W ciemni - Susan Faludi

W ciemni

0,0

„Mam dla ciebie ciekawą nowinę. Zdecydowałem, że mam już dość wcielania się w rolę agresywnego macho, którym nigdy tak naprawdę nie byłam”. To pierwsze zdanie emaila, w którym Steven Faludi obwieszcza córce, że przeszedł zabieg uzgodnienia płci na tajskiej wyspie Phuket. Steven odszedł, a pojawiła się Stefanie.

Susan Faludi, słynna amerykańska dziennikarka i zdobywczyni Nagrody Pulitzera, zapamiętała swojego ojca jako despotycznego tyrana, który opuścił ją po rozpadzie swojego małżeństwa w połowie lat 70. Teraz dostrzega niepowtarzalną szansę na rozliczenie krzywd. Akt oskarżenia z czasem zmienia się jednak w fascynującą podróż ponad historycznymi czy politycznymi granicami, podczas której autorka poznaje prawdziwą tożsamość swojego rodzica.

Finalistka Nagrody Pulitzera.

Jedna z 10 książek roku „The New York Times’a”.

Zdobywczyni The Kirkus Prize.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
tato10 negatyw.psd
tyt.jpg

Susan Faludi, W ciemni

Tytuł oryginału: In the Darkroom

Warszawa 2017

Copyright © by Susan Faludi, 2016

Polish translation right arranged with Melanie Jackson Agency, LCC

through Anna Jarota Agency

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2017

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-65853-40-0

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Skład wersji elektronicznej: Aneta Więckowska

Virtualo Sp. z o.o.

konwersja.virtualo.pl

Dla Grünbergerów ze Spišské Podhradie

i Friedmanów z Koszyc,

dla ich dzieci i dzieci ich dzieci –

rodziny, którą odnalazłam

i która odnalazła mnie.

Myślał o tym, jak go prześladowano i wyszydzano, a teraz
słyszy, że jest najpiękniejszy z wszystkich pięknych
ptaków. Bzy pochyliły ku niemu, do samej wody, swoje gałęzie,
a słońce grzało tak mocno, tak cudnie; wtedy napuszył pióra,
wyciągnął w górę smukłą szyję i zawołał z głębi serca:

– O takim szczęściu nawet nie śniłem, gdy byłem
brzydkim kaczątkiem!

HANS CHRISTIAN ANDERSEN, „BRZYDKIE KACZĄTKO”1

Utożsamianie się z własnym obrazem stało się instynktem:
nawyk ten jest bardzo stary. Mój obraz, to, co można
zobaczyć, to ja.

D. H. LAWRENCE, „ART AND MORALITY”2

Dawno temu

Był sobie dziwny podstęp

Wilk w falbankach

Rodzaj transwestyty

Ale uprzedzam bieg mojej opowieści.

ANNE SEXTON, „THE RED RIDING HOOD”3

PRZEDMOWA. NA TROPIE

Latem 2004 roku rozpoczęłam śledztwo, którego przedmiotem był ktoś, kogo ledwie znałam – mój ojciec. Projekt ten miał swoje źródło w urazie – urazie córki, której ojciec zniknął z jej życia. Byłam na tropie beztroskiego przestępcy, zręcznego oszusta, któremu udało się uciec od tak wielu rzeczy: zobowiązań, uczuć, winy, skruchy. Przygotowywałam akt oskarżenia, gromadząc materiał dowodowy do procesu. Niemniej w pewnym momencie oskarżycielka stała się świadkinią.

Nie było jednak jasne, czego właściwie byłam świadkinią. W trakcie swojego życia mój ojciec przeszedł tak wiele przemian, rościł sobie prawo do tak wielu tożsamości. „Jestem Weeeęgrem”, przechwalał się, z akcentem, który przetrwał wszystkie te metamorfozy. „Wiem, jak udaaawać”. Gdyby to było takie proste…

„Napisz o mnie”, poprosił w 2004 roku – a raczej rzucił mi wyzwanie. Kryjąca się za nim intencja była dość mętna. „To mogłoby być coś jak z Hansa Christiana Andersena” – powiedział innym razem, później, o naszym biograficznym przedsięwzięciu. „Kiedy Andersen pisał baśń, wszystko, co w niej umieszczał, było prawdziwe, ale otaczał to fantazjami”. Nie w moim stylu. Niemniej podjęłam wyzwanie z zawziętością, mając własne zamiary.

Pomimo tej prowokacji mój ojciec pozostał opornym przedmiotem opisu. Przez większość czasu nasza współpraca przypominała zabawę w kotka i myszkę, zabawę, w której na ogół wygrywała myszka. Mój ojciec, podobnie jak inny Węgier, Houdini, był mistrzem ucieczek. Ja z kolei, jako ścigająca, dotrzymywałam mu kroku. Obsadziłam się w roli jednoosobowej obławy, tropiącej liczne jaźnie mojego ojca w ich sekretnych kryjówkach. Moim celem było napisanie książki o    n i m. Dopiero latem 2015 roku, po tym, jak przekształciłam liczne szkice w gotową książkę i wysłałam tekst wydawcy, i po tym, jak umarł, uświadomiłam sobie, do jakiego stopnia pisałam tę książkę również d l a   n i e g o, ojca, który, przynajmniej w mojej głowie, był jej pierwszym, wyobrażonym i głównym czytelnikiem – co zakłada sporą dozę wielkoduszności, ale i wrogości. Nie był to dar pozbawiony komplikacji.

„Są tu rzeczy, które będą dla ciebie trudne do zniesienia”, ostrzegłam go jesienią 2014 roku, kiedy zadzwoniłam, by obwieścić, że mam już gotową pierwszą wersję. W napięciu czekałam na odpowiedź. Mój ojciec, który zrobił karierę w fotografii komercyjnej, zmieniając obrazy, i który całe swoje życie poświęcił zmienianiu siebie, będzie wściekły (jak zakładałam), że opisano go naturalistycznie.

„Nooo cóż”, usłyszałam po chwili ciszy. „Cieszę się. Wiesz o moim życiu więcej niż ja”. Ten jeden raz mój ojciec był zadowolony z tego, że został złapany, nawet jeśli tylko na papierze.

I

1 ▶ POWROTY I ROZSTANIA

Pewnego popołudnia pracowałam w swoim domowym gabinecie w Portland w stanie Oregon, segregując notatki do poprzedniego projektu pisarskiego, książki o męskości. Na ścianie naprzeciwko mnie wisiała oprawiona czarno-biała fotografia, którą niedawno kupiłam, przedstawiająca byłego żołnierza nazwiskiem Malcolm Hartwell. Stanowiła ona część wystawy Co to znaczy być mężczyzną. Jej uczestnicy mieli za zadanie zilustrować odpowiedzi na to pytanie i napisać towarzyszącą im wypowiedź. Hartwell, krzepki mężczyzna w traperach i spodniach dresowych, siedzi rozparty na masce swojego samochodu Dodge Aspen; ręka w rękawiczce spoczywa ma masywnym biodrze, nogi są skrzyżowane w kostkach. Podpis jego autorstwa, dołączony do zdjęcia z zachowaniem uroczych błędów, brzmi: „Mężczyźni nie mają kontaktu z kobiecościo”. Robię sobie przerwę w porządkowaniu notatek, by sprawdzić pocztę, i znajduję nową wiadomość:

Do: Susan C. Faludi

Data: 7/7/2004

Temat: Zmiany

E-mail pochodzi od mojego ojca.

„Droga Susan”, brzmi jego początek, „mam dla Ciebie ciekawą nowinę. Zdecydowałem, że mam już dość wcielania się w rolę agresywnego macho, którym nigdy tak naprawdę nie byłam”.

Obwieszczenie to nie stanowiło dla mnie niespodzianki; nie byłam jedyną osobą, z którą mój ojciec podzielił się nowiną o swoim odrodzeniu. Inna osoba z mojej rodziny, która nie widziała go od lat, odebrała niedawno telefon, w którym rozgadał się na temat pobytu w szpitalu i wyjazdu do Tajlandii. Rozmowę tę poprzedził kompletnie niespodziewany e-mail, do którego dodany był załącznik, zdjęcie mojego ojca w rozwidleniu drzewa, ubranego w koszulkę z krótkim rękawem wyglądającą raczej jak bluzka, z delikatną falbanką pod szyją. Zdjęcie podpisane było: „Stefánie”. Zostawiona przez ojca wiadomość telefoniczna była zwięzła: „Stefánie jest teraz rzeczywista”.

E-mail do mnie był równie lakoniczny. Jedno się nie zmieniło: mój ojciec-fotograf dalej wolał obraz od słowa pisanego. Do wiadomości dołączona była seria zdjęć.

Na pierwszym z nich ojciec stoi na szpitalnym korytarzu, w półprzezroczystej bluzce bez rękawów i w czerwonej spódnicy, obok (jak ujmuje to podpis) „innych dziewczyn po operacji”, dwóch pacjentek, które również przechodzą przez to, co nazywa ona „Przemianą”. Tajska pielęgniarka w fartuchu podtrzymuje mojego ojca za łokieć. Podpis głosi: „Po operacji wyglądam na zmęczoną”. Inne zdjęcia zostały zrobione przed operacją. Na jednym z nich ojciec siedzi w zagajniku, w rudej peruce z grzywką i tej samej jasnoniebieskiej bluzce z falbanką wokół szyi. Podpis brzmi: „Stefánie w wiedeńskim ogrodzie”. To ogród należący do willi cesarzowej Austro-Węgier. Mój ojciec zawsze był wielbicielem środkowoeuropejskich rodzin królewskich, w szczególności cesarzowej Elżbiety – lub „Sissi” – żony cesarza Franciszka Józefa, znanej również jako „anioł stróż Węgier”. Na trzecim zdjęciu mój ojciec nosi perukę platynowy blond, długą do ramion, z wywinięciem typowym dla lat 50., białą bluzkę z falbankami, kolejną czerwoną spódnicę we wzór w białe lilie, i sandałki na wysokich obcasach, odsłaniające pomalowane paznokcie. Na ostatnim, podpisanym „Na wycieczce w Australii”, stoi przed kamperem w butach do wspinaczki, dżinsowej spódnicy i w peruce z fryzurą na pazia, na szyi ma apaszkę w groszki. Poza: ręka na wysuniętym biodrze, nogi w rajstopach skrzyżowane w kostkach. Patrzę na fotografię z mojej ściany: „Mężczyźni nie mają kontaktu z kobiecościo”.

E-mail jest podpisany: „Serdeczności od twojego rodzica, Stefánie”. To pierwsza od lat wiadomość, jaką otrzymuję od mojego „rodzica”.

Mój ojciec i ja od dwudziestu pięciu lat niemal się do siebie nie odzywaliśmy. Jako dziecko nienawidziłam go, a później się go bałam; kiedy byłam nastolatką, opuścił naszą rodzinę – czy raczej został przez moją matkę i policję zmuszony do jej opuszczenia, po okresie narastającej przemocy z jego strony. Mimo długotrwałego braku kontaktu sądziłam, że znam jego charakter na tyle, by móc dostrzec jakieś sygnały tak poważnej skłonności. Myliłam się.

Gdy byłam dzieckiem i mieszkaliśmy razem w domu w stylu „kolonialnym” w podmiejskim osiedlu Yorktown Heights, o godzinę jazdy na północ od Manhattanu, mój ojciec zawsze skwapliwie korzystał z męskich przywilejów. Wydawało się, że bardzo mu zależy na egzekwowaniu – konsekwentnie, bezwzględnie, a w ciągu ostatniego roku naszego życia rodzinnego również krwawo – swojego statusu domowego despoty. Jedliśmy to, co on chciał jeść, jeździliśmy tam, gdzie on chciał pojechać, nosiliśmy to, co on chciał, żebyśmy nosili. Wszystkie mniej lub bardziej poważne decyzje dotyczące życia domowego musiały najpierw spotkać się z jego aprobatą. Pewnego wieczoru, kiedy moja matka zaproponowała, że podejmie pracę na część etatu w lokalnej gazecie, wyraził swoje fallokratyczne poglądy ze szczególną jasnością: zrzucił naczynia ze stołu na podłogę. „Nie!”, krzyknął, waląc pięściami w stół. „Żadnej pracy!” Od kiedy pamiętam, rządził nami jak apodyktyczny patriarcha, władczy i autokratyczny, choć pozostawał enigmą, tajemniczy dla wszystkich, którzy go otaczali.

