Wybrana - Rafał Kosowski

Wybrana

0,0

Ostatnia część trylogii Rafała Kosowskiego to powieść o potędze łaski, która w obliczu bezmiernego zła i okrucieństwa, staje się dla człowieka jedynym światłem i ratunkiem. Mimo otaczającego mroku działa ona także poza ludzkim pojmowaniem, bo Ten, który zna na wylot wszystkie serca, widzi sprawy inaczej niż jakikolwiek człowiek.

Dodaj komentarz


Tego się nie spodziewałem, ale ostatnia część cyklu jest najlepsza (moim zdaniem). Autor więcej miejsca poświęcił wątkom związanym z mistycyzmem, a wizja świata jaki czeka człowieka po śmierci jest dość zaskakująca. Siły nadprzyrodzone, dużo tajemnic i intryg. Książka oczywiście nie odbiega klimatem od poprzednich części. Komu spodobały się poprzednie odsłony tej opowieści z tej części (i zakończenia) będzie na pewno zadowolony. Polecam cały cykl.


Ostatnia część cyklu „Dzień, w którym upadł Kanaan”. Siły boskie, ludzkie i piekielne ruszają do starcia, a sama historia rozpoczyna się wkrótce po tym, jak Naród Wybrany zniszczył mury Jerycha. Interpretacja Kosowskiego jest ciekawa i intrygująca, czytelnikowi dane poznać jest inne spojrzenie na wydarzenia znane z Księgi Jozuego. Jak dla mnie cała trylogia Kosowskiego, to warta uwagi pozycja, którą czyta się szybko.


Wydaje się, że autor "poszedł po rozum do głowy" i bardziej postarał się podczas pisania ostatniej części cyklu niż to uczynił w poprzednich tomach. Motywy i wątki oczywiście znajome, ale jest jakby więcej zjawisk nadprzyrodzonych i mistycyzmu, a tajemnice się mnożą. Nakreślenie przez autora wizji życia po życiu może pozytywnie zaskoczyć. Uważam, że ta część jest najlepiej dopracowana ze wszystkich części wchodzących w skład cyklu. Nie tylko dla miłośników powieści historycznych. Czytelnicy gustujący w fantastyce tez odnajdą w lekturze wiele przyjemności.


Ostatni tom cyklu jest zdecydowanie najlepszy. Rachabe zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem, wokół mnożą się intrygi i tajemnice wraz z nadprzyrodzonymi zjawiskami. Rozwiązanie zaskakuje. Polecam.


Trzeci i ostatni tom cyklu. Próbowałem zmęczyć do końca, ale nie dałem rady. Udało mi się przeczytać dwie części, ale trzecia nie zachęciła mnie do jej skończenia.


Ostatni tom cyklu "Dzień, w którym upadł Kanaan". Chyba najlepszy. Mistycyzm, tajemnice, zjawiska nadprzyrodzone. Książka bardziej zaskakuje niż poprzednie części. nakreślona jest nawet wizja życia po życiu. Dobre aby oderwać się od naszej szarej rzeczywistości.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

wybrana_okl.tif

Strona tytułowa

wybrana_tyt_2.tif

Strona redakcyjna

Redakcja:

Zespół Vocatio

Redakcja techniczna:

Paweł Pietrzyk

Korekta:

Beata Kaczmarczyk

Projekt okładki:

Maciej Garbacz

Copyright © 2011 by Oficyna Wydawnicza „Vocatio”.

All rights reserved.

Zdjęcie murów: Copyright © nickos68 – Fotolia.com

Zdjęcie kobiety: Copyright © VladGavriloff – Fotolia.com

Wszelkie prawa do wydania zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

W sprawie zezwoleń należy zwracać się do:

Oficyna Wydawnicza „Vocatio”

02-798 Warszawa, ul. Polnej Róży 1

e-mail: vocatio@vocatio.com.pl

Redakcja: fax (22) 648 63 82, tel. (22) 648 54 50

Dział handlowy: fax (22) 648 03 79, tel. (22) 648 03 78

e-mail: handlowy@vocatio.com.pl

Księgarnia Wysyłkowa

02-798 Warszawa 78, skr. poczt. 54

tel. (603) 861 952

e-mail: ksiegarnia@vocatio.com.pl

www.vocatio.com.pl

ISBN 978-83-7829-045-2

Zarejestruj się na stronie
www.vocatio.com.pl
jako odbiorca naszego newslettera,
a będziesz otrzymywał informacje o nowościach,
zniżkach i specjalnych promocjach
przygotowanych dla naszych Klientów.
Możesz oczekiwać zniżek o wysokości
nawet do 20–50% oryginalnej ceny detalicznej.

Motto

Teraz już wiem,

że nic mnie nie odłaczy od Twojej miłości

ani śmierć, ani życie,

ani posłańcy światłości, czy demony mroku,

ani dzień dzisiejszy, ani jutrzejszy,

ani żadna moc tego świata.

Nic nie zdoła mni odłączyć od Twojej miłości!

Rz 8,38-39

(parafraza autora)

Prolog

PRZEZ całą noc obie grupy nie zbliżyły się do siebie ani trochę. Zbiegowie uciekali bezładnie, nie mając nawet pojęcia, jakie zmagania nieustannie toczą się sferze niedostępnej dla ich poznania, a przecież odległe zaledwie o krok. Gdyby dane im jednak było dostrzec postaci obrońców i napastników, ich oblicza, płonące oczy i zaciekłość, z jaką przypuszczali i odpierali kolejne ataki, ucieczka zmieniłaby się w kompletny chaos, co zresztą i tak groziło im przez cały czas. Bo w dziejach planety niewiele było dotąd sytuacji, w których w bezpośrednie starcie włączyłby się sam Niosący Światło. Wbrew zapewnieniom generałów, że nadal wszystko jest pod kontrolą, postanowił osobiście zająć się dowodzeniem i gratulował sobie tej decyzji. Bez jego interwencji Totmes nadal tkwiłby w Tebach i opłakiwał swych zmarłych, a tymczasem kapłani do rana zdążyliby wzniecić rewoltę i rękami zdesperowanego ludu zabić władcę, ukarać za wszystkie plagi, a szczególnie za ostatnią – najstraszliwszą. Do tego czasu przeklęci zbiegowie byliby bezpieczni. Tak się jednak nie stało, bo tylko on – Anioł Otchłani – Abaddon, znał siłę nienawiści, czystej i potężnej jak on sam, nienawiści, która potrafi wznieść się nad rozpacz i świadomość klęski, ba, klęskę obrócić nie tylko w sukces, lecz także w spektakularny triumf, taki, o którym jeszcze przez stulecia będzie się pisać pieśni i eposy. I tylko on wiedział, jak sprawić, by ta nienawiść i moc poczęły krążyć w ludzkich żyłach, by wreszcie dumny faraon porzucił rozpacz i sam stał się nienawiścią i mocą.

Ale jeszcze przed świtem zdarzyły się dwie rzeczy, które przerosły dumnego księcia. Najpierw stawił mu czoła potężny Mikajehu idący dotąd z przodu kolumny i kierujący ucieczką, którą Syn Jutrzenki brał za objaw strachu i zaskoczenia. A przecież posłańcy Wszechmocnego nigdy nie bywali zaskakiwani. To prawda, dziwili się ludzkim decyzjom, sprawiały im one ból i przykrość, ale zawsze byli gotowi… Jakże mógł znów to przeoczyć?!

I właśnie wtedy, podczas pościgu, gdy ofiara niemal wpadała im w szpony, zjawił się Mikajehu i odżyły wspomnienia. Bo wtedy było tak samo: gdy w Niebiosach rozszerzała się rebelia, a on był pewny, iż nic nie powstrzyma go przed przejęciem władzy, jego brat Archangelo Mikajehu, zamiast stanąć u boku Syna Jutrzenki, przeciwstawił mu się i wyrzekł słowa, po których niezdecydowani nie mieli już żadnych złudzeń.

Któż jest jak Jahwe? — zapytał wówczas głosem donośnym jak grzmot. Któż jest jak Jahwe? — powtórzył z taką samą mocą.

Gdy teraz znów stanął mu na drodze, miał na ustach to samo pytanie, a Niosący Światło zatrząsł się z gniewu; nienawiść w jego oczach eksplodowała jak rodząca się gwiazda. Rzucił się w stronę Mikajehu i zajadle zaatakował jak szerszeń, a za nim runęły mroczne szwadrony. Otoczyli Opiekuna i jego wojowników zwartym półkolem, chcąc przebić obronę i wziąć odwet na zbiegach. Ale nie dali rady. Miecz Mikajehu skutecznie trzymał ich na dystans. Dla ludzi pędzących w pościgu był nieprzebytą ciemnością, dla legionów mroku – niezdobytą twierdzą. A za jego plecami, jak okiem sięgnąć lśniła jasność i pokazywała drogę uciekającym.

I tak posuwali się spiesznie, zaślepione furią piekielne hufce, najeżone kłami, szponami i mieczami, przed nimi Opiekun, którego imię brzmi Któż-Jest-Jak-Jahwe, i jego zastępy, a z przodu ci, których bronił, wciąż niedostępni dla wrogów. Aż droga już dawno została za nimi, a oni ujrzeli, iż posuwają się środkiem morza; zwarte ściany wód stały po obu stronach, grożąc upadkiem w porywach silnego wschodniego wiatru.

Niosący Światło ogarnął to jednym spojrzeniem i zadrżał. Bo nie byli tu sami. Oni – istoty duchowe, dla których nie było fizycznych granic i przeszkód, przywiedli tu swoje narzędzia. Gdy znów spojrzał w oczy Mikajehu, dojrzał w nich błysk triumfu i już wiedział, że przegrał. Po raz kolejny dał się ponieść ambicji, zostawiając rozsądek na boku. Znów jak głupiec zabrnął w ślepy zaułek i wiedział, co za chwilę się stanie, co musiało się stać, bo przemówił Mówiący, a wszak jedno Jego słowo dawało początek galaktykom.

Zorganizowany pościg zmienił się w totalny chaos, gdy tysiące bojowych rydwanów zaczęło się rozpadać pod wpływem spadających na nie zwałów wody. W jednej chwili konie ciągnące wozy albo stawały dęba po napotkaniu nieoczekiwanego oporu osi pojazdów pozbawionych kół i haratających o piaszczyste dno, albo nagle uwolnione od ciężaru rącze zwierzęta po zerwaniu uprzęży gwałtowanie nabierały szybkości i wpadały na szczątki wozów jadących przed nimi, tratując piechurów i przewracając inne konie. Wystarczyło parę chwil, by cała armia faraona straciła swoje główne atuty bojowe. Ale on znów był tym samym zatwardziałym Totmesem, który, jeśli uginał się, to jedynie na chwilę, dopóki nie minęło zagrożenie. Potem jego twarz ponownie przybierała zacięty i pogardliwy wyraz, co poczytywał za dowód swej mądrości i odwagi. Teraz wciąż dumnie milczał, mimo tego, że dokoła zaczęły rozlegać się paniczne okrzyki, które dotkliwie przypomniały faraonowi, z czym musiał się zmagać przez ostatnie miesiące.

