo patrzyli na tego handlarza, bo panoszył się w instytucie, jakby był profesorem. W instytucie i w domu doktora Boscha.

W czasie wojny Carme Bosch rzadko miała okazję go widywać. Jednak kiedy wojna się skończyła, pan Ardèvol znów zaczął odwiedzać jej ojca i obaj zamykali się w gabinecie, a ona zajmowała się w tym czasie swoimi sprawami i mówiła Mała Lolu, teraz nie pójdę kupować sandałów, a Mała Lola wiedziała, że to dlatego, że pan Ardèvol jest w domu i rozmawia o starych papierach z panem, i uśmiechając się pod nosem, mówiła jak chcesz, Carme. W tym czasie ojciec, praktycznie nie pytając jej o zdanie, zapisał ją do otwartej ponownie Szkoły Bibliotekarek, a te trzy lata, które w niej spędziła, praktycznie tuż obok domu, bo mieszkali przy ulicy Àngels, były najszczęśliwszym okresem w jej życiu. Poznała tam koleżanki, które obiecały jej, że będą się spotykać, choćby wszystko u nich się zmieniło, wyszły za mąż i tak dalej, ale później przestała się z nimi widywać, nawet z Pepitą Masrierą. Zaczęła pracować w bibliotece uniwersyteckiej; ciągnęła wózki z książkami, starała się bez powodzenia upodobnić do surowej pani Canyameres i raz po raz spotykała na swojej drodze pana Ardèvola, który przypadkiem zaczął teraz częściej zaglądać do biblioteki i mówił jaka jesteś śliczna, a ona tęskniła za koleżankami ze studiów, zwłaszcza za Pepitą Masrierą.

– Ciemnobrązowy to żaden kolor.

Mała Lola patrzyła na Carme z ironią, czekając na odpowiedź.

– Tak. Taki ładny brąz. Jak ciemny miód, jak eukaliptus.

– Jest w wieku twojego ojca.

– Nie! Jest siedem i pół roku młodszy.

– Skoro tak, to już nic nie mówię.

Pan Ardèvol, mimo czystek, też patrzył nieufnie na starych i nowych profesorów. Ci ostatni nie mieli zamiaru się wtrącać do jego spraw uczuciowych, bo najprawdopodobniej o nich nie słyszeli, ale chętnie by go ostrzegli, przyjacielu, poruszasz się po śliskim terenie. Feliks Ardèvol nie miał ochoty tłumaczyć się ze wszystkiego komuś na pozór kulturalnemu, kto spoglądał na niego z ironią i wymownym milczeniem dawał do zrozumienia, że nie prosi, żeby mu cokolwiek wyjaśniać. Aż pewnego dnia zdecydował: koniec, nie mam ochoty żyć w stresie; poszedł prosto do komisariatu na Via Laietana i powiedział profesor Montells z paleografii.

– Kto taki?

– Profesor Montells z paleografii.

– Montells de Paleografia – zapisywał powoli komisarz. – A imię?

– Eloi. Nazwisko matki…

– Eloi Montells de Paleografia, już mam oba nazwiska.

W kancelarii komisarza Plasencii pomalowanej na brudnooliwkowy kolor znajdowała się szafa na akta oraz portrety Franco i José Antonia na popękanej ścianie. Przez brudną szybę można było śledzić ruch samochodów na Via Laietana. Ale pana Feliksa Ardèvola nie interesowały teraz głupstwa. Zapisywał pełne dane doktora Eloi Montellsa, łącznie z nazwiskiem panieńskim matki, Ciurana, zatrudnionego w Katedrze Paleografii, wychowanka Gregorianum, tak jak on, tyle że w innym czasie, który patrzył na niego krzywo za każdym razem, kiedy odwiedzał doktora Boscha w interesach, dla niego niedostępnych.

– A co to za jeden?

– Nacjonalista kataloński. Komunista.

Komisarz gwizdnął i powiedział no no no… I ktoś taki przed nami się uchował?

Pan Ardèvol nie odpowiedział na pytanie, które miało charakter retoryczny, a poza tym lepiej było nie mówić, że uchował się dzięki zwykłej policyjnej indolencji.

– To już drugi profesor, którego pan denuncjuje. To dziwne – stukał ołówkiem w stół, jakby chciał wysłać wiadomość alfabetem Morse’a. – Pan przecież nie jest profesorem, prawda? Dlaczego pan to robi?

Żeby oczyścić teren. Żeby poruszać się swobodnie, nie narażając się na niedyskretne spojrzenia.

– Z patriotyzmu. Niech żyje Franco.

Było ich więcej. Trzech lub czterech. A wszyscy okazywali się katalońskimi nacjonalistami i komunistami. Na próżno powoływali się na swoje bezwarunkowe poparcie dla reżimu i ze świętym oburzeniem dziwili się głośno ja miałbym być komunistą? Nic im nie pomogło wykrzykiwanie niech żyje Franco, w obecności komisarza, bo więzienie Modelo musiało się wykazać nieprzerwaną aktywnością, dlatego trafiali tam niepoprawni zwyrodnialcy, którzy nie skorzystali ze wspaniałomyślności Generalissimusa i uparcie trwali w błędzie. Po kilku celnych doniesieniach wokół doktora Boscha zrobiło się dużo pustego miejsca; on sam nie miał o niczym pojęcia i nadal dostarczał informacji temu obrotnemu mężczyźnie, który tak bardzo go podziwiał.

Jakiś czas po aresztowaniu profesorów Feliks Ardèvol na wszelki wypadek zamiast w pokoju uniwersyteckim zjawił się w domu doktora Boscha, wprawiając w zachwyt Carme Bosch.

 

– Jak się masz, ślicznotko?

Dziewczyna, która piękniała z każdym dniem, odpowiadała uśmiechem i skromnie spuszczała oczy, zawsze tak samo, dzięki czemu te oczy stały się jedną z najbardziej ekscytujących tajemnic, jakie Feliks Ardèvol chciał pilnie rozwikłać. Niemal tak ekscytującą jak bezpański rękopis Goethego.

– Przynoszę ci dzisiaj większą robotę i lepiej płatną – z tymi słowami wszedł do gabinetu profesora Boscha. Dziadek Adrian zabrał się do ekspertyzy, poświadczenia autentyczności i inkasowania należności bez zadawania zbędnych pytań w stylu, słuchaj, Feliks, skąd u diabła ty to wszystko bierzesz? Jak do tego dotarłeś, co?

Patrząc, jak gość wyciąga papiery, dziadek Adrian przetarł binokle. Dopóki rękopis nie znajdzie się na biurku, spektakl nie może się rozpocząć.

– Tekstura gotycka – stwierdził doktor Bosch; założył okulary i łakomym wzrokiem obrzucił rękopis, który tamten położył na stole. Wziął go do ręki i przez dłuższą chwilę oglądał dokładnie z każdej strony.

– Jest niekompletny – przerwał nazbyt przedłużające się milczenie.

– Z wieku czternastego?

– Tak. Widzę, że robisz postępy.

W tym czasie Feliks Ardèvol już zdążył zorganizować sieć wywiadowczą, pozwalającą na wytropienie wszelkiego rodzaju cennych papierów, papirusów, pergaminów luźnych i w plikach, zalegających na zagraconych, zakurzonych półkach archiwów, bibliotek, instytucji kulturalnych, ratuszy i parafii w różnych miejscach Europy. Młody pan Berenguer, jak najprawdziwszy rasowy tropiciel, całe dnie spędzał, przeszukując owe zbiory i na miejscu dokonywał pierwszej oceny, którą następnie przekazywał przez zawodne telefony tamtych czasów. W zależności od tego, jaka zapadła decyzja, dawał parę groszy właścicielom, jeśli nie udało się wykorzystać ich nieuwagi, i przekazywał dokument Ardèvolowi, który dokonywał ekspertyzy wspólnie z doktorem Boschem. Wszyscy na tym korzystali, pamięć o rzeczach również. Wszyscy. W ciągu dziesięciu lat przeszło przez jego ręce dużo makulatury, bardzo dużo. Ale od czasu do czasu zdarzał się prawdziwy rarytas, jak egzemplarz wydania z 1876 roku L’après-midi d’un faune z ilustracjami Maneta, w którym zachowały się odręczne dopiski Mallarmégo, na pewno ostatnie słowa, jakie napisał, i które przetrwały na strychu skromnej biblioteki miejskiej w Valvins. Albo trzy czy cztery pergaminy, kompletne i w dobrym stanie, z korpusu kancelaryjnego Joana II, cudem ocalone z masy spadkowej wystawionej na licytację w Göteborgu. Trafiały się trzy, cztery takie perełki w ciągu roku. To dla nich Ardèvol pracował dniami i nocami. Powoli, w samotności wielkiego mieszkania, jakie wynajął w dzielnicy Eixample, dojrzewał pomysł, żeby założyć sklep antykwaryczny, w którym można by wystawić to wszystko, co zostawało po odłowieniu pereł. Ta decyzja pociągała za sobą następną: przejmowanie całej masy spadkowej, nie tylko rękopisów. Dzbany, bongosy, osiemnastowieczne meble zaprojektowane przez Chippendale’a stojaki na parasole, broń… wszystko, co powstało dawno temu i obecnie nie służyło już do niczego. W ten sposób w jego domu pojawił się pierwszy instrument muzyczny.

Lata mijały; pan Ardèvol, mój ojciec, odwiedzał regularnie profesora Boscha, mojego dziadka, którego jeszcze zdążyłem poznać, kiedy byłem mały. Carme, moja matka, skończyła dwadzieścia dwa lata i pewnego dnia pan Feliks Ardèvol powiedział swemu koledze chcę porozmawiać o twojej córce.

– Coś jej się stało? – lekko przestraszony doktor Bosch spojrzał na przyjaciela, zdejmując binokle.

– Chcę się z nią ożenić. Jeśli nie masz nic przeciw temu.

Doktor Bosch wstał i wyszedł do ciemnego przedpokoju, zdezorientowany, przekładając z ręki do ręki binokle. Ardèvol stał kilka kroków dalej i obserwował go z uwagą. Po paru minutach nerwowego miotania się po przedpokoju odwrócił się i spojrzał na Ardèvola, nie doceniając jego ciemnobrązowych oczu.

– Ile masz lat?

– Czterdzieści cztery.

– A Carme ma najwyżej osiemnaście czy dziewiętnaście.

– Dwadzieścia dwa i pół. Twoja córka skończyła dwadzieścia dwa lata.

– Jesteś pewien?

Cisza. Doktor Bosch włożył binokle, jakby miał zamiar sprawdzić gdzieś wiek córki. Spojrzał na Ardèvola, otworzył usta, zdjął binokle i patrząc w nieokreślonym kierunku, wyszeptał pod nosem z podziwem, jakby miał przed sobą papirus ptolemejski, Carme skończyła dwadzieścia dwa lata…

– Już parę miesięcy temu.

W tym momencie otworzyły się drzwi mieszkania i weszła Carme w towarzystwie Małej Loli. Popatrzyła na obu mężczyzn stojących w milczeniu na środku przedpokoju. Mała Lola zabrała koszyk z zakupami i znikła, a Carme przypatrywała się im, zdejmując płaszcz.

– Czy coś się stało? – zapytała.

5

Bardzo długo nie przejmowałem się ponurym charakterem ojca. Byłem nim zafascynowany i chciałem, żeby on był ze mnie zadowolony. A przede wszystkim pragnąłem zasłużyć na jego podziw. Potrafił być brutalny – tak, złośliwy też – i wcale mnie nie kochał. Ale ja go uwielbiałem. I to pewnie z tego powodu tak ciężko mi teraz o nim mówić. Żeby go nie usprawiedliwiać. Ani nie oskarżać.

