Wyspa - Heather Graham,Victoria Hislop

Wyspa

5,0

Beth wiele obiecuje sobie po weekendzie, na który wybiera się z bratem, bratanicą oraz jej koleżanką. Długo planowany rejs jachtem na malowniczą turystyczną wysepkę Calliope ma być okazją do dobrej zabawy i relaksu. Marzenia o wypoczynku szybko się jednak rozwiewają – podczas spaceru w głąb wyspy Beth i jej podopieczne odkrywają zagrzebaną w piasku ludzką czaszkę. Pod wpływem tego makabrycznego odkrycia Beth przypomina sobie historię o zaginionym małżeństwie, które po raz ostatni widziano u wybrzeży wyspy. Wszyscy uważają, że Beth ponosi wyobraźnia, ona zaś ma pewność, że nie ulega urojeniom. Postanawia na własną rękę rozwikłać mroczną zagadkę. Jednak dokądkolwiek pójdzie, za jej plecami jak spod ziemi wyrasta tajemniczy nieznajomy...

Dodaj komentarz


Heather Graham znów zabiera czytelnika w podróż po malowniczych krajobrazach. Dla Beth wymarzony rejs i odpoczynek szybko przeradza się w dość stresujący wypad. Na plaży bowiem odnajduje fragment ludzkich szczątków. Akcja powieści jest nieskomplikowana, a całość ukazana w prosty i przyjemny w odbiorze sposób Wątki sprawnie się splatają, fabuła trzyma się zasad logiki. Przyjemne czytadło, jako lektura po męczącym dniu.


Zaczyna się niewinnie, wręcz sielsko. Spokój burzy makabryczne znalezisko. Jednak bohaterce nikt nie wierzy (po co burzyć nastrój panujący na wyspie?). Wydarzenia jednak stają się coraz bardziej niewytłumaczalne, a tajemnica starych wraków dodatkowo „pobudza” wyobraźnię. U Graham nie obejdzie się bez wątku romansowego, więc także tutaj go znajdziemy (choć jak dla mnie był mało przekonujący). Ogólnie jedna z lepszych książek autorki.


Kolejna dobra książka Heather Graham, dzięki której możemy się odprężyć i relaksować przy czytaniu. Pomimo wymownego tytułu tylko pierwsza część książki dzieje się na wyspie. Przez resztę książki akcja przenosi się do dość burżuazyjnego kurortu nadmorskiego i to autorka przedstawia nam tajemnicę. Jak zwykle Heather Graham świetnie opisuje przepiękny krajobraz i łodzie, a bohaterowie są bardzo dobrze nakreśleni. Niestety z zakończeniem możemy mieć pewien problem. Polecam fankom tej literatury

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Heather Graham

Wyspa

Tłumaczyła
Monika Krasucka

PROLOG

– Znowu będziesz ich karmić?

Słysząc głos męża, Molly Monoco uniosła głowę znad koszyka, do którego pakowała jedzenie. Zaszyła się pod pokładem dość dawno temu, więc pewnie Ted, który robił coś na górze, domyślił się, że znów gotuje.

Molly od razu wyczuła, że mąż jest zły.

Jak zwykle z łatwością przejrzał jej plany.

Nie miała do niego żalu, że się na nią złości. Przez całe życie ciężko pracował i uczciwie zdobył pieniądze, które teraz, po jego przejściu na emeryturę, zapewniają im wygodne i dostatnie życie. Wreszcie mogą zafundować sobie przyjemności, na które wcześniej nie było czasu. Oboje pochodzili z rodzin kubańskich emigrantów, którzy przybyli do Stanów na długo przed tym, jak z wyspy zaczęli masowo uciekać zdesperowani uchodźcy. Molly, z domu Rodriguez, nosiła swoje imię od dnia narodzin, podobnie jak Ted od początku był Theodorem. Ich rodzice całe życie wierzyli w amerykańskie marzenie i przez lata konsekwentnie wpajali dzieciom szacunek do pracy, dzięki której owo marzenie miało się spełnić.

Ted zaczynał karierę jako perkusista w nocnych klubach Miami. Prócz tego pracował jako pomocnik kelnera, a potem kelner, konferansjer i tancerz. W klubach zetknął się z salsą i zakochał się w tym tańcu; i właśnie z tej miłości dotąd grał na perkusji, tańczył, obsługiwał stoliki i stał za barem, aż uzbierał pieniądze na swoją pierwszą szkołę. Z czasem stał się właścicielem kilku szkół salsy, które w końcu sprzedał za okrągłą sumę.

Praca. Ted znał się na niej jak mało kto. I nie miał ani odrobiny wyrozumiałości dla ludzi, którzy nie chcieli albo nie umieli poradzić sobie w życiu.

Molly go rozumiała.

Lecz ona również miała swoje cele i w przeciwieństwie do męża lubiła pomagać nawet tym, którzy być może na tę pomoc nie zasługiwali. Molly wolała jednak wierzyć, że przy odrobinie wsparcia zdołają wyjść na prostą.

Jak przystało na zamożnego emeryta, Ted miał kosztowne hobby – pasjonowały go nowoczesne urządzenia nawigacyjne, sonary oraz inne gadżety, w które wyposażył swoją łódź i przy których mógł siedzieć bez końca. Gdyby od godziny nie ślęczał przy jednym z komputerów, pewnie dużo wcześniej zainteresowałby się, co porabia żona!

Molly uśmiechnęła się do siebie. Ted podobał jej się nawet wtedy, gdy się na nią złościł i gderał. Dla niej wciąż był tym samym młodym chłopakiem, w którym zakochała się czterdzieści dwa lata temu. Upływający czas obszedł się z jej mężem łaskawie; Ted zdołał zachować dobrą sylwetkę i sprawność, nie przygarbił się, nie stetryczał. Wprawdzie włosy już mu posiwiały, a niegdyś gęsta czupryna mocno się przerzedziła, ale Molly to nie przeszkadzało. Choć byli ze sobą od wielu lat i mieli na koncie niejeden małżeński kryzys, wciąż kochała go tak samo gorąco; z tej miłości wybaczyła mu nawet to, że nadał ich jachtowi nazwę Emeryt! Molly miała o wiele ciekawsze propozycje, ale Ted uparł się przy emerycie.

Wiedziała, że mąż nie będzie się na nią długo gniewał. Nie był pamiętliwy. Zresztą i tak nie było dla niej żadną tajemnicą, że po cichu cieszy się, iż jego żona tak bardzo przejmuje się losem bliźnich.

– Ted, a co ja mam do roboty? – pytała go łagodnie.

