Uwolnić niedźwiedzie - John Irving

Uwolnić niedźwiedzie

0,0

Ogromne pomieszanie - żałosne kulisy anszlusu i jego wpływ na mentalność Austriaków, dziwaczne frustracje młodych ludzi, idea wolności dla zwierząt zamkniętych w zoo, emocje pierwszej miłości, szalona wyprawa kultowym motocyklem, reminiscencje i antagonizmy wojennej zawieruchy - oto Austria drugiej połowy lat sześćdziesiątych, oto Wiedeń, w którego świeżej pamięci pozostaje jeszcze podział miasta na cztery strefy okupacyjne. Niespokojny rytm i burzliwa atmosfera powieści Irvinga tworzą doskonałe tło dla niecodziennych przeżyć młodych bohaterów.

John Irving (ur. 1942) – jeden z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy. Debiutował w 1968 roku powieścią „Uwolnić niedźwiedzie”, a jego czwarta książka, „Świat według Garpa”, przyniosła mu rozgłos na skalę światową, została też z sukcesem sfilmowana. Jest znany i podziwiany na całym świecie, a jego powieści zostały przełożone na kilkadziesiąt języków.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

POLECAMY

JEDNOROCZNA WDOWA

MAŁŻEŃSTWO WAGI PÓŁŚREDNIEJ

METODA WODNA

RATOWAĆ PROŚKA

REGULAMIN TŁOCZNI WIN

SYN CYRKU

CZWARTA RĘKA

ZANIM CIĘ ZNAJDĘ

OSTATNIA NOC W TWISTED RIVER

W JEDNEJ OSOBIE

ŚWIAT WEDŁUG GARPA

ALEJA TAJEMNIC

HOTEL NEW HAMPSHIRE

MODLITWA ZA OWENA

tytulowka.jpg

Tytuł oryginału

SETTING FREE THE BEARS

Copyright © 1968 by John Irving

All rights reserved

Projekt okładki

Joanna Strękowska

Zdjęcie na okładce

© Jonathan Gregson/Getty Images

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Wiesława Karaczewska

Korekta

Bronisława Dziedzic-Wesołowska

ISBN 978-83-8097-299-5

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

CZĘŚĆ I

SIGGY

REGULARNA DIETA WIEDEŃSKA

Co dzień w południe można go było zastać na ławce w Parku Miejskim, siedział z pękatą torbą inspektowych rzodkiewek na kolanach i flaszką piwa w ręce. Zawsze przynosił własną solniczkę i musiał ich mieć od groma, bo nie przypominam sobie konkretnie jakiejś jednej. Nigdy nie były to żadne wymyślne solniczki i raz nawet którąś wyrzucił. Zawinął ją po prostu w torbę po rzodkiewkach i cisnął do parkowego kosza na śmiecie.

Co dzień w południe i zawsze na tej samej ławce, najmniej obdrapanej, na skraju parku, od strony najbliższej uniwersytetu. Czasem przychodził z notesem, zawsze natomiast w tej samej sztruksowej kurtce myśliwskiej z ukośnymi bocznymi kieszeniami i przepastną pionową na plecach. Rzodkiewki, butelka piwa, solniczka i czasem notes, wszystko w tej głębokiej, wypchanej tylnej kieszeni. Niczego nie nosił w rękach. Tytoń i fajki utykał w bocznych, ukośnych kieszeniach kurtki. I miał co najmniej trzy różne fajki.

Choć zakładałem, że tak jak ja jest studentem, nie spotkałem go w żadnym z budynków uniwersyteckich. Wyłącznie w Parku Miejskim w południe, dzień w dzień przez całą wczesną wiosnę. Często siadałem na ławce naprzeciw niego, gdy jadł. Przynosiłem ze sobą gazetę i fajnie było się z tego miejsca przyglądać dziewczynom w alejce, łyskającym, białym po zimie, kolanom tych cwanych dziewczyn w powiewnych bluzach i przezroczystych jedwabiach. On jednak na nie nie patrzył, siedział nad torbą z rzodkiewkami jak płochliwa wiewiórka. Przez szpary między listwami ławki słońce padało mu na kolana paskami zebry.

