Wydrążona iglica - Maurice Leblanc

Wydrążona iglica

0,0

Arsène Lupine dokonuje włamania w pałacu w Ambrumesy. Kiedy ucieka, zostaje ranny i musi zniknąć. Prowadzone przeciwko niemu śledztwo ujawnia nowe fakty. Prowadzący sprawę nadinspektor Genimard ma nowego pomocnika, który doskonale zna metody działania Lupine’a. Intryga, morderstwo, mistyfikacje i i tajemnica Francuskich królów. Co jest rzeczywiste? Co skrywa iglica pod Etretata?

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

no cover

Maurice Leblanc
Wydrążona iglica
Warszawa 2016
 
Spis treści
Rozdział I. Strzał
Rozdział II. Izydor Beautrelet, uczeń retoryki
Rozdział III. Trup
Rozdział IV. Twarzą w twarz
Rozdział V. Na tropie
Rozdział VI. Tajemnica historyczna
Rozdział VII. Traktat o iglicy
Rozdział VIII. Od Cezara do Lupina
Rozdział IX. Sezamie, otwórz się!
Rozdział X. Skarbiec królów francuskich
Rozdział I
Strzał

Rajmunda nadstawiła ucho. Dwukrotnie usłyszała szmer na tyle wyraźny, że można go było odróżnić od wszystkich przytłumionych szmerów, składających się na wielką nocną ciszę, lecz z drugiej strony tak słaby, że nie byłaby w stanie określić, czy był bliski, czy daleki, czy zrodził się wśród murów przestronnego zamku, czy w mrokach parku.

Wstała ostrożnie. Okno jej było do połowy odchylone; otworzyła je. Blask księżyca zalewał łagodny krajobraz. Na tle murów i zarośli odcinały się tragicznymi sylwetami rozrzucone ruiny starego opactwa: złamane kolumny, niepełne łuki, szczątki portyków i resztki filarów. Przewiewał lekki wietrzyk prześlizgujący się poprzez nagie i nieruchome gałęzie drzew i poruszający małe rodzące się listeczki gąszczów.

I nagle ten sam szmer... Było to z jej prawej strony poniżej piętra, na którym mieszkała, a więc w salonach, które znajdowały się w zachodnim skrzydle zamku.

Dziewczyna chociaż dzielna i silna, uczuła lęk. Ubrała się i wzięła zapałki.

– Rajmunda... Rajmunda...

Głos słaby niby tchnienie wzywał ją z sąsiedniego pokoju, którego drzwi były zamknięte. Zwróciła się tam, idąc po omacku, gdy z pokoju tego wyszła jej kuzynka Zuzanna i padła w jej ramiona.

– Rajmundo... to ty?... Czyś słyszała?...

– Tak... To ty nie śpisz?...

– Zdaje mi się, że zbudził mnie pies... już dawno... Lecz teraz nie szczeka. Która też może być godzina?

– Około czwartej.

– Słuchaj... Ktoś chodzi po salonie, na pewno!

– Niema nic niebezpiecznego, Zuzanno, tam jest twój ojciec.

– Lecz jemu grozi niebezpieczeństwo. On śpi tuż obok małego salonu.

– Jest tam także pan Daval!...

– W drugim końcu zamku... I chcesz żeby słyszał?...

Wahały się, nie wiedząc co począć. Krzyczeć? Wołać pomocy? Nie śmiały; do tego stopnia nawet szmer ich własnego głosu wydawał się im wątpliwy. Lecz nagle Zuzanna, która zbliżyła się do okna, zdławiła w sobie okrzyk.

– Patrz... jakiś człowiek blisko basenu.

Jakiś człowiek istotnie oddalał się pospiesznie. Niósł w rękach jakiś przedmiot dosyć wielkich rozmiarów, którego nie mogły rozpoznać, a który, uderzając o jego nogi, przeszkadzał mu w chodzie. Widziały, jak przechodził obok starożytnej kaplicy i zwrócił się ku drzwiczkom w murze. Musiały one być otwarte, gdyż człowiek ów zniknął w jednej chwili i nie słyszały zwykłego zgrzytu zawiasów.

– Wyszedł ze salonu – szepnęła Zuzanna.

– Nie, schody i sień byłyby go wyprowadziły bardziej na lewo... Przynajmniej...

Wtem wstrząsnęła nimi jedna i ta sama myśl. Wychyliły się obie. Pod nimi była przystawiona do fasady drabina i opierała się o pierwsze piętro, światło jakieś oświecało kamienny balkon. I jakiś drugi człowiek, również niosący coś, przemknął się przez balkon, zszedł po drabinie i uciekł tą samą drogą.

Zuzanna przerażona i bezsilna opadła na kolana i bełkotała:

– Wołajmy... wołajmy pomocy...

– Któż przyjdzie? Twój ojciec... A jeśli tam są jeszcze inni ludzie... jeśli się rzucą na niego?...

– A więc... a więc... można by uwiadomić służbę... twój dzwonek łączy się z ich piętrem.

– Tak... tak... może być, że to dobra myśl... Byle tylko przyszli na czas!

Rajmunda poszukała koło swego łóżka elektrycznego dzwonka i nacisnęła go palcem. Odezwał się dźwięk i obie odniosły wrażenie, że na dole chyba musieli usłyszeć ten wyraźny głos.

Czekały. Milczenie stawało się przerażające i nawet wietrzyk nie poruszał już listków drzew.

– Ja się boję... ja się boję... – powtarzała Zuzanna.

I nagle wśród nocy głębokiej popod nimi rozległ się hałas walki, łoskot przewracanych mebli, dźwięk słów, wykrzykników, a potem straszny, posępny, ochrypły jęk, charczenie zdławionej ludzkiej istoty...

Rajmunda rzuciła się ku drzwiom, Zuzanna uchwyciła się rozpaczliwie jej ramienia.

– Nie... nie... nie opuszczaj mnie... ja się boję...

Rajmunda odepchnęła ją i poskoczyła na korytarz. Tuż za nią postępowała Zuzanna, zataczając się i wydając okrzyki trwogi. Rajmunda dopadła schodów, zbiegła po stopniach, rzuciła się ku drzwiom wielkiego salonu i stanęła jak wryta u progu, podczas gdy Zuzanna przykucnęła u jej boku. Naprzeciw nich, o trzy kroki, stał jakiś mężczyzna, trzymający w ręku latarnię. Jednym ruchem skierował ją na dziewczęta, oślepiając je światłem, przyglądał się długo ich bladym obliczom, a potem zupełnie powoli wziął swoją czapkę, podniósł kawałek papieru i dwa źdźbła słomy, wytarł ślady na dywanie, zbliżył się do balkonu, odwrócił się ku dziewczętom, skłonił się im głęboko i zniknął. Zuzanna pobiegła pierwsza do małego buduaru, który oddzielał wielki salon od pokoju jej ojca. Lecz u wstępu przeraził ją okropny widok. W ukośnym świetle księżyca widać było na ziemi dwa martwe ciała leżące obok siebie. Rzuciła się na jedno z nich.

– Ojcze!... ojcze!... to ty?... co ci to?... – krzyczała szalona.

Po chwili hrabia de Gesvres poruszył się. Cichym głosem rzekł:

– Nie bój się to nic... nie jestem raniony... A Daval? Czy żyje? A nóż?... nóż?...

W tej chwili weszli dwaj służący ze świecami. Rajmunda rzuciła się na ziemię przed drugim ciałem i poznała Jana Davala, sekretarza i powiernika hrabiego. Był już trupio blady.

Wówczas wstała, wróciła do salonu, spośród broni wiszącej na ścianie wzięła nabitą strzelbę i wyszła na balkon. Nie minęło z pewnością więcej niż piętnaście do szesnastu sekund od chwili, w której owo indywiduum stanęło na pierwszym szczeblu drabiny. Zatem człowiek ów nie mógł być daleko, tym bardziej że z pewnością był na tyle ostrożny, ażeby usunąć drabinę i uczynić ją bezużyteczną. I istotnie spostrzegła go zaraz, jak szedł wzdłuż szczątków starego klasztoru. Złożyła się, wymierzyła spokojnie i strzeliła. Mężczyzna upadł.

– Udało się! udało się! – zawołał jeden ze służby, tego się złapie. Lecę tam.

– Nie, Wiktorze, on wstaje, zejdźcie po drabinie i idźcie wprost ku małej furtce.

Wiktor pospieszył, lecz zanim jeszcze znalazł się w parku, człowiek ów upadł ponownie, Rajmunda zawołała drugiego służącego.

– Albercie, czy widzicie go tam na dole? Blisko wielkiej arkady?...

– Tak, czołga się w trawie... o, on już gotów...

– Proszę stąd uważać.

– Niemożliwe, żeby uciekł. Z prawej strony ruin odkryta murawa...

– A Wiktor strzeże furtki z lewej – rzekła, biorąc ponownie swą strzelbę.

– Ale panienka tam nie pójdzie?

– Owszem, owszem – odparła stanowczo z energicznymi ruchami, proszę mnie nie wstrzymywać, mam jeszcze jeden nabój... jeśli się ruszy...

Wyszła. Za chwilę Albert zobaczył, jak się skierowała ku ruinom. Zawołał do niej z okna:

– Zawlókł się za arkadę. Nie widzę go już... Ostrożnie, panienko...

Rajmunda obeszła stary klasztor, żeby odciąć owemu człowiekowi wszelki odwrót i wkrótce Albert stracił ją z oczu. Po kilku minutach, nie widząc jej wcale, zaniepokoił się i bacznie strzegąc ruin, zamiast zejść po schodach, starał się dostać na drabinę. Kiedy mu się to udało, zszedł szybko i pobiegł wprost ku arkadzie, około której ukazał mu się mężczyzna po raz ostatni. O trzydzieści kroków dalej znalazł Rajmundę, która w towarzystwie Wiktora szukała rannego.

– I cóż? – rzekł.

– Nie można go przyłapać – odpowiedział Wiktor.

– A furtka?

– Wracam od niej... oto klucz.

– Mimo to trzeba dobrze...

– O, on już na pewno nie umknie... Za dziesięć minut złapiemy tego zbója!

Dzierżawca i jego syn, obudzeni wystrzałem, przybyli z folwarku, którego budynki wznosiły się dosyć daleko na prawo, lecz w obrębie murów nie spotkali nikogo.

– Dalibóg – rzekł Albert, ten łotr nie mógł opuścić ruin. Znajdziemy go na dnie jakiej jamy.

Zorganizowali systematyczną nagonkę, przetrząsnęli każdy krzak, odchylali ciężkie sploty bluszczu wijącego się dookoła trzonów kolumn. Upewnili się, że kaplica była dobrze zamknięta i że żadne z okien nie było rozbite. Okrążyli klasztor, przeszukali wszystkie kąty i zakątki. Lecz wszelkie poszukiwania były daremne.

Jedno jedyne odkrycie: na samym miejscu, gdzie ów mężczyzna upadł, znaleziono czapkę szofera, z czerwonawożółtej bardzo cienkiej skórki. Poza tym nic.

O godzinie szóstej rano uwiadomiono żandarmerię z Ouville-la-Rivière, która udała się na miejsce, po wysłaniu ekspresem do prokuratury w Dieppe krótkiej notatki donoszącej o okolicznościach zbrodni, o mającym lada chwila nastąpić przychwyceniu głównego winowajcy, o odnalezieniu jego nakrycia głowy i sztyletu, którym dokonał swej zbrodni.

O godzinie dziesiątej dwa powozy najemne zjeżdżały z łagodnego stoku spadającego ku zamkowi. Jeden, szanowna karoca, mieścił w sobie zastępcę prokuratora, sędziego śledczego i jego pisarza. W drugim, skromnym kabriolecie, siedzieli dwaj młodzi reporterzy reprezentujący Journal de Rouen i pewien wielki dziennik paryski.

