Wspaniałość życia - Michael Kumpfmuller

Wspaniałość życia

0,0

W roku 1923 Franz Kafka z powodu postępującej gruźlicy zdrowia pojechał do nadbałtyckiego kąpieliska Graal-Müritz dla podratowania zdrowia. Tam poznał Dorę Diamant, córkę drobnego żydowskiego przedsiębiorcy z Pabianic. Miłość Kafki do niej była tak głęboka, że po raz pierwszy w życiu zerwał toksyczny związek z rodzinnym domem i zamieszkał z Dorą. Coraz bardziej upadał na zdrowiu, lecz Dora opiekowała się nim z wielką czułością. Choć jej ojciec nie zgodził się na małżeństwo, była przy umierającym do ostatka. Paradoksalnie to właśnie dzięki Dorze najcięższy okres w życiu Kafki okazał się dla niego najszczęśliwszym.

Z tej prawdziwej historii Michael Kumpfmüller tworzy subtelną i dobrze udokumentowaną powieść miłosną. Zna dokładnie dzienniki Kafki, jego listy i ostatnie teksty i dyskretnie wplata w opowieść. Tak powstała głęboko poruszająca opowieść o życiu i miłości jednego z największych pisarzy na świecie.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Tytuł oryginalny
Die Herrlichkeit des Lebens

Projekt graficzny
FRYCZ I WICHA

Redakcja i korekta
Hanna Śmierzyńska

Skład
Tomasz Erbel

Wydawca
Czerwone i Czarne sp. z o. o.
Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5
00-272 Warszawa

Originally published in German under the title
Die Herrlichkeit des Lebens by Michael Kumpfmüller
© 2011, Verlag Kiepenheuer & Witsch, Köln.
All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition and translation by Czerwone i Czarne, sp. z o.o.

Druk i oprawa
Drukarnia Colonel
ul. Jana Henryka Dąbrowskiego 16
30-532 Kraków

Wyłączny dystrybutor
Firma Księgarska Jacek Olesiejuk sp. z o.o.
ul. Poznańska 91
05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-098-4

Konwersja do formatu epub:
pan@drewnianyrower.com

Warszawa 2013

 

DLA EWY

Znakomicie można sobie przedstawić, że wspaniałość życia otacza każdego i w całej swojej pełni leży w pogotowiu, ale przysłonięta, w głębi, niewidzialna, bardzo daleka. Lecz tkwi tam, niewroga, nieoporna, niegłucha. Gdy się ją wezwie właściwym słowem, właściwym imieniem, przyjdzie. Oto istota magii, która nie tworzy, tylko przyzywa.

Franz Kafka, „Dzienniki” (1921)
[Franz Kafka, Dzienniki 1910–1923,
przeł. Jan Werter, Kraków 1969]

 

I. Przyjazd

 

1

Doktor przyjeżdża pewnego lipcowego piątku późnym wieczorem. Ostatni odcinek drogi, od dworca, w otwartym powozie, dłuży się w nieskończoność, wciąż jeszcze jest bardzo gorąco, Doktor jest zmęczony, ale u celu. Elli i dzieci czekają w holu. Ledwie odstawia bagaż, Feliks i Gerti rzucają się na niego, naprzykrzają się. Od wczesnego ranka były nad morzem, chcą od razu tam wracać i pokazać, co zbudowały: olbrzymi zamek z piasku, na plaży jest ich pełno. Zostawcie go w tej chwili, upomina Elli, trzymając na ręku zaspaną Hannę, ale one wciąż opowiadają o swoim dniu. Elli pyta: Jaką miałeś podróż? Zjesz coś? Doktor zastanawia się, czy będzie jadł, bo nie ma apetytu. Na chwilę wchodzi na górę do mieszkania, dzieci pokazują, gdzie śpią, mają jedenaście i dwanaście lat i szukają tysięcy wytłumaczeń, dlaczego jeszcze nie są w łóżkach. Służąca przygotowała talerz orzechów i owoców, postawiła karafkę z wodą, Doktor pije, mówi siostrze, że bardzo jest jej wdzięczny, bo przez najbliższe trzy tygodnie będzie tutaj jadał, będą dużo czasu spędzać ze sobą, wtedy okaże się, czy mu się to na dłuższą metę spodoba.

Doktor nie obiecuje sobie wiele po tym pobycie. Ma za sobą niedobre miesiące, nie chciał dłużej pozostawać w domu u rodziców, zaproszenie nad Bałtyk przyszło w samą porę. Siostra znalazła w gazecie kwaterę, ogłoszenie obiecywało wygodne łóżka i przyzwoite ceny, do tego balkony, werandy, loggie, na skraju lasu, ze wspaniałym widokiem na morze.

Pokój mieści się na drugim końcu korytarza. Niezbyt duży, ale z biurkiem, materac jest twardy, wąski balkon od strony lasu zapowiada spokój, chociaż z budynku położonego nieopodal dobiegają dziecięce głosy. Doktor wypakowuje swoje rzeczy, trochę ubrań, bieliznę, lektury, papier do pisania. Mógłby donieść Maksowi, jak przebiegły rozmowy w nowym wydawnictwie, ale to może zrobić jeszcze w tych dniach. Było dziwnie znaleźć się w Berlinie po tylu latach, a teraz, dwadzieścia cztery godziny później, jest tutaj, w Müritz, w domu, który nazywa się „Szczęść Boże”. Elli już sobie z tego żartowała, ma nadzieję, że Doktor dzięki morskiemu powietrzu przytyje kilka kilogramów, chociaż oboje wiedzą, że to mało prawdopodobne. Wszystko się powtarza, myśli Doktor, od dawna lato w jakimś hotelu lub sanatorium, potem długa zima w mieście, gdzie czasem tygodniami nie opuszcza łóżka. Cieszy się, że jest sam, siada na chwilę na balkonie, gdzie wciąż jeszcze słychać te głosy, potem kładzie się do łóżka i bez trudu zapada w sen.

Budzi się następnego dnia, spał więcej niż osiem godzin. Od razu wie, gdzie jest, w pokoju nad morzem, daleko od wszystkiego, co zna do znudzenia. Słyszy znowu dziecięce głosy, które wczoraj towarzyszyły mu przy zasypianiu; śpiewają piosenkę, łatwo się zorientować, że po hebrajsku. Są ze Wschodu, myśli. Istnieją domy wczasowe dla nich, dwa dni temu napomknęła Puah, jego nauczycielka hebrajskiego, że jeden taki jest też w Müritz, a teraz okazuje się, że tuż obok. Doktor wychodzi na balkon i spogląda na dzieci. Skończyły piosenkę, siedzą przed domem przy długim stole i jedzą śniadanie, bardzo głośno i wesoło. Rok temu w Planie podobne hałasy bardzo mu przeszkadzały, teraz niemal cieszy się z tej paplaniny. Pyta siostrę, czy coś o nich wie, ale ona nie wie niczego i dziwi się, że Doktor nagle jest taki poruszony. Pyta, jak minęła noc, czy jest zadowolony ze swego pokoju, tak, jest zadowolony, cieszy się na plażę.

Droga jest dłuższa, niż myślał, idzie się prawie kwadrans. Gerti i Feliks niosą torby z utensyliami kąpielowymi i prowiantem, wybiegają kawałek do przodu i wracają do niego, kroczącego powoli za nimi. Morze jest gładkie i srebrzy się w słońcu, wszędzie widać dzieci w kolorowych strojach kąpielowych pluskające się w płytkiej wodzie lub bawiące się piłkami. Na szczęście Elli wynajęła dla niego oddzielny kosz na prawo od molo, skąd ma doskonały widok. Wokół pasiastych koszy wszędzie wznoszą się zamki z piasku sięgające kolan, przynajmniej co drugi ozdobiony jest gwiazdą Dawida z muszelek.

Gerti i Feliks chcą do wody i cieszą się, że Doktor idzie z nimi. Przy brzegu woda jest ciepła jak w wannie, ale potem Doktor wypływa z obojgiem dalej, gdzie czuje się również chłodniejsze prądy. Gerti chciałaby, żeby pokazał, jak się robi „topielca”; to wcale nietrudne, przez chwilę unoszą się w migoczącej wodzie, aż z brzegu rozbrzmiewa głos Elli. Niech Doktor nie przesadza, upomina. Czyż nie miał wczoraj wieczorem trochę gorączki? Tak, przyznaje Doktor, ale dzisiejszego ranka gorączka znikła. Miło jest teraz posiedzieć w koszu, musi być dobrze ponad trzydzieści stopni, w słońcu nie sposób wytrzymać. Również Gerti i Feliks nie powinni przesadzać ze słońcem, akurat układają na piasku jego inicjały z szyszek. Dłuższą chwilę Doktor po prostu siedzi i przygląda się dzieciom, od czasu do czasu słyszy kilka słów w jidysz, upominający głos jednego z opiekunów, mających najwyżej po dwadzieścia kilka lat. Gerti nawiązała kontakt z grupą dziewczynek, zapytana o nie, mówi, że są z Berlina, są jak my na wakacjach, w sąsiednim pensjonacie.

