W kraju niewiernych - Jacek Dukaj

W kraju niewiernych

0,0

Kalejdoskop fantastycznych wizji Jacka Dukaja

W tym obszernym tomie opowiadań, sygnalizującym już przyszły kunszt autora, znalazła się . Katedra – opowieść, która zainspirowała Tomasza Bagińskiego i stała się przyczynkiem do kilkuminutowej animacji, nominowanej do Oscara. Sam tekst otrzymał Nagrodę Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla dla najlepszego opowiadania roku 2000, dyskwalifikując tym samym inny utwór z tomu W kraju niewiernych - również nominowany do tego wyróżnienia Ruch Generała. Zbiór - zawierający także m. in. zapowiadające fenomen Matrixa Irreehaare czy kontrowersyjną Ziemię Chrystusa - zdobył trzy inne nagrody.

Przygotowane przez Wydawnictwo Literackie wznowienie będzie stanowić jednolitą serię z wydaną w grudniu 2007 roku powieścią Lód: format A5, twarda oprawa, wspólne liternictwo, opracowanie graficzne Tomka Bagińskiego. Podobną formę przyjmą reedycje książek Inne pieśni (maj 2008) oraz Czarne oceany (wrzesień 2008). Jeszcze w tym roku do księgarń trafi także albumowe wydanie Katedry.

Recenzje

Zaczyna się mocno - od Żelaznego Generała, Rajmunda Żarnego z Warzhadów. Potem spotykamy Zjadacza Krwi, zapadamy się mroki wirtualnego Irrehaare, obserwujemy tajemniczego Muchobójcę, widzimy świat równoległy, w którym Chrystus nie umarł, przeżywamy mistyczne uniesienie w Katedrze, by doznać objawienia podobnego do tego z Medjugorie i w końcu stanąć twarzą w twarz z teologicznym problemem istnienia duszy u Obcych.

Wojciech Sosnowski, Wirtualna Polska

Tym, co fascynuje w utworach Dukaja, jest ukazywanie, jak pod ciśnieniem kosmicznych, odmienionych technologicznie realiów, reformuje się podejście do Boga, do zagadnień metafizycznych. Widzimy u Dukaja, jak nowa, wytworzona przez człowieka rzeczywistość deformuje i przeistacza swego twórcę, przyczyniając mu problemów, bólu i rozterek dziś kompletnie nieznanych. Dukaj traktuje bodaj swoje światy jako wizję przyszłości, która może się kiedyś, gdzieś zrealizować. Bardziej mi tu pasuje hasło z przeciwległego bieguna znaczeniowego: "W krainie wiernych". I do tematyki religijnej, jak ją Dukaj rozumie i przedstawia, i do jego podejścia do science fiction.

Marek Oramus, „Dziennik Polski”

Dukaj to pisarz obdarzony niesamowitym talentem do wymyślania fantastycznych światów (...) potrafi niezwykle bogaty obraz świata wymyślić zaledwie dla krótkiego opowiadania („Ruch Generała”, „Ziemia Chrystusa”), po czym beztrosko te światy porzuca i zabiera się za tworzenie następnych, jakby za cel swojego pisarstwa uznał empiryczne obalanie tezy, zgodnie z którą w fantastyce wszystko już było i nic się nie da wymyślić.

Wojciech Orliński, „Gazeta Wyborcza”

Jacek Dukaj (ur. 1974) - jeden z najciekawszych współczesnych prozaików polskich. Premiery jego książek to każdorazowo wydarzenia literackie. Autor Xavrasa Wyżryna, Czarnych oceanów, Extensy, Córki łupieżcy, Innych pieśni, Perfekcyjnej niedoskonałości, Lodu oraz licznych opowiadań – w tym zekranizowanej przez Tomasza Bagińskiego Katedry - zgromadzonych . w tomie W kraju niewiernych. Pomysłodawca antologii pt. PL+50. Historie przyszłości. Wielokrotny laureat nagród im. Janusza A. Zajdla (również za Lód), trzykrotnie nominowany do Paszportu „Polityki”, a w tym roku także do nagrody literackiej Nike, Nagrody Mediów Publicznych Cogito i Angelusa; laureat nagrody Kościelskich, laureat Europejskiej Nagrody Literackiej 2009.

Dodaj komentarz


Jedna z moich ulubionych pozycji. Jest to kolejna książka jednego z lepszych polskich pisarzy zajmujących się fantastyką. Co prawda czasami książki te nie są takie łatwe, warto się jednak nie zniechęcać, bo są to naprawdę dobre pozycje w polskiej literaturze. Można się naprawdę wciągnąć czytając tę książkę, fabuła jest naprawdę dobra, sam pomysł na książkę był moim zdaniem oryginalny. Najważniejsze to wejść w świat przedstawiony, a potem idzie już łatwo. Oczywiście jeśli ktoś za fantastyką nie przepada to może nie spodobać mu się książka, ale reszcie na pewno przypadnie ona do gustu.


Ta książka to kolejny zbiór opowiadań Dukaja. Jak dla mnie autor lepiej sprawdza się w dłuższych formach, co nie oznacza, że opowiadania wychodzą mu źle. Są po prostu czasami mniej ciekawe niż powieści. Jeśli komuś „ciężkość” powieści autora nie odpowiada (albo się nią „zmęczył”) w lekturze tych opowiadań odnajdzie chwile wytchnienia. Proza Dukaja jest tak wielowarstwowa i ciekawa, ze powinna zainteresować nie tylko miłośników literatury spod znaku s-f.


Kolejny zbiór opowiadań autora. Generalnie nie przepadam za takimi wydawnictwami. Są często nierówne i „W kraju niewiernych” nie jest wyjątkiem. Kilka tekstów jest godnych uwagi (choćby otwierający zbiór). W kilku forma autora jest niższa. Ogólne wrażenie pozytywne. Wykreowane światy są złożone, ale niektórzy czytelnicy mogą odnieść wrażenie, że opowieści są nieco przeintelektualizowane. Mimo wszystko warto zapoznać się z tą pozycją.


Kolejny zbiór opowiadań w dorobku tego jakże świetnego autora. Historie w nim przedstawione są inteligentne, wciągające i oryginalne. Jedno z opowiadań zawarte w tym zbiorze zostało nagrodzone Zajdlem. Niektóre z opowiadań są trochę słabsze, ale nadal trzymają wysoki poziom. Jeśli ktoś chce odpocząć trochę od „ciężkiego” Dukaja, niech sięgnie po ten zbiór. Polecam, gdyż naprawdę warto zapoznać się z twórczością tego autora.