Spotykaliśmy się w ten sposób już ponad tydzień, zanim zauważyłem jeszcze jeden jego obyczaj. Na torbie z rzodkiewkami coś bazgrał i oderwane strzępki z notatkami utykał po kieszeniach. Częściej jednak pisał w notesie.

Pewnego dnia coś zrobił: zobaczyłem, że wsunął do kieszeni strzępek torby z krótką notatką, odszedł od ławki i parę kroków dalej postanowił coś sprawdzić. Wydobył ten strzępek torby, przeczytał i potem wyrzucił. A oto, co na nim zapisał:

Należy fanatycznie przestrzegać dobrych obyczajów.

Dopiero później, gdy przeczytałem cały ten jego sławetny notes – „Poezje”, jak go zatytułował – pojąłem, że tak zupełnie tamtej notatki nie odrzucił. Tylko ją trochę złagodził:

Warto przestrzegać dobrych obyczajów.

Tam jednak, w Parku Miejskim, nad strzępkiem torby po rzodkiewkach, nie mogłem wiedzieć, że jest poetą i aforystą, przyszło mi tylko na myśl, że warto by go poznać.

KŁOPOTY

Przy Josefsgasse, za budynkiem Parlamentu, znajduje się warsztat znany z szybkich, podejrzanych obrotów używanymi motocyklami. Odkrycie tego warsztatu zawdzięczam doktorowi Fichtowi. U niego to oblałem egzamin, co mnie wprawiło w stosowny nastrój, by się wyłamać z już przyjętego zwyczaju spędzania południa w parku.

Uliczką niskich, cuchnących bagnem podcieni, obok piwnicznych sklepów ze spleśniałymi ubraniami, zaszedłem do dzielnicy warsztatów, sklepików z oponami i częściami samochodowymi, w których faceci w wyszmelcowanych kombinezonach szczękali wytaczanym na chodnik towarem. Znalazłem się znienacka przed brudnym oknem wystawowym z zatkniętą w rogu szyby tekturową wywieszką „Faber”. Poza tym żadnej innej reklamy, wyjąwszy hałas buchający z otwartych drzwi. Kłęby ciemnego dymu jak burzowe chmury, ścinający z nóg terkot seryjnych wystrzałów, a za szybą wystawy ledwie widoczni dwaj mechanicy, przedmuchujący przepustnice dwóch motorów. Motorów na podeście pod samym oknem było więcej, ale te stały ciche i lśniące. Na całej cementowej posadzce przy wejściu walały się niewyraźne w dymie spalin różne narzędzia, zakrętki od baków, kawałki szprych, obręczy, błotników i kabli, a pośród tego stali ci dwaj mechanicy, pochyleni i zasłuchani jak muzycy strojący instrumenty przed występem. Nabrałem w płuca tego, co wiało od drzwi.

Tuż za drzwiami stał i przyglądał mi się siwy facet w marynarce o szerokich, wytłuszczonych połach. Najbardziej matowe w niej były guziki. Przy nim, oparte o drzwi, leżało wielkie zębate koło łańcuchowe: upadły księżyc ze spiłowanymi zębami, tak oblepiony smarem, że skupiał światło i raził mnie jego odblaskiem.

– Herr Faber we własnej osobie – przemówił facet, szturchając się kciukiem w pierś. I wyprowadził mnie z drzwi z powrotem na ulicę. Kiedy wyszliśmy z tego łoskotu, przyjrzał mi się z ledwie widocznym, złoto plombowanym uśmiechem.

– Ach! – westchnął. – Uniwersytet?

– Daj Boże – powiedziałem. – Ale chyba nic z tego.

– Chwilowe kłopoty – orzekł Herr Faber. – A jaki masz motor na myśli?

– Niczego nie mam na myśli.

– O – rzucił ze zrozumieniem Faber – nie ma łatwych decyzji.

– Czuję mętlik w głowie – wyznałem.