— Ich Bóg walczy za nich, jesteśmy zgubieni! — wołali zarówno szeregowcy, jak i oficerowie.

Angelos niczym zwinne jastrzębie wciągali przeciwnika w walkę, kluczyli między uszkodzonymi rydwanami, powiększając chaos, pojawiali się znikąd i o włos unikali czarcich szponów, co doprowadzało tamtych do furii.

— Zostawcie ich! — Niosący Światło bezskutecznie wykrzykiwał rozkazy w kierunku generałów, próbując zapobiec najgorszemu. — Zarządzić odwrót. Odwrót! Każcie Egipcjanom zawracać!

Ale wściekłość Totmesa była jak lawina, łatwo ją było rozpędzić, lecz zatrzymać niepodobna.

— Zorganizujcie się, głupcy! — ryknął faraon w kierunku swych dowódców, wściekły, że sam musi zejść z platformy powozu i brodzić w mokrym piasku. — Każcie im zejść z rydwanów, brać łuki i gonić tę pasterską hołotę! To tylko parę mil, słyszycie? Boicie się śmierdzących pasterzy?! Wyprzęgać i dosiadać koni!!!

W końcu Angelos zniknęli, pozostawiając demony w stanie wrzenia; przypominały teraz rój szerszeni. Zło raz wprawione w ruch, albo z impetem uderza w cel, albo trafia na silną zaporę, a wtedy obraca się przeciw tym, którzy je wezwali. Słowa „boskiego” faraona tonęły w zgiełku przerażonych głosów. Po raz kolejny wszyscy widzieli to, czego król nie chciał zobaczyć – Jahwe znów odsłonił swe mocarne ramię i ogłosił sąd nad ścigającymi. Wiedzieli, że są zgubieni!

*

Kapitan Ahmotes prowadził swój niewielki oddział na końcu kolumny. Doskonale zdawał sobie sprawę z bezsensu decyzji Totmesa o podjęciu pościgu. Wcale nie zamierzał przypłacić życiem jego głupoty. O zmierzchu nagle spadły na nich tak gęste ciemności, jak wtedy, w Egipcie, a porywisty wiatr chłostał ich niemiłosiernie, jakby cała przyroda sprzyjała temu, którego błogosławiona Hatszepsut wyciągnęła z wody, przybrała za swego syna i chciała uczynić następcą tronu. Dlaczego widział to tylko on, skromny kapitan, i jego najbardziej zaufani żołnierze? Pozostali dawali się porwać szaleństwu Totmesa, który już od dawna nie zasługiwał na zaufanie.

Moszeh był sługą Boga, kapitan od zawsze był tego świadom, więc szedł wraz z armią tylko po to, by w najlepszym razie zdać potem raport z klęski, bo nic lepszego nie mogło ich czekać po drugiej stronie morza. Teraz był jednak pewny, że nawet nie dotrą na drugi brzeg – byli w pułapce, niemal dostrzegał dłonie potężnych, świetlistych istot powstrzymujących napór morza, dzięki czemu w ogóle mogli wejść w ten najdziwniejszy, szmaragdowy tunel. Co będzie, gdy nadejdzie czas wybrany przez ich Boga na wymierzenie ciosu i mocarne dłonie zostaną cofnięte?

Niedaleko za ścianą tunelu woda gwałtownie ciemniała – tam zaczynała się przerażająca głębia. Tylko ten wąski skrawek płycizny nadawał się na przejście. Jahwe doskonale wybrał dla swego ludu drogę przez środek zatoki.

Ahmotes w głowie układał sobie plan działania, a jednocześnie ganił się za własną głupotę, która kazała mu posłuchać rozkazów Totmesa. Co teraz zrobić? Zawrócić samemu? Nikt tego nie zauważy, a nawet jeśli tak, to wątpliwe, by zaczęli go ścigać. Nie może jednak zostawić swoich żołnierzy. Czy wolno mu nakłaniać ich do dezercji? Ale coś trzeba zdecydować, teraz albo nigdy.

Gdy tylko od czoła pochodu dała się słyszeć wrzawa i nawoływania, wiedział, że to początek końca i nic już nie może powstrzymać łańcucha wydarzeń. Gromkim głosem przywołał swoich podkomendnych. Natychmiast posłusznie zebrali się wokół. Jednak zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, usłyszeli słowa powtarzane z trwogą teraz już chyba przez wszystkich:

— Ich Bóg walczy za nich, jesteśmy zgubieni! Rydwany pogruchotane, jesteśmy w rozsypce!

Skinął na adiutanta.

— Pamiętasz naszą rozmowę?

Nesmut przytaknął. Pozostali musieli coś podejrzewać. W drodze słyszał, jak komentują decyzje dowództwa. Dobrze ich wyszkolił. Potrafili myśleć i wyciągać wnioski. Teraz nerwowo rozglądali się dokoła, śledząc zachowanie pozostałych oddziałów, które zamiast przegrupować się po stracie rydwanów, miotały się bezładnie, powiększając i tak już ogromny zamęt. Ahmotes odnosił wrażenie, że zastępy złośliwych dżinów przejęły dowództwo nad armią Egiptu i gnały ludzkie pionki po swej szachownicy, bawiąc się nimi jak kot z myszką, zanim wymierzą ostateczny cios.

— Czas na nas. Każ im ruszać za mną i nie zadawać pytań.

Wiedział, że go posłuchają.

Patriotyzmu nie wolno mylić z głupotą — powtarzał sobie w myślach. To wpajał mu Moszeh, gdy jeszcze stał na czele armii. Ten kraj wyglądałby inaczej pod jego rządami. A teraz ścigali przybranego syna boskiej Hatszepsut i jego lud, łamiąc wszelkie przyrzeczenia i umowy. Trudno to było w ogóle nazwać pościgiem. Zawsze pragnął chwalebnej śmierci w bitwie, a tutaj na jego oddział czekała śmierć, i to w hańbie: potopieni jak bydło, w pogoni za bezbronnymi!

Po kolei omiótł ich spojrzeniem i spiął konia. Nesmut rzucił rozkaz i wszyscy jak jeden mąż ruszyli z kopyta.

Ahmotes na chwilę poczuł się lepiej. Odważył się na podjęcie trudnej decyzji, nie szedł jak baran na rzeź i miał jeszcze szansę. Jednocześnie jakiś uparty głos w jego umyśle powtarzał bez przerwy, że czas na dokonanie właściwego wyboru minął.

*

Demony Niosącego Światło nadal były poza kontrolą i teraz nie było takiej siły, która mogłaby przywrócić porządek w niezwyciężonej dotąd armii. Weterani z walk o Fenicję i Nubię, zwycięzcy w bitwie pod Megiddo i w kampanii mitanijskiej, bitni i karni, rozsławiający imię Ra i Izydy po całym regionie, teraz biegali jak przerażone dzieci bez celu i dowodzenia. Co chwilę potykali się o połamane koła rydwanów i ciała tych, których stratowały spanikowane konie.

Wrzawa narastała, a po chwili dołączył do niej inny, straszny dźwięk. Ahmotes obejrzał się zaledwie raz i już wiedział, że za nic nie zechce zrobić tego ponownie. Morze gwałtownie napływało do tunelu, druzgocąc wszystko to, co wciąż mogło poruszać się o własnych siłach. Kapitan jeszcze mocniej popędził rumaka, koncentrując się jedynie na własnym ocaleniu. Pozostali żołnierze zrobili to samo i kilkudziesięciu jeźdźców gnało przez mokry piach ku zbawiennemu brzegowi, który był jednak wciąż ponad milę od nich.

Za daleko, by zdążyć!

— Bogowie, pomóżcie! — Stare nawyki wciąż kazały mu szukać ratunku u bezsilnych. Po chwili znów zdał sobie sprawę ze swej głupoty. Cóż możecie zrobić? Zostaliście upokorzeni i pokonani — pomyślał z goryczą, a natrętny głos nadal powtarzał w jego głowie ponurą wróżbę: Już za późno, za późno, za późno… Zginiesz… Zginiesz… Zginiesz…

W nic już teraz nie wierzył. Pchał go do przodu jedynie instynkt przetrwania. Hałas narastał, a wraz z nim w stronę brzegu mknęła fala powietrza pędzona masami napływającej wody, przewracając wraki rydwanów i rzucając żołnierzami jak suchymi liśćmi. Ahmotes nigdy nie bał się tak bardzo jak teraz.

W pewnej chwili poczuł, jak ich rumaki przyspieszają, odnajdując pod kopytami skały wśród grząskiego piasku. Poczuł cień otuchy, która jednak od razu zbladła. Dno podnosiło się pod coraz ostrzejszym kątem w stronę zachodniego brzegu, zmuszając zmęczone konie do jeszcze większego wysiłku.

Nie mamy szans — pomyślał i usadził konia w miejscu.

Zdezorientowani żołnierze zatrzymali się wraz z nim, sądząc, że coś się zmieniło na ich korzyść, ale grzmot wody za ich plecami zaprzeczał tym nadziejom.

— Nadal jesteśmy wojownikami Egiptu! — ryknął w ich kierunku. — Śmierci trzeba spojrzeć prosto w oczy. Nie będziemy uciekać, bo to i tak na nic. Walczyliśmy razem, teraz razem zginiemy!

Na ich twarzach zagościła determinacja pomieszana z rozpaczą. Ustawili się w zwarty szereg, chociaż wiatr pędzący przed czołem fali niemal porywał konie w górę. Mimo to patrzyli do samego końca, zanim zdruzgotała ich biała kipiel.

*

Na przeciwległym brzegu wciąż falował zdumiony tłum Izraelitów, stanowiąc doskonały przykład niestałości ludzkich uczuć.

— Pogrążeni! Egipcjanie zostali rozgromieni! Zginęli w odmętach! — krzyczeli na całe gardło ci stojący najbliżej wody, widząc wypływające na powierzchnię ciała żołnierzy i koni, resztki owalnych tarcz i biało-czerwone pasiaste chusty zerwane z głów żołnierzy Totmesa przez potężny napływ żywiołu. — Jahwe ocalił nas! Chwała Temu-Który-Jest!

— Biada nam, zginiemy! Moszeh wprowadził nas w pułapkę! — darli się wniebogłosy ludzie stłoczeni w odległości mili od brzegu, nie wiedząc jeszcze, co się stało.

— Czy w Egipcie zabrakło grobów, że ten stary głupiec poprowadził nas aż tutaj, byśmy poumierali na pustyni?!

— Po co w ogóle wychodziliśmy z Goszen? Już wtedy trzeba było wepchnąć Moszehowi do gardła te jego puste zapewnienia i obietnice!