Kolejny zbiór opowiadań jakimi uraczył nas Jacek Dukaj. Wszystkie opowiadania są dobre i odzwierciedlają mistrzowski warsztat Dukaja. Autor znów tworzy własne światy, bardzo dobrze kreuje postacie, świetnie opisuje otoczenie. Jedne opowiadania szczególnie wyróżniają się wysokim poziomem, inne są troszkę gorsze, ale jestem pewna, ze każdy fan fantastyki znajdzie w tym zbiorze coś dla siebie. Nie tylko dla fanów Dukaja. Polecam


"W kraju niewiernych", tak jak "Xavras Wyżyn", jest dość lekkim (jak na Dukaja!) zbiorem opowiadań. Najbardziej podobały mi się "Ziemia Chrystusa" i "Katedra".


"W kraju niewiernych", tak jak "Xavras Wyżyn", jest dość lekkim (jak na Dukaja!) zbiorem opowiadań. Najbardziej podobały mi się "Ziemia Chrystusa" i "Katedra".


"W kraju niewiernych", tak jak "Xavras Wyżyn", jest dość lekkim (jak na Dukaja!) zbiorem opowiadań. Najbardziej podobały mi się "Ziemia Chrystusa" i "Katedra".


Zbiór opowiadań. Nierówny zbiór. Ciekawe m.in. "Muchobójca" i "Ziemia Chrystysa". Sporą niższe loty w "Katedrze". Niestety po lekturze mam wrażenie, że autor najlepiej się sprawdza w powieści. Opowiadania to trochę za krótka forma aby Dukaj mógł rozwinąć swoje pomysły.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2008

Wy­da­nie dru­gie, przej­rza­ne przez Au­to­ra, bez zmian w tre­ści.

Tekst opar­to na wy­da­niu: Ja­cek Du­kaj, W kra­ju nie­wier­nych, War­sza­wa 2000.

Re­dak­tor se­rii
Ani­ta Ka­spe­rek

Ko­rek­ta
Anna Rud­nic­ka, Ur­szu­la Sro­kosz-Mar­tiuk, Ewa Ko­cha­no­wicz

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych
To­masz Ba­giń­ski

Il­lu­stra­tion co­py­ri­ght © Pla­ti­ge Ima­ge

Re­dak­cja tech­nicz­na
Bo­że­na Kor­but

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2008
ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków
bez­płat­na li­nia te­le­fo­nicz­na: 0 800 42 10 40
księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl
e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl
fax:(+48-12) 430 00 96
tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i ła­ma­nie: Scrip­to­rium „TE­XTU­RA”

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mi­chał Na­ko­necz­ny

Vir­tu­alo Sp. z o.o. vir­tu­alo.eu

ISBN 978-83-08-04721-7

RUCH GENERAŁA

Pociąg za­trzy­mał się i Ge­ne­rał ze­sko­czył na zie­mię. Przez kłę­by bu­cha­ją­cej od lo­ko­mo­ty­wy pary doj­rzał krę­pą po­stać kra­sno­ludz­kie­go ma­szy­ni­sty, któ­ry już krzą­tał się do­oko­ła czte­ro­krot­nie odeń wyż­szych kół, z so­bie tyl­ko zna­nych po­wo­dów wa­ląc z fu­rią w brud­ny me­tal mło­tem o bar­dzo dłu­gim trzon­ku.

Ge­ne­rał za­ma­chał la­ską, po­wstrzy­mu­jąc swe­go ad­iu­tan­ta od pod­bie­gnię­cia do to­rów, i pod­szedł do kra­sno­lu­da.

— Chy­ba wszyst­ko w po­rząd­ku?

Tam­ten spoj­rzał, sap­nął, odło­żył młot. W czar­nej od sa­dzy twa­rzy bły­ska­ły żół­ta­we biał­ka. Dzi­ko splą­ta­na bro­da kra­sno­lu­da mia­ła ak­tu­al­nie bar­wę smo­ły i za­pew­ne da­ło­by się z niej wy­cze­sać z pół szu­fli wę­gla. Ma­szy­ni­sta się­gnął gdzieś pod ów buj­ny krzak za­ro­stu, wy­jął pa­pie­ro­sa i za­pał­ki, za­pa­lił, za­cią­gnął się.

— Wszyst­ko w po­rząd­ku, Ge­ne­ra­le — rzekł, uspo­ko­iw­szy już ner­wy.

Ge­ne­rał zer­k­nął na ze­ga­rek, któ­ry wy­cią­gnął z le­wej kie­sze­ni kur­ty.

— Kwar­ta do dru­giej. O pół­to­rej klep­sy­dry szyb­ciej niż za­po­wia­da­li­ście. Nie­źle.

Kra­sno­lud par­sk­nął dy­mem; roz­ża­rzo­ny czer­wo­no pa­pie­ros, we­tknię­ty w śro­dek tej ciem­nej gę­stwy, gdzie znaj­do­wa­ły się usta ma­szy­ni­sty, na mo­ment za­ja­rzył się jesz­cze moc­niej.

— Nie o to cho­dzi. Po­moc­ni­ka mam do dupy. Ge­ne­rał bę­dzie spo­koj­ny, „De­mon” cią­gnie jak cho­le­ra, mógł­by na­wet szyb­ciej.

— Wo­lał­bym ra­czej wię­cej wa­go­nów.

— Też da radę.

— No. To świet­nie. Cie­szę się. — Po­kle­pał kra­sno­lu­da po ra­mie­niu swą lewą dło­nią (za­lśni­ły ka­mie­nie, bły­snął me­tal), na co kra­sno­lud wy­szcze­rzył w uśmie­chu krzy­we zęby; ale Ge­ne­rał pa­trzył już gdzie in­dziej, na ad­iu­tan­ta mia­no­wi­cie, któ­ry wła­śnie zbli­żał się do nich.

Ge­ne­rał po­że­gnał się z ma­szy­ni­stą i wszedł pod okap wę­glo­wej szo­py. Ko­ły­szą­ca się pod jej da­chem lam­pa naf­to­wa ci­ska­ła po oko­li­cy bla­de cie­nie.

