Wytępić całe to bydło - Sven Lindqvist

Wytępić całe to bydło

0,0

 

Na wszystkim, co żyje, można wymusić postęp wyłącznie przez kary – głosił pogląd Herberta Spencera. Istnieją dziś, między małpami i cywilizowanym człowiekiem, formy przejściowe, jak goryle i dzikusy, mówił Karol Darwin. Georges Cuvier o negroidach pisał, że grupy należące do tej rasy pozostaną na zawsze w stanie barbarzyństwa. Joseph Conrad naoczny świadek tamtych wydarzeń, pisał: „Europejczycy to przekleństwo Wschodu. Co mają do zaproponowania? Broń palną, proch, dżin, kiepskie ubrania, często brak uczciwości, zastępującą rękodzielnictwo kobiet tandetę, nowe wymagania, nowe obyczaje i niezadowolenie z tego, co się ma... Takie to dobrodziejstwa przynoszą z sobą Europejczycy”. Zainspirowany Jądrem ciemności Josepha Conrada, Sven Lindqvist ukazuje historię terroru przełomu XIX i XX wieku oraz filozofię unicestwiania ras niższych w imię poszerzania przestrzeni życiowej dla ras wyższych. Wyruszając do współczesnej Afryki Północnej, bada ślady europejskiego kolonializmu, obnaża dzisiejsze skutki działalności białych na Czarnym Lądzie – niszczenie zasobów natury, niewolniczy wyzysk i mordowanie miejscowej ludności. Pokazuje, jak biali uczeni, w myśl europejskich teorii antropologicznych pozwolili sobie na ludobójstwo, traktowane jako efekt postępu. To kolaż historii, dziennikarstwa i literatury pięknej.

 

Jeden z najoryginalniejszych i obdarzonych wyobraźnią pisarzy. Jest pionierem gatunku, w którym podróż w przestrzeń jest też podróżą w czasie.

Richard Gott

 

Wyjątkowa książka… my, nasi władcy i ich poddani powinniśmy to przeczytać… jest to przesłanie na przyszłość.

The Guardian

 

Ta niezwykle wartościowa książka chodziła za mną miesiącami.

The Sunday Times

Dodaj komentarz


Cieka książka na temat dyskryminacji rasowej. Kontrowersyjna pozycja głównie z powodu porównań, między holokaustem a historią kolonializmu. Ale nie jest to takie ważne jak mogłoby się wydawać. Rozważania dotyczące idei tępienia innych ras są o wiele bardziej zajmujące.


Zdecydowanie bardziej podoba mi się ta opowieść o Czarnym Lądzie niż osławione (lub owiane złą sławą) "Jądro ciemności". Ta książka przynajmniej pokazuje prawdę, a nie propagandę.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Terra Incognita

Sven Lin­dqvist

WY­TĘ­PIĆ CAŁE TO BY­DŁO

Prze­ło­ży­ła Mi­le­na Hay­kow­ska

Olo­fo­wi La­ger­crant­zo­wi1, po­dró­żu­ją­ce­mu z Ją­drem ciem­no­ści

Etien­ne Gla­se­ro­wi2, gra­ją­ce­mu Adol­fa w sztu­ce Dzie­ciń­stwo Hi­tle­ra3

Na do­brą spra­wę po­win­no się wy­tę­pić wszyst­kich Ży­dów i  mu­rzy­nów. Zwy­cię­ży­my. Po­zo­sta­łe rasy znik­ną i wy­mrą.

Or­ga­ni­za­cja Opo­ru Rasy Aryj­skiej, Szwe­cja 1991

 

Mo­że­cie nas wy­tę­pić. Dzie­ci Gwiazd jed­nak nig­dy psa­mi nie będą.

So­ma­bu­la­no, Ro­de­zja 1896

I

do Ajn Salih

1

Wiesz już wy­star­cza­ją­co dużo. Ja też. To nie wie­dzy nam bra­ku­je. Brak nam od­wa­gi, by zro­zu­mieć to, co wie­my, i wy­cią­gnąć z tego wnio­ski.

2

Tad­ma­it, „pu­sty­nia nad pu­sty­nia­mi”, to naj­bar­dziej mar­twa część Sa­ha­ry. Bez śla­du ro­ślin­no­ści. Wszel­kie ży­cie tu zga­sło. Zie­mię po­kry­wa czar­ny, lśnią­cy pu­styn­ny wer­niks, ża­rem wy­ci­śnię­ty z ka­mie­ni.

Noc­ny au­to­bus, je­dy­ny z El Go­lea do Ajn Sa­lih, je­dzie, przy odro­bi­nie szczę­ścia, sie­dem go­dzin. O miej­sce sie­dzą­ce trze­ba sto­czyć ba­ta­lię z gro­ma­dą żoł­nie­rzy w cięż­kich bu­cio­rach, wy­tre­no­wa­nych w al­gier­skiej szko­le wal­ki wręcz w Sidi bel-Ab­bes. Ktoś, kto dźwi­ga pod pa­chą kwin­te­sen­cję my­śli eu­ro­pej­skiej za­mknię­tą w nie­mal już mu­ze­al­nym kom­pu­te­rze, jest w tej sy­tu­acji z góry prze­gra­ny.

Przy bocz­nej dro­dze do Ti­mi­mun przez wy­łom w mu­rze sprze­da­ją cie­płą kar­to­flan­kę z chle­bem. Po­tem wy­bo­isty, roz­jeż­dżo­ny as­falt koń­czy się i au­to­bus to­czy się da­lej przez bez­droż­ną pu­sty­nię.

To praw­dzi­we ro­deo. Po­jazd za­cho­wu­je się jak nie­ujeż­dżo­ny mło­dy koń. Grze­cho­cąc szy­ba­mi, skrzy­piąc re­so­ra­mi, ko­ły­sze się i pod­ska­ku­je, prąc na­przód. Każ­dy wstrząs prze­no­si się na kom­pu­ter, któ­ry trzy­mam na ko­la­nach, i czu­ję to aż w mięk­kich chrząst­kach krę­go­słu­pa, chwie­ją­ce­go się jak wie­ża z kloc­ków. Kie­dy już nie moż­na sie­dzieć, chwy­tam się pół­ki na ba­gaż i pró­bu­ję po­zy­cji wi­szą­cej lub przy­ku­cam.

To jest wła­śnie to, cze­go się oba­wia­łem. To jest to, za czym tę­sk­ni­łem.

Wspa­nia­ła noc księ­ży­co­wa. Go­dzi­na za go­dzi­ną obok nas pły­nie bia­ła prze­strzeń: ka­mie­nie i pia­sek, ka­mie­nie i żwir, żwir i pia­sek – wszyst­ko skrzy się jak śnieg. Go­dzi­na za go­dzi­ną. Nie dzie­je się nic aż do mo­men­tu, kie­dy na­gle w ciem­no­ści roz­pa­la się pło­mień. To sy­gnał. Je­den z pa­sa­że­rów za­trzy­mu­je po­jazd, wy­sia­da i ru­sza pro­sto przed sie­bie w pu­sty­nię.

Od­głos jego kro­ków zni­ka w pia­sku. Wkrót­ce zni­ka i on. Tak­że i my zni­ka­my w tym bia­łym mro­ku.

34

Kwin­te­sen­cja my­śli eu­ro­pej­skiej? Tak, ist­nie­je zda­nie, krót­kie i pro­ste zda­nie, trzy lub czte­ry sło­wa opi­su­ją­ce dzie­je na­szej czę­ści świa­ta, na­sze­go czło­wie­czeń­stwa, całą hi­sto­rię na­szej bios­fe­ry od ho­lo­ce­nu po Ho­lo­caust.

Nie mówi ono jed­nak nic o Eu­ro­pie jako oj­czyź­nie hu­ma­ni­zmu, de­mo­kra­cji i do­bro­by­tu. Nie mówi więc nic o tym wszyst­kim, z cze­go nie bez ra­cji je­ste­śmy dum­ni. Nie­sie je­dy­nie tę praw­dę, któ­rą naj­chęt­niej wy­ma­za­li­by­śmy z pa­mię­ci.

Stu­dio­wa­łem to zda­nie wie­le lat. Ze­bra­łem ogrom­ny ma­te­riał, na któ­re­go prze­ana­li­zo­wa­nie nig­dy nie zna­la­złem cza­su. Chciał­bym znik­nąć gdzieś w tej pu­sty­ni, gdzie nikt by mnie nie zna­lazł, gdzie miał­bym czas tyl­ko dla sie­bie. Znik­nąć i nie wró­cić, do­pó­ki nie zro­zu­miem tego, co już wiem.

45

Wy­sia­dam w Ajn Sa­lih.

Księ­życ już nie świe­ci. Au­to­bus za­bie­ra z sobą świa­tło i zni­ka. Do­oko­ła mnie pa­nu­je gę­sta ciem­ność.

To wła­śnie pod Ajn Sa­lih na­pad­nię­to i ob­ra­bo­wa­no Alek­san­dra Gor­do­na La­in­ga, szkoc­kie­go po­dróż­ni­ka i od­kryw­cę. Do­stał pięć cio­sów w cie­mię i trzy w lewą skroń. Je­den z nich, lą­du­jąc na le­wej ko­ści po­licz­ko­wej, strza­skał szczę­kę i zmiaż­dżył ucho. Po­twor­na rana na kar­ku uszko­dzi­ła tcha­wi­cę, a kula wy­strze­lo­na w bio­dro do­szła aż do krę­go­słu­pa. Trzy cio­sy w pra­we ra­mię i rękę, zła­ma­ne trzy pal­ce, zmiaż­dżo­ny nad­gar­stek etc., etc.

Gdzieś da­le­ko, w ciem­no­ści, miga blask ognia. Za­czy­nam wlec w jego kie­run­ku moją cięż­ką elek­tro­ni­kę i jesz­cze cięż­szą tor­bę.

Ła­chy na­nie­sio­ne­go wia­trem czer­wo­ne­go pia­chu prze­ci­na­ją dro­gę. Na zbo­czach wydm syp­ki pia­sek zbie­ra się, two­rząc za­spy. Ro­bię dzie­sięć kro­ków, od­po­czy­wam i znów dzie­sięć kro­ków. Świa­tło wca­le nie sta­je się bliż­sze.

La­in­ga na­pad­nię­to w stycz­niu 1825 roku. Ale strach jest po­nad­cza­so­wy. Tho­mas Hob­bes w XVII wie­ku bał się sa­mot­no­ści, nocy i śmier­ci tak samo jak ja. „Ist­nie­ją na świe­cie lu­dzie okrut­ni” – mó­wił do swe­go przy­ja­cie­la Au­breya – „któ­rym za­bi­cie czło­wie­ka spra­wia więk­szą przy­jem­ność niż to­bie upo­lo­wa­nie dzi­kie­go pta­ka”.