Pamiętam go również jako zapalonego sportowca, pomimo szczupłej budowy ciała: chodził po górach, wspinał się, żeglował, jeździł konno, pokonywał długie dystanse na rowerze. Do każdej z tych aktywności miał odpowiedni kostium: alpensztok, bawarskie spodenki, kominiarkę do wspinaczki, uprząż wysokogórską, czapkę żeglarską, ochraniacze do jazdy konnej. Towarzyszyłam mu w wielu z tych przedsięwzięć, coraz bardziej niechętnie w miarę, jak zbliżałam się do wieku dojrzewania – drugi oficer towarzyszący kapitanowi na żaglówce firmy Klepper, którą zbudował z gotowego zestawu, partner zabezpieczający w trakcie weekendowych wspinaczek na klifach Shawangunk, drugi rowerzysta w czasie górskich wycieczek rowerowych, pomoc w rozbijaniu namiotu podczas biwaków w górach Adirondack.

Wszystko to wymagało wielu godzin przygotowań, podróży, przebywania razem na postojach. Ale prawie nic nie pamiętam z tych wyjazdów. O czym rozmawialiśmy podczas długich zimowych wieczorów, kiedy namiot został rozbity, drewno na opał zebrane, puszki otwarte za pomocą szwajcarskiego scyzoryka, który mój ojciec zawsze nosił w kieszeni? Czy wyparłam z pamięci wszystkie tête-à-tête ojca i córki, czy po prostu nigdy nie miały one miejsca? Rok po roku, od jeziora Mohonk po jezioro Lugano, od Appalachów po Zermatt żeglowaliśmy i dźwigaliśmy plecaki, zjeżdżaliśmy po linach i pedałowaliśmy, ale nie mogę powiedzieć, by kiedykolwiek był wobec mnie otwarty. Wydawał się nieustannie zakonspirowany, ukryty za wybudowanym przez siebie murem, obserwując przez umieszczone w nim lustro weneckie. Nie była to, przynajmniej dla nastolatki spragnionej prywatności, uwaga życzliwa. Czasami sprawiał wrażenie szpiega usiłującego wtopić się w nasz krąg rodzinny, robiącego wszystko, by uniknąć zdemaskowania. Mimo swojej agresywnej dominacji pozostawał w jakiś sposób niewidzialny. „Jest tak, jakby nigdy go tu nie było”, powiedziała do mnie matka w dniu, który nastąpił po nocy, kiedy opuścił nasz dom na dobre, po dwudziestu latach ich małżeństwa.

Kiedy miałam czternaście lat, dwa lata po rozstaniu rodziców, wstąpiłam do szkolnej drużyny sportowej. W 1973 roku pomysł, by dziewczyny uprawiały sport, wciąż wydawał się nieco śmieszny, a trener, będący przede wszystkim trenerem chłopięcej drużyny sportowej, na ogół ignorował istnienie swoich podopiecznych płci żeńskiej. Opracowałam własny plan treningów i wstawałam przed świtem, by pognać chodnikiem w kierunku Parku Stanowego Mohansic – wypielęgnowanego obszaru rekreacyjnego, będącego wcześniej terenem stanowego zakładu dla obłąkanych – gdzie w samotności obiegałam całe to malownicze miejsce. Zdążyłam już rozwinąć preferencję dla sportów uprawianych w pojedynkę.

Pewnego wczesnego sierpniowego poranka wiązałam tenisówki w przedpokoju, kiedy wyczułam subtelną zmianę atmosferyczną, jak spadek ciśnienia barometrycznego towarzyszący nadejściu frontu chłodnego albo szmery poprzedzające atak migreny, sygnalizujące mojemu nieszczęśliwemu nastoletniemu ja nadejście ojca. Odwróciłam się niechętnie, by dostrzec jego bladą, chudą postać wyłaniającą się z mroku na zakręcie schodów. Miał na sobie szorty do biegania i tenisówki.

Zatrzymał się na ostatnim stopniu i ocenił sytuację z charakterystycznym dla niego dystansem, jakby przyglądał się jej przez dziurkę od klucza. Po chwili powiedział „ja też będę biegać”; mocny węgierski akcent rozciągał pierwszą sylabę: „bieeegać”. To był rozkaz, nie propozycja. Nie miałam ochoty na towarzystwo. Przez głowę przewinął mi się urywek wierszyka usłyszanego nie wiadomo gdzie.

Yesterday, upon the stair,

I met a man who wasn’t there

He wasn’t there again today

I wish, I wish he’d go away…4

Przeszłam przez drzwi, z ojcem depczącym mi po piętach. Powietrze było ciężkie od wilgoci. Asfalt upstrzyły bąble smoły. Trącałam jeden z nich czubkiem tenisówki, kiedy ojciec zastanawiał się, patrząc najpierw na stary kamper, potem na jasnozielony używany kabriolet marki Fiat, który niedawno kupił „dla twojej matki”. Moja matka nie umiała prowadzić. „Nooo dooobrze”, powiedział po chwili. „Jedziemy fiatem”.

Pięciominutową drogę przebyliśmy w ciszy. Wjechał na parking Centrum Badawczego IBM, przecznicę od naszego celu. Dobrze widoczne znaki informowały, że parking jest tylko dla pracowników. Mój ojciec nie zwracał na nie uwagi. Czerpał swoistą dumę z takich drobnych przekrętów, które nazywał „kooombinowaniem bez konsekwencji”; upodobanie do nich kazało mu zamieniać metki z cenami na towarach w lokalnym centrum handlowym. Kupił w ten sposób, oszczędzając dwadzieścia pięć dolarów, kuchenkę kempingową.

„Zamknęłaś drzwi?”, zapytał, kiedy przechodziliśmy przez parking, a gdy powiedziałam, że tak, spojrzał na mnie z powątpiewaniem, i zawrócił, by to sprawdzić. Rewersem drobnych wykroczeń mojego ojca była obsesja na punkcie bezpieczeństwa.

Pojechaliśmy pozbawioną drzew drogą ku szosie 202, arterii komunikacyjnej biegnącej wzdłuż północnej krawędzi parku. Przemknęliśmy między pędzącymi samochodami na jej drugą stronę i przeskoczyliśmy przez metalową poprzeczkę do rowu na poboczu. Mój ojciec zatrzymał się. „To się stało tutaj”, powiedział. Często mówił w ten sposób, bez żadnego wstępu, jakby znajdował się w środku rozmowy – rozmowy z samym sobą. Wiedziałam, czym było „to”: kilka miesięcy wcześniej, po północy, grupa nastolatków wracających z imprezy staranowała znak stop na Strang Boulevard i zderzyła się z drugim samochodem. Oba pojazdy przeleciały nad poprzeczką i wylądowały na dachach. Nikt nie przeżył. Jeden z pasażerów został pozbawiony głowy. Mój ojciec był obecny nie przy samym wypadku, ale tuż po nim. Tej nocy miał dyżur w pogotowiu ratunkowym Yorktown Heights. Jego zapał, by działać jako wolontariusz w lokalnej służbie ratownictwa medycznego, nie wydawał się zgodny z jego charakterem – przynajmniej charakterem, który znałam. Unikał zaangażowania w sprawy społeczności i ogólnie spotkań towarzyskich. Kiedy moi rodzice mieli gości, ojciec albo siedział milczący w fotelu, albo chował się za rzutnikiem przeźroczy, przebijając się przez kolejne tace slajdów Kodachrome przedstawiających nasze wycieczki, podając nazwę każdego górskiego szczytu widocznego na każdym slajdzie, wspominając każdy zakręt na szlaku, dopóki nasi goście, chorzy z nudy, nie uciekali w noc.

Działalność w pogotowiu określał jako „swoją pracę polegającą na raaatowaniu ludzi”. Tego też nie rozumiałam. W naszym miasteczku nic się nie działo, pod numer 911 dzwoniono, by zgłaszać typowe dla przedmieść nagłe wypadki: kota, który utknął na drzewie, gospodynię domową mającą atak paniki, czasem pożar wywołany zapaleniem się kuchenki. Kraksa w Mohansic State Park stanowiła wyjątek, choć tym razem akurat nie było kogo ratować. Kiedy mój ojciec dotarł na miejsce, policja zakrywała ciała. Kierowca karetki złapał go za ramię – „Steve, nie patrz”, miał powiedzieć, „nie chciałbyś pamiętać czegoś takiego”. Kierowca nie miał pojęcia o tym, że katastrofa już zdążyła się zagnieździć w pamięci mojego ojca, a także o tym, jak bardzo ojciec starał się ją z niej wymazać.

Pozostawiając za sobą miejsce wypadku, zaczęliśmy biec wyasfaltowaną drogą w stronę obszaru piknikowego, obok rzędów pustych miejsc parkingowych. Droga zaczynała się przy nudnym, płaskim terenie z boiskami do baseballa i koszykówki, potem zakręcała wokół ogromnego publicznego basenu (gdzie latem pracowałam przy stoisku z przekąskami) i jeziora Mohansic, a kończyła przy długim wzgórzu. Przy jeziorze skręciliśmy w wąską dróżkę. Biegliśmy bez słowa, jedno za drugim.

Na ostatnim wzniesieniu dróżka przekształciła się w szerszy chodnik i zaczęliśmy biec obok siebie. Kilka minut później mój ojciec przyspieszył. Ja zrobiłam to samo. Zaczął biec jeszcze szybciej. Ja tak samo. Znowu mnie wyprzedził, potem ja wyprzedziłam jego. Oboje z trudem łapaliśmy oddech. Spojrzałam na niego, ale nie odwzajemnił spojrzenia. Jego skóra była czerwona, lśniąca od potu. Patrzył przed siebie, skoncentrowany na niewidzialnej mecie. Ten zażarty, niemy wyścig trwał przez całą drogę na szczyt wzgórza. Kiedy droga zaczęła biec płasko, z trudem utrzymywałam tempo. Robiło mi się niedobrze, obraz przed oczami zaczął się zamazywać. Ojciec wysforował się naprzód we wściekłym zrywie. Próbowałam dotrzymać mu kroku. Były przecież wczesne lata 70., piosenka I Am Woman (Hear Me Roar)5 rozbrzmiewała jako wyobrażona ścieżka dźwiękowa moich porannych biegów. Ale ani moje płomienne zaangażowanie w feminizm, ani moja młodość, ani moje treningi nie mogły się równać z jego determinacją.

Ta chwila ukazała mi coś na temat ojca, ale co to było? Czy widziałam tu nagą agresję, czy jej odgrywanie? Współzawodniczył z własną córką czy też z kimś, czymś, innym? Tamtego ranka nie zadawałam sobie owych pytań. Próbowałam tylko nie zwymiotować. Pamiętam jednak pewną myśl, kłopotliwą dla mojego rozkwitającego feminizmu, która przewinęła mi się przez umysł w trakcie ostatnich minut biegu: łatwiej jest być kobietą. Sprawiła, że moje nogi zwolniły. Plecy ojca zaczęły się oddalać w perspektywie drogi.

Przez te wszystkie lata ojciec był wzorem weekendowego konstruktora z magazynu „Popular Mechanics”, zawsze pracującym nad swoim najnowszym rzemieślniczym projektem: szafką na stereo i telewizor, systemem półek na całą ścianę, budą i zagrodą dla psa (Jáni, naszej wyżlicy węgierskiej), krótkofalówką, placem zabaw z drabinkami, „japońskim” stawem ze złotymi rybkami i fontanną. Po obiedzie wycofywał się ze wspólnej przestrzeni – nasz podmiejski dom miał otwarty plan piętra, zaprojektowany, by nie zapewniać zbyt wiele prywatności – i schodził do warsztatu w piwnicy. Odrabiałam lekcje w pokoju znajdującym się bezpośrednio nad nią, wyczuwając przez deski podłogi wibracje piły ręcznej przecinającej drewno. Od czasu do czasu zapraszał mnie do pomocy przy swoich projektach. Razem złożyliśmy edukacyjny model anatomiczny, popularny w owych czasach: „Widzialną Kobietę”. Do jej przezroczystego plastikowego ciała dołączone były ruchome części, kompletny szkielet, „wszystkie organy ciała” oraz plastykowa podstawka. Przez większość mojego dzieciństwa stała u mnie w pokoju – na toaletce, również zbudowanej przez ojca, z metalową ramą i blatem ze sklejki, do którego przymocował zszywkami falbaniastą tkaninę w różyczki.

