Wszystko jest lekko dziwne - Łukasz Maciejewski,Jerzy Radziwiłowicz

Wszystko jest lekko dziwne

0,0

„Nie miałem nigdy problemów z popularnością, ponieważ mnie jakoś mało rozpoznają. Nawet nie wiem, czy to powinno mnie drażnić czy cieszyć” – mówi w charakterystyczny dla siebie sposób Jerzy Radziwiłowicz. Trudno w te słowa uwierzyć, wszyscy bowiem zapamiętaliśmy Radziwiłowicza choćby z dwóch ról: Mateusza Birkuta w Człowieku z marmuru i Macieja Tomczyka w Człowieku z żelaza Andrzeja Wajdy. Dzięki nim przeszedł przecież do legendy. Inna rzecz, że konsekwentnie odmawiał wywiadów czy to gazetom, czy kolorowym pismom, czy telewizjom – „Nie bywam w talk-shows, bo to nie jest mój żywioł”. Zawsze małomówny, skryty. Ostatecznie dał się jednak namówić na rozmowę Łukaszowi Maciejewskiemu. I całe szczęście.

Wyłania się z niej portret wrażliwego artysty, świadomego, intelektualnego, precyzyjnego. Radziwiłowicz zajmująco opowiada o swoich teatralnych doświadczeniach – współpracy ze Swinarskim, Wajdą, Jarockim, Grzegorzewskim („lubię wiedzieć, w jakich rejonach się poruszam, kim jest mój bohater, do jakiego świata przynależy. Wydaje mi się, że tę cechę przejąłem od Jerzego Jarockiego, który szuka sensów wokół adaptowanego tekstu. Tropi apokryfy, inedita, precyzyjnie analizuje konteksty. I od Konrada Swinarskiego”). Wspomina też role i pracę na planie ze Stanisławem Różewiczem, Kazimierzem Kutzem, Jacques’em Lasalle’em, Michelem Piccolim („Piccoli chodzi, chodzi i nagle zaczął się przypieprzać, zaczyna robić mi awanturę, zaczyna mnie wyzywać od marnych aktorów, że co ja sobie wyobrażam, ja – słaby polski aktor. I tak na mnie wrzeszczy”).

Sporo dowiadujemy się też o pasjach Radziwiłowicza – miłości do literatury, do Francji, o podróżach. Ale nie tylko. Aktor uważnie śledzi polską politykę i ujawnia wyraziste poglądy.Jest wreszcie w tej książce Radziwiłowicz osobisty – opowiadający z nostalgią o swoim dzieciństwie na warszawskim Grochowie, zakładzie fryzjerskim ojca, studiach – pełen autoironii, dystansu do siebie i świata.

Mądra, głęboka, bliska rozmowa. Warto było na nią poczekać.

Dodaj komentarz


Spodziewałem się czegoś znaczenie głębszego, bo aktor tej klasy, w dodatku który bardzo rzadko wypowiadał się publicznie, powinien mieć do powiedzenia wiele i to wiele mądrego. Wynik niespodziewanie jest jednak dość płaski i zamiast prezentować ciekawy życiorys, podaje nam nieco arogancką i pompatyczną zbieraninę myśli aktora.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Wszystko jest lekko dziwne

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
CZŁOWIEK Z KRWI I KOŚCI
GROCHÓW
URWANA NOGA NIE ODROŚNIE
TEGO CZŁOWIEKA CHCĘ OGLĄDAĆ
OD RAZU SIĘ KŁÓCIMY?
SŁYSZENIE SŁUCHANIA
INNE SPOJRZENIE
TORT W WYOBRAŹNI
BIAŁE NOCE ZA OKNEM
NIC NA SIŁĘ
CEGŁA Z KSIĄŻKAMI
BRAKI W WYOBRAŹNI
ŚMIESZY, TUMANI, PRZESTRASZA
SKOŃCZONY AKTOR JEST SKOŃCZONY
BURAK ZE WZGLĘDÓW SNOBISTYCZNYCH
DOKONANIA ARTYSTYCZNE
Filmografia
Serial
Teatr TV
Teatr
Karta redakcyjna

Jerzy Radziwiłowicz

Wszystko jest lekko dziwne

W rozmowie z Łukaszem Maciejewskim
Fragment

 

Wszystko jest lekko dziwne

CZŁOWIEK Z KRWI I KOŚCI

Jerzy Radziwiłowicz to zawsze było ważne nazwisko. Genialny Henryk w Ślubie Gombrowicza, tytułowy Faust w sztuce Goethego w jego wykonaniu to role, które były dla mnie niegdyś lekcją stylu, talentu, aktorskiej charyzmy. Rozmowa z Jerzym Radziwiłowiczem stanowiła zatem dziennikarskie marzenie oraz wyzwanie, któremu starałem się sprostać.

Nasze spotkania zaczęły się jednak od falstartu. W połowie poprzedniej dekady fatalnie spóźniłem się na pierwszy wywiad do miesięcznika „Kino”. Nie znałem wówczas Warszawy, w żaden sposób nie mogłem trafić na umówione miejsce. Radziwiłowicz spokojnie poczekał na mnie czterdzieści minut, a kiedy, zawstydzony, zadałem pierwsze pytanie, które brzmiało: „Słynie pan z niechęci do udzielania wywiadów”, usłyszałem w odpowiedzi: „Wygląda na to, że akurat z panem trudniej się spotkać niż ze mną”. I tak było już zawsze. Kolejne rozmowy z Radziwiłowiczem były kwintesencją klasy, erudycji i poczucia humoru.

Sceniczni i filmowi bohaterowie Jerzego Radziwiłowicza mają świadomość dychotomii wpisanej w ludzką egzystencję, której ramą jest zło nicujące się z dobrem, piękno z turpizmem, życie ze śmiercią. W jego scenicznych i filmowych portretach przegląda się niezmiennie niespokojna kondycja naszych czasów. Birkut w Człowieku z marmuru, Tomczyk w Człowieku z żelaza, Reżyser z Pasji, Gajewski z serialu Glina, a w teatrze chociażby Myszkin z Nastasji Filipowny i Raskolnikow w Zbrodni i karze Dostojewskiego, Kaliban w Morzu i zwierciadle Audena – tworzą imponującą galerię postaci wyjątkowych, które w trakcie seansu przechodzą metamorfozę. Od ciszy (istnienia) po krzyk (przeznaczenia).