– Skaranie boskie z tym twoim instynktem macierzyńskim. Ja ci radzę, kobieto, ty się lepiej opanuj – zrzędził, wymownie wznosząc oczy do nieba. – Skąd wiesz, czy to nie są jacyś kryminaliści? Tam do diabła, założę się, że to niezłe ziółka.

– Nie żadne ziółka, tylko zagubieni młodzi ludzie, do których trzeba wyciągnąć pomocną dłoń – przekonywała.

Przez całe życie działała na rzecz innych. Na początku, już jako młoda i szczęśliwa mężatka, pracowała razem z Tedem w klubach. Gdy z czasem okazało się, że nie będą mogli mieć dzieci, o których tak marzyła, zajęła się w pracą społeczną. Udzielała się w kościele, wspierała schronisko dla bezdomnych oraz liczne organizacje dobroczynne; zbierała fundusze, a gdy było trzeba, gotowała zupę w darmowych jadłodajniach. Mogła sobie na to pozwolić, Ted zarabiał niezłe pieniądze.

Czas płynął, a ona wciąż czuła się spełniona i szczęśliwa. Przy swoich sześćdziesięciu pięciu latach nadal cieszyła się dobrym zdrowiem, była sprawna i pogodna. Jej uroda nie całkiem zbladła, o czym świadczyły liczne komplementy, które bardziej cieszyły ją niż męża.

– Daj spokój, Ted. Przecież to tylko jedzenie – zawołała, próbując go udobruchać. – Zaraz i tak wypływamy w rejs, więc siłą rzeczy skończy się dokarmianie.

Ted westchnął, lecz na jego twarzy zagościł przelotny uśmiech. Podszedłszy do żony, objął ją i przytulił.

– Czym ja sobie zasłużyłem na takie szczęście? – mruknął.

– Może to przypadek?

Klepnął ją w pupę, a ona zachichotała jak nastolatka. Flirtowanie wciąż sprawiało im radość, ponieważ jednak oboje mieli już swoje lata, klaps nie stał się wstępem do miłosnej sesji w kajucie kapitana. O viagrze mogli zapomnieć. Ted miał problemy z sercem, więc nie pozwoliłaby mu łykać tych tabletek. Gdy po długich latach życia we dwoje ludzie nadal potrafią okazywać sobie czułość, naprawdę nie muszą się do niczego więcej zmuszać.

Wtulona w ramiona męża, ze zdumieniem i radością myślała o ich szczęśliwym wspólnym życiu. Jak dobrze, że wciąż mają siebie – i Emeryta. Mogli na nim płynąć, gdzie ich oczy poniosą, realizować swe marzenia, poznawać świat – a wszystko to w luksusowych warunkach.

– No dobra, kobieto! Zaraz odpływamy, więc idź i zabaw się w miłosierną damę. Niedługo stawiamy żagle.

– Zaraz wracam – obiecała i nucąc coś pod nosem, zaczęła wspinać się po drabince prowadzącej na pokład.

Gdy stanęła na rozgrzanych deskach, w pierwszej chwili ogarnęło ją zdumienie. Nie spodziewała się ujrzeć czegoś takiego. Po paru sekundach zaczęła się uśmiechać. Nagle melodia, którą nuciła, urwała się i uleciała z wiatrem.

Poruszyła ustami, lecz z jej gardła nie wydobył się żaden dźwięk.

Ted usłyszał dziwny odgłos. Zdawało mu się, że coś stuknęło o pokład.

– Molly?

Cisza.

– Molly? – zawołał nieco głośniej.

Od razu poczuł tępy ból w klatce piersiowej. Przestraszył się, że żona straciła równowagę, schodząc z jachtu do łódki, i upadła. Potłukła się, albo jeszcze gorzej. W końcu nie są już młodzi. A jeśli dostała jakiegoś ataku? Straciła przytomność i wpadła do wody?

Poderwał się z miejsca, instynktownie wyczuwając zagrożenie.

Błyskawicznie wydostał się na pokład. I zamarł.

Po głowie kołatały mu się dwie myśli.

Jak mógł być takim idiotą! I jeszcze...

Molly, och, Molly, Molly...

– Pora pogadać, Ted – oznajmił gniewny głos.

– Nie mogę wam powiedzieć tego, co chcielibyście usłyszeć.

– A ja myślę, że jednak możesz.

– Nie mogę! Klnę się na Boga, że gdybym tylko mógł, wszystko bym powiedział.

– Lepiej się skup, Ted, i zacznij główkować. Bo ja ci zaręczam, bracie, że wszystko mi wyśpiewasz. Gadaj, co znalazłeś!

ROZDZIAŁ PIERWSZY

To czaszka. Beth Anderson była tego pewna już po dwóch sekundach ostrożnego rozgarniania piasku i suchych palmowych liści.

– No i? – ponagliła ją Amber.

– Co to jest? – dopytywała się stojąca za nią Kimberly.

Zaintrygowane dziewczyny przepychały się, usiłując zajrzeć jej przez ramię. Beth zerknęła na swoją czternastoletnią bratanicę i jej przyjaciółkę. Jeszcze dwie minuty temu obmawiały koleżankę ze szkoły, która w ich zgodnej opinii była okropną jędzą.

– To straszne, jak ona traktuje tę biedną Aubrey.

– No właśnie. A ta najpierw się jej podlizuje, a potem przychodzi do nas po łaskę, bo Tammy się na nią obraziła.

– Bo my to się na nikogo nie obrażamy – zapewniały Beth. – I nie obmawiamy za plecami. Nie mówimy przecież niczego, czego nie powiedziałybyśmy Tammy prosto w oczy.

Beth bardzo je lubiła. Pochlebiało jej, że w pewnym sensie zastępuje Amber matkę, którą ta straciła, będąc niemowlęciem. Spędzała z dziewczynami sporo czasu, więc przywykła do wysłuchiwania niekończących się rozmów o tym, co właśnie jest na topie i który film warto obejrzeć. Ostatnimi czasy czołowe miejsce na liście gorących tematów zajęli chłopcy; dziewczyny mogły o nich paplać godzinami.

Teraz jednak ich trajkotanie zupełnie ucichło.

To Kimberly niechcący kopnęła jakiś dziwny przedmiot wystający z piachu, Amber zaś pierwsza przyklękła, żeby mu się przyjrzeć. To ona zawołała Beth.

– I co? – naciskała Kim. – Wykop to.

– Mmm... Nie wiem, czy powinnam – mruknęła Beth.

Czaszka nie była całkowicie oczyszczona. Tkwiła w piasku, przykryta kępami trawy, więc Beth nie mogła się dokładnie przyjrzeć, ale wydawało jej się, że widzi włosy. I resztki ciała.