*

Powierzchnia wody powoli uspokajała się, tylko gdzieniegdzie kręciły się niewielkie wiry, a drobne fale napływające z przeciwnych kierunków zmagały się ze sobą jakby dla zabawy. I gdyby nie mnóstwo przedmiotów i ciał unoszących się na całej długości przebytego przez nich odcinka, można by zaprzeczyć, że to wszystko było czymś więcej niż tylko absurdalnym złudzeniem. Jednak ludzie stojący najbliżej brzegu wyraźnie widzieli, że to wydarzyło się naprawdę.

Jehoszua stojący tuż obok wodza patrzył nie tyle na wodę, co na rozkołysaną ludzką masę wydającą z siebie wszystkie jęki i narzekania, zmieszane z dzikimi wrzaskami radości i chwały dla Najwyższego. Nie łudził się. Wiedział, że nie będzie łatwo opanować ten najdzikszy z żywiołów – naród twardego karku i niestałego serca! Gąsienica ciężko wydostała się na brzeg i wciąż nie wiedziała, skąd wyszła i dokąd zmierza. Nie potrafiła ogarnąć ogromu Bożej troski, bo nowe stworzenie w środku dopiero zaczęło się kształtować.

— To będzie bolesny proces, wodzu — powiedział, kierując spojrzenie na lud zbity w gęstą masę na całym brzegu, zajmujący dziesiątki akrów pobliskiej przestrzeni. Potrzeba nam wiele wsparcia od El Elohe Israel, zanim osiągniemy cel.

Moszeh nie odzywał się, tylko oparł rękę na ramieniu swego młodego adiutanta i mocno uścisnął, spoglądając mu prosto w oczy. Jehoszua wyczytał w jego spojrzeniu potwierdzenie swoich własnych obaw i przewidywań. Czekała ich bardzo daleka droga…

*

Stojąc na brzegu zatoki, Niosący Światło przymrużył oczy i powoli się uspokajał. Umknęli mu, to fakt; Egipt już nie odważy się na żadne zaczepne działanie, więc ten atut przestał się liczyć. Ale ludzie nadal byli ludźmi. Te przeklęte zwierzęta, obdarzone duchem i umysłem, wyszły na drugi brzeg takie same, jakie z własnego wyboru były przez całą dotychczasową historię – słabe i głupie. Za chwilę zapomną o tej nocy i jej grozie. A on wiedział, jak to wykorzystać.

Po kolei przesuwał wzrokiem po ich twarzach, widział odblask ich emocji i myśli. Znajdzie wielu takich, którzy chętnie posłuchają obcego głosu.

Przywołał jednego z książąt.

— Znajdźcie to za wszelką cenę. Znajdźcie słabe ogniwo.

— Tak jest, Wasza Wysokość.

— Wystarczy tylko jedno. I skupcie na nim całą swoją moc. Możesz odejść. — Odprawił go, nawet nie zaszczycając spojrzeniem, po czym znów spojrzał na ludzką masę. — Zawsze jest jakieś słabe ogniwo i wcześniej czy później pęknie.

Odgłosy dnia powoli cichną dookoła,

Jestem bliżej, niż byłam,

Choć dokładnie nie wiem gdzie…

Już za chwilę, wsłuchana w noc,

Znowu zatęsknię za domem, który obiecałeś

Znowu zatęsknię…

Za Ziemią Obiecaną

1 Obóz

Nawet zwyciężając,

ludzie nieopatrznie sieją ziarna przyszłej klęski,

a na ścieżkę ocalenia zabierają ze sobą

ciężki bagaż rozpaczy i niewiary.

MINĘŁO wiele czasu, zanim odważyli się podnieść oczy. Przysypani pyłem i drzazgami opadającymi z belek stropu, wyglądali jak postaci z baśni, które ostatnie sto lat spędziły tuż pod powierzchnią ziemi, pogrążone w tajemniczym śnie. Budowla przestała się kołysać, ale gdzieniegdzie słychać jeszcze było chrzęst i skrzypienie nadwyrężonych belek i wiązań. W izbie wciąż wisiał duszący pył, cięty jasnymi, wąskimi jak ostrze miecza promieniami światła wpadającego do środka przez liczne szpary i pęknięcia. Ostrożnie otwierali oczy i wycierali twarze rękawami szat. W tej świetlistej pajęczynie ledwo rozpoznawali swe oblicza.

Choć łoskot walących się murów dawno ucichł, dźwięki, jakie go zastąpiły, były nie mniej przerażające. Ze wszystkich stron słyszeli i czuli pospieszny krok dziesiątek tysięcy wojowników atakujących miasto, przemykających obok budynku karczmy wyrwanego spośród murów, tak jak nurt strumienia omywa sterczący głaz, a w ślad za nimi pędziła śmierć. Nie otwierali drzwi w obawie przed aniołami zagłady, lecz odgłosy umierania dochodzące ze wszystkich stron wystarczyły, by wyobrazić sobie, co działo się w potępionym grodzie. A ten umierał gwałtowną śmiercią, ściśnięty przez atakujących ze wszystkich stron, dyszał w agonii jak po stumilowym biegu pod górę. Pozbawiony murów, pozbawiony obrońców, którzy legli pod ich gruzami, krwawił tysiącami ran i krzyczał z przerażenia i bólu tysiącami gardeł. Wbrew wszelkim oczekiwaniom, miasto uważane za wieczne, choć w istocie istniało mniej niż tysiąc lat, znikało z powierzchni ziemi w ciągu zaledwie minut, jak zamek z piasku na plaży pod naporem fal przyboju.

Najpierw uderzył sam El Elohe Israel, a gdy opadł kurz wzbity w górę po upadku murów, ruszyła fala żołnierzy i z morderczą dokładnością, niczym żywioł poczęła wdzierać się wszędzie tam, gdzie znalazła jakiekolwiek oznaki życia. Na południu przemknęli przez opustoszały rynek i poczęli szturmować mury zamku. Atakujący od wschodu, mimo dość stromego podejścia, wpadli między drzewa świętego gaju otaczającego świątynię Yeracha i Aszer, gdzie nie napotkali prawie żadnego oporu. Na widok pędzących w ataku Angelos duchowi rezydenci tego miejsca zaczęli umykać z kryjówki jak czarne kruki, pozostawiając swemu losowi przerażonych kapłanów, świątynnych rozpustników, nierządnice oraz zwykłą służbę.

Wieża w zachodniej części grodu padła wraz z wewnętrznym odcinkiem murów, z których wyrastała, a upadając, niemal rozcięła królewską rezydencję na pół, zdruzgotała salę tronową i skarbiec, choć większość zamkowych zabudowań wciąż stała nienaruszona. Setki glinianych tabliczek i zwojów wraz z całym mnóstwem magicznych rekwizytów zmieszało się z kosztownościami królewskiego skarbca. Wśród tej bezładnej mieszaniny drogocennych przedmiotów i zwykłych rupieci leżał Unutri ze swą wciąż piękną małżonką, oboje zmiażdżeni załamanym stropem. Półprzytomni z bólu, w ciągu ostatnich minut swego życia widzieli tylko przemykające nad nimi stopy zdobywców, słyszeli odgłosy rzezi wzmacniane dźwiękami padających jeszcze gdzieniegdzie ciał. Spływały na nich strużki krwi. Widzieli twarze swoich dworzan i służby zastygłe w śmiertelnym grymasie. W końcu i oni sami zostali zauważeni, a litościwe miecze zakończyły ich mękę.

Najtrudniejszą drogę do przebycia mieli wojownicy szturmujący miasto od północy, jako że tam wzniesienie było najbardziej strome, i gdyby obrońcy potrafili choć trochę się zorganizować, napastników czekałyby spore trudności. Jednak o oporze nie było nawet mowy – koszmar okazał się tysiąckrotnie gorszy od najbardziej przerażających wizji. Fale atakujących z różnych kierunków wkrótce spotkały się stłoczone na wzgórzu zamkowym i rozpoczęły metodyczny rabunek wszystkiego, co cenne.

Wtedy właśnie ocaleni, którzy przebywali w karczmie, usłyszeli pośród zgiełku dźwięk zbliżających się kroków. Po chwili kilka par rąk ze sporym wysiłkiem zaczęło otwierać wrota, które zaklinowały się w zdeformowanej wstrząsami futrynie. Do środka jako pierwszy wszedł Szalma. Od razu go poznała, choć jego twarz, zbroja, ramiona i golenie pokryte były świeżą, choć już zakrzepłą, krwią. Tuż za nim wszedł Amram, a na zewnątrz zatrzymało się jeszcze kilku żołnierzy. Dyszeli ciężko. Mięśnie mieli wciąż naprężone, naznaczone siatką żył. Z nielicznych zadrapań sączyła się krew i mieszała z kananejską posoką.

Matka, Keszmi i Keyla, które nigdy wcześniej ich nie widziały, krzyknęły w trwodze, bowiem widok hebrajskich żołnierzy nadchodzących wprost z bojowej zawieruchy był przerażający. Bracia Rachabe i Rajehu zerwali się na równe nogi, gotowi na wszystko. Nie wiedzieli, czy nie są to jacyś egzekutorzy przeczesujący teren w poszukiwaniu ocalonych. Kto wie, może odwiedzili już niejedną taką kryjówkę, a widząc w jej środku ciągle żywych mieszkańców Jerycha, rzucali się na nich z mieczami, by dokończyć dzieła śmierci? Dopiero gdy Rachabe wstała i zrobiła w stronę żołnierzy niepewny krok, wszyscy odetchnęli z ulgą.

To tak wygląda nasze ocalenie? — pomyślała. I co teraz?

Patrzyli na siebie w milczeniu, a potem Rachabe przeniosła spojrzenie na to, co było za plecami Izraelitów. Drzwi do karczmy wychodziły na wschód i dotąd zawsze widziała za nimi zakręt ulicy biegnącej wzdłuż muru. Teraz nic nie przesłaniało widoku na rozległą równinę obniżającą się w kierunku Jordanu, a w bliższej perspektywie ujrzała obraz zniszczenia, na jaki nie była przygotowana. Mur zewnętrzny, w który wbudowano karczmę, zniknął. Wstrząs uszkodził także liche budynki stojące po przeciwnej stronie ulicy. Z niektórych zostały tylko sterczące kikuty narożników. A dalej było jeszcze gorzej, jakby jakiś niszczycielski huragan skruszył wewnętrzny mur i cisnął gruzem, niczym suchymi liśćmi, do wewnątrz grodu.

Pobladła z przerażenia. Mijając Szalmę i Amrama, wyszła przed budynek. Chciała iść dalej, ale potknęła się na gruzie. Szalma podtrzymał ją w ostatniej chwili. I wtedy dojrzała ciała sąsiadów; zwłoki odcinały się czerwienią na tle rumowiska. Ze zgrozy przysłoniła ręką usta.

— Chodź, Rachabe — cicho powiedział Szalma. — Nie patrz na to. Zawołaj swoich, weźcie dobytek i chodźmy stąd. Miasto zaraz spłonie.

