Włoskie elity - Christina Hollis

Włoskie elity

0,0

Piękna doktor archeologii, Josie Street, przyjeżdża do zamku w Toskanii, by prowadzić badania naukowe. Chce się skupić wyłącznie na pracy, lecz niestety wciąż spotyka na swojej drodze właściciela posiadłości, cieszącego się sławą casanowy hrabiego Daria di Sirena. Josie różni się od jego arystokratycznych znajomych. Ta odmienność intryguje hrabiego. Nieprzystępna kobieta stanowi dla niego prawdziwe wyzwanie…

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

ROZDZIAŁ PIERWSZY

To było silniejsze od Josie. Nie potrafiła udawać, że czeka ją po prostu kolejna praca badawcza. Energicznie pochyliła się w swoim fotelu i zastukała w szybę oddzielającą ją od nieskazitelnie ubranego szofera rodziny di Sirena.

– Stop! Proszę się zatrzymać!

Mężczyzna gwałtownie zahamował.

– Czy coś się stało, pani doktor?

– Nie, nie, przepraszam, wszystko w porządku. Nie chciałam pana przestraszyć. Powiedziano mi, że Castello Sirena jest bardzo piękny. Chciałabym mu się dobrze przyjrzeć.

Szofer skinął głową.

– Uchodzi za najpiękniejszą włoską posiadłość pozostającą nadal w prywatnych rękach, signorina. Skoro jednak spędzi tu pani miesiąc, będzie jeszcze wiele okazji do zwiedzania.

– Mogę nie mieć aż tyle wolnego czasu, żeby go… podziwiać – odrzekła z uśmiechem. – Przygotowuję się do prowadzenia moich pierwszych zajęć ze studentami. Chciałabym odbyć część podyplomowych wykopalisk w tym rejonie Włoch.

Wystarczył jeden rzut oka na ozłocony promieniami słońca krajobraz. Wiedziała, że niełatwo będzie traktować Castello Sirena wyłącznie jako przedmiot badań. To miejsce oszałamiało. Ale atrament nie wysechł jeszcze dobrze na jej dyplomie doktorskim i umowie o pracę na uniwersytecie. Chciała w pełni wykorzystać swoją szansę. Walczyła zaciekle o zdobycie jakichkolwiek funduszy na tę wyprawę. Miała szczęście, że jej przyjaciółka Antonia zaprosiła ją do prowadzenia badań w swojej rodzinnej posiadłości. Zamek był niedostępny dla archeologów. Gdyby nie ten atut, biuro wydziału nie przyznałoby jej pieniędzy na to przedsięwzięcie. Nawet tych, które z trudem wystarczyły na dwa tygodnie.

Jako dziecko, Josie doprowadzała mamę do szaleństwa, wypełniając ich maleńki dom ubłoconymi fragmentami skarbów wykopanych w ogrodzie. Pani Street poświęciła wiele przez te lata, kiedy jej córka studiowała na uniwersytecie. Josie pragnęła zdobyć reputację osoby zawsze stawiającej na pierwszym miejscu pracę. Przynajmniej nie przestawała sobie tego powtarzać.

Wyjęła z torebki aparat fotograficzny.

– Czy może pan poczekać minutę? Chciałabym zrobić kilka zdjęć i wysłać je mamie. Jako dowód, że będę mieszkać w prawdziwym zamku. – Nim skończyła mówić, szofer wysiadł i otworzył jej drzwi.

– Och, bardzo pan uprzejmy. Nie chciałam pana kłopotać…

– To żaden kłopot, signorina, jak już mówiłem, zajmując się pani bagażami. – Zrobiło jej się gorąco na wspomnienie tej krępującej sceny na lotnisku. Była tak przyzwyczajona do radzenia sobie samodzielnie, że witający ją nieznajomy w szykownym garniturze i czarnych okularach przeciwsłonecznych wzbudził jej podejrzliwość. Nie oddała mu walizek, dopóki nie pokazał jej swoich dokumentów.