Jedną z nielicznych sytuacji, o ile w ogóle nie jedyną, kiedy ojciec przyznał mi rację, powiedział bardzo dobrze, wydaje mi się, że masz słuszność, zachowałem w swojej pamięci jak puzderko ze skarbem. Bo na ogół to inni, my wszyscy byliśmy w błędzie w każdej sprawie. Rozumiem, że matka wybrała oglądanie życia z balkonu. Ale ja byłem mały i chciałem być zawsze tam, gdzie coś się dzieje. Więc kiedy ojciec stawiał przede mną nieosiągalne cele, brałem to za dobrą monetę. Chociaż tych zasadniczych w końcu nie zrealizowałem. Nie studiowałem prawa; ukończyłem tylko jeden kierunek, ale za to poświęciłem praktycznie całe życie nauce. Nie gromadziłem żmudnej kolekcji dziesięciu czy dwunastu języków, żeby pobić rekord ojca Levinskiego z Gregorianum; nauczyłem się ich bez trudności dlatego, że taką miałem fantazję. I chociaż mam z ojcem niewyrównane porachunki, nigdy nie zabiegałem o to, żeby czuł się ze mnie dumny tam, gdzie się teraz znajduje, czyli moim zdaniem nigdzie, bo podobnie jak on też nie wierzę w życie wieczne. Zamiary mojej matki, zawsze na drugim planie, też spełzły na niczym. No, może nie całkiem. Bardzo długo nie wiedziałem, że matka ma wobec mnie jakieś zamiary, ale ukrywa je przed ojcem.

Tak więc byłem jedynakiem obserwowanym przez rodziców, którzy po inteligentnym dziecku spodziewali się błyskotliwych wyników. Tak można podsumować moje dzieciństwo: wysoko ustawiona poprzeczka. Poprzeczkę miałem wysoko we wszystkim, nawet w jedzeniu z zamkniętymi ustami, bez opierania łokci na stole i bez przerywania rozmów dorosłym, choć zdarzały się takie dni, kiedy miałem dość, i wtedy nawet Carson i Czarny Orzeł nie potrafili mnie uspokoić i powstrzymać przed wybuchem złości. Dlatego zawsze, kiedy Mała Lola miała coś do załatwienia w Dzielnicy Gotyckiej, korzystałem z okazji, żeby jej towarzyszyć w zakupach, i czekałem na nią, chłonąc wszystko szeroko otwartymi oczami.

W miarę jak dorastałem, coraz bardziej fascynował mnie sklep ojca: niepokoił mnie i dostarczał silnych emocji. W domu mówiliśmy o nim sklep, żeby nie komplikować, ale tak naprawdę był to samowystarczalny, kompletny świat i można było w nim zapomnieć, że za jego ścianami toczy się jakieś życie. Od strony ulicy Palla, naprzeciwko ponurej fasady kościoła, którym nie interesowała się ani kuria, ani władze miasta, znajdowało się wejście. Kiedy otwierałeś drzwi, odzywał się dzwoneczek, którego dźwięk słyszę do dziś, uprzedzający Cecylię lub pana Berenguera o wizycie klienta. W tym momencie zaczynała się orgia wrażeń, głównie wzroku i węchu. Z wyjątkiem dotyku, ponieważ Adrianowi surowo zakazano bezpośredniego kontaktu z czymkolwiek, ty chyba masz wzrok w palcach, pamiętaj, żebyś absolutnie niczego nie dotykał, bo pożałujesz. Niczego to niczego, rozumiesz mnie, Adrianie, chłopcze? Ponieważ nic znaczy nic, spacerowałem z rękami w kieszeniach wąskim przejściem i tylko przyglądałem się obiektom, wśród których był polichromowany anioł, nadgryziony przez korniki, obok pozłacanej miski Marii Antoniny. Był też gong, który należał do dynastii Ming i wart był fortunę. Adrian marzył, żeby weń uderzyć chociaż raz, zanim umrze.

– A to do czego służy?

Pan Berenguer najpierw spojrzał na japoński sztylet, potem na mnie i uśmiechnął się:

– To japoński puginał kaiken, używany przez samurajki wyznające bushido.

Adrian aż otworzył usta z wrażenia. Pan Berenguer sprawdził, że Cecylia jest zajęta polerowaniem waz z brązu, i pochylając się nad chłopcem tak nisko, że czuć było jego nieświeży oddech, wyszeptał:

– To taki sztylet, który służył walecznym Japonkom do odbierania sobie życia. – Spojrzał, żeby sprawdzić, jakie wrażenie wywarły jego słowa. Ponieważ jednak chłopiec pozostał niewzruszony, dokończył beznamiętnym tonem: – Okres Edo, szesnasty wiek.

Jasne, że Adrian był pod wrażeniem, ale jak się ma osiem lat, tak jak ja wtedy, umie się kontrolować emocje, podobnie jak moja matka, kiedy ojciec zamykał się w gabinecie i oglądał przez lupę swoje rękopisy, a w domu nie wolno było podnosić głosu, bo ojciec czytał w gabinecie i nie wiadomo było, o której z niego wyjdzie na kolację.

– Nie. Zaczekaj z podawaniem, dopóki nie wyjrzy z gabinetu.

Mała Lola wracała do kuchni, mrucząc pod nosem, już ja bym nauczyła rozumu tego fagasa, kto to widział, żeby cały dom musiał się podporządkować jego lupie. A jeżeli ja akurat byłem obok tego fagasa, wsłuchiwałem się, jak czyta:

A un vassalh aragones. / Be sabetz lo vassalh qui es, / El a nom. N’Amfos de Barbastre. / Ar aujatz, senher, cal desastre. / Li avenc per sa gilozia.

– Co to jest?

– La reprensió dels gelosos. Upomnienie zazdrośników. Nowelka.

– To starokataloński?

– Nie. Prowansalski.

– Brzmi podobnie.

– Bardzo.

– Co znaczy zazdrośnik?

– Napisał ją Ramon Vidal de Besalú. Wiek trzynasty.

– Coś takiego, ale stara. Co znaczy zazdrośnik?

– Foliał 132 z kancjonarza prowansalskiego z Karlsruhe. Drugi znajduje się w Bibliotece Narodowej w Paryżu. Ten jest mój. Jest twój.

Adrian zrozumiał to jak zachętę i wyciągnął rękę. Ojciec ukłuł wyciągniętą dłoń i bardzo mnie zabolało. Nawet mnie nie ostrzegł słowami masz wzrok w palcach. Nadal pochylał się z lupą i powtarzał co za traf, że życie dostarczyło mi w tych dniach tyle radości.

Japoński sztylet do babskich samobójstw, podsumował Adrian. I kontynuował swój obchód aż do ceramicznych donic. Grafiki i rękopisy zostawił na koniec, ponieważ czuł dla nich respekt.

– Może byś nam kiedyś pomógł, widzisz, ile tu mamy pracy.

Adrian obrzucił wzrokiem sklep, w którym nie było klientów, i uśmiechnął się grzecznie do Cecylii.

– Jak tylko ojciec mi pozwoli – powiedział.

Chciała mu coś odpowiedzieć, ale po chwili zmieniła zdanie i została z otwartymi ustami. Z iskierką w oku powiedziała tylko no, daj mi całusa.

Pocałowałem ją, bo nie chciałem robić afery. W ubiegłym roku byłem w niej szczerze zakochany, ale teraz zaczynała mnie krępować ta jej mania całowania. Chociaż byłem jeszcze dzieckiem, w moim życiu zaczął się już okres głębokiej awersji do całusów, jakbym miał co najmniej ze dwanaście czy trzynaście lat; zawsze byłem cudownym dzieckiem w sprawach drugorzędnych. Od ósmego czy dziewiątego roku życia, bo tyle wtedy miałem, ta niechęć do całowania utrzymała się u mnie aż do… no dobrze, ty wiesz najlepiej, jak długo. A może jeszcze nie wiesz. A właśnie, co miałaś na myśli, mówiąc sprzedawcy encyklopedii „zmieniłam swoje życie”?

Przez chwilę Adrian i Cecylia obserwowali ludzi przechodzących ulicą, którzy nie zwracali uwagi na ich okno wystawowe.

– Zawsze jest tu coś do roboty – powiedziała Cecylia, jakby czytała mi w myślach. – Jutro opróżniamy mieszkanie z biblioteką. Będzie niezłe zamieszanie.

Wróciła do polerowania brązu. Woń netolu przeniknęła aż do mózgu Adriana, i musiał się odsunąć na bezpieczną odległość. Dlaczego te japońskie kobiety muszą sobie odbierać życie, pomyślał.

Teraz widzę, że rzadko chodziłem myszkować do sklepu. Myszkować to za dużo powiedziane. Było mi przykro, zwłaszcza gdy podchodziłem do działu instrumentów muzycznych. Raz, kiedy byłem trochę starszy, spróbowałem zagrać na skrzypcach, ale kiedy kątem oka zarejestrowałem, co się dzieje za moimi plecami, i dojrzałem milczącą dezaprobatę w spojrzeniu pana Berenguera, słowo honoru, naprawdę przeszył mnie lęk. Nigdy więcej już tego nie próbowałem. Pamiętam, że instrumenty gromadziły się tam przez lata, oprócz skrzydłówek, tub i trąbek, dobry tuzin skrzypiec, sześć wiolonczeli, dwie altówki i trzy szpinety, a do tego jeszcze gong dynastii Ming, tamburyn etiopski i coś w rodzaju ogromnego, nieruchomego węża, który nie wydawał żadnego dźwięku; jak się później dowiedziałem, to był serpent. Na pewno ktoś te instrumenty kupował i przybywały nowe, bo w tym zbiorze zachodziły zmiany, ale nie co do ilości instrumentów, która utrwaliła mi się w pamięci. Czasami zaglądali do naszego sklepu skrzypkowie z teatru operowego Liceo i negocjowali – zazwyczaj z marnym skutkiem – cenę instrumentu, który chcieli nabyć. Ojciec nie uważał muzyków za pożądanych klientów, bo u nich zawsze krucho z pieniędzmi; chcę mieć do czynienia z kolekcjonerami, którym zależy na obiektach: tacy, co to kradną coś, czego nie mogą kupić, to najlepsza klientela.

– Dlaczego?

– Bo płacą tyle, ile zażądam, i są zadowoleni. A potem wracają z wywieszonym językiem, bo chcą więcej.

Ojciec znał się na tym.

– Muzykowi instrument potrzebny jest do grania. Kiedy go dostanie, używa go. Kolekcjoner nie używa instrumentu: może ich mieć z dziesięć, tylko po to, żeby je głaskać. Albo musnąć wzrokiem. To mu wystarcza do szczęścia. Kolekcjonerowi instrument nie jest potrzebny do grania, tylko do pieszczot.

Ojciec był bardzo inteligentny.

– Muzyk kolekcjoner? Prawdziwa gratka, ale taki mi się nie trafił.

Kiedy Adrianowi wydawało się, że już są w pełnej komitywie, poskarżył się, że Herr Romeu jest nudny jak niedzielne popołudnie, a w odpowiedzi ojciec przeszył go takim wzrokiem, że nawet teraz, choć mam sześćdziesiąt lat, dreszcz przechodzi mi po plecach.

– Coś ty powiedział?

– Że Herr Romeu…

– Nie, nudny jak co?

– Nie wiem.

– Dobrze wiesz.

– Jak niedzielne popołudnie.

– Bardzo dobrze.

Ojciec zawsze miał rację. Wydawało się, że ta chwila ciszy, jaka zapanowała, była mu potrzebna, żeby znaleźć w kieszeni miejsce na moje słowa, które chciał włączyć do swojej kolekcji. Kiedy już je tam umieścił, wrócił do przerwanej rozmowy.

– Dlaczego uważasz, że jest nudny?

– Cały czas mam powtarzać deklinacje i końcówki, które znam na pamięć. Każe mi mówić: ten ser z krowiego mleka jest dobry, gdzie go kupiłeś? Albo: mieszkam w Hanowerze i nazywam się Kurt. A ty skąd jesteś? Podoba ci się Berlin?

– A ty czego chciałbyś się uczyć?

– Nie wiem. Chciałbym przeczytać jakąś zabawną historyjkę. Chcę czytać Karola Maya po niemiecku.

– Bardzo dobrze, wydaje mi się, że masz słuszność.