Nie chciała, by dziewczyny przyglądały się temu z bliska, gdyż widok był wstrząsający nawet dla osoby dorosłej. Beth aż się wzdrygnęła; czuła się tak, jakby w żyłach zamiast krwi miała kryształki lodu. Nie ośmieliła się dotknąć szczątków; ostrożnie przykryła je suchymi liśćmi. Chciała w ten sposób zaznaczyć miejsce, by móc je odnaleźć, gdy wróci tu bez dziewczyn. Przy nich nie zamierzała niczego odgrzebywać.

Otrzepała dłonie z piasku i szybko wstała. Chciała jak najszybciej wrócić po brata, który został na plaży, by rozbić namioty. Wymyśliła sobie, że razem sprawdzą, co to jest, a potem drogą radiową wezwą policję; był to jedyny sposób łączności ze światem, gdyż komórki nie miały tu zasięgu. Nagle drgnęła, czując, jak po plecach przebiega ją zimny dreszcz. Z pamięci wypłynął fragment informacji podawanej jakiś czas temu w wiadomościach: „Małżonkowie Molly i Ted Monocowie, doświadczeni żeglarze, przepadli gdzieś bez wieści”.

Podobno po raz ostatni widziano ich w okolicach Calliope Key, czyli właśnie tu.

– Chodźcie, dziewczyny, wracamy do Bena – powiedziała, starając się nadać głosowi lekki ton.

– To czaszka, prawda? – dopytywała się Amber.

Była śliczna, wysoka i smukła. Miała duże piwne oczy i długie ciemne włosy. W dwuczęściowym kostiumie kąpielowym, o wiele bardziej nobliwym niż miniaturowe bikini, wyglądała tak, że na jej widok chłopcom śmiały się oczy. Nawet tym, którzy zdaniem Beth byli dla niej o wiele za starzy. Pod względem urody bardzo różniła się od swojej przyjaciółki Kim, która była śliczną, filigranową, błękitnooką blondynką.

Czasem opieka nad dwoma tak atrakcyjnymi i podatnymi na wpływy nastolatkami była dla Beth wyjątkowo niewdzięcznym obowiązkiem. Wprawdzie miała świadomość, że jej lęki i obawy są przesadne, jednak myśl, że dziewczyny mogłoby spotkać coś złego...

W porządku! To ona jest dorosła. I ona ustala reguły. Najwyższy czas stawić czoło sytuacji.

Problem w tym, że są na wyspie sami, bez telefonu, samochodu czy innych zdobyczy cywilizacji, nie mówiąc już o luksusach. Wprawdzie miejscowi żeglarze często tu zaglądają, jednak wyspa jest odludna i odcięta od świata.

Płynąc na silniku, w dwie, trzy godziny docierało się do Miami. Nieco krócej płynęło się do Fort Lauderdale lub wysp Bahama, oddalonych zaledwie o godzinę drogi.

Beth zaczerpnęła powietrza i zrobiła głęboki wdech i wydech. Bardzo powoli.

Niesamowite, jak szybko człowiek zmienia zdanie, pomyślała. Dopiero co cieszyła się, że wysepka jest oddalona od popularnych szlaków, że nie ma na niej budek z jedzeniem, samochodów i całego tego zgiełku, bez którego współczesny turysta nie może się obejść. Teraz zaś...

– To coś rzeczywiście przypomina ludzką czaszkę – przyznała, siląc się na uśmiech – ale wcale nie jestem pewna, czy naprawdę nią jest – skłamała. – Amber, przecież wiesz, że tata nie byłby zachwycony, gdyby coś zepsuło mu wymarzone wakacje. Mimo to...

Urwała w pół słowa. Nie słyszała odgłosu kroków ani szelestu liści, a tu nagle na polanę wszedł jakiś mężczyzna. Pojawił się u wylotu wąskiej ścieżki, która wiła się pośród palm i sosen porastających środek wyspy, łącząc go z plażą.

Właśnie wszechobecna bujna zieleń przyciąga ludzi na Calliope, Beth nie powinna więc się dziwić, że spotyka tu innego turystę. A jednak na widok nieznajomego poczuła irracjonalny lęk. Jej reakcja była naprawdę dziwna, gdyż w powierzchowności mężczyzny nie było niczego, co mogłoby wzbudzać niepokój. Nieznajomy wyglądał bowiem tak, jak każdy inny żeglarz. Może tylko był mocniej opalony niż przeciętny bywalec wyspy. Jego jasne, spłowiałe od słońca włosy kontrastowały z ogorzałą twarzą. Beth uznała, że słowo „opalenizna” nie oddaje w pełni głębokiego odcienia brązu, na jaki zabarwia się skóra prawdziwych wilków morskich.

Mężczyzna był dobrze zbudowany i sprawiał wrażenie wysportowanego. Miał na sobie sprane dżinsy z obciętymi nogawkami i specjalne buty dla windsurfingowców albo żeglarzy. Nosił je na gołe stopy, które były tak samo brązowe jak reszta ciała. Co znaczy, że rzadko wkłada buty, więc raczej nie jest mieszczuchem na urlopie, tylko prawdziwym żeglarzem, który żyje na swej łodzi i zapuszcza się na niej w rejon najodleglejszych wysp. Tacy ludzie doskonale znają się na żeglowaniu, a kiedy trzeba, śpią pod gołym niebem.

Nieznajomy skrywał oczy za ciemnymi okularami.

Nic w tym dziwnego, przyznała uczciwie. Sama ma okulary przeciwsłoneczne, dziewczyny też. Dlaczego więc akurat on wydał jej się mroczny, tajemniczy i podejrzany?

Czuła, że powinna ochłonąć i zacząć logicznie myśleć. Niewytłumaczalny lęk na pewno jest związany z tym, co się przed chwilą wydarzyło. Gdyby nie makabryczne odkrycie, którego właśnie dokonała, spotkanie z nieznajomym nie wywarłoby na niej większego wrażenia.

Niestety, widziała to, co widziała, i pewnie dlatego nie umie teraz zachować się normalnie. Nie mogła też zapomnieć o zaginionych małżonkach Monoco. Oni tu byli, powtarzała, a potem... Odpłynęli w siną dal?

Zaginięcie zgłosił ich bliski znajomy, z którym wbrew swym zwyczajom nie skontaktowali się drogą radiową. A ona znalazła czaszkę w miejscu, gdzie widziano ich po raz ostatni.

Zastygła w bezruchu i czujnie obserwowała mężczyznę.