Ogień wy­da­je się nadal bar­dzo od­le­gły. Czy mam „za­par­ko­wać” kom­pu­ter i tor­bę, aby było mi lżej iść? Nie. Usią­dę w tym pyle i po­cze­kam do świ­tu.

I na­gle do­cie­ra do mnie po­dmuch wia­tru nio­są­cy tuż nad zie­mią woń pa­lo­ne­go drew­na.

Czy za­pa­chy pu­sty­ni czu­je się in­ten­syw­niej dla­te­go, że jest ich tu nie­wie­le? A może na pu­sty­ni drew­no jest bar­dziej skon­den­so­wa­ne i z tego po­wo­du bar­dziej aro­ma­tycz­ne? Pew­ne jest, że ogień, któ­ry dla oka wy­da­wał się tak da­le­ki, na­gle dla nosa oka­zu­je się o wie­le bliż­szy.

Wsta­ję i ru­szam da­lej.

Z moc­nym po­sta­no­wie­niem osią­gnię­cia celu do­cie­ram w koń­cu do sie­dzą­cych wo­kół ogni­ska lu­dzi.

Po­zdra­wiam. Py­tam. I do­wia­du­ję się, że idę w cał­kiem prze­ciw­nym kie­run­ku. Wy­star­czy za­wró­cić, mó­wią.

Do­cho­dzę więc po swo­ich śla­dach do przy­stan­ku, na któ­rym wy­sia­dłem.

A po­tem da­lej, na po­łu­dnie, wciąż w ciem­no­ściach nocy.

56

„Lęk po­zo­sta­je za­wsze” – mówi Con­rad. – „Czło­wiek może znisz­czyć w so­bie do­szczęt­nie wszyst­kie uczu­cia – mi­łość i nie­na­wiść, i wia­rę, i na­wet zwąt­pie­nie. Ale póki lgnie do ży­cia, nie może znisz­czyć lęku”.

Hob­bes zgo­dził­by się z nim. Mo­gli­by więc, po­przez wie­ki, po­dać so­bie ręce.

Dla­cze­go nie­ustan­nie po­dró­żu­ję, sko­ro tak bar­dzo boję się po­dró­ży? Dla­cze­go po­dró­żo­wał Ar­tur Lund­kvist7, któ­ry też się bał?

Może w lęku szu­ka­my spo­so­bu na wy­ostrze­nie na­szych zmy­słów, in­ten­syw­niej­szej for­my eg­zy­sten­cji? Boję się, więc je­stem. Im bar­dziej się boję, tym bar­dziej ist­nie­ję?

6

W Ajn Sa­lih jest tyl­ko je­den ho­tel – duży, dro­gi, pań­stwo­wy ho­tel Ti­di­kelt. Kie­dy wresz­cie uda­je mi się go zna­leźć, ma do za­ofe­ro­wa­nia je­dy­nie mały, ciem­ny i lo­do­wa­to zim­ny po­kój, któ­re­go sys­tem ogrze­wa­nia już daw­no temu prze­stał funk­cjo­no­wać.

Wszyst­ko poza tym ta­kie jak za­wsze na Sa­ha­rze: ostry za­pach de­ter­gen­tów, skrzy­pią­ce drzwi z nie­na­oli­wio­ny­mi za­wia­sa­mi i opusz­czo­ne do po­ło­wy ro­le­ty. Do­sko­na­le roz­po­zna­ję zna­jo­my ki­wa­ją­cy się stół z krót­szą jed­ną nogą, wo­al­kę pia­sku na jego bla­cie, na po­dusz­ce i umy­wal­ce. Nie jest mi też obcy kran, któ­ry po cał­ko­wi­tym od­krę­ce­niu za­czy­na po­wo­li ka­pać, a na­peł­niw­szy do po­ło­wy szklan­kę do my­cia zę­bów, pod­da­je się z cięż­kim wes­tchnie­niem. Do­brze znam tak­że su­ro­wo, nie­mal po woj­sko­we­mu za­ście­lo­ne łóż­ko, na któ­rym nie da się po­ło­żyć in­a­czej niż w po­zy­cji „na bacz­ność”. Po­ściel, przy­mo­co­wa­na do dol­nej czę­ści łóż­ka, wy­star­cza na przy­kry­cie po­ło­wy cia­ła mniej wię­cej do wy­so­ko­ści pęp­ka, bro­niąc dzie­wi­czo nie­na­ru­szo­ne­go po­sła­nia.

OK, po­dró­żo­wać może i trze­ba, ale dla­cze­go aż tu?

7

Dźwięk ude­rzeń cięż­kie­go mło­ta. Spa­da­ją na krtań. Od­głos przy­po­mi­na­ją­cy zgnia­ta­nie sko­rup­ki jaj­ka i char­cze­nie bi­tych lu­dzi usi­łu­ją­cych roz­pacz­li­wie zła­pać od­dech.

Bu­dzę się w koń­cu póź­nym po­po­łu­dniem ubra­ny w to, w czym przy­je­cha­łem. Łóż­ko jest czer­wo­ne od pia­sku, któ­ry przy­nio­słem z au­to­bu­su. Każ­dy ko­lej­ny cios miaż­dży krtań. Ostat­ni pew­nie zmiaż­dży moją.

8

Ho­tel leży otu­lo­ny lot­nym pia­skiem, sa­mot­ny przy pu­stej dro­dze wio­dą­cej przez ja­ło­wą rów­ni­nę. Brnę w głę­bo­kim pia­chu. Sło­necz­ny młot pul­su­je nie­ubła­ga­nie. Świa­tło jest rów­nie ośle­pia­ją­ce jak ciem­ność. Go­rą­ce po­wie­trze tnie twarz jak cie­niut­ka war­stew­ka lodu.

Pół go­dzi­ny zaj­mu­je doj­ście do pocz­ty, od któ­rej z ko­lei jest rów­nie da­le­ko do ban­ku i ryn­ku. Sta­re mia­sto leży sku­lo­ne w so­bie, nie­do­stęp­ne dla słoń­ca i pia­sko­wych burz. Na­to­miast nowa część roz­cią­ga się sze­ro­ko i no­wo­cze­sny­mi roz­wią­za­nia­mi pla­ni­stycz­ny­mi usi­łu­je spo­tę­go­wać sa­ha­ryj­ską pust­kę.

Czer­wo­no­brą­zo­we gli­nia­ne fa­sa­dy w cen­trum mia­sta oży­wia­ją bia­łe ko­lum­ny i por­ta­le, bia­łe wie­życz­ki i ko­ro­ny mu­rów. Styl na­zy­wa­ny jest „su­dań­skim”, czar­nym, od „Bled es-Su­dan” – zie­mia czar­nych. W isto­cie ten pe­łen fan­ta­zji styl stwo­rzo­ny zo­stał przez Fran­cu­zów spe­cjal­nie na Wy­sta­wę Świa­to­wą w Pa­ry­żu w 1900 roku, a do­pie­ro póź­niej prze­nie­sio­ny tu, na Sa­ha­rę. No­wo­cze­sna część mia­sta jest sza­ra od sto­so­wa­ne­go na ca­łym świe­cie be­to­nu.

W dro­dze po­wrot­nej czu­ję na twa­rzy ostry wiatr wie­ją­cy od wscho­du. W ho­te­lu prze­wa­ża­ją kie­row­cy cię­ża­ró­wek i ob­co­kra­jow­cy, w więk­szo­ści Niem­cy – wszy­scy w dro­dze „do góry” lub „na dół”, jak­by byli na scho­dach. Każ­dy pyta każ­de­go o dro­gę, o ben­zy­nę, o ekwi­pu­nek, wszy­scy po­chło­nię­ci są jed­ną my­ślą: wy­ru­szyć w dal­szą dro­gę naj­szyb­ciej jak to moż­li­we.

Przy­mo­co­wu­ję mapę do ścia­ny i oce­niam od­le­gło­ści. Dwie­ście dzie­więć­dzie­siąt ki­lo­me­trów pu­styn­nej dro­gi na wschód do naj­bliż­szej oazy Reg­gan. Naj­bliż­sza na pół­no­cy El Go­lea, z któ­rej wła­śnie do­tar­łem – czte­ry­sta ki­lo­me­trów. Na wschód oaza Bordż Omar Driss – pięć­set ki­lo­me­trów w pro­stej li­nii. Na po­łu­dnie – Ta­man­ras­set, sześć­set. Do naj­bliż­sze­go mo­rza, Śród­ziem­ne­go – ty­siąc ki­lo­me­trów w pro­stej li­nii i ty­siąc trzy­sta do naj­bliż­szej rze­ki, Ni­gru. Na za­cho­dzie mo­rze jest w od­le­gło­ści ty­sią­ca pię­ciu­set ki­lo­me­trów, na wscho­dzie zaś leży tak da­le­ko, że nie ma to już żad­ne­go zna­cze­nia.

Za każ­dym ra­zem, kie­dy wi­dzę te od­le­gło­ści od miej­sca, w któ­rym się znaj­du­ję, za każ­dym ra­zem, kie­dy uświa­da­miam so­bie, że je­stem tu, w ze­ro­wym punk­cie pu­sty­ni, prze­szy­wa mnie dreszcz szczę­ścia. Wła­śnie dla­te­go tu je­stem.

98

Że­bym tyl­ko mógł uru­cho­mić kom­pu­ter. Czy zniósł wstrzą­sy i pył. Dys­kiet­ki nie są więk­sze od kart­ki pocz­to­wej. Mam ich z sobą kil­ka se­tek, w her­me­tycz­nych opa­ko­wa­niach. To cała bi­blio­te­ka, któ­ra nie waży wię­cej niż jed­na książ­ka.

Mogę w każ­dej chwi­li wejść w do­wol­ny mo­ment hi­sto­rii Za­gła­dy, od po­cząt­ków pa­le­on­to­lo­gii, gdy Tho­mas Jef­fer­son uwa­żał za nie­wy­obra­żal­ne, by z sys­te­mu bio­lo­gicz­ne­go mógł znik­nąć choć­by je­den ga­tu­nek – aż do dzi­siej­szej wie­dzy, we­dług któ­rej 99,99 pro­cent wszyst­kich ga­tun­ków już na do­bre wy­mar­ło, i to tych naj­więk­szych. Nie­omal całe ży­cie zga­szo­ne ma­so­wy­mi za­bój­stwa­mi.

Dys­kiet­ka waży pięć gra­mów. Wsu­wam ją do kom­pu­te­ra i włą­czam prąd. Ekran roz­ja­śnia się bla­skiem i fra­za, któ­rą od tak daw­na stu­diu­ję, ośle­pia mnie w mro­ku po­ko­ju.