Pozwolę sobie powtórzyć: bardzo dobrze, wydaje mi się, że masz słuszność. Muszę to podkreślić: to był jedyny raz w życiu, kiedy przyznał mi rację. Gdybym był fetyszystą, oprawiłbym to zdanie w ramki i zapisał dzień i godzinę, kiedy zostało wypowiedziane. Uwieczniłbym je na czarno-białej fotografii.

Następnego dnia nie miałem lekcji, bo Herr Romeu został zwolniony. Adrian poczuł się bardzo ważny, jakby los innych ludzi spoczywał w jego rękach. To był mój wielki wtorek. Tym razem było mi na rękę, że ojciec potrafi przywołać wszystkich do porządku. Musiałem mieć wtedy jakieś dziewięć czy dziesięć lat i bardzo wygórowane poczucie własnej godności. Czy może raczej brak poczucia śmieszności. Zwłaszcza teraz, kiedy spoglądał wstecz, Adrian Ardèvol zdawał sobie sprawę, że nawet kiedy był mały, nie był prawdziwym dzieckiem. Kiedy inni przechodzili infekcje i przeziębienia, on celował we wszystkim, co przedwczesne. Doprawdy, żal mi siebie. Ale i tak nie docierały do mnie szczegóły, które dopiero teraz potrafię zinterpretować. Kiedyś, jeszcze przed oficjalnym otwarciem sklepu, zanim Cecylia zdążyła poprawić przed lustrem fryzurę, odwiedził ojca klient, który miał do niego sprawę, a kiedy obaj przeszli do biura, nieznajomy, patrząc mu w oczy, powiedział panie Ardèvol, nie mam zamiaru niczego kupować, co obudziło czujność ojca.

– W takim razie po co pan przyszedł?

– Żeby uprzedzić, że pańskie życie jest w niebezpieczeństwie.

– Ach tak? – Uśmiechnął się z niesmakiem.

– Tak.

– A mogę wiedzieć, dlaczego?

– Na przykład, może pana zainteresować, że doktor Montells już wyszedł z więzienia.

– Nie wiem, o kim pan mówi.

– I sporo nam opowiedział.

– Jakim nam? Kim jesteście?

– Powiedzmy, że pan nam się naraził, denuncjując go jako katalońskiego nacjonalistę i komunistę.

– Ja?

– Pan.

– Nie jestem donosicielem. Coś jeszcze? – zapytał, podnosząc się z krzesła.

Gość pozostał na swoim miejscu. Rozsiadł się wygodnie i bardzo powoli zabrał się do zwijania skręta. Potem go zapalił.

– Tu się nie pali.

– Mnie wolno. – Prawą ręką wskazał swój papieros. – Poza tym wiemy, że doniósł pan na trzy inne osoby. Wszyscy oni pozdrawiają pana, jedni z domu, inni z więzienia. Niech pan teraz uważa w ciemnych zaułkach, mogą być niebezpieczne.

Zdusił papierosa na drewnianym blacie stołu, niczym w ogromnej popielniczce, wypuścił dym prosto w twarz pana Ardèvola, wstał i wyszedł z biura. Feliks Ardèvol patrzył, jak w tym miejscu przypala się drewno, nie robiąc nic, żeby temu zapobiec. Jakby to była jego pokuta.

Wieczorem, w domu, żeby otrząsnąć się z przykrych wrażeń, ojciec zawołał mnie do gabinetu i w nagrodę, w nagrodę za to, że byłem wyjątkiem stawiającym wymagania nauczycielom – tego mogłem się spodziewać po moim synu – pokazał mi złożony pergamin, zapisany po obu stronach, jak się okazało, akt fundacyjny klasztoru Sant Pere del Burgal, i powiedział synu (marzyło mi się, żeby po tym synu dodał jeszcze „w którym pokładam wielkie nadzieje”, skoro już byliśmy w takiej komitywie), ten dokument został napisany ponad tysiąc lat temu, a teraz jest w naszych rękach… Ej, ej, spokojnie, ja go wezmę. Prawda, że jest piękny? Pochodzi z czasów, kiedy powstał tamten klasztor.

– Gdzie to jest?

– W Pallars. Kojarzysz ten pejzaż Urgella w jadalni?

– Przedstawia klasztor Santa Maria de Gerri.

– Tak, tak. Burgal jest jeszcze wyżej. Jakieś dwadzieścia kilometrów w stronę zimna. – Patrząc na pergamin: – Akt założycielski klasztoru Sant Pere del Burgal. Opat Delligat prosi hrabiego Ramona z Tuluzy o immunitet dla swojego niewielkiego klasztoru, który przetrwał setki lat. Jestem wzruszony, trzymając w rękach świadectwo tak długiej historii.

Wyobraziłem sobie to, o czym mówił ojciec, i uświadomiłem sobie, że pomyślał: ten dzień jest zbyt jasny, zbyt wiosenny jak na Boże Narodzenie. Właśnie pochowali czcigodnego ojca przeora, świętej pamięci Józefa od Świętego Bartłomieja, na wilgotnym, ciasnym cmentarzu klasztoru Sant Pere. Życie, które wiosną rozkwitnie na delikatnej, wilgotnej trawie tysiącami kolorowych guziczków, teraz spoczywało przyduszone lodem. Pochowali ojca przeora, a wraz z nim ostatni argument przeciwko zamknięciu klasztoru. Opactwo Sant Pere del Burgal, kiedy jeszcze śniegi padały obfitsze, cieszyło się prawem egzempcji. Od zamierzchłych czasów opata Delligata przechodziło różne koleje losu; miało momenty pomyślne, kiedy aż trzydziestu mnichów podziwiało wspaniały spektakl, jaki dzień w dzień tworzyły wody Noguery na tle lasu Poses; wychwalali Pana, dziękowali mu za jego dzieła i przeklinali Szatana za chłód, który trawił ciała i mroził dusze całej wspólnoty. Sant Pere del Burgal przeżywał też trudne chwile, kiedy nie było co mleć we młynie, a nieledwie sześciu czy siedmiu starych i chorych zakonników musiało samotnie podołać wszystkim zadaniom, jakie każdy mnich wypełnia od momentu wstąpienia do zakonu aż do chwili, gdy znajdzie się na cmentarzu, tak jak się właśnie stało z ojcem przeorem. A teraz pozostawał przy życiu tylko jeden depozytariusz długiej pamięci.

Po odmówieniu krótkiego, anemicznego responsorium oraz szybkim, żałobnym pobłogosławieniu skromnej trumny brat Julian z Sau, który pełnił rolę celebransa, odprawił pięciu wieśniaków z Escaló, uczestniczących w tej smutnej uroczystości. Na próżno wypatrywał braci z opactwa Santa Maria de Gerri, którzy mieli potwierdzić zamknięcie klasztornego terytorium. Dotrą już po fakcie, jak zawsze, kiedy byli potrzebni.

Brat Julian z Sau przekroczył próg maleńkiego klasztoru Sant Pere. Znalazł się we wnętrzu kościoła. Ze łzami w oczach wyciągnął młotek i dłuto, żeby przebić kamień w ołtarzu głównym i wydobyć zeń niewielki drewniany relikwiarz, kryjący szczątki świętych. Ogarnął go strach, bo pierwszy raz w życiu był sam. Zupełnie sam. Bez żadnego brata. Jego kroki rozbrzmiewały donośnie w wąskim korytarzu. Rzucił okiem na maleńki refektarz. Jedna z ławek przysuniętych do ściany wyżłobiła wgłębienie w brudnym gipsie. Nie warto było jej odsuwać. Otarł łzę i ruszył w kierunku swojej celi. Stamtąd spojrzał przez okno na ukochany pejzaż, który znał na pamięć, każdą gałąź, każde drzewo. Na pryczy leżała Święta Skrzynia, a na jej dnie spoczywał już akt erekcyjny klasztoru; teraz umieścił w niej również relikwiarz ze szczątkami nieznanych świętych, którzy towarzyszyli im przez całe wieki w czasie mszy i codziennych śpiewów. Włożył jeszcze kielich i patenę, należące do wspólnoty. A także dwa klucze, jedyne, jakie klasztor Sant Pere del Burgal posiadał: klucz do kościoła i do klauzury. Długie lata wychwalania Pana sprowadzały się do solidnej skrzyni z jałowcowego drewna, która stawała się w tym momencie jedynym świadectwem historii zdesakralizowanego klasztoru. W kącie na sienniku leżały dwa zawiniątka z jego dobytkiem: dwie sztuki ubrania, coś w rodzaju szalika i brewiarz. I sakiewka z nasionami świerku i klonu, pamiątka po dawnym życiu, o którym wolałby zapomnieć, kiedy jeszcze był bratem Michałem i należał do zakonu dominikanów. Wtedy, w pałacu jego ekscelencji, żona Guerxa z Salt zatrzymała go przy kuchni i powiedziała proszę, bracie Michale, macie tu świerkowe i piniowe orzeszki, i skrzydlaki klonu.

– A po co mi one?

– Nic innego nie mogę wam ofiarować.

– A dlaczego miałabyś mi cokolwiek ofiarowywać? – niecierpliwił się brat Michał.

Kobieta pochyliła głowę i powiedziała ledwie dosłyszalnym szeptem Jego Ekscelencja zgwałcił mnie; chcę się zabić, żeby nie dowiedział się mój mąż, bo wtedy to on mnie zabije.

Oszołomiony brat Michał musiał wyjść na korytarz, żeby przysiąść na bukszpanowej ławce.

– Co ty mówisz – zwrócił się do kobiety, która poszła za nim, a teraz stała naprzeciwko.

Guerxa milczała, bo nie miała już nic do dodania.

– Nie wierzę ci, wierutna kłamczucho. Tobie chodzi tylko o to…

– Kiedy się powieszę na zmurszałej belce, to mi uwierzycie? – Teraz wpatrywała się w niego wzrokiem, którego można było się przestraszyć.

– Ależ, kobieto…

– Chcę, żebyście mnie rozgrzeszyli z tego grzechu, bo zamierzam się zabić.

– Nie jestem kapłanem.

– Ale chyba możecie… Pozostała mi tylko śmierć. Ale to przecież nie moja wina, chyba Bóg mi wybaczy. Prawda, bracie Michale?

– Samobójstwo to wielki grzech. Uciekaj stąd! Odejdź jak najdalej!

– A niby dokąd miałaby się udać samotna kobieta? Co?

Brat Michał chciałby się teraz znaleźć gdzieś daleko, na końcu świata, nie zważając na niebezpieczeństwa, jakie tam czyhają.

W celi w Sant Pere del Burgal brat Julian wysypał na rękę nasiona, które mu podarowała zdesperowana kobieta, choć nie umiał udzielić jej duchowego wsparcia. Następnego dnia znaleziono ją na zmurszałej belce w wielkiej stodole. Powiesiła się na różańcu z piętnastu tajemnic, przypasanym zazwyczaj do habitu jego ekscelencji, który gdzieś się zawieruszył dwa dni wcześniej. Z jego rozkazu samobójczyni odmówiono pochówku w poświęconej ziemi, a Guerxo z Salt został wypędzony z pałacu, ponieważ dopuścił, by jego żona swoim czynem obraziła niebiosa. Mąż sam znalazł ją rankiem i próbował rozerwać różaniec w szalonej nadziei, że Guerxa jeszcze oddycha. Kiedy brat Michał dowiedział się o tym, zapłakał gorzko i modlił się, wbrew zakazom przełożonego, za zbawienie duszy zdesperowanej kobiety oraz złożył przyrzeczenie przed Bogiem, że nigdy nie straci tych nasion klonu i świerku, które będą mu ciągle przypominać o jego tchórzliwym milczeniu. Jeszcze raz popatrzył na leżącą na dłoni pamiątkę, która przetrwała dwadzieścia lat, aż do momentu, gdy w jego życiu dokonał się kolejny zwrot – przejście do klasztoru Santa Maria de Gerri. Schował piniowe orzeszki do kieszeni benedyktyńskiego habitu. Popatrzył przez okno. Pewnie byli już blisko, ale nie dostrzegał żadnego ruchu w oddali. Zawiązał byle jak zawiniątko z ubraniem. Tej nocy żaden mnich nie będzie spał w klasztorze w Burgalu.