Ma­jor Za­kra­ca wy­prę­żył się i re­gu­la­mi­no­wo za­sa­lu­to­wał: ob­ca­sy ra­zem, cho­le­wy na wy­so­ki po­łysk, lewa dłoń na rę­ko­je­ści sza­bli, pra­we ra­mię wy­rzu­co­ne ener­gicz­nie w przód i w górę.

— Daj­że spo­kój, Za­kra­ca, nie je­ste­śmy na de­fi­la­dzie.

— Tak jest, Ge­ne­ra­le.

Po czym prze­szedł w rów­nie re­gu­la­mi­no­we „spo­cznij”.

Ge­ne­rał po pro­stu nie mógł so­bie dać rady z Za­kra­cą; na­wet nie pró­bo­wał zmie­niać na­wy­ków ofi­ce­ra, przy­pusz­czal­nie zo­sta­ną mu one już do śmier­ci. Jako na­sto­let­ni ka­det Aka­de­mii Woj­ny Za­kra­ca wy­brał się wraz ze swą dru­ży­ną na wy­ciecz­kę w Góry Zmierz­chu — mie­li wol­ny mie­siąc, chcie­li spraw­dzić praw­dzi­wość le­gend, wy­da­wa­ło im się to od­po­wied­nią roz­ryw­ką dla przy­szłych do­wód­ców ar­mii. Z ca­łej dru­ży­ny prze­żył je­den Za­kra­ca: wi­zy­tu­ją­cy aku­rat osia­dłe­go w oko­li­cy zna­jo­me­go ne­kro­man­tę Że­la­zny Ge­ne­rał ura­to­wał chłop­ca, do­słow­nie wy­ry­wa­jąc go ze szpo­nów smo­ka. Ge­ne­rał, któ­ry i tak był bo­ha­te­rem dla każ­de­go z urwic­kich ka­de­tów, w oczach mło­de­go Za­kra­cy awan­so­wał wów­czas na co naj­mniej pół­bo­ga. Za­kra­ca do­rósł, trza­snę­ła mu trzy­dziest­ka — lecz w jego pry­wat­nej teo­go­nii wciąż nic się nie zmie­nia­ło.

— No więc?

— Jest źle. Ilu­zjo­ni­ści Peł­za­cza otwo­rzy­li nad mia­stem Ża­bie Pole. Lu­dzie oglą­da­ją. Ptak leje ksią­żę­cych ile wle­zie.

— Warz­had miał wy­dać de­kret.

— Nie wy­dał.

— Ja­sny pio­run. Co mówi?

— Jego Kró­lew­ska Wy­so­kość nie za­mie­rza ucie­kać się do sto­so­wa­nia cen­zu­ry — wy­re­cy­to­wał z ka­mien­ną twa­rzą Za­kra­ca. — Po­wi­nien pan jed­nak, Ge­ne­ra­le, za­bie­rać ze sobą lu­ster­ka, był­by pan na bie­żą­co, po­lte’y nig­dy do koń­ca pew­ne.

— Niech zgad­nę, kto mu pod­po­wie­dział, co za­mie­rzać: Bi­rzin­ni, praw­da?

— Pre­mier nie opu­ścił Zam­ku od dwóch dni — od­parł Za­kra­ca.

Ge­ne­rał uśmiech­nął się po­nu­ro.

— Masz ko­nie?

— Za skła­dem.

— Więc do Zam­ku.

Jadąc, wy­li­czał spo­dzie­wa­ny czas do­tar­cia po­szcze­gól­nych od­dzia­łów na po­zy­cje. Teo­re­tycz­nie dane ko­niecz­ne dla prze­pro­wa­dze­nia po­dob­nych kal­ku­la­cji po­zo­sta­wa­ły zmien­ny­mi nie­aprok­sy­mo­wal­ny­mi: na przy­kład taki Nex Plu­ciń­ski, jako głów­no­do­wo­dzą­cy Ar­mii Po­łu­dnie, gdy­by tyl­ko ze­chciał, był­by w sta­nie opóź­nić ope­ra­cję o trzy – czte­ry dni. Ko­lej że­la­zna sama z sie­bie ni­cze­go nie prze­są­dza­ła, cały osią­gnię­ty dzię­ki niej zysk cza­so­wy mógł zo­stać ła­two zmar­no­tra­wio­ny przez jed­ną nie­for­tun­ną roz­mo­wę na Zam­ku.

Prze­mknę­li przez La­sek Wie­czor­ny i wy­pa­dli na Kró­lew­skie Bło­nie. Otwo­rzy­ła się przed nimi pa­no­ra­ma Czur­my, sto­li­cy Zjed­no­czo­ne­go Im­pe­rium, od sta­ro­żyt­no­ści sie­dzi­by kró­lów na Ha­vrze. Łuna od świa­teł mia­sta ga­si­ła gwiaz­dy, któ­re i tak w więk­szo­ści prze­sła­nia­ło Ża­bie Pole. Dwu­mi­lio­no­wa me­tro­po­lia cią­gnę­ła się dzie­siąt­ka­mi wę­żów wzdłuż za­to­ki o kształ­cie łzy. W czy­stych wo­dach oce­anu prze­glą­da­ła się krwa­wa klę­ska wojsk Księ­stwa Spo­ko­ju. Ge­ne­rał spo­glą­dał na na­nieb­ną ilu­zję, usi­łu­jąc, mimo nie­wy­god­ne­go skró­tu per­spek­ty­wicz­ne­go, zo­rien­to­wać się w bar­dziej szcze­gó­ło­wym prze­bie­gu bi­twy. Wzię­te to było z punk­tu wi­dze­nia le­cą­ce­go po­nad Ża­bim Po­lem orła bądź so­ko­ła (a naj­pew­niej sępa). Co ja­kiś czas wpa­da­ły jed­nak w trans­mi­sję dłuż­sze i krót­sze wstaw­ki ze zbli­żeń, gdy trwał ja­kiś wy­jąt­ko­wo za­cię­ty po­je­dy­nek, wy­jąt­ko­wo krwa­wa rzeź­ba bądź wy­jąt­ko­wo efek­tow­ne ma­gicz­ne star­cie.

Kie­dy włą­czy­ła się re­kla­ma Skła­dów Ko­wal­skie­go, Ge­ne­rał spy­tał Za­kra­cę:

— Kto jesz­cze to spon­so­ru­je?

