W cieniu prawa - Remigiusz Mróz

W cieniu prawa

0,0

"Galicja, 1909 rok. Mimo złej opinii i niejasnej przeszłości Erik Landecki zostaje przyjęty na czyścibuta w austriackim dworku. Jest przekonany, że los się do niego uśmiechnął. Pierwszej nocy ginie jednak dziedzic rodu, a cień podejrzeń pada na Polaka. Szybko pojawiają się spreparowane dowody, a Erik staje się głównym podejrzanym.

Musi walczyć nie tylko o swoją wolność, lecz także o życie – w zaborze austriackim karą za morderstwo jest bowiem śmierć przez powieszenie."

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
WCieniuPrawaCover.jpg

 

 

 

PreTitle.jpg

 

 

Title.jpg

 

 

Copyright © Remigiusz Mróz, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

 

 

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Joanna Katarzyna Pawłowska

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografie na okładce: www.shutterstock.com/gkuna, www.shutterstock.com/ Bildagentur Zoonar GmbH

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2016

 

eISBN 978-83-7976-452-5

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mojej Mamie,

która niegdyś wprowadziła mnie w świat książek,

czytając mi codziennie przed snem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Człowiek we własnym życiu gra zaledwie mały epizod.

– Stanisław Jerzy Lec

 

 

 

 

 

Ci ludzie nawet kochają tak, jakby nienawidzili.

– Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara

 

 

 

 

 

 

Część pierwsza

Galicja, Austro-Węgry

1909 rok

Rozdział I

Guwernantka po raz trzeci zapukała do sypialni na piętrze. Nigdy nie pozwoliłaby sobie na taką zuchwałość, gdyby nie to, że z pokoju panicza wydobywał się smród urągający synowi świniopasa, a co dopiero dziedzicowi wielkiego majątku.

W środku nocy wyrwały ją ze snu głośne dźwięki i kobieta nie musiała długo się zastanawiać, skąd pochodzą. Znała całą rezydencję Raisental na wylot, ale nawet gdyby tak nie było, domyśliłaby się, że to panicz Julius hałasuje po nocach. Młody bon vivant nieustannie spraszał do dworku przedstawicielki płci nadobnej i guwernantka nie miała wątpliwości, że tym razem też tak się stało.

Niepokoił ją jedynie ten ohydny smród.

Zapukała jeszcze raz, spuszczając głowę. Znów odpowiedziała jej tylko cisza.

Zastanawiała się przez moment, po czym obróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku schodów. Wbiegła na poddasze, gdzie zakwaterowana była służba, a potem popędziła prosto do drzwi majordoma.

Tym razem załomotała bez ogródek. Wiedziała, że cierpiący na bezsenność, leciwy Gröger może potraktować to jak osobistą zniewagę i ją zrugać, lecz czas naglił. Usłyszała, że majordom powoli zbliża się do drzwi. Ponaglała go w duchu, ale dźwięk kroków był jednostajny, spokojny, jak uderzenia starego zegara.

W końcu siwy mężczyzna w grubym szlafroku uchylił drzwi. Łysiał już na zakolach, a jego czoło pokrywały głębokie zmarszczki. Mimo to stał wyprostowany jak struna, dystyngowany jak zawsze. Zmierzył ją wzrokiem.

– Doprawdy… – zaczął.

– Nie ma czasu – wpadła mu w słowo. – Musi pan otworzyć gniazdo niecnoty.

Joachim Gröger westchnął i ściągnął poły szlafroka.

– Niechże się pani opanuje – powiedział. – Jeszcze raz usłyszę to niestosowne określenie, a…

– Coś tam się stało! – znów mu przerwała. – Zza drzwi wydobywa się straszliwy fetor.

– Nie nam oceniać wonie dobywające się z sypialni panicza.

– Ale…

– Proszę wracać do łóżka – uciął majordom, powoli zamykając drzwi.

Kobieta jednak nie miała zamiaru dać za wygraną. Przełożyła nogę przez próg, a potem łypnęła na siwego mężczyznę spode łba. Przypuszczała, że takie zachowanie może słono ją kosztować, ale tej nocy nie miało to znaczenia.