Uciszyła go gestem podniesionej ręki i ostrożnie wspięła się na najbliższą stertę kamieni, by przypadkiem nie stanąć na czyichś zwłokach. W ostatnich tygodniach nienawidziła tego miasta z całego serca, lecz bezmiar zniszczenia poraził ją. Poczuła obecność Szalmy.

— To straszne — wyszeptała przez łzy.

— Wiem, co czujesz — powiedział. — Wcześniej byli dla mnie obrzydliwością, brudem do usunięcia.

Drgnęła. Też tak myślała.

— A umierali jak ludzie… — załkała. — To chcesz mi powiedzieć?

— Tak, w śmierci każdy równy. Gdyby jeszcze chcieli żyć jak ludzie… Teraz jest za późno.

— Chodźmy. Nie chcę na to patrzeć.

Pozostała trzynastka ocalonych również z pobladłymi twarzami przyglądała się dogorywającemu miastu. Wśród stojących jeszcze tu i ówdzie budynków grasowali żołnierze. Wiedzieli, iż są oni lepszym ludem, sprawiedliwszym, są narodem El Elohe Israel, teraz jednak wyglądali jak żołdacy pierwszej lepszej armii świata zajętej plądrowaniem zdobytego grodu.

Szalma musiał też to zauważyć, bo pospieszył z wyjaśnieniem.

— Kosztowności trafią do świątyni. To cherem – nie wolno zabierać dla siebie…

Umilkł, bo i tak go nie słuchała. Wraz z innymi zaczęła wynosić z budynku rzeczy przeznaczone na drogę. Poczuł się niezręcznie. Inaczej wyobrażał sobie to spotkanie, ale rozumiał jej odczucia, przynajmniej miał nadzieję, że rozumie. Widząc ich krzątaninę, przywołał kilku żołnierzy ze swojego oddziału, by pomogli ocalonym zebrać się z dobytkiem. Dotąd udawali, że zajmuje ich co innego, był jednak pewny, że uważnie im się przyglądają. Tak to bywa, gdy jest się bratem naczelnika plemienia.

Wezwał przełożonego nad tysiącem i kazał mu dołączyć wraz z resztą oddziału do sił jego brata – naczelnika szczepu Judy przeczesującego miasto w poszukiwaniu ostatnich ognisk oporu. Gdy znów ujrzał Rachabe, wychodziła ze środka budynku z Menuel na rękach, a za nią obie przyjaciółki. Najmłodsze dzieci były wciąż przerażone i płakały. Najstarsza z nich Elaja wyglądała jak siedem nieszczęść. Z pomocą żołnierzy Szalmy sprawnie wszystko przygotowali do opuszczenia miasta. Rachabe zauważyła, że żołnierze rzucają w jej stronę zaciekawione spojrzenia. Nie wiedziała, co Szalma i Amram opowiadali im o nierządnicy z Jerycha, ale musieli chyba opisać ją jak jakąś bohaterkę, bo w ich oczach widziała podziw. Tyle że ona wcale nie czuła się z tego powodu lepiej. Wręcz przeciwnie. Jak dotąd był to koszmarny dzień, choć południe minęło nie tak dawno.

Tylko jedna myśl dodawała jej prawdziwej otuchy. Gdzieś tam, w gruzowisku, leży martwy Hetammu. Jego jednego nie żałowała. Smutkiem tylko napełniała ją myśl, że jak za życia szerzył śmierć i zniszczenie, tak pewnie przed śmiercią, w swej ostatniej walce, przyparty do muru zabrał ze sobą wiele istnień hebrajskich żołnierzy. Znów osierocił jakieś dziecko, szczęśliwą mężatkę zmienił we wdowę, a jakiejś matce zabrał ukochanego syna. Lecz tego pewnie się już nigdy nie dowie.

Nie pamiętała, jak znaleźli się na drodze do Galgalla. Szła z ciężkim sercem, a w jej głowie nagle zabrzmiała tęskna pieśń śpiewana podczas święta zmarłych przez kapłankę odgrywającą Anath, gdy bogini żegnała swego ukochanego. I choć nawrócona qedesha chciała bezpowrotnie pogrzebać stare życie, melodia dziwnie pasowała do scenerii. Smutek wzbudzony widokiem śmierci nadał pieśni jeszcze głębszy wymiar, jakby Niebiosa bolały nad potępionymi, zamiast święcić triumf po wymierzeniu sprawiedliwej kary. Wcześniej myślała, że wraz ze zniszczeniem miasta zginą wszystkie wspomnienia z nim związane, ale koszmar dopiero się zaczynał, jak półtora roku wcześniej w drodze do Gibeonu. Starzy dręczyciele nie odeszli; zaczajeni w cieniu, nie rezygnowali.

Nagle usłyszała charakterystyczny odgłos pożaru. Wszyscy obejrzeli się jak na komendę. Z miasta, niczym z ofiarnego stosu, wznosił się ku niebu gęsty dym. Beszewi, idąca obok, zgadywała odczucia córki. Słowa Rachabe natychmiast to potwierdziły.

— To właśnie moje życie, mamo — rzekła wpatrzona w płonące miasto. — Kupa gruzów, płomienie i śmierć…

— Ocaliłaś nas, pamiętaj o tym, Perełko. — Beszewi nie potrafiła patrzeć na jej udrękę. — Nie zadręczaj się, kochanie. Będziemy żyć.

Nic nie odpowiedziała.

*

Dzień ciągnął się w nieskończoność. Najpierw Padriya długo nie potrafiła się uspokoić. Wciąż i wciąż pytała Ze o Menuel, a gdy opowiadał wszystko, co wiedział i czego się domyślał, na przemian płakała i śmiała się. Zawsze wierzyła, że jej córeczka jest bezpieczna i może nawet kiedyś się spotkają, ale teraz były tak blisko siebie, że dalsze czekanie było, zda się, nie do zniesienia. Ale Padriya już wcześniej zdołała wznieść się ponad ból i rozpacz, a teraz coraz odważniej sięgała wiarą za tę zasłonę tajemnicy i niepewności dzielącą ją od córeczki. Niewiarygodna historia ocalenia Belei i Szil usłyszana tuż po spotkaniu w osadzie dodawała jej siły, bo przez cały czas Wielki El czuwał nad nimi wszystkimi, a skoro przeprowadził ich niemal nietkniętych przez piekło, na pewno nie zostawi ich na pastwę losu u końca drogi.

A potem uspokojona i prawie szczęśliwa Padriya zostawiła obu przyjaciół, by mogli się nagadać. Czas jakby zatrzymał się w miejscu. Ze i Lape chłonęli swoje historie, bez końca pytali o różne szczegóły, przeplatali je wspomnieniami z dawnych lat, potem kilkakrotnie zmieniali temat, aż znów wrócili do Rachabe.

— Jak myślisz? — zapytał Ze. — Co z nią będzie?

— Z Aberes?

— Teraz każe na siebie mówić Rachabe, pamiętaj.

— Tak, pamiętam. Ciągle nic o nas nie wie?

— Nie. Uznała wszystko za stracone. Podczas mojej ostatniej wizyty sprawy ułożyły się tak niepomyślnie, że musiałem uciekać, a potem nie było sposobu wyrwać jej stamtąd. Gdybyś widział, co się wtedy działo. Jakby całe to paskudne miasto sprzysięgło się przeciwko niej. Przeklęta bezsilność! Na wojnie potrafiliśmy zmieniać losy bitwy, ale tam nie potrafiłem jej ochronić. Pozostała mi jedynie modlitwa… — Rysy twarzy Ze stwardniały. — Dlaczego nie próbowaliście nas znaleźć? Czy masz pojęcie, ile ona wycierpiała?

— Powiedzieli mi, że nie żyje. Mogłem przypuszczać, że kłamią, łotry przeklęte, ale z drugiej strony, czemu mieliby kłamać? Nie było ku temu powodów. Za chwilę mieliśmy zginąć. A potem każdy dzień był jak stroma wspinaczka, maleńkie dziecko, strach, że w każdej wiosce ktoś o nas doniesie i znów trafimy w pułapkę. A gdy wreszcie znaleźliśmy schronienie wśród dobrych ludzi i zdawało się, że nic nam nie grozi, matka zachorowała i nie mogłem zostawić jej samej z Szil. I tak to trwało; myśleliśmy o Rachabe, jak musi się zadręczać, błagaliśmy Boga o jak najszybsze spotkanie, ale sam widzisz, że nie wyszło. Próbowaliśmy jakoś to wszystko poukładać. — Zakrył twarz dłońmi. — A potem gruchnęło, że szykuje się wojna. Boże kochany, jak mogliśmy przetrwać aż do teraz?

— Bóg jest wielki, przyjacielu. — Ze położył rękę na sercu. — Ale Jego drogi są tak niepojęte. Bo pomyśl, po co to wszystko? Skoro potrafił wyrwać was z mocy płomieni, o ileż łatwiej mógł sprowadzić Rachabe z Szil całą i zdrową…

— Nie odpowiem ci na to. — Lape zamyślił się na chwilę wpatrzony w stronę Jerycha, a potem jakaś myśl rozjaśniła jego oblicze. — Chociaż nie, to jednak ma sens. Pomyśl, co stałoby się, gdyby wszystko poszło po naszej myśli? Czy wierzyłbyś w Niego tak mocno jak teraz? Podczas tej potyczki na skrzyżowaniu traktu znów pomyślałem, że niezłe z nas zabijaki, skoro daliśmy tamtym łupnia, jak kiedyś w wojsku. Stary głupiec ze mnie! Pewnie dalej bym tak myślał, gdyby nie porwali matki. A teraz wiem, że Oni wciąż przy nas byli. Najwyższy strzegł nas przez całą drogę.

Ze słuchał go w skupieniu i kiwał głową.

— Masz rację — powiedział. — Ale pomyśl o Rachabe. Naprawdę przeszła przez piekło, widziałem jej rozpacz, potem próbowała spotkać się z rodziną i też poszło źle, wreszcie wpadła w bagno w świątyni Aszer i upodliła się do granic. Lape, byłem w tym mieście i wiem, o czym mówię. Gdyby tylko wiedziała, że jej córeczka żyje, że spotka ją choćby po latach, inaczej pokierowałaby swoim życiem.

— A nie pomyślałeś, że to dla niej też była próba? Że nadal jest?

— Nie przesadzaj, Lape. Wszędzie próby i doświadczenia? Ciągle nie wiemy, co z nią się stało. A jeśli do końca tkwiła w tym zepsuciu i Bóg wymierzył jej karę wraz z innymi grzesznikami? Przecież ostrzegałem ją nieraz. W tamtą noc była na skraju wytrzymałości i widziałem, że chce się od tego uwolnić, ale kto wie, co stało się później? To jak w bitwie: albo będziesz bohaterem, albo trupem.

— Wierzę, że podjęła dobrą decyzję. Popatrz na mnie i na siebie. Ocaleliśmy, ty jesteś nie tylko moim przyjacielem, wiara w Jedynego uczyniła z nas braci. W życiu nie pomyślałbym, że nasze ścieżki zwiążą nas mocniej niż przed laty w wojsku. Łatwą drogą nigdy nie doszlibyśmy tak daleko.