Tymczasem w czternastoletniej głowie Amber nawet nie zakiełkowała myśl, że mogą być w niebezpieczeństwie. Jako córka zapalonego żeglarza przywykła do przypadkowych spotkań z innymi miłośnikami tego sportu i wiedziała, jak się zachować wobec nieznajomych. Była dla nich miła, co wcale nie świadczyło o jej głupocie czy naiwności. Amber potrafiła sobie radzić w życiu – w końcu chodziła do publicznej szkoły w centrum Miami, gdzie szybko nauczyła się ulicznego sprytu. Intuicyjnie wyczuwała, kiedy i wobec kogo należy być ostrożną.

Widocznie nieznajomy nie wzbudził w niej podejrzeń.

– Cześć – rzekła, uśmiechając się przyjaźnie.

– Cześć – odpowiedział.

– Cześć – dołączyła Kim.

Amber dyskretnie trąciła Beth łokciem.

– Aaa... Cześć!

– Keith Henson – przedstawił się mężczyzna. Beth nie widziała jego oczu, ale była pewna, że na nią patrzy.

Miał wyraziste rysy twarzy, mocną szczękę i ostro zarysowane kości policzkowe. Ze swoim głębokim i melodyjnym głosem śmiało mógłby czytać teksty reklam. Albo w nich występować. Kto wie, czy tego nie robi, pomyślała drwiąco.

– Ja jestem Amber Anderson – mówiła tymczasem jej bratanica – a to moja koleżanka Kim Smith i moja ciocia Beth. Niedawno przypłynęliśmy na wyspę i mamy zamiar zostać tu do niedzieli. – Widać było, że nieznajomy wywarł na niej spore wrażenie.

– To jeszcze nic pewnego – zastrzegła szybko Beth.

– No co ty?! – oburzyła się dziewczyna. – Tylko dlatego, że...

– Miło pana poznać, panie Henson. – Beth energicznie podeszła do mężczyzny. Chciała jak najszybciej oddalić się od nieszczęsnego znaleziska. – Wybrał się pan tu na wakacje? Skąd pan jest, jeśli wolno spytać?

Boże, co ja wygaduję! – pomyślała ze zgrozą. Jak można brać człowieka na spytki po paru sekundach znajomości?

– Można powiedzieć, że jestem nowy w tych stronach. Prawdę mówiąc, straszny ze mnie włóczykij. Dziś tu, jutro tam... – Z uśmiechem podał jej dłoń. Bardzo piękną, smukłą, z zadbanymi paznokciami. I odciskami, które zdradzały, że jego dłonie nie próżnują.

Gdy podawała mu rękę, przyszła jej do głowy niedorzeczna myśl; wyobraziła sobie, że mężczyzna rzuca się na nią, przewraca na ziemię i zaczyna dusić. Wizja była tak sugestywna, że Beth ledwie się powstrzymała, by nie krzyknąć do dziewczyn: „uciekajcie!”.

Keith Henson nie miał jednak żadnych wrogich zamiarów. Uścisnął jej dłoń krótko i pewnie, ale nie za mocno.

– Jesteście stąd? – zapytał, przywitawszy się z dziewczynkami.

Beth odniosła wrażenie, że ją ignoruje. Pewnie ją skreślił, uznawszy za ekscentryczkę. Czujna jak stróżujący pies, stanęła między Amber i Kim, i położyła ręce na ich ramionach.

– Jesteśmy stąd – przyznała Amber.

– No niezupełnie... – wtrąciła Kim.

– Ojej, przecież wiadomo, że tu nie mieszkamy. Ale niedaleko – uściśliła Amber.

Keith Henson uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Beth starała się uspokoić oddech; zdaje się, że oglądam za dużo kryminałów, pomyślała ze złością, świadoma, że nie istnieje żaden racjonalny powód, którym można by wytłumaczyć jej przekonanie, że ten człowiek może być niebezpieczny, więc powinna chronić dziewczynki.

Musiała jednak przyznać, że nie ma też powodu, by mu ufać.

– Będzie pan biwakował na wyspie? – zapytała.

– Jeszcze nie wiem – odparł, skinąwszy ręką w stronę morza. – Jestem tu z kolegami... Mamy zamiar ponurkować, połowić ryby. Sami jeszcze nie wiemy, czy rozbijemy obóz.

– A gdzie są ci pańscy koledzy? – dopytywała. Czuła, że zachowuje się nerwowo, i to ją dodatkowo peszyło.

– Nie ma ich. Przyszedłem tu sam.

– Dziwne, ale nie zauważyłam waszej łódki – stwierdziła. – Nie przypominam sobie, żebym widziała jakiś inny jacht.

– Może nas pani przeoczyła. Nasza łódź nazywa się Wąż morski. – Uśmiechnął się ironicznie. – Jacht należy do mojego kolegi, który ma o sobie wysokie mniemanie. Lubi myśleć, że jest bardzo odważny. A wy? Przypłynęłyście tu same?

Pytanie, które w każdej innej sytuacji byłoby zupełnie naturalne, od razu wydało się Beth podejrzane.

Od dawna zarzekała się, że zapisze się na kung-fu albo karate. Skończyło się na obietnicach.

W torebce zawsze miała gaz łzawiący. Tylko kto zabiera ze sobą torebkę na przechadzkę po bezludnej wyspie? Kostium i sandały to był cały jej strój.

– Jesteście tu same? – powtórzył Keith Henson uprzejmie.

Uprzejmie? Czy złowrogo?

– O nie! Przypłynęłyśmy z moim bratem. I tłumem ludzi – powiedziała szybko.

– Z tłumem ludzi... – zdziwiła się Amber.

Beth uszczypnęła ją w ramię.

– Auć!

– Mój brat umówił się tu ze swoimi przyjaciółmi. To zapaleni żeglarze, chłopy jak dęby. Otworzyć piwo zębami to dla nich pestka. Zna pan ten typ... – paplała Beth wesoło.

Amber i Kim patrzyły na nią jak na wariatkę.

– No jasne. Wszyscy kumple mojego taty to osiłki, które otwierają piwo zębami – burknęła Amber z przekąsem i spojrzała na nią tak, jakby chciała powiedzieć: „ciociu, odbiło ci?”.

– Poważnie? – spytała zdezorientowana Kim.

– Tak czy owak, będziemy tu ze sporą ekipą. Są wśród nas nawet policjanci – dodała Beth z naciskiem, wiedząc, że gada straszne bzdury.

Pora znikać!

– Miło było pana poznać. – Dyskretnie popchnęła dziewczyny do przodu. – Musimy wracać, bo mój brat już się pewnie niepokoi. Obiecałyśmy, że pomożemy mu urządzić obozowisko.