– Chodź pan ze mną – rzuciła.

Gröger nie był przyzwyczajony do takiej bezpośredniości. Rządy nad służbą domową sprawował twardą ręką i każdy – od garderobianego do kamerdynera – wiedział, by odnosić się do niego z odpowiednim szacunkiem. Każdy znał też konsekwencje nieodpowiedniego zachowania. W okolicy nie było wielu dworów, a chętnych do pracy nie brakowało. Nietrudno było znaleźć zastępstwo, szczególnie jeśli chodziło o mniej wymagające stanowiska.

Zachowanie guwernantki kazało majordomowi sądzić, że coś rzeczywiście jest nie w porządku. Skinął kobiecie, a gdy ta cofnęła nogę, zamknął przed nią drzwi.

– Ależ…

– Spokojnie – mruknął zza drzwi. – Muszę się odziać.

– Byle szybko.

– Nie mogę zejść do holu w byle gałganach. Cierpliwości.

Chwilę później ubrany i z pękiem kluczy w ręku stanął przed pokojem dziedzica rodu. Najstarszy syn barona von Reignera nieustannie sprawiał kłopoty, ale teraz najwyraźniej przeszedł samego siebie.

– Rzeczywiście, nieprzyjemnie wonieje – ocenił Gröger.

Pociągnął za poły surduta, poprawił kołnierzyk i odchrząknął. Nawet jeśli po drugiej stronie drzwi miały miejsce jakieś bezeceństwa, on musiał prezentować się odpowiednio. Nie miał wiele czasu, by się oporządzić, ale musiało to wystarczyć.

– Dworuje sobie pan? – szepnęła guwernantka. – Cuchnie gorzej niż w oborze.

– Niech pani powściągnie język – odparł majordom, a potem wyprostował się, przyjął beznamiętny wyraz twarzy i zapukał do drzwi. Po kilku próbach nikt nie otwierał. Joachim zmarszczył czoło i poczuł, że robi mu się gorąco. Coś rzeczywiście było nie w porządku.

– Na co pan czeka?

– Słucham?

– Trzeba otwierać, ale już.

– Nie mogę ot tak…

– Ma pan klucz, proszę zrobić z niego użytek!

Gröger pomyślał, że z samego rana pozbędzie się tej kobiety. Porozmawia z baronem von Reignerem i sprawi, że impertynencka guwernantka zniknie.

Umieścił klucz w zamku, nabrał głęboko tchu, a potem otworzył drzwi. To, co zobaczył w pokoju, przeszło jego najgorsze obawy. Panicz leżał półnagi na łóżku, jego głowa i ręce zwisały bezwładnie, zaś klatka piersiowa ociekała krwią. Część spłynęła na podłogę, ale zdecydowana większość wsiąknęła w białe prześcieradło.

Odór rozkładu sprawił, że Grögerowi zrobiło się słabo. Cofnął się o krok, a stojąca obok kobieta zakryła usta. Przez moment trwała ciężka, obezwładniająca cisza. Potem guwernantka wydała z siebie przeciągły, głośny pisk.

Miał odbijać się echem w dworku przez długie lata.

 

 

 

 

Rozdział II

W czteroosobowej izbie na piętrze najpierw zbudził się Erik Landecki. Była to dla niego pierwsza noc spędzona w Raisentalu i po całym dniu pracy spodziewał się, że prześpi ją bez większych problemów. Kiedy jednak głośny krzyk wyrwał go ze snu, wiedział już, że nie zmruży oka.

Wcześniej tego dnia zatrudnił się u Reignerów w charakterze czyścibuta. Nie był to szczyt jego marzeń, ale każdy w obszarze dworskim doskonale zdawał sobie sprawę, że praca w rezydencji Raisental – nieważne jaka – niesie za sobą dobrobyt i bezpieczeństwo. Szczególnie dla kogoś takiego jak on. Mimo że wywodził się ze zgermanizowanej rodziny śląskiej, nosił polskie nazwisko – Landecki. Z takim pochodzeniem nie mógł liczyć na pracę w większości dworów. Nie chciano przyjmować go nawet na okres próby w charakterze koniuszego, a co dopiero czyścibuta, który rezydował w domu. W dodatku wszyscy wiedzieli, jaką Erik ma przeszłość.