– Ach, przecież wiem, jak to jest. Trafia się czasem motor jak żywe zwierzę, słowo daję, prawdziwa bestia! Dokładnie taki niektórzy mają na myśli. Właśnie tego szukają!

– W głowie się kręci na samą myśl – wyznałem.

– Pewnie, pewnie – przyznał Herr Faber. – Dokładnie wiem, o czym mówisz. Musisz pogadać z Herr Javotnikiem. To student... tak jak ty! I zaraz wróci z obiadu. Herr Javotnik potrafi pomóc niezdecydowanym. To cudotwórca, wirtuoz!

– Zdumiewające.

Herr Faber przechylił śliską głowę i czule się wsłuchał w pyrkanie motorów w środku.

DOSIADAM BESTII

Herr Javotnika poznałem po sztruksowej kurtce myśliwskiej ze sterczącymi z ukośnych bocznych kieszeni fajkami. Wyglądał jak młody człowiek wracający z obiadu, po którym mu został piekący, słony smak.

– Ach! – zawołał Herr Faber i wykonał dwa kroczki w bok, jakby chciał dla nas zatańczyć. – Herr Javotnik, ten młody człowiek musi podjąć decyzję...

– Więc to tak – powiedział Javotnik. – Dlatego nie było cię w parku.

– Ach, ach – pisnął Herr Faber. – Wy się już znacie?

– Bardzo dobrze – przyznał Javotnik. – Można powiedzieć, że bardzo dobrze. To będzie decyzja jak najbardziej osobista, zapewniam pana, Herr Faber. Jeśli nas pan zostawi.

– Cóż, dobrze – zgodził się Herr Faber. – Świetnie, świetnie. – I wycofał się, wracając w spaliny w drzwiach.

– To przecież prostak – powiedział Javotnik. – Masz w ogóle zamiar coś kupić?

– Nie – przyznałem. – Zaszedłem tu przypadkiem.

– Dziwnie było w parku bez ciebie.

– Mam kłopot – wyznałem.

– U kogo zdawałeś?

– U Fichta.

– Ba, Ficht. Mogę ci o nim to i owo powiedzieć. Gniją mu dziąsła, między jednym a drugim wykładem stosuje szczotkowanie... Wciera w dziąsła maść z brunatnego słoika. Oddechem mógłby zwarzyć pokrzywę. Sam ma kłopoty.

– Dobrze wiedzieć.

– Ale motory cię nie interesują? – zapytał. – Mnie tak. Zaraz bym wskoczył na któryś i gwizdnął na to miasto. Wiosna w Wiedniu to nie to, słowo ci daję. Tylko że, oczywiście, mógłbym wysupłać nie więcej niż na połowę jednego z tych tutaj.

– Tak jak i ja.

– Jak się nazywasz?

Powiedziałem mu:

– Graff. Hannes Graff.

– Hm, Graff. Jeżeli ci chodzi po głowie przejażdżka, mają tu jeden całkiem fajny.

– Cóż, nie zebrałbym więcej niż na połowę, wiesz, a ciebie, zdaje się, trzyma tu praca.

– Nic mnie nigdy nie trzyma – oświadczył Javotnik.

– Ale mogłeś nabrać takiego zwyczaju – przypomniałem mu. – No wiesz, ze zwyczajami nie ma żartów.

A on na chwilę wrósł w ziemię, wydobył z kurtki fajkę i postukał nią o zęby.

– Popieram też ciekawe zachcianki – oświadczył. – Na imię mi Siggy. Siegfried Javotnik.

I chociaż wtedy tego nie zanotował, później miał tę myśl włączyć do swego notesu pod poprawioną sentencją o obyczajach i fanatyzmie. Tę nową maksymę też ujął inaczej:

Daj się prowadzić szczerym odruchom i szczęśliwej drogi!

Lecz wtedy, tamtego dnia po południu, na tym chodniku nie miał chyba notesu ani strzępka torby po rzodkiewkach i musiał czuć ponaglające sygnały, jakie wysyłał Herr Faber, który zerkał na nas tak niespokojnie, że jego głowa wysuwała się z zadymionego warsztatu jak język węża.