– W takim razie dziękuję. – Wysiadła i znalazła się w piecu, jakim była Toskania w lipcu. Szybko pstryknęła kilka ujęć panoramy zamku na wzgórzu i czym prędzej wróciła do wnętrza luksusowej limuzyny. Klimatyzacja w samochodzie była błogosławieństwem w taki dzień jak ten.

– Co to za rozkoszny zapach? – spytała, kiedy ruszyli wzdłuż chłodnego zielonego korytarza drzew okalających z dwóch stron długą na milę drogę.

– Kwitną lipy w alei. – Kierowca machnął ręką w stronę zielonego liściastego baldachimu nad ich głowami. – Owady uwielbiają ich kwiaty. Bzyczenie słychać już z oddali. Hrabia Dario twierdzi, że może tam pracować naraz kilka milionów pszczół.

Josie pomyślała, że to niezwykle trafna uwaga. Hrabia Dario był bratem jej przyjaciółki Antonii. Josie nigdy go nie poznała, ale sądząc z opowieści siostry, musiał być prawdziwym trutniem. Balował co wieczór, a za dnia zbijał bąki, podczas gdy wszyscy inni w posiadłości zajmowali się prawdziwą pracą. Nic dziwnego, że znał się dobrze na pszczołach.

– Kiedy słońce stoi wysoko nad tą starą campanile, pani doktor, brzmią jak pomruk silnika roll-royce’a.

Josie uśmiechnęła się.

– Uroczo.

– Proszę korzystać z uroków tego miejsca, póki ma je pani całe dla siebie. Wszyscy jeszcze śpią po wczorajszym przyjęciu. Zapowiedziano nam, że nikt z bawiących tu właśnie gości nie zje dzisiaj lunchu. Gospodyni, signora Costa, przygotuje pani jedzenie osobno, pani doktor.

Josie podziękowała z ulgą swoim szczęśliwym gwiazdom. Spędziła kilka weekendów w mieszkaniu Antonii w Rzymie i w willi rodziny di Sirena w Rimini. W obu miejscach sąsiedzi jej przyjaciółki byli cudownymi ludźmi, ale Josie czuła się wśród nich niczym sardynka w puszce pełnej złotych rybek. Pogawędki z nieznajomymi, którzy spędzali trzy miesiące w roku na nartach i jeździli do miejsc, które ona znała tylko z katalogów, to była jej wizja piekła. Prowadząc tak intensywne życie towarzyskie, starszy brat Antonii musiał być nocnym markiem. Liczyła, że będzie mogła pracować wewnątrz i na zewnątrz zamku całymi dniami i iść spać, zanim on pojawi się na horyzoncie, gotowy do kolejnej nocy w smokingu. Z tak ograniczonym czasem nie stać jej było na zmarnowanie choćby jednego dnia.

Na myśl o tym, co hrabia Dario wyczyniał wieczorami, odczuwała delikatne ukłucie zazdrości. Kochała swoją pracę, ale czasami czuła się jak chomik na karuzeli. Musiała nieustannie pracować, żeby opłacać rachunki. Ludzie pokroju hrabiego mieli wszystko podane na ciężkich srebrnych tacach ich przodków.

Kiedy w czasie studiów zamieszkały razem z Antonią, bała się, czy krańcowo różne środowiska, z jakich pochodziły, nie zmącą ich przyjaźni. Ale były tylko źródłem nieustannej zabawy. Kiedy jedną dotykały jakieś problemy, druga była dla przyjaciółki oparciem. Josie bardzo ceniła tę lojalność. Sądziła, że znalazła ją też u swojego narzeczonego. Była jednak w błędzie. Podobnie jak Antonia. Kiedy przyjaciółka zaszła w ciążę, jej partner Rick natychmiast rzucił biedną dziewczynę. Josie pomogła jej pozbierać się po tym ciosie. W głębi duszy sądziła, że Antonii będzie lepiej bez tego faceta.

Po przejściach wyrobiła sobie pełen goryczy pogląd na mężczyzn. Decyzja Antonii o pozostaniu w domu z dzieckiem była dla niej ciosem. Bez przyjaciółki studia nie były już tym samym. Dlatego tak cieszyła się z tego projektu. Będzie mogła pracować i widywać Antonię i małego Fabia, kiedy już przyjadą z Rimini do domu.