Majordom Reignerów ostatecznie przymknął na to oko, ale Erik musiał solennie przysiąc, że sam odejdzie, jeśli tylko któraś para obuwia będzie niewłaściwie wyczyszczona. Zapewnił Grögera, że ma duże doświadczenie w tej materii i można na nim polegać.

Prawda była jednak taka, że nigdy w życiu nie wyszorował nawet własnych butów. Tym bardziej nie przypuszczał, że kiedyś będzie zarabiał w ten sposób na życie. I zapewne tak by się nie stało, gdyby los go do tego nie zmusił.

Ojciec opuścił rodzinę, kiedy Erik był jeszcze dzieckiem, a matka zmarła niedawno na suchoty. Dwudziestodwuletni Landecki został sam, bez fachu w rękach, za to z burzliwą przeszłością. Powoli kończyły mu się zaoszczędzone przez matkę korony i wiedział, że prędzej czy później będzie musiał znaleźć źródło utrzymania.

Pierwszy dzień jego nowego życia zaczął się nie najgorzej. Gröger pokazał mu niewielką kanciapę, jedną z garderób na parterze, a potem oznajmił, że właśnie tam będzie spędzał najwięcej czasu. Erik uznał, że lepsze to niż usługiwanie arystokratom w pełnych przepychu salach balowych i udawanie, że się nie istnieje.

Po godzinie lub dwóch zmienił zdanie.

Niełatwo było włożyć rękę do śmierdzącego buta, a jeszcze trudniej było jej stamtąd czym prędzej nie wyciągnąć. Obuwie musiało być szczotkowane i szorowane w odpowiedni sposób, o którym Erik właściwie nie miał pojęcia – wiedział tyle, że podczas gdy jedna dłoń znajduje się wewnątrz buta, druga wykonuje resztę roboty.

Nie była to jedyna sfera, w której brakowało mu rozeznania. Przez całe życie trzymał się z dala od miejsc takich jak Raisental i nie wiedział, jak wygląda hierarchia pośród służby. Uświadomiła mu to dopiero grupa lokajów, na którą napatoczył się około południa. W niewybrednych słowach kilku mężczyzn oznajmiło, że znajduje się na samym dole łańcucha pokarmowego, a pomiatanie czyścibutem jest traktowane jako zachowanie w dobrym guście.

Ukoronowaniem tego wszystkiego była nocna pobudka. Kiedy przeraźliwy kobiecy krzyk przeszył ściany, Erik zerwał się na równe nogi i potoczył wzrokiem po niewielkim pomieszczeniu, ściętym z dwóch stron przez stromiznę dachu. Prycze stały obok siebie, ledwo można było między nimi przejść, a gdyby Landecki był o kilka centymetrów wyższy, stopy wystawałyby mu zza łóżka i niemal sięgały kolejnego.

Trzech innych służących zbudziło się chwilę po nim.

– Co to za jazgot? – zapytał jeden z kucharzy.

– Może ktoś wreszcie zbałamucił starą guwernantkę – odparł szofer.

Pozostałych dwóch zaniosło się śmiechem, podczas gdy Landecki wbijał wzrok w drzwi. Zastanawiał się przez moment, po czym zeskoczył z łóżka.

– Co robisz, Polaku?

Nie dziwiło go, że mężczyzna wypowiedział ostatnie słowo tonem zarezerwowanym dla rzucania obelg. Czesi, Polacy, Rusini czy przedstawiciele innych słowiańskich nacji byli traktowani znacznie gorzej niż pozostali mieszkańcy monarchii – zarówno w Raisentalu, jak i w każdym innym miejscu w kraju.

Erik narzucił na siebie znoszoną koszulę i wyszedł na korytarz, przekonany, że odgłos dochodził z któregoś pokoju na poddaszu. Szybko jednak uświadomił sobie, że dobiegł z niższego piętra, gdzie mieściły się sypialnie von Reignerów. Kierował się już tam korowód służących. Część powoli schodziła po schodach, inni dopiero niepewnie wychylali się ze swoich pokojów.