Ze nie odpowiedział, w jego oku zakręciła się łza. Lape też był wzruszony. Po chwili podjął wątek:

— Jest z nami nawet Padriya z mężem i dziećmi. Jeszcze półtora roku temu te łotry były silne i robiły, co chciały. A teraz? Tylko patrzeć, jak Kanaan upadnie. Skoro Najwyższy tak doskonale wszystko prowadzi, nie sądzę, by zapomniał o Rachabe. Jemu nie przytrafiają się wypadki przy pracy, Ze.

— Masz rację, ale jej los ciągle nie daje mi spokoju. Poznałem ją lepiej niż ty czy twoja matka i wiem, przez co przeszła. Mam wyrzuty sumienia, że siedzę sobie teraz z tobą spokojnie, a dla niej przeszłość ciągle jest otwartą raną.

— Ale przyjdzie dzień, pewnie nie tak odległy, że spotka swoją Szil, pomyśl, co to będzie za spotkanie. — Rozpromienił się. — Nie wierzę, po prostu nie wierzę, że po tym wszystkim Szil miałaby zostać sierotą. Na pewno się spotkają. A Padriya znowu przytuli do piersi swoją Menuel. Pomyśl tylko, gdyby nasze plany się powiodły i Aberes miała swoją Różę, czy kiedykolwiek zwróciłaby uwagę na Wszechmocnego?

Ze pokręcił głową.

— Sam widzisz. Powiem ci, jak by to wyglądało, jak zawsze to wygląda, dopóki nie stajesz przed ścianą albo nie dotykasz dna. Zawsze zdaje ci się, że sam sobie zawdzięczasz ocalenie, a przez to niczego się nie uczysz i w końcu powala cię jeszcze większe nieszczęście. Dopiero we wnętrzu Molecha zrozumiałem, że tylko moc Najwyższego dzieli mnie od płomieni, że wystarczy, by na chwilę cofnął swoją ochronę, a sczezłbym jak ten łotr krok ode mnie. Posłał Ich wtedy dla naszej obrony... – w oczach zalśniło wspomnienie tamtych chwil. – Byli tam Jego posłańcy, na wyciągnięcie ręki od nas. Osłaniali nas, byli jak najjaśniejsze światło – przerwał, by opanować wzruszenie. – Bóg wyrwał mnie z piekielnego żaru – rzekł po chwili z pewnością w głosie – więc jak mógłbym Mu nie ufać przez resztę życia, choćby nie wiem co na mnie przyszło?

— Rachabe potrafi być uparta. Dopiero życie powoli ją uczy, że nie warto.

— Coś o tym wiem. — Lape uśmiechnął się smutno. — Czasem dla naszego własnego dobra Bóg musi nas złamać, inaczej nigdy byśmy Go nie dostrzegli.

— I ona w końcu to zrozumie. Módlmy się za nią, bo to chyba będzie dla niej najtrudniejszy czas.

Po raz setny tego popołudnia zamilkli na dłuższą chwilę. Potem zaczęli rozmawiać o swojej przyszłości, bo właśnie zaczęła się wojna. Doskonale wiedzieli, co się z nią wiąże.

— Trzeba pomyśleć, co robić, gdy Hebrajczycy ruszą dalej. Nie chciałbym stawać do walki przeciw ich armii.

— Ani ja. Mam nadzieję, że nasza starszyzna znajdzie jakiś sposób.

— Mogą jedynie prosić o zawarcie pokoju.

— Przybyli, by zdobyć ten kraj, a nie szukać sąsiadów.

— Jutro albo jeszcze dziś wieczorem zbiera się rada wszystkich czterech grodów. Na pewno coś wymyślą.

*

Szalma czasem ukradkiem spoglądał na Rachabe, która postawiła Menuel na ziemi. Mała od razu dołączyła do Trisz i obie wybiegły do przodu. Niezastąpiona Elaja była tuż za nimi, bacząc, by dziewczynki nie zrobiły sobie krzywdy. Naami i Vni szły parę kroków za przyjaciółką, równie jak ona wyczerpane traumatycznymi przeżyciami ostatnich godzin. Im bardziej przybliżali się do obozu, tym wyraźniejszy stawał się wyraz zafrasowania i lęku na twarzy Rachabe. Żołnierz sam zastanawiał się, jak goście zostaną powitani. Rozmawiał już o tym z Jehoszuą. Wódz nie widział przeszkód, by ocaleni Kananejczycy zamieszkali wśród plemienia Judy. Od momentu wyjścia z Egiptu szło z nimi mnóstwo obcego ludu i choć większość z nich nieustannie stwarzała problemy – narzekając i podburzając jego rodaków do buntów – zdarzały się też rodziny, które w pełni zintegrowały się z narodem, przyjmując ich zwyczaje i składając swą ufność w Bogu Izraela. Najlepszym przykładem był Kenizyta Kelubaj, znany teraz jako Kaleb.

Ale oto w odległości niecałej mili przed nimi pojawiło się obozowisko. Wszyscy odruchowo przystanęli, urzeczeni tym, co zobaczyli. Nawet Szalma poczuł wzruszenie, bo choć widok obozu ludu Izraela znał bardzo dobrze, jeszcze z lat wędrówki przez pustynię, to jednak działał on na niego zawsze nieodmiennie.

Dokoła rozlegało się ciche brzęczenie owadów i delikatny szmer powiewu wiatru grającego w trawach i skałach. I ten niepowtarzalny zapach nadjordańskiej roślinności… A na tym bezkresnym puszystym dywanie utkanym z dźwięków i zapachów stały namioty. Setki tysięcy namiotów. Szalma z uśmiechem spojrzał na Rachabe, pokazując jej obóz. Jak dziecko był przepełniony dumą.

— Jakubie, jakże piękne są twoje namioty — cytował sławną pieśń Moszeha — mieszkania twoje, Izraelu! Jak szerokie doliny potoków, jak ogrody nad brzegiem strumieni lub jak aloes, który Pan sadził i jak cedry nad wodami1.

Była pod wrażeniem scenerii, i nie tylko ona. Wszyscy chłonęli ten obraz z zapartym tchem. Kanaan oferował mieszkańcom wiele pięknych widoków, Jerycho i Kiriath-Sepher były piękne jak klejnoty, ale brakowało im jednego: odblasku majestatu, który nie brał się jedynie z ogromnych rozmiarów obozowiska. Takie odczucia mogła dać jedynie żywa Obecność kogoś, kto sam zasiada w miejscu niedostępnym dla ludzkich zmysłów. Obłok wznoszący się znad prostokątnego namiotu ustawionego w centrum obozowiska, o wiele większego od pozostałych, miał w sobie coś niezwykłego. Górował nad całą okolicą niczym twierdza. Gdy wreszcie oderwali od niego oczy, dostrzegli, że obóz tętni życiem, a w miarę pojawiania się na drodze kolejnych grup żołnierzy wracających spod zdobytej twierdzy, ludzie porzucali swe zajęcia i wylegali na zewnątrz, aż wkrótce wokół namiotów stojących na skraju zebrały się ogromne tłumy. Wieści o zwycięstwie musiały właśnie dotrzeć do ich uszu, bo z początku nieśmiało, tylko tu i ówdzie, lecz potem coraz liczniej zaczynały brzmieć odgłosy wiwatowania, śmiechu i muzyki. Wkrótce eksplozja radości przetoczyła się przez obozowisko jak fala uderzeniowa, narastała w potężnym crescendo jak huk gromów, aż dotarła do uszu podróżujących i niemal powaliła ich na kolana.

Szalma i jego żołnierze ledwo powstrzymywali się, by nie pobiec i włączyć się w tę wrzawę. Mieli łzy w oczach, a serca biły im gwałtowną radością. Spojrzał na Rachabe. Drżała. Nie wiedział, czy ze wzruszenia to, czy strachu. Domyślała się, o czym chce z nią porozmawiać, a gdy zbliżyli się już do obozu na kilkaset kroków, sama zaczęła.

— Powiedz mi, Szalmo, czy mógłbyś umieścić nas gdzieś na uboczu? — Badała go spojrzeniem. Z twarzy i oczu przypominał jej Ze. Potrafili się coraz lepiej porozumieć, przynajmniej jeśli chodziło o mowę. Szalma zapamiętywał sporo kananejskich słów, ona też się wiele nauczyła. Ich rodzime języki aż tak bardzo się nie różniły.

— Dlaczego nie chcecie od razu mieszkać wśród nas? — zapytał, choć dobrze znał powody.

Przez chwilę szukała właściwych słów.

— To dla nas wszystkich bardzo ciężki dzień. Wy będziecie świętować, a ja czuję się podle. Naami i Vni chętnie by uciekły, widzę to po nich. A poza tym wszystkim jesteśmy potwornie zmęczeni.

Chłonął spojrzenie, jakie wychodziło spod jej długich rzęs.

— Nie chcę, by z naszego powodu ominęła cię zabawa. Poza tym mamy dzieci, a mój ojciec wciąż nie czuje się najlepiej, nie wiem, jak zniesie tyle nowych rzeczy naraz. Mam nadzieję, że rozumiesz. Lękam się, bo runęło wszystko, co znałam. Nie myśl, że żałuję, wdzięczna jestem twemu Bogu za ocalenie, i tobie…

— Nic nie mów — uspokoił ją. Próbował zrozumieć, co czuje do tej kobiety. To też nie ułatwiało mu powrotu i perspektywy najbliższych dni. Zastanawiał się, na ile powinien zaangażować się w zorganizowanie im życia w obozie. Za chwilę spełni swoje zadanie, zaprowadzi ich w bezpieczne miejsce… Z drugiej strony, czuł się za nich odpowiedzialny. I chciał, by Rachabe się tu spodobało, po prostu tego chciał i wolał nie zastanawiać się dlaczego.

– Nie martwcie się — rzekł z uśmiechem, który odwzajemniła. — Zaopiekujemy się wami. Nasze rodziny są ci bardzo wdzięczne. Pamiętaj, że życie moje i Amrama było wtedy w twoich rękach.

Poczuła cień ulgi, ale pytanie wyrwało się z niej samo, za co zaraz się zganiła w duchu.

— Twoja rodzina… czyli kto?

— Matka, starszy brat, teraz naczelnik plemienia. Ojciec zmarł tuż przed przeprawą przez Jordan — powiedział łamiącym się głosem, lecz szybko się opanował. — Był księciem plemienia. Będziecie pod dobrą opieką.

— Masz żonę? Bo nie chcę, żeby na mój widok pomyślała sobie…

— Nie — zaprzeczył zbyt gorliwie. — Choć mówią, że dawno powinienem się ożenić.

Zgubił wątek, a chcąc ukryć zmieszanie, rozejrzał się za ludźmi ze swego oddziału. Większość już pobiegła przywitać się ze swoimi. Wśród namiotów zabrzmiały śmiechy i radosne okrzyki. Zwrócił się do wojowników dźwigających dobytek Kananejczyków. Patrzyli na niego pytająco.