„Eu­ro­pa” wy­wo­dzi się z se­mic­kie­go sło­wa ozna­cza­ją­ce­go mrok. Li­te­ry pło­ną­ce na ekra­nie ukła­da­ją się w praw­dzi­wie eu­ro­pej­skie zda­nie. To po­gląd ist­nie­ją­cy na dłu­go za­nim na prze­ło­mie lat 1898 i 1899 sfor­mu­ło­wał go pol­ski pi­sarz, któ­ry czę­sto my­ślał po fran­cu­sku, ale pi­sał po an­giel­sku: Jo­seph Con­rad.

Kurtz, głów­ny bo­ha­ter Ją­dra ciem­no­ści, koń­czy swój ra­port o nie­sie­niu cy­wi­li­za­cji wśród dzi­kich w Afry­ce od­ręcz­nym post­scrip­tum. Wy­do­by­wa ono z gór­no­lot­nej re­to­ry­ki dzie­ła jego praw­dzi­wą treść.

I to zda­nie te­raz świe­ci z ekra­nu:

„Exter­mi­na­te all the bru­tes”.

109

Ła­ciń­skie „exter­mi­no” ozna­cza „wy­gnać poza gra­ni­ce”, „ter­mi­nus” – „ska­zać na wy­gna­nie”. Z tych po­jęć po­wsta­ło an­giel­skie „exter­mi­na­te”, co zna­czy „wy­gnać poza gra­ni­ce ży­cia, de­por­to­wać z ży­cia”.

W ję­zy­ku szwedz­kim nie znaj­du­ję bez­po­śred­nie­go od­po­wied­ni­ka tego sło­wa. Moż­na po­wie­dzieć „wy­tę­pić”, choć jest to wła­ści­wie zu­peł­nie inne sło­wo, od­po­wia­da­ją­ce an­giel­skie­mu „extir­pa­te” z ła­ciń­skie­go „stirps”, czy­li „ko­rzeń, ple­mię, ród”.

Za­rów­no w szwedz­kim, jak i w an­giel­skim już z sa­me­go cza­sow­ni­ka wy­ni­ka, że po­ję­cie to rzad­ko od­no­si się do po­je­dyn­cze­go osob­ni­ka, czę­ściej zaś do­ty­czy ca­łej gru­py, na przy­kład perzu, szczu­rów czy też na­ro­du.

Dal­szy ciąg zda­nia „all the bru­tes” w sta­rym szwedz­kim prze­kła­dzie brzmi „wszyst­kie be­stie”. Rzecz ja­sna „bru­te” moż­na tłu­ma­czyć jako „be­stia”. Przede wszyst­kim jed­nak po­ję­cie to ozna­cza zwie­rzę, ze szcze­gól­nym na­ci­skiem na to, co w nim naj­bar­dziej zwie­rzę­ce. Eu­ro­pej­czy­cy od pierw­szych kon­tak­tów z miesz­kań­ca­mi Afry­ki na­zy­wa­li ich wła­śnie zwie­rzę­ta­mi i opi­sy­wa­li jako rude and be­astli­ke, like to bru­te be­asts oraz more bru­tish than the be­asts they hunt.

W no­wym tłu­ma­cze­niu sło­wo „bru­te” jest tak­że prze­kleń­stwem i zna­czy „ho­ło­ta”. Jest to wer­sja ła­god­niej­sza. Ja chcę jed­nak za­cho­wać bru­tal­ną moc tego pier­wot­ne­go zda­nia i tłu­ma­czę je: „Wy­tę­pić całe to by­dło”10.

1111

Kil­ka lat temu wy­da­wa­ło mi się, że zna­la­złem źró­dło Con­ra­dow­skie­go „exter­mi­na­te all the bru­tes” w pra­cach fi­lo­zo­fa Her­ber­ta Spen­ce­ra, rzecz­ni­ka li­be­ra­li­zmu.

Pi­sze on w So­cial Sta­tics (1850), że im­pe­ria­lizm przy­słu­żył się cy­wi­li­za­cji usu­nię­ciem z po­wierzch­ni zie­mi ras niż­szych.

Siły re­ali­zu­ją­ce wszech­ogar­nia­ją­cą kon­cep­cję cał­ko­wi­te­go szczę­ścia nie bio­rą pod uwa­gę cier­pie­nia, ja­kie nie­sie ze sobą pod­po­rząd­ko­wa­nie, i usu­wa­ją (exter­mi­na­te) te sfe­ry ży­cia, któ­re sto­ją na dro­dze do suk­ce­su. Czy to bę­dzie ludz­ka isto­ta, czy też zwie­rzę (bru­te) – prze­szko­da musi zo­stać usu­nię­ta.

Tu od­naj­du­je­my za­rów­no cy­wi­li­za­cyj­ną re­to­ry­kę Kurt­za, jak i sło­wa-klu­cze „exter­mi­na­te”„bru­te”, a tak­że czło­wie­ka, któ­ry na do­da­tek zo­stał wy­raź­nie po­sta­wio­ny na rów­ni ze zwie­rzę­ciem jako obiekt prze­zna­czo­ny do wy­tę­pie­nia.

Wy­da­wa­ło mi się, że do­ko­na­łem ma­łe­go na­uko­we­go od­kry­cia, wy­star­cza­ją­co war­to­ścio­we­go, by kie­dyś od­no­to­wa­no je w hi­sto­rii li­te­ra­tu­ry. Sło­wa wy­po­wie­dzia­ne przez Kurt­za „wy­ja­śnia” fi­lo­zo­fia wy­nisz­cze­nia Spen­ce­ra. Ona zaś z ko­lei była – jak są­dzi­łem – od­bi­ciem oso­bi­stych prze­żyć z dzie­ciń­stwa, kie­dy to całe ro­dzeń­stwo my­śli­cie­la za­bra­ła śmierć. Uspo­ka­ja­ją­cy i bez­piecz­ny wnio­sek.

1212

Gdy­bym za­koń­czył prze­my­śle­nia w tym punk­cie, wie­rząc, że wiem już wy­star­cza­ją­co dużo, po­peł­nił­bym błąd. Drą­ży­łem więc pro­blem da­lej.

Dość szyb­ko prze­ko­na­łem się, że Spen­cer nie był od­osob­nio­ny w swo­ich prze­ko­na­niach. Nie były one wów­czas ni­czym nie­zwy­kłym, a sta­ły się jesz­cze bar­dziej po­pu­lar­ne w dru­giej po­ło­wie XIX wie­ku. To­też nie­miec­ki fi­lo­zof Edu­ard von Hart­mann mógł na­pi­sać w dru­gim to­mie swo­jej pra­cy Phi­lo­so­phie des Unbe­wus­sten, Ver­such einer We­ltan­schau­ung, któ­rą Con­rad czy­tał w an­giel­skim tłu­ma­cze­niu (1884):

Je­śli mu­si­my ob­ciąć psu ogon, to nie przy­słu­ży­my się zwie­rzę­ciu, ob­ci­na­jąc go stop­nio­wo, cal po calu. Rów­nie nie­ludz­kie jest prze­dłu­ża­nie sztucz­ny­mi me­to­da­mi wal­ki ze śmier­cią dzi­kie­go ludu i tak sto­ją­ce­go na skra­ju za­gła­dy.

Praw­dzi­wy przy­ja­ciel czło­wie­ka nie może pra­gnąć ni­cze­go in­ne­go, kon­ty­nu­uje Hart­mann, jak tyl­ko przy­spie­sze­nia ago­nii tego dzi­kie­go ludu i po­wi­nien dzia­łać na rzecz tego celu.

To, co sfor­mu­ło­wał Hart­mann, nie było ni­czym nie­zwy­kłym w owym cza­sie. Pry­wat­nie ani jego, ani Spen­ce­ra nikt nie po­trak­to­wał­by jako nie­ludz­kich. Za to Eu­ro­pa taka wła­śnie była.

Fra­zę „Wy­tę­pić całe to by­dło” dzie­li od ser­ca hu­ma­ni­zmu dy­stans nie więk­szy niż od­le­głość od Bu­chen­wal­du do domu Go­ethe­go w We­ima­rze. Ta świa­do­mość zo­sta­ła pra­wie cał­ko­wi­cie wy­par­ta – na­wet przez Niem­ców zmu­szo­nych sa­mot­nie dźwi­gać winę za Za­gła­dę, któ­ra w grun­cie rze­czy jest wspól­ną wła­sno­ścią ca­łej Eu­ro­py.

1313

Co pe­wien czas po­przez nie­miec­kich po­dróż­ni­ków do­cie­ra do mnie na pu­sty­ni echo trwa­ją­ce­go w Niem­czech spo­ru o wciąż obec­ną tam prze­szłość. Ten „Hi­sto­ri­ker­stre­it”14, jak się go na­zy­wa, ob­ra­ca się wo­kół py­ta­nia: Czy za­gła­da Ży­dów jest ein­zi­gar­tig, a więc je­dy­na w swo­im ro­dza­ju, czy też nie?

Ernst Nol­te w jed­nej ze swo­ich prac okre­ślił „tak zwa­ną za­gła­dę Ży­dów przez Trze­cią Rze­szę” jako „re­ak­cję lub znie­kształ­co­ną ko­pię, a nie pier­wot­ne, ory­gi­nal­ne przed­się­wzię­cie”. Wzor­cem była, jego zda­niem, li­kwi­da­cja ku­ła­ków w Związ­ku Ra­dziec­kim w la­tach dwu­dzie­stych XX wie­ku i sta­li­now­ska czyst­ka lat trzy­dzie­stych. Te wła­śnie dzia­ła­nia sko­pio­wał Hi­tler.

Na to za­re­ago­wał Ha­ber­mas i w ten spo­sób roz­po­czął się spór.

Wy­da­je się, że teza, ja­ko­by los ku­ła­ków stał się przy­czy­ną za­gła­dy Ży­dów, zo­sta­ła za­rzu­co­na i więk­szość utrzy­mu­je, że wszel­kie wy­da­rze­nia hi­sto­rycz­ne są w tym sen­sie ein­zi­gar­tig, sta­no­wią uni­ka­to­we zja­wi­ska, nie­bę­dą­ce wza­jem­ny­mi ko­pia­mi. Moż­na je na­to­miast po­rów­ny­wać. Do­szu­ki­wać się po­do­bieństw i róż­nic mię­dzy za­gła­dą Ży­dów a in­ny­mi ma­so­wy­mi mor­da­mi, po­cząw­szy od naj­czę­ściej wy­mie­nia­nej tu­rec­kiej ma­sa­kry Or­mian na po­cząt­ku XX wie­ku po zbrod­nie Pol Pota.