Doktor mógłby tak siedzieć godzinami. Elli wciąż pyta, jak się czuje, zawsze z tym matczynym zatroskaniem, tak dla niej typowym. Z Elli nigdy nie mógł tak pogadać jak z Ottlą, jednak teraz zaczyna mówić o Hugonie i Elsie Bergmannach, którzy zaproponowali, by jechał z nimi do Palestyny, do Tel Awiwu, gdzie również jest plaża i roześmiane dzieci. Elli nie musi wiele mówić, Doktor wie, co sądzi o takich planach, w gruncie rzeczy sam w nie nie wierzy. Ale dzieci to wielka radość, jest wdzięczny, że może być tutaj wśród nich. W całym tym rozgardiaszu, w najgorszym południowym upale przesypia ponad godzinę, potem Gerti i Feliks ponownie ciągną go do wody.

Drugiego dnia zaczyna rozróżniać twarze. Nie wodzi już wzrokiem bez wyboru, pojawiają się preferencje, odkrywa parę długich dziewczęcych nóg, usta, włosy, szczotkę przejeżdżającą po nich, od czasu do czasu spojrzenie; ta wysoka brunetka, która kilkakrotnie zerka na niego, a potem udaje, że tego nie zrobiła. Dwie, trzy dziewczynki rozpoznaje po głosie, obserwuje, jak skaczą do wody, jak biegną po gorącym piasku, ręka w rękę, wciąż chichocząc. Ma trudności z określeniem ich wieku. Raz uważa je za siedemnastolatki, potem wydaje mu się, że to jednak jeszcze dzieci, i właśnie ta niepewność jest dla niego przyjemna.

Zauroczyła go zwłaszcza ta wysoka brunetka. Mógłby zapytać Gerti, jak ma na imię, bo Gerti już z nią rozmawiała, ale nie chce ujawnić swego zainteresowania. Chętnie rozbawiłby ją, bo ona, niestety, nigdy się nie śmieje. Robi wrażenie upartej, jakby zirytowanej. Późnym popołudniem Doktor widzi z balkonu, jak w ogrodzie kolonijnym nakrywa do stołu, a potem wieczorem gra główną rolę w jakiejś teatralnej sztuce. Nie może zrozumieć, co mówi, ale widzi, jak się porusza, z jakim oddaniem gra, najwyraźniej narzeczoną, która wbrew woli ma zostać wydana za mąż, w każdym razie tak zdaje się układać fabuła, Doktor słyszy śmiech dzieci, aplauz, przy którym brunetka kilkakrotnie się kłania.

Kiedy opowiada o tym Elli i dzieciom, jest pełen smutku. Przed wojną znał ludzi teatru, szalonego Icchaka Löwego, którym ojciec Doktora tak bardzo pogardzał, młode aktorki, które ledwie umiały swój tekst w języku jidisz, ale jakaż siła tkwi w ich grze, myślał wtedy jeszcze.

Następnego dnia Gerti przyprowadza dziewczynę do jego kosza, wtedy po raz pierwszy widzi ją uśmiechniętą. Zrazu jest nieśmiała, ale gdy mówi, że widział jej występ, otwiera się. Doktor słyszy, że ma na imię Tile, prawi jej komplementy: wyglądała jak prawdziwa aktorka; na co ona odpowiada, że ma nadzieję, iż wyglądała jak narzeczona, bowiem nie aktorkę grała. Doktorowi podoba się jej odpowiedź, śmieją się, poznają bliżej. Dziewczyna mówi, że jest z Berlina, wie, kim jest Doktor, ponieważ w księgarni, w której pracuje, kilka tygodni temu wykładała na wystawę jedną z jego książek. Więcej nie zamierza niczego o sobie ujawnić, dopóki Gerti stoi obok, więc Doktor zaprasza ją na spacer po molo. Jak się okazuje, dziewczyna chce zostać tancerką, co też jest przyczyną jej frustracji: ma kłopoty z rodzicami, którzy za wszelką cenę chcą to uniemożliwić. Doktor nie bardzo wie, jak ją pocieszyć, zawód jest równie piękny, jak trudny, ale jeśli ona w to wierzy, pewnego dnia będzie tańczyć. Już wyobraża ją sobie frunącą nad sceną, jak ramionami i nogami wyraża błaganie. Ona wie to całą sobą, odkąd skończyła osiem lat. Doktor długo nic nie mówi, ona zaś patrzy na niego wyczekująco, na poły dziecko, na poły kobieta.

Idą na spacer również następnego dnia i jeszcze następnego. Dziewczyna długo zastanawiała się nad słowami Doktora, ale nie jest pewna, czy dobrze go zrozumiała. On jest niezadowolony ze swojej odpowiedzi, być może błędem jest utwierdzanie jej w marzeniach, może on nie ma do tego żadnego prawa. Opowiada o swojej pracy w zakładzie ubezpieczeń, jak to tam jest, że pisze nocami, chociaż obecnie nie pisze. Również w zakładzie już nie pracuje, od roku jest na emeryturze, dlatego siedzi tutaj, na molo, z ładną mieszkanką Berlina, która za kilka lat będzie tancerką. Tila uśmiecha się znowu i zaprasza Doktora na jutrzejszą kolację, w piątkowy wieczór jest w pensjonacie zawsze mała uroczystość, przedtem zapytała opiekunów. On natychmiast przyjmuje zaproszenie, także ze względu na piątek, i w ten sposób, mając czterdzieści lat, po raz pierwszy w życiu będzie świętować piątkowy wieczór.

Już po południu może z balkonu obserwować przygotowania. Idzie do pokoju i pisze kartki pocztowe, o morzu i upiorach, którym, jak się wydaje, na razie umknął. Pisze do Roberta i Bergmannów, częściowo te same sformułowania, bardzo dużo o dzieciach. Od Tile wie, że kolonia nazywa się „Dziecięce szczęście”, a więc pisze: Aby wypróbować swoją mobilność po wielu latach przykucia do łóżka i bólów głowy, podniosłem się w celu małej przejażdżki nad Bałtyk. Miałem przy tym szczęście: 50 kroków od mojego balkonu jest pensjonat Żydowskiego Ogniska Ludowego w Berlinie. Przez drzewa widzę bawiące się dzieci. Wesołe, zdrowe, pełne zapału. Żydzi wschodni, uratowani przez Żydów zachodnich przed berlińskim niebezpieczeństwem. Przez pół dnia i nocy dom, las i plaża pełne są śpiewu. Gdy jestem wśród nich, nie jestem szczęśliwy, lecz u progu szczęścia.

Starcza jeszcze czasu na mały spacer, potem Doktor powoli szykuje się na wieczór, wyjmuje z szafy ciemny garnitur, sprawdza przed lustrem krawat. Ciekaw jest, co go tam czeka, dokładnego przebiegu uroczystości, pieśni, twarzy, niczego ponadto; dla siebie nie spodziewa się niczego.

 

2

Dora siedzi przy kuchennym stole i właśnie patroszy ryby na kolację. Od wielu dni myśli o nim i nagle jest, właśnie przyprowadziła go Tile, jest sam, bez kobiety z plaży. Stoi w drzwiach i przygląda się najpierw rybom, potem jej rękom, jak się zdaje z lekką dezprobatą, ale to bez wątpienia ów człowiek z plaży. Dora jest tak zaskoczona, że niezbyt dokładnie słucha, co on mówi; coś o jej rękach, takie delikatne ręce, powiedział, a tak krwawą robotę wykonują. Jednocześnie patrzy na nią z zaciekawieniem, dziwiąc się, że robi to, co robi, będąc kucharką. Niestety, nie zostaje długo, Tile chce go oprowadzić po domu, on jeszcze przez moment siedzi przy stole, potem już go nie ma.