W swoim królestwie w piwnicy ojciec projektował dekoracje, w których miało się rozgrywać życie naszej rodziny. Zrobił stolik pod maszynę do szycia z opuszczanym blatem dla mojej matki (nie lubiła szyć). Zrobił kolejkę z torami i krajobrazem, która zajmowała większość pokoju (skandynawski pejzaż był dopracowany w każdym szczególe, z drewnianymi domkami, sklepami, kościołami, gospodami i wieśniaczkami niosącymi do domu zakupy oraz rozwieszającymi pranie na cieniutkich sznurkach); w domu stał też w pełni wyposażony model stacji benzynowej Mobil (z ręcznie wymalowanym logo z pegazem, podnośnikiem do naprawy samochodów, otwieranymi drzwiami garażu, malutkim automatem z coca-colą). Dwójka jego dzieci bawiła się tym bardzo ostrożnie; zniszczony element stawał się pretekstem do długiej tyrady. Najbardziej ekstrawaganckim tworem ojca był teatrzyk marionetek – trójdzielna konstrukcja z czerwoną kurtyną, którą można było podnosić i opuszczać za pomocą bloczków i sznurków, dwoma szyldami, na których można było ogłaszać najnowszy repertuar, i znajdującym się za sceną mostkiem, za którym niewidzialny lalkarz mógł pociągać za sznurki. Ta zabawka była dla mnie. Ojciec i ja namalowaliśmy tła na dużych kawałkach płótna. On wybrał poszczególne scenerie: mroczny las, chata na polanie otoczona walącym się murem, ciemne wnętrze pokoju. Wybrał też obsadę (drewniane marionetki firmy Pelham ze sklepu FAO Schwarz): Myśliwego, Wilka, Babcię, Czerwonego Kapturka. Wystawiałam teatrzyki dla mojego brata i, sprzedając bilety, dla dzieci z sąsiedztwa. Nie pamiętam, czy ojciec kiedykolwiek obejrzał któreś z tych przedstawień.

„Odwiedza pani rodzinę?”, zapytał mój współpasażer. Siedzieliśmy w samolocie lecącym nad Alpami. Był rumianym emerytem ze środkowego zachodu, wybierającym się z żoną w rejs po Dunaju. Kiedy potwierdziłam, czekały mnie nieuniknione dalsze dociekania. Zastanawiając się, jak odpowiedzieć, patrzyłam na zawieszony pod sufitem ekran, na którym system rozrywki pokładowej linii lotniczych Malév wyświetlał krótkometrażowe filmy animowane podczas drugiego, krótkiego lotu z Frankfurtu do Budapesztu. Królik Bugs paradował po ekranie w bikini i szpilkach, dezorientując oszołomionego Elmera Fudda.

„Kogoś z rodziny”, odparłam. Rodzaj gramatyczny trzeba będzie określić później, pomyślałam.

We wrześniu 2004 roku wsiadłam na pokład samolotu lecącego do Węgier. Była to moja pierwsza wizyta od czasu, gdy ojciec przeniósł się tam przed piętnastoma laty. Po upadku systemu komunistycznego w 1989 roku Steven Faludi dokonał repatriacji i wrócił do kraju swojego urodzenia, porzucając życie, które od lat 50. budował dla siebie w Stanach Zjednoczonych.

„To miło”, powiedział po chwili emeryt z 16B, „znać kogoś w kraju”.

Znać? Osoba, z którą miałam się spotkać, była widmem z odległej przeszłości. Nie wiedziałam prawie nic na temat życia, jakie mój ojciec wiódł po rozwodzie w 1977 roku, kiedy przeprowadził się do mieszkania na Manhattanie, będącego jednocześnie jego atelier fotograficznym. W ciągu następnych dwudziestu pięciu lat widywałam go tylko od czasu do czasu, raz na uroczystości z okazji ukończenia studiów, raz na rodzinnym weselu i raz, kiedy przejeżdżał przez Zachodnie Wybrzeże, gdzie wtedy mieszkałam. Spotkania te były krótkie; w ciągu każdego z nich ojciec ukrywał się za wizjerem, kamerą przymocowaną do jego oka. Jako niespełniony filmowiec, który spędził większość życia zawodowego w ciemniach fotograficznych, dążył do stworzenia „albumu rodzinnego” poświęconego rodzinie, która już nie istniała. Kiedy mój mąż poprosił ojca, by odłożył kamerę na czas obiadu, ten wybuchnął, by potem pogrążyć się w pełnej napięcia ciszy. Wydawało mi się, że zawsze był właśnie taki: nieodgadniony i niestabilny, czarna skrzynka i detonator, na przemian odległy i natrętny.

Czy jego psychiczne burze mogły stanowić protest przeciwko źle obsadzonej egzystencji, życiu przeżywanemu w niezgodności z własną istotą, z rdzeniem jej tożsamości? „To może być przełom”, zasugerował jeden z moich przyjaciół na kilka tygodni przed podróżą. „Wreszcie poznasz prawdziwego Stevena”. Nie wiem, co miałoby to oznaczać: nigdy do końca nie rozumiałam, co znaczy mieć „tożsamość”, prawdziwą lub nie.

Na ekranie pojawiła się teraz wariacja Looney Tunes na temat Czerwonego Kapturka. Wilk przebrany za Dobrą Wróżkę, w różowej tiulowej spódniczce, pantofelkach bez palców i z szyfonowymi skrzydłami. Zawieszony na drucie zaczepionym o wierzchołek drzewa, machał skrzydłami i udawał, że unosi się w powietrzu, próbując zwabić Czerwonego Kapturka na gałąź. Gałąź zaczyna jednak pękać, a potem cały wierzchołek drzewa się łamie i wilk w przebraniu spada na ziemię jako żałosna kupka szyfonu. Oglądałam to z trudnym do nazwania niepokojem. Czy obawiałam się tego, jak bardzo mój ojciec mógł się zmienić? Czy tego, że nie zmienił się wcale, że sukienka wciąż będzie skrywać tylko jego?

– Ach, babciu, jakie masz wielkie ręce!

– Żebym mogła cię lepiej objąć!

– Ach, babciu, jaką masz okropnie wielką paszczę!

– Żebym mogła cię lepiej pożreć!

Ledwo tylko wilk to powiedział, wyskoczył jednym susem z łóżka i pożarł biednego Czerwonego Kapturka…6

Samolot linii Malév wylądował punktualnie w Międzynarodowym Porcie Lotniczym Ferihegy w Budapeszcie. Marnując czas przy taśmie bagażowej i wsłuchując się w nieprzenikniony język (ojciec nigdy nie mówił w domu po węgiersku, więc nigdy się tego języka nie nauczyłam), zastanawiałam się, czy ostatni okres życia mojego ojca był powrotem, czy też rozstaniem. Powrócił, po więcej niż czterdziestu latach, do miejsca swojego urodzenia – po to tylko, by przejść nieodwracalną operację, która unieważniła podstawowy fakt związany z tymi narodzinami. W pierwszym przypadku byłby posłuszny wezwaniu starej tożsamości, której, choć bardzo się starał, nie zdołał za sobą pozostawić. W drugim – stworzyła dla siebie nową tożsamość, wybraną lub odkrytą.

Przetoczyłam walizkę przez wyjście z napisem „Nic do oclenia”, ku hali przylotów, gdzie czekała moja „krewna” – choć rodzaj łączącego nas pokrewieństwa był, dla mnie i prawdopodobnie dla niej, niejasny.

2 ▶ TYLNA SZYBA

W walizce miałam dyktafon, wielką paczkę baterii AA, dwadzieścia cztery mikrokasety, stos notatników reporterskich i dziesięciostronicową listę pytań. Zaczęłam ją spisywać w dniu, kiedy otrzymałam e-mail „Zmiany” z załączoną galerią zdjęć Stefánie. O ile ojciec fotograf wolał obraz, o tyle córka dziennikarka wolała słowo. Zapisałam swoje pytania i, po dłuższej zwłoce, sięgnęłam po telefon. Musiałam odszukać numer ojca w starej książce telefonicznej.

Nagrany głos, po węgiersku, a potem po angielsku, powiedział: „Tu poczta głosowa Stevena Faludiego…”. Było to miesiąc po tym, jak wróciła z Tajlandii. Dodałam do swojej listy kolejne pytanie: „Dlaczego nie zmieniłaś tekstu wiadomości poczty głosowej?”. Zostawiłam wiadomość, prosząc ją o oddzwonienie. Siedziałam przy milczącym telefonie przez cały dzień i wieczór.

W nocy miałam sen: znajdowałam się w ciemnym domu z wąskimi, krętymi korytarzami. Weszłam do kuchni; mój ojciec, nadal będący mężczyzną, kulił się obok kuchenki. Wydawał się przestraszony. Powiedział: „Nie mów matce”. Dostrzegłam, że nie ma ręki. Zadzwonił telefon. Wyrwana ze snu, leżałam w łóżku, ignorując dzwonek. Było wpół do szóstej rano. Godzinę później wmusiłam w siebie filiżankę kawy i oddzwoniłam. Powstrzymała mnie nie tylko wczesna godzina. Nie chciałam odbierać telefonu stojącego przy łóżku. Moja lista pytań została na dole, w gabinecie.

„Haaaalo?”, powiedział mój ojciec, z rozwlekłą wymową, której od lat prawie nie słyszałam, węgierską kadencją brzmiącą niemal kampowo. H a l o. Jak lubił podkreślać, to telefoniczne powitanie zostało ukute przez asystenta Thomasa Edisona, Tivadara Puskása, wynalazcę centrali telefonicznej, będącego, tak się złożyło, Węgrem. „Hallom!”, zawołał Puskás, gdy po raz pierwszy podniósł słuchawkę w 1877 roku; po węgiersku znaczy to „słyszę cię!”. Czy ona mnie usłyszy?

Zapytałam o jej zdrowie, z piórem zawieszonym nad stroną notatnika, szukając pewności siebie w znanej roli. Zalał mnie potop słów. Pierwsze strony notatnika zagryzmolone są miliardem niedokończonych zdań.

„Musiałam przedstawić dokumenty potrzebne do zmiany nazwiska, ale żeby je dostać, trzeba iść do urzędu stanu cywilnego w Siódmej Dzielnicy – nie, czekaj, w Ósmej, ze względu na szpital, w którym się urodziłam – nooo, nie, czekaj, to raczej…” „Każdego dnia jestem taka zajęta, nie mam czasu na rozszerzanie, trzeba to robić trzy razy dziennie, na początku cztery razy, nooo, pewnie można by to robić tylko dwa razy dziennie, ale – jest sześć rozmiarów tych rozszerzaczy7, a ja jestem dopiero przy trzecim…”

Operacja, jak zauważyłam, nie zmieniła pewnych cech charakteru – przede wszystkim typowej dla mojego ojca skłonności do prowadzenia monologów na tematy techniczne. Kiedy byłam dzieckiem, funkcjonował w dwóch trybach: albo nie mówił nic, albo wytwarzał mur ze słów, nieoczekiwany, zalewający wszystko słowotok, rzekę danych dotyczących skrajnie nieosobowych, proceduralnych zagadnień. Dla jego rodziny monologi te były jak opuszczenie żelaznej kurtyny, jak biały szum zagłuszający fale radiowe. Nazywaliśmy je „zasłoną ognia”. Ojciec mógł gadać godzinami, i często to robił, na temat właściwej metody podłączania klimatyzatora, dziewięćdziesiąt dziewięć kroków składających się na przygotowanie prawdziwego węgierskiego pasztetu z gęsi, kruczków w praktykach regulacyjnych Rezerwy Federalnej, alternatywnej trasy do pierwszego schroniska na Matterhornie, poprawkach nanoszonych przez Wagnera na partyturę Tannhäuser. Ojciec opanował do perfekcji sztukę obstrukcji. Zanim skończył, zapominało się, jakie było pytanie, które sprowokowało tę słowną kontrofensywę – i próbowało uciec przed jego werbalnym bombardowaniem tak desperacko, jak on usiłował powrócić do swojej strefy ciszy.