Minęła go dziewczyna, która na moment obróciła głowę w jego kierunku. Zatrzymała na nim spojrzenie i zmrużyła oczy.

– Erik, prawda?

Skinął głową. Nie zapamiętał jeszcze wszystkich służących, ale ją z pewnością powinien. Mimo że miała na sobie pospolity strój, przywodziła na myśl arystokratkę. Miała delikatne rysy twarzy, ale mocne, zdecydowanie spojrzenie. Starała się gorączkowo ułożyć włosy choćby w namiastkę koka.

– Anika Eller – przedstawiła się. – Podkuchenna.

Zanim zdążył odpowiedzieć, skinęła w kierunku schodów.

– Idziesz? – zapytała.

– Tak.

Ruszył za nią, tocząc wzrokiem po pozostałych członkach służby. Wszyscy sprawiali wrażenie, jakby schodząc na dół w nocnym przyodziewku, popełniali nie tyle zwykłe wykroczenie, co śmiertelny grzech.

– Co tam się stało? – zapytał Erik.

– Nie słyszałeś?

– Słyszałem krzyk, a potem już tylko komentarze na temat bałamucenia jakiejś szantrapy.

– A więc przegapiłeś wieść, że chodzi o nieboszczyka.

– Nieboszczyka?

– Tak krzyknęła ta, jak mówisz, szantrapa. Guwernantka. W dodatku lubiana przez państwo von Reignerów.

Erik uświadomił sobie, że musi uważać na słowa. To miejsce rządziło się swoimi prawami, które były mu zupełnie obce. Niewiele było trzeba, by potknął się o jakiś konwenans i po głośnym upadku już się nie podniósł. Na dobrą sprawę guwernantka mogła znajdować się dość wysoko w hierarchii służby.

Spojrzał badawczo na rozmówczynię.

– Na dole mówimy na nią per Rozwora – dodała Anika. – Ale ty lepiej na razie trzymaj język za zębami.

Uznał, że tak właśnie zrobi, przynajmniej dopóki nie rozezna się w sytuacji. Z zewnątrz Raisental wyglądał całkiem zwyczajnie – ot, jeden z dworków bogatych familii, jakich wiele w całych Austro-Węgrach. Niegdyś był to pałacyk polskiej szlachty, ale dziś nikt już nawet nie pamiętał nazwiska rodowego tamtych ludzi. Od środka miejsce to sprawiało wrażenie złożonego, wielopłaszczyznowego świata, który wpuszcza w swoje progi jedynie tych, którzy są tego godni.

– To nie znaczy, że musisz w ogóle milczeć.

Landecki wzruszył ramionami.

– Zazwyczaj nie odzywam się, jeśli nie mam nic do powiedzenia.

– Dobra zasada.

– Dziś po południu w przestrzeganiu jej utwierdziło mnie kilku lokajów.

Anika uśmiechnęła się blado.

– Witają tak każdego, nie przejmuj się nimi.

– Nie mam zamiaru. To oni powinni przejmować się mną.

Spojrzała na niego niepewnie. Erik przypuszczał, że wieści ze wsi nie docierają do zamkniętej w rezydencji służby. Gröger znał jego przeszłość, prawdopodobnie wiedział o wszystkich jego ekscesach, ale jak na majordoma przystało, nie podzielił się tym z pozostałymi. Dziewczyna ewidentnie nie wiedziała, jaka opinia kroczy za nowym czyścibutem. Pomyślał, że to dobrze. Będzie miał okazję, by zacząć wszystko od nowa.

Zatrzymali się przed schodami. Klatka była wąska i kręta, więc szybko zrobił się zator. Jakiś mężczyzna z przodu zarządził, by zachować spokój i się nie pchać, a chwilę później pochód ruszył już sprawnie w dół.

– Widzę, że nieczęsto macie tu takie hece – odezwał się Erik.

– Starczy powiedzieć, że to pierwszy raz, kiedy idę na dół w podomce.

Landecki zlustrował ją wzrokiem. Przemknęło mu przez głowę, że powinna częściej tak występować, ale się nie odezwał. Wyraźnie się zmieszała, dostrzegając jego wzrok.

– Coś nie tak?