Przez chwilę Dora jest oszołomiona, z zewnątrz słyszy głosy, śmiech Tile, oddalające się kroki. Zadaje sobie pytanie, co się dzieje teraz, gdy on stoi w pokoju Tile i nie wie, że to również jej pokój. Czy Tile mu powie? Raczej nie. Dora myśli o tym, jak go zobaczyła na plaży, z tamtą kobietą i trójką dzieci. Na kobietę nie bardzo zwróciła uwagę, miała oko tylko na tego młodego mężczyznę, jak pływał, jak się poruszał, jak siedząc w koszu, czytał. Z racji ciemnej karnacji miała go początkowo za półkrwi Indianina. Jest żonaty, czego się spodziewasz, powiedziała sobie, ale nadal miała nadzieję. Raz poszła za nim i jego rodziną aż do miasteczka, śni się jej; Hans również, ale o Hansie woli teraz nie myśleć, albo tylko tyle, ile wypada.

Dwie godziny później, podczas kolacji, ponownie spotyka Doktora. On siedzi daleko, przy końcu stołu, obok Tile, która niemal pęka z dumy, bo bez niej by nie przyszedł. Od dwóch dni przy każdej okazji słychać: Doktor, Doktor, jest pisarzem, w piątek go poznacie, a teraz okazuje się, że nie jest to nikt inny, jak człowiek z plaży. Właśnie Tile go przedstawiła, teraz kolej na błogosławieństwa, wino, dzielenie chleba. Doktor sprawia wrażenie, jakby większość czynności była dla niego całkiem nowa i podczas kolacji raz po raz spogląda na Dorę tym tęsknym spojrzeniem, które, jak się jej wydaje, ona już zna. Później, zanim wyjdzie, podchodzi do niej i pyta o imię; jego imię przecież już poznała, co do swojego, musi mu pomóc. Patrzy na nią błękitnymi oczyma, kiwa głową, zastanawia się nad imieniem, widać, że mu się podoba. Dora mówi o wiele za szybko: Widziałam pana na plaży, z żoną, chociaż wie, że to nie mogła być jego żona, bo dlaczegóż było jej tak lekko na sercu, odkąd stanął koło niej w kuchni? Doktor śmieje się i potwierdza, że to jego siostra. Również dzieci są jego siostry, jest jeszcze druga, Valli, z mężem Josefem, może Dora ich już zauważyła. Pyta, kiedy będzie mógł ją znowu zobaczyć. Chętnie zobaczyłbym panią znowu, mówi, albo: Mam nadzieję, że zobaczymy się znowu. A ona odpowiada natychmiast: Bardzo chętnie, bo ona również chce go zobaczyć. Jutro? pyta, a właściwie chciałaby zawołać: Jak pan się obudzi, kiedy tylko pan zechce. Doktor proponuje, że na plaży, po śniadaniu, chociaż ona wolałaby go mieć tylko dla siebie w kuchni. Zaprasza też Tile. Dora zupełnie zapomniała, że Tile jeszcze istnieje, ale niestety istnieje, widać, że jest w nim zakochana, przy tym ma dopiero siedemnaście lat i brak jej jakiegokolwiek doświadczenia z mężczyznami.

Dora od początku polubiła tę dziewczynę, bo jest trochę taka jak ona, od razu mówi, co jej przychodzi do głowy. Jest może nie do końca ładna, ale widać, że pełna życia, lubi swoje ciało, długie, smukłe nogi, jak u prawdziwej tancerki. Dora widziała już, jak tańczy i że płacze, a potem nagle się śmieje, zmienna niczym pogoda w kwietniu.

Jeszcze długo po północy Tile relacjonuje odwiedziny Doktora, co powiedział o domu, o jedzeniu, o uroczystym nastroju, że wszyscy byli tacy weseli. Dora nie wypowiada się, ma własne obserwacje, które analizuje i do pewnego stopnia opiera się na nich, jakby ten mężczyzna i ta krótka chwila, gdy znalazła się blisko niego, to było coś, czemu trzeba zawierzyć. Tile już dawno śpi, kiedy Dorę zaczyna wypełniać jakiś dźwięk czy zapach, coś, co z początku prawie nie istnieje, a potem niemalże gwałtem bierze ją w posiadanie.

Następnego dnia na plaży Doktor na powitanie podaje jej rękę. Czekał na nią i uważa, iż wygląda na zmęczoną. Co się dzieje? zdaje się pytać. A ponieważ są z nimi i Tile, i jego siostrzenica Gerti, Dora tylko uśmiecha się lekko, mówi coś o morzu, o świetle, co u niej. Choć zamienili ze sobą tylko kilka słów, ona musi dalej żyć z tymi słowami, spojrzeniami. Doktor najwyraźniej nie chce iść do wody, Tile ma ochotę, zatem na kilka minut pozostają sami. Nieopodal Dora spostrzega jego siostrę, jakże mogła pomyśleć, że to żona!

Rozmawiają więc i zapominają, że mówią, bo ledwie ktoś coś powie, już tego nie ma, siedzą sobie na plaży jak pod kloszem, który natychmiast pochłania każdy dźwięk. Doktor zadaje tysiące pytań, skąd przyjechała, jak żyje, patrzy na jej usta, wciąż na usta, szepcze coś do jej włosów, jej postaci, co widział, co widzi, wszystko bez jednego jedynego słowa. Teraz Dora opowiada o swoim ojcu, że uciekła, najpierw do Krakowa, potem dalej, do Wrocławia, jakby uciekła tylko po to, żeby pewnego dnia być tutaj przy tym mężczyźnie. Mówi o pierwszych tygodniach w Berlinie, to pamięta, po czym wszystko nagle się urywa, bo przychodzi Tile. Tylko dlatego, że przyszła i przestraszyła ją, chwytając od tyłu mokrymi rękami, Dora uświadamia sobie, że musi wracać do kuchni. Doktor wstaje natychmiast i pyta, czy może ją odprowadzić, niestety, Tile chce iść z nimi, ale za to znów zaprasza Doktora na kolację.

Dzisiaj ryb nie ma, tym razem Dora siedzi nad miską fasoli. Miała nadzieję, że przyjdzie. O, jak miło, tak wcześnie, niechże pan siada, cieszę się, mówi. Doktor długo przygląda się jej przy pracy, mówi, że lubi patrzeć na nią, czy to zauważyła? Z pewnością w Berlinie też się jej często przyglądają. A ona z niejasnego powodu odpowiada: Tak, ciągle, na ulicy, w S-Bahn, w restauracji, jeśli kiedykolwiek jest w restauracji, przez co chce powiedzieć, że to nie to samo, co spojrzenia Doktora. I w ten sposób znajdują się w Berlinie. Doktor kocha Berlin, zna nawet Żydowskie Ognisko Ludowe i pyta, jak została tam kucharką, a potem prosi, żeby powiedziała coś po hebrajsku, w języku, który w ostatnich latach starał się opanować przy pomocy nauczycielki imieniem Puah, niestety bez większego powodzenia. Dora waha się chwilę, zanim wyrazi życzenie, żeby podczas kolacji siedzieć obok niego, a on odpowiada po hebrajsku, nie całkiem bezbłędnie, że pół nocy o tym myślał, do tego, pochylając się w ukłonie, bierze jej dłoń i całuje, żartobliwie, żeby się nie przestraszyła. Mimo to jest przestraszona. Także później przy obieraniu kartofli, gdy jakby niechcący dotyka jej ręki, jest przerażona, bardziej sobą niż nim, bo czuje się szalona i bezbronna, jakby nie istniały żadne bariery.

Po niedzielnej kolacji idą na spacer. Umówili się na plaży w chwili nieuwagi Tile, której nie chcieli urazić, bo nadal zachowuje się tak, jakby Doktor należał do niej. Po południu, kiedy wszyscy wchodzą do wody, Dora chwyta się na porównywaniu siebie z Tile. Tamta po prostu rusza biegiem, rozpryskując płytką wodę długimi nogami, ale Doktor, który wydaje się jeszcze szczuplejszy i delikatniejszy, wcale w jej stronę nie patrzy. Również na Dorę rzuca tylko przelotne spojrzenie, ale jej się wydaje, że czuje, jak ją lustruje: ramiona, nogi, biodra, piersi, a ona jest zadowolona, że on to wszystko widzi i składa w jeden obraz, nie z ciekawości, tylko dla potwierdzenia, jakby to dawno już znał. Woda jest ciepła i płytka, przez chwilę wahają się, czy wejść. Tile zaczyna się już niecierpliwić, trzeba mieć nadzieję, że tamtej sceny nie widziała.