– Za mną, Graff – powiedział Siggy. – Posadzę cię na bestii.

Przeszliśmy więc przez śliską posadzkę warsztatu do drzwi w ścianie w głębi, drzwi z tarczą do gry w strzałki. I drzwi, i tarcza wisiały krzywo. Tarcza wyglądała na pogryzioną, jej środek ginął bez śladu wśród skołtunionych ogryzków korka, jakby stuknięci mechanicy, zamiast rzucać w nią strzałki, szarpali ją kluczami albo darli zębami.

Wyszliśmy w zaułek za warsztatem.

– Zaraz, Herr Javotnik – powiedział Herr Faber. – Naprawdę chce pan?

– Absolutnie – potwierdził Siegfried Javotnik.

Przykryty lśniącym czarnym brezentem, stał oparty o ścianę warsztatu. Tylny błotnik grubości mojego palca: tęgi kawał chromu, szary po wierzchu, gdzie przejął kolor od grudek błota. Na tylnej oponie głęboki bieżnik. Opona, bieżnik, a między nimi idealny odstęp. Siggy ściągnął brezent.

Motor był stary, wyglądał groźnie, żadnej miękkości linii czy obudowy, każda część osobno i luka w miejscu, gdzie jakiś śmieciarz próbowałby wcisnąć skrzynkę na narzędzia, druga niewielka trójkątna luka między silnikiem a bakiem. Bak, gładka czarna łza, tkwił jak przymała głowa na zwalistym ciele. Był piękny, jak piękna bywa czasem broń palna dzięki tej oczywistej, kłującej w oczy funkcjonalności swych głównych części. I co tu gadać, robił wrażenie, wyglądał, jakby wciągnął brzuch, jak chudy pies zaczajony w wysokiej trawie.

– Ten chłopak to wirtuoz! – wykrzyknął Herr Faber. – Radość i pociecha.

– Brytyjski – powiedział Siggy. – Royal Enfield sprzed kilku lat, kiedy tak jeszcze je montowali, by każdy wiedział, do czego co służy. Siedemset centymetrów sześciennych. Nowe opony i łańcuchy, przerobione sprzęgło. Jak nowy.

– Ten chłopak kocha tego grata! – mówił Herr Faber. – Sam go robił w swoim wolnym czasie. Jak nowy!

– Zgadza się, jest nowy – szepnął Siggy. – Ściągnąłem z Londynu... nowe sprzęgło i zębate koło łańcuchowe, nowe tłoki i pierścienie... a on myślał, że to do innych motocykli. Nawet nie wie, stary złodziej, ile to warte.

– Wsiądź! – zachęcał Herr Faber. – O, tylko wsiądź i poczuj pod tyłkiem tę bestię!

– Pół na pół – szepnął Siggy. – Zapłacisz teraz wszystko, a ja ci oddam ze swoich zarobków.

– Zapal mi go – poprosiłem.

– No cóż – powiedział Faber. – Jeszcze nie całkiem gotów, nie ruszy, co, Herr Javotnik? Może nie ma benzyny?

– O nie – zaprzeczył Siggy. – Powinien zaraz zapalić. – Minął mnie i zapompował pedałem startera. Niewiele trzeba było zachodu, gaźnik starczyło połechtać, iskra odpaliła i przeskoczyła. Potem uniósł się tuż przy mnie i wdepnął w pedał. Silnik zassał, zachłysnął się, pedał oddał kopa, ale Siggy ponownie go wcisnął i teraz zaskoczył, nie z pyrkotem, jak tamte motory w środku, lecz niższym, równiejszym borp, borp, borp i grubo jak traktor.

– Słyszysz?! – zawołał Herr Faber, który się nagle sam wsłuchał, przekrzywił z lekka głowę i przeciągnął dłonią po ustach. Jak gdyby czekał, że któryś zawór zastuka, lecz nie zastukał. Nasłuchiwał jakiegoś zgrzytu na luzie, ale niczego się nie mógł dosłuchać... nie tak łatwo przynajmniej. Głowa mu się przekrzywiła jeszcze bardziej. – Wirtuoz – powiedział głosem, w którym zabrzmiało już przekonanie.