– Jesteśmy na miejscu. – Szofer zatrzymał wóz przy wielkiej bramie wiodącej do castello. Josie wysiadła, obciągając spódnicę. Popatrzyła w górę na stare domostwo. Wysokie kamienne mury i zwieńczające je bajkowe wieżyczki zachwyciły ją. Ogromne dębowe drzwi, wzmocnione żelaznymi gwoździami, spłowiały od setek słonecznych letnich dni jak ten. Umieszczona pośrodku figurka żelaznej syreny, skopiowana z rodzinnego herbu di Sirena, patrzyła na nią z góry szyderczo. Kierowca odjechał z jej bagażami na tyły domu. Świadoma, że była na końcu niekończącej się kolejki gości, podeszła. Dotknęła rączki wielkiego żelaznego dzwonka umieszczonego z jednej strony drzwi, gotowa przywołać na twarz oficjalny uśmiech.

Hrabia Dario di Sirena nudził się. Poprzedniego wieczora jak zawsze szczodrze zabawiał swoich gości. Nikt z nich jeszcze nie wstał, żeby z kolei zabawiać jego. Członkowie jacht klubu do wczesnych godzin porannych degustowali wina z bogatych piwnic castello. Dla niego alkohol przestał już być atrakcją. Pozwolił swoim gościom przespać całe rano, ale sam jak zwykle wstał wcześnie. Oni odpoczywali, a on nie miał z kim zagrać w tenisa. Odbijanie piłek wyrzucanych przez maszynę nie zastępowało prawdziwej rozgrywki. Nie znaczy to, że aż tak wielu gości zamku lubiło sport, choć zawsze chętnie korzystali z jego gościnności. Chociaż raz chciałbym poznać kogoś niedbającego o moją pozycję, z kim mógłbym zagrać dobry, ciężki mecz, pomyślał, ścinając tenisową rakietą główki tuzina niewinnych stokrotek. Wyciął zieloną ścieżkę w morzu spokojnych białych kwiatków, potem kolejną. Kiedy zastanawiał się, czy satysfakcjonujące byłoby skoszenie w ten sposób całej łąki, usłyszał warkot silnika jednego ze swoich samochodów. Osłaniając oczy przed słońcem, obserwował, jak zatrzymał się przed domem. Wysiadła z niego dziewczyna. Próbował przypomnieć sobie, kim mógł być ten nowy gość. Z pewnością nie przyjaciółką Antonii. Ona miała przyjechać nie wcześniej niż dwunastego. Sprawdził datę na zegarku i skrzywił się. Dzisiaj był dwunasty. Odkąd odziedziczył swój tytuł, każdy dzień poganiał kolejny. Czas przepływał mu przez palce, a co mu pozostawało? Dobiegający zera handicap w golfa i mile zgromadzone w programie lojalnościowym linii lotniczych, z którymi mógł oblecieć system słoneczny. Miał wszystko, czego mógł zapragnąć. Za wyjątkiem dobrego powodu, żeby wstawać wcześnie. Z rakietą na ramieniu kroczył uśmiechnięty, żeby przedstawić się swojemu nowemu gościowi. Antonia powiedziała mu wcześniej, że jej przyjaciółka przyjedzie do pracy i nie wolno jej przeszkadzać. Sądząc z opisu siostry, oczekiwał, że doktor Josie Street jest czymś w rodzaju ekscentrycznej zakonnicy. Kobieta, która właśnie zamierzała włączyć alarm pożarowy, była jednak niezwykle pociągająca. Chociaż, myślał, lustrując ją doświadczonym okiem, robiła wszystko, żeby to ukryć. Z włosami ściągniętymi w koński ogon, zmarszczonymi w skupieniu brwiami i bezkształtnymi ciuchami wyglądała na kogoś, kto za wszelką cenę usiłuje zamaskować swoją urodę. Pasowała do jego wyobrażenia angielskiej wykładowczyni. Może ktoś powinien jej uświadomić, że w życiu istnieje coś więcej niż same studia?