Gdy przed południem Doktor przedstawia sobie Dorę i Elli, siostra jest raczej uprzejma niż miła. Przecież znają się już z opowieści. Elli wie, że Dora jest kucharką i gotuje w tamtym domu wczasowym najlepsze jedzenie w Müritz, Dora zaś wie, że bez Elli nie poznałaby Doktora. Dorze podoba się, jak Elli o nim mówi: jej brat, ubolewa, niestety jest niejadkiem, tylko z wielką cierpliwością i miłością można go od czasu do czasu na coś namówić.

Dora włożyła na spacer ciemnozieloną plażową sukienkę. Jest po dziewiątej, jeszcze dość widno, dobrze jest tak iść obok niego i czuć, że on cieszy się tak samo. Mogliby na pierwszym molo usiąść na ławce i przyglądać się spacerującym, ale Doktor chce iść dalej, do drugiego. Dora zdejmuje buty, bo lubi chodzić boso po piasku, Doktor podaje jej ramię i znowu są w Berlinie. Zna Berlin z lat przedwojennych i Dora jest zaskoczona, jak dużo pamięta. Doktor wymienia kilka miejsc, które były dla niego ważne, hotel Askanischen Hof, gdzie kiedyś przeżył straszne popołudnie, mimo to od lat chce pojechać do Berlina. Naprawdę? dziwi się Dora. Przybyła do tego miasta raczej przypadkowo, było to trzy lata temu. Doktor pyta, w jakiej mieszka okolicy, jak tam jest, chce poznać najdziwniejsze rzeczy: ceny chleba i mleka, ogrzewania, nastrój ulicy pięć lat po zakończeniu wojny. Berlin jest gburowaty i nerwowy, pełen uciekinierów ze Wschodu, mówi ona, dzielnica, w której mieszka, jest ich pełna, wszędzie śpiewające obdartusy z okropnego Wschodu.

Tymczasem docierają do celu, siadają na wąskiej ławce na początku drugiego molo w przymglonym świetle latarni. Wciąż jeszcze są w Berlinie. Doktor opowiada o swoim przyjacielu Maksie, który ma tam ukochaną imieniem Emmy. Teraz Dora musi, chcąc nie chcąc, powiedzieć kilka słów o Hansie, musi go przynajmniej wspomnieć, zwłaszcza że Doktor mówi o narzeczonej, ale to było tysiąc lat temu. Wszystko jest tysiąc lat temu. Doktor zaczyna marzyć, co by było, gdyby przyjechał do Berlina, na co ona odpowiada: byłoby bardzo miło, bo wtedy mogłaby mu wszystko pokazać, teatry, variétés, tłumy na Alexanderplatz, chociaż istnieją również ciche zakątki, dalej od centrum, w Stieglitz albo nad Müggelsee, gdzie miasto graniczy z wsią. Któż by pomyślał, mówi Doktor, jadę nad Bałtyk i ląduję w Berlinie. Jest bardzo rad, że siedzi tutaj z nią, dodaje. Ona też.

Molo powoli pustoszeje, dochodzi północ, tylko tu i ówdzie widać jakąś parę, mewy śpiące na palach i nieco dalej światła hotelu. Zaczyna wiać lekki wiaterek, Doktor pyta, czy Dorze zimno, czy chce iść, ale ona chciałaby jeszcze zostać, niech opowie o narzeczonej albo o tym popołudniu, jeśli to nie jest to samo. A Doktor mówi, że praktycznie na jedno wychodzi.

W nocy Dora długo leży bezsennie. Gdzieś około wpół do drugiej odprowadził ją do domu, wkrótce potem zaczęło grzmieć, wydaje się, że tuż nad domem, bo między błyskawicą a grzmotem mijają zaledwie sekundy. Chyba pół domu nie śpi. Tile, leżąc w łóżku, natychmiast pyta, gdzie Dora była. Spotkałaś się z nim? Dora odpowiada: tak, spacerowaliśmy trochę, a teraz ten huk. Czekają, aż burza minie, na dworze robi się znacznie chłodniej. Dora otwiera okno i patrzy na jego balkon, ale tam jest ciemno.

Deszcz pada do rana, a potem jeszcze do wieczora, Doktor przychodzi dopiero po południu, ale weszło już w zwyczaj, że siada sobie i zadaje pytania, jakby mu ich nigdy nie brakło. Dora lubi formę „Pan”, która jest tylko fasadą, maską, pewnego dnia ją zrzucą. Może powiedzieć: myślałam o Panu, dzisiaj przy śniadaniu mówiliśmy o Panu, czy myśli Pan jeszcze o Berlinie? Ona nieustannie myśli o nim. Czasami musi się hamować, bo to przecież tylko marzenia, w myślach zaprowadziła go nawet do swego pokoju na Münzstrasse, chociaż w ogóle nie zależy jej na tym pokoju, nie ma w nim bieżącej wody, w istocie to tylko komórka od strony ciemnego podwórza, z szafą i łóżkiem.

Dora myśli, że Doktor ma trzydzieści kilka lat, co znaczy, że musi być mniej więcej dziesięć lat starszy od niej. Nie jest zdrowy, tak powiedział, szczyty jego płuc się przeziębiły, stąd morze i hotel w lesie. Spotkała go tylko dlatego, że od dawna ma kłopoty ze zdrowiem.

Jego usta, jego słowa są jak kąpiel, która przynosi spokój. Dotąd żaden mężczyzna tak na nią nie patrzył, on widzi jej ciało, podskórne drżenie, a to się jej podoba.

Jest bardzo szczęśliwa, gdy kiedyś opowiada jej sen. W tym śnie Doktor jedzie do Berlina, od wielu godzin siedzi w pociągu, ale z jakichś powodów pociąg wlecze się, ku rozpaczy Doktora ciągle staje, Doktor nie zdąży na czas, a przecież jest oczekiwany na dworcu o ósmej wieczór, teraz jest siódma, a on nawet nie przekroczył granicy. To jest ten sen. Dora również czasem tak śniła i uważa za najważniejsze, że jest oczekiwany. Dla niej czekanie nie miałoby znaczenia, po prostu pół nocy siedziałaby na ławce. Doktor mówi: sądzi Pani? Do wczoraj mówił do niej panienko, lubiła to, ale teraz nazywa ją tylko Dorą, bowiem Dora pochodzi od daru, Doktor musi go tylko wziąć, ona na to czeka.

 

3

Najbardziej dziwi Doktora to, że śpi. Rzuca się w nowe życie, powinien się bać, powinien wątpić, tymczasem śpi, upiory się nie pojawiają, chociaż ciągle spodziewa się dawnych bitew w głowie. Ale tym razem wydaje się, że ich nie ma, jest cud i jest plan, wynikający z tego cudu. Doktor wiele o Dorze nie myśli, on ją wdycha i wydycha, popołudniami w kuchni, kiedy w myślach spacerują po Berlinie, w czasie kolacji, gdy doleci go jej zapach. Wieczorem, w łóżku, rozważa czasami jedno zdanie, kawałek jej skóry, rąbek spódnicy, jak wczoraj trzymała widelec, gdy podczas kolacji zapytał ją o ojca, ortodoksyjnego Żyda, z którym od dawna jest zwaśniona. W jego snach Dora się na razie nie pojawia. Ale Doktor nie gubi jej we śnie, rano od razu wie, że ona gdzieś jest, jakby między nim a nią była lina, którą powoli przyciągają się nawzajem. Dotąd jej właściwie nie dotknął, ale wie niemal na pewno, że ten dzień nadejdzie, jednak nie czuje do siebie za to nienawiści, jakby to było jego prawo, a strach był tylko pokonanym przesądem.

Od tygodnia spotykają się codziennie. Siostry i ich dzieci Doktor ogląda przede wszystkim przy śniadaniu, dopiero wczoraj usłyszał, że poświęca im za mało czasu. Tak powiedziała Elli, ale w rzeczywistości jakby akceptowała jego z tą Dorą, przynajmniej ma jakieś zajęcie w sennym Müritz i nie spędza nocy ze swymi śmiesznymi historiami. Doktor zawsze niechętnie mówi o pracy. Zapytany odpowiada, że nawet listów nie pisze, nawet do Maksa, któremu mógłby przynajmniej donieść, że zastanawia się nad przeprowadzką do Berlina. Ale ta możliwość jest zbyt krucha, bardziej tchnienie niż myśl, coś, co z trudem daje się ująć w słowa i, czego się Doktor obawia, co łatwo wypłoszyć jednym niewłaściwym zdaniem.

Maksowi spodobałoby się, że Dora jest ze Wschodu. Odkąd miasta pełne są uciekinierów stamtąd, wszyscy mówią o Wschodzie, także Maks, który ma nadzieję, że z tej strony nadejdzie ratunek dla wszystkich Żydów, ale ratunku nie ma, także ze Wschodu.