„Mogłam pojechać do Niemiec, tam w całości pokrywają koszty”, ciągnął mój ojciec, „ale każą ci pokonywać te wszystkie przeszkody, a w Stanach, nooo, tam operacja jest baaaardzo droga, i nie stosują nowych technik, a w Tajlandii mają najnowsze techniki chirurgiczne, szpital ma świetną stronę, przez którą można załatwić wszystkie procedury, zaczynając od…” „Muszę zmieniać plaster estrogenowy dwa razy w tygodniu, przed operacją dostawałam dawkę pięćdziesięciu mikrogramów, ale po operacji miałam od niego uderzenia gorąca, teraz biorę dwadzieścia pięć mikrogramów i…” „Pierwszy przeszczep włosów zrobiłam sobie na Węgrzech, za pół miliona forintów, wyglądały nieźle, ale z przodu wciąż są za krótkie, może moja fryzjerka coś z tym zrobi, mogłabym zrobić sobie następny, w Wiedniu chyba zrobiliby to lepiej, taaak, ale jechać tam tylko po to? – biorę teraz środki na porost włosów, więc…”

Dałam sobie spokój z zapisywaniem wszystkiego słowo po słowie.

„Długa przemowa o skradzionym kamperze”, zapisałam. „Wszędzie złodzieje. Dostawa zakupów spożywczych w tym tygodniu, problemy”. „Świetne strony o korekcie płci, wszystko jest w Internecie, ściągnęłam dużo zdjęć”.

Moje próby przebicia się przez tę werbalną erupcję – „Dlaczego to zrobiłaś?” – wywołały tylko nową erupcję.

„Taaak, ale dłużej nie można by tego robić, nooo, może tak, ale to ryzyko. W Tajlandii szpital ma świeeetne warunki, faaantastyczne. W każdym pokoju bidety ze specjalnym sprejem, z taką niesamowitą dyszą, która…”

Pytam, czy wcześniej nosiła kobiece ubrania.

„Nie. Nooo… może czasem. Muszę odebrać te dokumenty, żeby zmienić paszport, muszę zmienić nazwisko w urzędzie powiatowym, ale najpierw trzeba iść do urzędu gminy i odebrać zaświadczenie, które trzeba przedstawić Ministerstwu…”

„Dlaczego nie powiedziałaś nam nic przed operacją?”

„Cóż… Nie chciałam o tym mówić, dopóki się nie udało, dopóki nie było s u k c e s u. Doktor Sanguan Kunaporn był faaantastyczny, uczył się u jednego z najlepszych specjalistów od waginoplas-, nazywał się…, nie…, nie, czekaj…, nooo, w każdym razie jest znany jako najlepszy…”

Straciłam cierpliwość.

„Nigdy ze mną nie rozmawiasz. Teraz ze mną nie rozmawiasz”.

Cisza.

„Halo?”, powiedziałam. Hallom?

„Aaale to nie moja wina. Nie odwiedzasz mnie. Każdego roku, nigdy nie przyjeżdżasz”.

„Ale ty…”

„Mam całą teczkę. Ukradli naszą własność”. Miała na myśli dwa luksusowe domy w Budapeszcie, które kiedyś należały do mojego dziadka. Podczas II wojny światowej przeszły pod zarząd państwa sprzymierzonego z nazistami, potem zostały znacjonalizowane przez reżim komunistyczny, a po 1989 roku sprzedane właścicielom prywatnym. „W ogóle cię to nie obchodzi?”

„Ale co miałabym zrobić?”

„Jesteś dziennikarką. Mogłabyś choć raz o tym gdzieś wspomnieć. Ten kraj brata się ze złodziejami. Kraj, w którym się urodziłaś”.

„Ale komu wspomnieć?”, zapytałam, myśląc: kraj, w którym się urodziłam?

„Rodzina powinna działać razem, żeby odzyskać skradzioną własność. Normalna rodzina trzyma się razem. Wciąż jestem twoim ojcem”.

„Ale to ty…”

„Wysłałam ci zawiadomienie o moim zjeździe klasowym i nie przyjechałaś”, powiedział ojciec. Uczniowie z licealnej klasy mojego ojca w Budapeszcie, którzy jeszcze żyli, spotkali się w Toronto trzy lata temu. Moja wina: rzeczywiście nie przyjechałam. „Wysłałam ci film z tego zjazdu, który nakręciłem, i nigdy nic o nim nie powiedziałaś”. Jeszcze nie skończyła. „Mój kolega z klasy mieszka blisko ciebie, w Portland, wysłałam ci mapę Google z jego adresem, a ty w ogóle się do niego nie odezwałaś. Nigdy…”

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć na ten akt oskarżenia.

Po chwili powiedziałam: „Przepraszam”.

A potem usłyszałam: „Powiedziałaś, że napiszesz historię mojego życia, i nie zrobiłaś tego”.

Tak powiedziałam?

„Czy tego właśnie byś chciała?”

Obie zamilkłyśmy. Zerknęłam na listę pytań. Tego, o co chciałam zapytać, na niej nie było.

„Czy mogę przyjechać i się z tobą zobaczyć?”

W ciszy, która nastąpiła, usłyszałam, jak oddycha.

W hali przylotów lotniska Ferihegy ludzie czekali w ogonku, by przywitać się z pasażerami. Niechętnie przyglądałam się twarzom. Może jego, jej, nie poznam? Może jej tu nie będzie? Może mogłabym zawrócić i polecieć do domu? Przywitanie w dwóch wersjach, męskiej i żeńskiej, utknęło mi na języku. Nie byłam pewna, czy naprawdę jestem gotowa, by pozwolić jej uciec w nową tożsamość; przecież nie wyjaśniłam jeszcze tajemnicy starej tożsamości. Czy myślała, że korekta płci będzie sposobem na uniknięcie odpowiedzialności, prostym i szybkim rozwiązaniem problemu życia pełnego żalu i wyrzutów? Zmiana zaimka będzie łatwa, ale co z ojcostwem? Kimkolwiek była teraz, wciąż, jak sama powiedziała w rozmowie telefonicznej, jest „moim ojcem”.

Na końcu kolejki dostrzegłam znajomą postać, z jej wysokim czołem i wąskimi ramionami, opierającą się o pusty wózek bagażowy. Jej włosy wyglądały na gęstsze, niż pamiętałam, i jaśniejsze, czerwonorude. Miała na sobie czerwony sweter, szarą flanelową spódnicę, białe szpilki i kolczyki-sztyfty z perłami. Białą torebkę kopertówkę zdjęła z ramienia i zawiesiła na haku przyczepionym do wózka. Moja pierwsza myśl, co wspominam ze wstydem, brzmiała: żadna kobieta by tak nie zrobiła.

„Nooo cóż”, powiedział mój ojciec, kiedy zatrzymałam się przed nim. Zawahała się, potem poklepała mnie po ramieniu. Uścisnęłyśmy się niezdarnie. Jej piersi – rozmiar 120 C, jak mnie później poinformowała – zderzyły się z moimi. Twarde, sprawiały wrażenie nie tyle części ciała, ile fortyfikacji; dziwiłam się własnemu brakowi wyrozumiałości. Ledwo wysiadłam z samolotu, a już ferowałam wyroki. Tak jakby to, jak ktoś nosi torebkę, było cechą biologiczną. Jak gdyby wiele „prawdziwych” kobiet nie miało silikonu w piersiach. Odkąd to stałam się esencjalistką?

„Nooo cóż”, powiedziała znowu. „A więc jesteś”.

Po chwili: „Zaparkowałam kampera na podziemnym parkingu, to jest nowy kamper, volkswagen california exclusive, dużo większy niż ten stary, największy, jaki w ogóle produkują, z prawie najmocniejszym silnikiem, kupiłam go za pieniądze z ubezpieczenia za ten stary, przez rok był na rynku, bo niemiecka gospodarka nie jest w najlepszym stanie, pierwszy samochód, który kupiłam, miał sześć lat, kosztował 80 tysięcy marek – 46 tysięcy euro – 50 tysięcy dolarów; nowy, który mi sprzedali, kosztował 40 tysięcy euro, ubezpieczenie pokryło z tego 20 tysięcy; zaparkowałam go za budką strażnika, tak jest bezpieczniej, nooo, właściwie to nigdzie nie jest bezpiecznie, stary kamper ukradli mi z podjazdu, alarm był włączony, musieli go wyłączyć, przeskoczyć przez płot, złodzieje pewnie obserwowali dom, widzieli, że nikogo tam nie ma od kilku tygodni, i…”

„Tato, Stefánie, jak się masz? Chciałabym…” To, czego bym chciała, zagubiło się w moim niezdecydowaniu.

„…i weszli po prostu na moje podwórko, sąsiedzi nie zrobili aaabsolutnie nic, nikt nic nie widział, tak przynajmniej mówili. Ale w Rosenheim byli naprawdę super, facet stamtąd był bardzo miły, powiedział mi: „Och, meine gnädige Frau, nie jest bezpieczne, żeby kobieta podróżowała sama”.

„W Rosenheim?”, zapytałam. Położyłam walizkę na wózku, a ona poprowadziła nas w stronę parkingu. Szłam za nią, nieznośnie świadoma spojrzeń, które nam towarzyszyły. Dysonans między butami na obcasach i oznakami łysienia typu męskiego najwidoczniej zwracał uwagę. Matrony z podwójnymi podbródkami mierzyły mojego ojca wzrokiem. Jedna zatrzymała się i coś wymamrotała. Nie zrozumiałam, ale jej intencja była jasna. Kiedy jej wzrok przesunął się na mnie, odwzajemniłam spojrzenie. Pieprz się, babo, pomyślałam.

„Zakłady Volkswagena w Rosenheim”, wyjaśnił mój ojciec, „w Niemczech, bo tam kupiłam nowego kampera, i starego też, tam robią przegląd i wszystkie naprawy, tam zarejestrowałam ten samochód, nikt inny nie zajmie się nim tak jak trzeba, w końcu to Niemcy, są naprawdę dobrzy, a ten facet był bardzo uprzejmy. Teraz, kiedy jestem damą, wszyscy są dla mnie bardzo mili”.

Samochód znalazłyśmy bez trudu. Był to, zgodnie z broszurą, którą mój ojciec wciąż ma w domu, największy dostępny model Volkswagena (wysokości około dwóch i pół metra), „Der California Exclusive”. Wyglądał jak statek zacumowany na parkingu, jak piramida na kołach. I to dobrze strzeżona piramida: ojciec zainstalował system alarmowy, który dwukrotnie uruchomił, próbując otworzyć drzwi. Od razu, tam na parkingu, pokazał mi wszystkie atrakcje: kuchnię jak z domku dla lalek (kuchenkę gazową z dwoma palnikami, lodówkę, zlew, wysuwany stół, szafkę z garnkami, patelniami i zapełnioną półeczką na przyprawy), ławkę, która wysuwała się, tworząc podwójne łóżko (w schowku znajdującym się nad nim były kołdra, pościel i poduszki), szafę z teleskopowym drążkiem na wieszaki, a z tyłu maleńką łazienkę z ubikacją (były w niej ręczniki, kosmetyki, przymocowane do ściany lustro). Otworzyła szafkę, żeby pokazać mi naczynia, które właśnie kupiła, serwis do herbaty w różyczki.

Nie bardzo potrafiłam uzgodnić ze sobą te obrazy: „Motor Trend” skrzyżowany z „Marie Claire”. Czy właśnie po to przeleciałam pięćdziesiąt sześć tysięcy mil? Spotykamy się po dwudziestu siedmiu latach rozstania, a ona zachowuje się, jakby właśnie wróciła z zakupów.

„Ilonka pomogła mi to wybrać”, powiedział, podając mi spodek do podziwiania.

Poznałam Ilonkę – przez kilka lat po powrocie ojca do Węgier była kimś, kogo nazywał swoją „przyjaciółką”. Towarzyszyła mu na rodzinnym weselu w Kalifornii, ale nie wywnioskowałam z tego spotkania wiele, ponieważ nie znała angielskiego. Nie miałam jasnego obrazu łączącej ich relacji – choć Ilonka powiedziała mi później, że miała ona charakter platoniczny. Była mężatką i gorliwą katoliczką. Przez całe lata była dla mojego ojca nieopłacaną gospodynią, sprzątała, gotowała, szyła. Pomogła mu wybrać wyposażenie do domu, od firanek po zabytkową porcelanę Zsolnay (kupioną, by zrobić wrażenie na nadętej parze dalekich krewnych Ilonki, których zaprosił kiedyś na obiad; mąż utrzymywał, że jest „hrabią”). Mój ojciec zabierał Ilonkę w podróże po Europie i pożyczał jej rodzinie pieniądze. Kiedy urodziło się jedno z jej wnucząt, został jego ojcem chrzestnym (teraz matką chrzestną).