Stary zamek ukazał się oczom przyjeżdżających. Niegdyś siedziba opatów z Ambrumésy, zniszczony przez rewolucję, odrestaurowany przez hrabiego des Gesvres, do którego należy od dwudziestu lat, obejmuje on kompleks główny, nad którym wznosi się wieżyczka zegarowa i dwa skrzydła, z których każde jest ujęte w taras z kamienną balustradą. Ponad mur parku i płaskowyż, który podtrzymują wysokie falezy normandzkie, widać pomiędzy wsiami Sainte-Marguerite i Varengeville błękitny pas morza.

W zamku tym żył hrabia de Gesvres wraz ze swą córką Zuzanną, ładną i wątłą istotą z jasnymi włosami, i siostrzenicą Rajmundą de Saint-Véran, którą przygarnął do siebie przed dwoma laty, kiedy nagła śmierć ojca jej i matki uczyniła ją sierotą. Życie w zamku było spokojne i regularne. Od czasu do czasu przybywało tam kilku sąsiadów. W lecie hrabia woził obie dziewczyny prawie co dzień do Dieppe. On sam był mężczyzną wysokim, pięknego poważnego kształtu o szpakowatych włosach. Bardzo bogaty, sam zarządzał swym majątkiem i czuwał nad swymi rozległymi dobrami przy pomocy swego sekretarza Jana Davala.

Na wstępie sędzia śledczy przyjął do wiadomości pierwsze konstatacje wachmistrza żandarmerii Quevillona. Schwytanie winowajcy, ustawicznie zresztą mające nastąpić tuż-tuż, nie zostało jeszcze dotąd uskutecznione, lecz obsadzono wszystkie wyjścia parku. Ucieczka była niemożliwa.

Mała grupka przeszła następnie salę kapitularną i refektarz i weszła na pierwsze piętro. Natychmiast zauważono doskonały porządek w salonie. Ni jeden mebel, ni jeden drobiazg nie zdawał się zajmować innego miejsca niż zwyczajne i żaden z tych mebli nie był wypróżniony. Z prawej i lewej strony wisiały wspaniałe gobeliny flamandzkie z figurami. W głębi, na ścianach, cztery piękne płótna w stylowych ramach przedstawiały sceny z mitologii. Były to sławne obrazy Rubensa zapisane hrabiemu de Gesvres, podobnie jak gobeliny flamandzkie, przez jego wuja, Markiza Bobadillę, granda hiszpańskiego.

Pan Fileul zauważył:

– Jeśli kradzież była motywem zbrodni, to w każdym razie ten salon nie był jej przedmiotem.

– Któż to wie? – rzekł zastępca prokuratora, który mówił mało, lecz zawsze wbrew opinii sędziego.

– Bo widzi pan, mój drogi panie, pierwszym staraniem włamywacza byłoby ukraść te gobeliny i te obrazy, których sława jest powszechna.

– Może na to brakło mu czasu.

– O tym właśnie się dowiemy.

W tej chwili wszedł hrabia de Gesvres, a za nim lekarz. Hrabia, który zdawał się zupełnie nie odczuwać niedawnego napadu, powitał uprzejmie obu urzędników. Potem otworzył drzwi do buduaru.

Pokój, do którego nikt nie wszedł od chwili zbrodni, prócz lekarza, znajdował się w przeciwieństwie do salonu w największym nieładzie. Dwa krzesła były przewrócone, jeden ze stołów połamany, a wiele innych przedmiotów, jak zegarek podróżny, teczka, pudełko z papierem listowym, leżało na ziemi. Na niektórych rozrzuconych białych kartkach była krew.

Lekarz zdjął sukno, które pokrywało trupa. Jan Daval, odziany w swe zwyczajne ubranie welwetowe i obuty w podkute buciki, leżał rozciągnięty na grzbiecie, z jednym ramieniem zagiętym pod siebie. Zdjęto z niego kołnierzyk, rozwarto koszulę i oto ukazała się szeroka rana, która przenikała jego pierś.

– Śmierć musiała być natychmiastowa – oświadczył lekarz... pchnięcie nożem wystarczyło.

– To jest niewątpliwie – rzekł sędzia śledczy – nóż, który spostrzegłem na kominku w salonie obok skórzanej czapki?

– Tak – potwierdził hrabia de Gesvres, nóż znaleziono tu właśnie. Pochodzi on ze zbioru broni w salonie, skąd moja siostrzenica, panna de Saint-Véran, porwała strzelbę. Zaś co do czapki szofera, należy ona najwidoczniej do mordercy.

Pan Fileul zbadał jeszcze pewne szczegóły pokoju, zwrócił się z kilku pytaniami do lekarza, a potem poprosił pana de Gesvres, żeby mu opowiedział to, co widział i co wiedział.

Oto co powiedział hrabia:

– To Jan Daval mnie zbudził. W ogóle spałem źle, z przebłyskami świadomości, w których zdawało mi się, że słyszę jakieś kroki, gdy wtem, otwierając oczy, spostrzegłem go u stóp swego łóżka, ze świecą w ręku, zupełnie ubranego... jak jest teraz właśnie, gdyż pracował często do bardzo późna w nocy. Zdawał się bardzo wzburzony i rzekł do mnie po cichu: W salonie są jacyś ludzie. Istotnie usłyszałem hałas. Wstałem i lekko uchyliłem drzwi do tego buduaru. W tejże samej chwili potrącono drzwi, które wiodą do wielkiego salonu i zjawił się jakiś mężczyzna, który rzucił się na mnie i ogłuszył mnie uderzeniem pięści w skroń. Opowiadam to panu bez szczegółów, panie sędzio śledczy, z tej prostej przyczyny, że przypominam sobie jedynie fakty zasadnicze i że te fakty następowały po sobie z błyskawiczną szybkością.

– A potem?

– A potem, nie wiem nic więcej... zemdlałem... Kiedym wrócił do przytomności, Daval leżał obok mnie śmiertelnie raniony.

– Na pierwszy rzut oka nie podejrzewa pan nikogo?

– Nikogo.

– Nie ma pan żadnego wroga?

– Nie wiem o żadnym.

– A pan Daval czy miał wrogów?

– Daval wrogów? Toż to było najlepsze stworzenie pod słońcem. Od dwudziesta lat, jak Daval był moim sekretarzem i, mogę to powiedzieć, powiernikiem, widziałem wokoło niego tylko sympatię i przyjaźń.

– A mimo to miało miejsce włamanie, miał miejsce mord, do tego trzeba jakiegoś powodu.

– Powód? ależ nim była po prostu i jedynie kradzież.

– Kradzież? Więc ukradziono panu co?

– Nic.

– Zatem?

– Zatem, jeżeli nic nie ukradziono i jeżeli mi nic nie brakuje, to przynajmniej musiano unieść cośkolwiek.

– Cóż takiego?

– Nie wiem. Lecz moja córka i moja siostrzenica powiedzą panu, z wszelką pewnością, że widziały, jak dwaj mężczyźni przechodzili jeden po drugim przez park i nieśli dosyć wielkie ciężary.

– Te panienki...

– Czyżby te panienki śniły? Byłbym skłonny uwierzyć w to, gdyż od dziś rana gubię się w dociekaniach i przypuszczeniach. Zresztą będzie najlepiej zapytać je.

Zawezwano obie kuzynki do wielkiego salonu. Zuzanna, jeszcze cała blada i drżąca, zaledwie mogła mówić. Rajmunda, energiczniejsza i bardziej męska, a zarazem piękniejsza z pozłocistym blaskiem swych czarnych oczu, opowiedziała wypadki nocy i swój w nich udział.

– Zatem zeznania są kategoryczne?

– Stanowczo. Dwaj mężczyźni, którzy przechodzili przez park, nieśli jakieś przedmioty.

– A trzeci?

– Wyszedł stąd z próżnymi rękoma.

– Czy mogłaby go nam pani opisać?

– Niestety nie omieszkał oślepić nas blaskiem swej latarni. Powiedziałabym że jest raczej wielki i ociężały...

– Czy pani wydał się taki sam? – zapytał sędzia Zuzannę de Gesvres.

– Tak... a raczej nie... – rzekła Zuzanna, zastanawiając się – Ja widziałam człowieka średniego i szczupłego.

Pan Fileul uśmiechnął się, przywykły do sprzeczności w zeznaniach świadków tego samego wypadku.

– Zatem znajdujemy się teraz z jednej strony wobec indywiduum ze salonu, które jest równocześnie wielkie i małe, grube i szczupłe – a z drugiej wobec dwu indywiduów z parku, które oskarża się o skradzenie z tego salonu przedmiotów... znajdujących się w nim jeszcze.

Pan Fileul należał, jak sam powiadał, do szkoły sędziów ironistów. Był to również sędzia, który wcale nie nienawidził galerii ni sposobności pokazania publiczności swej umiejętności, o czym świadczyła wzrastająca liczba osób tłoczących się w salonie. Do dziennikarzy przyłączyli się dzierżawca i jego syn, ogrodnik i jego żona, potem służba zamkowa i wreszcie dwaj woźnice, którzy przyjechali z powozami z Dieppe.

Pan Fileul mówił w dalszym ciągu:

– Chodziłoby także o to, żeby się pogodzić co do sposobu, w jaki zniknął ten trzeci osobnik. Pani strzeliła z tej strzelby i z tego okna?

– Tak, ów człowiek dotarł do głazu grobowcowego, prawie zupełnie ukrytego pod cierniami, z lewej strony klasztoru.

– Lecz podniósł się?

– Tylko w połowie. Wiktor poszedł natychmiast, żeby pilnować furtki, a ja poszłam za nim, zostawiając tutaj na straży naszego służącego, Alberta.

Następnie z kolei złożył zeznania Albert i sędzia wywnioskował:

– Otóż, według was, ranny nie mógł uciec ni w lewo, gdyż wasz towarzysz strzegł furtki, ni w prawo, gdyż bylibyście go spostrzegli na murawie. Tedy, według logiki, znajduje się on w tej chwili na przestrzeni względnie określonej, którą mamy przed swymi oczyma.

– Takie jest moje przekonanie.

– Czy i pani także?

– Tak.

– Jest to również moje przekonanie – rzekł Wiktor.

Zastępca prokuratora zawołał tonem szyderczym:

– Pole badań jest proste; nie ma co, jak tylko prowadzić dalej poszukiwania, zaczęte od czwartej godziny.

– Może będziemy mieli więcej szczęścia.

Pan Fileul wziął z kominka czapkę skórzaną, oglądnął ją i wezwawszy wachmistrza żandarmerii, powiedział mu na osobności:

– Panie wachmistrzu, proszę posłać natychmiast człowieka do Dieppe, do kapelusznika Maigreta, rue de la Barre, i niech nam pan Maigret powie, jeśli to możliwe, komu sprzedano tę czapkę.

Pole badań, wedle określenia zastępcy prokuratora, ograniczało się do przestrzeni, mieszczącej się między zamkiem, murawą z prawej strony, kątem utworzonym przez mur z lewej i murem leżącym naprzeciw zamku, po prostu czworobok, o boku mniej więcej stu metrów, na którym wznosiły się tu i ówdzie ruiny Ambrumésy, klasztoru tak sławnego w wiekach średnich.

Zaraz w pomierzwionej trawie znaleziono ślad po uciekającym. Zauważono w dwu miejscach ślady krwi sczerniałej, prawie zaschłej. Za skrętem łuku, który oznaczał kraniec klasztoru, nie było nic więcej, gdyż natura ziemi pokrytej igliwiem sosnowym nie nadawała się już do odcisków ciała. Lecz w takim razie jakże ranny mógł ujść wzroku młodej dziewczyny, Wiktora i Alberta? Kilka zarośli, które do cna przetrząsnęła służba i żandarmi, kilka płyt nagrobkowych, przy których szukano, to było wszystko.