Ci ze Wschodu z dnia na dzień porzucili swoje życie, dlatego Dora jest znacznie bardziej wolna niż on, bardziej oderwana, a zarazem bardziej związana, jest kimś, kto wie, gdzie jego korzenie, właśnie dlatego, że je odciął. Nie wydaje się Doktorowi tajemnicza, jak z powieści Dostojewskiego, co prawdopodobnie twierdziłby Maks. Również Emmy nie jest tajemnicza, kochanka Maksa jest prawdziwą berlinianką, blondwłosa i niebieskooka, a jedyną jej tajemnicą jest związek z Maksem, który podobno dopiero dzięki niej dowiedział się, co to fizyczne spełnienie. Już kilkakrotnie mówił Doktorowi coś w tym sensie, na szczęście nie wchodząc w szczegóły, ale Maks jest jego przyjacielem, jest żonaty, czarująca Emmy, jak się zdaje, trochę wytrąciła go z równowagi. Na szczęście nie mieszkają w tym samym mieście, co oczywiście jest również wadą, w każdym razie dla Emmy, która skarży się, że widują się o wiele za rzadko. Użalała się również Doktorowi; odwiedził ją przejazdem w jej mieszkaniu przy ogrodzie zoologicznym i prosił, aby wczuła się w położenie Maksa.

Dora śmieje się z takich historii. Siedzą na plaży i opowiadają sobie o czekaniu. Doktor także czekał pół życia, przynajmniej teraz, z perspektywy, tak to odczuwa; człowiek czeka i nie wierzy, że ktoś się jeszcze pojawi, aż tu nagle tak właśnie się dzieje.

Następnego przedpołudnia leje jak z cebra. Doktor stoi na balkonie i obserwuje wielki ruch na kolonii, dzisiaj połowa dzieci odjeżdża do Berlina. Jest niedziela, Tile wraca również, koło jedenastej stoi w płaszczu przeciwdeszczowym w recepcji i walczy ze łzami. Doktor na pożegnanie kupił jej prezent, paterę w kolorze rubinu, którą kilka dni temu zobaczyła na wystawie. Często o niej mówiła, toteż nie posiada się z radości. Zobaczymy się w Berlinie, obiecuje Doktor, co znaczy tylko, że w drodze powrotnej odwiedzi ją w księgarni. Mimo to Tile płacze. Doktor pyta, dlaczego, a ona potrząsa głową i twierdzi, że z radości. Czy ma jej adres? Doktor potakuje, wszystko zanotował, napisze do niej, jak tylko będzie wiedział dokładnie, kiedy przyjedzie, bo jeśli nadal będzie tak padać, jego siostry wkrótce wrócą do domu. Pożegnanie bardzo się przedłuża. Tile głaszcze czerwoną misę, Doktor raz jeszcze dodaje jej odwagi w sprawie rodziców, z którymi życia Tile ostatnio sobie nie wyobraża, ale Doktor mówi, musisz, myśl o swoich balerinkach, obiecałaś.

Prawie odczuwa ulgę, że poszła. Nie powiedziałby tego Dorze, ale wydaje się, że jej też ulżyło, chociaż oboje natychmiast odczuwają brak dziewczyny. Dopóki była obecna, czuli się obserwowani, nie byli swobodni, za to bardziej beztroscy.

Mimo kiepskiej pogody umówili się na spacer. Dora powiedziała, że przyjdzie po niego koło dziesiątej, Doktor jest w swoim pokoju i czyta, a ona przychodzi pół godziny za wcześnie. Biegła po deszczu, wszystko mokre, twarz, włosy ciężkie od wilgoci. Przez chwilę jest dla Doktora obca, ale to dlatego, że znajduje się w jego pokoju. Więc Pan mieszka tutaj, mówi, jeszcze na poły w drzwiach; ma nadzieję, że mu nie przeszkadza. Pokój jej nie interesuje, stoi i uśmiecha się, patrzy na niego, niech Doktor tylko weźmie swój płaszcz, ale zamiast tego on bez uprzedzenia ją obejmuje. Raczej pochyla się, prawie osuwa, całuje jej włosy, czoło i do tego szepcze, nawet pocałunki są mniej lub bardziej szeptane, jest pełen radości. Odkąd odkrył ją w kuchni, jest pełen radości. Tak, mówi ona. Wciąż jeszcze stoi w drzwiach, jakby nadal czekając, że wyjdą, jego płaszcz wisi w szafie, musi go tylko wziąć, ale nie bierze. Mówi o Berlinie; jeśli Dora chce, jeszcze tego lata przyjedzie do Berlina. Naprawdę to powiedział? Dora kiwa głową, całuje jego dłoń, opuszki palców, wreszcie zdejmuje ten głupi płaszcz. Wydaje się, że jej zimno, pokój nie jest dobrze ogrzany, ma na sobie suknię, której on nie zna i w której można jedynie zmarznąć. Nie odchodź, mówi, gdy on z powodu jej płaszcza chce na chwilę odejść, a potem stoją długo, trochę jakoś skrzywieni, objęci, biodro oparte o biodro, jak para. Tęskniła do niego od razu, mówi, wtedy na plaży, chociaż w to nie wierzyła. Teraz wierzy. Czy można wierzyć pocałunkom? Pyta, o czym on myśli, teraz, w tej chwili, czy myśli o tym. Nie, nie mów tego, szepcze, przy czym właściwie nie wiadomo, dlaczego szepczą. Dora podchodzi do drzwi balkonowych i kręci głową pod adresem pogody, jeśli chodzi o pogodę, mają pecha. Teraz siedzi na kanapie obok wyjścia na balkon, gdzie on czasami czyta. Doktor robi uwagę na temat sukni, Dora ma ją z Berlina, co mu uświadamia, że przed tym latem czas dla niej już istniał i co on chce o tym czasie wiedzieć. Uświadamia sobie, że taka młoda, życie ma jeszcze przed sobą, jakim więc prawem on po nie sięga?

W nocy pojawiają się wątpliwości. Nie jest to walka, jaką zna, mimo to nie śpi do wczesnego ranka, leży, godziny dłużą się, nie ma mowy o śnie. Myśli płyną powoli, może się im przyjrzeć spokojnie, bez wielkich emocji, co stwierdza ze zdziwieniem: jak księgowy, który sporządza bilans i ufa cyfrom. Kolejność jest obojętna, bierze sprawy jak leci, rozważa jedną po drugiej i jeszcze raz. Jest chory, piętnaście lat starszy od niej, mimo to mógłby spróbować żyć z nią w Berlinie, na szczęście ona jest z Berlina, bo do innych miast nie ciągnęło go nigdy. To są okoliczności, które nazywa dość szczęśliwymi, nie licząc pocałunków przed południem. Wszystko inne przemawia przeciw, w ciągu tych dni tutaj nad morzem prawie nie przytył, czuje się słaby, nie wie, jak wytłumaczyć rodzicom, że jest ktoś, młoda kobieta akurat ze Wschodu, którym ojciec tak bardzo pogardza. Czy powinien stanąć przed nim i powiedzieć: poznałem ją tam, w Müritz, i wyjeżdżam do niej do Berlina? Doktor obmyśla różne zagajenia, próbuje najpierw z matką, potem z ojcem. Zadaje sobie pytanie, co jest w tym tak trudnego, i w końcu prawie się uspokaja, zaczyna jeszcze raz od początku, czy niczego nie przeoczył. Sytuacja w Berlinie, problem pokoju i znowu: jego siły, brak energii, co zarzuca sobie od lat, bez żadnego skutku.

Donosi Robertowi o tej nocy, nie dlatego, że jest ważna, od dawna mają zwyczaj wzajemnie uskarżać się na noce. Kiedy poznali się przed dwoma laty w sanatorium, często rozmawiali o tym, żeby przenieść się do innego miasta. Doktor nawiązuje do tego, muszą się szybko wyprowadzić, najpóźniej w przyszłym roku, na przykład na brudne uliczki żydowskie w Berlinie, gdzie mieszka Dora, chociaż Dory nie wspomina ani słowem.