Niosąc przed sobą Świętą Skrzynię, dreptał od celi do celi, zaczynając od brata Marcela, brata Marcina, brata Adriana, ojca Ramona, ojca Bazylego, ojca Józefa od Świętego Bartłomieja, a kończąc na własnej skromnej celi na końcu wąskiego korytarza, położonej najbliżej wirydarza i furty klasztornej, do której został przypisany, można powiedzieć, od pierwszego dnia pobytu w klasztorze. Potem jeszcze zajrzał do pralni, do skromnego kapitularza, do kuchni i znów do refektarza, gdzie ławka nadal wbijała się w gipsową ścianę. Kiedy znalazł się w wirydarzu, rozpłakał się z rozpaczy; trudno mu było się pogodzić, że taka była wola Boża. Szukał ukojenia w klasztornej kaplicy, do której wszedł, żeby się pożegnać na zawsze z długimi latami benedyktyńskiego życia. Uklęknął przed ołtarzem, przytrzymując jedną ręką Świętą Skrzynię. Po raz ostatni oglądał postaci namalowane w apsydzie. Prorocy i archaniołowie. Święty Piotr i święty Paweł, święty Jan i inni apostołowie oraz Matka Boża, wszyscy wychwalali, wraz z archaniołami, surowego Pantokratora. Poczuł się winny, winny z powodu wygaśnięcia kultu w skromnym klasztorze w Sant Pere del Burgal. Wolną ręką bił się w piersi, mówiąc confiteor, Domine. Confiteor, mea culpa. Postawił Świętą Skrzynię na ziemi i pochylił się, żeby ucałować posadzkę, po której wiele pokoleń mnichów stąpało na chwałę Boga wszechmogącego, spoglądającego na nich surowo z góry.

Wstał, podniósł Świętą Skrzynię, popatrzył po raz ostatni na święte malowidła i wycofał się tyłem do drzwi. Kiedy już znalazł się na zewnątrz, energicznie zatrzasnął oba skrzydła, po raz ostatni przekręcił klucz i umieścił go w Świętej Skrzyni. Tych ukochanych malowideł na ścianach nie będą oglądać oczy ludzkie aż do momentu, gdy Jachiam z Pardàcu otworzy zmurszałe drzwi jednym pchnięciem ręki, prawie trzysta lat później.

Wtedy brat Julian przypomniał sobie dzień, kiedy pierwszy raz uderzył pięścią w bramę klasztoru Sant Pere. Nogi same go tam przyniosły, utrudzone pośpiechem, niewolne jeszcze od lęku. Intra muros klasztoru żyło wtedy piętnastu mnichów. O Boże, Panie Wiecznej Chwały, jak bardzo wtedy tęsknił, choć nie miał prawa odczuwać nostalgii za czymś, czego nigdy dobrze nie poznał, za tymi dniami, w których wszyscy mnisi mieli co robić i każdy miał swoje zadanie. Kiedy zapukał do tych drzwi, błagając o przyjęcie, miał za sobą lata, gdy nie troszcząc się o bezpieczeństwo, zdał się na łaskę królestwa strachu, jaki zawsze towarzyszy uciekinierowi. Tym bardziej, jeśli ten ostatni sam podejrzewa, że zbłądził, ponieważ Jezus mówił nam o miłości i dobroci, a ja nie wypełniłem tego przykazania. Był posłuszny generalnemu inkwizytorowi; ojciec Mikołaj Eymeric był jego przełożonym i wszystko się działo w imię Boże i dla dobra Kościoła i prawdziwej wiary, ale ja nie mogłem, nie mogłem, bo Jezus był coraz dalej; a kimże wy jesteście, bracie Michale, głupi, świecki braciszku, żeby pytać, gdzie jest Jezus? Pan i Bóg Nasz jest w ślepym, bezwarunkowym posłuszeństwie. Bóg jest ze mną, bracie Michale. A kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie. Patrzcie mi w oczy, kiedy do was mówię! Kto nie jest ze mną, jest przeciwko mnie. Wtedy brat Michał postanowił uciec, wolał niepewność, a może nawet piekło niż zbawienie za cenę wyrzutów sumienia. W końcu uciekł, zrzucił habit dominikański i wstąpił do królestwa strachu; pielgrzymował do Ziemi Świętej, żeby otrzymać rozgrzeszenie, tak jakby na tym czy na tamtym świecie przebaczenie grzechów było możliwe. Jeżeli to były grzechy. W stroju pielgrzymim był świadkiem wielu nieszczęść, skrucha popychała go naprzód; składał puste obietnice, ale nie zaznawał spokoju, bo jeżeli nie słuchasz głosu zbawienia, pokój nigdy nie zagości w twojej duszy.

– Gdzie ty się pchasz z rękami!

– Ależ ojcze… Tylko chciałem dotknąć pergaminu. Powiedziałeś, że jest też mój.

– Tylko tym palcem. Uważaj.

Adrian przysunął nieśmiało rękę, wyciągając jeden palec, i dotknął pergaminu. Wydawało mu się, że jest we wnętrzu klasztoru.

– No już, dość, bo pobrudzisz.

– Jeszcze trochę, ojcze.

– Czy ty nie rozumiesz, co znaczy dość? – krzyknął ojciec.

Cofnąłem rękę, jakby pergamin parzył, pewnie dlatego, że kiedy dawny zakonnik wrócił z podróży do Ziemi Świętej z duszą postarzałą, ciałem wychudłym, ogorzałą twarzą i spojrzeniem twardym jak diament, jeszcze czuł w sobie piekło. Nie odważył się zbliżyć do domu swoich rodziców ani sprawdzić, czy jeszcze żyją; zaczął błądzić po drogach w pielgrzymiej szacie, prosząc o jałmużnę i wydając ją natychmiast w karczmach na najgorsze trunki, żeby przedwczesna śmierć wymazała wszystko z pamięci. Również zatracał się w grzechach cielesnych, obsesyjnie szukając w nich zapomnienia i odkupienia, którego nie dostąpił, czyniąc pokutę. Był prawdziwie zagubioną duszą. Dobrotliwy uśmiech brata Juliana z Carcassonne, furtiana z opactwa benedyktyńskiego w Grassie, do którego bramy zapukał, prosząc o gościnę na jedną noc podczas mroźnej zimy, oświetlił mu nagle, nieoczekiwanie dalszą drogę. Ta jedna noc wytchnienia wydłużyła się do dziesięciu dni modlitwy w kościele opactwa, na kolanach, przy najbardziej oddalonej od zakonnych stalli ścianie. W klasztorze Santa Maria de la Grassa usłyszał po raz pierwszy o Burgalu, wspólnocie tak odległej od świata, że ponoć nawet deszcz docierał tam zmęczony i nie miał siły niczego przemoczyć. Zachował w pamięci uśmiech brata Juliana, który mógł być wyrazem szczęścia z ukrytego głęboko tajemnego skarbu, i za radą mnichów z Grassy wyruszył w drogę, najpierw do opactwa Santa Maria de Gerri. Wyposażony w to, co miał na sobie, i jeszcze w sakwę z jedzeniem, którą dostał od miłosiernych braci, oraz tajemniczy, pełen szczęścia uśmiech, skierował się w stronę górskiej krainy wiecznych śniegów, świata wiecznego milczenia, gdzie przy odrobinie szczęścia mógłby wreszcie dostąpić odpuszczenia grzechów. Przemierzył doliny, pokonał przełęcze i zamoczył zdarte sandały w lodowatej wodzie strumieni, które powstawały z topniejących górskich śniegów. W opactwie Santa Maria de Gerri usłyszał, że faktycznie klasztor Sant Pere del Burgal jest bardzo niefortunnie odizolowany od świata i nie ma pewności, czy myśli docierają tam kompletne. Uzyskał zapewnienie, że decyzja, jaką podejmie w twojej sprawie tamtejszy przeor, zostanie zaaprobowana przez tutejszego ojca opata.

I tak po wielu tygodniach wędrówki, postarzały, mimo że nie przekroczył jeszcze czterdziestki, zapukał głośno do furty klasztoru Sant Pere. Był chłodny zmierzch; mnisi skończyli właśnie wieczorne nieszpory i zabierali się do kolacji, jeśli kolacją można nazwać talerz ciepłej wody. Udzielili mu gościny i zapytali o cel wizyty, a on ich błagał, żeby mu pozwolili wstąpić do ich małej wspólnoty; nie przyznał się do swego cierpienia, powiedział tylko, że chciałby służyć Kościołowi Świętemu, wykonując w pokorze każdą pracę jako świecki braciszek, ostatni z ostatnich, pod okiem Pana i Boga Naszego. Ojciec Józef od Świętego Bartłomieja, który już wtedy był przeorem, spojrzał mu w oczy i odgadł sekret jego duszy. Przez trzydzieści dni i trzydzieści nocy trzymali go w nędznej chatce u wrót klasztoru. Ale jemu zależało na ochronie, jaką niesie ze sobą habit, na bezpieczeństwie życia zgodnego ze świętą regułą benedyktyńską, która przemienia ludzi i zapewnia pokój wewnętrzny stosującym ją braciom. Dwadzieścia dziewięć razy prosił, by pozwolili mu zostać jednym z mnichów, i dwadzieścia dziewięć razy ojciec przeor, patrząc mu w oczy, odmawiał. Aż nadszedł pewien szczęśliwy, deszczowy piątek, kiedy po raz trzydziesty poprosił o przyjęcie do wspólnoty.

– Nie dotykaj go, do cholery, czy ty wzrok masz w palcach?

Komitywa z ojcem zadrżała w posadach, o ile już wcześniej nie zarysowały się na niej pęknięcia.

– Ale ja tylko…

– Ani ale, ani wcale. Chcesz oberwać, co? Chcesz oberwać?

Upłynęło wiele lat od tamtego piątku. Wstąpił do klasztoru w Burgalu jako postulant i kiedy minęły trzy mroźne zimy, złożył śluby jako świecki zakonnik. Przyjął imię Julian na pamiątkę tamtego uśmiechu, który dokonał w nim przemiany. Nauczył się dbać o spokój swojej duszy i o równowagę umysłu; nauczył się kochać życie. Wprawdzie ludzie diuka z Cardony czy hrabiego Hugo Rogera często najeżdżali dolinę i niszczyli nieswoje dobra, to z bezpiecznej wysokości klasztoru bliżej było do Boga i bożego pokoju. Wkroczył na trudną ścieżkę mądrości. Nie znalazł na niej szczęścia, mimo uporczywych poszukiwań, ale osiągnął pogodę ducha, która doprowadziła go prostą drogą do równowagi, i nauczył się tego uśmiechu. Niektórzy bracia byli przekonani, że pokorny braciszek Julian dreptał już po gościńcach świętości.

Słońce bezskutecznie próbowało ogrzać ziemię. Braci z klasztoru Santa Maria de Gerri ciągle nie było widać; pewnie zatrzymali się na noc w Soler. Mimo nieskutecznych wysiłków słońca Burgal wydawał się najzimniejszym miejscem na świecie. Wieśniacy wrócili do Escaló parę godzin temu, ze spuszczonymi głowami, bez nadziei na zapłatę. Zamknął bramę wielkim kluczem, z którym nie rozstawał się przez lata jako brat furtian; teraz miał go oddać w opactwie. Non sum dignus, powtarzał, ściskając klucz, w którym zawierała się pięćsetletnia historia ciągłości życia zakonnego w Burgalu. Pozostał na zewnątrz, sam; siedział pod drzewem orzechowym i trzymał na kolanach Świętą Skrzynię, czekając na braci z Gerri. Non sum dignus. A jeżeli zechcą spędzić noc w Burgalu? Reguła świętego Benedykta surowo zakazuje, by w klasztorze mieszkał samotny mnich, dlatego ojciec przeor, kiedy poczuł się chory, kazał zawiadomić opactwo w Gerri, żeby podjęto odpowiednie kroki. Już od osiemnastu miesięcy ojciec przeor i on byli jedynymi mnichami w klasztorze. Ojciec odprawiał mszę, a on uczestniczył w niej pobożnie; przestrzegali obaj liturgii godzin, ale już nie śpiewali, bo ćwierkanie wróbli było donośniejsze niż ich zmęczone, fałszujące głosy. Poprzedniego dnia wczesnym popołudniem, kiedy śmierć zabrała czcigodnego przeora po dwóch dniach wysokiej gorączki, znów został sam na świecie. Non sum dignus.