Po latach spędzonych na wykopaliskach Josie nie była słabeuszem. Jednak nie umiała sobie poradzić z toporną rączką dzwonka. Próbowała stukać do drzwi, ale sześć cali solidnego dębu tłumiło cały dźwięk. Szofer z pewnością uprzedził innych o jej przyjeździe, ale Josie spodziewała się, że trochę czasu upłynie, zanim ktoś się pojawi, żeby ją przywitać. Kiedy ostatnim pociągnięciem nie udało się poruszyć rączki dzwonka, cofnęła się, ścierając z niesmakiem ślady rdzy z dłoni.

– Buon giorno.

Podskoczyła zaskoczona i odwróciła się. Jakiś mężczyzna szedł w jej kierunku. Wysoki i dobrze zbudowany, poruszał się ze swobodną gracją. Niesforne czarne włosy i błyszczące oczy harmonizowały ze złocistą opalenizną i nieskazitelną bielą stroju tenisowego. Ta kombinacja zapierała dech. Podejrzewała, że mężczyzna był tego świadomy. W odróżnieniu od jej zakurzonego stroju, wszystko, co na sobie miał, było nowe. Najnowszej generacji rakieta tenisowa miała wplecione w naciąg stokrotki.

Josie, zerkając wokoło, zastanawiała się, czy to bóstwo nie podchodzi do kogoś równie wspaniałego stojącego gdzieś w jej pobliżu. Ale dziedziniec był pusty. O dziwo, mężczyzna najwyraźniej zmierzał w jej stronę. Brązowe oczy i miękkie ciemne rzęsy od razu wydały jej się znajome. To musiał być gospodarz, brat Antonii. W oczach Josie wyglądał nawet bardziej podejrzanie niż jego reputacja.

– Pozwoli pani, że się przedstawię. Hrabia Dario di Sirena. – Aksamitny głos brzmiał słodko niczym ciepły miód. Mężczyzna wytwornym gestem ujął jej dłoń i złożył na niej pocałunek.

Zareagowała gwałtownie.

– Dlaczego nie jest pan w łóżku?

Uniósł brew.

– Zakładam, że to nie jest zaproszenie?

Wyrwała mu rękę, czerwona ze złości. Nawet jak na nią skompromitowała się w efektownym stylu. Mężczyzna uśmiechał się, ignorując jej niezręczność.

– Pani musi być Josie.

– Tak, doktor Josephine Street – wymamrotała. Zawieranie nowych znajomości nie było jej mocną stroną. Szczególnie, gdy nowo poznani byli tak olśniewający.

– To brzmi bardzo poważnie – zażartował. Była jednak zbyt wytrącona z równowagi, żeby uśmiechnąć się i podjąć flirt, jak tego bez wątpienia oczekiwał.

– Jestem poważną osobą.

– Zatem niech mi będzie wolno z tym większą przyjemnością przywitać panią w moim skromnym domu. – Zgiął się w półoficjalnym ukłonie. Kiedy Josie ostentacyjnie odrzuciła niewypowiedziane zaproszenie do żartów, wyprostował się. Nadal się uśmiechał.

Pokrywając nieśmiałość zuchwałą miną, uniosła brodę. Dario zachowywał się swobodnie w każdej sytuacji. Wiedziała o tym z opowieści Antonii. Tych samych, które skłoniły ją wcześniej do poszukiwań na jego temat w internecie. Ani plotkarskie kolumny, ani opowieści Antonii nie były przesadzone. Jego urok oszałamiał. Był piękny i olśniewający. Promieniował wewnętrzną pewnością siebie, której nie można kupić za żadne skarby czy pieniądze świata. Bardzo różnił się od swojej siostry, pogodnej, pulchnej przyjaciółki Josie. Bez wątpienia był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego widziała w życiu. Oszałamiał ją nawet sam sposób, w jaki na nią patrzył. Jak gdyby znajdowała się w centrum jego wszechświata. Miała jednak świadomość, że uwaga większości mężczyzn trwała tak krótko jak życie muszki owocowej. Jeśli nie uda jej się dowartościować jego ego, szybko straci swoje zainteresowanie dla niej i zniknie. Taka taktyka działała aż nadto dobrze w przeszłości, chociaż nie robiła tego celowo. Mężczyźni znikali z jej życia, czy tego chciała, czy nie. Czarujący Dario nie będzie tracił dla niej czasu.