– No dobrze, zastanówmy się, co teraz?

Amram szedł obok Beszewi i Antu-Chete. Remme pomagał ojcu, bo droga okazała się ponad jego siły. Szalma odezwał się do przyjaciela:

— Amramie, pójdziemy na skraj obozu. Wśród twoich namiotów są jakieś wolne?

— Znajdą się — odrzekł z uśmiechem. — To spokojne miejsce, choć dzisiaj w nocy wszędzie będzie głośno.

Skierowali się na wschód, omijając łukiem rozległe obozowisko. Tłumy ciągle wiwatowały. W zagrodach dla bydła umieszczonych poza kwartałami zajmowanymi przez poszczególne rody trwał ruch. Mężczyźni i młodzieńcy wybierali spośród stad najdorodniejsze sztuki na ucztę z okazji powrotu zwycięskiej armii. Kobiety rozniecały ogniska i przygotowywały ciasto na wypiek chleba, wszyscy z ciekawością przypatrywali się grupce wystraszonych wędrowców okrążających obóz.

Od południa widać było namioty pokoleń Rubena, Symeona i Gada pod sztandarem przedstawiającym ludzkie oblicze. Minęli je i powoli zaczęli zbliżać się do części zamieszkałej przez plemię Szalmy. Teraz on także poczuł zdenerwowanie. Mimo troski o rodzinę Rachabe nie mógł mieć pewności, że dobrowolnie staną się częścią ich wspólnoty i przejmą zwyczaje, które wszak były bardzo odmienne od zwyczajów ludów tej ziemi.

Beszewi i reszta rodziny rozglądali się, zaciekawieni, gdzie ostatecznie trafią, bo w końcu były to ich okolice. Opuścili je dość niedawno. W oddali czerniała nieprzyjemnie plama pogorzeliska – kiedyś ich pole – a za nim ruiny gospodarstwa. Poczuła ukłucie bólu. Nigdy nie pomyślałaby, że będzie bezpiecznie mieszkać wśród najeźdźców po tym, jak ich własny król pozwoli na tak rażące bezprawie. Widząc reakcję matki i braci, Rachabe poprosiła Szalmę o postój. Z bólem w sercu patrzyła, jak ze smutnymi minami idą przez swoją dawną posiadłość. Obeszli dom, pokazywali na coś palcami, resztki życia, w którym ona nigdy nie uczestniczyła.

— Co oni robią? — Zdezorientowany Szalma patrzył na ich zachowanie.

— Mieszkali tu, potem ktoś podpalił ich pole i dom.

— Mieszkali w Galgalla? — zdziwił się. — Co robili?

— Ostatnio mieli gospodarstwo, przedtem mój ojciec był płatnerzem samego króla.

— Płatnerzem?

Chyba nie znał tego słowa.

— No, robił miecze i inną broń. Był mistrzem. Moi bracia mu pomagali.

Szalma uniósł brwi w zdziwieniu. Potem spojrzał na Antu-Chete uwieszonego na ramieniu syna. Starszy, wycieńczony drogą mężczyzna w ogóle nie pasował do obrazu rzemieślnika kształtującego metal silnymi uderzeniami młota.

— Ale kiedyś omal nie zginął z rąk zbójów i od tamtej pory… — Usta zadrgały jej z żalu.

Szalma patrzył na nią w milczeniu. Dowiadywał się o tej kobiecie coraz więcej. Uderzała go jej wrażliwość. Kiedyś słowa „poganka” i „nierządnica” malowały w jego umyśle obraz wiedźmy służącej samemu szatanowi, a zamiast tego widział Rachabe – piękną kobietę o tajemniczym wnętrzu.

Wreszcie ruszyli. Namioty hebrajczyków rozstawione były w odległości kilkudziesięciu kroków od pogorzeliska, jednak Szalma wraz z żołnierzami skierowali się nieco bardziej na wschód, gdzie na miedzach między polami gęsto rosły oliwki, a wśród nich stała grupa pustych namiotów. Pomiędzy nimi krzątały się kobiety. Najstarsza z nich z uśmiechem wyszła naprzeciw przybyszów.

— Tu się zatrzymacie — rzekł Amram. — Pozwólcie tylko, że moi zabiorą resztę swoich rzeczy.

Podszedł do kobiety.

— Witaj, mamo — powiedział i ucałował ją w oba policzki.

— Chwała Najwyższemu! — W jej oczach lśniły łzy radości. — A jak twoi kuzyni?

— Wrócą z resztą wojska.

— A to jest ta kananejska kobieta? — Wskazała oczami na Rachabe.

Amram potwierdził. Rebeka podeszła do Rachabe, uważnie patrząc w jej oczy.

Szalma był ciekawy, czy Rebeka odważy się dotknąć poganki. Dopóki nie wrócili ze zwiadu za Jordanem, nie- raz był świadkiem rozmów, w których obraz Kananejczyków i ich kobiet mieścił się gdzieś między potwornością a obrzydzeniem. Szczególnie po incydencie na polach Moabu hebrajskie kobiety pałały do nich niechęcią graniczącą z nienawiścią.

Rebeka podeszła jednak jeszcze bliżej, chwyciła Rachabe za ręce i mocno uścisnęła.

— Niech Bóg ci błogosławi, dziecko. Jesteś bardzo dzielna.

W tej chwili obok wyrosła główka Menuel. Znów chciała na ręce do mamy.

— Śliczna dziewczynka. — Rebeka pogłaskała ją po głowie.

Spojrzała na Vni i Naami. Zgadła, że to właśnie one. Podeszła do każdej i mocno uścisnęła im ręce.

— Ale wy chyba zmęczeni. — Ogarnęła ich troskliwym wzrokiem. — Wszystko już prawie gotowe. Chodźcie.

Widząc tę scenę, Beszewi zerknęła na Keszmi oczami okrągłymi ze zdziwienia. Obie uśmiechnęły się i złowiły spojrzenie wzruszonej i zaskoczonej Rachabe. Naami i Vni patrzyły za Rebeką, jakby nie wierzyły w to, co właśnie się stało.

Amram i Szalma też dołączyli do tej nagłej wymiany spojrzeń. Ten ostatni odetchnął z ulgą, atmosfera momentalnie się rozluźniła. Wszyscy z lżejszymi sercami podążyli za starszą kobietą.

Czyżby kolejna Belea w moim życiu? — pomyślała Rachabe i przypomniała sobie o Naami i Vni. Podeszła do matki i chwilę rozmawiały. Potem zwróciła się do przyjaciółek.

— Chciałabym mieszkać z wami, zgodzicie się?

Wyraz ich oczu wystarczył za odpowiedź.

— Jesteśmy jak siostry, czy tego chcecie, czy nie — powiedziała, patrząc im głęboko w oczy. Keszmi już nie było w pobliżu, więc tego nie usłyszała.

— Musicie się przespać, a ja popilnuję dzieci — wtrąciła się Beszewi. — Wszystkie musicie wypocząć, a ja nie czuję się zmęczona. Dziadkowi też dobrze zrobi kontakt z wnukami. — Zaśmiała się.

Potem zabrali się do organizowania nowego miejsca zamieszkania, co zabrało im trochę czasu. Gdy w końcu usiedli w cieniu oliwek, by odpocząć po trudach dnia i spożyć swój pierwszy posiłek wśród Hebrajczyków, huk wiwatów kolejną falą przetoczył się przez obozowisko, zwiastując powrót zwycięskiej armii.

*

Obudziła się, gdy na zewnątrz było już ciemno. Ciągle czuła się wyczerpana, lecz sen pokrzepił ją nieco. Menuel nie było w namiocie. Obóz grzmiał śpiewem i wesołymi krzykami. Grały tamburyny i bębenki, tak iż ściany namiotu ledwo je wyciszały. Wyjrzała przed namiot. W blasku ognia ujrzała sylwetki ludzi poruszających się tanecznym krokiem. Nikt nie spał. Liczne ogniska oświetlały wszystko żywymi barwami. Było jasno jak na rynku Jerycha podczas wieczornych obchodów świąt. Obok namiotu zobaczyła Vni i Naami z obiema dziewczynkami. Pewnie tylko Elaja poszła z dorosłymi ku ogniskom. Gdziekolwiek by poszła, na pewno była bezpieczna. Blask ognia i gwar skutecznie odstraszał drapieżniki. Więcej pracy mieli stróże stad.

Menuel natychmiast podbiegła do matki i wgramoliła się na jej ręce. Rachabe przytuliła ją mocno. Znów czuła, że ma dla kogo żyć. Usiadła na kocu naprzeciw przyjaciółek z małą ciągle wtuloną w jej pierś. Wszystkie spojrzały na siebie niepewnie.

— Głowa do góry. — Rachabe nachyliła się w stronę Naami i poklepała ją po ramieniu.

— Co my tu robimy? — spytała przyjaciółka posępnym głosem.

— Jak to co? — udała zdziwienie, choć doskonale rozumiała pytanie. — Nie cieszy was, że wszystko wreszcie za nami? — słuchała własnych słów, by przekonać chociaż rozum do tego, czego serce jeszcze nie potrafiło ogarnąć. — Ocalałyśmy jako jedyne z tej kloaki, tego chciałyśmy.

Naami uśmiechała się cierpko. Blask ogniska płonącego za sąsiednim namiotem nadawał jej twarzy nieodgadniony wyraz.

— Widziałaś ich wszystkich? — Wskazała ręką w stronę świętujących Izraelitów. — Co my robimy wśród nich? Za chwilę się rozejdzie, kim byłyśmy. Już widzę te spojrzenia.

— Naami, popatrz na mnie. — Rachabe znała ją aż za dobrze. — Przeżyjemy. Ja też żyłam jak grzesznica, a widziałaś, jak Rebeka nas wszystkie przywitała?

— Rebeka to Rebeka — nie ustępowała Naami. Chyba musiała usłyszeć dobre słowo kilka razy, by uwierzyć. — Nie wiadomo, co powiedzą inni.

— No to powiedzą. Trudno. — Vni okazywała się w takich chwilach silniejsza. — Co nam innego zostaje? Uciekać i tułać się gdzieś?

— Naami. — Rachabe miała w zanadrzu niespodziankę.

— Co znowu?

— A jak Ze wróci, to też będziesz taka markotna?

Naami drgnęła. Po chwili nieznacznie podniosła głowę i spojrzała na przyjaciółkę spod rzęs. Uśmiechała się przewrotnie.

— A wróci?

— Na pewno. Skoro my przetrwałyśmy, to on też jest bezpieczny i nie spocznie, aż nas nie znajdzie.

— Nas, nas! — obruszyła się na żarty. — Do mnie przyjdzie, TYLKO do mnie, bo ciebie ma dość, małpo niedobra!

Rachabe rzuciła w nią kamyczkiem z udawaną złością.