Aktorski kunszt Radziwiłowicza jest kwestią oczywistą, natomiast sam bohater przez lata pozostawał enigmą. Nie spowiadał się prasie, w nielicznych wywiadach zawsze powściągliwy, od ponad pięciu dekad bierze aktywny udział we wszystkim, co istotne w polskim teatrze i kinie, ale równocześnie funkcjonuje poza centrum, obok celebryckiej wrzawy. Stanowi rzadki, cenny aktorski kruszec, który prawdopodobnie odchodzi do lamusa. Typ aktora z innych czasów, z trochę lepszych obyczajów, kiedy status występowania na scenie, uczestnictwa w filmowym lub teatralnym cudzie (albo w nieszczęściu), miał znaczenie nie tylko dla garstki krytyków, ale także wszystkich współuczestników spotkania. Widzów, aktorów, reżysera, scenografa. A z każdej strony zawodowej polifonii nastrojów wyłaniał się gest wspólny – szacunek: aktora dla scenicznego partnera, reżysera dla widza, teatru dla kultury.

Przyjmując propozycję wydawnictwa na nasz wywiad-rzekę, precyzyjnie określiliśmy cele. Nie chcieliśmy żadnej laurki, uładzonych na wysoki połysk pytań i odpowiedzi. To miała być prawdziwa rozmowa dwóch zainteresowanych sobą osób. Bohatera i dziennikarza, Jerzego Radziwiłowicza i moja. Czasami sympatyczna, często chropowata i dygresyjna. Dialog, a nie autoryzowany monolog. Nie trzymaliśmy się chronologii, ale staraliśmy się pamiętać o wszystkim, co w biografii Jerzego Radziwiłowicza miało znaczenie.

Każde spotkanie było niespodzianką. Temat wyjściowy kończył się nieoczekiwaną pointą, niektóre motywy powracały w naszych rozmowach niczym bumerang, inne z przekonaniem odrzucaliśmy. Pan Jerzy namawiał mnie do zadawania trudnych pytań, „nie na temat”, dotykających obyczaju czy poglądów, o których po raz pierwszy mówi tak otwarcie. Aktorstwo, kino i teatr są oczywiście na pierwszym planie, ale duże znaczenie mają także kwestie poboczne: polityka, historia, podróże, literatura, muzyka. Radziwiłowicz opowiada z pasją i dystansem; czasami jest refleksyjny, częściej dowcipny.

Nie roszcząc sobie praw do oceny naszej pracy, mam wrażenie, że odważne, politycznie niepoprawne poglądy bohatera sąsiadujące z jego erudycyjnymi rozważaniami na temat Dostojewskiego, Molière’a czy osiemnastowiecznej historii Francji, niespostrzeżenie ułożyły się w coś na kształt wieloznacznego portretu „człowieka myślącego”. Bohatera, który zadaje trudne pytania, szuka odpowiedzi i nieustannie się dziwi. „Lekko dziwny” jest przecież ten świat.

Łukasz Maciejewski

wrzesień 2012

GROCHÓW

MACIEJEWSKI: Długo nie mogłem uwierzyć, że Kraków nie był pana rodzinnym miastem.

RADZIWIŁOWICZ: Pamiętam wieczór spędzony w towarzystwie ważnych osobistości krakowskiej kultury. Okazało się, że nikt nie był rodowitym krakowianinem.

MACIEJEWSKI: Nigdy nie żałował pan decyzji o wyjeździe z Krakowa?

RADZIWIŁOWICZ: Jestem warszawiakiem. Do Krakowa trafiłem po studiach. Otrzymałem zaproszenie ze Starego Teatru, który był wówczas najlepszym zespołem w Polsce. Zostałem w Krakowie dwadzieścia sześć lat. Uznałem, że tyle wystarczy.

MACIEJEWSKI: Wychowywał się pan na Grochowie.

RADZIWIŁOWICZ: Mieszkałem tam do końca studiów. To kiedyś była wioska podwarszawska, potem dzielnica, powiedzmy, pobrzeżna, mimo że tramwajem na Nowy Świat jedzie się dziesięć minut.

Nasza ulica była nieasfaltowana, niebrukowana, z wielkimi dziurami. Po drugiej stronie było pole, kartoflisko. Z okna miałem widok na buraki, żyto.

Bawiliśmy się nie tylko na podwórku, także na polach uprawnych albo w ogrodach. Większość domów miała wtedy ogrody.

MACIEJEWSKI: Co się stało z pana ulicą?

RADZIWIŁOWICZ: Ulica jest, tylko domy zniknęły. Wybudowano tam osiedle. Wszystko zostało zabudowane. Warszawa się rozrasta, Grochów także. Inaczej go pamiętam. Dzielnica blisko Centrum, ze świetną komunikacją, ale dookoła wielkie, puste przestrzenie i piękny Park Skaryszewski. Ogródki działkowe, zieleń, jezioro. Małe lotnisko aeroklubu warszawskiego. Lubiłem patrzeć, jak startują szybowce.

Na spacery chodziło się na Saską Kępę. Kiedy słyszę Rodowicz śpiewającą To był maj, pachniała Saska Kępa, to dla mnie to nie jest abstrakcja, ponieważ doskonale wiem, jak pachnie Saska Kępa w maju.

Okolice Grochowa to również Stadion Dziesięciolecia, który właśnie zniknął i teraz jest Narodowy. Dawniej nie było bazarów dookoła. Pusty teren, trawa, boiska sportowe, a w środku wspaniała korona. Kiedy napadało śniegu, biegaliśmy na stadion na sanki. Zjeżdżaliśmy z korony w kierunku Zielenieckiej. Świetna zabawa. Korona była wysoka, niezły szus.

W Parku Skaryszewskim był natomiast klub tenisowy. Kiedy przychodziły mrozy, na korcie organizowano fantastyczne lodowisko. Z pełną obsługą – można było wynająć łyżwy albo naostrzyć własne.