– Jestem zdumiony, że zdecydowała się pani przyjechać prosto tutaj, zamiast zatrzymać się w Rimini z Antonią i małym Fabiem, pani doktor – podjął konwersację, próbując przebić się przez krępujące milczenie. Josie stała jak sparaliżowana. Chociaż twarz mężczyzny pozostawała w cieniu, miała wrażenie, że ją oślepiał.

– Proszę mnie nazywać Josie – wymamrotała. – Gościłam w waszej willi w Rimini już przedtem. Czułam, że mimowolnie zawadzam Antonii. Zawsze próbowała włączyć mnie w swoje rozrywki. Ale wszyscy ci bogaci sąsiedzi z ich opowieściami o ludziach i miejscach, których nie znałam, były… – próbowała ująć to w grzeczny sposób.

– Niezupełnie z twojej bajki? – Rozbawienie w jego oczach połyskiwało niczym żywe srebro.

– Szofer odjechał z moimi rzeczami, zostawiając mnie tutaj samą. Próbowałam przyciągnąć czyjąś uwagę.

– Przyciągnęłaś moją – powiedział ze spokojną pewnością siebie. Sięgnął do rączki dzwonka i zwolnił umieszczony z boku haczyk, którego Josie nie zauważyła.

– Ach, oczywiście, dziękuję. – Wyciągnęła automatycznie rękę. Zdążył ją chwycić, zanim dotknęła ciężkiego żelaznego dzwonka. Przez ułamek sekundy znowu poczuła dotyk jego mocnych, opalonych palców.

– Nie robiłbym tego. To oryginalny zamkowy alarm ogniowy. Uruchamia wielki, ogłuszający dzwon. Nie sądzę, żeby któreś z nas tego chciało, prawda? – Josie zadrżała. Myśl o znalezieniu się w centrum uwagi przerażała ją. Z pełnym zrozumienia uśmiechem Dario zamknął haczyk bezpieczeństwa.

– Żeby zadzwonić do drzwi, trzeba wejść w bliski kontakt ze Stellą Maris, tą tutaj. – Skinął w stronę żelaznej syreny. – Jeden z moich przodków miał dziwaczne poczucie humoru.

Dario chyba je po nim odziedziczył. Nacisnął guzik umieszczony na brzuchu syreny. Zadziwiająco głośny dźwięk zaświdrował we wnętrzu domostwa.

– Ach! Czy to jeden z wynalazków Ósmego Hrabiego? Kiedy Toni zaproponowała mi przyjazd tutaj, przeczytałam wszystko, co mogłam znaleźć na temat castello. – Josie paplała, żeby pokryć zażenowanie. Dario wzruszył ramionami. – Skoro tak mówisz. Obawiam się, że nie mam pojęcia. Ktokolwiek to był, chciał zrazić do siebie bogobojne niewiasty. – Rzucił jej wymowne spojrzenie.

Znowu się zarumieniła. Przy nim czuła się jak strach na wróble przy wędrownym sokole. Był totalnie wyluzowany w swoim pełnym słońca otoczeniu. Jego ubiór cieszył oko. Przeciwnie niż strój Josie. Nosiła wygodne, ale ciężkie i niezgrabne buty, a jej kostium z taniego domu towarowego nadawał się wyłącznie na uniwersyteckie wykłady.

Po kilku sekundach zaskrzypiały ogromne drzwi wejściowe i służący zaprosił ich do domu. W holu wejściowym castello dominował ogromny kamienny kominek, ozdobiony herbem rodziny di Sirena.