Nikt jed­nak nie wspo­mi­na o wy­mor­do­wa­niu przez Niem­ców, w la­tach gdy Hi­tler był dziec­kiem, ludu He­re­rów w po­łu­dnio­wo-za­chod­niej Afry­ce. Nikt też nie mówi o lu­do­bój­stwach po­peł­nia­nych przez Fran­cu­zów, Bry­tyj­czy­ków czy Ame­ry­ka­nów. Nikt nie wska­zu­je na wi­docz­ną w okre­sie dzie­ciń­stwa Hi­tle­ra ce­chę eu­ro­pej­skie­go poj­mo­wa­nia ludz­ko­ści. Było nią prze­ko­na­nie, że „rasy pod­rzęd­ne” już przez samą na­tu­rę ska­za­ne zo­sta­ły na za­gła­dę, a uła­twia­nie tego pro­ce­su jest tyl­ko prze­ja­wem praw­dzi­we­go mi­ło­sier­dzia „ras wyż­szych”.

Wszy­scy nie­miec­cy hi­sto­ry­cy uczest­ni­czą­cy w de­ba­cie spo­glą­da­ją, jak się wy­da­je, w jed­nym kie­run­ku. Ża­den z nich nie pa­trzy na Za­chód. Hi­tler tym­cza­sem tam wła­śnie kie­ro­wał swój wzrok. To, co chciał stwo­rzyć, szu­ka­jąc „prze­strze­ni ży­cio­wej” na Wscho­dzie, mia­ło być kon­ty­nen­tal­nym od­po­wied­ni­kiem bry­tyj­skie­go im­pe­rium. U Bry­tyj­czy­ków i wśród in­nych za­chod­nich spo­łe­czeństw znaj­do­wał wzo­ry, któ­rych „zde­for­mo­wa­ną ko­pią” sta­ło się uni­ce­stwie­nie Ży­dów.

placówka cywilizacji

Exter­mi­na­ting all the nig­gers

1415

22 czerw­ca 1897 roku, w tym sa­mym roku, gdy w Niem­czech po­ja­wi­ło się po­ję­cie „prze­strze­ni ży­cio­wej”, bry­tyj­ska po­li­ty­ka eks­pan­sji osią­gnę­ła punkt kul­mi­na­cyj­ny. Naj­więk­sze im­pe­rium w hi­sto­rii świa­ta czci­ło swo­je na­ro­dzi­ny z nie­spo­ty­ka­ną aro­gan­cją.

Re­pre­zen­tan­ci wszyst­kich pod­le­głych Bry­tyj­czy­kom na­ro­dów i te­ry­to­riów, bli­sko jed­nej czwar­tej kuli ziem­skiej i jej miesz­kań­ców, zgro­ma­dzi­li się w Lon­dy­nie, by uczcić sześć­dzie­sią­tą rocz­ni­cę wstą­pie­nia na tron kró­lo­wej Wik­to­rii.

W owym cza­sie uka­zy­wa­ło się pi­smo „Co­smo­po­lis”, skie­ro­wa­ne do wy­kształ­co­nej war­stwy Eu­ro­pej­czy­ków, z ar­ty­ku­ła­mi w ję­zy­kach nie­miec­kim, fran­cu­skim i an­giel­skim.

Przed wy­bra­ną i świa­tłą eu­ro­pej­ską wi­dow­nią po­rów­ny­wa­no w nim Wik­to­rię z Da­riu­szem, Alek­san­drem Wiel­kim i Au­gu­stem. Ża­den z tych sta­ro­żyt­nych kró­lów nie mógł się jed­nak po­chwa­lić eks­pan­sją na tak wiel­ką ska­lę.

Jej im­pe­rium po­więk­szy­ło się o trzy­dzie­ści i pół mi­lio­na ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych i o sto pięć­dzie­siąt mi­lio­nów pod­da­nych. Prze­ra­sta­ło ono Chi­ny, któ­re z czte­ry­sto­ma mi­lio­na­mi miesz­kań­ców uwa­ża­ne były do­tych­czas za naj­lud­niej­sze pań­stwo na zie­mi.

Po­zo­sta­łe mo­car­stwa eu­ro­pej­skie, twier­dzo­no, nie zda­wa­ły so­bie spra­wy z po­tę­gi mi­li­tar­nej Im­pe­rium Bry­tyj­skie­go. Bry­tyj­czy­cy w więk­szym stop­niu niż ja­ki­kol­wiek inny na­ród od­zna­cza­li się in­stynk­tem wal­ki i żoł­nier­skim du­chem. Je­śli cho­dzi o flo­tę, Im­pe­rium nie tyl­ko mia­ło prze­wa­gę, ale bez­a­pe­la­cyj­nie pa­no­wa­ło na mo­rzach.

Bry­tyj­czy­cy nie upa­ja­li się suk­ce­sa­mi nie­ma­ją­cy­mi bez wąt­pie­nia od­po­wied­ni­ków w hi­sto­rii, lecz peł­ni po­ko­ry łą­czy­li je ze szcze­gól­ną ła­ską, jaką ob­da­rzał ich wszech­mo­gą­cy Bóg.

Jak rów­nież, rzecz ja­sna, z oso­bą sa­mej kró­lo­wej. Siła jej cha­rak­te­ru nie dała się być może zmie­rzyć z na­uko­wą pre­cy­zją, lecz wpływ kró­lew­skie­go au­to­ry­te­tu był nie­wąt­pli­wie ogrom­ny. Jak do­no­sił za­gra­nicz­ny kro­ni­karz:

Dzi­siej­sza ce­re­mo­nia świad­czy o trium­fie, ja­kie­go jesz­cze nig­dy nie świę­to­wa­no: sil­niej­sze po­czu­cie toż­sa­mo­ści na­ro­do­wej, oży­wio­ny han­del, wię­cej upra­wia­nej zie­mi, mniej be­stial­stwa, wię­cej po­ko­ju i wol­no­ści. To nie prze­sa­da, to pro­sta sta­ty­sty­ka...

Na­ród świa­do­mie i z peł­nym zro­zu­mie­niem wy­ra­ził apro­ba­tę dla swej wiel­kiej po­tę­gi, ko­lo­nial­nych suk­ce­sów, au­ten­tycz­nej jed­no­ści i dla wiel­kie­go, obej­mu­ją­ce­go dużą część świa­ta, te­ry­to­rium. I cie­szył się z tego.

Okrzy­ki hur­ra ozna­cza­ły: Nig­dy nie by­li­śmy tak sil­ni. Niech cały świat wie, że nie za­mie­rza­my być słab­si tak­że w przy­szło­ści!

Tak brzmiał rok 1897. Nie­miec­cy i fran­cu­scy wy­daw­cy pi­sma przy­łą­cza­li się do wi­wa­tu­ją­ce­go chó­ru. Wszyst­kie spoj­rze­nia kie­ro­wa­ły się w tę samą stro­nę. Dla­te­go opo­wia­da­nie otwie­ra­ją­ce nu­mer ju­bi­le­uszo­wy mu­sia­ło wy­wo­łać wy­jąt­ko­wo sil­ny wstrząs.

1516

Mówi ono o dwóch Eu­ro­pej­czy­kach, Kay­ert­sie i Car­lie­rze, ze­sła­nych przez cy­nicz­ne­go dy­rek­to­ra spół­ki na małą pla­ców­kę han­dlo­wą u brze­gu wiel­kiej rze­ki.

Ich je­dy­ną lek­tu­rą jest po­żół­kła ga­ze­ta, gdzie w pom­pa­tycz­nych sło­wach sła­wio­no „na­szą eks­pan­sję ko­lo­nial­ną”. Po­dob­nie w ju­bi­le­uszo­wym nu­me­rze „Co­smo­po­lis” przed­sta­wia­no ko­lo­nie – jako świę­te dzie­ło w służ­bie Cy­wi­li­za­cji. Ar­ty­kuł w po­żół­kłej ga­ze­cie wy­sła­wiał przy­mio­ty pio­nie­rów nio­są­cych świa­tło, wia­rę i han­del w „ciem­nych za­kąt­kach” zie­mi.

Po­cząt­ko­wo dwaj kom­pa­ni dają wia­rę wiel­kim sło­wom. Stop­nio­wo jed­nak od­kry­wa­ją, że to tyl­ko dźwię­ki, so­unds. A dźwię­ki wy­rwa­ne z kon­tek­stu spo­łecz­ne­go, w któ­rym po­wsta­ły, po­zba­wio­ne są ja­kiej­kol­wiek tre­ści. Do­pó­ki po­li­cjant stoi na rogu uli­cy, do­pó­ki w skle­pi­ku moż­na ku­pić coś do je­dze­nia i je­steś wy­da­ny na osąd opi­nii pu­blicz­nej – tak dłu­go two­je dźwię­ki nio­są z sobą po­czu­cie przy­zwo­ito­ści. Spo­łe­czeń­stwo jest wa­run­kiem po­sia­da­nia su­mie­nia.

Wkrót­ce obaj są go­to­wi do pod­ję­cia się han­dlu nie­wol­ni­ka­mi i ma­so­wych mor­dów. Kie­dy koń­czy się pro­wiant, wy­bu­cha mię­dzy nimi kłót­nia o ka­wa­łek cu­kru. Kay­erts ucie­ka, są­dząc, że jego to­wa­rzysz ści­ga go z pi­sto­le­tem. Gdy więc nie­spo­dzie­wa­nie wpa­da­ją na sie­bie, Kay­erts strze­la. Jest głę­bo­ko prze­ko­na­ny, że czy­ni to w obro­nie wła­snej. Do­pie­ro po chwi­li do­cie­ra do nie­go, że w pa­ni­ce za­bił bez­bron­ne­go czło­wie­ka.

Ja­kie to ma jed­nak zna­cze­nie – po­ję­cia „cno­ta” i „zbrod­nia” to prze­cież tyl­ko dźwię­ki. Ty­sią­ce lu­dzi umie­ra każ­de­go dnia, my­śli Kay­erts, sie­dząc przy zwło­kach. Może na­wet i set­ki ty­się­cy – kto wie? Je­den wię­cej lub mniej nie po­wi­nien mieć więk­sze­go zna­cze­nia, przy­najm­niej dla isto­ty my­ślą­cej.

A on, Kay­erts jest prze­cież isto­tą my­ślą­cą. Do tej pory, po­dob­nie jak resz­ta ludz­ko­ści, drep­tał w kół­ko i wie­rzył w masę non­sen­sów. Dziś wresz­cie, po raz pierw­szy, na­praw­dę my­śli. Te­raz już wie. Te­raz wy­cią­ga wnio­ski z tego, co wie.

Kie­dy nad­szedł po­ra­nek, przez mgłę prze­bił się nie­ludz­ki, wi­bru­ją­cy dźwięk. Pa­ro­wiec spół­ki, na któ­re­go po­wrót obaj męż­czyź­ni cze­ka­li od mie­się­cy, do­bił do brze­gu!

Dy­rek­tor wiel­kiej fir­my Cy­wi­li­za­cja scho­dzi na ląd i do­strze­ga cia­ło Kay­ert­sa, któ­ry po­wie­sił się na na­grob­nym krzy­żu swo­je­go to­wa­rzy­sza. Choć wisi w po­zy­cji na bacz­ność, przy­najm­niej tak to wy­glą­da, w śmier­tel­nym od­ru­chu po­ka­zu­je ję­zyk dy­rek­to­ro­wi.