BESTIA HERR FABERA

Kantorek Herr Fabera mieścił się na piętrze, nad warsztatem, chociaż nic na to nie wskazywało, by warsztat miał piętro.

– To wychodek, nie biuro – oświadczył Siggy, którego maniery działały Herr Faberowi na nerwy.

– Czy myśmy już ustalili cenę? – zapytał Faber.

– O tak – oświadczył Siggy. – Wyszło tysiąc sto szylingów, Herr Faber.

– Bardzo dobra cena – słabym głosem przyświadczył Faber.

Zapłaciłem.

– Jeszcze jedno, jeżeli wolno pana trudzić – dodał Siggy.

– Tak? – jęknął Faber.

– Czy mógłby mi pan dziś zapłacić za robotę? – zapytał Siggy.

– Ależ, Herr Javotnik!

– O, Herr Faber – powiedział Siggy. – Czy mógłby mi pan zapłacić?

– Chytrus bez krztyny litości, żeby wyciągać rękę po forsę starego człowieka.

– No, parę ładnych okazji panu załatwiłem – przypomniał Siggy.

– Jesteś, kurwa, parszywy, podstępny, mały krętacz – oświadczył Herr Faber.

– Słyszałeś, Graff? – zapytał Siggy. – O, wygląda na to, że w swoim dobrym sercu chowa pan prawdziwą bestię.

– Skubańcy! – wrzasnął Herr Faber. – Gdzie się obrócić, skubani złodzieje!

– Gdyby pan mógł mi zapłacić – powtórzył Siggy – gdyby pan tylko mógł, już by mnie tu nie było. I Graffa też. Musimy go podrasować jeszcze trochę.

– Ach! – wykrzyknął Herr Faber. – Czego mu jeszcze brak? Ten motor obejdzie się już bez mycia!

RASOWANIE

Usiedliśmy więc tego wieczora w Volksgarten Café z widokiem nad ogródkiem skalnym na drzewa i czerwono-zielone sadzawki w dole, odbijające czerwono-zielone cięciwy świateł z tarasu. Na ulice wyległy wszystkie dziewczyny. Nagle doleciały do nas ich podniecające głosy. Dziewczyny są jak ptaki, zanim się je zobaczy, najpierw się słyszy: obcasy na chodniku i śmiałe, poufne zwierzenia.

– No, Graff – powiedział Siggy. – To kwiat, nie noc.

– Fakt – przyznałem; była to pierwsza parna wiosenna noc, z wilgotnym, trudnym do zapamiętania żarem w powietrzu i dziewczynami, które znowu obnażyły ramiona.

– Jezu, to będzie wypad! – powiedział Siggy. – Od dawna o nim myślę i wiem, jak go nie zepsuć. Żadnego planowania, Graff, to po pierwsze. Żadnych map, terminów, kiedy i gdzie dojechać, żadnych terminów, kiedy wracać. Co ci przyjdzie do głowy! Powiedzmy, góry czy plaże. Bogate wdowy czy wiejskie dziewuchy! Zamknij oczy i na ślepo pokaż, gdzie ich szukać, i w ten sam sposób wybierz drogę, byle krętą i górską. To po drugie: wybrać taką drogę, żeby tej bestii najlepiej pasowała. Jak ci się podoba motor, Graff? – zapytał.

– Cudo – oświadczyłem, choć przewiózł mnie na nim nie dalej niż przez kilka przecznic, od Fabera naokoło Schimmerlingplatz i do Volksgarten. Spod tyłka skakało ci coś wspaniałego, głośnego, tętniącego, ruszając ze stopów jak wielki, ostrożny kot. Nawet gdy szedł na luzie, przechodnie nie odrywali od niego wrogich spojrzeń.