– Na pewno jeszcze się spotkamy – powiedziała Kim.

– Na pewno! – powtórzyła Amber.

– A więc do zobaczenia – odparł ich nowy znajomy.

Beth znowu szturchnęła dziewczyny i z uśmiechem przyklejonym do twarzy ruszyła w stronę miejsca, gdzie zeszli na ląd. I gdzie za moment spotkają Bena. Bała się myśleć, że brat mógłby gdzieś się wybrać.

– Ciociu – szepnęła Amber, łapiąc ją za rękę – co ci się stało? Strasznie dziwnie się zachowywałaś.

– Byłaś trochę niemiła – dodała nieśmiało Kim.

– Facet był sam, przylazł nie wiadomo skąd, a my parę minut wcześniej znalazłyśmy czaszkę. – Beth zerknęła za siebie. Chciała się upewnić, że mężczyzna ich nie usłyszy.

– Dopiero co mówiłaś, że wcale nie wiadomo, czy to naprawdę była czaszka – przypomniała Kim.

– Bo nie byłam pewna. Nadal nie jestem!

– Ale ten facet dopiero tu przypłynął, tak samo jak my – zauważyła Amber. – A czaszka musi już jakiś czas leżeć.

– Mordercy często wracają na miejsce zbrodni. – Beth bez zastanowienia wyrecytowała oklepaną formułkę i przyspieszyła kroku.

Amber parsknęła śmiechem.

– Dobra, ciociu. Przyznaj się, że spanikowałaś. Ale wyluzuj! Widziałaś, żeby koleś miał spluwę?

– Nawet nie miałby gdzie jej wetknąć – zachichotała Kim.

Beth musiała przyznać, że uwagi jej podopiecznych nie są pozbawione sensu.

– Faktycznie, nie widziałam u niego żadnej broni – przyznała.

– Więc dlaczego byłaś taka niemiła? – naciskała Amber.

– Sama nie wiem – syknęła. – Podejrzewam, że jak człowiek znajdzie ludzką czaszkę, zaczyna poważniej myśleć o własnym bezpieczeństwie, okej?

– Okej – odparła Amber po zastanowieniu. – Ale mnie on wyglądał na porządnego faceta.

– Bo pewnie taki jest.

Kim znów zaczęła chichotać.

– Niezły towarek – mruknęła z uznaniem.

– Co z tego, skoro dla was o wiele za stary? – skwitowała Beth. Wiedziała, że niepotrzebnie mówi do nich tak ostrym tonem.

– No to co? Brad Pitt też jest stary, ale i tak nam się podoba – oznajmiła Amber, kręcąc głową. Miała taką minę, jakby chciała powiedzieć, że dorośli czasem wygadują straszne brednie.

– Niech ci będzie – burknęła Beth pojednawczo.

Nagle za ich plecami coś głucho stuknęło. Beth aż podskoczyła; była gotowa zasłonić dziewczyny własnym ciałem.

– Ciociu, to tylko palmowy liść! – uspokoiła ją Amber.

Ze świstem wypuściła powietrze.

– Jasne – mruknęła pod nosem.

Dziewczyny wymieniły znaczące spojrzenia. Wyglądało to tak, jakby dawały sobie znak, że trzeba na nią uważać.

Jak na osobę niespełna rozumu.

– Chodźcie – ponagliła je. – Musimy znaleźć twojego tatę, Amber.

Keith patrzył, jak odchodzą, i myślał o tym, że nie spotkał równie dziwnej kobiety. Zachowywała się tak, jakby chciała coś przed nim ukryć. Jakby... miała nieczyste sumienie.

Potrząsnął głową. Nie, to niedorzeczne. Przecież miała pod opieką dwie małolaty, więc nie mogła niczego przeskrobać. Dziewczyny wydały mu się miłe i niewinne, więc wątpił, by coś knuły. Keith znał się na ludziach i polegał na swojej intuicji. A ta mówiła mu, że panienki są poza wszelkimi podejrzeniami; po prostu dwie nastolatki, wesołe i ciekawe świata, po którym spodziewają się wyłącznie dobrych rzeczy. Za to ta kobieta...

Beth Anderson. Musi być spokrewniona z jedną z dziewczyn, tą wysoką, gdyż obydwie miały wyjątkowo lśniące ciemne włosy. Bardzo piękne, gęste i lekko falujące. Oczy kobiety też były niezwykłe; tajemnicze i trochę egzotyczne, o trudnym do określenia kolorze, który zmieniał się w zależności od światła. Keith od razu zauważył jej świetną figurę i zgrabne długie nogi. I to, że jest wysportowana. Jeśli chodzi o wiek, na pewno jest przed trzydziestką. Może mieć jakieś dwadzieścia pięć, dwadzieścia osiem lat. Emanowała naturalną zmysłowością i seksapilem pozbawionym ostentacji.

Wydała mu się wyjątkowo atrakcyjna.

I lekko stuknięta. Nie. Wystraszona. To jego się tak przestraszyła? Był tu pierwszy raz w życiu, ale dołożył starań, by wyglądać jak stali bywalcy. Czemu więc wzbudził w niej lęk?

Gdyby przeczuwała, że na wyspie czyha niebezpieczeństwo, na pewno by się tu nie pchała, zwłaszcza z dwoma niepełnoletnimi panienkami. Więc...?

Coś musiało ją przestraszyć.

Może coś zobaczyła albo znalazła.

Rozejrzał się dookoła, lecz nie dostrzegł niczego, czego można by się bać. Jeśli rzeczywiście na coś się natknęły, to pewnie blisko miejsca, w którym stały, gdy je zobaczył.

Keith poczuł, jak każdy jego mięsień i nerw tężeje. Ogarnął go gniew graniczący z dziką furią. Z całej siły zacisnął zęby. Do szału doprowadzała go myśl, że świat jest, był i będzie niesprawiedliwy, a on jest wobec tego faktu bezsilny.

Właśnie gniew, który płonął w nim jak pochodnia, przygnał go na tę wyspę. Nie był to jedyny powód, lecz swoje prawdziwe motywy wolał zachować dla siebie. Powtarzał sobie, że musi myśleć o obiecanej nagrodzie. I pamiętać, że ma tylko jeden cel. Musi znaleźć to, czego szukają. W dodatku tak, by nikt niczego nie zauważył. Reszta sama się ułoży. W każdym razie taką miał nadzieję.

Usłyszał swoje imię, więc odwrócił się. Wołał go Lee, jeden z kolegów. Odetchnął głęboko. Sytuacja wymaga żelaznej samokontroli. Musi panować nad emocjami.

– Tu jestem! – odkrzyknął.