„Jak się miewa Ilonka?”, zapytałam.

Stefánie skrzywiła się. „Raczej się nie widujemy”. Zabrała mi spodek i odłożyła go ostrożnie na półkę razem z pozostałymi. Wygląda na to, że problemem był mąż Ilonki. „Nie przeszkadzało mu, kiedy byłam mężczyzną i kupowałam jego żonie prezenty albo dawałam jego rodzinie pieniądze. Ale teraz, gdy jestem kobietą, zostałam odrzucona”.

Zamknęła i zabezpieczyła drzwi szafki. Przeszłyśmy do przodu. Wspięcie się do wysokiej kabiny samochodu było wyzwaniem. Ojciec zwolnił sprzęgło i włączył wsteczny bieg; rzuciło nami do tyłu, prawie wpakowaliśmy się w inny samochód. Zauważyłam z konsternacją, że projektanci idealnego modelu Exclusive zapomnieli o jednym: tylnej szybie. Malutkie okienko nad siedzeniami ukazywało tylko niebo.

Przy budce poboru opłat zaczęła przetrząsać torebkę w poszukiwaniu portmonetki. Bileterka, kolejna węgierska babcia, wychyliła się przez okienko i otaksowała Stefánie wzrokiem. W trakcie liczenia banknotów ja także przyglądałam się mojemu ojcu. Można było dostrzec, skąd wzięły się jej gęste włosy (rządek śladów po przeszczepie) i nowy kolor (farba). Jej skóra lśniła. Podkład? Estrogen? Tym jednak, co najbardziej mnie uderzyło, nie były nowe rzeczy, ale to, co zauważyłam już na lotnisku – ten sam nerwowy półuśmiech, to samo nieobecne spojrzenie.

Na szosie skręciła swoim ciężkim, gigantycznym pojazdem na szybki pas. Były godziny szczytu. Kierowca wlokący się za nami w zardzewiałym małolitrażowym modelu nacisnął klakson. Mój ojciec wychylił się przez okno i zwyzywał go. Trąbienie ustało. „Kiedy widzą, że jestem daaamą, zaraz się uspokajają”, powiedziała.

Znalazłyśmy się na autostradzie; wyglądałam przez okno, patrząc na opuszczone tereny przemysłowe, obok których przejeżdżałyśmy, na nieliczne kominy rzygające brązowym dymem, zabite deskami magazyny z brudnymi oknami, betonowe barierki pokryte graffiti. Minęłyśmy duży obszar na wpół zakończonych budów, z trawą zarastającą czerniejące stalowe elementy. Obok nich mnożyły się billboardy z jasnymi twarzami błyskającymi idealnymi zębami, ogłaszającymi nadejście ery postkomunistycznego konsumpcjonizmu: Citibank, MediaMarkt, T-Mobile, McDonald’s. Wielkie kule jemioły gnieździły się na gałęziach drzew. Na horyzoncie mogłam dostrzec czerwone dachy odległej wioski.

Pół godziny później dotarłyśmy do stolicy. Mój ojciec nawigował samochodem po wąskich uliczkach śródmieścia Pesztu, ocienionych kamienicami w stylu art nouveau, teraz już niezbyt „nouveau”, o fasadach pokrytych dziobami powstałymi w czasie wojny sześćdziesiąt lat temu. Obok nas przejechał kanarkowo żółty tramwaj, jakby wzięty prosto z książki dla dzieci.

Minęłyśmy tyły gmachu węgierskiego parlamentu, przerośniętego domku z piernika będącego hołdem dla Pałacu Westminsterskiego. Na placu obok tłum młodych mężczyzn w czarnych ubraniach i wysokich butach skandował jakieś hasła, wymachując transparentami i węgierskimi flagami.

„O co im chodzi?”, zapytałam.

Cisza.

„To jakaś demonstracja?”

Cisza.

„Co oni…”

„To n i c. Taka sobie głupota”.

Potem wydostałyśmy się z labiryntu i dotarłyśmy na nadbrzeże. Zamek Królewski, prawie kilometrowy neobarokowy kompleks budynków górujący nad miastem ze Wzgórza Zamkowego, dał się dostrzec na dalszym brzegu Dunaju, po stronie Budy. Mój ojciec skręcił i wjechałyśmy na słynny Most Łańcuchowy, inżynieryjny cud świata z 1849 roku, pierwszy węgierski stały most na Dunaju. Minęłyśmy pierwszą z dwóch par kamiennych lwów strzegących krańców mostu; ich spojrzenie było stoickie, pyski rozwarte w odwiecznym, dobrodusznym ryku. Obudziło się we mnie wątłe wspomnienie.

Kamper pokonał most i zjechał na stronę Budy. Przez chwilę sunęłyśmy wzdłuż torów tramwajowych i rzeki, potem zaczęła się przeprawa przez wzgórza. Ulice stały się bardziej zadrzewione, domy większe, wiele z nich otoczonych było wysokimi murami.

„Kiedy byłam nastolatkiem, jeździłam tu na rowerze”, odezwał się mój ojciec. „Szwabskie dzieciaki wołały za mną: »Hej, ty śmierdzący Żydku!«”. Podniosła rękę z kierownicy i machnęła nią, jak gdyby chciała odegnać irytującego komara. „Aaale w sumie”, dodała, jakby dyskutując sama ze sobą, „to była tylko taka głupota”.

„Nie brzmi, jakby to była…”, zaczęłam.

„Patrzę w przyszłość, nigdy w przeszłość”, powiedziała Stefánie. Pomyślałam, że to dobre hasło dla kierowcy pojazdu bez tylnej szyby.

W dzieciństwie nie słyszałam prawie nic o mojej rodzinie ze strony ojca. On rzadko opowiadał o swoich rodzicach, nigdy też z nimi nie rozmawiał. Poznałam imię mojego dziada ze strony ojca w 1967 roku, kiedy z Tel Awiwu dostaliśmy list zawiadamiający o jego śmierci. Moja matka pamięta radiotelegramy z izraelskim znaczkiem przysyłane w pierwszych latach ich małżeństwa, zaadresowane do Istvána. Wysyłała je matka mojego ojca. Moja matka nie potrafiła ich przeczytać – a ojciec nie chciał. Matka kilka razy odpisała po angielsku, były to mdłe liściki o jej życiu amerykańskiej gospodyni domowej: „Opiekowanie się Susan, gotowanie i sprzątanie sprawiają, że jestem bardzo zajęta… Steven strasznie dużo pracuje, często bierze nadgodziny”. Usprawiedliwienie jego milczenia? Na początku lat 60. radiotelegramy przestały przychodzić.

Wiedziałam kilka podstawowych rzeczy. Znałam nazwisko, pod którym urodził się mój ojciec: István Friedman, czy raczej Friedman István, bo Węgrzy umieszczają nazwisko jako pierwsze. Przyjął nazwisko Faludi po II wojnie światowej („dobre, autentycznie węgierskie nazwisko”, jak mi wytłumaczył), potem imię Steven – albo Steve, jak wolał – po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych w 1953 roku. Wiedziałam, że urodził się i wychowywał jako Żyd w Budapeszcie. Że podczas nazistowskiej okupacji był nastolatkiem. Ale przez wszystkie lata, kiedy mieszkaliśmy pod jednym dachem, nieważne jak często bym nie pytała, nie przymilała się i nie żebrała o szczegóły, mówił tylko o niektórych wydarzeniach z czasu wojny na Węgrzech. Były to raczej migawki niż historie, pozbawione narracji wizualne szrapnele, które wstrząsały moją dziecięcą wyobraźnią.

Jeden z nich: zima, ulica usłana martwymi ciałami. Mój ojciec spostrzega zamarznięte końskie truchło w rynsztoku i odcina kawałki, żeby je zjeść. Inny: mój ojciec idzie ulicą. Mężczyzna w mundurze każe mu wejść do Grand Hotel Royal. W piwnicy rozstrzeliwuje się Żydów. Ojciec ratuje swoje życie, chowając się na klatce schodowej. Trzeci: mój ojciec „ratuje” swoich rodziców. „J a k ?”, pytam, głodna szczegółów, ten jeden raz prowokując słowotok. Wzrusza ramionami. „Miałem opaskę na ramię”. „I?” „I... uraaatowałem ich”.

Kiedy kamper pokonywał kolejne serpentyny, spoglądałam na terakotowe dachy ukrytych posiadłości, próbując odgadnąć dzieje z młodzieńczych lat mojego ojca. Jako dziecko, przed wybuchem wojny, spędzał na tych wzgórzach każde lato. Friedmanowie mieszkali po drugiej stronie Dunaju, w przestronnym mieszkaniu w jednym z dwóch dużych domów będących własnością mojego dziadka, które znajdowały się w modnych dzielnicach Pesztu. Mój ojciec nazywał rodzinne mieszkanie przy Ráday utca 9 „apartamentem królewskim”. Ale co roku, w maju, przez całe dzieciństwo Friedmanowie przenosili się, wraz ze służącą i kucharką, do swojego drugiego domu na wzgórzach, rodzinnej willi. Tam jedynak imieniem Pista – zdrobnienie od Istvána – bawił się na pochyłym trawniku, w sadzie, gdzie stał domek mieszkającego na miejscu ogrodnika, pływał w basenie, a tego roku, gdy zachorował na gorączkę reumatyczną, leżał na szezlongu w słońcu, otoczony opieką specjalnie zatrudnionej służby. W miarę jak wjeżdżaliśmy na wzgórza Budy, myślałam: jestem w mieście będącym kuźnią młodości mojego ojca, kowadłem, na którym wykuty został jego charakter. Obecnie stało się ono sceną jej niezwykłego powrotu. Bliskość tych dwóch rzeczy sprawiła, że dziwnie się czułam. Przez całe życie miałam do czynienia z mężczyzną pozbawionym kontekstu. Teraz poznałam kontekst – ale tego mężczyzny już nie było.

3 ▶ ORYGINAŁ I KOPIA

Lwy na Moście Łańcuchowym widziałam już wcześniej, kiedy miałam dziesięć lat. Było to latem 1970 roku, gdy cała nasza rodzina – moja matka, ojciec, mój trzyletni brat i ja – wyjechała na wakacje. Była to pod każdym względem skomplikowana podróż. Pewnego wieczoru przeprawiliśmy się przez rzekę, by wziąć udział w przedstawieniu Aidy na wolnym powietrzu. Pamiętam tę przeprawę ze względu na towarzyszący nam wszystkim, co rzadkie, dobry humor; zwykle rodzinne wyprawy pełne były napięcia. Samochód wydawał się płynąć po Dunaju, reflektory mrugały do nas z góry, lwi wartownicy ogłaszali nasze przybycie do miasta. Ojciec opowiedział nam, jak jego niania woziła go w wózku obok lwów, przez most, do stacji Sikló, uroczej czerwonej kolejki wspinającej się na szczyt palisady Wzgórza Zamkowego. Opowiedział historię o rzeźbiarzu, który zapomniał wykuć lwom języki; jakieś dziecko zwróciło na to uwagę podczas ceremonii otwarcia mostu, i upokorzony artysta rzucił się do Dunaju. Jest to, jak powiedział, opowieść popularna na Węgrzech, ale „prawdopodobnie zmyślona”.

Wzgórze Zamkowe jest, jak poinformował nas ojciec, całe podziurawione podziemnymi jaskiniami, wyżłobionymi w piaskowcu tysiące lat temu przez źródła termalne przebijające się „z głębin”. Okupujący miasto Turcy przekształcili je w ogromny labirynt. „Mówią, że Wlad Palownik – prawdziwy Drakula! – był przetrzymywany właśnie tam”. W trakcie II wojny światowej jaskinie zostały przekształcone w schrony przeciwlotnicze i szpitale wojskowe. Tysiące mieszkańców miasta ukryły się tam w czasie trwającego pięćdziesiąt dni Oblężenia Budapesztu. „Podobno niektórym ludziom dostarczano tam nawet pocztę”, powiedział ojciec. „Ale to pewnie też zmyślona historia”.