1617

I nie tyl­ko dy­rek­to­ro­wi. Kay­erts po­ka­zu­je czar­ny opuch­nię­ty ję­zyk sła­wią­cym ju­bi­le­usz ar­ty­ku­łom to­wa­rzy­szą­cym opo­wia­da­niu, ca­łej ide­olo­gii trium­fu­ją­ce­go im­pe­ria­li­zmu.

Na­tu­ral­ną re­ak­cją na opu­bli­ko­wa­ne po raz pierw­szy w „Co­smo­po­lis” opo­wia­da­nie Jo­se­pha Con­ra­da Pla­ców­ka po­stę­pu było trak­to­wa­nie tego tek­stu jako ko­men­ta­rza do ob­cho­dzo­ne­go ju­bi­le­uszu. W isto­cie jed­nak na­pi­sał je rok wcze­śniej, w czerw­cu 1896, w cza­sie po­dró­ży po­ślub­nej Con­ra­da po Bre­ta­nii. Był to zresz­tą je­den z pierw­szych jego utwo­rów.

Ma­te­riał do nie­go Con­rad za­czerp­nął z po­by­tu w Kon­gu. Pły­nął w górę rze­ki na jed­nym z pa­row­ców na­le­żą­cych do Kom­pa­nii. Wi­dział te małe sta­cje han­dlo­we i słu­chał opo­wie­ści współ­pa­sa­że­rów. Je­den z nich na­zy­wał się wła­śnie Key­erts.

Całe sześć lat Con­rad trzy­mał ma­te­riał z tej po­dró­ży. Dla­cze­go zo­stał przy­wo­ła­ny aku­rat te­raz? Po­waż­ną de­ba­tę na te­mat Kon­ga roz­po­czę­to w roku 1903. Co więc spo­wo­do­wa­ło, że w lip­cu 1896 roku Con­rad nie tyl­ko prze­rwał po­dróż po­ślub­ną, ale tak­że pra­cę nad nową po­wie­ścią, by za­miast niej na­pi­sać inną, o Kon­gu?

17

Prze­pro­wa­dzi­łem się. Wy­naj­mu­ję tani po­kój w byle ja­kim ho­te­lu Ba­dżu­da, na­prze­ciw­ko wej­ścia na targ. Sto­łu­ję się u Ben Ha­szem Mu­laya w „Re­stau­ra­cji Przy­ja­ciół”. O zmierz­chu prze­sia­du­ję na ru­chli­wej uli­cy pod igla­sty­mi drze­wa­mi, piję kawę z mle­kiem i ob­ser­wu­ję prze­chod­niów.

Sto lat temu targ w Ajn Sa­lih był peł­nym ży­cia miej­scem spo­tkań na Sa­ha­rze. Nie­wol­ni­ków z po­łu­dnia wy­mie­nia­no na trans­por­to­wa­ne z pół­no­cy zbo­że, dak­ty­le i to­wa­ry prze­my­sło­we. Nie­wol­ni­ków nie trze­ba było trzy­mać w za­mknię­ciu – uciecz­ka z Ajn Sa­lih ozna­cza­ła pew­ną śmierć na pu­sty­ni. Tych nie­licz­nych po­dej­mu­ją­cych mimo wszyst­ko pró­by uciecz­ki bar­dzo ła­two chwy­ta­no i ka­ra­no. Miaż­dżo­no im ją­dra, prze­ci­na­no ścię­gna i zo­sta­wia­no na pa­stwę losu.

Na tym nie­gdyś słyn­nym tar­go­wi­sku dziś moż­na zna­leźć tro­chę nędz­nych im­por­to­wa­nych ja­rzyn, zwięd­nię­tych już w mo­men­cie do­star­cze­nia ich na ba­zar. Ma­te­ria­ły tek­styl­ne pro­du­ko­wa­ne w kra­ju pla­no­wej go­spo­dar­ki krzy­czą wście­kły­mi, ja­do­wi­ty­mi bar­wa­mi.

Księ­gar­nia wy­spe­cja­li­zo­wa­ła się w dru­gich to­mach kla­sycz­nych ar­cy­dzieł, ta­kich jak Don Ki­chot i dzie­ło Ma­da­me de Sta­ël o Niem­czech. Tomy pierw­sze zo­sta­ły prze­ka­za­ne do ja­kiejś in­nej oazy, naj­praw­do­po­dob­niej na pod­sta­wie roz­dziel­nic­twa po­li­tycz­ne­go – nie by­ło­by prze­cież spra­wie­dli­we po­zwo­lić, by za­rów­no tom pierw­szy, jak i dru­gi po­szu­ki­wa­nych ksią­żek tra­fił do jed­nej oazy.

Je­dy­na na­praw­dę in­te­re­su­ją­ca rzecz, jaką moż­na zna­leźć na tym tar­go­wi­sku, to ska­mie­nia­łe drew­no, reszt­ki wiel­kich drzew umar­łych mi­lio­ny lat temu i po­grze­ba­nych w pia­sku. Kwas krze­mo­wy prze­isto­czył drew­no w ka­mień, któ­ry uwol­niw­szy się z wę­dru­ją­ce­go da­lej pia­sku, tra­fił wła­śnie tu.

Zbie­ra­nie ska­mie­nia­łych ka­wał­ków drew­na więk­szych od ludz­kiej pię­ści jest su­ro­wo za­ka­za­ne. Ale na­wet w tej za­ci­śnię­tej pię­ści jest wy­star­cza­ją­co dużo miej­sca dla zie­lo­nych la­sów Sa­ha­ry. Mój ka­wa­łek leży na sto­le. Daje złu­dze­nie ży­we­go drze­wa, peł­ne­go za­pa­chu mo­krych od desz­czu li­ści i szu­mu gę­stej ko­ro­ny.

18

Kie­dy by­łem mały, oj­ciec, po po­wro­cie z pra­cy naj­pierw szedł do bab­ci i z nią się wi­tał.

To nie po­do­ba­ło się mat­ce. Za każ­dym ra­zem czu­ła się za­wie­dzio­na.

Czy mi­łość mię­dzy mat­ką a sy­nem nie była moc­niej­sza i praw­dziw­sza od tej, jaka łą­czy męża i żonę? Oj­ciec był prze­cież uko­cha­nym sy­nem bab­ci, któ­re­go no­si­ła pod ser­cem, kie­dy zmarł jej mąż. Sy­nem, któ­re­go uro­dzi­ła jako sa­mot­na mat­ka. Mój oj­ciec, któ­ry nig­dy nie wi­dział wła­sne­go ojca, na nią wła­śnie prze­lał całą mi­łość.

Mat­ka mia­ła tego świa­do­mość. Wy­czu­wa­łem to i ja. Bab­cię lu­bi­łem naj­bar­dziej. W jej bez­rad­no­ści sta­re­go czło­wie­ka roz­po­zna­wa­łem swo­ją wła­sną bez­rad­ność dziec­ka.

Bab­cia pach­nia­ła bab­cią. Ta sama moc­na słod­ko-kwa­śna woń wy­do­by­wa­ła się z jej po­ko­ju i jej cia­ła. Mat­ka nie mo­gła tego znieść, szcze­gól­nie przy sto­le ja­dal­nym. Bab­cia zda­wa­ła so­bie z tego spra­wę. Ja­da­ła w kuch­ni.

Od cza­su do cza­su mat­ka do­ko­ny­wa­ła na­jaz­du na po­kój bab­ci, by po raz ko­lej­ny spró­bo­wać usu­nąć źró­dło tego za­pa­chu, co ska­za­ne było na nie­po­wo­dze­nie, po­nie­waż ów za­pach po­cho­dził od sa­mej bab­ci. Za każ­dym ra­zem jed­nak mat­ka usu­wa­ła „całą masę śmie­ci na­gro­ma­dzo­nych przez bab­cię” i wy­rzu­ca­ła je, by po­zbyć się znie­na­wi­dzo­ne­go odo­ru.

Na­wet oj­ciec nie był w sta­nie obro­nić bab­ci. Ona na­praw­dę nie­ład­nie pach­nia­ła. Nie mógł temu za­prze­czyć. Tak jak nie mógł za­prze­czyć, że za­pach świad­czył o bru­dzie, a brud na­le­ży usu­nąć. Lo­gi­ka wy­wo­du była nie do pod­wa­że­nia. Je­dy­ne, co oj­ciec mógł zro­bić, to od­ro­czyć lub ła­go­dzić na­lo­ty, w cza­sie któ­rych bab­cia, pła­cząc, bła­ga­ła o li­tość. Resz­ta na­le­ża­ła do mnie.

Bab­cia była na­szą kraw­co­wą i w za­wi­niąt­ku pod łóż­kiem prze­cho­wy­wa­ła całą ster­tę ścin­ków i nie­po­trzeb­nych skraw­ków róż­nych ma­te­ria­łów zwa­nych szmat­ka­mi. Kie­dy by­łem bar­dzo mały, uwiel­bia­łem ba­wić się tymi roz­bu­dza­ją­cy­mi fan­ta­zję gał­gan­ka­mi. Z pa­sia­ste­go ka­wał­ka ko­szu­li noc­nej ojca ro­bi­łem męż­czy­znę, a z frag­men­tu je­dwab­nej ró­żo­wej bluz­ki mat­ki – ko­bie­tę. Po­ma­ga­ła mi w tym bab­cia. Wspól­nie wy­cza­ro­wy­wa­li­śmy lu­dzi i zwie­rzę­ta.

Ro­zu­mia­łem więc do­brze roz­pacz bab­ci, kie­dy „ten chlew” miał zo­stać zli­kwi­do­wa­ny. Pró­by mat­ki, by za­cho­wać czy­stość, były dla mnie bez­dusz­nym gwał­tem ta­kie­go sa­me­go ro­dza­ju, na jaki i ja by­łem na­ra­żo­ny. I dla­te­go grze­ba­łem w śmie­ciach w po­szu­ki­wa­niu przed­mio­tów na­le­żą­cych do bab­ci i ukry­wa­łem je mię­dzy swo­imi rze­cza­mi tak dłu­go, aż nie­bez­pie­czeń­stwo mi­nę­ło.

W taki oto spo­sób ura­to­wa­łem mię­dzy in­ny­mi sta­rą po­żół­kłą książ­kę W cie­niu palm.

19

W domu mo­je­go dzie­ciń­stwa książ­ki usta­wia­no w nie­zmien­nym po­rząd­ku. Te w mięk­kiej opra­wie sta­ły po le­wej stro­nie re­ga­łu, opra­wio­ne w płót­no po­środ­ku, a te w pół­skór­ku po pra­wej.