– Jeszcze bardziej ci się spodoba – zapewnił Siggy. – W górach. Pojedziemy do Włoch! Jedziemy bez bagażu. To po trzecie: jechać bez obciążenia. Wezmę swój duży plecak, wszystkie nasze rzeczy w jednym, a na nim zwinięte śpiwory. Nic więcej. Jeszcze parę wędek. Żywiąc się złowionymi rybami, dojedziemy przez góry do Włoch! Skubany doktor Ficht! – wrzasnął.

– Skubany skubaniec – potwierdziłem.

– Niech zgubi wszystkie zęby!

– W operze.

– Skubać skubańca – podsumował Siggy. A potem zapytał: – A może ci przykro, Graff, że oblałeś? Chciałem powiedzieć, że to nie takie ważne.

– Nie mogłoby mi być mniej przykro – uspokoiłem go i rzeczywiście nie było to ważne tej nocy, pachnącej jak włosy młodej dziewczyny. Ciężkie wąsy drzew z szelestem omiatały skalny ogródek, głusząc plusk wody przelewającej się do sadzawek.

– Wcześnie rano – mówił Siggy – zabieramy się i tyle nas widzieli. Już słyszę ten huk! Przelecimy obok uniwersytetu jak burza, nim stary Ficht natrze swoje dziąsła! Zanim odkręci ten tłusty słoik, nie będzie nas w Wiedniu!

– Przejedziemy obok pałacu. Wszystkich zbudzimy! Pomyślą, że tramwaj wyskoczył z szyn... albo że to hipopotam!

– Pierdzący hipopotam – uściśliłem.

– Armia pierdzących hipopotamów! – podsumował Siggy. – Prosto na tę krętą drogę. Nad nami drzewa, a o kaski plaskają świerszcze.

– Nie mam kasku.

– Mam jeden dla ciebie – uspokoił mnie Siggy, przygotowany do podróży.

– Co jeszcze muszę mieć? – zapytałem.

– Gogle – oświadczył. – Mam i gogle. Gogle pilota z pierwszej światowej... żabie oczy z żółtymi soczewkami. Horror. I buty – dodał. – Mam dla ciebie autentyczne trampki.

– Trzeba iść się spakować – zauważyłem.

– No, trzeba dopić piwo.

– I ruszać.

– Ruszać z rykiem! – oświadczył Siggy. – A jutro wieczorem łykniemy sobie wody z górskiej rzeki albo z jeziora. Spać będziemy na trawie, niech słońce nas zbudzi.

– Z rosą w ustach.

– Z wiejskimi dziewuchami! – poprawił Siggy. – Jeśli nie stanie nam na drodze jakiś dopust boży.

Więc wypiliśmy. Nad tarasem unosił się szmer głosów, twarze znad stolików wokoło pływały i huśtały się w naszych piwach.

A potem pompowanie pedału startera, ssanie głęboko w tłokach, aż się zdawało, że dochodzi z setek mil pod motorem. Chrząknięcie, gdy zaskoczył, i powolne, spokojne dudnienie równego luzu. Siggy pozwalał mu się rozgrzewać, a ja spoglądałem nad żywopłotem na stoliki na tarasie. Silnik grał powoli w rytmie pierwszych podmuchów powietrza ciężkiego od wiosny.

A w tylnej, pionowej kieszeni myśliwskiej kurtki Siggy’ego coś sterczało. Kiedy raz jeszcze spojrzałem na nasz stolik, zobaczyłem, że brak na nim solniczki.

PIERWSZY DOPUST BOŻY

Prowadził Siggy. Wyjechaliśmy pod łukiem na Heldemplatz. Odrzuciłem głowę do tyłu i śledziłem gołębie nad dachami. Z budynków rządowych zerkały na mnie barokowe kupidyny. Ranek wydawał się bardziej złocisty, niż był, oglądany przez sławetne żółte szkła moich gogli pilota z pierwszej światowej.

Wzdłuż Mariahilfer Strasse jakaś staruszka z zapadniętymi policzkami popychała wózek kwiaciarki, więc podjechaliśmy do krawężnika kupić trochę szafranowych krokusów. Powtykaliśmy kwiaty w otworki wentylacyjne kasków.