MACIEJEWSKI: Jako nastolatek więcej czasu spędzał pan na Grochowie czy w centrum miasta?

RADZIWIŁOWICZ: Od liceum miałem liczne zajęcia w mieście. Jeździłem na lekcje języków obcych, do Pałacu Młodzieży na pływalnię i na różne inne zajęcia.

Do szkoły chodziłem na Grochowie. W jednym skrzydle podstawówka, w drugim liceum. Boisko było wspólne. Niedaleko akademik na ulicy Grenadierów. W czasie Światowego Festiwalu Młodzieży w 1955 roku, miałem wtedy pięć lat, mieszkała tam część młodzieży zagranicznej. Chodziliśmy ich podpatrywać, żeby, proszę pana, zobaczyć żywego Murzyna, bo to było zjawisko nieistniejące. Więc czatowaliśmy, żeby zobaczyć Murzyna na własne oczy. Ale to było przeżycie!

MACIEJEWSKI: Czy Grochów pana dzieciństwa miał własny, specyficzny klimat?

RADZIWIŁOWICZ: Zdecydowanie. Grochów to była część dużego miasta, ale też życie jakby prywatne, wśród znajomych. Wszyscy znali się po nazwisku.

Wiedzieliśmy, że Cyran prowadzi piekarnię, i wystarczyło powiedzieć: trzeba iść do Cyrana. Tam nie było anonimowych sklepów, warsztatów, tylko konkretni ludzie. Mieliśmy naszego pana ślusarza, stolarza i szewca. Grochów to było swego rodzaju malutkie miasteczko. Wiedzieliśmy, kto sprzedaje chleb, kto może wstawić szybę, jak się nazywa.

Mieszkania na naszej ulicy, również domy jednorodzinne – nie były anonimowe. Nie miałem pojęcia, kto ma jaki numer posesji, ale doskonale znałem nazwiska właścicieli. Wiedziałem, że pod żadnym pozorem nie wolno włazić w żyto Kudonia, bo na pewno będzie się awanturował. Poza tym z kolegami biegaliśmy do ogrodów. Ciągle były jakieś owoce. Mirabelki spadały wiadrami.

Znaliśmy personalia szefa budki warzywnej, jednej czy drugiej. Kiedy coś się zepsuło, mama nie mówiła, że ma przyjść szklarz albo ślusarz, tylko wymieniała nazwisko osoby.

Było bezpiecznie; na naszej ulicy nie mogło nas spotkać nic złego. Samochód przejeżdżał raz na pół godziny albo rzadziej, poza tym pola. No i wszyscy się znali, wiadomo było, skąd kto jest. Teraz tego już nie ma.

Mam szczególny stosunek do Grochowa, bo to pejzaż mojego dzieciństwa.

MACIEJEWSKI: Rodzice byli warszawiakami?

RADZIWIŁOWICZ: Ojciec urodził się w Druskiennikach na Litwie – to znane uzdrowisko, ulubiony kurort Piłsudskiego, natomiast mama była rodowitą warszawianką. Na Grochowie zamieszkali jeszcze przed wojną. Ojciec miał tam zakład fryzjerski.

MACIEJEWSKI: A dziadkowie? Znał ich pan?

RADZIWIŁOWICZ: Ze strony ojca nie znałem nikogo, bo on zaraz po I wojnie światowej uciekł z domu i przyjechał do Warszawy jako kilkunastoletni chłopak, a rodzice mamy zmarli bardzo wcześnie.

MACIEJEWSKI: Jak rodzice przeżyli wojnę?

RADZIWIŁOWICZ: Nie mówili o tym, unikali tematu. Czasami mama wspominała tylko, że ojca gdzieś zabrali, skądś wrócił, dokądś uciekł. Nie wiem. Nigdy nie miałem odwagi dokładnie ich o to zapytać, więc nie będę bredził. A potem ten temat minął. Wymazali wojnę ze wspomnień, a ja nie miałem w sobie takiej potrzeby, żeby wyciągać coś z nich na siłę. Za to mama chętnie opowiadała nam historie z międzywojnia, kiedy rodzice byli młodymi ludźmi (oboje byli z jednego rocznika: 1910). To były ciekawe opowieści, ale nigdy nie cofała się w przeszłość rodzinną, nie starała się zostawić nam w spadku jakiejś głębokiej schedy genealogicznej. Widocznie nie było to drzewo, że tak się wyrażę, bogate. Mama wspominała, że przedwojenna Warszawa była fantastyczna.

MACIEJEWSKI: Europejskie, piękne miasto.

RADZIWIŁOWICZ: Akurat takiego określenia nie używała, ponieważ nie miała za bardzo skali porównawczej, więc nie mogła mówić, co jest europejskie, a co nie. Natomiast chętnie opowiadała o zachwycającym mieście. Pokazywała mi zdjęcia sprzed wojny. Mama w zwiewnych sukienkach, kapeluszach, ojciec w garniturze. Taka była moda. Warszawa z czasów młodości moich rodziców była miastem pięknym, żywym.

Kiedyś pracowałem z Zofią Rysiówną. Bardzo prosiła, żeby nie urządzać prób w Teatrze Dramatycznym, nie dlatego że nie lubi Dramatycznego, tylko z obrzydzeniem przechodzi przez gigantyczny bazar, żeby tam dotrzeć. Dla niej to była zniewaga, że musi przechodzić obok bazaru; wtedy spytałem panią Rysiównę o przedwojenną Warszawę. Rozjaśniła się i powiedziała to samo, co moja mama: „Fantastyczne, przepiękne miasto”.

Historia i administracja – jeśli się spotykają, czasami płatają różne figle. W dowodzie osobistym jako miejsce urodzenia ojciec miał wpisany Związek Radziecki. A przecież kiedy się urodził, nikt jeszcze nie miał nawet pomysłu, że takie państwo będzie istniało. To był, przypominam, 1910 rok.

Wygląda zatem na to, że – według dowodu osobistego – tato urodził się w nieistniejącym jeszcze państwie.

MACIEJEWSKI: Irytowało go to?