Książ­ki usta­wia­no w ten spo­sób z my­ślą o przy­by­szach z ze­wnątrz. Gość – tak na­zy­wa­no każ­de­go, kto nie na­le­żał do ro­dzi­ny – sto­jąc w drzwiach, wi­dział je­dy­nie małą część re­ga­łu, mógł więc przy­pusz­czać, że wszyst­kie książ­ki opra­wio­ne są w skó­rę ze zło­tym pa­skiem na grzbie­cie. Po wej­ściu w głąb po­ko­ju wciąż jesz­cze mógł są­dzić, że księ­go­zbiór skła­da się z to­mów opraw­nych co naj­mniej w płót­no. Do­pie­ro kie­dy sta­wał w miej­scu pod ży­ran­do­lem, był w sta­nie do­strzec książ­ki w mięk­kich okład­kach sto­ją­ce po le­wej stro­nie re­ga­łu.

Wśród opra­wio­nych w skó­rę tkwi­ła książ­ka Trzy lata w Kon­gu (1887). Były to wspo­mnie­nia trzech szwedz­kich ofi­ce­rów ze służ­by u kró­la Le­opol­da.

Je­den z do­świad­czo­nych po­dróż­ni­ków po Afry­ce dał taką oto radę po­rucz­ni­ko­wi o na­zwi­sku Pa­gels: naj­lep­szym to­wa­rzy­szem jest pejcz wy­ko­na­ny ze skó­ry hi­po­po­ta­ma, „któ­ry po każ­dym ude­rze­niu zo­sta­wia na cie­le krwa­we zna­ki ru­nicz­ne”.

Dla eu­ro­pej­skie­go ucha brzmi to może okrut­nie, oce­nił Pa­gels, ale on wie­dział z do­świad­cze­nia, że to praw­da. Szcze­gól­nie istot­ne jest, by spra­wiać wra­że­nie obo­jęt­ne­go i nie­wzru­szo­ne­go w trak­cie wy­mie­rza­nia chło­sty.


1 Olof La­ger­crantz (1919–2002) – szwedz­ki pi­sarz, po­eta i kry­tyk li­te­rac­ki, wie­lo­let­ni re­dak­tor na­czel­ny naj­więk­sze­go dzien­ni­ka szwedz­kie­go „Da­gens Ny­he­ter”.

2 Etien­ne Gla­ser (ur. 1937) – szwedz­ki ak­tor, re­ży­ser, sce­na­rzy­sta; Duń­czyk z po­cho­dze­nia, w Szwe­cji od 1943 roku.

3 Dzie­ciń­stwo Hi­tle­ra – sztu­ka te­atral­na Ni­kla­sa Råd­ströma, wy­sta­wio­na w Szwe­cji w 1984 roku w re­ży­se­rii Su­zan­ne Osten.

4 Ho­lo­cen, naj­młod­szy okres geo­lo­gicz­ny w epo­ce po­lo­dow­co­wej.

5 La­ing, cyt. za: Kim Nay­lor, Gu­ide to West Afri­ca, Lon­don 1986, s. 193; John Au­brey, Brief Li­ves, (I wy­da­nie 1898) 1949, s. 157.

6 Jo­seph Con­rad, Pla­ców­ka po­stę­pu, przeł. Anie­la Za­gór­ska, w te­goż: Dzie­ła wy­bra­ne, t. VII, War­sza­wa 1987, s. 89.

7 Ar­tur Lund­kvist (1906–1991), pi­sarz i kry­tyk li­te­rac­ki; od 1968 roku czło­nek Aka­de­mii Szwedz­kiej.

8 B.W. She­ehan, Se­eds of Extinc­tion. Jef­fer­so­nian Phi­lan­tro­phy and Ame­ri­can In­dian, Cha­pel Hill 1973; S.M. Stan­ley, Extinc­tion, New York 1987; R.C. Le­won­tin w NZRB, 14 VI 1990.

9 Mar­ga­ret T. Hod­gen; Ear­ly An­th­ro­po­lo­gy in the Si­xte­enth and Se­ve­tenth Cen­tu­ries, Phi­la­del­phia 1964, s. 410; Jo­seph Con­rad, Ją­dro ciem­no­ści, przeł. Ire­ne­usz So­cha, Kra­ków 2006.

10 Wszyst­kie cy­ta­ty z Ją­dra ciem­no­ści Jo­se­pha Con­ra­da w prze­kła­dzie Ire­ne­usza So­chy (Kra­ków 2006). Anie­la Za­gór­ska zda­nie „Exter­mi­na­te all the bru­tes” prze­ło­ży­ła: „Wy­tę­pić te wszyst­kie be­stie!” (Jo­seph Con­rad, Dzie­ła wy­bra­ne, t. VII, War­sza­wa 1987, s. 263).

11 H. Spen­cer, s. 416.

12 Hart­mann, t. II, s. 12, cyt. za: J.E. Sa­ve­son, „Mo­dern Fic­tion Stu­dies” 1970, nr 16 (2).

13 Hi­sto­ri­ker­stre­it. Die Do­ku­men­ta­tion der Kontr­over­se um die Ein­zi­gar­tig­ke­it der na­tio­nal­so­zia­li­sti­schen Ju­de­nver­nich­tung, Mün­chen 1987; Frank Chalk, Kurt Jo­nas­sohn, The Hi­sto­ry and So­cio­lo­gy of Ge­no­ci­de, New Ha­ven 1990; Ervin Staub, The Ro­ots of Evil. The Ori­gi­nes of Ge­no­ci­de and Other Gro­up Vio­len­ce, Cam­brid­ge 1989. Nikt z po­wy­żej wy­mie­nio­nych au­to­rów nie do­strze­gał związ­ku mię­dzy lu­do­bój­stwem Hi­tle­ra i eu­ro­pej­skim im­pe­ria­li­zmem. Za­leż­ność tę na­to­miast do­strzegł Ri­chard L. Ru­ben­ste­in, np. w tek­ście Ge­no­ci­de and ci­vi­li­sa­tion (1987). Dzię­ku­ję Sver­ke­ro­wi Sör­li­no­wi za życz­li­wość i zwró­ce­nie uwa­gi na twór­czość Ru­ben­ste­ina oraz bi­blio­gra­fię lu­do­bój­stwa He­le­ny Fe­ins: Ge­no­ci­de. A So­cio­lo­gi­cal Per­spec­ti­ve, w: „Cur­rent So­cio­lo­gy” 1990, nr 1.

14 Hi­sto­ri­ker­stre­it – po­li­tycz­no-na­uko­wy spór to­czo­ny w Niem­czech Za­chod­nich (RFN) w la­tach 1986–1989 o hi­sto­rycz­ną in­ter­pre­ta­cję Ho­lo­cau­stu.

15 K. Lan­ge, Der Ter­mi­nus „Le­ben­sraum” in Hi­tler’s Mein Kampf, VJHZ, 13, 1965, s. 426–437; Ed­gar San­der­son, The Bri­tish Em­pi­re in the Ni­ne­te­enth Cen­tu­ry. Its Pro­gress and Expan­sion at Home and Abro­ad, Lon­don 1898; Ja­mes Mor­ris, Pax Bri­tan­ni­ca. The Cli­max of an Em­pi­re, Lon­don 1968, rozdz. 1; Aron L. Fried­berg, The We­ary Ti­tan. Bri­ta­in and the Expe­rien­ce of Re­la­ti­ve Dec­li­ne 1895–1905, Prin­ce­ton 1988.

16 Jo­seph Con­rad, Pla­ców­ka po­stę­pu, przeł. Anie­la Za­gór­ska, dz.cyt., s. 79.

17 Key­erts wspo­mnia­ny przez Zdzi­sła­wa Naj­de­ra w te­goż: Ży­cie Con­ra­da-Ko­rze­niow­skie­go, War­sza­wa 1980, t. I, s. 195.

18 Neal Ascher­son, The King In­cor­po­ra­ted, Lon­don 1963; Da­vid La­ger­gren, Mis­sion and Sta­te in the Con­go, Up­psa­la 1970; „Re­gion bey­ond” 1896, nr 5, s. 253.

19 Tekst Dil­ke­go wspo­mnia­ny w: H. Zin, Jo­seph Con­rad and Afri­ca, Na­iro­bi 1982; Jo­seph Con­rad, Pla­ców­ka po­stę­pu, dz.cyt., s. 90, 91.

20 Oskar II – król Szwe­cji w la­tach 1872–1907.

21 L. Co­urt­ney, w: „Jo­ur­nal of the Roy­al Sta­ti­sti­cal So­cie­ty” 1898, nr. LXI:IV, s. 640.

22 C. Lô, Les fog­ga­ras du Ti­di­kelt, „Tra­ve­aux de l’In­sti­tut de re­cher­ches sa­ha­rien­nes”, Al­ger 1953, s. 139; 1954, s. 49.

23 Ma­ra­but – w is­la­mie przy­wód­ca du­cho­wy uwa­ża­ny za świę­te­go i uzdro­wi­cie­la. Gro­bo­wiec na­zy­wa­ny jest ma­ra­bu­tem.

24 Iain R. Smith, The Emin Pas­cha Re­lief Expe­di­tion 1886–1890, Oxford 1972; Ri­chard Hall, Stan­ley, Lon­don 1974; Frank McLynn, Stan­ley, Sor­ce­rers Ap­pren­ti­ce, Lon­don 1991.

25 Meh­med Emin Ali Pa­sza (1840–1892) – wła­ści­we na­zwi­sko Edu­ard Schnit­zer; uro­dzo­ny w Opo­lu nie­miec­ki Żyd; le­karz, po­dróż­nik, znaw­ca Afry­ki; od 1878 roku gu­ber­na­tor pro­win­cji Ekwa­to­ria w Su­da­nie.

26 Phi­lip Ma­gnus, Kit­che­ner. Por­tra­it of an Im­pe­ria­list, Lon­don 1958; Tre­vor Roy­le, The Kit­che­ner Enig­ma, Lon­don 1985; Phi­lip War­ner, Kit­che­ner, Lon­don 1985; P.M. Holt, The Mah­dist Sta­te, 1881–1898. A stu­dy of Its Ori­gins, De­ve­lop­ment and Over­th­row, Oxford 1970; Avrät­t­nin­gen av de såra­de för­sva­ra­des, w: „Sa­tur­day Re­view” 3 IX, 10 IX.

27 „…na cy­wi­li­za­cyj­ne wpły­wy przed­się­wzięć han­dlo­wych”.

28 Geof­frey Par­ker, The Mi­li­ta­ry Re­vo­lu­tion. Mi­li­ta­ry In­ven­tion and the Rise of the West 1500–1800, Cam­brid­ge 1988.

29 Da­niel R. He­adrick, The To­ols of Em­pi­re. Tech­no­lo­gy and Eu­ro­pe­an Im­pe­ria­lism in the Ni­ne­te­enth Cen­tu­ry, Oxford 1981; W. Bro­ad­fo­ot, The Lee-Met­ford Ri­fle, „Blac­kwo­ods Ma­ga­zi­ne” 1898, nr VI.