Sędzia śledczy kazał ogrodnikowi, który miał klucz, otworzyć kaplicę, prawdziwy klejnot rzeźby, relikwiarz kamienny, który uszanowały czasy i rewolucje i który uchodził zawsze wraz z cyzelowaniami swego portyku i drobnym narodkiem swych statuetek za jeden z cudów stylu gotyckiego normandzkiego. Kaplica, wewnątrz bardzo prosta, bez innej ozdoby prócz marmurowego ołtarza, nie użyczyła żadnej kryjówki. Zresztą nie można było dostać się do niej. Jakimże sposobem?

Badanie skończyło się na furtce służącej jako wejście dla zwiedzaczy ruin. Wychodziła ona na drogę ściśniętą między murem a przyciętym szpalerem, gdzie widać było opuszczone kamieniołomy. Pan Fileul schylił się; pył drogi wskazywał ślady pneumatyków zabezpieczonych od ślizgania się. Istotnie Rajmundzie i Wiktorowi zdawało się po strzale, że słyszą hałas automobilu.

Sędzia śledczy zauważył:

– Ranny musiał dopaść swych wspólników.

– To niemożliwe! – zawołał Wiktor. Byłem tam wówczas, gdy panienka i Albert widzieli go jeszcze.

– Ależ w końcu on musi gdzieś być! Zewnątrz czy wewnątrz, nie mamy wyboru.

– On jest tu – twierdził uparcie służący.

Sędzia wzruszył ramionami i odwrócił się od nich ku zamkowi dosyć markotny. Sprawa zapowiadała się stanowczo niedobrze. Kradzież, w której nic nie ukradziono, więzień niewidzialny, nie było czego się chwycić.

Było już późno. Pan de Gesvres zaprosił urzędników, jak również obu dziennikarzy, na śniadanie. Jedzono w milczeniu, potem pan Fileul wrócił do salonu, gdzie wypytywał służbę, Lecz wtem ozwał się od strony dziedzińca tętent konia i w chwilę potem wszedł żandarm, którego posłano do Dieppe:

– No i cóż, widzieliście kapelusznika? – zawołał sędzia z niecierpliwością, czekając pierwszej wiadomości.

– Widziałem pana Maigreta. Tę czapkę sprzedano jakiemuś woźnicy.

– Woźnicy!

– Tak, woźnicy, który zatrzymał się przed magazynem ze swym powozem i zapytał, czy nie mógłby dostać dla jednego ze swych klientów żółtej czapki szofera. Była tylko ta. Zapłacił, nie oglądając wcale towaru, i odjechał. Bardzo się spieszył.

– Jakiego rodzaju powóz!

– Karoca.

– A w który dzień to było?

– W który dzień? Ależ dziś rano o godzinie ósmej.

– Dziś rano? Cóż mi to bajacie?

– Czapkę kupiono dziś rano.

– Ależ to niemożliwe, bo przecie znaleziono ją tej nocy w parku. Na to musiała ona tam być; a dalej: musiała być kupiona przedtem.

– Dziś rano. Tak mi powiedział kapelusznik.

Nastąpiła chwila oszołomienia. Sędzia śledczy, ogłupiały, usiłował zrozumieć to wszystko. Nagle podskoczył rażony błyskiem jasnej myśli.

– Przyprowadzić tu woźnicę, który nas przywiózł dziś rano, tego od karocy! Przyprowadzić go zaraz!

Wachmistrz żandarmerii i jego podwładny pobiegli pospiesznie ku stajniom. Po kilku minutach wachmistrz wrócił sam.

– Woźnica?

– Kazał sobie dać jeść w kuchni, zjadł śniadanie i potem...

– I potem?

– Umknął.

– Ze swym wozem?

– Nie. Pod pozorem, że chce odwiedzić jednego ze swych krewnych w Ouville, pożyczył rower od stajennego. Oto jego kapelusz i jego płaszcz.

– Lecz nie pojechał z odkrytą głową?

– Wyjął z kieszeni swej czapkę i okrył nią głowę.

– Czapkę?

– Tak, zdaje się z żółtej skóry.

– Z żółtej skóry? – ależ nie, bo przecie ona jest tutaj.

– Istotnie, panie sędzio śledczy, lecz jego jest podobna.

Zastępca prokuratora zachichotał ironicznie.

– To ogromnie śmieszne! Ogromnie zabawne! Istnieją dwie czapki... Jedna, która była prawdziwa i która stanowiła nasz jedyny dowód, odjechała na głowie pseudo-woźnicy! A drugą, która jest fałszywa, pan ma w ręku. Ach, ten zuch dobrze z nas zadrwił.

– Chwytajcie go! Sprowadźcie go! – wołał pan Fileul. – Panie wachmistrzu Quevillon, dwu pańskich ludzi na koń i w cwał!

– On już teraz daleko – rzekł zastępca prokuratora.

– Niech będzie daleko jak chce, trzeba go ścigać.

– Myślę, lecz zarazem sądzę, panie sędzio śledczy, że nasze wysiłki powinny przede wszystkim skupić się tutaj. Proszę przeczytać papier, który właśnie znalazłem w kieszeni płaszcza.

– Jakiego płaszcza?

– Płaszcza woźnicy.

I zastępca prokuratora podał panu Fileulowi złożony we czworo papier, na którym widniało tych kilka słów napisanych ołówkiem, pismem dosyć pospolitym:

 

Biada panience, jeśli zabiła pryncypała.

 

Wywołało to pewne poruszenie.

– Mądrej głowie dość pałką... Ostrzegają nas – mruknął zastępca prokuratora.

– Panie hrabio – podjął tok rozmowy sędzia śledczy – błagam, niech się pan nie niepokoi. A pani również. Groźba ta nie ma żadnego znaczenia, gdyż organa sprawiedliwości są na miejscu. Zostaną zarządzone wszelkie środki ostrożności. Odpowiadam za bezpieczeństwo państwa. Zaś co do panów – dodał, zwracając się ku obu reporterom – liczę na dyskrecję panów. Jedynie dzięki przesadnej uprzejmości z mej strony byliście panowie świadkami tego śledztwa i źle byście mi się panowie wypłacili...

Tu przerwał, jak gdyby go uderzyła jakaś myśl, obejrzał obu młodych ludzi po kolei i, zbliżając się do jednego z nich, zapytał:

– W jakim dzienniku pan pracuje?

– W Journal de Rouen.

– Czy ma pan legitymację?

– Oto jest.

Dokument był w porządku. Nie było co mówić. Pan Fileul zapytał drugiego reportera:

– A pan?

– Ja?

– Tak, pytam pana, do jakiej pan należy redakcji.

– Mój Boże, panie sędzio śledczy, ja pisuję we wielu dziennikach... po trosze wszędzie...

– Pańska legitymacja?

– Nie mam żadnej.

– Aj, i jakże to?...

– Żeby dziennik wydał legitymację, na to trzeba pisać w nim stale.

– A więc?

– A więc ja jestem jedynie współpracownikiem okolicznościowym. Posyłam na prawo i na lewo artykuły, które mi drukują... lub odrzucają, zależnie od okoliczności.

– A w takim razie pańskie nazwisko? Pańskie papiery?

– Moje nazwisko nic panu nie powie. A co do papierów, nie mam ich wcale.

– Nie ma pan żadnego świstka, który by potwierdzał pański zawód?

– Nie mam żadnego zawodu.

– Ależ w końcu, mój panie – zawołał sędzia z pewną brutalnością – przecie pan nie ma zamiaru zachować swego incognito, skoro się pan tu wślizgnął podstępem i podchwycił tajemnice sprawiedliwości!

– Pan będzie łaskaw zauważyć, panie sędzio śledczy, że mnie pan o nic nie pytał, kiedy przybyłem, i, że wobec tego nie miałem co mówić. Zresztą śledztwo pańskie nie wydaje mi się wcale tajne, skoro wszyscy byli przy nim... nawet jeden z winnych.

Mówił łagodnie, tonem nieskończonej grzeczności. Był to zupełnie młody człowiek, bardzo wysoki i bardzo szczupły, odziany bez najmniejszej kokieterii w spodnie za krótkie i surdut zbyt sztywny. Był różowy jak dziewczyna, miał czoło szerokie, przesłonięte wiechą włosów, i jasną brodę, nierówną i źle przyciętą. W jego żywych oczach jaśniała inteligencja. Nie zdawał się wcale zakłopotany i uśmiechał się uśmiechem sympatycznym, w którym nie było żadnego śladu ironii.

Pan Fileul oglądał go z wzrastającą nieufnością. Dwaj żandarmi postąpili naprzód. Młodzieniec zawołał wesoło:

– Panie sędzio śledczy, najwidoczniej podejrzewa mnie pan, że należę do liczby winowajców. Lecz gdyby tak było, czyżbym nie był wymknął się w stosownej chwili za przykładem swego rzekomego towarzysza?

– Mógłby pan spodziewać się...

– Wszelka nadzieja byłaby tu głupia. Proszę się zastanowić, panie sędzio śledczy, a zgodzi się pan ze mną, że wedle praw dobrej logiki...

Pan Fileul spojrzał wprost w jego oczy i rzekł oschle.

– Dosyć tej zabawy! Pańskie nazwisko?

– Izydor Beautrelet.

– Pański zawód.

– Uczeń retoryki w liceum Jansona de Sailly.

Pan Fileul wytrzeszczył zdumione oczy.

– Co mi pan tu plecie? Uczeń retoryki...

– W liceum Jansona, rue de la Pompe numer...

– Ejże! – zawołał pan Fileul, pan kpi ze mnie! Lecz niechże się ta zabawa skończy?

– Wyznaję panu, panie sędzio śledczy, że pańskie zdumienie mnie dziwi. Cóż sprzeciwia się temu, żebym był uczniem retoryki w liceum Jansona? Może moja broda? Proszę się uspokoić, moja broda jest fałszywa.

Izydor Beautrelet oderwał kilka kosmyków swej brody i twarz jego okazała się jeszcze bardziej chłopięca i bardziej różowa, prawdziwa twarz uczniaka.

Dziecięcy uśmiech odsłonił jego białe zęby, kiedy mówił:

– Cóż, jest pan teraz przekonany? Czy trzeba panu jeszcze dowodów? Proszę, niech pan czyta na tych listach mojego ojca adres: Pan Izydor Beautrelet, wychowanek liceum Jansona de Sailly.

Przekonany czy nie, pan Fileul miał minę, jakby mu ta historia nie przypadała do smaku. Zapytał szorstkim tonem:

– Co pan tu robi?

– No... uczę się.

– Na to są licea... pańskie...

– Zapomina pan, panie sędzio śledczy, że dziś 23 kwietnia i że jesteśmy w środku ferii wielkanocnych.

– Więc?

– Więc mam pełną wolność używać swych ferii, jak mi się podoba.

– A pański ojciec?...

– Ojciec mój mieszka daleko, w głębi Sabaudii i to on mi doradził małą wycieczkę po wybrzeżach La Manche.

– Z fałszywą brodą?

– O! to nie. To mój pomysł. W liceum mówimy wiele o tajemniczych przygodach, czytujemy powieści policyjne, w których się ludzie przebierają. Wyobrażamy sobie tłok spraw poplątanych strasznych Otóż chciałem się zabawić i przylepiłem sobie tę fałszywą brodę. Poza tym miałem to szczęście, że mnie brano na serio i udawałem reportera paryskiego. W ten to sposób wczoraj wieczorem po małoznacznym tygodniu przeszło, miałem przyjemność poznać swego współtowarzysza z Rouen, który dziś rano, dowiedziawszy się o wypadku w Ambrumésy, zaproponował mi bardzo uprzejmie, żebym mu towarzyszył i wynajął z nim powóz na spółkę.

Izydor Beautrelet mówił to wszystko ze swobodną, trochę naiwną prostotą, której wdzięku nie odczuwać było rzeczą niemożliwą. Sam pan Fileul, cały trzymający się w nieufnej rezerwie, słuchał go z przyjemnością. Zapytał go mniej opryskliwie:

– I jest pan zadowolony ze swej wycieczki?

– Zachwycony! Tym bardziej, że nigdy nie byłem obecny przy sprawie tego rodzaju i że ta jest wcale zajmująca.

– I nie brak jej tych tajemniczych komplikacji, które pana tak bardzo brały.