RADZIWIŁOWICZ: Nie powinno nas irytować coś, na co i tak nie mamy wpływu i czego nie da się zmienić. Nie on jeden miał takie papiery. Masa ludzi.

W każdym razie rodzice prowadzili na Grochowie zakład fryzjerski, a teraz prowadzi go mój brat.

MACIEJEWSKI: Dobrze pamięta pan ten zakład fryzjerski?

RADZIWIŁOWICZ: To chyba jasne, bo spędzałem tam trochę czasu. Nieduże miejsce, niewielka przestrzeń. To był fryzjer damski i męski. Potem męski został zlikwidowany, został damski. Pracowały tam w sumie cztery osoby, w tym tato.

U fryzjera męskiego panowie rozmawiali o rzeczywistości: o polityce, sąsiadach, sytuacji w kraju.

MACIEJEWSKI: O sporcie.

RADZIWIŁOWICZ: Moje pierwsze wrażenia sportowe i, że się tak wyrażę, patriotyczno-sportowe, były również związane z tym miejscem. Kiedy była olimpiada w Melbourne, rok 1956, miałem sześć lat. W zakładzie u ojca był kołchoźnik, ale pan na pewno nie wie, co to jest. Coś w rodzaju dzisiejszej kablówki z dwoma programami Polskiego Radia. No i z tego kołchoźnika słuchaliśmy transmisji z olimpiady w Melbourne. Elżbieta Duńska-Krzesińska skacze w dal. Komentator mówi, że skoczyła najdalej i wygra. Niestety, sędziowie decydują inaczej – ona miała długi warkocz, do pasa i ten warkocz, kiedy lądowała, zostawił ślad na piasku i sędziowie zmierzyli ślad warkocza, nie stóp. Zdaniem klientów ojca, jak zawsze wszyscy byli przeciwko nam, Polakom, nawet w Australii. Oburzenie, zdumienie, zawód straszny. Wszyscy byli przekonani, że należało się jej to złoto. I choć dziś wiem, że to zdarzenie z warkoczem miało miejsce cztery lata wcześniej w Helsinkach, w mojej pamięci, nie wiem na skutek jakich rozmów pod tym kołchoźnikiem, na zawsze pozostanie związane z Melbourne.

MACIEJEWSKI: Ojciec pracował w zakładzie, a mama?

RADZIWIŁOWICZ: Zajmowała się domem. Chciałbym w tym miejscu coś podkreślić. Oboje, mimo że to nie były rodziny uniwersyteckie, mówili bardzo piękną polszczyzną. Akurat to im zawdzięczam.

MACIEJEWSKI: Czy rodzice byli religijni?

RADZIWIŁOWICZ: Powiedziałbym, nieprzesadnie. Przestałem chodzić na religię gdzieś w połowie liceum. Nikt nie miał mi tego za złe.

W ogóle mieliśmy z bratem w domu względną swobodę. Dyscyplina nieprzesadna. Rodzice wymagali od nas, żebyśmy wywiązywali się z pewnych prostych zobowiązań. Chcieli wiedzieć, gdzie jesteśmy i mniej więcej o której godzinie wrócimy. Bardzo ważne było dla nich wykształcenie. Jeżeli chciałem się uczyć, tylko się cieszyli, nie było z tym problemów. Dopiero jak miałem zdawać do PWST, wywiązała się polemika. Mama narzekała: co to za zawód? Uniwersytet miał być.

MACIEJEWSKI: Dobrze się pan uczył?

RADZIWIŁOWICZ: Dobrze. Lubiłem chodzić do szkoły. Nie była dla mnie torturą. Byłem bardzo nieśmiały, to jest moja stała cecha, ale mam wrażenie, że koledzy mnie lubili.

MACIEJEWSKI: Co pana ciekawiło najbardziej?

RADZIWIŁOWICZ: Wszystko było ciekawe. Zabawnie było na matematyce. Miałem w liceum kolegę, który jeżeli chodzi o myślenie matematyczne, był bardziej zaawansowany ode mnie, z kolei ja zawsze miałem świetną pamięć. Założyliśmy spółę na klasówkach z matematyki. Ja znałem na pamięć wszystkie wzory, a on wiedział już, co z nimi robić.

MACIEJEWSKI: A huczne pochody pierwszomajowe w stolicy? Uczestniczył pan w nich?

RADZIWIŁOWICZ: Z rodzicami w pochodzie nie szedłem nigdy. Pierwszy i jedyny raz dopiero ze szkołą teatralną. Na czele Tadeusz Łomnicki, ówczesny rektor. Natomiast w te wszystkie święta – pierwszomajowe, 22 lipca – odbywały się w Warszawie ogromne festyny, parę razy wybraliśmy się do miasta, żeby zobaczyć, jak pochód idzie, a potem były balony, wata cukrowa, rurki z kremem.

MACIEJEWSKI: Kolorowe jarmarki.

RADZIWIŁOWICZ: Na kolorowe jarmarki chodziliśmy z ojcem. Była tam na przykład „beczka śmierci”.

MACIEJEWSKI: Co to jest?

RADZIWIŁOWICZ: Nie zna pan tego zjawiska? Okrągła konstrukcja, pusta w środku, ściany dookoła. Po tych ścianach na motorach jeżdżą faceci. Beczka śmierci. Ogląda się to z góry.

MACIEJEWSKI: Już wiem, kaskader rusza po pionowych ścianach, wykorzystując działanie siły odśrodkowej. Nie wiedziałem, że to się tak nazywa. Jak pan myśli, „beczka śmierci” dlatego, że mogli umrzeć?

RADZIWIŁOWICZ: Jakby spadli, toby się zabili. Pamiętam występy duetu z Czechosłowacji. Żeby podnieść temperaturę widowiska, jeździli z zakrytymi oczami, a kiedy zasuwali po tych ścianach, puszczali kierownicę. Emocje sięgały zenitu.

MACIEJEWSKI: Nie podoba mi się ten sport.

RADZIWIŁOWICZ: No to opowiem panu o fotoplastykonie w Alejach Jerozolimskich, gdzieś w okolicach hotelu Polonia.