Po chwili ścieżką od strony plaży nadeszli Lee Gomez i Matt Albright.

– Co jest? – zapytał Lee. Półkrwi Ekwadorczyk, pół Amerykanin miał intensywnie niebieskie oczy, kruczoczarne włosy i smagłą karnację, której nie mogło zaszkodzić najostrzejsze słońce.

– Nic. Spotkałem jakąś kobietę i dwie dziewczyny. Są tu z bratem tej kobiety i grupą znajomych. Będą nocować na wyspie.

Matt pokręcił głową i zaklął ze złości. Jak każdy rudzielec łatwo wpadał w gniew, ale i pierwszy wyciągał rękę do zgody.

– A to jeszcze nie koniec – zżymał się. – Dwa duże jachty zakotwiczyły niedaleko naszej łajby. Widziałem parę osób w łódce. Płynęli na wyspę.

– Nic na to nie poradzisz. – Keith wzruszył obojętnie ramionami. – Ludzie przypływają tu od..., a cholera wie odkąd. Pewnie od zarania dziejów.

– A co mnie to, kurde, obchodzi! Dla nas byłoby lepiej, żeby ich tu nie było – mruczał Matt, którego byle co potrafiło wyprowadzić z równowagi.

– Stary, wyluzuj! Przecież od początku wiedzieliśmy, że będziemy pracowali na oczach innych – przypomniał mu Keith. – Zamiast się bezsensownie wkurzać, wykorzystajmy fakt, że nie jesteśmy sami. Jest weekend. Ludzie chcą się zabawić i odpocząć.

– Czyli odpada pomysł, żebyśmy przebrali się za Pigmejów i przepędzili stąd tę zgraję? – rzucił Lee.

– Za jakich znowu Pigmejów? – skrzywił się Matt.

– No wiesz, za dzikusów. Kanibali czy coś w tym stylu – ironizował Lee.

– Superpomysł! – roześmiał się Keith. – Wtedy na pewno nie wzbudzimy żadnych podejrzeń. A chociaż przyszło wam do głowy, że dopóki ludzie z tych jachtów siedzą na wyspie, mamy święty spokój, bo przynajmniej nie będą się szwendali koło raf? Najlepiej zróbmy to, co wszyscy robią w weekend. Udawajmy turystów. Poznamy się z sąsiadami, a przy okazji zorientujemy się, co wiedzą i co sądzą. – I czego się boją, dodał w myślach, lecz nie powiedział tego głośno. Podobnie jak nie podzielił się z kolegami przypuszczeniem, że oni sami mogą wydać się komuś podejrzani.

Lee wzruszył ramionami.

– Może i racja – rzekł bez przekonania.

– No dobra. W takim razie rozbijamy namioty, wyciągamy turystyczną lodówkę i udajemy paczkę imprezowych chłopaków – podchwycił ochoczo Matt. Nagle zarechotał. – W sumie to fajny pomysł. Na jednym z jachtów widziałem niezłą laskę. Ale uprzedzam, że dobrze się nie przyjrzałem, bo byli za daleko.

Żałuj, że nie widziałeś tej, która parę minut temu stała dokładnie tu, gdzie ty, pomyślał Keith. Obejrzałem ją sobie od stóp do głów, bo byłem blisko.

– Nawet gdyby ta twoja laska była piękna jak miss świata, lepiej trzymaj się od niej z daleka. Nie wolno nam z nikim się spoufalać. W każdym razie nie dziś w nocy – przypomniał Mattowi Lee.

– Spokojna głowa, bracie. Będę potulny jak baranek. Zobaczycie, jaki ze mnie rozrywkowy chłopak, który przypłynął tu, żeby się zabawić – obiecywał Matt.

– Zabawisz się później. A teraz bierz się do roboty, bo nie będę sam targał wszystkich gratów – gderał Lee. – Jak mamy się bawić w harcerzyków i rozbijać obóz, musicie mi pomóc.

– Może to i niezła myśl, żeby się tu rozlokować – zastanawiał się głośno Keith.

– Pewnie że tak. Zawsze warto przyjrzeć się z bliska ludziom, którzy się tu kręcą – poparł go Lee. – Dobra, chłopaki, ja będę właścicielem jachtu – oznajmił z chytrym uśmieszkiem.

– Hola! – Mattowi pomysł kolegi nie przypadł do gustu.

– No co? Przecież łajba musi być czyjaś. Mam rację?

– Masz. Może być twoja – zgodził się Keith.

– Ale następnym razem będzie moja – zastrzegł Matt.

– Jeśli nam się poszczęści, nie będzie następnego razu – westchnął Keith. Patrzył na swoich kompanów i czuł, jak rodzi się w nim podejrzliwość.

Lee również mu się przyglądał, lecz jego oczy miały nieodgadniony wyraz.

– Wieczny optymista, co? – mruknął.

– Po prostu znam swoją robotę – odparł Keith.

Lee wciąż mierzył go czujnym spojrzeniem, a jemu zdawało się, że trwa to wieczność.

– Mam nadzieję, że znasz – odezwał się w końcu Lee. – Mam cholerną nadzieję, że koncentrujesz się na tym, co mamy do zrobienia.

– Niedługo się o tym przekonasz – zapewnił Keith, wiedząc, że zabrzmiało to dość ponuro.

– W porządku. Chodźmy bawić się w turystów – rzucił Lee.

– Dobra. Zaraz do was dołączę.

– Tylko pamiętaj, że razem pchamy ten wózek – przypomniał mu Matt.

– Jasne.

Rzeczywiście, to był ich wspólny biznes. Tyle że ci dwaj nie mieli pojęcia, iż ktoś życzliwy przestrzegł Keitha, by cały czas miał ich na oku.

– Keith, do jasnej cholery, coś dziwnie się zachowujesz – wybuchnął Lee, mierząc go ostrym wzrokiem. – Przypomnij sobie, jak było. Koncentracja jest najważniejsza.

Ważniejsza niż ludzkie życie? – zapytał w myślach Keith.

– Zaraz do was dojdę.

– Nasz szanowny kolega kieruje się instynktem, który, jak wiadomo, nigdy go nie zawodzi. Uszanujmy to – zadrwił Matt. – Chodź, Lee, bierzmy się do roboty. A cudowny chłopiec przyjdzie za chwilę.

Keith nie zareagował na zaczepkę. Spokojnie odczekał, aż kumple ruszą w stronę północnego krańca wyspy. I dopiero gdy znikli z pola widzenia, zaczął przeszukiwać polanę.

O tak. Był skoncentrowany.

Są obrazy, które pamięta się do końca życia. Zwłoki. Martwi koledzy. Ludzie, którzy byli na progu życia, a świat stał przed nimi otworem. Młodzi. Najlepsi z najlepszych.