Ktoś wspinał się stromą ścieżką od strony Escaló, bo droga z Estaron była zimą niedostępna. Nareszcie. Wstał, otrzepał habit i zrobił kilka kroków ścieżką w dół, trzymając mocno Świętą Skrzynię. Zastanowił się: może powinien był okazać im gościnność i otworzyć bramę? Cała jego wiedza na temat procedury zamknięcia długiej historii wspólnoty monastycznej ograniczała się do paru wskazań, jakich mu udzielił ojciec przeor na łożu śmierci. Bracia z Gerri wspinali się powoli; widać było, że są zmęczeni. Trzej mnisi. Odwrócił się ze łzami w oczach, żeby po raz ostatni spojrzeć na klasztor, i zaczął schodzić w dół, by zaoszczędzić braciom ostatniej stromizny. Tym gestem odsyłał w niepamięć odległe wspomnienie dwadziestu jeden lat w Burgalu. Żegnaj, Sant Pere, żegnaj, zimna wodo śpiewająca w wąwozach. Żegnajcie, lodowate góry, w których znalazłem pogodę ducha. Żegnajcie, bracia zakonni, żegnajcie, wieki śpiewów i modlitw.

– Bracia, pokój wam w dniu Narodzenia Pańskiego.

– Pokój Pański niech będzie z tobą.

– Już go pochowaliśmy.

Jeden z braci ściągnął kaptur. Szlachetne czoło kazało się domyślać ojca po ślubach wieczystych, może ekonoma albo opiekuna nowicjatu. Uśmiechnął się do niego tak, jak w dawnych czasach uśmiechał się brat Julian. Pod peleryną nie miał habitu, tylko rycerską kolczugę. Towarzyszyli mu brat Mateusz i brat Maur z klasztoru w Gerri.

– Kim jest zmarły? – zapytał rycerz.

– Ojciec przeor. Zmarłym jest ojciec przeor. Nie zawiadomiono was, że…

– Jak się nazywa? Jak się nazywał?

– Józef od Świętego Bartłomieja.

– Bogu niech będą dzięki. A więc wy jesteście bratem Michałem z Susquedy.

– Nazywam się brat Julian. Jestem brat Julian.

– Brat Michał. Dominikanin heretyk.

– Kolacja na stole.

W drzwiach gabinetu pojawiła się głowa Małej Loli. Ojciec odprawił ją lekceważącym gestem i spokojnie kontynuował głośną lekturę artykułów aktu erekcyjnego, trudnych do zrozumienia przy pierwszym czytaniu. Nie odpowiadając Małej Loli, polecił mi:

– Czytaj od tego miejsca.

– Ale te litery są jakieś dziwne…

– Czytaj – ojciec uciął dyskusję, zniecierpliwiony i rozczarowany, że z syna taki mięczak. Wtedy Adrian zaczął czytać słowa, które w starannej łacinie średniowiecznej zapisał opat Delligat, mało co z nich rozumiejąc i snując w myślach ciąg dalszy swojej historii.

– Tak… Imię brata Michała pozostało w dawnym życiu, podobnie jak zakon świętego Dominika, o którym zdążyłem zapomnieć. Jestem teraz nowym człowiekiem, odmieniłem się – spojrzał mu w oczy, tak jak patrzył ojciec przeor. – Czego ode mnie chcecie, bracie?

Mężczyzna o szlachetnym czole upadł na kolana i w krótkiej cichej modlitwie podziękował Bogu, a następnie pobożnie się przeżegnał; trzej mnisi zrobili to samo, z szacunkiem. Mężczyzna wstał.

– Trudno było was odnaleźć. Pewien święty brat inkwizytor nakazał was stracić za herezję.

– Jesteście w błędzie.

– Czcigodny panie – odezwał się jeden z mnichów, którzy mu towarzyszyli, chyba brat Mateusz, poważnie zaniepokojony. – Przyszliśmy tu, żeby odebrać klucz do klasztoru i Świętą Skrzynię oraz by odprowadzić brata Juliana do Gerri.

Brat Julian, jakby teraz sobie o niej przypomniał, wręczył mu Skrzynię, którą dotychczas przyciskał do siebie.

– Nigdzie go nie będziecie odprowadzać – uciął stanowczo ten ze szlachetnym czołem. Zwrócił się do brata Juliana: – Nie jestem w błędzie. Mam wam powiedzieć, kto was skazał.

– Nazywam się Julian z Sau i, jak widzicie, jestem benedyktynem.

– Brat Mikołaj Eymeric wydał na was wyrok. Rozkazał mi, żebym wam przypomniał jego imię.

– Mylicie mnie z kimś.

– Brat Mikołaj zmarł dawno temu. Ale ja żyję i wreszcie będę mógł ukoić moją skołataną duszę. W imię Boże.

W obecności przerażonych mnichów z Gerri ostatni mnich z Burgalu, nowy człowiek, odmieniony, który po wielu ciężkich latach odnalazł pogodę ducha, zdążył tylko zobaczyć w coraz słabszym świetle zimowego słońca błysk sztyletu, zanim ten pogrążył się w jego piersi. Aż się udławił całym długo gromadzonym resentymentem. Wypełniając święty rozkaz, szlachetny rycerz odciął mu język i włożył go do pudełka z kości słoniowej, które zabarwiło się na czerwono. Czyszcząc sztylet suchymi liśćmi orzechowca, zdecydowanym, gromkim głosem krzyknął na obu zdrętwiałych z przerażenia mnichów:

– Ten człowiek nie ma prawa do poświęconej ziemi.

Potoczył wokół siebie zimnym wzrokiem i wskazał klepisko za klasztorem.

– Tam. I bez krzyża. Taka jest wola Pana.

Widząc, że mnisi nie ruszają się z miejsca, sparaliżowani przerażeniem, mężczyzna o szlachetnym czole stanął nad nim, kopiąc nieruchome ciało brata Juliana, i zawołał z pogardą:

– Pochowajcie to ścierwo!

Ojciec, po odszyfrowaniu sygnatury dokumentu opata Delligata, złożył go ostrożnie i powiedział jak się dotyka takiego pergaminu, człowiek może sobie wyobrazić całą epokę. Nie sądzisz?

Ja oczywiście dotknąłem pergaminu, tym razem pięcioma zachłannymi palcami. Cios, jaki ojciec wymierzył mi w plecy, był bolesny i upokarzający. Walczyłem ze sobą, żeby się nie rozpłakać, a tymczasem ojciec, obojętny na moje cierpienie, odsunął lupę i schował rękopis w sejfie.

– Na kolację, biegiem – polecił mi, zamiast przypieczętować pakt z synem, który potrafi czytać średniowieczną łacinę. W drodze do jadalni ukradkiem otarłem dwie ulotne łzy.

6

Tak, przyjście na świat w tej rodzinie było niewybaczalnym błędem. A to był dopiero początek nieszczęść.

– Mnie Herr Romeu odpowiadał.

Byli przekonani, że śpię, dlatego oboje mówili podniesionym głosem.

– Nie wiesz, o czym mówisz.

– Jasne. Można się ze mną nie liczyć. Ja tu tylko sprzątam!

– To ja się poświęcam dla Adriana!

– A ja niby co robię? – Ironiczny, urażony głos matki zabrzmiał nieco ciszej: – I bardzo cię proszę, nie krzycz.

– To ty krzyczysz!

– Czy ja się nie poświęcam dla chłopca, co?

W gęstej, ciężkiej ciszy nabrały przyspieszenia neurony ojca, który po przemyśleniu zgodził się z matką.

– Ty też, oczywiście.

– Co za wspaniałomyślność, wielkie dzięki.

– Ale to nie znaczy, że masz rację.

Sięgnąłem po szeryfa Carsona, bo przewidywałem, że będzie mi potrzebne duchowe wsparcie. Na wszelki wypadek wezwałem jeszcze Czarnego Orła. Ostrożnie, bezszelestnie otworzyłem drzwi pokoju i zostawiłem je lekko uchylone. Nie było czasu na niebezpieczną wyprawę do kuchni w poszukiwaniu szklanki. Teraz słyszałem ich lepiej. Czarny Orzeł pogratulował mi pomysłu. Szeryf Carson się nie odzywał; żuł coś jakby gumę, ale to chyba raczej był tytoń.

– W porządku, niech się uczy gry na skrzypcach, niech ci będzie.

– Mówisz to, jakbyś robił mi łaskę.

– Kobieto, o co ci chodzi?

– W porządku, niech się uczy grać na skrzypcach, niech ci będzie. – Muszę przyznać, że matka, przedrzeźniając ojca, trochę przesadziła, nawet bardzo. Ale mnie się to podobało.

– Jeżeli tak do tego podchodzisz, to zrezygnujemy ze skrzypiec i zajmiemy się poważnymi sprawami.

– Pożałujesz, jeśli pozbawisz chłopca instrumentu.

– Grozisz mi?

– To ty mi grozisz.

Cisza. Carson splunął na ziemię, a ja pogroziłem mu palcem.

– Chłopiec musi się uczyć potrzebnych rzeczy.

– A które twoim zdaniem są potrzebne?

– Łacina, greka, historia, niemiecki i francuski. Na początek.

– Ależ on ma dopiero jedenaście lat, Feliksie!

Jedenaście lat. Wydaje mi się, że wcześniej powiedziałem osiem czy dziewięć; czas płynie, również na tych stronach. Na szczęście matka zawsze wiedziała, ile mam lat. Wiesz, na czym polega problem? Że nie mam czasu ani ochoty, żeby to wszystko poprawiać. Muszę szybko skończyć, jak w młodości, kiedy wszystko, co pisałem, wydawało mi się pilne. Ale obecny pośpiech wynika z czego innego. Co nie znaczy, że piszę szybko.

Matka powtórzyła:

– Chłopiec ma jedenaście lat i uczy się francuskiego w szkole.

– J’ai perdu la plume dans le jardin de ma tante to jeszcze nie francuski.

– A co? Może hebrajski?

– Ma czytać Racine’a.

– O mój Boże.

– Bóg nie istnieje. I mógłby być lepszy z łaciny. W końcu uczy się u jezuitów, do cholery!

To dotyczyło mnie bezpośrednio. Ani Czarny Orzeł, ani szeryf Carson nawet nie pisnęli. Oni nigdy nie chodzili do jezuitów przy ulicy Casp. Nie wiedziałem, czy są dobrzy, czy źli. Ale, według ojca, łacina u nich nie była na odpowiednim poziomie. Miał rację: przerabialiśmy dopiero drugą deklinację i nudziłem się okropnie, bo inne dzieci nie odróżniały jeszcze dopełniacza od celownika.

– Co znów wymyśliłeś?

– Co sądzisz o Liceum Francuskim?

– Nie. Chłopiec pozostanie w Casp. Feliks, przecież to jeszcze dziecko! Nie możemy go przenosić z miejsca na miejsce, jak bydło w stadzie twojego brata.

– Dobrze, cofam, co powiedziałem. Zawsze w końcu wychodzi na twoje – skłamał ojciec.

– A sport?

– Tym się nie martw. Jezuici mają dużo boisk, prawda?

– I muzyka.

– Dobrze, dobrze. Ale priorytety muszą być zachowane. Adrian będzie wielkim uczonym i kropka. Znajdę kogoś na miejsce Casalsa.

Casals zajął miejsce Herr Romeu i pięć rozpaczliwych lekcji wystarczyło, żeby zaplątał się na dobre w dywagacjach na temat skomplikowanej składni języka niemieckiego i nie wiedział, jak z tego wybrnąć.