MACIEJEWSKI: Oglądanie zdjęć, ruchomych obrazków?

RADZIWIŁOWICZ: Dzięki fotograficznej metodzie stereoskopowej można tam oglądać trójwymiarowe zdjęcia. Mówię w czasie teraźniejszym, bo ten fotoplastykon w Alejach Jerozolimskich istnieje do dziś.

MACIEJEWSKI: Oglądał pan zdjęcia nagich kobiet?

RADZIWIŁOWICZ: Nie, nie. Skąd! To nie było porno. Świat się oglądało.

MACIEJEWSKI: Świat, do którego nie było dostępu.

RADZIWIŁOWICZ: W trójwymiarze można było oglądać go jedynie w fotoplastykonie.

MACIEJEWSKI: A czy wyjeżdżał pan z Warszawy na wakacje, letniska?

RADZIWIŁOWICZ: Latem jako małe dzieci jeździliśmy na letniska podwarszawskie. Najczęściej do Urli, podwarszawskiej wsi nad rzeką Liwiec. Jeździliśmy tam z bratem przez kilka lat z rzędu. Zakumplowaliśmy się z dziećmi gospodarzy. Całe dnie spędzaliśmy nad rzeką. Potem, z biegiem czasu, odkrywałem inne miejsca. Na przykład Bieszczady. Chodziłem po Bieszczadach sam, bardzo to lubiłem. Myślę, że przeszedłem samodzielnie całe Bieszczady.

Kiedy przyjechałem tam po raz pierwszy, były kompletnie dzikie. Nie było szos, niewiele budynków. Omijając główne szlaki, trafiałem na zarośnięte wioski, których ludność gdzieś zniknęła – pewnie została wysiedlona. Pozostały tylko resztki jakichś fundamentów domów, zdziczałe sady. Miejscowi ludzie byli bardzo otwarci, serdeczni. Kiedy napotykał pan domostwo i pytał, czy się można napić wody ze studni, proponowali: „Może zsiadłego mleka?”. Częstowali wszystkim, co mieli. Nie było problemu, żeby przespać się na strychu.

Ale był też Bałtyk. Z ojcem spędziliśmy kiedyś wakacje w Sopocie. Były wielkie atrakcje: najpierw lot z Warszawy do Gdańska samolotem, potem wycieczka statkiem na Hel. Miałem wtedy dziesięć lat. Lubiłem też Mazury – z kolegami z liceum przepłynęliśmy całe Mazury kajakami. Fantastyczna przygoda. Człowiek się narobił, mięśnie się wyrobiły, klata urosła.

MACIEJEWSKI: Miał pan smykałkę sportową?

RADZIWIŁOWICZ: Nigdy nie byłem szaleńczym sportowcem. Lubiłem pływać. Z licealnym kolegą dwa razy w tygodniu regularnie chodziliśmy na basen do Pałacu Kultury. Dobrze pływałem, ale wyczynowcem nie byłem. Za to w latach osiemdziesiątych byłem w Polsce jednym z prekursorów wind surfingu i wyuczyłem tego sportu własne i przyjaciół dzieci.

MACIEJEWSKI: A jest pan kibicem?

RADZIWIŁOWICZ: Tenisa. Futbol mnie kompletnie nie interesuje. Oglądam tylko finał mundialu i teraz Euro, dlatego że jest u nas. Futbol – nie; tenis – tak. Swego czasu trochę grałem, starałem się chodzić na korty regularnie: i latem, i zimą. Z powodu kontuzji od paru sezonów już nie gram.

MACIEJEWSKI: Skąd w ogóle wziął się pomysł, żeby zdawać na aktorstwo?

RADZIWIŁOWICZ: Teatr zainteresował mnie w liceum. Mieliśmy kółko dramatyczne. Zresztą bardzo poważny repertuar. Kiedyś zrobiliśmy Wesele. Potem zagrałem Księdza w Klątwie.

MACIEJEWSKI: Bardzo ambitnie.

RADZIWIŁOWICZ: A jakże! Nie tylko Wyspiański. Śluby panieńskie pyknęliśmy spokojnie.

MACIEJEWSKI: To zasługa pewnie jakiejś polonistki, bo to zawsze idzie z tej strony.

RADZIWIŁOWICZ: Zasługa matki jednej z naszych koleżanek, która za młodu chciała być aktorką, ale jej się nie udało. Prowadziła w szkole kółko dramatyczne, ze współudziałem polonistki oczywiście. Zasługa tych dwóch pań.

MACIEJEWSKI: Kto oglądał te przedstawienia? Uczniowie?

RADZIWIŁOWICZ: Szkoła naturalnie.

MACIEJEWSKI: Rodzice też?

RADZIWIŁOWICZ: Oczywiście. Poza tym obsługiwaliśmy wszelakie akademie. I pomyślałem sobie wtedy, że to może być ciekawe zajęcie.

MACIEJEWSKI: Wszyscy pewnie panu mówili: „Jurek, daj spokój”.

RADZIWIŁOWICZ: Raczej: „Jurek, ty tam kombinuj w tę stronę”. I mój wychowawca, romanista, również bardzo mnie w tej sprawie popierał. Prawdopodobnie gdybym się nie dostał do szkoły teatralnej za pierwszym zamachem, a dostał na anglistykę, to już bym do tego pomysłu nie wracał.

MACIEJEWSKI: Czyli to było takie zawierzenie chwili, że jeżeli się dostanę, zostanę aktorem. Niech decyduje los. A miał pan wtedy tremę, jak pan występował?

RADZIWIŁOWICZ: Na egzaminie?

MACIEJEWSKI: Nie, na tych licealnych przedstawieniach.

RADZIWIŁOWICZ: Zawsze się ma jakąś tremę na premierze. A myśmy grywali głównie premiery. Niech pan sobie nie wyobraża, że my graliśmy miesiąc z rzędu. Grało się raz, potem drugi, i koniec.

MACIEJEWSKI: Bez tego doświadczenia przypuszczalnie nie poszedłby pan do szkoły aktorskiej.

RADZIWIŁOWICZ: Prawdopodobnie nie.