– I które są tak roznamiętniające, panie sędzio śledczy! Nie znam silniejszego wzruszenia niż widzieć wszystkie fakty wychodzące z mroku, żeby tak rzec, grupujące się jedne przeciw drugim i formujące powoli przypuszczalną prawdę.

– Do tej przypuszczalnej prawdy jakże pan idzie, młody panie! A może pan już ma gotowe swoje małe rozwiązanie zagadki?

– O! nie – odparł śmiejąc się Beautrelet... – tylko... zdaje mi się, że istnieją pewne punkty, z których wytworzyć sobie jakieś zdanie nie jest rzeczą niemożliwą, a nawet inne, do tego stopnia dokładne, że wystarczają... do wniosków.

– Ależ to staje się bardzo ciekawe, nareszcie dowiem się czegoś. Bo wyznam panu, ku swemu wielkiemu wstydowi, ja nic a nic nie wiem.

– To dlatego, panie sędzio śledczy, że pan nie miał czasu zastanowić się. Rozważać to rzecz główna. Rzadko się zdarza, żeby wypadki nie mieściły w sobie samych swego wyjaśnienia!

– I według pana, wypadki, które stwierdziliśmy, noszą w sobie samych swe wyjaśnienie?

– A czy to nie jest pańskie mniemanie? W każdym razie nie skonstatowałem innych niż te, które są zanotowane w protokole.

– Cudownie! Więc, gdybym pana zapytał, jakie przedmioty skradziono z tego salonu?

– Odpowiedziałbym panu, że je znam.

– Brawo! To szanowny pan wie o wiele więcej niż sam właściciel! Pan de Gesvres ma swój rachunek; pan Izydor Beautrelet go nie ma. Brak mu biblioteki złożonej z trzech kompleksów i jednej statuy naturalnej wielkości, której nikt nigdy nie zauważył. A jeślibym pana zapytał o nazwisko mordercy?

– Odpowiedziałbym panu również, że je znam.

Wszyscy obecni podskoczyli. Zastępca prokuratora i dziennikarz zbliżyli się. Pan de Gesvres i dwie młode dziewczyny słuchały uważnie, wszyscy pod wrażeniem pewności i spokoju Beautreleta.

– Pan zna imię mordercy?

– Tak.

– I może także miejsce, w którem on się znajduje?

– Tak.

Pan Fileul zatarł ręce:

– Cóż za powodzenie! To wyłapanie zbrodniarza będzie chlubą mojej kariery. I pan może mi zaraz teraz podać te piorunujące rewelacje?

– Zaraz teraz, tak... Albo raczej, jeśli pan w tym nie będzie widział nic nieodpowiedniego, za godzinę lub za dwie, skoro wybędę do końca przy śledztwie, które pan prowadzi.

– Ależ nie, ależ nie, natychmiast, młody panie...

W tej chwili Rajmunda de Saint-Véran, która od początku tej sceny nie spuszczała oczu z Izydora Bautreleta postąpiła ku panu Fileulowi.

– Panie sędzio śledczy...

– Czego pani żąda?

Przez dwie lub trzy minuty wahała się z oczyma utkwionymi w Beautreleta, a potem zwróciła się do pana Fileula:

– Proszę pana zapytać tego pana o powód jego wczorajszej przechadzki po drodze, która dochodzi do furtki.

Była to zdumiewająca niespodzianka. Izydor Beautrelet zdawał się przerażony.

– Ja? Pani, ja? Pani mnie wczoraj widziała?

Rajmunda zamyśliła się z oczami ustawicznie wbitymi w Beautreleta, jak gdyby usiłowała dobrze ustalić swe przeświadczenie i wyrzekła tonem pewnym:

– Wczoraj spotkałam na drodze o czwartej popołudniu młodego człowieka o postawie tego pana, ubranego jak on i z taką samą brodą... i miałam bardzo wyraźne wrażenie, że starał się ukryć.

– I to byłem ja?

Nie mogę tego twierdzić stanowczo, gdyż moje wspomnienie jest trochę chwiejne. Jednakże... jednakże zdaje mi się... Inaczej podobieństwo to byłoby zbyt dziwne...

Pan Fileul zakłopotał się. Już wywiedziony w pole przez jednego z winowajców, czyż miałby także dać zakpić z siebie temu niby-gimnazjaliście? Zapewne zachowanie się młodzieńca mówiło na jego korzyść, lecz czyż się wie?...

– Cóż pan powie na to?

Że ta panienka myli się i że tego łatwo dowiodę jednym słowem. Wczoraj o tej godzinie byłem w Veules.

Trzeba będzie to sprawdzić, trzeba. A na wszelki wypadek sytuacja zmieniła się. Panie wachmistrzu, jeden z pańskich ludzi będzie towarzyszył temu panu.

Oblicze Izydora Beautreleta wyrażało żywy sprzeciw.

– Czy to na długo?

– Dopóki się nie zbierze potrzebnych informacji.

– Panie sędzio śledczy, błagam pana, żeby je pan zebrał jak najszybciej i z możliwą dyskrecją...

– Czemu!

– Mój ojciec jest stary. Kochamy się bardzo... i nie chciałbym, żeby się o mnie trapił.

Płaczliwy trochę ton prośby nie podobał się panu Fileulowi. Zalatywało to trochę sceną z melodramatu. Niemniej przyrzekł:

– Dziś wieczorem... najdalej jutro rano będę wiedział, czego się trzymać.

Popołudnie mijało. Sędzia śledczy wrócił do ruin zamku, zakazał wchodzić tam wszystkim ciekawym i cierpliwie, metodycznie, dzieląc teren na cząstki po kolei badane, kierował sam poszukiwaniami. Lecz z końcem dnia wcale nie postąpił naprzód i oświadczył przed armią reporterów, która tymczasem najechała zamek:

– Panowie, wszystko każe nam przypuszczać, że zraniony jest tu, prawie w naszych rękach, pomimo rzeczywistości faktów. Jednakże według naszego skromnego zdania, musiał on się wymknąć i znajdziemy go na zewnątrz.

Mimo to zorganizował dla ostrożności, w porozumieniu z wachmistrzem żandarmerii, straż w parku i po nowym zbadaniu obu salonów i zupełnym przetrząśnięciu zamku, zgromadziwszy wszelkie konieczne wyjaśnienia, wrócił do Dieppe wraz z zastępcą prokuratora.

Przyszła noc. Ponieważ buduar miał zostać zamknięty, przeniesiono ciało Jana Davala do drugiego pokoju. Strzegły go dwie kobiety wiejskie w towarzystwie Zuzanny i Rajmundy. Na dole, pod bacznym okiem leśniczego, młody Izydor drzemał na ławie dawnego oratorium. Na dworze żandarmi, dzierżawca i tuzin wieśniaków rozmieścili się między ruinami a murami.

Aż do godziny jedenastej wszystko było spokojne, lecz o jedenastej dziesięć rozległ się strzał z drugiej strony zamku.

– Baczność! – zawył wachmistrz. – Niech dwaj zostaną tutaj... wy, Fossier... i wy, Lecan... Reszta za mną biegiem!

Rzucili się wszyscy i okrążyli zamek z lewej strony. W cieniu przemknęła się jakaś sylwetka. Potem naraz drugi strzał pociągnął ich dalej, prawie aż do granic folwarku. I nagle, kiedy przybyli gromadą do płotu okalającego sad, zabłysnął płomień na prawo do domu zajętego przez dzierżawcę i inne płomienie ukazały się również. To paliła się stodoła wypchana słomą aż po dach.

– Łotry – krzyczał wachmistrz Quevillon, to oni podłożyli ogień. Pędźmy za nimi, chłopcy. Nie mogą być daleko.

Lecz ponieważ wiatr obracał płomień na główny kompleks, należało przede wszystkim zapobiec niebezpieczeństwu. Wzięli się do tego wszyscy z tym większą gorliwością, że pan de Gesvres przybiegł na miejsce nieszczęścia i zagrzewał ich obietnicą nagrody. Kiedy opanowano pożar, była druga rano. Wszelki pościg byłby daremny.

– Zobaczymy za dnia – rzekł wachmistrz. – Z pewnością zostawili ślady... znajdziemy je...

– I rad się dowiem – dodał pan de Gesvres, o powodzie tego napadu. Podkładać ogień pod stodołę ze słomą wydaje mi się czymś bezcelowym.

– Proszę pójść ze mną, panie hrabio, a ja panu może podam powód.

Przybyli razem do ruin klasztoru.

Wachmistrz zawołał:

– Lecan?... Fossier?...

Inni żandarmi szukali już swych towarzyszy zostawionych na straży. Odnaleziono ich w końcu u wejścia do furki. Leżeli na ziemi, związani, zakneblowani, z opaskami na oczach.

– Panie hrabio – mruczał wachmistrz, podczas gdy ich rozwiązywano – panie hrabio, zakpiono z nas jak z dzieci.

– W czym?

– Strzały... napad... ogień to wszystko były blagi, żeby nas ściągnąć tam... Tymczasem obezwładniono naszych dwu ludzi i sprawa gotowa.

– Jaka sprawa?

– Uprowadzenie rannego dalibóg!

– Jak to, więc pan sądzi?

– Czy ja sądzę! Toż to jest niezachwianie pewne. Przed dziesięciu minutami przyszła mi ta myśl... Lecz ja jestem bałwan, żem przedtem o tym nie pomyślał. Byłoby się ich wszystkich przyłapało. – Quevillon tupał nogą w nagłym przystępie wściekłości.

– Lecz którędy, na miły Bóg, którędy oni przeszli? Którędy go unieśli? A on, gałgan, gdzie on się ukrywał? Bo tłukliśmy się po tym terenie przez cały dzień i przecie człowiek nie ukryje się w krzaczku ziela, zwłaszcza gdy jest ranny. To czyste czary ta cała historia!

Wachmistrz Quevillon nie osiągnął jeszcze kresu swych zdumień. O świcie, kiedy wszedł do oratorium, w którym był uwięziony młody Izydor Beautrelet, stwierdzono, że młody Izydor Beautrelet zniknął.

Na krześle, zgięty we dwoje, spał leśniczy.

Obok niego stała karafka i dwie szklanki. Na dnie jednej z tych szklanek zauważono trochę białego proszku.

Po zbadaniu sprawy stwierdzono najpierw, że młody Izydor Beautrelet zadał leśniczemu środek nasenny, następnie, że nie mógł umknąć inaczej jak tylko przez okno umieszczone wysoko na dwa metry pięćdziesiąt – i wreszcie, szczegół szczególny, że nie mógł się dostać inaczej do tego okna, jak po grzbiecie swego dozorcy.

Rozdział II
Izydor Beautrelet, uczeń retoryki

Wyjątek z Grand Journal:

 

Nowiny nocne – Porwanie doktora Delattre’a – Zamach szalonej odwagi

W chwili oddawania pod prasę przynoszą nam wiadomość, za której autentyczność nie możemy ręczyć, tak dalece wydaje się nam nieprawdopodobną. Podajemy ją tedy z wszelkimi zastrzeżeniami.

Wczoraj wieczór dr Delattre, sławny chirurg, był obecny wraz z żoną i córką na przedstawieniu Hernaniego w Comédie Française. Na początku trzeciego aktu, to znaczy koło godziny dziesiątej, otwarły się drzwi jego loży; jakiś pan, któremu towarzyszyli dwaj inni, nachylił się ku doktorowi i rzekł doń szeptem, lecz dosyć głośno, żeby usłyszała pani Delattre:

Doktorze, mam do spełnienia bardzo przykrą misję i byłbym panu niezmiernie obowiązany gdyby mi pan ułatwił me zadanie.

Kto pan jest, mój panie?

Thezard, komisarz policji pierwszego okręgu, i mam rozkaz zaprowadzić pana do pana Dudouisa do prefektury.

Lecz, ostatecznie...