Znieruchomiał i zaczął nadsłuchiwać. Ktoś nadchodzi. Na wyspie robi się tłoczno. Zaklął cicho.

– Czołem! – powiedział gardłowy męski głos.

Od strony lasu szedł sześćdziesięcioletni mężczyzna, a tuż za nim podążała ładna filigranowa blondynka w towarzystwie dwóch mężczyzn.

– Czołem! – Keith uśmiechnął się na powitanie.

Faktycznie, na wyspę zwaliły się tłumy. Keith nie potrafił wytłumaczyć, skąd w nim nagła pewność, że on i jego kompani nie są jedynymi, którzy przybyli tu incognito.

Wyszły z zielonego gąszczu porastającego środek wyspy i ruszyły w stronę plaży, dziewiczej i wyjątkowo pięknej. Swego czasu na Calliope Key mieściła się mała baza marynarki wojennej i ośrodek badawczy. Dziś z opuszczonych budynków zostały ruiny dające schronienie żeglarzom, których zaskoczyła burza. Tego dnia załamanie pogody na pewno nie groziło. Na niebie nie było ani jednej chmurki, wiał lekki wiaterek, a morze było wyjątkowo spokojne.

Ben kręcił się po plaży. Bez butów, w obciętych dżinsach i ciemnych okularach wyglądał jak mężczyzna, który tak bardzo przestraszył Beth.

– Tak szybko? – zdziwił się na ich widok. – Miałyście zbadać teren i sprawdzić, czy oprócz nas jeszcze ktoś tu jest.

Beth popatrzyła na brata, który sprawnie rozbijał namioty, i pomyślała sobie, że mając trzydzieści cztery lata, jest teraz w kwiecie wieku, lecz w ogóle z tego nie korzysta. Odkąd został wdowcem, całkowicie poświęcił się wychowaniu Amber. I choć od śmierci żony minęło już wiele lat, nadal wolał spędzać wieczory w domu. Rzadko pojawiał się na imprezach w klubie żeglarskim Rock Reef, do którego należał, a w którym Beth pracowała jako szefowa PR. Zdecydowanie wolałaby, żeby brat częściej przebywał w towarzystwie kobiet, a nawet by od czasu do czasu z którąś z nich zgrzeszył. Jednak problem polegał na tym, że żadna z pięknych dam nie wytrzymywała konkurencji z Amber, która była dla Bena wszystkim.

Beth martwiła się, że brat w ogóle nie myśli o przyszłości. W głębi serca pozostawał wierny zmarłej żonie, swojej szkolnej miłości. Poza tym uważał, że musi zadbać o to, by Amber niczego nie zabrakło. Starał się więc zapewnić jej wszystko, łącznie z własnym towarzystwem, choć dorastająca córka zapewne wolała spędzać wieczory z koleżankami w centrum handlowym niż z tatą w domu. Nie znaczyło to, że Amber go nie kochała. Wręcz przeciwnie, ubóstwiała ojca, była jednak normalną nastolatką i zaczynała mieć swój własny świat.

– Zbadałyśmy teren. Bardzo dokładnie – oznajmiła Beth.

– I spotkałyśmy fajnego faceta – poinformowała ojca Amber.

– Zabójczo przystojnego – dodała Kimberly.

Beth jęknęła.

– A ten przystojniak był młody czy stary? – Ben spojrzał na nią z szelmowskim błyskiem w oku.

– A taki mniej więcej w twoim wieku. Albo w wieku cioci. Nie wiem, w każdym razie na pewno dorosły facet – plątała się Amber.

– Oho... Czy mi się zdaje, czy próbują cię swatać? – Ben puścił do niej oko.

– Oby nie!

– A co? Nie spodobał ci się? – drążył Ben.

– Nie, dlaczego? Rzeczywiście był przystojny.

– Więc...?

– Po prostu nie w moim typie.

Amber ostentacyjnie westchnęła.

– Wiecie co? Jesteście beznadziejni – orzekła.

– Przecież to obcy człowiek! A wobec obcych zawsze stosuje się zasadę ograniczonego zaufania – warknęła Beth.

Ben uniósł brwi i zerknął na nią z ukosa. Ileż to razy słyszał od niej, że powinien być bardziej cierpliwy i wyrozumiały dla Amber.

– Dziewczyny, rozstawcie grill, dobra? – poprosiła Beth.

– Ciocia zaraz powie ci o czaszce – uprzedziła Amber.

– O jakiej znowu czaszce? – Ben, który właśnie ustawiał maszt, przerwał swoje zajęcie i spojrzał na siostrę pytająco.

– Kim nadepnęła na coś i... to była chyba ludzka czaszka.

– Brałyście... to do ręki? – zaniepokoił się.

– Nie, niczego nie dotykałyśmy. Powinniśmy pójść tam razem i sprawdzić, co to jest. Jeśli się okaże, że mam rację, wezwiemy policję. Nie odgrzebywałam jej, bo nie chciałam tego robić przy dziewczynkach – wyjaśniła. Nagle spojrzała na brata z wyrazem niepewności w oczach. – Słuchaj, może nie powinniśmy ich tu zostawiać samych...

– Nie przesadzaj! Ta wyspa to raj dla żeglarzy. Od lat.

– Oj, wiem.

– Baza marynarki od dawna nie istnieje, a ludzie i tak tu przypływają. I to nie jakieś przybłędy, tylko prawdziwi żeglarze.

– Przecież wiem!

– Więc w czym widzisz problem?

Chrząknęła i spojrzała na dziewczyny, które ani myślały odejść.

– Cholera, Ben! Pamiętasz to zaginione małżeństwo? Teda i Molly Monoców?

– A co oni mają z tym wspólnego?

– Ostatnio widziano ich właśnie tutaj, na wyspie.

Ben westchnął i pokręcił głową.

– I co z tego? O ile wiem, ci ludzie mieli wspaniały jacht i zamierzali opłynąć nim świat.

– Ale przepadli jak kamień w wodę. Słyszałam, jak parę miesięcy temu mówili o tym w wiadomościach.

– Jesteś przewrażliwiona – stwierdził Ben, wyraźnie zirytowany jej uporem. – Znajomy tych ludzi zadzwonił na policję, bo się o nich zaniepokoił. A przecież oni mogą być teraz w dowolnym miejscu świata. Media z byle czego robią sensację – stwierdził z przekonaniem. Nagle podchwycił spojrzenie córki i dodał: – Nie uważacie, dziewczyny, że nasza ciocia nie powinna spotykać na plaży przystojnych brunetów?