30 Mar­tin Reuss, The Dis­gra­ce and Fall of Carl Pe­ters, „Cen­tral Eu­ro­pe­an Hi­sto­ry” 1981, nr XIV, s. 110; „Ti­mes” 26–27 IV 1897. Inne nie­miec­kie przy­kła­dy: Lio­nel Dec­le, Three Years in Sa­va­ge Afri­ca, Lon­don 1900.

31 Frag­men­ty Mo­jej mło­do­ści Win­sto­na S. Chur­chil­la za: Moja mło­dość, przeł. To­masz Bie­roń, Po­znań 2000, s. 134, 139, 140.

32 Wi­liam Tor­doff, Ashan­ti un­der the Prem­pehs 1888–1935, Lon­don 1965; Ri­chard Au­stin Fre­eman, Tra­vels and Life in Ashan­ti and Ja­man, West­min­ster 1898; Mi­cha­el Ro­sen­thal, The Cha­rac­ter Fac­to­ry, Lon­don 1986; Tim Jeal, The Boy-man. The Life of Lord Ba­den-Po­well, New York 1990; R.S.S. Ba­den-Po­well, The Do­wn­fall of Prem­peh, Lon­don 1896.

33 Phi­lip A. Ig­ba­fe, Be­nin un­der Bri­tish Ad­mi­ni­stra­tion, Long­man 1979; Fe­lix von Lu­cha, Die Al­ter­tümer von Be­nin, Ve­röf­fen­tli­chun­gen aus dem Mu­seum für Völ­ker­kun­de, Ber­lin & Le­ip­zig 1919; R.H. Ba­con, Be­nin. The City of Blo­od, Lon­don 1898; M.M. Ma­ho­od, The Co­lo­nial En­co­un­ter, Lon­don 1977.

34 T.O. Ran­ger, Re­volt in So­uthern Rho­de­sia 1896–1897. A Stu­dy in Afri­can Re­si­stan­ce, Lon­don 1967; R.S.S. Ba­den-Po­well, The Ma­ta­be­le Cam­pa­ign, Lon­don (I wy­da­nie 1897) 1901, s. 63.

35 Ran­ger, 121.

36 Dar­rel Ba­tes, The Fa­sho­da In­ci­dent, Oxford 1984; Nor­man Page, A Ki­pling Com­pa­nion, Lon­don 1984; Char­les Car­ring­ton, Ru­dy­ard Ki­pling, Lon­don 1955.

37 „Pod­nie­ście brze­mię bia­łe­go czło­wie­ka – / Wy­ślij­cie kwiat swo­je­go ple­mie­nia – / Nuże po­pędź­cie sy­nów na wy­gna­nie, / By jeń­ców wa­szych speł­nia­li ma­rze­nia”. Cyt. za: Nor­man Da­vies, Wy­spy. Hi­sto­ria, przeł. Elż­bie­ta Ta­ba­kow­ska, Kra­ków 2003, s. 745.

38 Frag­men­ty Wy­rzut­ka Jo­se­pha Con­ra­da za: Wy­rzu­tek, przeł. Anie­la Za­gór­ska, w: Jo­seph Con­rad, dz.cyt., s. 64, 260; Frag­ment Ją­dra ciem­no­ści Jo­se­pha Con­ra­da za: Ją­dro ciem­no­ści, przeł. Ire­ne­usz So­cha, Kra­ków 2006, s. 53, 63.

39 „Naj­pierw przy­by­li oni, nie­wi­dzial­ni bia­li lu­dzie i za­da­wa­li śmierć z da­le­ka…”. Cyt. za: Jo­seph Con­rad, Wy­rzu­tek, przeł. Anie­la Za­gór­ska, w te­goż: Dzie­ła wy­bra­ne, t. II, pod red. Zdzi­sła­wa Naj­de­ra, War­sza­wa 1972, s. 260.

40 Da­niel R. He­adrick – ame­ry­kań­ski na­uko­wiec, pro­fe­sor so­cjo­lo­gii i hi­sto­rii, au­tor książ­ki The To­ols of Em­pi­re.

41 Ni­cho­las Del­blan­co, Gro­up Por­tra­it. A Bio­gra­phi­cal Stu­dy of Wri­ters in Com­mu­ni­ty, New York 1984; Iain Fin­lay­son, Wri­ters in Rom­ney Marsh, Lon­don 1986; Mi­ran­da Sey­mo­ur, Hen­ry Ja­mes and His Li­te­ra­ry Circ­le 1895–1915, rozdz. 5.

42 H.G. Wells, Wy­spa dok­to­ra Mo­re­au, przeł. Ewa Kra­siń­ska, War­sza­wa 1977, s. 90.

43 W pierw­szym pol­skim wy­da­niu po­wie­ści Wel­l­sa (dru­gie i ostat­nie jak do­tąd mia­ło miej­sce w 1947 roku) kwe­stia brzmi: „To jest czło­wiek, w któ­rym nie ma nic ludz­kie­go – rzekł Kemp. – Je­stem pew­ny, że sko­ro tyl­ko ochło­nie z wra­że­nia tej uciecz­ki, bę­dzie pró­bo­wał dzia­łać ter­ro­rem. Na­sza je­dy­na szan­sa jest wy­prze­dzić go. On sam wy­zuł się z czło­wie­czeń­stwa. Jego krew niech spad­nie na jego gło­wę”. Cyt. za: H.G. Wells, Nie­wi­dzial­ny, bez po­da­nia tłu­ma­cza, Wil­no 1934, s. 130.

44 H.G. Wells, Woj­na świa­tów, przeł. Le­sław Ha­liń­ski, War­sza­wa 2004, s. 11–12, 191–192.

45 „Cham­ber’s Jo­ur­nal” 30 IX 1893; Ber­nard Ber­go­nyi, The Ear­ly H.G. Wells, Man­che­ster 1961; Wells i Con­rad: wy­bór li­te­ra­tu­ry w: „Jo­ur­nal of Mo­dern Li­te­ra­tu­re” 1986, s. 37 i nast.

46 Gra­ham, s. 25, 43.

47 Hig­gin­son’s Dre­am, „Sa­tur­day Re­view” 1 X 1898; Ce­dric Watts, Cun­nin­gha­me Gra­ham. A Cri­ti­cal Bio­gra­phy, Cam­brid­ge 1979.

48 Jo­seph Con­rad, Oca­le­nie, przeł. Anie­la Za­gór­ska, w: Jo­seph Con­rad, dz.cyt., s. 228.

49 Enid Ba­gnold (1889–1981) – bry­tyj­ska pi­sar­ka, po­et­ka i sce­na­rzyst­ka.

50 „En hare” – w ję­zy­ku szwedz­kim zna­czy za­jąc, za­ję­cze ser­ce, tchórz.

51 „Mémo­ires de l’In­sti­tut na­tio­nal des scien­ces et des arts. Scien­ces ma­théma­ti­qu­es et phy­si­qu­es”, t. II, Pa­ris 1799; Geo­r­ges Cu­vier, Di­sco­urs sur les révo­lu­tions de la sur­fa­ce du glo­be (I wy­da­nie 1812), 1985; Do­rin­da Outram, Geo­r­ges Cu­vier, Man­che­ster 1984.

52 Stan­ley, 1987, s. 2 i nast.; Geo­r­ge G. Simp­son, Fos­sils and the Hi­sto­ry of Life, New York 1983, rozdz. 1 i 5.

53 Cu­vier, 1985, przed­mo­wa i po­sło­wie.

54 Wi­liam Co­le­man, Geo­r­ge Cu­vier. Zoo­lo­gist, Ha­rvard 1964, s. 143–165.

55 Hod­gen, 1964, s. 408, 418; Whi­te.

56 Bengt We­dholm (1919–1981) – zna­ny szwedz­ki ku­charz i re­stau­ra­tor.

57 Erik Nor­den­ski­öld, Bio­lo­gins hi­sto­ria, t. II, s. 45; Ho­no­ré de Bal­zac, Jasz­czur, przeł. Ta­de­usz Boy-Że­leń­ski, War­sza­wa 1996, s. 26, 27.

58 Outram.

59 Ka­rol Dar­win, Dzie­ła wy­bra­ne, t. I, Po­dróż na okrę­cie „Be­agle”, przeł. Ka­zi­mierz Szar­ski, War­sza­wa 1959, s. 98, 99.

60 W. Böl­sche, Ernst Ha­ec­kel, Le­ip­zig 1900.

61 Ka­rol Dar­win, Dzie­ła wy­bra­ne, t. II, O po­wsta­wa­niu ga­tun­ków dro­gą do­bo­ru na­tu­ral­ne­go czy­li O utrzy­ma­niu się do­sko­nal­szych ras w wal­ce o byt, przeł. Szy­mon Dick­ste­in, Jó­zef Nus­baum, War­sza­wa 1959, s. 121–122.

62 List do Ly­el­la cy­to­wa­ny za: „Jo­ur­nal of the Hi­sto­ry of Bio­lo­gy” 1977, nr 10 (19); Geo­r­ge W. Stoc­king, Race, Cul­tu­re and Evo­lu­tion. Es­says in the Hi­sto­ry of An­th­ro­po­lo­gy, New York 1968, s. 113.

63 Al­fred W. Cros­by, Eco­lo­gi­cal Im­pe­ria­lism. The Bio­lo­gi­cal Expan­sion of Eu­ro­pe 900–1900, Cam­brid­ge 1986, rozdz. 4.

64 Al­fred W. Cros­by, The Co­lum­bian Exchan­ge. Bio­lo­gi­cal and Cul­tu­ral Con­se­qu­en­ces of 1492; Wo­odrow Bo­rah, New Spa­ins Cen­tu­ry of De­pres­sion, Ber­ke­ly 1951; Rus­sel Thorn­ton, Ame­ri­can In­dian Ho­lo­caust and Su­rvi­val. A Po­pu­la­tion Hi­sto­ry Sin­ce 1492, Nor­man, 1987; Ma­gnus Mör­ner, La­ti­na­me­ri­cas Hi­sto­ria, Stoc­kholm 1969; Le­wis Han­ke, Ari­sto­tle and the Ame­ri­can In­dian. A stu­dy in Race Pre­ju­di­ce in the Mo­dern World, Lon­don 1959.

65 Ma­gnus Mör­ner (ur. 1924) – szwedz­ki hi­sto­ryk zaj­mu­ją­cy się dzie­ja­mi Szwe­cji i Ame­ry­ki Ła­ciń­skiej.

66 I. Smith, rozdz. 8.

67 Phi­lip D. Cur­tin, The Ima­ge of Afri­ca, Bri­tish Ide­as and Ac­tion 1780–1850, Wi­scon­sin 1964, s. 363, 373.

68 Ka­rol Dar­win, Dzie­ła wy­bra­ne, t. I, Po­dróż na okrę­cie „Be­agle”, dz.cyt., s. 109–110; Ja­mes R. Sco­bie, Ar­gen­ti­na. A City and a Na­tion, 1964, rozdz. 1.