Ni jednego słowa, doktorze, błagam pana, ani jednego gestu... Zaszła fatalna pomyłka i dlatego musimy działać po cichu i nie ściągać niczyjej uwagi. Wróci pan bez wątpienia przed końcem przedstawienia.

Doktor wstał i poszedł za komisarzem.

Z końcem przedstawienia nie wrócił.

Pani Delattre, zaniepokojona bardzo, udała się do komisariatu policji. Zastała tam prawdziwego pana Thezarda i poznała, ku swemu wielkiemu przerażeniu, że indywiduum, które zabrało jej męża, było oszustem.

Pierwsze poszukiwania wykazały, że doktor wsiadł do automobilu i że ten automobil oddalił się w kierunku Placu Concorde.

Nasze następne wydanie poda naszym czytelnikom dalsze wiadomości o tej niewiarygodnej przygodzie.

 

Chociaż tak nieprawdopodobna, przygoda ta była prawdziwa. Zresztą na rozwiązanie nie trzeba było długo czekać i Grand Journal w tym samym dniu, w którym tę wiadomość podał, w wydaniu południowym oznajmił w kilku słowach o sensacyjnym jej zakończeniu.

 

KONIEC HISTORII

i początek przypuszczeń

Dziś rano o godzinie dziewiątej doktor Delattre został odwieziony przed bramę 78 na ulicy Duret przez automobil, który oddalił się natychmiast z gwałtowną szybkością.

Numer 78 na rue Duret jest to właśnie klinika doktora Delattre’a, klinika, do której przybywa co dzień rano o tej samej godzinie. Kiedyśmy się zaanonsowali, doktor, który odbywał konferencję z dyrektorem policji, był łaskaw mimo to nas przyjąć.

Wszystko co mogę powiedzieć – odrzekł – jest to, że traktowano mnie z największymi względami. Moi byli trzej towarzysze to ludzie najmilsi, jakich znam, niezrównanej grzeczności, inteligentni i rozmowni, co nie było do pogardzenia, zważywszy długość podróży.

Jak długo ona trwała?

Około czterech godzin i tyleż na powrót.

A cel tej podróży?

Zawieziono mnie do chorego, którego stan wymagał natychmiastowej operacji.

I ta operacja się udała?

Tak, lecz należy lękać się następstw. Tu odpowiadałbym za chorego. Tam... w warunkach, w których się znajduje...

Złe warunki?

Okropne... Izba karczemna... i niemożność, żeby tak rzecz, absolutna pielęgnacji.

Więc cóż może go ocalić?

Cud... a potem jego budowa wyjątkowo silna.

I pan nie może nic więcej powiedzieć o tym szczególnym pacjencie?

Nie mogę... Najpierw, przysiągłem, a następnie otrzymałem dziesięć tysięcy franków na swoją klinikę ludową. Jeśli nie zachowam milczenia, odbiorą mi tę sumę.

Patrzcie! I pan wierzy?

Dalibóg, wierzę. Wszyscy ci ludzie wyglądali bardzo serio.

Takie są objaśnienia, które nam dał doktor Delattre. A wiemy skądinąd, że dyrektorowi policji mimo usilnych starań nie udało się dotąd wydobyć z niego dokładniejszych szczegółów co do operacji, którą wykonał, co do chorego, którego leczył, i co do okolic, które przebył automobil. Zatem zdaje się będzie trudno dociec prawdy.

 

Tę prawdę, której autor interviewu, jak się do tego przyznał, nie był w stanie odgadnąć, umysły cośkolwiek jasnowidzące odgadły przez proste zestawienie faktów, które zaszły poprzedniego wieczora w zamku Ambrumésy i które wszystkie dzienniki podały tegoż dnia z najdrobniejszymi szczegółami. Istniał najwidoczniej między tym zniknięciem zranionego złoczyńcy i tym porwaniem znakomitego chirurga związek, który winien był zastanowić.

Zresztą śledztwo wykazało słuszność tej hipotezy. Idąc za tropem pseudowoźnicy, stwierdzono, iż on dotarł do lasu Arques, oddalonego o piętnaście kilometrów, i że stamtąd, rzuciwszy rower do rowu, udał się do wioski Saint-Nicolas i tam nadał następującą depeszę:

 

ALN, URZĄD POCZTOWY PARYŻ 45

Sytuacja rozpaczliwa. Operacja konieczna.

Wysłać znakomitość czternastką.

 

Dowód ten był niezaprzeczony. Wspólnicy paryscy uwiadomieni, pospiesznie załatwili sprawę. O dziesiątej wieczorem wysłali znakomitość numerem czternastym drogą krajową numer 14, która bieży wzdłuż lasu Arques i dochodzi do Dieppe. Podczas tego banda złoczyńców, korzystając z podłożonego przez się ognia, uprowadziła swego naczelnika i przeniosła go do karczmy, gdzie operacja miała miejsce po przybyciu doktora, około drugiej rano.

Co do tego nie było wątpliwości. W Pontoise, w Gournay, Forges, inspektor naczelny Ganimard, wysłany specjalnie z Paryża wraz z inspektorem Folenfantem, stwierdził przejazd automobilu zeszłej nocy. I to nawet na drodze z Dieppe do Ambrumésy. Chociaż zgubiono nagle ślad automobilu blisko o pół mili od zamku, zauważono przynajmniej liczne ślady kroków między małą furtką parku a ruinami klasztoru.

Zatem wszystko się wyjaśniło. Pozostawała do określenia karczma, o której mówił doktor: głupstwo dla Ganimarda, szczwanego lisa, cierpliwego starego praktyka policyjnego. Liczba karczem jest ograniczona, a ta właśnie mogła być, ze względu na stan rannego jedynie w pobliżu Ambrumésy. Ganimard i wachmistrz Quevillon ruszyli na wieś. O pięćset metrów, o tysiąc metrów, o pięć tysięcy metrów wokoło zwiedzili i przetrząsnęli wszystko, co mogło uchodzić za karczmę. Lecz wbrew wszelkiemu oczekiwaniu konającego nie można było odnaleźć.

Ganimard był wściekły. Wrócił w sobotę wieczorem spać do zamku, z zamiarem odbycia śledztwa osobistego w niedzielę. Otóż w niedzielę rano dowiedział się, że żandarmi zauważyli tejże nocy sylwetkę która się przesunęła po drodze. Czy to był jeden z winowajców, który wrócił po informacje? Czyżby należało przypuszczać, że naczelnik bandy nie opuścił klasztoru albo okolic klasztoru.

Wieczorem Ganimard skierował otwarcie żandarmów w stronę folwarku, a sam, podobnie jak Folenfant, usadowił się wewnątrz murów, w pobliżu furtki.

Tuż po północy jakieś indywiduum wyszło z lasu, przeszło pośród nich, przekroczyło próg bramy i weszło do parku. Podczas trzech godzin widzieli, jak osobnik ten błądził w prawo i w lewo poprzez ruiny, zniżając się, drapiąc na stare filary, stojąc wielokroć długie minuty w znieruchomieniu. Potem zbliżył się do bramy i ponownie przeszedł między obu inspektorami.

Ganimard złapał go za kołnierz, a Folenfant za rękę. Nie opierał się wcale i najspokojniej w świecie dał sobie skrępować ręce i wieść się do zamku. Lecz kiedy go chcieli pytać, odpowiedział po prostu, że nie ma żadnego obowiązku do zdawania im sprawy i że będzie czekał przybycia sędziego śledczego. Wówczas oni go przywiązali mocno do nóg łóżka w jednym z dwu sąsiednich pokojów, które zajmowali.

W poniedziałek rano o godzinie dziewiątej, kiedy przybył pan Fileul, Ganimard oznajmił mu o dokonanym aresztowaniu. Kazano wyjść więźniowi. Był to Izydor Beautrelet.

– Pan Izydor Beautrelet – zawołał pan Fileul z zachwytem, wyciągając do nowoprzybyłego ręce. Jakaż miła niespodzianka! Nasz wyborny detektyw amator tu! Do naszej dyspozycji... Ależ to szczęśliwe zdarzenie! Panie inspektorze naczelny, pozwoli pan, że panu przedstawię pana Izydora Beautreleta, ucznia retoryki w liceum Jansona de Sailly.

Ganimard zdawał się trochę strapiony. Izydor skłonił mu się bardzo nisko, jak współtowarzyszowi, którego się ceni jak należy i zwrócił się do pana Fileula.

– Zdaje się, panie sędzio śledczy, że pan otrzymał dobre co do mnie informacje?

– Wyborne! Najpierw był pan istotnie w Veules les Roses w chwili, w której panna Saint-Véran sądziła, że widzi pana na drodze. Sprawdzimy bez wątpienia identyczność pańskiego sobowtóra. Następnie jest pan istotnie uczniem retoryki i to uczniem znakomitym, pracowitym i wzorowym. Ponieważ ojciec pański mieszka na prowincji, wychodzi pan raz na miesiąc do jego kolegi, pana Bernod, który nie szczędził panu pochwał.

– Tak że...

– Tak że pan jest wolny, panie Beautrelet.

– Absolutnie wolny?

– Absolutnie. A! W każdym razie kładę mały, malutki waruneczek. Zrozumie pan, że nie mogę wypuścić na wolność pana, który rozporządza narkotykami, który wymyka się przez okna i którego się potem przyłapuje na włóczędze po własności prywatnej, że takiego pana nie mogę wypuścić na wolność bez jakiegokolwiek okupu.

– Słucham.

– Otóż podejmiemy naszą przerwaną rozmowę i pan mi powie, dokąd pan doszedł w swych poszukiwaniach... W dwu dniach wolności musiał je pan posunąć daleko?

A kiedy Ganimard gotował się do wyjścia z wyrazem lekceważenia dla tego rodzaju zabawy, sędzia zawołał:

– O nie, panie inspektorze, pańskie miejsce tu... Upewniam pana, że pana Izydora Beautreleta warto posłuchać. Pan Izydor Beautrelet, według moich informacji, wyrobił sobie w liceum Jansona de Sailly sławę obserwatora, wobec którego nic nie przejdzie niespostrzeżenie, i współuczniowie jego, jak mi doniesiono, uważają go za pańskiego współzawodnika, za rywala Herlocka Sholmesa.

– No proszę! – rzekł ironicznie Ganimard.

– Doprawdy. Jeden z nich napisał do mnie: Jeśli Beautrelet oświadczy, że coś wie, trzeba mu wierzyć, a to, co powie, proszę o tym nie wątpić, będzie najistotniejszą prawdą. Panie Izydorze Beautrelet, oto teraz ma pan sposobność usprawiedliwić zaufanie swych kolegów. Zaklinam pana, niech nam pan poda najistotniejszą prawdę.

Izydor słuchał z uśmiechem i odrzekł:

– Panie sędzio śledczy, jest pan okrutny. Kpi pan z biednych gimnazjalistów, którzy bawią się, jak umieją. Ma pan zresztą słuszność i już więcej panu nie dam powodu do wyśmiewania mej osoby.

– To znaczy, że pan nic nie wie, panie Izydorze Beautrelet.

– Istotnie, wyznaję bardzo pokornie, że nic nie wiem. Gdyż nie nazywam wcale wiedzeniem odkrycia dwu lub trzech punktów bardziej określonych, które zresztą nie mogły, jestem tego pewny, ujść pańskiej uwagi.

– Na przykład?

– Na przykład, przedmiotu kradzieży.

– A więc ostatecznie zna pan przedmiot kradzieży?

– Jak pan, o czym zresztą nie wątpię. Jest to pierwsza rzecz, którą zbadałem, ponieważ praca ta wydała mi się łatwiejsza.

– Łatwiejsza? Doprawdy?

– Ależ tak. Trzeba tylko porozumować.

– Nic więcej?

– Nic więcej.

– A to rozumowanie?

– Oto jest, ogołocone z wszelkich komentarzy. Z jednej strony zaszła kradzież, gdyż te dwie panienki zgadzają się i widziały rzeczywiście dwu ludzi uciekających z jakimiś przedmiotami.

– Zaszła kradzież.