Umówili się na popołudnie, żeby odrobić stracony spacer. Tym razem ona czeka na niego, znowu w tym płaszczu, trochę niepewna, jakby z miejsca potrafiła odgadnąć złą noc. Spogląda na niego pytająco, ale on zachowuje się jak gdyby nigdy nic, po raz pierwszy bierze ją za rękę, jest drobna i sucha. Po kilku zaledwie krokach są tam, dokąd zaszli poprzedniego dnia w jego pokoju, wciąż w tych szeptach, a wokół nich w sosnach i brzozach szumi deszcz. Doktor daje do zrozumienia, że od wczoraj jest zdezorientowany, wszystko jest zaskakująco nowe, wszystko w ruchu. Chciałby, żeby się nie rozczarowała, żeby właściwie oceniała jego i siebie, żeby później niczego nie żałowała. Ona mówi: Żałować? Czego? Doktor nie wie, jak to sformułować, jest człowiekiem chorym, od roku na emeryturze. Ma dziwne nawyki. Mówi o swojej gruźlicy, żeby wiedziała, w co się pakuje, bo tak zrozumiał ją wczoraj, tak sam to rozumie. Dorze jest obojętne, że jest chory. Nie obojętne. Chcę tylko być tam, gdzie ty jesteś, reszta się ułoży. On słyszy przede wszystkim słowo „my”; brzmi łagodnie i zdecydowanie, jakby niewiele więcej mogło im się teraz przydarzyć. O pokoju Dora już myślała. Zna ludzi, których może zapytać. Jeśli Doktor chce, dziś jeszcze napisze do Berlina. Chcesz? W drodze na plażę, zanim opuszczą las, oboje zmarznięci, choć deszcz się wyraźnie uspokoił, wymienia kilka nazwisk, których on nie zna. Poczekaj, pyta Dora, mam to zrobić? Myśli o pokoju, może jeszcze o czymś innym, Doktor mówi: napisz, proszę, i chce wiedzieć, jakież to niebiosa były tak łaskawe, że mu ją zesłały.

Wieczorem, w pokoju, Doktor próbuje zrekapitulować, o czym rozmawiali, ale pozostał tylko jej głos i milczenie, kiedy biegnąc, nie odzywają się. Więcej nie wie. Jest dość spokojny, wszystko toczy się swoim torem, jakby sam nie musiał niczego robić. Powinien tylko napisać wreszcie do Else Bergmann w sprawie podróży do Palestyny, bo do niej z pewnością nie dojdzie. Else nie będzie zbyt zaskoczona, że on nie jedzie, mimo to musi się wytłumaczyć. Nie chce udawać, że nie jest zadowolony, a przecież dokładnie to pisze.

 

4

Chwilę trwa, zanim do Dory dociera, czego on od niej chce. Dlaczego waha się ją dotknąć, skoro ona niczego bardziej nie pragnie niż właśnie tego, gdy przychodzi zabrać ją na spacer, bo teraz spacerują prawie codziennie. Jest nadal dość chłodno, ale już nie pada, nawet świeci słońce, mają czas, mogą naprawdę długo iść, trzymając się za ręce, jeśli chodzi o Dorę wciąż jeszcze z tym drżeniem, jakby mogła go w każdej chwili stracić. Dora nie rozumie, dlaczego Doktor pyta, czy ona mówi serio, kiedy się przed nią oczernia. Na przykład potrafi powiedzieć: chcesz znać prawdę? ona może cię tylko do mnie zniechęcić. A ona śmieje się i słucha, jakby mówił o mężczyźnie, którego ona w ogóle nie zna.

Siedzą na ławce w lesie, Doktor sobie nie ułatwia, widzi ich oboje razem w Berlinie, zakładając, że mają pokój. Chciałby, żeby była obok niego jak najczęściej, ale też musi być sam, zwłaszcza kiedy pisze. Dużo spaceruje po mieście, całymi godzinami, bo podczas chodzenia powstają obrazy, mówi, zdanie po zdaniu, później musi je tylko zapisać. Pisze jedynie nocami. Kiedy piszę, jestem nie do zniesienia. Śmieje się. Dora uważa, że to wyznanie nie bardzo ją przeraża. Jest obce, ale niegroźne. Czego więc Doktor się boi? Mnie? Boisz się mnie? Że będę ci przeszkadzać? Jeśli będę ci przeszkadzać, oświadcza, pójdę, nie wrócę, póki nie dasz mi znaku, że mogę. Mówi półżartem, ale to przynosi ulgę. Od tygodni prawie nie pisał, może jego pisarstwo się skończyło, ale mówi to tak, jakby sam w to nie wierzył. Rozumiesz? Dora nie jest pewna, czy rozumie, ale teraz Doktor ją całuje. Marzy o mieszkaniu w zieleni, a ona mówi: tak i jeszcze raz tak; w środku lasu, na ławce. Czasem w ogóle nie wierzę, że jesteś, mówi Doktor.

Ma na sobie nowe ubranie, granatowe, prawie czarne, w nikłe białe prążki, do tego białą koszulę, kamizelkę, krawat, który ona już zna.

Dora pisze do swego przyjaciela Georga, potem do Hansa, przyszły od niego dwie kartki, nagryzmolone wiadomości, Dora nie wie, co odpowiedzieć. Pomiędzy wierszami informuje, że mu jej brak, nie robi jej wyrzutów, ale właśnie dlatego Dora ma opory, by go poprosić. Odkąd zna Doktora, patrzy na Hansa innymi oczyma, jakby się skurczył, to ktoś, kogo nie można brać serio jako męża, skoro, tak jak ona, ma dopiero dwadzieścia pięć lat. Mimo to musi do niego napisać, jego ojciec jest architektem, ma kontakty, te kontakty są teraz potrzebne. Doktor to Doktor, znajomość z plaży, któremu Dora wyświadcza uprzejmość. Jest nieco oficjalna, takie ma odczucie. Zapowiada, że we wrześniu będzie znów w Berlinie, mam nadzieję, że wiedzie ci się dobrze, co brzmi tak, jakby ona nie miała wiele wspólnego z tym, jak jemu się powodzi. Dokładnie rzecz biorąc, nie jest mu nic dłużna. Dwa, trzy razy poszli razem do kina, poza tym niczego nie było, w każdym razie z jej strony. Jest rada, że Doktor nigdy o niego nie pyta, to by ją wprawiło w zakłopotanie, jakby za kogoś takiego jak Hans można się było wstydzić. Później, po południu, znowu pójdą na spacer, Doktor obiecał dzieciom lody, dlatego będzie to chyba później.

Wczoraj w drodze powrotnej powiedział, że sam nie mógłby żyć w Berlinie; w ogóle może myśleć o Berlinie tylko dlatego, że spotkał Dorę. Na przykład wcale nie potrafi gotować. Czy w Berlinie będzie dla niego gotowała?

Zapytał jak głupi uczeń: nie może tego od niej żądać. Dora obejmuje go, całuje i mówi, że bardzo ją uszczęśliwia, chociaż w ostatnich dniach zauważyła, że ledwie tyka jej jedzenie. Schudł, odkąd go zna, a teraz chce, żeby ona w Berlinie dla niego gotowała.

Elli też mówi, że brat jej się nie podoba, nie tylko traci na wadze, ale prawie każdego ranka ma temperaturę, zimna pogoda, niestety, robi swoje. Spotkały się na krótko w recepcji. Dora zrozumiała słowa siostry jako ukryty wyrzut, jakby od dawna do niej należała troska o to, żeby Doktor nabrał sił. A on wieczorem, siedząc przy stole z nowymi dziećmi, zostawia większość na talerzu albo twierdzi, że jadł u siebie. Jego spojrzenie mówi: nie gniewaj się, ale kiedy ona się nad tym zastanawia, brzmi to jak: nie rozumiesz tego, jest tyle rzeczy, których nie rozumiesz, mimo to jesteś mi bliska.

Jesteś moim ratunkiem, mówi Doktor. A już nie wierzyłem w ratunek.

Jeżeli można umrzeć ze szczęścia, bez wątpienia przytrafi się to mnie, a jeśli dzięki szczęściu można zostać przy życiu, to ja zostanę.

Przed zaśnięciem, kiedy Dora myśli o nim, najbardziej cieszy ją, że Doktor mówi „ty”, że nie ustaje w wychwalaniu jej, jakby sama nie wiedziała, kim jest. Potrafi powiedzieć: Czy mówiłem już coś o twojej sukni? A kilka zdań później: Chodź, poczytaj mi; bo jeśli nie spacerują, ona musi mu czytać po hebrajsku. Przeczytała już Księgę Izajasza, on najbardziej lubi Księgę Proroków. Mógłbym siedzieć tu godzinami i słuchać twojego głosu, mówi. Albo: chciałbym położyć głowę na twych kolanach, jak się odważę, zapytam cię.