– Wręcz przeciwnie. Wszystko jest w jak…

– Więc patrz przed siebie.

Zrobił, jak mu poleciła. Niższe piętro sprawiało wrażenie, jakby znajdowało się w zupełnie innym świecie. Na poddaszu panował lekki zaduch, podłoga skrzypiała, a okiennice zdawały się zmurszałe. Jedno lokum od drugiego dzieliło jedynie liche przepierzenie, przez które słychać było szept, a może nawet oddech. Tutaj zaś już same drzwi do pokojów kazały sądzić, że po drugiej stronie znajdują się wytworne komnaty. W powietrzu unosił się przyjemny zapach, a pod stopami Landecki miał gruby, przykrywający deski dywan.

Przed wejściem do sypialni panicza ustawił się już wianuszek służących – było ich tylu, że Erik nie mógł liczyć na to, by samemu zajrzeć do środka. Wieści podróżowały jednak szybko, od jednego do drugiego, jak wiadro z wodą pospiesznie przekazywane w trakcie gaszenia pożaru.

Chwilę później jeden z mężczyzn stojących przed Aniką i Landeckim potwierdził, że w pokoju rzeczywiście znaleziono ciało panicza, a widok osłabił nawet tych, którzy widzieli już w życiu niejedno.

– I wygląda na to, że nie zszedł z tego świata w sposób naturalny – dodał.

Dziewczyna pobladła i potarła ramiona, jakby nagle poczuła powiew chłodu.

– To znaczy? – zapytał Erik.

– To znaczy, że ktoś zamordował dziedzica rodu.

Landecki potrzebował chwili, by uświadomić sobie, że jako nowo przybyły będzie głównym podejrzanym.

 

 

 

 

Rozdział III

Dopóki pan domu się nie pojawił, nikt nie ważył się przestąpić progu. Służba była na miejscu jako pierwsza, ale wyłącznie dlatego, że krzyk guwernantki był lepiej słyszalny na piętrze. Zaraz potem pod izbą Juliusa zaczęła gromadzić się rodzina.

Baron Hendrik von Reigner przyszedł po kilku minutach w wytwornej, bordowej bonżurce, która już na pierwszy rzut oka wyglądała, jakby za jej sprzedaż można było wyżywić kilkuosobową rodzinę. A była to tylko konfekcja domowa.

– Rozejść się – rzucił, nie patrząc na służących.

Wszyscy jak jeden mąż opuścili głowy, a potem gremialnie ruszyli ku klatce schodowej.

– Gröger, zostań.

– Natürlich, gnädiger Herr[1].

– Lokaj twierdzi, że… – Reigner urwał, gdy przestąpił próg. – Że to ty odkryłeś…

Słowa ugrzęzły mu gdzieś w gardle. Chwilę trwało, nim baron zdołał opanować emocje.

– Wespół z guwernantką – odezwał się po chwili majordom, patrząc z obawą na swojego chlebodawcę. Tylko tego brakowało, by pan domu rozkleił się na jego oczach. Gröger nie miałby pojęcia, jak się zachować w takiej sytuacji. Wycofać się na korytarz? Udawać, że nie widzi? Czy może zaoferować słowa otuchy? Właściwie nie miał ochoty robić żadnej z tych rzeczy. Najchętniej pogratulowałby von Reignerowi tego, że los okazał się łaskawy i cała jego fortuna nie trafi kiedyś w ręce nieodpowiedzialnego bawidamka.

Majordom obejrzał się przez ramię i zobaczył, że do pokoju wszedł następca Juliusa w kolejce do dziedziczenia. Marc-Oliver był o rok młodszy od swojego brata, ale równie przystojny – różnica polegała na tym, że miał trochę oleju w głowie. Podczas gdy Julius przebywał w Wiedniu, urzędując głównie w salach balowych, młodszy z paniczów odbył przeszkolenie wojskowe, a w wolnym czasie czytywał powieści popularnego ostatnio Stefana Zweiga czy chodził na sztuki Schnitzlera. Rozrywki ich obydwu nie mogły bardziej się różnić.