— Dobrze, siedźcie tu sobie, ponuraki, a ja pójdę się rozejrzeć. Jadłyście coś?

— Tak. Też coś zjedz, marnie wyglądasz. — Naami odzyskała humor.

— Właśnie zamierzam. Chodź kochanie. — Postawiła Menuel i chwyciła ją za pulchną rączkę. — Idziemy do dziadków.

Poszły kilka kroków w stronę najbliższego ogniska płonącego w polu między grupą namiotów. Wokół niego siedziało kręgiem ponad tuzin osób, wśród nich dostrzegła swoich, choć nie wszystkich. Może siedzieli zwróceni tyłem, ale po sylwetkach nie była wstanie nikogo rozpoznać. Wreszcie dostrzegła matkę i Keszmi z Rajehu, a także Remme. Poza tym siedziała tam chyba rodzina Amrama. Dostrzegła go z jakąś kobietą, a obok siedziała Rebeka. Nigdzie nie było widać jej męża.

Pewnie jest wdową — pomyślała.

Niektórzy śpiewali, inni żywo komentowali jakieś bitewne epizody, krążyły kielichy wina, pachniało mięsiwo i świeży chleb. Chyba nikt jej na razie nie dostrzegał. Uderzyło ją, że choć panowała świąteczna atmosfera i ludzie całym sercem oddawali się celebrowaniu zwycięstwa, jakże to było dalekie od świąt, w których uczestniczyła w Jerychu czy Kiriath-Sepher. Ani śladu nachalnego pożądania czy lubieżności, jedynie żywe zainteresowanie i celebrowanie życia. W blasku ognia dostrzegała, jak piękne – mimo skromnego stroju – były hebrajskie kobiety. A ich mężczyźni i młodzieńcy przypominali bohaterów.

Naród pięknych i wolnych ludzi — westchnęła w duchu.

Taniec był pełen energii, ale nie miał w sobie nic dzikiego. Zrozumiała to w mgnieniu oka. To był inny świat, choć zgliszcza Jerycha dymiły jeszcze w odległości dwóch mil, a tuzin mil dalej stało Urusalaim, potężna twierdza rządzona przez zdeterminowanego i nieugiętego Adoni-Cedeka.

Rebeka musiała ją dostrzec. Przesunęła się bliżej Amrama i o coś go spytała. Potem spojrzała na nią i pokiwała jej ręką, wskazując na miejsce obok siebie.

— Rachabe, chodź do nas, miejsca i jadła sporo. A mała księżniczka jak ma na imię?

— Menuel.

— No pięknie! Pójdziesz do mnie, Menuel? — Wyciągnęła ręce, ale mała zgrabnie ją wyminęła i podbiegła do babci. Wszyscy wybuchnęli śmiechem.

Rachabe usiadła obok Rebeki. Z początku nie zamierzała jeść, ale zanim się obejrzała, matka Amrama podsunęła jej kubek chłodnego wina, a obok nagle znalazła się pełna misa.

— Za zwycięstwo! — krzyknęła. Jak na staruszkę miała żywy temperament. Później Rachabe dostrzegała to niejednokrotnie, że hebrajskie kobiety, choć spokojne na co dzień, potrafią bawić się i cieszyć z siłą pustynnego chamsin.

— Za zwycięstwo! — ryknęło całe towarzystwo.

Idąc za ich przykładem, wzniosła kielich. Chętnie wypiłaby go duszkiem – stare nawyki. Właśnie tego teraz potrzebowała, mimo wypoczynku ciągle było jej ciężko i czuła pustkę, a przecież wino miało rozweselać serce. Jednak postanowiła zachowywać się z większym umiarem.

Jedzenie bardzo jej smakowało. Zdała sobie sprawę, że ostatni posiłek jadła rano, lecz w atmosferze oczekiwania na atak nikomu on nie smakował. Dość dobrze rozumiała ich rozmowy. Zauważyła, że taktownie starają się nie opisywać samej walki zbyt szczegółowo, za co była wdzięczna.

Wychyliła się w stronę matki.

— Gdzie ojciec? — zapytała.

— Został z Szalmą. — Wskazała ręką w kierunku zachodnim, gdzie leżało centrum obozowiska.

Zrobiła okrągłe oczy. Już wcześniej złapała się na tym, że odruchowo szuka Szalmy.

— I co tam robią?

— Też powinnaś to zobaczyć. — Matka wstała, zostawiła Menuel pod opieką Remme, który przepadał za małą siostrzenicą, i poprowadziła ją w głąb pola namiotów w stronę niewielkiego wzniesienia. — Ojcu tak się spodobało, że postanowił zostać.

Gdy spojrzała w kierunku wskazywanym przez matkę, zamarła z wrażenia. Ogniska momentalnie zbladły przy zjawisku, którego nie potrafiła porównać do niczego, co kiedykolwiek widziała, a widziała wiele. W samym środku obozu, gdzie – jak się dowiedziała – stała świątynia El Elohe Israel, wznosił się ognisty słup, oszałamiająco piękny niby najczystsze żywe złoto. I choć nie był tak ogromny jak podczas przeprawy przez pustynię, czego nie mogła wtedy widzieć, i tak cały obóz wydał się przy nim zbiorowiskiem lilipucich chatek, a ogniska wyglądały jak ledwo jarzące się ogniki.

— Czy to?… — nie dokończyła, oszołomiona nieziemskim magnetyzmem tej sceny.

Beszewi przytaknęła.

— Słyszałam opowieści o ich Bogu, który w dzień jest dla nich Obłokiem, a w nocy Słupem Ognia, ale dotąd nie brałam tego za prawdę. Chcesz tam iść? Ojciec na pewno ucieszy się, gdy cię zobaczy — dodała z ciepłym uśmiechem.

W ich rodzinie właśnie rodziło się coś nowego, co trudno było nazwać. Antu-Chete wyraźnie rozkwitał w jej towarzystwie; była jego marnotrawną córką, zagubioną owcą, i choć to Keszmi przez cały czas stała za nim murem i nigdy nie sprawiła mu kłopotu, powrót jego „Perełki” i to, co dla nich zrobiła, zupełnie zrehabilitowało ją w oczach starego płatnerza. Ojcowska miłość chadza dziwnymi ścieżkami: z radością wita zagubionych, oczekując, że ci szczęśliwi, od zawsze bezpieczni pod jej skrzydłami, usuną się w cień, choćby pozornie, by ci, którzy ledwo co uniknęli szponów śmierci i których imiona były już wyrytymi na grobowych kamieniach, mogli zostać przygarnięci ze szczególnym upodobaniem. Gdyby ziściło się to, co najgorsze, wówczas ojcowska miłość stałaby się otwartą raną i nigdy nieprzemijającym bólem.

Ojciec rozkoszował obecnością Jahwe, stary sterany życiem człowiek mógł ogrzać swoje serce w Jego Obecności. Oczywiście, że chciała znaleźć się w tamtym miejscu! Natychmiast gdzieś w środku jej serca odezwał się głos, który tak dobrze znała. Nie był to ten głos, przemawiał bardziej na poziomie emocji, ale wyczuwała w nim tę samą nutę, zamiast mówić, wesoło machał jej na powitanie i uśmiechał się promiennie. Jahwe wzywał ją przed swoją Obecność.

— Poproszę Rebekę, bo sama nie trafisz. Trzeba iść z półtorej mili — powiedziała matka.

Po chwili kobieta zjawiła się, jak zwykle uśmiechnięta.

— Cieszę się, że mogę cię poprowadzić — rzekła, biorąc ją pod rękę.

Miała wrażenie, że gdy spojrzy w twarz Rebeki, zobaczy Beleę. Szły długo, obozowisko zajmowało obszar kilku mil kwadratowych. Większą część drogi Rachabe przeszła wpatrzona w kolumnę złotego żaru, ale często spoglądała na świętujących Izraelitów. Wśród swego plemienia Rebeka musiała być znana, co chwilę ktoś ją witał. Odwzajemniała pozdrowienia, najczęściej zawierały imię ich Boga lub słowa „zwycięstwo” i „błogosławieństwo”. Ze spojrzeń wielu osób Rachabe zgadywała, że ją rozpoznają, a przynajmniej domyślają się, kim jest piękna, obca kobieta. Tu też wieści szybko się rozchodziły. Z ulgą powitała anonimowość wśród namiotów innych plemion, choć i tam witały ją ciekawe spojrzenia, szczególnie mężczyzn.

Wtedy znów popatrzyła przed siebie i drgnęła. Zdawało się, że stoi u samych bram Niebios. Z lękiem wpatrywała się w Namiot Spotkania. Łączył on w sobie doskonałą prostotę ze schludnością i pięknem. Kontrast z bogato zdobionymi, groteskowymi świątyniami Kanaanu był ogromny. Przybytek stał wewnątrz niewielkiego prostokątnego dziedzińca, zmieściłoby się na nim co najwyżej dziesięć namiotów. Był otoczony jasnym, płóciennym ogrodzeniem, za które prowadziła brama z fioletowej i czerwonej purpury, karmazynu i wielobarwnie haftowanego płótna. Rachabe znała się na tkaninach i farbowaniu, ale tak doskonale dobranych barw i schludnego kroju nie widziała nigdzie, a przecież jej miasto słynęło z przednich wyrobów. Także sam Przybytek ozdabiały przepiękne okrycia, a przed namiotem skrzyła się złota kadź służącą kapłanom do obmywań oraz ołtarz całopalenia. Świątynia i jej otoczenie tchnęły pokojem.

— Stamtąd też dobrze widać — rzekła Rebeka i poprowadziła ją dalej. — Oto i są. — Wskazała na obu mężczyzn usadowionych pod samotnym figowcem.

Szalma siedział z zamkniętymi oczami, oparty o pień, natomiast spojrzenie Antu-Chete było utkwione w ognistym obłoku Obecności. Rachabe miała nieodparte wrażenie, że mimo zamkniętych ust jej ojciec za pomocą oczu prowadzi z kimś żywy dialog.

Zbliżyła się ostrożnie, by nie obudzić Szalmy, lecz i tak podniósł powieki. Wstał zaskoczony jej widokiem. Przez chwilę patrzyli na siebie. Potem zauważyła, że Rebeka odchodzi. Chciała za nią zawołać, ale powstrzymał ją.

— Zajmij miejsce przy swoim ojcu, ja usiądę tam dalej. Jak będziecie chcieli wracać… — starał się być dyskretny.

— Nie odchodź — przerwała mu. — Chcę tylko popatrzeć.

Usiadła obok ojca, który dopiero wtedy ją dostrzegł. Uśmiechnął się i przygarnął córkę do siebie. Zdziwiła się, bo wyraźnie nabrał siły.

— Piękny — rzekł, znów patrząc na żywy płomień. — Popatrz tylko, jaki żywy i ciepły!

— Niezwykły. Czy wasz Bóg zawsze tu jest? — zwróciła się do Szalmy.