– Urwisom psoty w głowie – wymamlała wiedźma o rozmiękłych dziąsłach.

Ruszyliśmy dalej, rzucając kwiaty dziewczynom czekającym na autobus. Pozdejmowały chustki z głów. Trzepotały się im na szyjach. Prawie wszystkie dziewczyny miały już kwiaty.

Wyruszaliśmy wcześnie. Spotykaliśmy wozy konne w drodze na Naschmarkt – wiozły warzywa i owoce, i jeszcze więcej kwiatów. Raz natknęliśmy się na konia, którego spłoszył ruch uliczny. Stanął dęba na widok naszego motoru. Woźnice pokrzykiwali do siebie pogodnie ze skrzypiących kozłów. Niektórzy jechali z żonami i dzieciakami, taki wspaniały był to dzień.

Schönbrunn wyglądał na opuszczony bez autokarów i tłumów z kamerami. Nad terenami pałacowymi wisiał chłodny opar, pod strzyżonymi żywopłotami czaiła się rzadka mgiełka i powolutku się rozpełzała na superzielone trawniki. Patrzyliśmy, jak krajobraz się nawija i odpada, pchnięty w tył.

Na przedmieściu Hietzing, na wiejskim skraju terenów pałacowych, poczuliśmy pierwsze powiewy Hietzinger Zoo.

Zatrzymaliśmy się pod światłem i warkot naszego luzu zagłuszyło trąbienie słonia.

– Czasu mamy dosyć, no nie? – upewnił się Siggy. – To jest, według mnie, mamy go tyle, ile zechcemy.

– Nie powinniśmy wyjeżdżać z Wiednia – zauważyłem – dopóki nie zobaczymy, czego wiosna dokonała w zoo.

A więc Hietzinger Zoo, kamienna brama, bilety u faceta jak ropucha, z wielką szczęką, w zielonym daszku szulera. Siggy zaparkował z dala od soku kapiącego z drzew, tuż przy kiosku szulera, kopulastej budce z biletami wstępu, nad którą zobaczyliśmy głowę żyrafy. Jej nogi z kopytami jak wiadra usiłowały trzymać pion. Na chudym podbródku miała wytarty bezwłosy placek w miejscu, w którym go obdrapała o wysoki płot przeciwburzowy.

Żyrafa spoglądała sponad płotu na inspekty ogrodu botanicznego. Na taflach szyb leżała jeszcze szronem rosa. Za wcześnie było na prawdziwe słońce i poza nami nikt nie oglądał żyrafy. W głębi długiej brukowanej alei pomiędzy budynkami i klatkami nie było żywej duszy poza schylonym ze ścierką człowiekiem sprzątającym klatki.

Hietzinger Zoo istniało od niedawna, ale jego budynki miały tyle samo lat co Schönbrunn. Należały niegdyś do pałacu, lecz teraz wszystkie były w ruinie, bez dachów, o trzech tylko ścianach, z wyłomami zagrodzonymi kratą lub siatką. Zwierzęta odziedziczyły ruiny.

Zoo budziło się i temu powrotowi do jawy towarzyszyły różne odgłosy. W ciemnej sadzawce bekał mors, zobaczyliśmy jego starą rybę, sztywną na ocembrowaniu. Wypychał na nie pyskiem ryby z wody, zbierając na wąsach łuskę. Sadzawka kaczek cała gdakała o śniadaniu, a w głębi alei tłukło się po klatce jakieś zwierzę.

U rzadkich ptaków, wśród małych jak również wielkich dam w operetkowych kapeluszach i o załamujących się głosach chórzystek, podniósł się rwetes na nasz benefis. Wielkie, pospolicie ubrane kondory tkwiły na strzaskanych kolumnach, poprzysiadały na poobijanych biustach sławnych Habsburgów. Zawładnęły piedestałami pomników i wlepiały oczy w siatkę rozciągniętą w górze nad ruiną. W zielsku na posadzce leżał rozpłatany trup owcy, a któryś z południowych Amerykanów o przerażającej rozpiętości skrzydeł miał przyschnięte do pierza na piersi resztki starego mięsa. Pchły śmigały z owczej skóry na ptaka, a kondor kłapał na nie pożłobkowanym dziobem koloru kości.