Hendrik von Reigner nagle potrząsnął głową, jakby starał się odrzucić świadomość tego, co się wydarzyło. Obrócił się w kierunku drzwi i uniósł otwartą dłoń do syna.

– Nikt nie wchodzi, póki nie powiem.

Marc-Oliver spojrzał na makabryczny widok, a potem cofnął się o krok.

– Gröger, zamknij drzwi.

– Ja, gnädiger Herr – odparł majordom, a następnie posłusznie wykonał polecenie. Wbił wzrok w podłogę, nie chcąc patrzeć w oczy młodemu Reignerowi, gdy zamykał przed nim drzwi. Nie odezwawszy się słowem, Marc-Oliver wycofał się do holu.

Kiedy zostali sami, Hendrik opadł ciężko na jeden z foteli, wbijając wzrok w ciało syna. Z korytarza zaczął dochodzić cichy szloch, co najprawdopodobniej oznaczało, że służba się oddaliła i damy mogły zacząć lamentować.

Służący stanął obok barona i założył ręce za plecami. Obaj patrzyli na Juliusa, jakby miał za moment wstać i oznajmić, że miała miejsce jedna z jego infantylnych krotochwil. Nieraz wprowadzał wszystkich w osłupienie niezbyt wyrafinowanymi żartami, budził niesmak w towarzystwie i sprawiał, że nawet Grögerowi było wstyd za panicza. Teraz jednak jego ojciec zapewne oddałby wszystko, by dzisiejsza noc okazała się jedynie makabrycznym dowcipem.

Przez kilka chwil milczeli.

– Co teraz, Gröger?

– Poślę rano po policję.

– Nie – odparł baron. – Żadnej policji. Niepotrzebnie nagłośnią całą sprawę.

Majordom przełknął ślinę.

– Ależ… Ktoś zamordował pańskiego syna – zauważył, nie poruszając się.

Baron pochylił się do przodu i skrył na moment twarz w dłoniach. Zaraz jednak się zmitygował i wyprostował na krześle.

– Bez wątpienia – powiedział, podnosząc się. – Ale pozwolimy wszystkim sądzić, że to choroba go zabrała. Dyfteryt, zapalenie płuc, tyfus… teraz tyle tego szaleje.

Joachim miał ochotę zaoponować, wytłumaczyć Reignerowi, że nie myśli logicznie, a umysł ma przytępiony nawałnicą emocji. Nie wypadało jednak polemizować z osobą wyżej urodzoną.

Przynajmniej na co dzień.

– Jeśli mogę, panie… – powiedział niepewnie.

Baron von Reigner popatrzył na niego z rezerwą, ale skinął głową.

– Mów, Gröger.

– Zaraz po wschodzie słońca cała okolica dowie się o tym, co wydarzyło się w Raisentalu. – Służący zbliżył się do łóżka. – Za sprawą gazeciarza, który rano usłyszy od odźwiernego o nocnym odkryciu. Potem przyjadą chłopi z dostawą ziarna; oni z pewnością zasięgną informacji od podkuchennych, z którymi…

Majordom urwał, gdy Hendrik podniósł dłoń. Pan domu zamknął oczy i nabrał powietrza tak głęboko, że Grögerowi zrobiło się słabo. On sam miał problem, by zrobić większy wdech. Za każdym razem wydawało mu się, że wypełnia płuca smrodem śmierci. Wprawdzie uchylił okno tuż po tym, jak odnalazł panicza, ale miał wrażenie, że przez lata nie wywietrzy odoru z tego pokoju.

Baron pochylił się nad synem. Trzęsącą się ręką zamknął mu powieki, ale Gröger nie miał wątpliwości, że obaj długo będą mieć w pamięci niemal wywrócone oczy. Głowa była odgięta, a Julius sprawiał wrażenie, jakby w momencie śmierci starał się z całych sił spojrzeć na coś ponad sobą.

– Masz rację – odezwał się w końcu baron. – Z samego rana poślij kogoś na policję.

Gröger zapewnił, że tak zrobi, a w dodatku nakaże polecić posterunkowemu, by nie rozgłaszał sprawy. Przez kilka chwil trwali w milczeniu. Potem Reigner odchrząknął.