Pogoda jest nadal fatalna. Póki Dora może siedzieć z nim w kuchni, jest jej to obojętne, ale nagle pojawia się plan, że on i jego siostry opuszczą Müritz. Przyjechał Karl, mąż Elli. Zaraz przy pierwszym śniadaniu komentowano długo, że Doktor nie je i waży tak mało jak nigdy dotąd. Opowiada Dorze o tym po południu. Valli wysunęła pomysł wyjazdu, nawet dzieci nie bardzo się sprzeciwiały; odkąd nie mogą już wchodzić do morza, są nie do wytrzymania. Doktor nie wydaje się szczęśliwy z nowych perspektyw. Nie twierdzi, że wyjazd jest postanowiony, ale oczywiście wcześniej czy później nastąpi, co oznacza niestety, że on również wyjedzie, bo sam, bez sióstr, nie może przecież zostać.

Dora początkowo nie wierzy. Dlaczego? pyta. I co znaczy sam? Czy ty jesteś sam? Chce powiedzieć, że ona go jeszcze wcale nie zaznała, mieli zawsze tylko parę godzin, a ona, nad czym ubolewa, nie może się stąd ruszyć, gdyby mogła, nie zawahałaby się pójść za nim. Doktor próbuje ją uspokoić, wyjazd nie został jeszcze postanowiony, chociaż przyznać musi, że utrata wagi jest znaczna, może na następne tygodnie znajdzie się lepsze miejsce.

Stoją na górze w jego pokoju, Dora nawet nie może spojrzeć na Doktora, odkąd wie, że zostało już niewiele dni. Przychodzi jej do głowy, że nigdy nie wierzyła w wyjazd. Myślała, że kiedy wakacje się skończą, pojadą prosto do Berlina. Teraz do niej należy zakwestionowanie tego nowego planu. Doktor stoi za jej plecami. Dora czuje jego ręce na swoim brzuchu, że ociera się o jej włosy, wącha. Mówi: w naszych planach nie zmienia się absolutnie nic. Nawet nie muszę ci tego obiecywać, bo gdybym ci obiecał, znaczyłoby to, że wątpię; im szybciej stąd wyjadę, tym szybciej będę w Berlinie. Dora nie jest pewna, czy w to wierzy, czy to nie jest tylko coś takiego jak czerwona misa dla Tile, coś, co zabiera się do domu, a potem nie wie, co z tym zrobić. Jutro przyjedzie Puah, mówi Doktor, myślę, że ją polubisz. Jego ręce są ciepłe i ani na moment jej nie puścił, co jest dla niej pewnym pocieszeniem, ale też niczym więcej.

Rzeczywiście, Dora natychmiast zaprzyjaźnia się z Puah, która przyjechała nie tylko dla Doktora. Widać, że się dobrze znają, u Puah uczył się hebrajskiego, poza tym Puah od pewnego czasu mieszka w Berlinie, powstaje zatem podwójna więź. Wobec Puah Doktor nie wspomina ani słowem o berlińskich planach. Chwali ośrodek, dzieci, które, jeśli ma być szczery, nie są mu już tak miłe, jak wtedy, kiedy wieczorem siedziały w ogrodzie, śpiewając i jedząc, co sprawia wrażenie, że minęły lata. To Dora, mówi Doktor, a dla niej brzmi to tak, jakby powiedział: patrzcie, oto cud, który mi się przydarzył. Wieczorem, gdy siedzą razem, Doktor opowiada, że niebawem wyjeżdża, nie wszyscy akceptują tę decyzję, on sam najmniej. Puah mówi: zatem spotkamy się w Berlinie. Potem rozmawiają długo o Berlinie, ale inaczej niż Doktor i Dora, jakby wszystko było złe, jakby wszędzie było lepiej niż właśnie w Berlinie, gdzie kartofle trzeba sprzedawać pod ochroną policji, a Reichsbank drukuje codziennie dwa miliony nowych banknotów. Czy wy w tej dziurze to w ogóle rozumiecie? Doktor śmieje się i mówi, że istnieją tutaj gazety, ale Dora nie słucha, widzi spojrzenie tej drugiej kobiety, o imieniu Puah. Doktor jej się podoba. Puah, rozmawiając, przejeżdża sobie dłonią po włosach, żartuje z jego hebrajskiego, mówi, że on jest zdecydowanie jej najlepszym uczniem. Z daleka można by ją wziąć za siostrę Tile, Dora jest niemal dumna, że Doktor podoba się Puah, nie jest zazdrosna, lub tylko trochę, o Tile też była z początku zazdrosna, ale on stanął w kuchni koło niej i chciał tylko ją.

 

5

Odkąd wie, że Doktor niebawem wyjedzie, Dora jest dość spokojna. Doktor wielokrotnie zapewniał, że podjął decyzję, mimo to jest pełen niepokoju i wątpliwości. W ostatnich dniach prawie nie sypia, boli go głowa, zmiana miejsca pobytu nie musi przynieść poprawy, ani nawet zmiana pogody, zwłaszcza że wreszcie i tutaj wydaje się przejaśniać, po południu raz jeszcze wszyscy idą na plażę. Więc dlaczego Doktor nie zostanie? Mówi Dorze, że to również z powodu Berlina. Bo po drodze chce ponownie tam wpaść, trochę powęszyć, przejść się po jednej czy drugiej dzielnicy, a gdy za kilka tygodni będzie miał siły, wróci na zawsze. Zostały jeszcze dwa dni, jest zmęczony. Dora głaszcze go parę razy po czole i skroniach, Doktor czuje, jak bardzo jest smutna, kolację w ośrodku już odwołał.

Obawia się, że będzie nim rozczarowana. Opuszcza ją, nie potrafi powiedzieć, co będzie, już samo to jest rozczarowaniem. Nie, mówi ona. Przestań. Potem siedzi przed nim po turecku na piasku, uśmiecha się, trochę pytająco, bo siedzą tutaj ostatni raz, jest przyjemnie ciepło. Dora uważa, że jest wspaniale, prawie jak na początku lipca, zanim ją odkrył.

Chociaż Doktor jeszcze się nie spakował, pokój jest mu już obcy. Nie dalej jak wczoraj pisał tu przy stole do Tile, a kilka dni temu kartkę do rodziców, ale poza tym w ostatnim miesiącu prawie nic, trochę w dzienniku, ale też tylko od niechcenia, kilka szkiców, w których Dora się nie pojawia. Od dawna leży list od Roberta, który skarży się, że jest chory albo to sobie wmawia. Doktor nie ma ochoty litować się, w zamian narzeka sam, marnie jest z głową i snem, w poniedziałek wyjeżdża. Mógłby przynajmniej wymienić jej imię, ale zamiast tego opowiada o kolonii i swoim statusie gościa, który jednakże nie jest jednoznaczny, bo stosunki ogólne krzyżują się z osobistymi. Bądź co bądź w ten sposób Dora się pojawia. O swych planach ani słowa. Z kim miałby o nich rozmawiać? Z Maksem, o którym od tygodni nic nie wie? Mógłby prawdopodobnie z Ottlą i nagle, wobec zbliżającego się wyjazdu, pojawia się nadzieja, że po powrocie porozmawia z Ottlą. Siada na balkonie posłuchać znajomych odgłosów, niedługo, żeby odejście nie stało się zbyt trudne. Tych odgłosów będzie mu niewątpliwie brak, myśli, morza, z niego ewentualnie można zrezygnować, i lasu, chociaż gdzie indziej też są lasy, jakieś pokoje, gdzie można pisać.

Pożegnanie jest krótkie i pogodne. Doktor uważa, że Dora jest bardzo dzielna, znów ma na sobie tę suknię, przed którą najchętniej natychmiast padłby na kolana, tutaj, w kuchni. Dzisiaj nie zjedzą razem, bo ostatni wieczór obiecał dzieciom, za to był z nią jeszcze raz na plaży. Niewiele zostało do powiedzenia. Prosi, żeby go w żadnym razie nie odprowadzała na dworzec. Dobrze, mówi ona, na co on: Na razie, i znowu ona: Tak, na razie.

Na górze w pokoju odczuwa ulgę, że po prostu pozwoliła mu odejść. Zatelegrafuje już z Berlina, obiecał, a ona: Proszę, nie zapomnij tego, co było, a teraz idź, wszystko w porządku. Doktor zaczyna się pakować, na kolonii akurat jedzą kolację, jakże ona może myśleć, że zapomni choćby o najmniejszym szczególe. Elli również się pakuje, dzieci nie chcą go puścić, dopiero koło dziesiątej wraca do swojego pokoju. W ośrodku wyraźnie się uspokoiło, patrzy na dzieci przy długim stole, ale bez żalu, jakby był już nie tutaj, lecz w Berlinie, w drodze do hotelu.