— Jaw­nie — sta­li klien­ci Peł­za­cza: Su­mak, Foł­szyń­ski, bra­cia Que, Kom­pa­nia Po­łu­dnio­wa, Hol­ding STC. Nie wiem na­to­miast, kto wszedł z po­wo­dów po­li­tycz­nych; je­śli w ogó­le wszedł kto­kol­wiek, bo może nie było po­trze­by.

— Ilu lu­dzi Peł­za­cza to trzy­ma?

— Oho ho, chy­ba wszy­scy. Tam już się tłu­ką ład­nych parę klep­sydr, a leci to non stop.

— Na­pu­ści­li na­wet dżin­ny.

— Mhm?

— Tyl­ko się przy­patrz: ża­den ry­dwan nie wcho­dzi im w wi­zję. Mu­sie­li po­ło­żyć blo­ka­dę. Zno­wu pół mia­sta bę­dzie się pro­ce­so­wać. Peł­zacz na pew­no do­stał od ko­goś po ci­chu w łapę, w ża­den spo­sób nie zwró­ci­ło­by mu się po­dob­ne przed­sta­wie­nie z sa­mych re­klam.

— No… nie wiem. Pan spoj­rzy na ta­ra­sy, bal­ko­ny, da­chy, Ge­ne­ra­le. Pan spoj­rzy na uli­ce. Mało kto śpi. To nie jest bi­twa o byle wio­chę, tam Ptak roz­dep­tu­je Księ­stwo. Fre­kwen­cja, że po­zaz­dro­ścić. Peł­zacz na pew­no doi ich wszyst­kich ile wle­zie. Na do­da­tek su­kin­sy­ny mają szczę­ście, bo oba księ­ży­ce aku­rat są pod ho­ry­zon­tem i ja­kość ob­ra­zu uda­ła im się jak z lu­stra.

Wpa­dli na przed­mie­ście. Tu już mu­sie­li za­dzie­rać gło­wy, by nie stra­cić wi­do­ku to­czą­cej się na noc­nym nie­bo­skło­nie bi­twy. Przez Ża­bie Pole prze­wa­la­ło się pie­kło: smo­ki pło­nę­ły w lo­cie, otwie­ra­ły się w zie­mi wul­ka­ny, try­ska­ła lawa, ludź­mi rzu­ca­ło na set­ki łok­ci w górę, roz­dzie­ra­na prze­strzeń zwi­ja­ła ich w ob­wa­rzan­ki i struc­le, po­tem od­wi­ja­ła w dru­gą stro­nę, i na nice, me­ta­mor­ficz­ne po­two­ry ście­ra­ły się po­nad gło­wa­mi pie­cho­ty, sno­py świa­tła z usta­wio­nych na wzgó­rzach do­oko­ła Pola la­tar­ni tar­tyj­skich krzy­żo­wa­ły się, łą­czy­ły, wy­gi­na­ły i roz­sz­cze­pia­ły, in­dy­wi­du­al­ne po­je­dyn­ki urwi­tów prze­ra­dza­ły się w sza­lo­ne po­ka­zy ma­gicz­nych fa­jer­wer­ków, urwi­ci w ułam­kach kno­tów wy­ła­do­wy­wa­li w wal­ce moc, umie­jęt­no­ści i do­świad­cze­nie ze­bra­ne w cią­gu ca­łe­go swe­go ży­cia, ro­śli pod chmu­ry i kur­czy­li się ni­żej źdźbeł tra­wy, rzy­ga­li ogniem, wodą, ga­zem, ni­co­ścią, ci­ska­li na wro­gów hu­ra­ga­ny śmier­tel­nych przed­mio­tów, la­wi­ny nisz­czą­cych ener­gii i rów­no­cze­śnie bro­ni­li się przed ana­lo­gicz­ny­mi ich ata­ka­mi.

Bie­do­ta ze slum­sów, le­żąc bez­po­śred­nio na zie­mi bądź na roz­cią­gnię­tych na niej ko­cach, ko­men­to­wa­ła gło­śno prze­bieg po­je­dyn­ków, na­gra­dza­ła zwy­cięz­ców i prze­gra­nych gwiz­da­mi, okla­ska­mi, prze­kleń­stwa­mi.

Wy­je­cha­li na Gór­ną Wil­lo­wą, Ge­ne­rał po­ka­zał: w pra­wo. Za­trzy­ma­li ko­nie przy sze­ścio­pię­tro­wym Za­jeź­dzie Gon­za­le­sa. Sta­jen­ny za­brał wierz­chow­ce, prze­szli na za­ple­cze. Sta­rzec pro­wa­dzą­cy in­te­res wy­naj­mu ry­dwa­nów stuk­nął cy­bu­chem faj­ki w noc­ny cen­nik. Ge­ne­rał ski­nął na Za­kra­cę; ma­jor za­pła­cił.

Oka­za­ło się, że za­jazd dys­po­nu­je tyl­ko jed­nym wol­nym ry­dwa­nem, po­zo­sta­łe jesz­cze nie wró­ci­ły albo nie nada­wa­ły się do użyt­ku.

— Za­mek — rzekł Ge­ne­rał dżin­no­wi ry­dwa­nu, le­d­wo usie­dli i za­pię­li pasy.

— A kon­kret­nie? — spy­tał dżinn usta­mi umiesz­czo­nej na przed­pier­siu pła­sko­rzeź­by, uno­sząc po­jazd w po­wie­trze.

— Gór­ny ta­ras na Wie­ży Has­sa­na.

— Ten ta­ras jest za­mknię­ty dla…

— Wie­my.

— Jak sza­now­ni pa­no­wie so­bie ży­czą.

Wy­pry­snę­li po­nad ni­ską za­bu­do­wę przed­mie­ścia. Za­mek ma­ja­czył na ho­ry­zon­cie czar­ną pię­ścią wbi­tą głę­bo­ko w gwiaz­do­skłon. Wy­nie­sio­ny w górę na stro­mej ko­lum­nie ska­ły na bli­sko pół węża, spie­czo­ny z jed­nej bry­ły ka­mie­nia-nie­ka­mie­nia przed nie­speł­na czte­ry­stu laty, trwał po­nad Czur­mą w nie­zmien­nej i nie­zmie­nial­nej for­mie, słu­żąc ko­lej­nym kró­lom Zjed­no­czo­ne­go Im­pe­rium jako dom, twier­dza, pa­łac oraz cen­trum ad­mi­ni­stra­cyj­ne. Ge­ne­rał do­sko­na­le pa­mię­tał ten dzień, gdy Szar­chwał uak­tyw­nił wresz­cie la­ta­mi kon­stru­owa­ne za­klę­cie, wy­szar­pu­jąc z wnę­trza pla­ne­ty gi­gan­tycz­ny blok go­rą­cej lawy i for­mu­jąc go po­śród ule­wy i grzmo­tu pio­ru­nów, w prze­sła­nia­ją­cych wszyst­ko kłę­bach go­rą­cej pary — w wy­śnio­ny pra­daw­nym kosz­ma­rem Za­mek.