– Nie trzeba. Daj mu odetchnąć.

Dwa dni później ojciec wezwał mnie do swego gabinetu, usiadł na krześle i w obecności matki, która zajęła miejsce na sofie, tuż przed moją szpiegowską bazą, ustawił mnie na baczność i przedstawił mi szczegółowo moją przyszłość, słuchaj uważnie, bo nie zamierzam dwa razy powtarzać: że jestem zdolnym chłopcem, że trzeba wykorzystać moje predyspozycje intelektualne i skoro ci Einsteinowie ze szkoły nie umieli ich docenić, on im osobiście przemówi do rozumu.

– Dziwię się, że mimo wszystko jesteś całkiem do wytrzymania – powiedziałaś mi kiedyś.

– Dlaczego? Bo uchodzę za osobę inteligentną? Zawsze wiedziałem, że taki jestem. Tak jak inni są wysocy, grubi czy czarnowłosi. Ani mnie to ziębi, ani grzeje. Tak jak msze i kazania religijne, które trzeba było znosić ze świętą cierpliwością i które robiły wrażenie na Bernacie. Bernat… Chyba ci jeszcze o nim nie mówiłem. I wtedy ojciec wyciągnął królika z kapelusza:

– A teraz zaczniemy solidne korepetycje z niemieckiego z nauczycielem z prawdziwego zdarzenia. Żaden Romeu, Casals czy ktoś w tym guście.

– Ale ja…

– I dodatkowe lekcje francuskiego.

– Ojcze, ale ja chciałbym…

– Ty nic nie chcesz. I uprzedzam cię – wycelował we mnie palec jak pistolet – na końcu będzie aramejski.

Rzuciłem okiem na matkę, szukając u niej pomocy, ale spuściła wzrok, nagle zainteresowana posadzką. Musiałem bronić się sam. Krzyknąłem:

– Nie chcę się uczyć aramejskiego! – To było kłamstwo. Protestowałem, bo było tego za dużo naraz.

– Chcesz, nawet bardzo – odpowiedział mi zimny, cichy, bezlitosny głos.

– Nie.

– Ze mną się nie dyskutuje.

– Nie chcę się uczyć aramejskiego! Ani niczego więcej!

Ojciec położył rękę na czole, jakby miał nieznośną migrenę, i zaczął mówić cichutko, wpatrując się w stół, to ja się dla ciebie poświęcam, żebyś mógł zostać najlepszym studentem, jaki kiedykolwiek studiował w Barcelonie, a ty tak mi się odpłacasz? – Przedrzeźniał mnie, coraz bardziej podnosząc głos: – Nie chcę się uczyć aramejskiego? – Jeszcze głośniej: – Co?

– Ja chcę się uczyć…

Cisza. Matka podniosła głowę, z nadzieją. Carson w kieszeni poruszył się, zaciekawiony. Nie wiedziałem, czego chcę się uczyć. Wiedziałem tylko, że nie mogę się zgodzić, by przedwcześnie przygnietli mi głowę ciężką płytą. Minęło kilka męczących chwil namysłu i w końcu musiałem improwizować:

– …bo ja chcę być lekarzem.

Cisza. Rodzice wymienili pytające spojrzenia.

– Lekarzem?

Przez kilka sekund ojciec oczyma wyobraźni oglądał moją przyszłość jako lekarza. Matka chyba też. Pewnie przesadziłem. Przecież mdleję na samą myśl o krwi. Ojciec po chwili wahania przysunął krzesło do stołu, tak jakby chciał wrócić jak najszybciej do przerwanej lektury.

– Nic z tego: ani lekarzem, ani zakonnicą. Będziesz wielkim humanistą i kropka.

– Ojcze.

– Synu, jestem zajęty. Idź trochę pohałasować na swoich skrzypcach.

Matka cały czas miała wzrok utkwiony w ziemi, zainteresowana kolorowymi płytkami posadzki. Zdrajczyni.

 

Adwokat, lekarz, architekt, chemik, inżynier drogowy, dentysta, adwokat, inżynier przemysłowy, optyk, farmaceuta, adwokat, fabrykant, inżynier tekstylny lub bankier to były zawody, jakie inni rodzice wybierali dla swoich dzieci.

– Kilkakrotnie wymieniłeś adwokata.

– Bo to jedyny zawód dla humanisty. A dzieci tymczasem wolałyby się uczyć na węglarza, malarza, stolarza, latarnika, robotnika, pilota, pasterza, piłkarza, stróża, alpinistę, ogrodnika, maszynistę, spadochroniarza, motorniczego, strażaka i papieża w Rzymie.

– Natomiast nigdy żaden ojciec nie powiedział synu, kiedy dorośniesz, będziesz humanistą.

– Nigdy. Ale w moim domu byli sami dziwacy. W twoim zresztą też.

– Mhm… – odpowiedziałaś mi jak ktoś, kto przyznaje, że ma niewybaczalny defekt, ale woli nie wchodzić w szczegóły.

 

Mijały dni, a matka milczała, jakby czekała, przyczajona, na swoją kolej. Czyli wróciłem do lekcji niemieckiego z trzecim już profesorem, Herr Oliveresem, młodym człowiekiem, który pracował u jezuitów, ale musiał sobie dorobić do pensji. Rozpoznałem Herr Oliveresa natychmiast, bo chociaż uczył starsze klasy, pewnie potrzebował dodatkowych paru groszy i zawsze zgłaszał się do pilnowania w czwartkowe popołudnia wszystkich ukaranych za spóźnienie; spędzał czas przewidziany na karę, czytając książki. Miał solidną metodę nauczania języka.

– Eins.

– Ains.

– Zwei.

– Sbai.

– Drei.

– Drai.

– Vier.

– Fia.

– Fünf.

– Funf.

– Nein: fünf.

– Finf.

– Nein: Füüüünf.

– Füüüünf.

– Sehr gut!

Natychmiast zapomniałem o czasie straconym z Herr Romeu i Herr Casalsem i załapałem, o co chodzi w niemieckim. Pasjonowały mnie dwie rzeczy: że słownictwo nie było romańskie, czyli dla mnie to była nowość, a przede wszystkim podobały mi się w tym języku deklinacje, takie jak w łacinie. Wkrótce zacząłem się dopominać o zadania ze składni i profesor nie mógł wyjść z podziwu, ale ja zawsze chciałem dobrać się do języków od strony twardego jądra ich struktury. Pytać o godzinę można na migi. Tak, lubiłem się uczyć języków.

– Jak postępuje nauka niemieckiego? – zapytał mnie ojciec, niecierpliwy, już po pierwszej lekcji z nowym profesorem, Oliveresem.

– Aaaalso, eigentlich gut – odpowiedziałem, udając brak zainteresowania tematem. Kątem oka, niezbyt dokładnie, zauważyłem coś jakby uśmiech na twarzy ojca. To była moja zapłata, bo wydaje mi się, że chociaż nigdy bym się do tego nie przyznał, wtedy stawałem na głowie, żeby zrobić na nim wrażenie.

– Czego prawie nigdy nie udawało ci się osiągnąć.

– Nie zdążyłem.

Herr Oliveres okazał się człowiekiem kulturalnym i nieśmiałym, mówił po cichu, nigdy porządnie się nie golił, w tajemnicy pisywał wiersze i palił bardzo śmierdzący tytoń, ale świetnie potrafił wyjaśniać wewnętrzne mechanizmy językowe. I już na drugiej lekcji wprowadził schwache Verben. A na piątej wręczył mi w zaufaniu, jakby chodziło o świńskie zdjęcie, jeden z Hymnen Hölderlina. Ojciec chciał, żeby Herr Oliveres przeegzaminował mnie z francuskiego, żeby sprawdzić, czy nie trzeba się do niego przyłożyć, a po egzaminie Monsieur Oliveres oświadczył, że z francuskim jest wszystko w porządku i że można poprzestać na lekcjach w szkole, a w takim razie, ta jedna wolna godzina… Jak u pana z angielskim, Mister Oliveres?

Tak, z wielu powodów przyjście na świat w tej rodzinie było błędem. Przykro mi, że ojcu wystarczała świadomość, iż jestem jego synem. Nie zauważył, że jestem dzieckiem. A matka wpatrywała się w posadzkę i nie wtrącała się do rozgrywek między nami. A przynajmniej tak mi się wydawało. Dobrze, że miałem Carsona i Czarnego Orła. Oni prawie zawsze byli po mojej stronie.

7

Było wczesne popołudnie. Przeciągnęły się zajęcia, które pani Trullols miała z inną grupą uczniów, a ja czekałem na swoją kolej. Obok mnie siedział chłopiec wyższy ode mnie, który miał już lekki meszek pod nosem, zapowiedź wąsów, i pojedyncze włoski na nogach. No, mówiąc szczerze, był dużo ode mnie wyższy. Kiedy brał do ręki skrzypce, wydawało się, że chce je przytulić; patrzył przed siebie, starając się unikać mojego wzroku, ale Adrian powiedział cześć.

– Cześć – odpowiedział Bernat, nie patrząc w jego stronę.

– Chodzisz do pani Trullols?

– Aha.

– Pierwszy rok?

– Trzeci.

– Ja też. Pójdziemy razem. Pokażesz mi swoje skrzypce?

W tym czasie, chyba pod wpływem ojca, skrzypce podobały mi się bardziej jako przedmiot niż jako źródło muzyki. Ale Bernat patrzył na mnie nieufnie. Przez chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jest właścicielem guarneriusa, którym lepiej się nie chwalić. Ale ponieważ ja otworzyłem futerał i pokazałem mu swoje skrzypce do ćwiczeń, w kolorze ciemnoczerwonym, które miały dźwięk bardzo pospolity, nie pozostawało mu nic innego, jak zrobić to samo. Przybrałem pozę pana Berenguera:

– Francuskie, z początku wieku. – I dodałem, patrząc mu w oczy: – Z serii zadedykowanej Madame d’Angoulême.

– Po czym poznałeś? – Bernat, niemal obrażony, ze zdziwienia aż otworzył usta.

Od tego dnia Bernat mnie podziwiał. Z najgłupszego z możliwych powodów: to żadna sztuka zapamiętywać przedmioty, żeby je opisywać i klasyfikować. Wystarczy mieć ojca zwariowanego na tym punkcie. Niby skąd wiem, co?

– Po werniksie, po kształcie, po brzmieniu…

– Wszystkie skrzypce są identyczne.

– Tak ci się wydaje. Każdy egzemplarz ma swoją historię. Składają się na nią, poza lutnikiem, który je stworzył, wszyscy wirtuozi, którzy na nich grali. Te skrzypce nie należą do ciebie.

– A właśnie, że tak!

– Nie. Jest dokładnie na odwrót. Popatrz:

Ojciec kiedyś mi to wyjaśnił, trzymając w rękach storioniego. Pokazał mi go niechętnie i powiedział, nie zdając sobie sprawy z wagi swoich słów, uważaj, to jedyny taki przedmiot na świecie. Storioni pod moim dotykiem ożył. Wydawało mi się, że czuję przeznaczone dla mnie delikatne bicie serca. Tymczasem ojciec z błyskiem w oku mówił wyobraź sobie, że te skrzypce przeżyły przygody, których nigdy nie poznamy, grały w salach koncertowych i domach, do których nie trafimy, i dzieliły wszystkie radości i smutki muzyków, którzy się nimi posługiwali. Ile wysłuchały rozmów, ile doświadczyły muzyki… Jestem pewien, że mogłyby nam opowiedzieć mnóstwo wzruszających historii, stwierdził z dozą niezwykłego cynizmu, którego wtedy nie wyczułem.

– Pozwól mi ich dotknąć, ojcze.

– Nie. Dopóki nie skończysz ósmej klasy szkoły muzycznej. Wtedy będą twoje. Słyszysz? Twoje.

Przysiągłbym, że serce storioniego na te słowa zabiło mocniej. Nie umiałem rozstrzygnąć, z radości czy ze smutku.

– Popatrz, to jest tak jakby… jakby ci to powiedzieć; posłuchaj, to jest prawie żywa istota, ma nawet własne imię, tak jak ty czy ja.