69 Ja­mes Bon­wick, The Last of the Ta­sma­nians, Lon­don (I wy­da­nie 1870) 1970; Ro­bert Tra­vers, The Ta­sma­nians. The Sto­ry of Do­omed Race, Mel­bo­ur­ne 1968; Geo­r­ge W. Stoc­king, Vic­to­rian An­th­ro­po­lo­gy, 1987, s. 274 i nast.

70 „…ści­ga­ni jak dzi­kie be­stie i zgła­dze­ni”.

71 Wy­kład Pri­char­da w Edin, „New phi­lo­so­phy Jo­ur­nal” 1839, nr 28, s. 166–170.

72 D. Co­ates i in., Evi­den­ce on Abo­ri­gi­nes, Lon­don 1837.

73 Ad­rian De­smond i Ja­mes Mo­ore, Dar­win, Lon­don 1991, s. 26; Cur­tin, 1964, s. 377 i nast., s. 364: „In time, the new ra­cism was to be­co­me the most im­por­tant clu­ster of ide­as in Bri­tish im­pe­rial the­ory…”

74 Re­ade cy­to­wa­ny tak­że u Zina 1982, s. 186.

75 Tho­mas Mal­thus (1766–1834) – eko­no­mi­sta, du­chow­ny an­gli­kań­ski zaj­mu­ją­cy się ba­da­nia­mi z po­gra­ni­cza eko­no­mii i so­cjo­lo­gii. Był jed­nym z pierw­szych twór­ców ka­ta­stro­ficz­nych wi­zji roz­wo­ju ludz­ko­ści. Ukuł pra­wo, któ­re na­zwa­no Mal­thu­zjań­ską pu­łap­ką: to sy­tu­acja, w któ­rej (przy nie­zwy­kle ni­skiej wy­daj­no­ści w rol­nic­twie) aby prze­żyć więk­szość musi pra­co­wać na roli. Przy wzro­ście lud­no­ści szyb­szym niż przy­rost pro­duk­cji rol­nej po­ja­wia się głód przy­czy­nia­ją­cy się do wzro­stu śmier­tel­no­ści. Z dru­giej stro­ny – wzrost pro­duk­cji rol­nej (dzię­ki na­wo­zom sztucz­nym) po­wo­du­je po­pra­wę wy­daj­no­ści pól, a co za tym idzie szyb­ki wzrost licz­by lud­no­ści po­now­nie przy­wo­łu­ją­cy wid­mo gło­du.

76 „Jo­ur­nal of the An­th­ro­po­lo­gi­cal So­cie­ty of Lon­don” 1864, nr CLXV; Na­tu­ral se­lec­tion and tro­pi­cal na­tu­re, 1878; John C. Gren, Dar­win as a So­cial Evo­lu­tio­nist, „Jo­ur­nal of the Hi­sto­ry of Bio­lo­gy” 1997, nr 10; Ka­rol Dar­win, Dzie­ła wy­bra­ne, t. IV, O po­cho­dze­niu czło­wie­ka, przeł. Sta­ni­sław Pa­nek, pod red. Eu­ge­nii Sto­łyh­wo, War­sza­wa 1959, s. 186.

77 „Trans­ac­tions of the Eth­no­lo­gi­cal So­cie­ty of Lon­don” 1867, nr 120.

78 Gre­en, 1977.

79 Ho­wi­son i Me­ri­va­le, zob. 119.

80 J.A.S. Gre­nvil­le, Lord Sa­lis­bu­ry and Fo­re­ign Po­li­cy. The Clo­se of the Ni­ne­te­enth Cen­tu­ry, 1964, s. 165.

81 Dar­win, rozdz. 7; Wo­odruff D. Smith, Po­li­tics and the Scien­ces of Cul­tu­re in Ger­ma­ny 1840–1920, Prin­ce­ton 1991. Pra­ca ta zo­sta­ła mi udo­stęp­nio­na już po ukoń­cze­niu książ­ki.

82 Rat­zel, s. 35, 119, 121.

83 Kung­sträd­går­den – Ogro­dy Kró­lew­skie w Sztok­hol­mie, gdzie stoi po­mnik Ka­ro­la XII (1682–1718). Król Szwe­cji na po­mni­ku wska­zu­je ręką na wschód.

84 Knox, s. 149, 198.

85 Volks­dienst 1893, s. 21. „Al­l­deut­sche Blät­ter” cy­to­wa­ne za: Lan­ge, 1965.

86 Die Kämp­fe der deut­schen Trup­pen in Südwe­sta­fri­ka. Auf Grund am­tli­chen Ma­te­rials be­ar­be­itet von der kriegs­ge­schich­tli­chen Ab­te­ilung I des gros­sen Ge­ne­ral­sta­bes. Er­ster Band. Der Fel­dzug ge­gen die He­re­ros, Ber­lin 1906. Cy­tat z przed­mo­wy i ra­por­tu po­rucz­ni­ka, hr. Schwe­init­za; K. Schwa­be, Der Krieg in Deutsch-Südwe­sta­fri­ka 1904–1906, Ber­lin 1907; Wo­odruff D. Smith, The Ger­man Co­lo­nial Em­pi­re, Cha­pel Hill 1978; Bley, Hel­mut, Ko­lo­nial­her­r­schaft und so­zial­struk­tur in Deutsch-Südwe­sta­fri­ka 1894–1914, Ham­burg 1968; „Die Me­tho­den der Men­schen­be­han­dlung ha­ben auf das Mut­ter­land zu­rück­ge­wirkt”, s. 314; An­drzej J. Ka­min­ski, Kon­zen­tra­tion­sla­ger 1896 bis heu­te, Mün­chen 1990, rozdz. 2.

87 Ka­fro­wie – daw­na na­zwa lu­dów Ban­tu.

88 Lan­ge, 1965.

89 Paul Ken­ne­dy, The Rise and Fall of the Gre­at Po­wers, rozdz. 5–6.

90 Eber­hardt Jäc­kel, Hi­tlers We­ltan­schau­ung, Tübin­gen 1969; Re­in­hard Rürup, Der Krieg ge­gen die Sow­je­tu­nion 1941–1945, Ber­lin 1991; R.-D. Mül­ler, Hi­tlers Ost­krieg und die deut­sche Sie­dlung­spo­li­tik, Frank­furt/M 1991.

91 Wer­ner Joch­man (red.), Mo­no­lo­ge im Füh­rer­haup­tqu­ar­tier 1941–1944, Ham­burg 1980, s. 58; Gerd R. i in. Ueber­schär (red.), Der deut­sche Über­fall auf die Sow­je­tu­nion, Frank­furt/M 1991; Götz Aly, Su­san­ne Heim, Vor­den­ker der Ver­nich­tung, Ham­burg 1991, s. 115,123; Jäc­kel Eber­hard, Roh­wer Jür­gen (red.), Der Mord an den Ju­den im Zwe­iten We­lt­krieg, Frank­furt/M 1987, szcze­gól­nie s. 164 i nast.

92 Au­tor opie­ra się praw­do­po­dob­nie na wy­li­cze­niach do­ty­czą­cych okre­su po wrze­śniu 1939 roku, po po­dzia­le Pol­ski mię­dzy Niem­cy i Zwią­zek Ra­dziec­ki. Przed wy­bu­chem II woj­ny świa­to­wej mniej­szość ży­dow­ską sza­co­wa­no na 3 mi­lio­ny.

93 Cho­dzi o ob­sza­ry za­chod­niej Ro­sji, któ­re Hi­tler za­mie­rzał zdo­być w pierw­szej ko­lej­no­ści i na któ­rych Ży­dzi sta­no­wi­li 10 pro­cent ca­łej lud­no­ści i do 40 pro­cent miesz­kań­ców miast.

94 May­er, wstęp. La­gho­uat Za­at­cha, zob. Öken­dy­kar­na, rozdz. 3 i 5.

95 J.-F. Rol­land, Le grand ca­pi­ta­ine, Pa­ris 1976; Do­uglas Porch, The Co­nqu­est of the Sa­ha­ra, Oxford 1984; A.S. Ka­nya-Forst­ner, The Co­nqu­est of the We­stern Su­dan. A stu­dy in French Mi­li­ta­ry Im­pe­ria­lism, Cam­brid­ge 1969; M. Ma­thieu, La Mis­sion Afri­que Cen­tra­le, ma­szy­no­pis pra­cy dok­tor­skiej, Uni­ver­si­té de To­ulo­use-Mi­ra­il 1975, s. 40, 102, 151; Do­cu­ments pour se­rvir á l’hi­sto­ire de l’Afri­que Oc­ci­den­ta­le Fra­ca­ise de 1895 á 1899. Pa­ris b.r.; Ge­ne­ral Jol­land, Le dra­me de Dan­ko­ri, Pa­ris 1930; P. Vi­gné d’Octon, La glo­ire du sa­bre, Pa­ris (I wy­da­nie 1900) 1984; Dys­ku­sje na ła­mach „Cham­bre des dépu­tés”, 21 VI, 23 XI, 30 XI i 7 XII 1900.

96 Klobb, Der­nier car­net de ro­ute, Pa­ris 1904.

97 Pu­dła do­ku­men­tów obec­nie w Dépôt des ar­chi­ves d’outre mer, Aix en Pro­ven­ce. Po­nad­to: Ian Watt, Con­rad in the Ni­ne­te­enth Cen­tu­ry, Lon­don 1980; Pa­trick Bran­tlin­ger, Rule of Dark­ness, Itha­ca 1988.

Re­dak­tor se­rii: Adam Plusz­ka

Re­dak­cja: Elż­bie­ta Pta­szyń­ska-Sa­dow­ska, Adam Plusz­ka

Kon­sul­ta­cja: Elż­bie­ta Re­kłaj­tis

Ko­rek­ta: Ma­rio­la Haj­nus, Ja­dwi­ga Pil­ler

Re­dak­cja tech­nicz­na: Anna Ga­jew­ska

 

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych: Stu­dio Page Graph,

na pod­sta­wie kon­cep­cji gra­ficz­nej mamastu­dio

Ilu­stra­cja na I stro­nie okład­ki: © Bet­t­mann/COR­BIS

Fo­to­gra­fia au­to­ra: © Ulla Mon­tan

 

Wy­daw­nic­two W.A.B.

02-386 War­sza­wa, ul. Usy­pi­sko­wa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

 

Skład i ła­ma­nie: Kom­pu­te­ro­we Usłu­gi Po­li­gra­ficz­ne

Pia­secz­no, Żół­kiew­skie­go 7

 

ISBN 978-83-7747-436-5

 

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.
i Mag­da­le­na Woj­tas / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.