Gdy rozlega się pukanie, początkowo go nie słyszy, jakby w nie nie wierzył, okazuje się, że to Dora. Widać, że tym razem nie biegła, przeciwnie, jest bardzo spokojna, trochę blada. Mówi, że nie płakała, ale przez pół wieczora tam w ośrodku rozmyślała. Prosi go z całego serca, żeby odłożył wyjazd, na kilka dni, jutro rano nie może i nie powinien jechać. Proszę cię, mówi, i jeszcze raz: proszę. Znowu siedzi na kanapie, osobliwie młoda i poważna, jakby sama była zdziwiona, że przyszła. Potrząsa głową, przez chwilę nie mówi nic, potem: nie wiedziała, że to będzie takie trudne. Ale nie dlatego przyszła. Ja tylko zawsze myślałam, że tak nie możesz odejść. Możesz? Nie, mówi Doktor. Może mógłby, ale teraz już nie.

Przez całą drogę w pociągu Doktorowi towarzyszy jej zapach, czasem jedno zdanie, cień ruchu, gdy tymczasem Feliks i Gerti zadręczają go pytaniami, pokazują rozmaite zwierzęta w przesuwającym się krajobrazie, płaskim i rozległym pod bezchmurnym niebem. Nawet jaskółki znów latają, ale to początek września, ostatecznie muszą jeszcze latać.

Żegnając się koło wpół do pierwszej, mówili niewiele. Jego przepełniała myśl, jak bardzo człowiek się myli, zwłaszcza co do siebie samego, bo niepojęty cud trwa, zdumienie, że jest tak cierpliwa, łagodna i mądra. Pożegnała go prawie beztrosko, zmieszana i szczęśliwa, jakby teraz miała ochronę, tak mniej więcej powiedziała. A teraz śpij, obiecaj mi, że będziesz spał. I rzeczywiście, kilka godzin spał, w jej zapachu, niezbyt głęboko, jakby liczył się z tym, że ona powróci, albo jakby tym razem nie miało to znaczenia, bo jest tutaj z nim, a jednocześnie tam, w swoim pokoju. Następnego ranka może nawet jeść, budzi się o wpół do siódmej i pakuje ostatnie rzeczy, wypatrując, czy jest w tym coś, co mu przeszkadza, mała zdrada, ale jest tylko zdziwienie.

Doktorowi niespieszno do miasta, tym bardziej że pierwsze kroki zna: recepcję w Askanischen Hof, służbę w liberii niosącą bagaż do pokoju, czerwono-złoty sufit nad łóżkiem, fotele i krzesła, ciężkie biurko pod oknem. Chociaż obiecał Elli, że zje, nie wyszedł już z pokoju, za to teraz, po częściowo udanej nocy i jak na niego obfitym śniadaniu, czuje potrzebę działania. W kantorze przy dworcu zaznajamia się z najnowszymi banknotami o wartości miliona, kupuje wszystkie berlińskie gazety, by potem w kawiarni studiować ogłoszenia. Ceny są horrendalne, w każdym razie sądząc po cyfrach. Dora powiedziała, w jakiej okolicy powinien szukać, powiedziała we Friedenau, nazwa podoba mu się, więc jedzie do Friedenau.

Dwie godziny później jest prawie zdecydowany. W okolicy jest dużo zieleni, cicho jak na wsi, wszędzie ogrody, alejki, młode matki z wózkami, koło ratusza w pobliskim Steglitz jest kilka tramwajów, tak że w razie potrzeby w kwadrans można być w centrum. Wysyła telegram do Dory, że dojechał bez problemów, swoje pierwsze wrażenia. Czy zamieszkasz ze mną we Friedenau?

Po południu odwiedza Tile w księgarni, jej również opowiada o Friedenau, prawie jakby musiał siebie uspokoić, bo po drodze widział straszne rzeczy: ludzi w łachmanach żebrzących na ulicach, straszny hałas, tłok i popychanie, bo wszędzie są tłumy. Tile czekała na Doktora, pokazuje jego książki na wystawie, z tyłu, po lewej, obok nowej powieści Brennera. Cieszy się, myślała o nim, czerwonej patery strzeże jak oka w głowie. Zrobiła mu herbatę, Doktor siedzi z tyłu za przepierzeniem, gdzie jest biuro, podczas gdy ona od frontu obsługuje ostatniego klienta, pozostawiając Doktora z jego zmęczeniem czy jak to zwać, może swego rodzaju pustką, która nie jest przykra, krótka chwila, kiedy rzeczy są takimi, jakimi są.

Następnego dnia Doktor idzie dalej, odkrywa dwa parki, w ogrodzie botanicznym siedzi godzinę na zacienionej ławce, ponieważ, podobnie jak wczoraj, jest bardzo gorąco i właściwie nie chce się chodzić. Cieszy się, jeśli coś poznaje w cichych ulicach wokół ratusza, ogród z malwami, jasnowłosą dziewczynkę kijkiem toczącą wielką obręcz po chodniku. Wczesnym popołudniem zamawia w kawiarnianym ogródku porcję lodów, zaczyna list do Maksa, odkłada, czuje się porzucony. Później napisze, że z każdą godziną silniej odczuwa złe skutki zaledwie jednodniowej samotności, teraz po prostu siedzi, miejsce nie ma znaczenia. Wokół niego rodziny z dziećmi, jest środa, ogródek niezbyt przepełniony, gruba kelnerka przynosi płaczącemu chłopcu zgubiony balonik, zewsząd głosy, paplanina, pojedyncze śmiechy, dwa stoliki dalej dwie pary rozmawiające o pieniądzach, coś o walizkach, które ostatnio są potrzebne. Przydają się teraz w banku, mówi blondynka, a potem śmieją się, jakby złe czasy były chwilowym żartem. Ich rozbawienie dodaje Doktorowi otuchy, próbuje siebie upomnieć: wprawdzie jest sam, ale właśnie tego chciał, poza tym nie jest sam, ledwie wczoraj wieczorem był w teatrze z Tile i jej dwiema przyjaciółkami na przedstawieniu „Zbójców”.

Opuściwszy Berlin, traci odwagę. W mieście było źle, ale to, co go czeka, jest o wiele gorsze. Siedzi w pociągu i musi uważać, żeby jej nie zgubić, jak stała w jego pokoju, oddana i zarazem dumna, jakby nie można było jej zranić.

Tym Doktor próbuje się uzbroić. Elli i Valli pewno doniosły w domu, jak bardzo schudł, że wyjazd był chybiony; już wiosenny wyjazd był chybiony, mimo to za każdym razem jest to nowe rozczarowanie. Nie dadzą mu spokoju, będą zmuszać do jedzenia, kręcić głową, gdy koło południa jeszcze nie wstanie, nie rozumiejąc, jak powinno się żyć.

 

 

Korespondencja między Franzem Kafką a Dorą Diamant się nie zachowała. W lecie 1924 r. Dora Diamant zabrała ze sobą do Berlina dwadzieścia notatników i 35 listów Kafki, które w sierpniu 1933 r. zostały skonfiskowane przez gestapo podczas rewizji w jej mieszkaniu i odtąd uchodzą za zaginione. Dora Diamant do 1936 r. mieszkała w Niemczech, a potem trzy lata w Związku Radzieckim. Krótko po wybuchu drugiej wojny światowej wyemigrowała do Anglii, gdzie zmarła w sierpniu 1952 r. w wieku 54 lat. Ojciec Kafki zmarł w roku 1931, jego matka w 1934. Siostry, Elli, Valli i Ottla, oraz jego siostrzenica Hanna zostały zamordowane w latach 1942 i 1943 w obozach zagłady Chełmno i Auschwitz.

Za krytyczną lekturę i wsparcie w zbieraniu dokumentacji niechaj przyjmą podziękowania następujące osoby: prof. dr Peter-André Alt (Freie Universität Berlin), Kathi Diamant (San Diego State University), dr Hans-Gerd Koch (Bergische Universität Wuppertal), Hermann Kumpfmüller, Stefan Kumpfmüller, Matthias Landwehr, Helge Malchow, Olaf Petersenn, dr Annelie Ramsbrock (Zentrum für Zeithistorische Forschung Potsdam), prof. dr Klaus Wagenbach.

Spis treści
Okładka
Skrzydełko
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Dedykacja
I. Przyjazd (fragment)
II. Pozostanie
III. Odejście
Posłowie i podziękowania
Skrzydełko
Okładka