Adrian popatrzył na ojca z niedowierzaniem, zastanawiając się, czy ten przypadkiem go nie nabiera.

– Imię własne?

– Tak.

– To jak się nazywa?

– Vial.

– Co znaczy Vial?

– A co znaczy Adrian?

– No wiesz… Hadrianus to nazwisko rzymskiej rodziny, która pochodziła z Hadrii nad Adriatykiem.

– Cholera, nie to miałem na myśli.

– Pytałeś mnie, co zna

– Tak, tak, tak… No więc te skrzypce nazywają się Vial i kropka.

– Ale dlaczego właśnie Vial?

– Wiesz, czego się nauczyłem, synu?

Adrian spojrzał rozczarowany na ojca, który wykręcał się od odpowiedzi na pytanie. Nie znał jej i nie chciał się do tego przyznać. Miał ludzkie słabości, ale je ukrywał.

– Czego się nauczyłeś?

– Że to nie skrzypce należą do mnie, tylko ja do nich. Jestem jednym z wielu, z którymi miały do czynienia. W ciągu swojego długiego życia służyli storioniemu różni wirtuozi. A dziś są u mnie, chociaż ja mogę na nie tylko popatrzeć. Dlatego tak mi zależało, żebyś nauczył się grać i kontynuował długą historię tego instrumentu. Tylko dlatego musisz się uczyć grać. Tylko dlatego, Adrianie. Muzyka nie musi ci się podobać.

Mój ojciec, z wrodzoną elegancją, wykręcił kota ogonem i twierdził teraz, że uczę się grać z jego inicjatywy, a nie na życzenie matki. Mój ojciec, z wrodzoną elegancją, dysponował losami innych. A jednak ja w tamtym momencie drżałem ze wzruszenia, mimo że sens wszystkich jego zakazów sprowadzał się do tego ostatniego, od którego włos się jeżył na głowie: muzyka nie musi ci się podobać.

– Z którego jest roku? – zapytałem.

Ojciec kazał mi zajrzeć przez prawą efę. Laurentius Storioni Cremonensis me fecit 1764.

– Pozwól mi wziąć je do rąk.

– Nie. Możesz rozmyślać o historiach, jakie kryją w sobie te skrzypce. Ale ręce trzymaj z daleka.

Jachiam Mureda pozwolił się wyprzedzić obydwu wozom i mężczyznom, którzy zmierzali do Grassy, prowadzeni przez Blonda z Cazilhacu. Schował się w ustronnym miejscu, żeby ulżyć kiszkom. Miał chwilę spokoju. Wozy z deskami oddalały się powoli w kierunku zarysowującej się przed nimi sylwetki klasztoru otoczonego murem obalonym uderzeniem pioruna. Od trzech lat ukrywał się w Carcassonne przed gniewem ludzi z Moeny, a los właśnie znów zamierzał spłatać mu figla. Oswoił się z łagodnym brzmieniem języka prowansalskiego. Przyzwyczaił się, że nie codziennie je się tutaj ser, ale najtrudniej było mu się pogodzić z brakiem lasów i gór na wyciągnięcie ręki; owszem, były, ale tak daleko, w takiej odległości, że wydawały się nieprawdziwe. Kiedy się wypróżniał, zrozumiał nagle, że tęskni nie za pejzażem Pardàcu, ale za ojcem, Muredą z Pardàcu, i za wszystkimi Muredami: za Agno, Jennem, Maxem, Hermesem, Josefem, Theodorem, Micurą; Ilsą, Eriką, Kathariną, Matildą, Gretchen i małą Bettiną, która podarowała mi medalik z Matką Boską Kwietną, patronką drwali z Pardàcu, żebym nigdy nie czuł się samotny. Podczas tego srania tak się rozżalił i rozpłakał, że ściągnął z szyi medalik, żeby lepiej się przyjrzeć majestatycznej Matce Bożej przedstawionej frontalnie, z wątłym dzieciątkiem w ramionach i bujnym świerkiem w tle, który przypominał mu bór w pobliżu strumienia Travignolo, w jego ukochanym Pardàcu.

Naprawa zniszczeń okazała się skomplikowana, ponieważ najpierw trzeba było wyburzyć chwiejący się fragment muru. W ciągu dwóch dni postawił tak solidne rusztowanie, że zasłużył na pochwałę stolarza klasztornego, brata Gabriela, który miał dłonie wielkie jak stopy, kiedy trzeba było ciąć i rąbać, lecz delikatne jak wargi, kiedy przychodziło ocenić jakość drewna. Natychmiast znaleźli wspólny język. Zakonnik, wielki gaduła, zainteresował się, skąd tak dobrze zna się na drzewach, skoro jest zwykłym stolarzem, a wtedy Jachiam, uwolniony od lęku przed zemstą, po raz pierwszy od czasu ucieczki powiedział nie jestem stolarzem, bracie Gabrielu. Jestem wyspecjalizowanym w akustyce brakarzem. Mój zawód polega na ocenianiu śpiewności drewna, wybieraniu odpowiednich drzew i właściwych fragmentów pnia, które później posłużą mistrzom lutniczym do wytworzenia idealnego instrumentu, czy to będzie violetta, skrzypce czy cokolwiek innego.

– A co ty robisz, stworzenie Boże, pracując przy budowie?

– To bardzo skomplikowane.

– Uciekasz przed jakimś lękiem.

– Prawdę mówiąc, sam nie wiem.

– Nie mam prawa się wtrącać, uważaj tylko, żebyś nie uciekał przed samym sobą.

– Nie, myślę, że nie. A dlaczego?

– Ponieważ ten, który ucieka przed samym sobą, widzi zawsze, że drepce mu po piętach cień jego wroga, i nie może przestać uciekać, aż padnie z wycieńczenia.

– Twój ojciec jest skrzypkiem? – zapytał Bernat.

– Nie.

– Bo ja… No, ale skrzypce naprawdę są moje – bronił się.

– Nie powiedziałem, że nie są twoje. Mówię tylko, że to ty należysz do skrzypiec.

– Mówisz dziwne rzeczy.

Zapanowała cisza. Słyszeli, jak pani Trullols podnosi głos, żeby upomnieć jakiegoś ucznia, który niemiłosiernie fałszował.

– Ale rzępoli – odezwał się Bernat.

– Tak. – Cisza. – Jak się nazywasz?

– Bernat Plensa. A ty?

– Adrian Ardèvol.

– Jesteś kibicem Barçy czy Espanyol?

– Barçy. A ty?

– Też.

– Co kolekcjonujesz?

– Samochody.

– Kurczę. Masz potrójne ferrari?

– Nie. Nikt nie ma.

– Chcesz powiedzieć, że w ogóle nie istnieje?

– Mój ojciec twierdzi, że nie.

– Kurczę, kurczę, kurczę. – Niepocieszony: – Naprawdę?

Obaj chłopcy zamilkli, myśląc o reprodukcji ferrari Juana Manuela Fangio, która miała się składać z trzech części, o ile w ogóle istniała, a ta wątpliwość zabolała ich jak cios w żołądek. I obaj mężczyźni, też w milczeniu, patrzyli, jak pnie się w górę mur Grassy, dzięki solidnemu rusztowaniu, które skonstruował Jachiam. Po namyśle brat Gabriel zapytał:

– A z jakiego drewna robisz te instrumenty?

– Sam ich nie robię, nigdy nie robiłem. Sprzedawałem tylko drewno pierwszej jakości. Moje było najlepsze. Zgłaszali się po nie mistrzowie z Cremony i mieli pełne zaufanie do towaru, który przygotowywaliśmy ja i mój ojciec. Sprzedawaliśmy im drewno ścięte podczas styczniowego nowiu, jeśli chcieli bez żywicy, lub w pełni lata, jeśli zależało im na materiale harmonijnym, mocniejszym. Ojciec nauczył mnie rozpoznawać najbardziej śpiewne drzewa pośród setek innych. Tak, ja się tego nauczyłem od ojca, a on odziedziczył tę umiejętność po swoim, który pracował dla rodziny Amati.

– Nie słyszałem o nich.

Wtedy Jachiam z Pardàcu zaczął mu opowiadać o rodzicach, o braciach i o lesistym pejzażu Alp Tyrolskich. I o Pardàcu, który ci z doliny nazywają Predazzo. Poczuł ulgę, jakby odbył spowiedź przed świeckim braciszkiem. Nie mówił o ucieczce i o niebezpieczeństwie, bo nie miał wyrzutów sumienia z powodu zabójstwa. Wszak ten Bulchanij z Moeny był świnią i mordercą, który z zawiści spalił ich przyszłość. Wbiłby nóż w jego brzuch choćby i dziesięć tysięcy razy, gdyby tylko nadarzyła się sposobność. Jachiam, zatwardziały grzesznik.

– O czym myślisz, Jachiam? Widzę nienawiść na twojej twarzy.

– O niczym, tylko jestem smutny. Wspomnienia. Bracia.

– Mówiłeś, że masz liczne rodzeństwo.

– Tak. Najpierw pojawiliśmy się na świecie my, ośmiu chłopców, i kiedy już rodzice zwątpili, zaczęły się rodzić córki, aż sześć.

– A ilu was przeżyło?

– Wszyscy.

– To prawdziwy cud.

– To zależy. Theodor nie chodzi, Hermes ma przyćmiony umysł, ale wielkie serce, a Bettina, najmłodsza, jest ślepa.

– Biedna matka.

– Nie żyje. Umarła w połogu z ostatnim dzieckiem, które też nie przeżyło.

Brat Gabriel zamilkł z szacunku dla tamtej kobiety, prawdziwej męczennicy. Wolał zmienić temat:

– Nie powiedziałeś mi jeszcze, jakie drewno nadaje się na instrumenty. Które jest najlepsze?

– Dobre instrumenty, które wyrabiają w Cremonie mistrzowie lutniczego fachu, to kombinacja różnych gatunków.

– Nie chcesz mi powiedzieć.

– Nie.

– Wszystko jedno, i tak się dowiem.

– Jak?

Brat Gabriel puścił do niego oko i wrócił do klasztoru, wykorzystując moment, kiedy robotnicy z pomocnikami, znużeni długim dniem pracy przy kamieniach, które trzeba było wciągać na górę za pomocą linowego krążka, schodzili z rusztowania przed zmierzchem, czekając na skromny posiłek i odpoczynek, najlepiej bez żadnych snów.

– Któregoś dnia zabiorę storioniego na lekcję.

– Ani mi się waż, jeśli nie chcesz się przekonać na własnej skórze, jak wygląda prawdziwe lanie.

– To po co go mamy?

Ojciec odłożył skrzypce na stół, oparł ręce na biodrach i spojrzał na mnie.

– Po co go mamy, po co go mamy… – przedrzeźniał mnie.

– Tak. – Teraz naprawdę się rozzłościłem. – Po co go mamy, skoro zawsze leży w futerale zamknięty w sejfie i nawet nie możemy go oglądać?

– Mam po to, żeby mieć. Rozumiesz?

– Nie.

 

– Heban, pewien rodzaj świerku, który tu nie występuje, i klon.

– Kto to bratu powiedział? – zdumiał się Jachiam z Pardàcu.

Brat Gabriel zabrał go do klasztornej zakrystii. W kącie stała ukryta w futerale viola da gamba z jasnego drewna.

– Co ona tu robi?

– Dojrzewa.

– W klasztorze?

Brat Gabriel machnął ręką, co znaczyło: długo by o tym mówić.

– Ale jak się bratu udało odgadnąć?

– Nigdy wcześniej nie zastanawiałem się, z czego są zrobione instrumenty – myślał głośno, zdumiony własną opieszałością.

– Jak brat do tego doszedł?

– Po zapachu.

– Niemożliwe. Drewno jest wyschnięte i pachnie werniksem.