Kilka dni wcześniej pojechaliśmy nad jezioro Balaton, znajdujące się na południe od Budapesztu. Pamiętam, jak brodziłam w tym płytkim jeziorze, w wodzie sięgającej mi zaledwie do ud. Nieważne, jak bardzo oddalałam się od brzegu, cały czas słyszałam głosy moich rodziców, podniesione, kłócące się zażarcie. Ponury klimat wydawał się rozciągać poza nasz rodzinny krąg: zasłona posępności przesłaniała każde wydarzenie: czekanie w długiej kolejce na pieczątkę, która umożliwiała przejście do następnej długiej kolejki, gdzie groźni aparatczycy wydawali jakieś zaświadczenia; żałosna kanapa, z której wystawała pożółkła pianka, w pokoju wynajętym przez ojca; pełne urazy oczy naszej starej gospodyni, tkwiące głęboko w pomarszczonej jak orzech twarzy, gdy dawała nam co rano porcję gotowanego mleka z kożuchem pływającym na powierzchni; podejrzane zamiary „księdza” spotkanego po tym, jak zwiedzaliśmy benedyktyński klasztor Pannonhalma, pytającego ojca, czy nie doręczyłby listu do „przyjaciół” w Stanach – jak wyjaśnił ojciec, był to rządowy szpieg. W dniu, gdy przekraczaliśmy granicę między Austrią a Węgrami, celnicy przeszukali każdy centymetr kwadratowy naszego bagażu; ojciec stał z boku, nie skarżąc się, gorliwy, w jego głosie słychać było dziwną służalczość.

Podczas tamtej podróży ojciec poszukiwał „autentycznej” węgierskiej kultury ludowej. Przejeżdżając przez wieś, zatrzymywaliśmy się, by oglądać „tradycyjne wiejskie tańce” będące w rzeczywistości turystyczną atrakcją; państwo płaciło mieszkańcom, by wirowali, ubrani w coś, co nazywano ubiorem narodowym: kobiety w wyszywanych fartuszkach i wiankach, mężczyźni w czarnych kamizelkach i wysokich skórzanych butach. Jak dowiedziałam się później, te stroje i tańce były tylko w niewielkim stopniu tradycyjne: ich wzorzec został ustalony przez pochodzących z miasta nacjonalistów w XIX wieku, a potem w okresie międzywojennym, by wytworzyć wrażenie prastarego madziarskiego dziedzictwa. W jednym wiejskim sklepie ojciec nalegał, bym przymierzała ludowe stroje. Kiedy udawałam modelkę, obracając się w misternie haftowanych ubraniach i ściskając w rękach wyszukanie odzianą węgierską lalkę, ojciec zużywał kolejne rolki filmu. Właścicielka sklepu odgrywała rolę stylistki. W końcu kupił komplet składający się z haftowanej koszuli z bufiastymi rękawami, szerokiej niebieskiej spódnicy i wykrochmalonego białego fartuszka wyszywanego w tulipany i róże. Uważał, że mogłabym chodzić w tym do szkoły. Jego amerykańska córka powiedziała sobie w duchu, że za nic w świecie nie pójdzie do szkoły przebrana za węgierską Heidi.

Następnej jesieni Strój wywołał wiele trudnych sytuacji. Ojciec domagał się, bym zakładała go rano, przed wyjściem do szkoły. Czekałam, aż pójdzie do pracy, po czym biegłam na górę, żeby się przebrać. Jednego razu przyłapał mnie. Następnego dnia kazał mi iść w stroju do szkoły, co zrobiłam zmartwiała z przerażenia. W końcu przestał się nim interesować, a ja pogrzebałam strój na dnie szafy. Jakiś rok później, kiedy nastała moda hipisowska, wydobyłam kłopotliwe ubranie z czyśćca, oddzieliłam haftowaną koszulę od reszty i zaczęłam ją nosić do wytartych dżinsów. To była moja próba noszenia się w modnym wówczas chłopskim stylu – mniej więcej tak „autentycznym”, jak ukochane przez mojego ojca węgierskie stroje ludowe.

Wizualna kronika tamtych wakacji znajduje się na stercie filmów Kodaka, które ojciec przez resztę swojego życia trzymał w schowku na poddaszu; zdjęcie po zdjęciu przedstawiające moją matkę, brata i mnie w cieniu gotyckich katedr i ruin zamków, opierających się o reling statku wycieczkowego pływającego po Dunaju, machających z pociągu do salutującego pioniera w wykrochmalonym mundurku i czerwonej chustce, albo patrzących na gigantyczny gmach węgierskiego parlamentu zwieńczony czerwoną gwiazdą. Często nie patrzymy w obiektyw. Wiele zdjęć jest zrobionych z dużej odległości, jakby mój ojciec był na safari i śledził przemieszczające się stado dzikich zwierząt.

Pewnego dnia w ciągu tej podróży zrobiliśmy sobie przerwę w zwiedzaniu, by obejrzeć dwie kamienice w Peszcie, secesyjne budynki, niegdyś piękne, dziś zapuszczone i pokryte sadzą. Zniszczone okiennice wisiały krzywo na wdzięcznych łukowatych oknach domu przy Vaci utca 28; dekoracyjne balkony domu przy Ráday utca 9 w widoczny sposób gniły. W tym domu wspięliśmy się po źle oświetlonych schodach i zapukaliśmy do drzwi. Obejrzeliśmy szereg pokoi o wysokich sufitach, podzielonych ściankami z dykty, niedbale umeblowanych i rojących się od lokatorów, kilku rodzin wciśniętych do mieszkania zaprojektowanego dla jednej. Pamiętam w szczególności smutek mojego ojca. Ten budynek, podobnie jak drugi, należał niegdyś do mojego dziadka. Mieszkanie to było rodzinnym domem ojca, „królewskim apartamentem”. Ojciec, kiedy z powrotem znaleźliśmy się na ulicy, spojrzał na obskurną fasadę domu przy Ráday utca 9; dziewczynka o jasnych włosach z wpiętą w nie białą wstążką spoglądała z sypiącego się podwójnego balkonu, przylegającego do zamożnego mieszkania, w którym dorastał chłopiec imieniem Pista. Zrobił zdjęcie. To była ostatnia klatka filmu.

W 1940 roku, kiedy Pista skończył trzynaście lat, dostał kamerę Pathé z obiektywem dziewięć i pół milimetra. Był to prezent z okazji bar micwy od jego ojca. Odtąd – na Węgrzech, gdzie wstąpił do stowarzyszenia filmowców amatorów podczas wojny i do młodzieżowego klubu filmowego tuż po niej, w Danii, gdzie założył firmę zajmującą się dystrybucją filmów, w Brazylii, gdzie kręcił dokumenty o lasach deszczowych i pampie – mój ojciec wolał ruchome obrazy od nieruchomych. „W fotografii masz tylko jedną szansę”, wyjaśnił mi kiedyś. „Zostaje ci tylko to jedno ujęcie. W filmie możesz wszystko pociąć i złożyć na nowo. Możesz sprawić, żeby historia miała taki kształt, jak chcesz”.

Przez krótki czas w moim wczesnym dzieciństwie filmowe przedsięwzięcia ojca miały charakter domowy. Ich rezultaty przechowuję w pudełku w piwnicy, ocalone z kosza na śmieci, gdzie wyrzuciła je moja matka po rozwodzie. Zestaw metalowych pojemników kryje rolki szesnastomilimetrowych filmów, które ojciec nakręcił w latach 1959-1961, w ciągu dwóch lat po moim urodzeniu. Rodzice mieszkali wtedy w Jackson Heights w dzielnicy Queens, w maleńkim wynajętym mieszkaniu w ceglanym dwupiętrowym domu; filmy rejestrują banalne wydarzenia z życia nowożeńców: matkę w trzecim trymestrze ciąży, z wielkim brzuchem, jedzącą pizzę; matkę pchającą wózek z niemowlęciem czy piorącą pieluchy w plastikowym wiadrze, moje pierwsze urodziny, pierwszy dzień na plaży, pierwszą Paradę Wielkanocną i Boże Narodzenie. „Reżyser”, jak określa siebie ojciec w napisach, pojawia się okazjonalnie. W filmie nakręconym za pomocą statywu stoi w drzwiach naszego mieszkania, wcielając się w rolę mężczyzny, którym chciałby być. Ma na sobie garnitur z krawatem, płaszcz w jodełkę, skórzane rękawiczki i kapelusz typu fedora. Jego spojrzenie skierowane jest do kamery. Nachyla się, by dać matce – raczej niezręcznego – całusa w policzek. Potem macha teatralnie, mówi coś do matki, ze wzrokiem wciąż skierowanym w obiektyw, i przekracza próg. Film jest niemy, ale łatwo byłoby dodać do niego narrację z Father Knows Best8.

Najdłuższa rolka poświęcona jest Bożemu Narodzeniu. Kamera zatrzymuje się na choince – następują nabożne zbliżenia śnieżnobiałych dekoracji, pasm lamety, wielkiej elektrycznej gwiazdy wigilijnej. Potem wolny obrót w stronę trzech skarpet w biało-czerwone paski, zawieszonych na ścianie od największej do najmniejszej. Tata Niedźwiedź, Mama Niedźwiedzica i Mały Niedźwiadek. Na koniec uroczyste odpakowywanie prezentów: ojciec trzyma przed kamerą każdy z nich – krawat, piżamę w paski, tarczę do rzutek. Uśmiecha się w wymuszony sposób i mówi: „Właśnie to, co chciałem dostać na Święta!”. Matka siedzi po turecku na podłodze, ubrana w bluzkę z falbankami i plisowaną spódnicę, patrząc pustym wzrokiem na swoje prezenty; fartuszek, kapcie, seksowną koszulę nocną.

W ostatnich minutach Pierwszych świąt Susie kamera pokazuje mnie, ośmiomiesięczną, chwiejnie dźwigającą się do pozycji stojącej przed dużym lustrem w przedpokoju; tłuste paluszki skrobią gładką powierzchnię, próbując się czegoś uchwycić. Przyciskam do lustra nos, a potem całą twarz, jakbym szukała czegoś za swoim odbiciem. Oglądając film kilkadziesiąt lat później, pomyślałam, że ukrywał on mojego ojca. Nigdy nie był bardziej nieobecny niż podczas tych krótkich chwil, gdy pojawiał się na ekranie, otoczony rekwizytami swojej amerykańskiej rodziny, odgrywając przed kamerą prywatną tożsamość, przekształcając się, klatka po klatce, w mężczyznę, którego historia została zastąpiona obrazem – obrazem przedstawiającym nikogo, kogokolwiek.

Pracował wtedy w ciemni w mieście, dojeżdżając do pozbawionej okien komnaty, będącej jego królestwem w takim samym stopniu, jak piwnica. Stał się mistrzem wywoływania zdjęć i ich obróbki: konwersji kolorów, montażu i innych przekształceń sprzed epoki Photoshopa. Mówił o nich „fotograficzne sztuczki”. Zawsze czuć było od niego zapach wywoływacza.

Był szczególnie dobry w „sztuczkach”, sprawianiu, by ciemne fragmenty zdjęcia wyglądały na jasne, i w „maskowaniu”, ukrywaniu niechcianych części obrazu. „Najważniejsza jest kontrola”, lubił mawiać. „Nie naświetlasz tego, co nie ma być widoczne”. Spędzał dnie w akwaryjnym mroku, który rozświetlała tylko pojedyncza czerwona lampka, z rękami zanurzonymi w chemicznej kąpieli, zaciemniając, rozświetlając i manipulując, sprawiając, że znikały części ciała, budynki i całe krajobrazy. Osiągał w medium fotografii to, o czym sądził, że jest możliwe tylko w filmie: sprawiał, że historia miała taki kształt, jak chciał.