MACIEJEWSKI: A zatem – właściwi ludzie spotkani we właściwym czasie. Najważniejsze są jednak pierwsze, formujące spotkania. Zdając do szkoły teatralnej, miał pan mistrzów?

RADZIWIŁOWICZ: Oczywiście. Teatry warszawskie, do których chodziłem, ale także ówczesny Teatr Telewizji roiły się od wielkich nazwisk. Zapasiewicz, Łomnicki, Holoubek, a także Jan Świderski.

MACIEJEWSKI: Który był wykładowcą w PWST.

RADZIWIŁOWICZ: Nawet miałem z nim zajęcia przez jeden semestr.

MACIEJEWSKI: Przychodzi pan do tej szkoły, spotyka tych ludzi, co samo w sobie jest już wstrząsem, szokiem, że się ich naprawdę zna i pracuje z nimi.

RADZIWIŁOWICZ: Naszym opiekunem na pierwszym roku był Marian Wyrzykowski. Wielka postać polskiego teatru, jeszcze przed wojną. Jego nie kojarzyłem przed szkołą. On miał swoje zdanie, kto może być aktorem, a kto nie może. Mówił nam o tym bezwzględnie i chwała mu za to. Powtarzał, że to jest okrutny zawód, w którym nie wiadomo, jak komu pójdzie, żebyśmy się na to przygotowali, że nie ma żartów. Umarł po naszym pierwszym roku.

MACIEJEWSKI: Swoją drogą trafił pan na niezwykły rocznik: Ewa Dałkowska, Marek Kondrat, Krzysztof Kolberger...

RADZIWIŁOWICZ: ...Jadzia Jankowska-Cieślak, Joasia Żółkowska. Bardzo się zaprzyjaźniłem z Ewą Dałkowską i Joasią Żółkowską.

Ta szkoła to harówa przez cały dzień. Dwunasto-, trzynastogodzinny dzień pracy w szkole nie był dla nas niczym dziwnym.

MACIEJEWSKI: Wtedy wasz rocznik objął Ignacy Gogolewski. Również świetny pedagog.

RADZIWIŁOWICZ: Zupełnie inne pokolenie. Pan Ignacy miał wtedy ze czterdzieści lat. Wyrzykowski był starszym człowiekiem. Różne pokolenia. Ignacy Gogolewski był uczniem Wyrzykowskiego.

Świderski, Kreczmar, Romanówna, Tomaszewska – to było stare pokolenie, a Mrozowska, Zapasiewicz, Gogolewski – młode, ale oni też bardzo się między sobą różnili. Uprawiali bardzo odmienne aktorstwo.

W ten sposób tworzył się taki skład mentorów, skład pewnych punktów odniesienia, wśród których trzeba również wybierać, dlatego że nie można czasami jednocześnie przyjąć i tego, i tego, bo to bywają rzeczy ze sobą sprzeczne.

MACIEJEWSKI: Po studiach większość waszego roku pojechała do Katowic, do Teatru Śląskiego, któremu właśnie zaczął szefować Ignacy Gogolewski.

RADZIWIŁOWICZ: Tak, pojechała za nim część rocznika. Marek Kondrat, Ewa Dałkowska, Krzyś Kolberger, Maciek Szary. Gogolewski był naszym opiekunem na drugim i trzecim roku i bardzo go ceniliśmy.

A my z Joasią Żółkowską przyjechaliśmy razem do Krakowa, do Starego Teatru, nikogo tam nie znając. Trzymaliśmy się razem na początku, zanim weszliśmy w towarzystwo krakowskie. Joasia została w Krakowie chyba przez dwa sezony.

MACIEJEWSKI: Pan dłużej.

RADZIWIŁOWICZ: Dwadzieścia sześć lat. Trochę dłużej.

MACIEJEWSKI: Pana studenckie lata to również hipisi, „flower power”.

RADZIWIŁOWICZ: Ruch hippie wybuchł najpierw w Stanach, dopiero po kilku latach pojawił się w Polsce.

MACIEJEWSKI: Filozofia Wschodu, Beatlesi...

RADZIWIŁOWICZ: Beatlesi to były lata 60. Słuchaliśmy ich wtedy z tak zwanych płyt pocztówkowych. To były płyty pirackie, z czego nie zdawaliśmy sobie sprawy. Szczęściarze posiadali płyty czarne, longplaye przywożone lub przysyłane z zagranicy. Na przełomie lat 60. i 70., dzięki koledze, który od rodziny ze Stanów dostał płytę z Woodstock, usłyszałem o Woodstock – poznałem muzykę Joplin i Hendrixa. Ale w moich latach licealnych triumfy święciła piosenka Niemena Dziwny jest ten świat. Niemena słuchaliśmy na prywatkach, był zjawiskiem.

MACIEJEWSKI: Z czym kojarzył się panu ruch hipisowski?

RADZIWIŁOWICZ: Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o hipisach, chodziło przede wszystkim o sposób ubierania się, nie o ideologię. Gdy wyjechałem ze szkołą teatralną do Ameryki, był rok ’72, pierwszy raz zobaczyłem ten mityczny Zachód. Hipisi to był wówczas już lekko przebrzmiały ruch, ale mimo wszystko zobaczyliśmy zupełnie inne klimaty, poczuliśmy inne smaki, zapachy, dźwięki i zachowania. Alternatywny styl życia. Nie próbuję robić syntez socjologicznych, ale podejrzewam, że tamtemu ruchowi zawdzięczamy w znacznym stopniu różnicę między dzisiejszym pokoleniem sześćdziesięciolatków: jak my funkcjonujemy, jak myślimy i jaka jest relacja z naszymi dziećmi, a między pokoleniem naszych rodziców w tym samym wieku.

40 lat temu sześćdziesięciolatek jednak trochę inaczej o sobie myślał niż dzisiaj.

MACIEJEWSKI: Nasze babcie były naprawdę „babcine”, w siwym koku, staromodnych sukienkach. Dzisiaj sześćdziesięcio-, siedemdziesięciolatkowie są atrakcyjni, zadbani, spełniają się zawodowo.

RADZIWIŁOWICZ: Tak, bo uprzednio ludzie chyba lubili podkreślać swoją dojrzałość.