W tym dniu Jachiam Mureda w zamkniętej zakrystii uczył się odróżniać rodzaje drewna również po zapachu i pomyślał, jaka szkoda, jaka szkoda, że nie mogę o tym opowiedzieć domownikom, zaczynając od ojca, który umarłby ze zmartwienia, gdyby mi się coś stało. Ale by się ucieszyli Agno, Jenn i Max, którzy już od dawna są na swoim, Hermes półgłówek, Josef, kulawy Theodor, Micurà, Ilse i Erica, siostry zamężne; Katharina, Matilde, Gretchen i mała Bettina, moja ślepa siostrzyczka, która podarowała mi medalik od matki, kawałek Pardàcu, który zawsze mam przy sobie.

 

Dopiero po sześciu tygodniach, kiedy już rozbierali rusztowanie, brat Gabriel przyznał się, że wie o czymś, co go powinno bardzo ucieszyć.

– O czym?

Odciągnął go daleko od robotników pracujących przy rusztowaniu i powiedział, nachylając się do jego ucha, że zna pewien stary klasztor, zapomniany przez Boga i ludzi, który otoczony jest świerkowym lasem, tym rodzajem czerwonego świerku, który tak ci się podoba.

– Cały las?

– Bór świerkowy. Ze dwadzieścia świerków i majestatyczny klon. Bezpańskie drzewa. Jeszcze pięć lat temu nikt się do nich nie przyznawał.

– W jakim sensie bezpańskie?

– Ten las należy do opuszczonego klasztoru. – Dodał po cichu: – Ani w Grassie, ani w Santa Maria de Gerri nie doliczyliby się, gdyby zniknęły ze dwa drzewa.

– Dlaczego brat mi o tym mówi?

– Nie chciałbyś wrócić do rodziny?

– Pewnie, że bym chciał. Wrócić do ojca i zastać go jeszcze przy życiu. Chciałbym znów zobaczyć Agno, Jenn i Maxa, którzy już są na swoim, i Hermesa, półgłówka…

– Tak, tak, tak, tego i tamtego. Josefa i wszystkich świętych. Ale trochę porządnego drewna bardzo by wam ułatwiło życie.

Jachiam z Pardàcu już nie wrócił do Carcassonne. Wyjeżdżając z Grassy w towarzystwie Blonda z Cazilhacu, paru ludzi i pięciu mułów, które ciągnęły wozy, wyposażony w sakiewkę z pieniędzmi zarobionymi podczas ucieczki, przez Arieję i przełęcz Salau podążał przed siebie w ślad za marzeniem.

 

Dotarli do Sant Pere del Burgal siedem czy osiem dni później, już pod koniec lata, wąską drogą od strony Escaló, którą w zimnych czasach pradziadków, ich pradziadków i pradziadków tamtych pradziadków nadciągnął emisariusz śmierci. Wyrosły przed nimi na wzgórzu zaniedbane, rozsypujące się mury klasztoru. Kiedy zaszedł z drugiej strony, stanął jak wryty. Zdumiony, odkrył wierną kopię lasu Paneveggio, jeszcze przed pożarem. Wspaniała świerczyna, dziesięć czy piętnaście ogromnych świerków, a pośrodku, niczym król, klon odpowiedniej grubości. Podczas gdy jego ludzie utrudzeni podróżą odpoczywali, Jachiam westchnął na intencję brata Gabriela z Grassy i ostukał wszystkie drzewa, żeby usłyszeć, jak śpiewają, zgodnie z  naukami ojca, a potem je obwąchał, tak jak go nauczył brat Gabriel. To były chwile prawdziwego szczęścia. Później, podczas długiej sjesty, obszedł opuszczone pomieszczenia, aż dotarł do zamkniętych drzwi kościoła. Jedno pchnięcie ręką i zmurszałe, przegniłe drzwi ustąpiły. Wnętrze było tak ciemne, że tylko pobieżnie obrzucił je wzrokiem, a potem śladem swoich towarzyszy udał się na drzemkę.

Zamieszkali w murach samotnego klasztoru pod zmurszałym, przegniłym dachem; zaopatrywali się w żywność u wieśniaków z Escaló i Estaron, którzy zachodzili w głowę, czego tamci mogli szukać w ruinach Burgalu. Poświęcili cały miesiąc na budowę solidnych wozów do transportu; pracowali na dole, nad rzeką, gdzie droga była prosta. Jachiam obejmował wszystkie pnie po kolei, po uprzednim usunięciu dolnych gałęzi. Ostukiwał je otwartą dłonią i przykładał do nich ucho, na oczach swoich ludzi, którzy zaskoczeni milczeli sceptycznie. Kiedy wozy były gotowe, Jachiam z Pardàcu zdecydował, który świerk zetnie oprócz klonu. Chociaż od lat nie uprawiał swego zawodu, był pewien, że to drzewo rosło wyjątkowo równomiernie, i nie miał wątpliwości, że będzie śpiewać. Jachiam całymi godzinami oglądał tajemnicze malowidła w apsydzie kościółka, przedstawiające jakieś nieznane historie. Prorocy i archaniołowie, święty Piotr, patron kościoła, i święty Paweł, święty Jan i inni apostołowie z Matką Bożą, wszyscy wychwalali, wraz z archaniołami, surowego Pantokratora. Nie miał żadnych wyrzutów sumienia.

Potem przystąpili do ścinania wybranego świerku. Tak: drzewo rosło równomiernie, z przerwami na zimę, która musiała tam bardzo doskwierać, przede wszystkim dlatego, że trwała bez końca. Drzewo miało jednakową gęstość słojów w każdym pierścieniu, rok po roku. Mój Boże, co za drewno. Kiedy drzewo już leżało ścięte, nie przejmując się nieufnym spojrzeniem ludzi, swoich pomocników, jeszcze raz obmacał, obwąchał i opukał pień, żeby się upewnić, które partie są najlepsze. Zaznaczył kredą dwa odcinki, jeden długości dwunastu stóp, drugi dziesięciu. W tych miejscach drewno śpiewało najczyściej. Wyciął je, mimo że nie był to okres styczniowego nowiu, najlepsza w ogólnej opinii pora dokonywania wyboru drewna na dobre skrzypce. Jednakże Muredowie sprawdzili, że jeśli tylko nie ma korników, trochę żywicy konserwuje drewno, które ma odbyć długą podróż.

– Coś mi się wydaje, że mnie nabierasz – powiedział Bernat.

– Jak sobie chcesz.

Zapadła cisza. Ale uczeń za ścianą nadal fałszował, tak bardzo fałszował, że już lepiej było zagłuszyć go rozmową. Po dłuższej chwili odezwał się Adrian:

– Jak sobie chcesz. Ale ciekawiej jest myśleć, że to skrzypce decydują, bo są żywe.

 

Po paru dniach odpoczynku zabrali się do klonu. Był ogromny, mógł mieć ze dwieście lat. Liście już zżółkły, zapowiadając pierwsze śniegi, które tym razem już go nie przykryją. Wiedział, że część położona najbliżej korzeni jest najlepsza, dlatego piłowali bardzo nisko, chociaż ludzie narzekali, że to niepotrzebne utrudnienie. Musiał im obiecać dodatkowe dwa dni odpoczynku przed podjęciem dalszej podróży. Cięli tuż nad ziemią. Tak nisko, że w pewnej chwili Blond z Cazilhacu, czymś zaintrygowany, wziął kilof, żeby dostać się do korzeni.

– Chodź, musisz coś zobaczyć – zakłócił mu jego codzienny rytuał podziwiania magicznych malowideł apsydy.

Mężczyźni okopali już praktycznie całe drzewo. Pomiędzy korzeniami były kości, czaszka, włosy ludzkie i resztki ciemnego ubrania, zniszczonego przez wilgoć.

– Kto mógł wpaść na pomysł grzebania człowieka pod drzewem! – zawołał jeden z mężczyzn.

– To musi pochodzić z dawnych czasów.

– Nie pochowali go pod drzewem – sprostował Blond z Cazilhacu.

– Jak to nie? – Jachiam spojrzał na niego zdziwiony.

– Nie widzisz? To drzewo wyrasta z człowieka, jeśli to faktycznie był człowiek. Wykarmił to drzewo swoją krwią i swoim ciałem.

Tak. To drzewo wyrosło z brzucha kościotrupa. Adrian zbliżył twarz do twarzy ojca, żeby musiał na niego spojrzeć, żeby mu odpowiedział:

– Ojcze, chcę tylko dotknąć, żeby usłyszeć dźwięk. Tylko cztery gamy. Tylko trochę. Ojcze, proszę!…

– Nie. Nie znaczy nie. Dość już tego – odmówił zdecydowanie Feliks Ardèvol, unikając spojrzenia syna.

Wiesz, co myślę? Że z tym gabinetem, który jest całym moim światem, jest podobnie jak ze skrzypcami: przez całe życie zmieniają się w nim ludzie – mój ojciec, ja… ty, uwieczniona na autoportrecie, i nie wiadomo, kto jeszcze, bo nie da się zrozumieć przyszłości. Czyli nie, a nie znaczy nie, Adrianie.

– Nie wiesz, że nie znaczy tak? – powie mi kiedyś rozzłoszczony Bernat, wiele lat później.

– Widzisz? – odezwał się ojciec innym tonem. Odwrócił skrzypce i pokazał mu spód instrumentu. Wskazał jedno miejsce, bez dotykania. – Ta cienka rysa… kto ją zrobił? Jak do tego doszło? W wyniku uderzenia? Specjalnie? Kiedy? Gdzie?

Delikatnie wyjął instrument z moich rąk i powiedział sam do siebie, jak we śnie, to mi wystarcza do szczęścia. Dlatego tak mi się tu podoba… Ruchem głowy wskazał cały gabinet, wszystkie skarby, które tu trzymał. A potem delikatnie odłożył Viala do futerału, a ten do lochu, czyli do sejfu.

W tym momencie otworzyły się drzwi klasy pani Trullols. Bernat odezwał się do mnie tak cicho, żeby go nie usłyszała profesorka:

– Co za głupota: nie należę do skrzypiec. Są moje: kupił mi je ojciec w sklepie Parramona. Za sto siedemdziesiąt pięć peset.

I zamknął futerał. W tej chwili wydał mi się bardzo niesympatyczny. Taki młody i już na bakier z tajemniczością. Nie ma mowy o przyjaźni między nami. Wykluczone. Kaputt. Potem okazało się, że też chodzi do Casp, o jedną klasę wyżej. I że się nazywa Bernat Plensa i Punsoda. Pewnie już o tym wspominałem. Również o tym, że był sztywny, jakby go wykąpali w brylantynie i zapomnieli wypłukać. A po szesnastu minutach musiałem przyznać, że ten antypatyczny typ, wróg tajemniczości, który nigdy nie zostanie moim przyjacielem, niejaki Bernat Plensa i Punsoda, ma coś takiego, że ze skrzypiec za trzydzieści pięć duros, kupionych u Parramona, potrafi wydobyć dźwięk niezwykle subtelny, nieosiągalny dla mnie nawet w marzeniach. Pani Trullols patrzyła na niego z satysfakcją, a ja tymczasem myślałem, jakie mam gówniane skrzypce. I wtedy przysiągłem sobie, że uciszę na zawsze jego, skrzypce Madame d’Angoulême i tę brylantynę, w której się wykąpał; mam wrażenie, że byłoby lepiej dla wszystkich, gdybym nigdy tak nie pomyślał. Na razie resentyment powolutku dojrzewał w mojej głowie. Aż trudno uwierzyć, jakie niewiarygodne tragedie potrafią się wykluć z całkiem niewinnych myśli.

Tytuł oryginału: Jo confesso

 

Redakcja: Maria Braunstein

Redaktor prowadzący: Dorota Koman

Korekta: Maria Braunstein, Dorota Koman

Projekt okładki, opracowanie typograficzne: Anna Pol

Zdjęcie na okładce: © Xabier Mendiola

 

ISBN 978-83-63656-24-9

 

Wydawnictwo Marginesy

ul. Forteczna 1a, 01-540 Warszawa

tel./fax 48 22 839 91 27, 48 696 451 127

redakcja@marginesy.com.pl

 

Warszawa 2013

 

Skład i łamanie: 97467.jpg

 

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.