Spi­ko­wa­li na Wie­żę Has­sa­na, wiel­ki pa­luch czar­nej bu­dow­li wska­zu­ją­cy śro­dek Ża­bie­go Pola. Po­zio­me słu­py świa­tła, bi­ją­ce z wie­ży na wszyst­kie stro­ny przez mniej­sze i więk­sze okna oraz inne otwo­ry, czy­ni­ły z niej fi­lar ja­kiejś na pół ma­te­rial­nej dra­bi­ny ja­sno­ści. Ry­dwan wle­ciał w je­den z naj­wyż­szych jej szcze­bli, wy­ha­mo­wał i osiadł mięk­ko na wy­su­nię­tej w prze­paść szczę­ce ta­ra­su.

— Je­ste­śmy — rzekł dżinn. — Mam cze­kać, czy mogę już wró­cić?

— Nie cze­kaj — rzekł Za­kra­ca, się­ga­jąc do kie­sze­ni. — Ile?

— Dwa osiem­dzie­siąt.

Za­nim ma­jor za­pła­cił, Ge­ne­rał był już przy wej­ściu do hali po­sto­jo­wej. Zer­k­nął po raz ostat­ni w nie­bo. Chro­nio­na sfe­rycz­nym ugię­ciem prze­strze­ni pie­cho­ta Pta­ka Zdo­byw­cy od­ci­na­ła wła­śnie woj­skom Księ­stwa Spo­ko­ju ostat­nią dro­gę od­wro­tu.

— Głów­no­do­wo­dzą­cy Ar­mii Zero, ge­ne­rał urwi­tów Zjed­no­czo­ne­go Im­pe­rium, do­ży­wot­ni czło­nek Rady Ko­ro­ny, do­ży­wot­ni se­na­tor Zjed­no­czo­ne­go Im­pe­rium, ho­no­ro­wy czło­nek Rady Elek­cyj­nej, kró­lew­ski do­rad­ca, dwu­krot­ny re­gent, Straż­nik Rodu, Pierw­szy Urwi­ta, rek­tor Aka­de­mii Sztuk Woj­ny, Ka­wa­ler Or­de­rów Czar­ne­go Smo­ka i Ho­no­ru, sied­mio­krot­ny Kas­sitz Mie­czy, for­de­man Zam­ku, hra­bia Kar­dle i Bła­dy­ga, Raj­mund Ka­esil Ma­ria Żar­ny z Warz­ha­dów!

Ge­ne­rał wszedł i po­pa­trzył na odźwier­ne­go. Odźwier­ny za­mru­gał. Ge­ne­rał nie opusz­czał wzro­ku. Odźwier­ny usi­ło­wał się uśmiech­nąć, ale dol­na war­ga za­czę­ła mu drżeć. Ge­ne­rał stał i pa­trzył.

— Daj­że spo­kój, jesz­cze pad­nie nam bie­da­czy­na na ser­ce — mruk­nął pierw­szy mi­ni­ster Bi­rzin­ni, wer­tu­jąc za­le­ga­ją­ce stół pa­pie­ry.

— Cie­bie też tak za­po­wia­dał?

— Ja nie je­stem Że­la­znym Ge­ne­ra­łem, nie mam ośmiu­set lat, moje ty­tu­ły nie­co mniej licz­ne.

— Nie­co.

— Wi­dzia­łeś? — spy­tał król za­głę­bio­ny w przy­su­nię­tym do otwar­te­go okna fo­te­lu, wska­zu­jąc bro­dą nie­bo nad Czur­mą.

— Wi­dzia­łem, Wa­sza Wy­so­kość — przy­tak­nął Ge­ne­rał, pod­cho­dząc doń. Bo­gu­mił Warz­had pa­lił pa­pie­ro­sa, strze­pu­jąc po­piół do usta­wio­nej na ko­la­nie po­piel­nicz­ki w kształ­cie musz­li. Na pa­ra­pe­cie przy jego le­wym łok­ciu sta­ło jed­no z lu­ster dy­stan­so­wych, od­bi­ja­jąc ob­raz Sali Rady pa­ła­cu Księ­cia Spo­ko­ju w No­wej Pli­sie; ru­bin gło­su lu­stra był wy­ci­śnię­ty. Na owej Sali pa­no­wał cha­os nie mniej­szy niż na Ża­bim Polu.

— Skur­wy­syn Ptak ma szczę­ście jak ja­kiś pie­przo­ny Gur­lan. — Warz­had roz­gniótł pa­pie­ro­sa, za­raz wy­jął z pa­pie­ro­śni­cy i za­pa­lił na­stęp­ne­go. — Je­ba­ne­mu Szczu­ce trza­snę­ła faza i Ptak ude­rzył do­kład­nie wte­dy, pół klep­sy­dry urwi­ci cho­ler­ne­go księ­ciu­nia szli bez wspar­cia, po­ło­wa zde­chła z nie­do­tle­nie­nia. Ni chu­ja nie poj­mu­ję, cze­mu ten du­po­gło­wy Szczu­ka się nie cof­nął. Co, do kur­wy nę­dzy, zło­to mają za­ko­pa­ne pod tym za­sra­nym Ża­bim Po­lem czy jak?

Dla ni­ko­go nie było ta­jem­ni­cą, iż ję­zyk, ja­kim po­słu­gu­je się na co dzień mło­dy król, dość da­le­ko od­bie­ga od stan­dar­dów obo­wią­zu­ją­cych w ary­sto­kra­tycz­nych sfe­rach; wsze­la­ko ob­ser­wo­wa­ne w nim od ja­kie­goś cza­su na­tę­że­nie nie­cen­zu­ral­nych wy­ra­zów wska­zy­wa­ło na li­chy — i wciąż po­gar­sza­ją­cy się — stan ner­wów wład­cy.