MACIEJEWSKI: Teraz od tego się ucieka.

RADZIWIŁOWICZ: Jak najdalej. Większość z nas chce do końca pracować, rozwijać się, upiększać. Nikogo nie dziwi sześćdziesięciolatek, który ma długie włosy, kitę zawiązaną do pasa, siwą bo siwą, bo na to już nic nie poradzi, poza tym kolorową koszulę, nabite gwoździami spodnie.

MACIEJEWSKI: Nie wiem, czy pan widział zdjęcia Madonny z jej nowej płyty „MDNA”. Ona ma 54 lata, a wygląda jakby miała 18, jest coraz młodsza.

RADZIWIŁOWICZ: No tak, ale to jeszcze inna historia. Madonna to produkt marketingowy; poza tym pan mówi o kostiumie estradowym, a ja o ludziach, których można spotkać na ulicy. Mam wrażenie, że ta zmiana jest skutkiem przełomu lat 60. Ludzie zrozumieli, że można zupełnie inaczej o sobie myśleć.

MACIEJEWSKI: Nie wstydzić się używać słowa „seks”.

RADZIWIŁOWICZ: Wielu rzeczy się nie wstydzić, na wiele rzeczy się otworzyć. Wówczas coś wyraźnie pękło.

MACIEJEWSKI: Miał pan długie włosy? Mieszkał pan w jakiejś komunie?

RADZIWIŁOWICZ: Nie byłem w żadnej komunie, włosy owszem, miałem długie, ale kolorowy ptak – to nie ja. Nie mam się na tym polu czym pochwalić. Wprawdzie podobało mi się, że inni się tak barwnie noszą, ale sam bym się na to nie zdobył.

MACIEJEWSKI: Rozczarował mnie pan. Miałem nadzieję, że przynajmniej chodził pan w takich superkolorowych koszulach, które kupowało się na ciuchach.

RADZIWIŁOWICZ: Na swoją obronę powiem, że kupowałem na ciuchach dżinsy.

MACIEJEWSKI: A używki? Bo wtedy tak naprawdę zaczęła się moda na narkotyki.

RADZIWIŁOWICZ: Używki to, proszę pana, jedynie tradycyjne: papierosy. Za to już od liceum.

MACIEJEWSKI: Naprawdę? Tak wcześnie?

RADZIWIŁOWICZ: No oczywiście.

MACIEJEWSKI: To pan swoje w życiu przepalił.

RADZIWIŁOWICZ: Tak. Kieliszkiem też nie gardzę. Mówiłem, że jestem wierny tradycyjnym używkom.

MACIEJEWSKI: Czyli żadnych odlotów?

RADZIWIŁOWICZ: Kiedyś próbowałem, przy okazji pobytu w Ameryce Południowej, gdzie nietrudno o świeży towar. Jakieś dobre dusze poczęstowały. Spróbowałem tego i owego.

MACIEJEWSKI: I co, nie lewitował pan?

RADZIWIŁOWICZ: Nie, na tym polega nieszczęście tej zabawy, że pierwszy, drugi raz to nie za bardzo działa, a trzeci czy czwarty to już zaczyna uzależniać, zresztą, mnie to chyba nigdy tak specjalnie nie ciekawiło.

MACIEJEWSKI: Naprawdę pali pan od liceum?

RADZIWIŁOWICZ: Palę cały czas.

MACIEJEWSKI: Dlaczego pan tego nie rzuci?

RADZIWIŁOWICZ: Też się nad tym zastanawiam. Jakoś nie udaje się, choć wiem, że to niezdrowe.

MACIEJEWSKI: Ale nie dorabia pan do tego ideologii, że właściwie artyści muszą palić?

RADZIWIŁOWICZ: Nie dorabiam żadnej ideologii. Poza tym, że czasami rzeczywiście wygodnie się „zasłonić papierosem”.

MACIEJEWSKI: Hipisi też palili. Różne rzeczy.

RADZIWIŁOWICZ: Był taki musical Hair, kultowy. Pamięta pan?

MACIEJEWSKI: Oczywiście. I film Miloš a Formana.

RADZIWIŁOWICZ: Otóż ten musical, jak wiadomo, powstał na scenie off-owej Broadwayu. Został wystawiony w teatrze La MaMa, w ’67 roku i dopiero rok później przeniesiony na prawdziwy Broadway. Film Formana jest późniejszy, o wiele późniejszy, z roku 1979.

Pamiętam, jak zobaczyłem w Kronice Filmowej materiał na temat tego musicalu. Z komentarzem o zwyrodnieniu amerykańskiej młodzieży i informacją, że aktorzy rozbierają się na scenie. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Hair i dowiedziałem się, że to jest jakieś zwyrodnialstwo potworne.

Kiedy w 1972 roku byłem w Stanach, w ostatnią noc w Nowym Jorku, przed odlotem, wybraliśmy się z kolegą na musical, akurat był świeży – Dwóch panówWerony według Szekspira. I żeby oczywiście było uczciwie, jeden z braci bliźniaków ze sztuki był biały, a drugi – czarny. Takie były czasy, że musiała być równowaga. Zobaczyliśmy zatem tych Dwóch panów z Werony do połowy, a potem wyszliśmy na przerwę. Ponieważ był upał, wszyscy wychodzili na zewnątrz. I podczas tej przerwy zorientowaliśmy się, że na sąsiedniej ulicy grają Hair. Zajrzeliśmy; tam również była przerwa, no i po przerwie weszliśmy na Hair, już za frajer. A warto wiedzieć, że na Dwóch panów z Werony kupiliśmy bilety po dolarze, na miejsca stojące – kończył się parter, tam był murek na końcu parteru i stało się za tym murkiem. Więc na stojaka oglądaliśmy musical. Ale my za tego jednego dolara weszliśmy także na Hair, drugą część. I otóż w ’72 roku aktorzy się nie rozbierali. To nie miało już posmaku buntu. Prawdopodobnie w ’67 nagość aktorów była buntem, ale w ’72 już nie, więc stwierdzono, że to niepotrzebne i więcej tego nie robili. A ja oczywiście czekałem na to, o czym mówiła Polska Kronika Filmowa. Marzyłem, że zobaczę rozmaite plugastwa i zwyrodnialstwo. Niestety tego nie pokazali. Hair, sam musical, był protestem przeciwko wojnie w Wietnamie. O rekrutowaniu na nią ludzi.