– Jak… – zaczął, rozkładając ręce. – Jak ktoś mógł zrobić coś takiego?

Joachim spojrzał na podziurawioną klatkę piersiową panicza. Tors przywodził na myśl sito, przez które przelała się krew ofiary. Obok łóżka leżało narzędzie zbrodni, pięcioramienny, ostro zakończony kandelabr. Gröger pochylił się w kierunku świecznika.

– Zostaw.

– Tak, panie.

– Niech zajmą się tym stróże prawa.

Majordom się wyprostował, po czym skrzyżował ręce za plecami. Był to naturalny, mimowolny odruch. W tej pozycji czuł się komfortowo, każda inna zaś wydawała mu się wymuszona.

– Kto byłby do tego zdolny, Gröger?

– Nie potrafię odpowiedzieć, gnädiger Herr.

– Kto w tym domu zdobyłby się na tak bestialski, tak ohydny czyn… – powtarzał pod nosem Hendrik, zwracając się bardziej do siebie niż do służącego. – To… to zwyrodniałe, wynaturzone…

Joachim znów zaczął się obawiać, że niechybnie znajdzie się w niewygodnej sytuacji i będzie musiał podjąć decyzję, czy nie zaoferować chlebodawcy słów pociechy. Reigner kręcił głową, nie odrywając wzroku od syna. Oczy miał szkliste i Grögerowi wydawało się, że usta mu się zatrzęsły.

Należało czymś zająć jego myśli. I to jak najszybciej.

– Jeśli mogę coś zaproponować… – zaczął niepewnie majordom.

Hendrik spojrzał na niego z obojętnością. A może w jego oczach był jakiś zawód? Cień pretensji? Tak, Gröger miał wrażenie, że dostrzegł te rzeczy, i jakby na potwierdzenie Reigner westchnął.

– Nie – powiedział.

Majordom skinął głową i dał krok w tył. Przypomniano mu, że uzurpuje sobie zbyt szerokie uprawnienia. Sam fakt, że został w pokoju, podczas gdy pan domu wyprosił wszystkich innych, był już dużym ukłonem ze strony barona.

Hendrik przysiadł na skraju łóżka, a następnie ujął dłoń syna. Gröger tkwił w bezruchu, wbijając wzrok w ścianę. Przez kilka minut nie opuścił oczu i robił to, co potrafił robić najlepiej – udawał, że nie istnieje. Na dobrą sprawę nie wiedział nawet, czy jego pan płacze, czy tylko mówi cicho modlitwę.

Gdy baron skończył, wstał i otrzepał bryczesy, jakby właśnie wrócił ze spaceru po włościach von Reignerów. Coś w jego oczach się zmieniło. Dotychczas sprawiał wrażenie, jakby nie mógł otrząsnąć się ze snu, którego powidok nie opuszcza człowieka na długo po przebudzeniu. Teraz jednak wyglądał jak inny człowiek.

– Trzeba go przykryć prześcieradłem – powiedział. – I chcę, byś zrobił to osobiście.

– Oczywiście, panie.

– Prócz tego nie ruszaj tutaj nawet pojedynczego włosa.

Majordom skinął głową.

– Nie będziemy czekać do rana – dodał Reigner, obracając się do służącego. – Poślij swojego najbardziej zaufanego człowieka do dworku landwójta. Jeszcze dzisiaj chcę mieć tutaj wszystkich stróżów nocnych.

Gröger skłonił się, usatysfakcjonowany tym, że baron odnalazł w sobie na tyle determinacji i opanowania, by zacząć myśleć roztropnie. Poczekał na dalsze instrukcje, po czym wycofał się w kierunku drzwi, uważając, by za szybko nie odwrócić się do Reignera plecami.

– I wyznacz kogoś do pilnowania tego Polaka, którego wczoraj przyjąłeś.

– Oczywiście, panie – odparł służący i złapał za klamkę.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Gnädiger Herr – dosł. „łaskawy panie”; zwyczajowy zwrot wobec szlachty posiadającej tytuł Freiherr (przyp. autora).

 

 

 

 

 

 

Spis treści

 

 

 

Część pierwsza

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Część druga

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Część trzecia

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Część czwarta

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Posłowie