— Tłu­ma­czy­łem Wa­szej Wy­so­ko­ści — ode­zwał się znad trój­wy­mia­ro­wej pro­jek­cji pola wal­ki od­wró­co­ny do mo­nar­chy ple­ca­mi Nex Plu­ciń­ski. — Nie zdą­ży­li­by na czas otwo­rzyć ka­na­łów w no­wym miej­scu.

— Ale urwi­ci Pta­ka też by nie zdą­ży­li! — wrza­snął Warz­had. — Więc co za róż­ni­ca?

— Ptak ma ćwierć­mi­lio­no­wą ar­mię — rzekł ci­cho kró­lo­wi Że­la­zny Ge­ne­rał. — Jemu o nic in­ne­go nie cho­dzi jak wła­śnie o wy­klu­cze­nie z wal­ki urwi­tów. Wdep­cze ksią­żę­cych w zie­mię samą masą rzu­co­ne­go do ata­ku woj­ska.

— Dla­cze­go my i Fer­dy­nand nie mamy ćwierć­mi­lio­no­wych ar­mii?

— Bo to nie­opła­cal­ne — wes­tchnął Bi­rzin­ni, pie­czę­tu­jąc ja­kiś do­ku­ment.

— Pier­do­lo­ne­mu Pta­ko­wi, żeby go szlag, naj­wy­raź­niej się opła­ca.

— Pta­ko­wi też się nie opła­ca. Dla­te­go musi pod­bi­jać.

— Nie był­bym tego taki pe­wien — mruk­nął Ge­ne­rał.

— Więc sami, kur­wa, nie wie­cie i jesz­cze mnie my­dli­cie oczy! A ogło­śmy, cho­le­ra, po­wszech­ny po­bór do woj­ska, niech się su­kin­syn zdzi­wi! On ma ćwierć mi­lio­na? Ja będę miał pie­przo­ny mi­lion! A co! W koń­cu to Im­pe­rium, nie ja­kieś pół­noc­ne za­du­pie! Gu­staw, ile było w ostat­nim spi­sie?

— Sto dwa­na­ście mi­lio­nów czte­ry­sta sie­dem ty­się­cy dwie­ście pięć­dzie­się­ciu sied­miu peł­no­let­nich oby­wa­te­li, Wa­sza Wy­so­kość — od­parł na­tych­miast Gu­staw Lam­be­raux, Se­kre­tarz Rady, któ­re­mu w gło­wie sie­dzia­ło pięć de­mo­nów.

— A ile ma ten cały Ptak, mać jego plu­ga­wa?

— Tego on sam za­pew­ne nie wie. Lud­ność za­miesz­ku­ją­cą pod­bi­te prze­zeń zie­mie oce­nia się na dwie­ście pięt­na­ście do dwu­stu osiem­dzie­się­ciu mi­lio­nów.

— Aż tyle?! — zdu­miał się Warz­had. — Skąd się wzię­ło tyle tego ro­bac­twa?

— Na Pół­no­cy pa­nu­je bie­da, Wa­sza Wy­so­kość. Mno­żą się w bar­dzo szyb­kim tem­pie — za­ko­mu­ni­ko­wał Lam­be­raux, su­ge­ru­jąc oczy­wi­ste lo­gicz­ne po­wią­za­nie tych dwóch fak­tów.

— To jest na­tu­ral­ne ci­śnie­nie de­mo­gra­ficz­ne — rzekł Ge­ne­rał, przy­sia­da­jąc na pa­ra­pe­cie przed kró­lem, la­skę kła­dąc przez bio­dro, lewą dłoń na jej gał­ce. — Prę­dzej czy póź­niej taki Ptak mu­siał się przy­da­rzyć. Nie­sie go fala przy­ro­stu na­tu­ral­ne­go, jest ni­czym bły­ska­wi­ca wy­ła­do­wu­ją­ca ener­gię bu­rzy. To jesz­cze twój pra­dzia­dek wy­dał de­kret za­my­ka­ją­cy gra­ni­ce Im­pe­rium przed imi­gran­ta­mi. Bo­gacz jest bo­ga­czem je­dy­nie do­pó­ty, do­pó­ki ma przy so­bie dla zo­bra­zo­wa­nia kon­tra­stu nę­dza­rza. To dla­te­go tak ab­sur­dal­na wy­da­je się ofen­sy­wa Pta­ka, gdy się pa­trzy na mapę: jego zie­mie przy zie­miach Im­pe­rium i so­jusz­ni­ków wy­glą­da­ją jak, nie przy­mie­rza­jąc, pchła przy smo­ku. Ale to jest zły punkt wi­dze­nia.

— A jaki jest do­bry, hę?

— Do­bry jest taki: nie­ca­łe sie­dem­set lat temu całe dzi­siej­sze Im­pe­rium to była Czur­ma, za­to­ka, Wy­spa La­tar­ni, co po­szła na dno pod­czas Dwu­na­sto­let­niej, i oko­licz­ne sio­ła. Oraz ba­ron Ana­sta­zy Warz­had, któ­ry miał od­wa­gę pod­nieść re­be­lię w środ­ku Wiel­kie­go Po­mo­ru. A ca­ry­ca Yx spoj­rza­ła na mapę, zo­ba­czy­ła pchłę przy smo­ku i od­wle­kła wy­sła­nie woj­ska.

— A cóż to za ana­lo­gie po­ro­nio­ne? — zi­ry­to­wał się Bi­rzin­ni, skoń­czyw­szy ja­kąś krót­ką roz­mo­wę przez swo­je lu­ster­ko. — Że co? Że my je­ste­śmy taki ko­los na gli­nia­nych no­gach? A Ptak z tą jego bar­ba­rzyń­ską zbie­ra­ni­ną to przy­szłe Im­pe­rium?

— O tym mo­że­my się prze­ko­nać tyl­ko w je­den spo­sób — rzekł spo­koj­nie Ge­ne­rał. — Cze­ka­jąc. Ale czy na­praw­dę chcesz mu po­zwo­lić zbu­do­wać to jego im­pe­rium?