Jego talent sprawił, że w pewnych kręgach był niezastąpiony – głównie w dziale produkcji artystycznej firmy Condé Nast. Od lat 60. do lat 80. Condé Nast zlecało mojemu ojcu dokonywanie większości z najtrudniejszych retuszy, jakie pojawiały się w ich najważniejszych magazynach: „Vogue”, „Glamour”, „House & Garden”, „Vanity Fair” i „Brides”. Przez całe lata w gabinecie ojca wisiała notatka, którą jeden dyrektor artystyczny przesłał drugiemu: „Wyślij to do Steve’a Faludiego – do nikogo innego!”. Ojciec poddawał swoim „sztuczkom” zdjęcia autorstwa najsłynniejszych fotografów mody tamtej epoki – Richarda Avedona, Francesca Scavulla, Irvinga Penna, Berta Sterna – pracując dla wielu komercyjnych agencji fotograficznych, a później samodzielnie w ramach jednoosobowej firmy, Lenscraft Studios, mieszczącej się w lofcie w dzielnicy mody, zajmowanym wcześniej przez fotografa Hanka Londonera. Ocalił również wiele starych fotografii, których negatywy zaginęły: potrafił stworzyć idealną kopię na podstawie odbitki. Pracował między innymi nad klasycznymi zdjęciami wybitnego węgierskiego fotografa i żydowskiego uchodźcy podczas II wojny światowej, André Kertesza. Prace mojego ojca były „takie precyzyjne i drobiazgowe; nigdy kolor czy światło nie pojawiały się w niewłaściwych miejscach”, powiedział mi po latach Dick Cole, dyrektor działu produkcji artystycznej Condé Nast, gdy siedzieliśmy w jego salonie w południowej Kalifornii, przeglądając lśniące albumy zawierające wiele spośród tych prac. „To było niesamowite. Nigdy nie dało się odkryć, co zostało zmienione. Nie dało się odróżnić oryginału od kopii”.

Gdy byłam małym dzieckiem, od czasu do czasu jeździłam z ojcem podmiejskim pociągiem, by zobaczyć którąś z licznych agencji fotograficznych na Manhattanie, dla których pracował. Prowadził mnie za przegrodę dzielącą studio, do części, gdzie na wysokich stołkach, przy podświetlonych stołach siedzieli mężczyźni usuwający cieniutkimi pędzelkami niedoskonałości na twarzach modelek. Uważał retuszowanie za zwieńczenie sztuki fotografii. Pokazywał mi wersje „przed” i „po” zdjęcia reklamowego, bym mogła je podziwiać. Zobacz, nie ma już tego brzydkiego pieprzyka! Zobacz, żadnych zmarszczek! Podziwiał mężczyzn zgarbionych przy podświetlanych stołach, wymazujących skazy. Rzadko okazywał zainteresowanie moimi perspektywami edukacyjnymi czy zawodowymi; mimo to kilkakrotnie radził mi, bym została retuszerką fotografii. Była to dość dziwna rada dla córki, której obsesją od pierwszego dnia, gdy dołączyła do zespołu redakcyjnego gazetki wydawanej przez jej podstawówkę, było wydobywanie skaz i błędów na powierzchnię, a nie ich ukrywanie. Przez cały czas, gdy się do siebie nie odzywaliśmy, i tym bardziej czas, gdy znów zaczęliśmy rozmawiać, w samym sercu łączących nas relacji tkwił konflikt między wymazywaniem i ujawnianiem, między pędzelkiem retuszera i notesem reporterki, między mistrzem maskowania i uczennicą, która chciała go zdemaskować.

4 ▶ DOMOWA BEZ(O)BRONNOŚĆ

Hegyvidék (dosłownie „górzysta kraina”), trzynasta dzielnica Budapesztu, znajduje się wysoko na wzgórzach Budy. Zawsze stanowiła ekskluzywną enklawę – to tam mieściły się ambasady, wille, rezydencje nuworyszy – a jej luksusowe nieruchomości były atrakcyjnymi obiektami inwestycji w postkomunistycznym Budapeszcie początków XXI wieku. Jak wyjaśnia napisany łamanym angielskim tekst ze strony poświęconej nieruchomościom, Hegyvidék to „miejsce, gdzie luksusowe wille i nowoczesne domy jednorodzinne – jako posiadłości błękitnej krwi – rządzą swoimi wielkimi ogrodami w tym cichym otoczeniu”. Dotarcie do domu mojego ojca wymagało pokonania kilku stromych wzniesień, a następnie serii karkołomnych zakrętów na coraz bardziej dziurawej i wąskiej drodze.

„Cholerni komuniści”, powiedział ojciec, kiedy volkswagen exclusive wpadał i wydobywał się z kraterów w nawierzchni. „Nigdy nie naprawiają dróg”.

„Czy oni nie stracili władzy piętnaście lat temu?”, zapytałam.

„Taaak, teraz nazywają się »socjalistami«” – Stefánie mówiła o partii będącej wtedy u władzy – „ale to ci sami. Banda złodziei”.

Kamper z trudem pokonał ostatnie wzniesienie i ostry zakręt. Przed nami pojawił się dom, trzypiętrowa betonowa willa. Miała spadzisty dach i tynkowane ściany. Teren otaczało ogrodzenie zabezpieczające, zaopatrzone w zamykaną bramę z alarmem. Na dużym znaku ostrzegawczym widniał warczący, i na szczęście fikcyjny, owczarek niemiecki.

Nie byłam pewna, czy ta forteca jest wyrazem nadmiernej czujności ojca, czy kultury, do której powrócił. Później przeczytałam A Country Full of Aliens [Kraj pełen obcych] Colina Swatridge’a, wspomnienia z pobytu autora w Budapeszcie w latach 90., i uderzyły mnie jego uwagi na temat węgierskiej obsesji na punkcie chronienia domów:

Można podziwiać całą tę okazałość – podjazdy z szarej cegły, cyprysy i schody, wypukłości i zagłębienia, kolumny i narożniki – ale da się to zrobić tylko zza szczebli bram, pod czujnym okiem kamer monitorujących i oświetlenia wyposażonego w czujniki ruchu. Fascynująca jest ta potrzeba pogodzenia ze sobą bezpieczeństwa i ostentacji. Dom ma demonstrować swoje koronkowe dekoracje, smukłe balustrady, subtelne detale, kręte schodki; musi też jednak pokazywać zęby, muskularne zamki, twarde żelazo ogrodzenia. Musi być zarazem wstydliwy i stanowczy, jak syczący paw – piękny i śmieszny zarazem. Tym, co charakterystycznie węgierskie w owych podmiejskich domach, kiczowatych zamkach, jakich pełno na wzgórzach Budy i Pilis, nad jeziorem Balaton i w górach Bükk, jest właśnie połączenie ekshibicjonizmu z zaawansowanymi systemami ochrony. Przypomina ono pomieszanie rodzaju męskiego i żeńskiego będące cechą języka węgierskiego.

Wiedziałam o tym językowym pomieszaniu. Było nieodłączną cechą mojego dzieciństwa. „Powiedz swojej matce, że na niego czekam”, mawiał mój ojciec. Albo „Twój brat ma posprzątać swoją pokój”. Węgrzy słyną z mylenia płci w języku angielskim. Język węgierski nie różnicuje zaimków zgodnie z rodzajem gramatycznym.

Mój ojciec skierował samochód pod bramę i szarpnął hamulec postojowy. Przeszła chwiejnie w swoich białych butach na obcasach i wprowadziła kod na skrzynce zainstalowanej w ściance z systemem ochrony; brama otwarła się ze zgrzytem i zamknęła zaraz po tym, jak przez nią przejechałyśmy. Kamper pokonał stromy podjazd i zatrzymał się na spłachetku trawy – był za wysoki, by zmieścić się w garażu. Siedmiometrowy maszt górował dumnie nad trawnikiem. Miał trzy sznury – „żebym mogła wywieszać wszystkie moje flagi”, wyjaśniła Stefánie. „Wywieszam węgierską flagę piętnastego marca” – na święto państwowe upamiętniające zakończone klęską powstanie Węgier przeciwko Cesarstwu Austriackiemu z 1848 roku – „i amerykańską na czwartego lipca”. Trzeci sznur służy flagom dwóch pozostałych krajów, w których mieszkał mój ojciec: Danii i Brazylii.

Stefánie wygramoliła się z siedzenia kierowcy i zarzuciła torebkę na ramię. Stałyśmy na podjeździe przez dobre dwadzieścia pięć minut, ponieważ musiała zająć się rozmaitymi środkami bezpieczeństwa. Najpierw musiała ponownie włączyć alarm przeciwwłamaniowy w volkswagenie. Później nastawić na nowo system ochrony posesji, który „bronił” bramy i podjazdu. Kiedy został włączony, miałyśmy sześćdziesiąt sekund na bieg do frontowych drzwi, tych po prawej stronie. Dom był bliźniakiem; druga, identyczna część, sobowtór, stała pusta.

Zanim weszłyśmy, wyłączyła kolejny system alarmowy – i włączyła go, gdy tylko znalazłyśmy się w środku. Kiedy wprowadzała kolejne cyfry, próbowałam zorientować się w otaczającym nas półmroku. Po prawej stronie były schody, zanurzone w cieniu. Drewniane stopnie wznosiły się na półpiętro i wyżej. Na końcu holu przez otwarte drzwi było widać żółte szafki kuchenne, te same, które zdobiły jego mieszkanie na Manhattanie. (Mój ojciec wysłał je, razem z lodówką, zmywarką, kuchenką i wszystkim, co w owym czasie posiadał, włącznie ze stertą starych mebli i vanem, w dwunastometrowym kontenerze). Poprowadziła mnie przez hol i następne drzwi po lewej, prowadzące do dużego, wyłożonego kafelkami salonu, a potem do jadalni z żyrandolem i witryną pełną porcelany Zsolnay. Szklana ściana z francuskimi drzwiami wychodziła na frontowy taras, ale nawet ona była zasłonięta grubymi kotarami. „Ktoś mógłby tu zajrzeć i chcieć ukraść mój sprzęt elektroniczny”, powiedziała. Można by go ukraść całkiem sporo. Zmontowana na ścianie szafa, sięgająca od podłogi do sufitu, była zapełniona monitorami, odbiornikami, wzmacniaczami, głośnikami, wooferami, odtwarzaczami CD, DVD i VHS, magnetowidami Betamax, adapterami, był nawet magnetofon na szpule. Cały ten sprzęt służył do odtwarzania jej nagrań operowych, tych samych, które mój ojciec puszczał co weekend w naszym podmiejskim salonie w Yorktown Heights. Kilka szafek mieściło ponad tysiąc oper nagranych na płytach CD, taśmach, kasetach wideo i płytach winylowych. Przeciwległą ścianę zajmowały półki z książkami. Po jednej stronie były wszystkie stare poradniki należące do mojego ojca, poświęcone wspinaczce po skałach i lodzie, budowie łodzi, wioślarstwu, obróbce drewna, konstruowaniu krótkofalówek i modeli samolotów. Kolekcja „Moje życie jako mężczyzny”, pomyślała. Nie żeby po drugiej stronie była odpowiadająca jej kobieca kolekcja. Pozostałe półki zajmowały prace dotyczące wszystkiego, co węgierskie: Starożytna historia Węgier, Węgierska pieśń ludowa, Węgierskie rasy psów, oraz grube biografie rozlicznych węgierskich luminarzy, między innymi dwutomowe wspomnienia hrabiny Ilony Edelsheim Gyulai, synowej admirała Miklósa Horthyego, regenta Węgier podczas niemal całej II wojny światowej.

Kolejny dział obejmował książki należące do gatunku będącego, podobnie jak opera, przedmiotem trwałej obsesji ojca: baśnie. Nawet jako mała dziewczynka rozumiałam, że teatrzyk kukiełkowy i kolejka, które zbudował ojciec, tylko na pozór są przeznaczone dla jego dzieci. Zaspokajały one jego pragnienie bajkowej fantazji – im bardziej ekstrawaganckiej, tym lepiej. Podobnie w przypadku opery: nienawidził przedstawień, w których nie było wystawnych kostiumów i dekoracji. Te dwie obsesje łączyły się ze sobą. Jednym z najcenniejszych wspomnień ojca z dzieciństwa był wieczór, gdy rodzice zabrali go do Węgierskiej Opery Królewskiej. Miał dziewięć lat; obejrzał wtedy Jasia i Małgosię.