— Tak, a gdy Obłok unosi się znad Przybytku to znak, że trzeba zwinąć obóz i ruszać. — Spojrzał na nią ukradkowo. — Twój ojciec to bardzo ciekawy człowiek. Rozmawialiśmy trochę.

— Rozmawialiście? — zdziwiła się. — Po wypadku niewiele mówi, prawie wcale.

— To prawda, głównie ja mówiłem, ale i tak sporo się od niego dowiedziałem.

Antu-Chete nie słuchał ich, wciąż pogrążony w swej cichej rozmowie. Było mu dobrze, a ją wciąż zaskakiwał fakt, że po tych wszystkich latach nareszcie są razem, choć rany przeszłości, przynajmniej te fizyczne, ciągle były barierą.

— Tęsknisz za ojcem? — spytała.

— Był wspaniałym człowiekiem, ale jako jeden z ostatnich należał do starego pokolenia. To długa historia. Brat przejął po nim przewodnictwo nad plemieniem, lecz nie czuje się w tym pewnie. Staram się mu pomagać, choć… Nieważne.

— Pytałeś o miecz — stwierdziła.

— Słucham?

— Rozmawiając z moim ojcem, musiałeś pytać o miecz.

Zdumiał się.

— Tak, masz rację. O tym też mówiliśmy. Skąd wiesz?

— No cóż, wy mężczyźni… — Zaśmiała się.

— Ale tylko na początku — bronił się. — Potem chciał, żeby mu opowiedzieć o wyjściu z Egiptu.

— Też chciałabym to usłyszeć, jeśli nie masz nic przeciwko.

— Skądże. Lubię to wspominać.

— Po Kanaanie chodziły legendy. Bardowie śpiewali o tym pieśni. A tu proszę, siedzę obok mężczyzny, który był w samym środku wydarzeń. Niesamowite.

Przysunęła się do niego, by lepiej słyszeć. Ego Szalmy omal nie poderwało go na nogi.

— Chętnie ci o opowiem — powiedział z dumą.

*

W kwartale zajmowanym przez plemię Judy, w jednym z namiotów należących do członków rodu Zeracha, dalekich kuzynów Szalmy, nikt nie świętował. Atmosfera była napięta; czasem wybuchał krzyk, potem dziki śmiech. Posłańcy chaosu snuli się wokół namiotu niczym cienie. Czasem przenikali przez ściany z grubego płótna, jakby przechodzili przez smugę rzadkiej mgły. Inne demony rozglądały się podejrzliwie, czy przypadkiem nie zauważyli ich Strażnicy.

W odległości mili od tej mrocznej aktywności płomień Obecności zadrżał, jakby w porywie gniewu, choć powód mógł być inny. Szalma przerwał opowieść, bo nagle przeniknął go nieprzyjemny dreszcz.

— Stało się coś? — spytała, też czując ciarki na plecach.

Rozejrzał się, a włosy zjeżyły mu się na karku. Żołnierski instynkt właśnie tak dawał o sobie znać, ale to było coś innego. Wstał i popatrzył dookoła, nie dostrzegł jednak nic podejrzanego.

Rachabe pomogła ojcu szczelniej otulić się płaszczem. Zmógł go sen, teraz się ocknął.

— Co się dzieje, Aberes? — zapytał z wysiłkiem na widok reakcji Szalmy.

— Nie wiem.

Wokół też to zauważono. Na jakiś czas ucichły pieśni, jakby przez obozowisko przeszła fala chłodu. Gdzieniegdzie widać było, jak ludzie wstają od ognisk i patrzą w stronę Przybytku. Po chwili uznali, że chyba im się zdawało i wrócili do świętowania.

Szalma stał jeszcze przez chwilę, w końcu usiadł i posłał Rachabe ciepły uśmiech. Odwzajemniła go.

— Ojciec nazywa cię Aberes? — zapytał. — Ładne imię. Co oznacza?

— Perła. Stare dzieje — uprzedziła jego komentarz. — Kiedyś ci opowiem.

— Kiedyś? — udał niezadowolenie. — A o Egipcie chętnie się słuchało, co?

Uśmiechnęła się, a potem spoważniała.

— To był zły czas.

— Wybacz, nie będę więcej nalegał.

— Szalmo, może twoi cię potrzebują? — zapytała niepewnie.

— Nieee, dobrze wiedzą, że samotnik ze mnie. — Zaśmiał się. — Dobrze mi tutaj. Z tobą. Chyba że w ten delikatny sposób chcesz się mnie pozbyć? — Rzucił udawane groźne spojrzenie, od którego dostała ataku śmiechu.

— Jesteś niemożliwy. — Szturchnęła go. — Powinieneś poznać Ze.

— Ze? — Własna reakcja go zaskoczyła. Musiała wyczuć tę zazdrosną nutę, więc postarał się, by kolejne pytanie zabrzmiało zwyczajnie. — Któż to taki?

— Spokojnie, nie mam nigdzie w Kanaanie mężczyzny, który przybędzie porwać mnie z powrotem. Ze to taki mój jakby starszy brat, wiele mi pomógł. Macie podobne poczucie humoru. Nawet jest twojej postury. Kawał chłopa, znaczy się. — Uśmiechnęła się kokieteryjnie. — Może kiedyś go poznasz. To dobry człowiek i wojownik jakich mało. Był w kenyt-nesu.

— Uuu. — Wywrócił oczami ze zdumienia. — W ciekawym towarzystwie się obracałaś.

Spojrzeli na siebie, ale pierwsza odwróciła wzrok.

— Boję się… — zaczęła, patrząc w jakiś punkt za Przybytkiem — że gdy lepiej mnie poznasz, zaczniesz unikać mojego towarzystwa.

— Wiem, kim byłaś w Jerychu.

— Tylko nie mów, że ci to nie przeszkadza.

— Gdyby ten świat był doskonały…

— Proszę, Szalmo, marzyciele mają trudniej w życiu. I nie staraj się być nadto uprzejmy, by czasem mnie nie urazić. Wiem, kim byłam, nie cofnę czasu.

— Nie jestem marzycielem — zaprotestował, a w końcu machnął ręką. — No dobrze, może trochę jestem. I zdaje mi się, że ty też masz zbyt wygładzony obraz mojego narodu. Widzisz wspaniały Kebod­ – Obłok Chwały, patrzysz na wszystkich tych ludzi — zatoczył ręką — którzy przez całą noc będą śpiewać na chwałę El Elohe Israel. Ale nie zawsze tak było. Jeszcze parę miesięcy temu na stepach Moabu naród ciężko zgrzeszył. Przyszły pogańskie kobiety, piękne Midianitki, no i…

— Niektórych poniosło — dokończyła za niego.

Pokiwał głową. Nie zapomni, jak sam był blisko tej niebezpiecznej krawędzi.

— To były piękne kobiety, ale nie rozumiem, jak można tak przy wszystkich, bezwstydnie…

Miała wrażenie, że obok siedzi Ze.

— Tak działają qedeshe. — Posmutniała. — Mają nieodparty urok i w moim starym życiu nie widziałam choćby jednego mężczyzny, który potrafiłby się im oprzeć. To więcej niż żądza ciała, Szalmo, to piekielna moc, a wy nie byliście na to przygotowani, prawda?

Przyznał jej rację.

Starzy dręczyciele warczeli gdzieś w pobliżu.

— I jak to się skończyło? — spytała.

Westchnął głęboko, nie wiedząc, czy powiedzieć prawdę.

— Padło ponad dwadzieścia tysięcy — powiedział tak cicho, że ledwo go usłyszała.

— Midianitów?

Pokręcił głową. Z wrażenia nachyliła się w jego stronę i spojrzała wprost w oczy.

— Waszych ludzi?! — Znieruchomiała zszokowana.

Odchylił głowę daleko do tyłu.

— Zrozum, nasz naród ma głosić chwałę Jahwe, musimy być inni. — Dał jej czas, by dotarło to do niej. — Oni też potem zginęli. Oprócz dziewic nie oszczędziliśmy nikogo.

Milczała.

— Teraz widzisz, że nie jesteśmy trupą wesołych kuglarzy. Przyszliśmy zdobyć tę ziemię. Od ponad sześciu miesięcy zostawiamy za sobą zgliszcza i trupy, ale gdy wśród nas pojawia się zepsucie i grzech, płacimy za to wysoką cenę. Nasz Bóg jest miłosierny, lecz w pewnych sprawach karze surowo. I to my sami musimy chwycić za miecze, by ukarać zło, jakie jest pośród nas. Sprawiedliwość to nie tanie świecidełko, to ostry diament.

Z tyłu rozległ się histeryczny śmiech hieny. Albo coś innego, bo demoniczny chichot niósł wyraźne przesłanie i nie potrafiła się z nim nie zgodzić.

— Boże drogi — jęknęła zrezygnowana. — Jak w ogóle mogłam się tu znaleźć, Szalmo!? Niedawno sama pchałam mężczyzn prosto do piekieł, oni wszyscy albo już nie żyją, albo padną pod ostrzem waszych mieczy w ciągu następnych miesięcy. Jakie mam prawo tu być?!

Słyszała, jak głęboko oddycha, zdruzgotany jej reakcją.

— Rachabe, nie możesz tak myśleć! Oni nie skorzystali z szansy, a ty…

Przerwała mu gwałtownie.

— Oni nie mieli szansy, rozumiesz? A ja zrobiłam to ze zwykłego strachu przed karą.

— Ryzykowałaś życie!

Nie słuchała go. Bała się spojrzeć w stronę jaśniejącego Kebod.

— Czasem Jahwe używa strachu, by zawrócić nas ze złej drogi. — Próbował jej dotknąć i uspokoić ją, ale szarpnęła się.

— Przestań, proszę cię, przestań — jęczała. — Marzyciel się znalazł. Co ja tu robię, głupia? Skoro On tak surowo karze nawet swoich własnych…

Nie wytrzymał.

— Nie myśl tak! — podniósł głos. — Wybrał cię, musiał mieć jakiś powód. I nawet jeśli tego nie rozumiesz, byłaś wtedy potrzebna. Chcesz się z Nim spierać? Kimże jesteś?

— Wiem, kim jestem, i tak dochodzimy do sedna. — Była bliska płaczu. Odwróciła się w drugą stronę. Ojciec nie spał. Patrzył na nią tym samym spojrzeniem, którego bała się, jeszcze mieszkając w rodzinnym domu. Musiał wszystko słyszeć.

— Aberes — rzekł z naciskiem. — Dość ma dzień swojej biedy… Odpocznij.

— Twój ojciec ma rację — oświadczył Szalma twardo. — Prześpij się, bo mówisz, jak… — zawahał się.

— Jak głupia, tak?! Bo byłam głupia, myśląc, że zaczynam rozumieć waszego Boga — powiedziała szorstkim głosem.

— Skoro tak sądzisz… — odparł Szalma i wstał ociężale. — Chłodno się zrobiło. Odprowadzę was.

 

1 Lb 24,5-6

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Prolog

1 Obóz

Spis treści