– Tutaj są twoje rzeczy. – Dario wskazał na jednego ze służących, niosącego walizki. – Umieścimy cię w zachodniej wieży. Członkowie jacht klubu, którzy dzisiaj tu nocują, nie zakłócą twojego spokoju. Wszyscy są we wschodnim skrzydle. Chodź, pokażę ci twój apartament.

Podczas gdy Josie patrzyła w zdumieniu na rzeźbiony sufit i drewniane posadzki, Dario zaczął iść marmurowymi schodami, biorąc po dwa stopnie naraz. Kiedy ją zawołał, musiała biec, żeby go dogonić.

– Na pewno ma pan lepsze rzeczy do zrobienia, hrabio. Nie chciałabym pana fatygować. – Jej głos obudził echo w foyer.

Spojrzał na nią w dół z pierwszego półpiętra.

– Jesteś przyjaciółką rodziny, Josie. Dla ciebie jestem bratem Antonii. Mów do mnie Dario. Z przyjemnością pokażę ci twój pokój – dokończył stanowczo.

Podążyła za nim, choć nadal z pewną rezerwą.

– Jesteś pewien, że znasz drogę? – spytała z przekąsem, kiedy wędrowali przez labirynt korytarzy. Tynki bez skazy i gładkie posadzki sprawiały, że wyglądały dla niej jednakowo.

– Spędziłem tutaj całe życie. Antonia nie powiedziała ci, dlaczego te podłogi tak lśnią? – Potrząsnęła głową, uśmiechając się do wizji Daria z froterką w ręku. – Przywiązywałem szmatki do jej stóp i pchałem ją w tę i z powrotem po wszystkich milach tych korytarzy. Nieważne jak bardzo byłaby przygnębiona, to zawsze doprowadzało ją do śmiechu.

– Trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś mógł być nieszczęśliwy w miejscu tak pięknym jak to – szepnęła.

– Życie nie sprowadza się do stylu bycia – uśmiechnął się, otwierając najbliższe drzwi. Znajdowali się w najstarszej części zamku, gdzie olbrzymia wieża górowała nad grubymi kamiennymi murami. Była całkowicie zmodernizowana. Okrągłe schody prowadziły do samodzielnego apartamentu urządzonego na trzech poziomach. Na pierwszym była jadalnia i salon, drugie piętro mieściło sypialnię z łazienką. – A w końcu – Dario poprowadził ją na trzecią kondygnację – jest coś, co nazywam solarem. – Dotarli do dużego okrągłego pokoju z oknami wychodzącymi we wszystkich kierunkach. Szklane panele pokrywały dach, więc całe wnętrze zalane było światłem. Miało się wrażenie otwartej przestrzeni, ale z dobrodziejstwem skomplikowanego nowoczesnego systemu klimatyzacji.

– Wow! – Josie wciągnęła powietrze, niezdolna powiedzieć nic więcej. Szła wokół słonecznego wnętrza, patrząc na panoramę toskańskiej wsi. Powietrze na zewnątrz było przejrzyste jak wódka. Smukłe jak ołówki cyprysy sterczały niczym wykrzykniki z pól wysuszonej trawy, słoneczników i pofałdowanej zieleni zamkowych winnic.

– Powinnaś to zobaczyć po zmroku. – Poczekał, aż stanęła tuż obok. – Noc wygląda jak czarny aksamit. Czasami przychodzę tu na górę, żeby posiedzieć w ciszy, zastanawiając się, co oni tam w dole wszyscy porabiają. – Stał tak blisko niej, że Josie czuła jego obecność, podobnie jak oszałamiający zapach wody po goleniu. Przeszedł ją dreszcz.

Co się ze mną dzieje? Przyjechałam tu do pracy, pomyślała w panice, zerkając w górę na niego. Dario spoglądał na panoramę, zatopiony w myślach. Czując na sobie jej wzrok, odwrócił głowę i ich oczy spotkały się. Znowu zadrżała. A wtedy Dario, jak gdyby wiedząc, co jej chodziło po głowie, obdarzył ją delikatnym, słodkim uśmiechem. Któremu nie sposób się było oprzeć.

Christina Hollis

Włoskie elity

Tłumaczenie:
Barbara Bryła