„Chciałabym nadal mieć tę książkę”, powiedziała Stefánie, spoglądając mi przez ramię na swoją imponującą kolekcję baśni. Mówiła o zbiorze, z którego pierwsza z licznych niań czytała mu w dzieciństwie. Niania ta była Niemką, a jej język ojczysty stał się pierwszym językiem jej podopiecznego. „Oprawiony w skórę, grube kartki, przepiękne ilustracje”, wspominała. „Klejnot. Zawsze, kiedy trafiam do księgarni, pytam o nią”. Przez lata zgromadziła wiele podobnych zbiorów, głównie takich, które zawierały baśnie jej ulubionego autora, Andersena. Miała wydania jego książek w języku duńskim, niemieckim, angielskim i węgierskim. (I potrafiła przeczytać je wszystkie. Podobnie jak wielu wykształconych Węgrów, mój ojciec był poliglotą, posługującym się płynnie pięcioma językami, oraz dodatkowo dialektem alemańskim). W 1972 roku, kiedy wybraliśmy się na rodzinne wakacje do Danii, ojciec odbywał liczne pielgrzymki do pomnika Małej Syrenki w porcie Kopenhagi. Pamiętam, jak stał przez długi czas przed falochronem, wpatrując się w rzeźbę morskiej nimfy, która pozwoliła obciąć sobie język i rozdwoić ogon, by stać się człowiekiem. Obserwowałam go patrzącego na pomnik, wykutą w brązie postać dziewczyny na zalewanej falami skale; jej skurczone z bólu kończyny podwinięte są pod pięknym, młodym tułowiem, smutne oczy zwrócone ku brzegowi. Ojciec zrobił dużo zdjęć.

Podczas chwil bezczynności w trakcie mojej pierwszej wizyty w Hegyvidék, i podczas następnych wizyt, zdarzało mi się zdejmować z półek angielską wersję baśni Hansa Christiana Andersena i kartkować ją, z fascynacją i odrazą śledząc opowieści o okaleczeniach i przemianach, rozczłonkowaniach i zmartwychwstaniach. Próżna tancerka każe amputować sobie nogi i odzyskuje cnotę. Jednonogi blaszany żołnierzyk zakochuje się w baletnicy wyciętej z papieru, a wrzucony do pieca, topi się, przybierając kształt małego metalowego serca. Samotna żydowska służąca całe życie marzy, by być chrześcijanką, i jej życzenie zostaje spełnione – w chwili Zmartwychwstania. I najsłynniejsza opowieść: najbrzydsze pisklę z miotu wyrasta na królewskiego łabędzia. „Chcę do nich pofrunąć, do tych królewskich ptaków” – mówi Brzydkie Kaczątko – „Nieważne, że przychodzi się na świat na kaczym podwórku, skoro się wykluło z łabędziego jaja”9. Zastanawiam się: jeśli kaczątko staje się łabędziem tylko dlatego, że rodzi się jako łabędź, jeśli Mała Syrenka pozwala rozdwoić sobie ogon po to tylko, by powrócić do morza, jakie właściwie przemiany obiecują te opowieści?

Na kolejnych półkach na ścianie salonu obok sprzętu elektronicznego znajdują się sterty albumów fotograficznych zawierających zdjęcia z licznych podróży ojca do Odense, miejsca urodzenia Andersena. „Raz zabrałem tam Ilonkę”, powiedziała. „Chyba trochę się nudziła”. Przeglądając je, z zaskoczeniem zauważyłam znajomy miejski pejzaż: charakterystyczny, łagodnie pochyły dach Vor Frue Kirke (Katedry Naszej Pani), sklep GASA (duńskiej spółdzielni rolniczej) i pruski mur oberży Den Gamle Kro (znajdującej się przecznicę od Muzeum Hansa Christiana Andersena). Czy ojciec odtworzył Odense w krajobrazie kolejki, którą umieścił w naszym pokoju? Później, oglądając ocalałe zdjęcia tego starego modelu, tym bardziej podziwiałam dokładność ojca: na bordowym przodzie lokomotywy znajdowały się skrzydlate insygnia i korona Duńskich Kolei Państwowych.

Nad albumami z Odense, na dwóch górnych półkach, stał zestaw figurek: postacie z Czarnoksiężnika z krainy Oz. Ojciec znalazł je w sklepie na Manhattanie, po tym, jak rodzice rozwiedli się i wrócił do miasta. Były bardzo starannie wykonane. Dorotka miała rubinowe pantofelki i koszyk, z którego wyglądał możliwy do odłączenia Toto, przykryty materiałem w czerwono-białą kratkę. Blaszany Drwal miał serce na łańcuchu i trzymał malutką puszkę z olejem. Strach na Wróble siał wokół źdźbłami słomy, a Tchórzliwy Lew trzymał srebrną plakietkę z napisem ODWAGA. Do głowy i kończyn Złej Czarownicy z Zachodu ojciec przymocował druty, przekształcając ją w marionetkę. Zatrzymałam się przy zwisającej figurce i trąciłam ją ukradkowo. Czarownica kiwnęła się chwiejnie na swojej miotle.

Stefánie odsłoniła odrobinę kotary, żebyśmy mogły wyśliznąć się przez oszklone drzwi na taras. Zapytałam, czy można obejrzeć widok. Taras biegł wokół całego domu; wokół jego krawędzi stały betonowe donice. Nie rosło w nich nic oprócz chwastów. „Geranium sadzi się w maju”, powiedział mój ojciec, co miało być wyjaśnieniem. W maju leżała na sali szpitalnej w Tajlandii.

Trawnik spadał stromo w stronę ulicy. Przez jego środek biegła ułożona z płytek ścieżka ocieniona wielkimi, poskręcanymi kasztanowcami, drzewnymi widmami, które przywiodły mi na myśl Nawiedzony Las z krainy Oz („Na twoim miejscu bym się odwrócił…”). Roztrzaskane skorupki i wyschnięte kawałki miąższu kasztanów zalegały na schodach. Z naszego orlego gniazda widać było szereg wzgórz, a za nimi gęsto zalesioną dolinę. Po prawej stronie tarasu był mały sad, który założył mój ojciec po wprowadzeniu się tutaj. Wymieniła wszystkie odmiany: wiśnia, brzoskwinia, morela, jabłko, orzech włoski. „Dziwne”, powiedziała, „w tym roku nie owocowały”. Ten sadowniczy spis przypomniał jej o ogrodniku, który przed laty doglądał terenu willi Friedmanów na wzgórzach Budy, domu, gdzie mój ojciec spędzał każde lato swojego dzieciństwa. „Rodzina ogrodnika mieszkała w domku na terenie naszej posesji”, przypomniała sobie.

Nachyliła się w stronę najdalszej krawędzi tarasu i wskazała parterowy dom kilkadziesiąt metrów dalej, jedyny mały budynek na tej ulicy. „Tam mieszka”, powiedziała.

„Kto?”

„Bader”.

„B a d e r ?”

„Baaader” – skorygowała zarówno moją wymowę, jak i ignorancję w kwestii nazwiska. „Laci Baaader”. Laci, zdrobnienie od László. „Syn ogrodnika”.

„Przyjaźniliście się?”

„Raczej nie. Byłam jednym z tych, wiesz”. Miała na myśli Żydów.

„Dziwne”, powiedziałam.

„Co?”

„Ten zbieg okoliczności. Że mieszka teraz na tej samej ulicy, co ty”.

Była innego zdania. „Mieszka w domu swojego ojca”. W domku ogrodnika na terenie willi mojego dziadka. Wskazała jedną z McRezydencji stojącą tuż obok domku Baderów. Była to, jak powiedziała Stefánie, dawna willa Friedmanów. „To tam!” Mogłam niemal zajrzeć za ogradzający ją wysoki betonowy mur. Ta informacja mną wstrząsnęła. Podejrzewałam, że mój ojciec nabył dom na wzgórzach Budy, by w jakiś sposób odzyskać to, co utracili Friedmanowie. Nie zdawałam sobie sprawy, że kupił dom umożliwiający bezpośrednią obserwację miejsca przestępstwa.

„Nooo, właściwie to b y y y ł o tam”, poprawiła. „Przebudowali dom, zrobili z niego to okropieństwo”. Mimo to kilka tygodni po przyjeździe do Budapesztu, w ramach wizyty rozpoznawczej w 1989 roku, mój ojciec próbował kupić to okropieństwo. „Nie było na sprzedaż”. Kiedy znajdujący się w pobliżu dom został tamtej jesieni wystawiony na sprzedaż, zapłacił żądane 131 250 dolarów w gotówce.

Dom ten okazał się katastrofalnym zbiorem partackich i nieukończonych rozwiązań budowlanych. Ojciec wezwał na pomoc Laciego Badera. „Spojrzał raz i powiedział: »Źle to wygląda!«”. Dach przeciekał, rury były popękane, brakowało izolacji, aluminiowe przewody elektryczne stanowiły labirynt śmierci. „Jeśli ktoś zacząłby wiercić w ścianie, prąd pokopałby go na śmierć”. Potrzeba było niemal całego roku, i kolejnych kilkudziesięciu tysięcy dolarów, by dom nadawał się do zamieszkania.

Nadal wymagał dość zaawansowanej konserwacji, którą Stefánie często powierzała Baderowi. „Teraz, kiedy jestem kobietą, Bader naprawia wszystko”, powiedziała. „Mężczyźni m u s z ą mi pomagać. Nawet palcem nie kiwnę”. Rzuciła mi znaczące spojrzenie. „To jedna z zalet bycia kobietą”, powiedziała. „Piszesz o wadach bycia kobietą, ale ja na razie widzę t y l k o zalety!” Zaczęłam rozmyślać o tym, jak nowa tożsamość mojego ojca współgrała ze starą, jak wykorzystała swoje zerwanie z przeszłością do renegocjacji własnej historii. Nie odzyskała rodzinnej własności, ale dzięki zmianie płci sprawiła, że syn dawnego ogrodnika Friedmanów nadal dla niej pracuje.

Weszłyśmy z powrotem do środka, Stefánie znowu zasunęła kotary. Powiedziała, że pokaże mi mój pokój. Podążyłam za nią ciemnymi schodami na drugie piętro, do jednej z trzech sypialni. „Czasami sama tu śpię, ale dałam ci ten pokój, bo ma widok”, powiedziała. Wskazała ścianę z oknami, przesłoniętymi przez grube rolety, ukryte pod koronkowymi firankami. Uchyliłam rąbka wszystkich tych warstw, by dowiedzieć się, co skrywają: zamknięte okna wychodziły na betonowy balkon pełen zeschłych liści. Z zardzewiałych haków zwisał postrzępiony hamak. Ściany pokoju pomalowano na jasnoróżowo; był umeblowany w nijaki i bezosobowy sposób. Znajdowały się w nim podwójne łóżko z pomalowaną na biało drewnianą ramą, biała drewniana szafa, krzesło (należące do kompletu krzeseł z jadalni) i stary telewizor na metalowym stojaku na kółkach. Anonimowy obraz olejny przedstawiający bukiet kwiatów wydawał się stanowić, podobnie jak cała reszta, element wyposażenia pokoju w hotelu Howarda Johnsona z lat 60.

„Ilonka to dla mnie uszyła”, powiedziała Stefánie, wskazując pasującą do wnętrza fuksjową pościel. „Ja zrobiłam ramę łóżka. I szafę”.

„Wciąż zajmujesz się stolarką?”

Powiedziała, że jej warsztat znajduje się w piwnicy. „Zupełnie jak w Yorktown”. Postukała w bok szafy, by zademonstrować jej solidność. „Możesz powiesić tu swoje rzeczy”.

Otworzyłam drzwi szafy. Podobnie jak ja zajrzała do jej ciemnego wnętrza i skrzywiła się. Domowej roboty mebel wypełniały męskie ubrania: trzyczęściowe garnitury, dwurzędowe sportowe marynarki, koszule w paski, spodnie khaki, swetry narciarskie, spodenki do wspinaczki, koszule flanelowe, buty do wędrówki, półbuty, mokasyny, buty żeglarskie, krawaty, skarpetki, podkoszulki, bokserki i smoking, który mój ojciec miał na sobie na rodzinnym weselu.

„Muszę się tego pozbyć”, powiedziała. „Może ktoś to zechce”.

„Kto?”

„Porozmawiaj ze swoim mężem”.

Przekład: Joanna Bednarek

Redakcja: Kacha Szaniawska

Korekta: Kamil Bogusiewicz

Redaktor prowadzący: Patryk Walaszkowski

Projekt okładki, układ typograficzny, skład: Katarzyna Błahuta

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

ul. Foksal 16, II p.

00-372 Warszawa

redakcja@krytykapolityczna.pl

www.krytykapolityczna.pl

Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w redakcji Krytyki Politycznej (ul. Foksal 16, Warszawa), Świetlicy KP w Trójmieście (Nowe Ogrody 35, Gdańsk), Świetlicy KP w Cieszynie (al. Jana Łyska 3) oraz księgarni internetowej KP.

WYDAWNICTWO.KRYTYKAPOLITYCZNA.PL