– Z drugiej strony, nic nie zginęło, gdyż tak twierdzi pan de Gesvres i on może najlepiej o tym wiedzieć.

– Nic nie zginęło.

– Z tych dwu twierdzeń wynika nieuniknienie ta konsekwencja: skoro zaszła kradzież, a nic nie zginęło, znaczy to, że przedmiot skradziony zastąpiono takim samym. Możliwą jest rzeczą, zaznaczam to wyraźnie, że fakty nie zgadzają się z tym rozumowaniem. Lecz zdaje mi się, że to jest pierwsza rzecz, która powinna nam wpaść w oczy i, że nie mamy prawa ignorować jej aż po poważnym zbadaniu.

– Istotnie... istotnie... – mruczał sędzia śledczy widocznie zainteresowany.

– Otóż – mówił dalej Izydor, co było w tym salonie, co mogło zwrócić uwagę złoczyńców? Dwie rzeczy. Najpierw gobelin. Ale to nie on. Starego gobelinu nie można imitować i oszustwo wpadłoby zaraz w oczy. Pozostają cztery Rubensy.

– Co Pan mówi?

– Powiadam, że cztery Rubensy na tej ścianie są fałszywe.

– To niemożliwe!

– Są fałszywe, a priori, koniecznie i bez odwołania.

– Powtarzam panu, że to niemożliwe.

– Prawie rok temu, panie sędzio śledczy, jak młody człowiek, który przedstawiał się Charpenais, przybył do zamku Ambrumésy i poprosił o pozwolenie skopiowania obrazów Rubensa. Pozwolenia tego udzielił mu pan de Gesvres. Co dzień przez pięć miesięcy od rana do wieczora Charpenais pracował w tym salonie. To są kopie, które on uczynił, ramy i płótna; zajęły one miejsce czterech wielkich obrazów oryginalnych zapisanych w testamencie panu de Gesvres przez jego wuja, markiza de Bobadilla.

– Dowód!

– Nie muszę dawać dowodów. Obraz jest fałszywy, bo jest fałszywy i sądzę, że nie ma wcale potrzeby badać tych obrazów.

Pan Fileul i Ganimard spojrzeli po sobie, nie ukrywając swego zdumienia. Inspektor już nie myślał wcale o odejściu.

W końcu sędzia śledczy mruknął:

– Należałoby zasięgnąć opinii pana de Gesvresa.

A Ganimard potwierdził:

– Tak, należałoby zasięgnąć jego opinii.

I kazali zaprosić hrabiego do salonu.

Było to prawdziwe zwycięstwo młodego ucznia retoryki. Zmusić dwu ludzi zawodowych jak panowie Fileul i Ganimard do wzięcia pod uwagę swojej hipotezy była to chluba, którą każdy inny byłby się pysznił. Ale Beautrelet wydawał się niewrażliwy na te drobne satysfakcje miłości własnej i czekał spokojnie, uśmiechając się bez cienia ironii.

Wszedł pan de Gesvres.

– Panie hrabio – rzekł doń sędzia śledczy – tok naszego badania stawia nas przed ewentualnością wprost nieprzewidzianą, którą panu podajemy z wszelkimi zastrzeżeniami. Jest rzeczą możliwą... powtarzam: jest rzeczą możliwą... że złoczyńcy, wdzierając się tutaj, mieli zamiar zrabować pańskie cztery obrazy Rubensa... a przynajmniej zastąpić je czterema kopiami... kopiami, które wykonał rok temu, niejaki malarz Charpenais. Czy nie byłby pan tak uprzejmy oglądnąć dobrze te obrazy i powiedzieć nam, czy pan je uważa za prawdziwe.

Hrabia zdawał się gwałtem wstrzymywać gest sprzeciwu. Obejrzał Izydora Beautreleta, potem pana Fileula i odpowiedział, nie zadając sobie nawet trudu zbliżenia się do obrazów.

– Miałem nadzieję panie sędzio śledczy, że prawda pozostanie nieznana. Ponieważ jest inaczej, nie waham się oświadczyć, że te cztery obrazy są fałszywe.

– Więc pan o tym wiedział?

– Od samego początku.

– A czemu pan nie powiedział.

– Posiadacz jakiegoś przedmiotu nie jest nigdy obowiązany mówić, że ten przedmiot już nie istnieje... a raczej, że nie jest autentyczny.

– A przecież to był jedyny sposób odnalezienia ich.

– Mojem zdaniem był inny lepszy.

– Jaki?

– Nie rozgłaszać tajemnicy, nie płoszyć złodziei i zaproponować im odkupienie obrazów, które muszą im sprawiać pewien kłopot.

– Jakże się z nimi porozumieć?

Hrabia nie odpowiadał, odrzekł zań Izydor:

– Inseratem w dziennikach. Ten mały inserat ogłoszony przez Journal, l’Echo de Paris i Matina brzmi tak:

 

Jestem gotów odkupić obrazy.

 

Hrabia potwierdził skinieniem głowy. Po raz wtóry młodzieniec pouczył starszych.

Pan Fileul znalazł się w kropce.

– Stanowczo, młodzieńcze – zawołał on – zaczynam wierzyć, że pańscy koledzy mają zupełną słuszność. Patrzcie! Co za oko! Co za intuicja! Jeśli tak dalej pójdzie, pan Ganimard i ja nie będziemy mieli co robić.

– O! wszystko to nie było wcale skomplikowane.

– A reszta jest bardziej skomplikowana, chce pan powiedzieć. Przypominam sobie istotnie, że od naszego pierwszego spotkania wyglądał pan, jakby pan wiedział o wiele więcej. Ejże, o ile sobie przypominam, twierdził pan, że pan zna nazwisko mordercy?

– Istotnie.

– Któż więc zabił Jana Davala? Czy ten człowiek żyje? Gdzie się ukrywa?

– Istnieje między nami nieporozumienie panie sędzio śledczy, a raczej nieporozumienie między panem a istotą faktów i to od samego początku. Morderca i ten, co uciekł, to są dwa różne osobniki.

– Co pan mówi? – zawołał pan Fileul. – Więc człowiek, którego pan de Gesvres widział w buduarze i z którym walczył, człowiek, którego te panienki widziały w salonie i do którego strzeliła panna de Sain-Véran, człowiek który upadł w parku i którego szukamy, ten człowiek nie jest tym, który zabił Jana Davala?

– Nie.

– Czy pan odkrył ślady trzeciego wspólnika, który zniknął przed przybyciem tych panienek?

– Nie.

– A więc nic już nie rozumiem... Któż jest zatem zabójcą Jana Davala?

– Jana Daval zabił...

Beautrelet przerwał, zamyślił się na chwilę i zaczął mówić dalej:

– Lecz najpierw muszę panom pokazać drogę, po której doszedłem do tej pewności i same racje mordu... bez czego oskarżenie moje wydałoby się panom potworne... A ono nie jest potworne... ono nie jest wcale potworne... Istnieje jeden szczegół, którego nie zauważono, a który jednakże jest ogromnie ważny, a to, że Jan Daval w chwili, w której został ugodzony, był odziany zupełnie, obuty w buciki, słowem ubrany tak, jak się bywa w pełny dzień, w kamizelkę, kołnierzyk, krawatkę, szelki. Otóż zbrodnię popełniono o czwartej rano.

– Podniosłem był ten drobiazg – rzekł sędzia śledczy. – Na to odpowiedział mi pan de Gesvres, że Jan Daval spędzał część swych nocy przy pracy.

Służba twierdzi przeciwnie, że stale kładł się spać bardzo wcześnie. Lecz przypuśćmy, że nie spał; dlaczego rozburzył swe łóżko, jakby chciał obudzić przekonanie, że spał? A gdyby był spał, dlaczego, słysząc hałas, trudził się ubieraniem się od stóp do głów, zamiast ubrać się pobieżnie? Oglądnąłem jego pokój w pierwszy dzień, kiedyście panowie śniadali: jego pantofle stały przy łóżku. Któż mu bronił ubrać się w nie zamiast w ciężkie podkute buciki.

– Aż dotąd nie widzę...

– Aż dotąd może pan istotnie widzieć tylko anomalie. Jednakowoż one wydały mi się tym bardziej podejrzane, kiedym się dowiedział, że malarza Charpenaisa – kopistę Rubensa – przedstawił i polecił panu hrabiemu de Gesvresowi sam Jan Daval.

– Więc?

– Więc od tego do wniosku, że Jan Daval i Charpenais byli wspólnikami to tylko jeden krok. Ten krok ja uczyniłem podczas naszej rozmowy.

– Zdaje mi się trochę za prędko.

– Istotnie, brakło materialnego dowodu. Otóż odkryłem w pokoju Davala na jednej z kartek podkładki, na której pisywał, ten adres, który zresztą znajduje się tam jeszcze, odbity odwrotnie na bibule: ALN, URZĄD POCZTOWY PARYŻ 45. W poniedziałek wykryto, że telegram wysłany z Saint-Nicolas przez niby-woźnicę miał ten sam adres ALN, URZĄD POCZTOWY PARYŻ 45. Dowód materialny istniał, Jan Daval korespondował z bandą, która zorganizowała kradzież obrazów.

Pan Fileul nie podniósł żadnego zarzutu.

– Zgoda. Wspólnictwo udowodnione. I cóż pan stąd wywodzi?

– Najpierw to, że to wcale nie ten, co uciekł, zabił Jana Davala, gdyż Jan Daval był jego wspólnikiem.

– Więc?

– Panie sędzio śledczy, proszę sobie przypomnieć pierwsze zdanie, które wyrzekł hrabia, kiedy się zbudził z omdlenia. Zdanie to, podane przez pannę de Gesvres znajduje się w protokole: Nie jestem ranny. A Daval?... czy żyje?... Nóż? i proszę je zestawić z tą częścią opowiadania hrabiego de Gesvresa, w której opisuje napad: Mężczyzna rzucił się na mnie i powalił mnie uderzeniem w kark. Jak pan de Gesvres, który zemdlał, mógł wiedzieć, budząc się, że Daval został zraniony nożem?

Izydor Beautrelet nie czekał wcale odpowiedzi na swe pytanie. Zdawało się, że spieszy się dać ją sam i krótko przeciąć wszelkie objaśnienia. Toteż odrzekł natychmiast:

– Zatem to Jan Daval prowadzi trzech złoczyńców do tego salonu. Kiedy się tu znaleźli z tym, którego nazywają swym naczelnikiem, daje się słyszeć szmer w buduarze. Daval otwiera drzwi. Poznawszy pana de Gesvresa, rzuca się na niego z nożem. Panu de Gesvresowi udaje się wyrwać mu ten nóż, ugodzić go nim, po czym sam pada uderzony przez owo indywiduum, które za parę minut zobaczyły obie panny.

Pan Fileul i inspektor spojrzeli ponownie po sobie. Ganimard ruszył głową skonsternowany.

Sędzia rzekł:

– Panie hrabio, czy mam uwierzyć, że ta wersja jest prawdziwa?

Pan de Gesvres nie odpowiedział wcale.

– Panie hrabio, milczenie pańskie pozwalałoby nam przypuszczać... Proszę pana, niech pan mówi.

Pan de Gesvres rzekł dobitnie:

– Ta wersja jest prawdziwa we wszystkich punktach.

Sędzia podskoczył.

– Zatem nie rozumiem, dlaczego pan wprowadził w błąd organy sprawiedliwości. Po cóż taić czyn, który pan miał prawo spełnić dla sprawiedliwej obrony własnej?

– Od dwudziestu lat – rzekł pan de Gesvres – Daval pracował przy mym boku. Ufałem mu. Oddał mi nieocenione usługi. Skoro mnie zdradził wskutek nie wiem jakich pokus, chciałem przynajmniej, pomny przeszłości, zachować tę jego zdradę w ukryciu.

– Zgoda, chciał pan, ale nie powinien pan był tego czynić.