— Ty po pro­stu masz skrzy­wio­ną per­spek­ty­wę — Bi­rzin­ni za­ma­chał w stro­nę Ge­ne­ra­ła zdez­ak­ty­wo­wa­nym lu­ster­kiem. — To przez te wszyst­kie two­je cza­ry: ży­jesz i ży­jesz, i ży­jesz, jesz­cze je­den wiek, jesz­cze je­den, hi­sto­ria ca­łych państw za­mknię­ta po­mię­dzy mło­do­ścią a sta­ro­ścią; choć­byś chciał, nie zmie­nisz tej ska­li.

— Dla kró­lów — po­wie­dział Ge­ne­rał, pa­trząc Warz­ha­do­wi pro­sto w błę­kit­ne oczy — jest to naj­wła­ściw­sza ze skal, naj­wła­ściw­sza z per­spek­tyw. Mu­si­my ude­rzyć te­raz, gdy Ptak zwią­za­ny jest w Księ­stwie. Bez pod­cho­dów, bez ma­ca­nia, całą po­tę­gą. Wejść na nie­go przez Prze­łęcz Gór­ną i Dol­ną, wejść z za­cho­du Mo­kra­dła­mi, i de­san­tem mor­skim w K’da, Ozie i obu Fur­twa­kach; i po­wietrz­nym, roz­kła­da­jąc mu sys­tem za­opa­trze­nia. Te­raz, za­raz.

Warz­had od­rzu­cił pa­pie­ro­sa, za­czął ob­gry­zać pa­znok­cie.

— Mam go za­ata­ko­wać? Tak ni z tego, ni z owe­go, bez po­wo­du?

— Po­wód masz. Naj­lep­szy z moż­li­wych.

— Jaki?

— Dzi­siaj Ptak jest do po­ko­na­nia.

— Woj­ny chcesz?! — krzyk­nął Bi­rzin­ni, wzno­sząc ręce po­nad gło­wę i bu­dząc tym swo­im krzy­kiem drze­mią­ce­go przy ko­min­ku mi­ni­stra skar­bu, Sa­szę Qu­erza. — Woj­ny?! Agre­sji na Ligę?! Osza­la­łeś, Żar­ny?!

Od bar­dzo daw­na nikt już do nie­go nie zwra­cał się in­a­czej jak „Ge­ne­ra­le”, ewen­tu­al­nie „pa­nie hra­bio”, na­wet ko­lej­ne me­tre­sy, i te­raz Że­la­zny Ge­ne­rał wbił swój lo­do­wa­to zim­ny wzrok we wzbu­rzo­ne­go pre­mie­ra.

Bi­rzin­ni cof­nął się o krok.

— Ja nie je­stem odźwier­nym! Da­ruj so­bie te sztucz­ki! Mam de­mo­na, nie zu­ro­czysz mnie!

— A że­by­ście oci­pia­li, ci­sza mi tu! — roz­darł się król Bo­gu­mił Warz­had i istot­nie ci­sza za­pa­dła na­tych­miast.

— Ty, Ge­ne­rał — król wska­zał Ge­ne­ra­ła pal­cem. — Ja so­bie przy­po­mi­nam: ty już od ja­kie­goś cza­su pró­bu­jesz mnie pod­ju­dzić prze­ciw­ko Pta­ko­wi. Jesz­cze chy­ba w Oxfeld usi­ło­wa­łeś wy­mu­sić na mnie zgo­dę na po­cią­gnię­cie tej kra­sno­ludz­kiej że­la­znej dro­gi pod Prze­łę­cze. Od daw­na to pla­nu­jesz. Ja mó­wię! — po­trzą­snął pal­cem. — Nie prze­ry­wać, kur­wa, kie­dy król mówi! Nie wiem, co ty so­bie wy­obra­żasz! Od wie­ku nie mia­łeś żad­nej po­rząd­nej woj­ny, więc ma­rzy ci się ja­kaś krwa­wa roz­ró­ba, co? Nie za­mie­rzam przejść do hi­sto­rii jako ten, któ­ry roz­pę­tał głu­pią, nie­po­trzeb­ną, bez­sen­sow­ną i ni­czym nie spro­wo­ko­wa­ną woj­nę! Sły­szysz mnie?

— On tę ko­lej i tak wy­bu­do­wał — rzekł Bi­rzin­ni.

— Co?

— Tę dro­gę że­la­zną kra­sno­lu­dów.

— Za moje wła­sne pie­nią­dze — mruk­nął Ge­ne­rał. — Ani gro­sza z pań­stwo­wej kie­sy nie wzią­łem.

— Boże dro­gi, co tu się dzie­je? — żach­nął się Warz­had. — Czy to jest ja­kiś spi­sek sza­lo­nych mi­li­ta­ry­stów?

— Ja nie wiem, czy to się sta­nie ju­tro czy za rok, czy za lat dwa­dzie­ścia — po­wie­dział Ge­ne­rał, wsta­jąc z pa­ra­pe­tu. — Ale wiem, mam tę pew­ność, że w koń­cu Ptak ude­rzy i na nas. A wte­dy — wte­dy to bę­dzie jego de­cy­zja, jego wy­bór i chwi­la do­god­na dla nie­go. Broń­my się, póki jesz­cze mo­że­my, póki jesz­cze sy­tu­acja jest ko­rzyst­niej­sza dla nas.

— Chcia­łeś po­wie­dzieć: dla cie­bie — wark­nął Bi­rzin­ni.

Ge­ne­rał wsparł się twar­do na la­sce, za­ci­snął szczę­ki.

— Oskar­żasz mnie o zdra­dę?

Pre­mier w kon­tro­lo­wa­ny spo­sób oka­zał zmie­sza­nie.

— O nic cię nie oskar­żam, jak­że bym śmiał…

Si­wo­wło­sy mi­ni­ster skar­bu ock­nął się na do­bre.