MACIEJEWSKI: A pan odbył zasadniczą służbę wojskową?

RADZIWIŁOWICZ: Mieliśmy wojsko w szkole teatralnej, raz w tygodniu. W czwartki ubieraliśmy się w mundury i jechaliśmy na Czerniaków, gdzie było studium wojskowe. Dzień stracony dla studiów, dla życia, dla wszystkiego. Kompletna paranoja. Trzeba było i strzelać, i broń rozkładać. Trwało to wszystko trzy lata. Po pierwszym roku pojechaliśmy na miesiąc do Morąga, do jednostki wojskowej. W trakcie tego szkolenia złożyliśmy przysięgę. Jestem zatem zaprzysiężonym żołnierzem. A jeśli chodzi o moje umiejętności wojskowe, to najdokładniej mam opracowany element „pluton w niewoli”.

MACIEJEWSKI: Brzmi filmowo. O co chodzi?

RADZIWIŁOWICZ: Już panu mówię. Mieliśmy bardzo przyjemnego dowódcę plutonu. Warto wiedzieć, że dowódcami plutonów byli przeważnie młodzi chłopcy. W Morągu to byli chłopcy z podchorążówki, z Wrocławia. Odbywali ćwiczenia jako dowódcy plutonów złożonych z nas, studentów i różne mieli charaktery. Jedni byli wredni, drudzy sympatyczni. My trafiliśmy na takiego, który był sympatyczny i też nieszczególnie mu się chciało, więc wyprowadzał nas rano, w szyku jak trzeba, w kierunku najbliższego lasu. Wprowadzał nas w jakiś zagajnik, zatrzymywaliśmy się, padało – „baczność!”, potem komenda: „pluton w niewoli!”. To znaczyło, że pluton jest w niewoli i czeka, aż go wyzwolą. Kładliśmy się pod drzewami (fajki, żarty, kawały) i czekaliśmy na wyzwolenie. Po kilku godzinach dowódca stwierdzał, że pora wracać na obiad, robił zbiórkę i szliśmy do koszar. Jak się więc w niewoli zachować – wiem.

MACIEJEWSKI: To jest po prostu Bareja.

RADZIWIŁOWICZ: No i potem jeszcze przez dwa lata ten czwartek nas obowiązywał raz na tydzień. Przez trzy lata jeden dzień w tygodniu, ile to jest dni straconych? Około 150?

Po trzecim roku studiów weszło nowe rozporządzenie, w ramach którego w szkołach artystycznych zniesiono zupełnie studium wojskowe. W związku z tym nie ukończyliśmy przeszkolenia. Zostałem szeregowcem – nie dano mi szansy na awans. Ale „pluton w niewoli” mam opanowany.

MACIEJEWSKI: Chciałbym jeszcze do czegoś wrócić: mówił pan o szoku, który wywołali niegdyś nadzy aktorzy w musicalu Hair. Dzisiaj to już w zasadzie norma. A pan ma w teatralnym dorobku rozbierane role?

RADZIWIŁOWICZ: W teatrze żeby się obnażać? Nie. Nie miałem takich ról.

MACIEJEWSKI: Na pewno bardzo pan żałuje.

RADZIWIŁOWICZ: Bardzo. Najdalej się obnażałem w teatrze do majtek, do slipek, dalej nie. W filmie – tak, to mi się zdarzało. Tak zwane sceny miłosne czy łóżkowe, jak kto chce to nazwać.

MACIEJEWSKI: No tak, pamiętam pana odważne sceny erotyczne z Emmanuelle Béart w filmie Jacques’a Rivette’a. Do dzisiaj tego panu zazdroszczę.

RADZIWIŁOWICZ: W kilku filmach mi się to zdarzyło. Natomiast w teatrze nie, nigdy nie grałem na golasa.

MACIEJEWSKI: Niedawno, co najmniej przez kilka minut podczas przedstawienia, stał obok mnie zupełnie nagi, zmarznięty aktor. Bałem się, że się przeziębi. To nie było ani odważne, ani seksowne.

RADZIWIŁOWICZ: Widziałem nagości w teatrze bezdyskusyjnie konieczne: sensowne i niezwykłe; widziałem także bezsensowne i niepotrzebne – żenujące po prostu.

Sama nagość mnie nie krępuje, nie peszy mnie to, że ktoś się rozbiera na scenie. Ważne jest, w jakim celu. Co z tego wynika i czemu służy. To nie może być tylko sztuka dla sztuki.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

URWANA NOGA NIE ODROŚNIE

Dostępne w wersji pełnej

TEGO CZŁOWIEKA CHCĘ OGLĄDAĆ

Dostępne w wersji pełnej

OD RAZU SIĘ KŁÓCIMY?

Dostępne w wersji pełnej

SŁYSZENIE SŁUCHANIA

Dostępne w wersji pełnej

INNE SPOJRZENIE

Dostępne w wersji pełnej

TORT W WYOBRAŹNI

Dostępne w wersji pełnej

BIAŁE NOCE ZA OKNEM

Dostępne w wersji pełnej

NIC NA SIŁĘ

Dostępne w wersji pełnej

CEGŁA Z KSIĄŻKAMI

Dostępne w wersji pełnej

BRAKI W WYOBRAŹNI

Dostępne w wersji pełnej

ŚMIESZY, TUMANI, PRZESTRASZA

Dostępne w wersji pełnej

SKOŃCZONY AKTOR JEST SKOŃCZONY

Dostępne w wersji pełnej

BURAK ZE WZGLĘDÓW SNOBISTYCZNYCH

Dostępne w wersji pełnej

DOKONANIA ARTYSTYCZNE

Filmografia

Dostępne w wersji pełnej

Serial

Dostępne w wersji pełnej

Teatr TV

Dostępne w wersji pełnej

Teatr

Dostępne w wersji pełnej