– Jestem innego zdania, panie sędzio śledczy. W chwili, kiedy żaden niewinny nie został oskarżony o tę zbrodnię, moim stanowczym prawem było nie oskarżać tego, który był zarazem winowajcą i ofiarą. On umarł. Sądzę, że śmierć jest wystarczającą karą.

– Ale teraz, panie hrabio, teraz, kiedy prawda jest jawna, może pan mówić.

– Tak. Oto dwa brudnopisy listów napisanych przezeń do jego wspólników. Wyjąłem je z jego portfela na kilka minut przed jego śmiercią.

– A motyw kradzieży?

– Proszę udać się do Dieppe, rue de la Barre numer osiemnaście. Mieszka tam niejaka pani Verdier. To dla tej kobiety, którą poznał dwa lata temu, Daval kradł.

W ten sposób wyjaśniło się wszystko. Dramat wychodził z mroków i powoli – powoli ukazywał się w prawdziwym świetle.

– Idźmy dalej – rzekł pan Fileul, kiedy odszedł hrabia.

– Dalibóg – rzekł wesoło Beautrelet, ja już jestem prawie u końca swych wyników.

– Ależ zbieg, ranny?

– O tym, panie sędzio śledczy, wie pan tyle, co i ja... Chodził pan za jego śladami wśród zarośli i traw klasztornych, badał pan...

– Dobrze, dobrze, wiem... ale przecie go uwieźli i właśnie chciałbym się dowiedzieć czegoś o tej karczmie.

Izydor Beautrelet wybuchnął śmiechem.

– Karczma! Karczma wcale nie istnieje! To bajka, to sztuczka dla obałamucenia sprawiedliwości, sztuczka genialna, bo się udała.

– A przecież doktor Delattre twierdzi...

– Ach właśnie! – zawołał Beautrelet głosem pełnym przekonania, właśnie dlatego, że doktor Delattre twierdzi, nie należy temu wierzyć, Jak to! Doktor Delattre podał o całej swej przygodzie tylko nieokreślone ogólniki! Nie chciał powiedzieć nic takiego, co by mogło skompromitować jego pacjenta... I oto nagle ściągałby uwagę na jakąś karczmę! Ależ niech pan będzie pewny, jeśli wymienił ten wyraz: karczma, to dlatego, że mu go narzucono. Niech pan będzie pewny, że cała ta historyjka, którą nas uraczył, została mu podyktowana pod grozą strasznego terroru. Doktor ma żonę. Doktor ma córkę. I zbyt je kocha, żeby nie słuchać ludzi, których potęgi doświadczył osobiście, i dlatego to dostarczył pańskim wysiłkom najdokładniejszej wskazówki.

– Tak dokładnej, że karczmy nie można wcale znaleźć.

– Tak dokładnej, że pan nie przestaje wcale jej szukać, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu i, że pańskie oczy odwróciły się od jedynego miejsca, w którym człowiek ten znajdować się może, od tego tajemniczego miejsca, którego nie opuścił, którego nie mógł wcale opuścić od chwili w której, zraniony przez pannę Saint-Véran, zdołał się tam wślizgnąć jak zwierz do swej nory.

– Lecz gdzież do diabła?... w jakim zakamarku piekła?

– W ruinach dawnego opactwa.

– Lecz przecież już nie ma ruin! Kilka ścian muru!... Kilka zrębów kolumn!

– To tam właśnie on się ukrył, panie sędzio śledczy – krzyczał głośno Beautrelet. – Do tego miejsca powinien pan ograniczyć swe poszukiwania! To tam, a nigdzie indziej, znajdzie pan Arsène’a Lupina.

– Arsène’a Lupina! – krzyknął pan Fileul i podskoczył.

Trwała chwila uroczystego prawie milczenia, w którym przedłużało się brzmienie zgłosek sławnego nazwiska. Arsène Lupin, wielki awanturnik, król włamywaczy! Czyżby to było możliwe, żeby to on był tym przeciwnikiem zwyciężonym, a przecie niewidzialnym, którego szukano zapalczywie od wielu dni i na próżno? Lecz Arsène Lupin wzięty w sieci, aresztowany przez sędziego śledczego, toż to natychmiastowy awans, szczęście, sława!

Ganimard ani mruknął. Izydor rzekł doń:

– Pan jest mojego zdania, nieprawdaż, panie inspektorze?

– Najzupełniej!

– Pan również nie wątpił nigdy, że to on był organizatorem tej sprawy?

– Ani przez chwilę! Jest na niej jego marka. Sprawka Lupina odróżnia się od każdej innej, jak twarz od twarzy. Trzeba tylko otworzyć oczy.

– Co pan mówi... co pan mówi... – powtarzał pan Fileul.

– Co mówię! – zawołał młody człowiek. – Niech pan zauważy tylko ten mały fakt: pod jakimi inicjałami korespondują ci ludzie między sobą? ALN to po prostu pierwsza litera imienia Arsène i pierwsza i ostatnia nazwiska Lupin.

– A! – rzekł Ganimard – nic nie umknie pańskiej uwagi. Daję słowo, zuch z pana, i stary Ganimard składa przed panem broń.

Beautrelet zarumienił się z radości i ścisnął dłoń, którą doń wyciągnął naczelny inspektor.

Trzej mężczyźni zbliżyli się do balkonu i wzrok ich ogarnął przestrzeń z ruinami. Pan Fileul mruknął:

– Więc on byłby tam.

On jest tam – rzekł Beautrelet głucho. – On jest tam od chwili, w której padł. Logicznie i praktycznie nie mógł wymknąć się niespostrzeżony przez pannę de Saint-Véran i dwu służących.

– Jakiż pan ma na to dowód?

– Dowód... dali go jego wspólnicy. Tego samego rana jeden z nich przebrał się za woźnicę i przywiózł pana tu...

– Żeby zabrać czapkę, dowód identyczności.

– Zgoda, lecz także i przede wszystkim, żeby zbadać miejsce, zdać sobie sprawę i zobaczyć samemu, co stało się z naczelnikiem.

– I zdał sobie sprawę?

– Przypuszczam, gdyż znał kryjówkę. I przypuszczam, że uwiadomiono go o rozpaczliwym stanie jego naczelnika, gdyż wskutek zaniepokojenia zrobił głupstwo i napisał tę groźbę: Biada panience jeśli zabiła naczelnika.

– Lecz jego przyjaciele mogli go potem uprowadzić?

– Kiedy? Pańscy ludzie przecie nie opuszczali ruin. A potem dokądże by go zanieśli. Co najwyżej o kilkaset metrów, gdyż nie podróżuje się z umierającym... i wówczas pan by go znalazł. Nie, powiadam panu, on jest tu. Nigdy przyjaciele jego nie wyrywaliby go z najbezpieczniejszej kryjówki. To tam powiedli doktora, podczas gdy żandarmi pobiegli do ognia jak dzieci.

– Lecz jakże on żyje? Jak będzie żył? Żeby żyć, trzeba żywności, wody!

– Nie mogę nic powiedzieć... nie wiem nic... lecz on jest tu, przysięgam panu. Jestem tak, pewny, jak gdybym go widział, jak gdybym go dotykał. On jest tu.

Palcem wyciągniętym ku ruinom kreślił w powietrzu małe kółko, które zmniejszało się powoli, aż stało się punktem. A tego punktu szukali rozpaczliwie obaj towarzysze, obaj pochyleni, obaj ożywieni tą samą wiarą, co Beautrelet i drżący od płomiennego przekonania, które im narzucił. Tak, Arsène Lupin był tam i nie mogli w to dłużej wątpić.

I było w tym coś przygniatającego i tragicznego: wiedzieć, że w jakimś mrocznym zakątku leży na gołej ziemi, bez pomocy, zgorączkowany, wyczerpany, sławny awanturnik.

– A jeśli umrze? – wyrzekł cicho pan Fileul.

– Jeśli umrze – rzekł Beautrelet – a jego wspólnicy będą tego pewni, to niech pan czuwa, panie sędzio śledczy, nad bezpieczeństwem panny de Saint-Véran, gdyż zemsta będzie straszna.

W kilka minut później, mimo zabiegów pana Fileula, co bardzo chętnie zgodził się na tego cudownego pomocnika, Izydor Beautrelet, którego wakacje kończyły się tego samego dnia, odjechał do Dieppe. Wysiadł w Paryżu około piątej, a o ósmej godzinie wchodził w tym samym czasie, co i jego koledzy, do bramy liceum Jansona.

Ganimard po najdrobniejszym a daremnym przeszukaniu ruin Ambrumésy wrócił pociągiem pospiesznym wieczorem. Wszedłszy do domu na rue Pergolése, znalazł następującą depeszę:

 

Panie Inspektorze naczelny!

Mając trochę czasu pod koniec dnia, zdołałem zebrać kilka wiadomości uzupełniających, które z pewnością pana zajmą.

Od roku Arsène Lupin żyje w Paryżu pod nazwiskiem Szczepana de Vaudreix. Nazwisko to mógł pan nieraz spotykać w kronikach świata towarzyskiego lub w echach sportowych. Jako wielki podróżnik, przez dłuższe przeciągi czasu bywa nieobecny i opowiada, że wówczas poluje na tygrysy w Bengalu lub na lisy niebieskie w Sybirze. Uchodzi za zajmującego się jakimiś sprawami, jednakowoż nie można określić, jakie to są sprawy.

Jego mieszkanie obecnie: 36, rue Marbeuf. (Proszę zauważyć, że ulica ta znajduje się w pobliżu biura pocztowego nr 45). Od czwartku 23 kwietnia, wilii napadu na Ambrumésy, nie było żadnych wieści o Szczepanie de Vaudreix.

Proszę przyjąć, Panie Inspektorze naczelny, z najzupełniejszą moją wdzięcznością za okazywaną mi życzliwość, wyrazy najgłębszego poważania.

Izydor Beautrelet

 

Post scriptum – Przede wszystkim proszę nie przypuszczać, że mi zebranie tych wiadomości sprawiło wiele kłopotu. W sam ranek zbrodni, kiedy p. Fileul odbywał swe śledztwo wobec kilku uprzywilejowanych osób, miałem szczęśliwą myśl oglądnięcia czapki zbiega, nim niby-woźnica przybył ją wymienić. Nazwisko kapelusznika wystarczyło mi, łatwo pan to zrozumie, do wyszukania nitki, po której doszedłem jak do kłębka do nazwiska kupca i jego mieszkania.

 

W poniedziałek rano Ganimard udał się pod numer 36 na rue Marbeuf. Zebrawszy wiadomości od stróżki, kazał sobie otworzyć mieszkanie parterowe z prawej strony, mieszkanie wytworne, eleganckie, gdzie zresztą znalazł tylko popiół na kominku. Przed czterema dniami jacyś dwaj przyjaciele przyszli spalić wszystkie kompromitujące papiery.

Lecz w chwili wyjścia Ganimard zetknął się z listonoszem, który przyniósł list dla pana de Vaudreix’go.

Po południu prokuratura, uwiadomiona o tym, zareklamowała list. Miał on marki amerykańskie i zawierał następujące słowa w języku angielskim:

 

Panie,

Potwierdzam Panu odpowiedź, którą dałem Pańskiemu agentowi. Skoro Pan będzie miał w swym posiadaniu cztery obrazy p. de Gesvres, proszę je wysłać zwykłym sposobem.

Dołączy Pan do nich resztę, jeśli się to Panu uda, o czym zresztą bardzo wątpię.

Ponieważ pewna niespodziewana sprawa zmusza mnie do wyjazdu, przybędę równocześnie z tym listem. Znajdzie mnie Pan w Grand Hôtelu.

Harlington

 

W tym samym dniu Ganimard, uzbrojony w rozkaz aresztowania, sprowadził do aresztu pana Harlingtona, obywatela amerykańskiego, oskarżonego o przechowywanie i wspólnictwo w kradzieży.