— Czy wy­ście wszy­scy ro­zum po­tra­ci­li? — za­skrze­czał. — Bi­rzin­ni, ty chy­ba na łeb ze scho­dów zle­cia­łeś! Że­la­zne­go Ge­ne­ra­ła o zdra­dę po­są­dzasz? Że­la­zne­go Ge­ne­ra­ła…? Toż on miał wię­cej szans na prze­ję­cie ko­ro­ny Im­pe­rium, niż ta ko­ro­na ma gwiazd! Jesz­cze o two­ich pra­dziad­kach się nie śni­ło, kie­dy on wie­szał za nie­po­słu­szeń­stwo i spi­sko­wa­nie prze­ciw­ko kró­lo­wi! Dwa razy był re­gen­tem; czy choć o dzień opóź­nił prze­ka­za­nie peł­ni wła­dzy? Dwa razy jemu sa­me­mu pro­po­no­wa­no tron, ale od­ma­wiał! Z głów usie­czo­nych prze­zeń zdraj­ców uło­żył­bym stos wyż­szy od Wie­ży Has­sa­na! Tyś się tyle razy przy go­le­niu nie za­ciął, ile jego pró­bo­wa­li za­bić, wła­śnie za wier­ność ko­ro­nie! Dwie ro­dzi­ny stra­cił w bun­tach i re­be­liach! Bli­sko ty­siąc lat stoi na stra­ży rodu Warz­ha­dów! W ogó­le nie by­ło­by już dziś tego rodu, gdy­by nie wy­ra­to­wa­ni przez nie­go oso­bi­ście twoi przod­ko­wie, Bo­gu­mił. Ty się ciesz, że masz przy so­bie ta­kie­go czło­wie­ka, bo ża­den inny wład­ca na Zie­mi nie może się po­szczy­cić tak wier­nym pod­da­nym; któ­re­go wier­no­ści był­by tak pew­ny. Już prę­dzej w sie­bie bym zwąt­pił niż w nie­go! — Co po­wie­dziaw­szy, Qu­erz po­now­nie za­snął.

Chcąc uciec spod ko­sych spoj­rzeń, ja­kie skie­ro­wa­li na nie­go zi­ry­to­wa­ni tak nie­przy­zwo­icie szcze­rą prze­mo­wą mi­ni­stra skar­bu, Ge­ne­rał wy­co­fał się w ciem­ny kąt sali i usiadł w usta­wio­nym tam pod rzeź­bą gry­fa fo­te­lu wy­ło­żo­nym czar­ną skó­rą. La­skę prze­ło­żył przez uda, ręce opu­ścił sy­me­trycz­nie na opar­cia, choć, rzecz ja­sna, o żad­nej sy­me­trycz­no­ści nie mo­gło tu być mowy, bo wzrok pa­trzą­cych za­wsze uska­ki­wał ku le­wej dło­ni Ge­ne­ra­ła. To była ta słyn­na Że­la­zna Ręka, Ma­gicz­na Dłoń.

Od ośmiu wie­ków nie­ustan­nie do­sko­na­lą­cy się w swych urwic­kich sztu­kach — za­nim jesz­cze w ogó­le po­wsta­ła de­fi­ni­cja urwi­ty, za­nim zo­stał ge­ne­ra­łem, za­nim uru­cho­mił ta­jem­ne me­cha­ni­zmy swej dłu­go­wiecz­no­ści — już wte­dy, na sa­mym po­cząt­ku, sły­nął był z owej in­kru­sto­wa­nej klej­no­ta­mi i me­ta­lem koń­czy­ny. Le­gen­da gło­si­ła, iż od­da­jąc się ciem­nym kunsz­tom (a pod­ów­czas były to kunsz­ty uzna­wa­ne za bar­dzo, bar­dzo ciem­ne), wdał się Żar­ny w kon­szach­ty z Nie­wi­dzial­ny­mi tak po­tęż­ny­mi, że nie mógł już nad nimi za­pa­no­wać, i gdy pod­czas ko­lej­ne­go z nimi spo­tka­nia do­szło do kłót­ni, isto­ty za­ata­ko­wa­ły go. Wiel­kim wy­sił­kiem woli po­ko­nał je i cu­dem prze­żył; wsze­la­ko utra­ciw­szy w wal­ce wła­dzę nad lewą ręką, nie mógł już jej od­zy­skać. Zo­rien­to­waw­szy się ry­chło w nie­sku­tecz­no­ści wszel­kich zna­nych form ku­ra­cji, aby nie po­zo­stać in­wa­li­dą do koń­ca ży­cia (któ­re mia­ło się prze­cież oka­zać tak dłu­gie), zde­cy­do­wał się mimo wszyst­ko uciec do ma­gii: im­plan­to­wał so­bie za­tem w od­po­wied­nich miej­scach ręki, dło­ni, pal­ców ru­bi­ny psy­cho­ki­ne­tycz­ne. Od­tąd nie mię­śnie i nie ner­wy po­ru­sza­ły i za­wia­dy­wa­ły mar­twą koń­czy­ną — dzia­ło się to bez ja­kie­go­kol­wiek ich po­śred­nic­twa, samą mocą my­śli Żar­ne­go. Tym spo­so­bem de fac­to prze­kształ­cił on część swo­je­go cia­ła w ma­gicz­ny ar­te­fakt. Sar­ka­ją­cy na pół­środ­ki i rzad­ko za­trzy­mu­ją­cy się w pół dro­gi, i tym ra­zem nie cof­nął się Żar­ny ze ścież­ki, jaka się przed nim po owej ope­ra­cji otwo­rzy­ła. Na­stą­pi­ły ko­lej­ne im­plan­ta­cje, ko­lej­ne ma­gicz­ne ma­chi­na­cje, trans­for­mu­ją­ce ra­mię i dłoń w po­tęż­ny i co­raz po­tęż­niej­szy, skom­pli­ko­wa­ny i wciąż się kom­pli­ku­ją­cy, wie­lo­za­da­nio­wy se­mior­ga­nicz­ny ma­ge­okon­strukt. Ten pro­ces bo­wiem wciąż się jesz­cze nie za­koń­czył; mi­nę­ły tym­cza­sem wie­ki i wie­ki, a on trwał. Wy­sta­ją­ca te­raz z cie­nia rę­ka­wa kur­ty dłoń Ge­ne­ra­ła wy­glą­da­ła ni­czym tęt­nią­cy ja­kimś zim­nym, nie­orga­nicz­nym ży­ciem splot me­ta­lu, szkła, drew­na, ka­mie­ni szla­chet­nych, tward­szych od nich nici — oraz, jed­nak, cia­ła. We­dług le­gen­dy jed­no ski­nie­nie pal­ca Ge­ne­ra­ła rów­na­ło z zie­mią nie­zdo­by­te twier­dze; we­dług le­gen­dy za­ci­śnię­cie owej pię­ści za­trzy­my­wa­ło ser­ca wro­gów, ści­na­ło im krew w ży­łach. Ale to była le­gen­da — sam Ge­ne­rał wszyst­kie­mu za­prze­czał.