– Ben!

– On wcale nie był brunetem, tylko blondynem – roześmiała się Amber.

– Okej, dziewczyny. Wy zostajecie tutaj i rozkładacie manatki, a ja i ciocia idziemy sprawdzić, co z tą czaszką.

– Jeszcze raz ci mówię, że nie powinniśmy zostawiać ich samych. – Beth nie dawała za wygraną.

– Ciocia strasznie się boi tego faceta – wyjaśniła Amber.

– Wcale nie!

– Już dobrze, dajcie spokój – uciął dyskusję Ben. – Niedawno widziałem tu Hanka i Amandę Masonów. Był z nimi jej ojciec i jakiś kuzyn. Na pewno nie odeszli daleko, więc dziewczyny, jakby ktoś was zaczepiał, drzyjcie się na całe gardło, dobra?

Amanda Mason. Świetnie. Tylko jej tu brakowało. W normalnej sytuacji już sama myśl, że Amanda – której Beth szczerze nie znosiła – spędza weekend na tej samej wyspie, popsułaby Beth humor. O dziwo, tym razem ucieszyła się, że Masonowie są w pobliżu.

I w razie czego usłyszą krzyk.

– Będziemy się darły jak opętane – obiecała Kim.

– Chyba że przyjdzie tu jakiś fajny chłopak i przyniesie piwo.

Ben skoczył jak oparzony i spojrzał na córkę karcącym wzrokiem.

– Co, pożartować nie można? – broniła się Amber. – Tato, wyluzuj! Ciociu, powiedz mu coś!

– Braciszku, ona się z ciebie nabija. Wyluzuj.

Ben wzniósł oczy do nieba i ruszył naprzód.

– Dlaczego ona mi to robi? – żalił się po drodze.

– Bo zachowujesz się jak paranoik i tropisz tę biedną dziewczynę jak myśliwski pies – tłumaczyła mu Beth, brnąc za nim przez zieloną gęstwinę.

– Za to ty w ogóle nie masz paranoi, tak? – odciął się.

– Ben, przysięgam, to była ludzka głowa. A wracając do naszej rozmowy, to jeśli nadal będziesz się tak zachowywał, Amber się wkurzy i da ci tak popalić, że wymiękniesz. I dopiero wtedy będziesz miał powody do zmartwienia.

– Zaczekaj, aż sama będziesz miała dzieci – rzucił ponuro, odwracając się w jej stronę. – Amber jest dla mnie wszystkim – wyznał cicho.

– Więc daj jej trochę swobody.

– Na miłość boską! Przecież ona ma dopiero czternaście lat!

– Powiedziałam: trochę. Jak jej poluzujesz smycz, sama do ciebie przyjdzie i zacznie opowiadać o swoich sprawach. Pozwól jej żyć własnym życiem.

Z powagą skinął głową.

Po chwili dotarli na polanę.

– Nie widzę żadnego faceta.

– A co? Myślałeś, że będzie tu stał i na nas czekał?

– Bardzo śmieszne! Niby gdzie jest ta czaszka?

– Tutaj. Przykryłam ją liściem palmy.

Podeszła do miejsca, w którym niedawno stała z dziewczynkami, przyklękła i ostrożnie rozgarnęła suche liście.

Nic pod nimi nie znalazła. Zupełnie nic. Na piachu nie było żadnych śladów.

– Ja... – Uniosła głowę i spojrzała bezradnie na brata, który przyglądał się jej sceptycznie. – Jasna cholera! Przecież dziewczyny też to widziały!

– Więc co się z tym stało?

– Nie mam pojęcia! – Rozejrzała się wokół. Każdy skrawek ziemi zasłany był suchymi liśćmi palm i sosnowym igliwiem.

Zaczęła szukać; zaglądała pod każdy palmowy liść i każdą suchą gałąź. I nic. Nigdzie ani śladu czegoś, co mogłoby przypominać czaszkę. Wtem...

– Aha! – zawołała i zaczęła szybko rozgarniać ściółkę; po chwili z piachu wyłoniła się wielka muszla.

– Masz swoją czaszkę! – prychnął Ben.

– Przestań! Przysięgam, że tu była. Brzydziłam się jej dotknąć i nie chciałam tego robić przy dziewczynach, bo były na niej resztki włosów i gnijącego mięsa.

– Wiesz co, Beth? Daj już spokój. Na twoim miejscu przystopowałbym z oglądaniem kryminałów. Wracam na plażę.

– Ben!

– Co znowu?

– Mówię ci, że widziałam tu czaszkę! A potem przyplątał się ten facet...

– Posłuchaj mnie, Beth. Jestem prawnikiem. Owszem, bywam przewrażliwiony, ale to tylko dlatego, że codziennie widuję typy spod ciemnej gwiazdy. Do cholery, przecież wiesz, że mam broń i umiem strzelać. Proszę cię, zastanów się nad tym, co wygadujesz. Niedawno widziałaś tu jakiegoś faceta. I ludzką czaszkę, która, o ile mamy uznać ją za czaszkę, powinna być oczyszczona do nagiej kości.

– Ale nie była – bąknęła, czując, że zbiera jej się na wymioty.

– Beth – tłumaczył cierpliwie – pomyśl, jaki może być związek między facetem, który dopiero co przypłynął na wyspę, a czaszką, co do której nie ma pewności, czy rzeczywiście tu leżała? Naprawdę nie chciałbym psuć sobie weekendu, na który tak długo czekałem, więc...

Wstała z kolan i energicznie otrzepała ręce. Bez słowa skinęła głową.

– Wiem, że to twój upragniony weekend. Wiem, że chcesz poświęcić ten czas Amber. Obiecuję, że będziemy się dobrze bawili. Masz moje słowo.

Ben ruszył ścieżką w stronę plaży.

Ona jeszcze się wahała. Czuła nadciągającą noc. I szept wiatru we włosach. Czy możliwe, że jej się przywidziało?

Nie! A niech to wszystko jasny szlag! Przecież nie jest stuknięta! Widziała ludzką czaszkę. Więc, do diabła, gdzie ona się podziała? Zrobiło jej się zimno.

Ten facet ją stąd zabrał?

Czy po to przypłynął na wyspę?

Wysoko nad jej głową, pomiędzy pióropuszami palm, rozległy się jakieś szepty.

– Ben?!

Cisza. Rozejrzała się nerwowo i ponownie zawołała:

– Ben! Zaczekaj!!!

„Mam broń i potrafię się nią posłużyć”.

Tylko czy ją ze sobą zabrał? I co zrobi, jeśli się okaże, że ten drugi też ma broń i też umie pociągnąć za spust?