Tak więc w przeciągu dwudziestu czterech godzin, dzięki istotnie niespodziewanym wskazówkom siedemnastoletniego smyka, rozwiązywały się wszystkie węzły intrygi. W przeciągu dwudziestu czterech godzin to, co było niewytłumaczone, stało się proste i jasne. W przeciągu dwudziestu czterech godzin plan wspólników mający na celu ocalenie ich naczelnika został zniweczony, schwytanie Arsène’a Lupina zranionego, konającego nie ulegało już wątpliwości, jego banda była zdezorganizowana, poznano jego paryskie mieszkanie, maskę, pod którą się ukrywał, i wydobyto po raz pierwszy na jaw, zanim zdołał się upewnić co do zupełnego jej wykonania, jedną z jego najzręczniejszych i najdłużej przygotowanych sprawek.

Wywołało to wśród publiczności niezmierny okrzyk zdumienia, podziwu i ciekawości. Już dziennikarz z Rouen opisał w bardzo udanym artykule pierwsze badanie młodego ucznia retoryki, podnosząc jego naiwny wdzięk i spokojną pewność.

Niedyskrecja Ganimarda i pana Fileula, niedyskrecja, którą popełnili wbrew swej woli wiedzeni porywem szlachetniejszym od ich zawodowej pychy, pouczyła nagle publiczność o roli Izydora Beautreleta w toku ostatnich wypadków. On sam zrobił wszystko. Zwycięstwo było jedynie jego zasługą.

Nastąpiło roznamiętnienie. Izydor Beautrelet stał się bohaterem i tłum w nagłym przypływie łaskawości żądał najdrobniejszych szczegółów o swym nowym ulubieńcu. Reporterów nie brakło. Rzucili się na wyścigi ku liceum Jansona de Sailly, czatowali na uczniów wychodzących ze szkoły i zbierali wszystko, co dotyczyło z bliska czy z daleka rzeczonego Beautreleta. W ten sposób dowiedziano się o reputacji, jaką cieszył się wśród współuczniów ten, którego nazywali rywalem Herlocka Sholmesa. Rozumowaniem, logiką i bez żadnych innych danych prócz tych, które napotykał we wszystkich dziennikach, zapowiadał kilkakrotnie rozwiązanie spraw bardzo zawiłych, z którymi organa sprawiedliwości zdołały się z trudem uporać dopiero w długi czas po nim.

Stało się powszechną zabawą w liceum Jansona zadawanie Beautreletowi pytań trudnych i zdumiewano się, widząc, z jaką pewnością analizy, za pomocą jakich genialnych dedukcji radził sobie wśród największych ciemności. Na dziesięć dni przed aresztowaniem sklepikarza Jorisse’a, wskazał wnioski, które można było wyciągnąć ze sławnego parasola. Tak samo twierdził od początku, w sprawie dramatu z Saint-Cloud, że stróż był jedynym możliwym mordercą.

Lecz najciekawsze było dziełko, które znaleziono w obiegu wśród wychowanków liceum, podpisane przez niego, wydrukowane na maszynie do pisania i odbite w dziesięciu egzemplarzach. Tytuł brzmiał:

 

ARSÈNE LUPIN i jego metoda

w czym on jest klasyczny, a w czym oryginalny

z dodaniem paraleli między angielskim humorem a francuską ironią

 

Było to głębokie studium nad każdą z awantur Lupina, w którym sposoby sławnego włamywacza występują nadzwyczaj plastycznie, gdzie nawet jest wykazany sam mechanizm jego działania, jego zupełnie odrębna taktyka; dalej jego listy do dzienników, jego groźby, zapowiedzi jego kradzieży, słowem ogół sztuczek, których używał dla „urządzenia” wybranej ofiary i postawienia jej w takim stanie umysłu, że się prawie sama wystawiała na cios zgotowany dla niej i że wszystko spełniało się, żeby tak rzec, za jej własną zgodą.

A wszystko to było tak słuszne jako krytyka, tak przenikliwe, tak żywe i z tak dowcipną a zarazem okrutną ironią, że od razu wszyscy kpiarze przeszli na jego stronę, że sympatia tłumów odwróciła się bezpowrotnie od Lupina do Izydora Beautreleta i że w walce, która zawiązała się między nimi, z góry obwołano zwycięstwo młodego ucznia retoryki.

Wobec możliwości tego zwycięstwa pan Fileul tak samo jak prokuratura paryska zdawali się zazdrośni, radzi zachować je dla siebie.

Z jednej strony istotnie nie udało się stwierdzić identyczności pana Harlingtona, ni dostarczyć stanowczego dowodu jego pokrewieństwa z bandą Lupina. Wspólnik tajemny, czy nie, milczał uparcie. Co więcej, po zbadaniu jego pisma, nie można było twierdzić dalej, że on to był autorem przyłapanego listu. Niejaki pan Harlington, posiadacz małej torebki podróżnej i portfela nabitego banknotami, zajechał do Grand Hôtelu, oto wszystko, co można było stwierdzić.

Z drugiej strony, w Dieppe pan Fileul utknął w miejscu, które mu zdobył Beautrelet. Nie uczynił ni jednego kroku naprzód. Wokoło indywiduum, które panna de Saint Véran wzięła za Beautreleta w wilię zbrodni, sama tajemnica. Same mroki również nad tym wszystkim, co się tyczyło uniesienia czterech Rubensów. Co stało się z tymi obrazami? Jaką drogą odjechał automobil, który je uwiózł w nocy?

W Luneray, w Yerville, w Yvetot, zebrano dowody jego przejazdu, jak również w Caudebec-en-Caux, gdzie musiał o świtaniu przejechać przez Sekwanę na promie parowym. Lecz kiedy badania doprowadzono do dna, wykazało się, że rzeczony automobil został odnaleziony i, że było rzeczą niemożliwą umieścić w nim cztery wielkie obrazy, żeby ich nie zauważyli urzędnicy promu.

Był to najprawdopodobniej właściwy automobil, lecz wówczas na nowo nasuwało się pytanie: co stało się z czterema Rubensami?

Tyle nagromadziło się zagadnień, które pan Fileul zostawiał bez odpowiedzi. Co dzień jego podwładni przetrząsali czworobok ruin. Prawie co dzień sam kierował tymi poszukiwaniami. Lecz stąd do odnalezienia kryjówki, w której konał Lupin – o ile zdanie Beautreleta było słuszne – stąd do odkrycia tej kryjówki była przepaść, o której przebyciu znakomitemu urzędnikowi nawet śnić się nie mogło.

Otóż naturalną było rzeczą, że zwrócono się do Izydora Beautreleta, gdyż jemu jednemu udało się rozproszyć ciemności, które poza nim gromadziły się jeszcze gęstsze i bardziej nieprzeniknione. Czemu się nie rozpalił do tej sprawy? Od punktu, do którego ją doprowadził, wystarczał mu jeden wysiłek, żeby dojść do końca.

Pytanie to postawił mu jeden z redaktorów Grand Jurnalu, w dniu, w którym wszedł do liceum Jansona pod fałszywym nazwiskiem Bernoda, korespondującego z Beautreletem.

Na to Izydor odparł bardzo mądrze:

– Drogi panie, na tym świecie istnieje nie tylko Lupin, nie tylko historie włamywaczy i detektywów, lecz istnieje także rzeczywistość, która nazywa się maturą. Otóż ja siadam do niej w lipcu. Mamy maj, a nie chciałbym paść. Bo cóżby powiedziało moje zacne ojczysko?

– Lecz cóżby on powiedział, gdyby pan wydał sprawiedliwości Arsène’a Lupina?

– Ba! Jest czas na wszystko. W najbliższe ferye...

– Zielonych świąt?

– Tak. Pojadę w sobotę 6 czerwca najbliższym pociągiem.

– I w sobotę wieczór Arsène Lupin zostanie ujęty.

– Da mi pan czas do niedzieli? – zapytał, śmiejąc się Beautrelet.

– Po co to opóźnienie? – odparł dziennikarz tonem zupełnie poważnym.

To zaufanie niewytłumaczone, zrodzone od niedawna, a już tak silne, czuli wszyscy wobec młodego człowieka, chociaż w istocie rzeczy wypadki usprawiedliwiały je tylko do pewnego stopnia. Mniejsza o to! Wierzono. Dla niego wydawało się wszystko łatwe. Oczekiwano odeń tego, czego by można było oczekiwać co najwyżej od jakiegoś fenomenu jasnowidztwa i intuicji, doświadczenia i zdolności. Dzień 6 czerwca! Data ta przewijała się przez wszystkie dzienniki. Beautrelet wsiądzie 6 czerwca do pospiesznego pociągu w kierunku Dieppe, a wieczorem Arsène Lupin zostanie aresztowany.

– Przynajmniej o ile stamtąd nie umknie... – przeciwstawili ostatni stronnicy awanturnika.

– To niemożliwe! Wszystkie wyjścia są strzeżone.

– A może zginął od swych ran – podnosili zwolennicy, którzy byliby woleli raczej śmierć niż ujęcie swego bohatera.

I następowała natychmiastowa replika:

– Ejże, gdyby Lupin umarł, jego wspólnicy wiedzieliby o tym i pomściliby Lupina, Tak powiedział Beautrelet.

I przyszedł 6 czerwca. Pół tuzina dziennikarzy czatowało na Izydora na dworcu Saint-Lazare, Dwaj z nich chcieli mu towarzyszyć w drodze. Błagał ich, żeby tego nie robili.

Zatem pojechał sam. Jego przedział był pusty. Dosyć zmęczony przez szereg nocy poświęconych pracy, zasnął zaraz głębokim snem. We śnie miał wrażenie, że zatrzymywano się na różnych stacjach i że ludzie wsiadali i wysiadali. Zbudziwszy się w Rouen, był jeszcze sam. Lecz na oparciu przeciwległej ławki zobaczył szeroką kartkę papieru przymocowaną za pomocą szpilki do szarej materii. Na niej było napisano:

 

Każdy niech pilnuje swego. Niech się pan zajmuje swoimi sprawami. Jeśli nie, tym gorzej dla pana.

 

– Wybornie! – zawołał, zacierając ręce. – Widocznie źle w obozie wrogów. Groźba ta jest tak samo głupia i tak samo ordynarna jak groźba niby – woźnicy. Co za styl! widać zaraz, że nie Lupin to pisał.

Pociąg wjechał do tunelu, który poprzedza stare miasto normandzkie. Na dworcu Izydor przeszedł się dwa czy trzy razy po peronie, żeby wyprostować nogi. Właśnie miał wrócić do swego przedziału, gdy wtem wymknął mu się okrzyk. Przechodząc obok składnicy księgarskiej, przeczytał pobieżnie na pierwszej stronicy specjalnego wydania Journal de Rouen tych kilka wierszy, których straszliwe znaczenie spostrzegł nagle:

 

Z ostatniej chwili – Telefonują nam z Dieppe, że tej nocy złoczyńcy wtargnęli do zamku d’Ambrumésy, związali i zakneblowali pannę de Gesvres i porwali pannę de Saint-Véran. Ślady krwi odnaleziono o pięćset metrów od zamku, a tuż obok znaleziono szal również zakrwawiony. Można obawiać się, że biedną dziewczynę zamordowano.

 

Aż do Dieppe Izydor Beautrelet siedział nieruchomy. Skulony we dwoje, z łokciami na kolanach i z twarzą ukrytą w dłoniach rozmyślał.

W Dieppe wynajął dorożkę. W bramie Ambrumésy spotkał sędziego śledczego, który mu potwierdził straszną wiadomość.

– Nic więcej pan nie wie? – zapytał Beautrelet.

– Nic.

W tej samej chwili wachmistrz żandarmerii zbliżył się do pana Fileula i podał kawałeczek pogniecionego zżółkłego papieru znalezionego niedaleko miejsca, w którym leżał szal. Pan Fileul oglądnął go, a potem podał Beautreletowi, mówiąc:

– To chyba nam niewiele pomoże w naszych poszukiwaniach.

Izydor obracał ten kawałeczek papieru na wszystkie boki. Pokryty cyframi, kropkami, literami i znakami, przedstawiał on dokładnie rysunek, który tu podajemy:

 

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.