– Nasi skrzydlaci przyjaciele – powiedział Siggy i ruszyliśmy dalej zobaczyć, co się tak tłucze po klatce.

Był to słynny azjatycki czarny niedźwiedź. Kucnął w najdalszym kącie swojej klatki, kołysał się na boki i walił pośladkami o kraty, na których wisiała kartka z jego historią, przytwierdzona do mapy świata z zaznaczonym na czarno terenem występowania tego gatunku i czerwoną gwiazdką wskazującą miejsce, gdzie niedźwiedź został schwytany – w Himalajach – przez faceta nazwiskiem Hinley Gouch. Azjatycki czarny niedźwiedź, głosiła historia, klatkę ma ustawioną tak, żeby nie widział innych niedźwiedzi, gdyż na ich widok „wpada we wściekłość”. To wyjątkowo dzikie zwierzę, pisano dalej, i żelazne pręty zamykają je w ruinie jego własnych trzech ścian, gdyż byłoby zdolne przekopać się przez beton.

– Ciekawe, jak ten Gouch go dorwał? – zastanowił się Siggy.

– Może go złapał w sieć.

– Albo po prostu namówił na przyjazd do Wiednia – powiedział Siggy.

Nie sądziliśmy jednak, by Gouch był wiedeńczykiem. Już prędzej jakimś zbłąkanym Brytyjczykiem, który skrzyknął sobie setkę krzepkich Szerpów, by zapędzili niedźwiedzia do wcześniej wykopanego dołu.

– Byłaby kupa śmiechu, jakby go tak znów zetknąć z Gouchem – zauważył Siggy.

Na inne niedźwiedzie nawet nie spojrzeliśmy.

Aleją za nami nadchodzili teraz inni ludzie, a jakaś grupa przyglądała się, jak żyrafa ociera sobie brodę. Budynek przed nami przeznaczony był dla małych ssaków. Odbudowany z gruzów, miał cztery mniej więcej oryginalne ściany, dach i zabite deskami okna. Wewnątrz, jak pouczyła nas tabliczka, mieszkały nocne zwierzęta, „które w innych ogrodach zoologicznych zawsze w dzień śpią i pozostają niewidoczne”. Tu jednak, w klatkach z grubego szkła, miały podczerwone światło i zachowywały się tak, jakby trwała noc. Były widoczne w sinawym blasku, choć dla nich świat zewnętrzny pozostawał czarny. Przestrzegały swoich nocnych obyczajów, wcale nie wiedząc, że są obserwowane.

Znajdował się tam Orycteropus afer, czyli świnia ziemna, ścierał starą szczecinę o szorstką deskę zawieszoną w tym celu u góry. Mrówkojady olbrzymie zlizywały owady z szyby. I inne: meksykański szczur ogrodowy. Lis z uszami nietoperza, lemur z ogonem oposa i leniwiec o dwóch palcach, który jak się wydawało, chwytał nasze ruchy po drugiej stronie szyby, zwisając głową w dół, a jego czarne oczka, mniejsze od nozdrzy, wyglądały tak, jakby nas mętnie śledziły w tym zewnętrznym świecie, niezupełnie dla niego ciemnym. Ale nic po tej stronie szyby nie istniało dla innych, czy to dla latającego australijskiego torbacza, czy powolnego lori, nic poza podczerwienią za szkłem. Zresztą może i dla leniwca; jego oczy mogły obracać się za nami ze zwykłego oszołomienia wywołanego zwisaniem głową w dół.

W przejściach między klatkami było ciemno, ale ręce mieliśmy zabarwione na fioletowo, a wargi zielone. Na szklanym domku mrówkojadów olbrzymich wisiała specjalna tabliczka. Strzałka wskazywała w rogu szyby na dnie klatki rowek prowadzący do legowiska mrówkojada. Jeśli włożyło się tam palec, mrówkojad przychodził go polizać. Przez labirynt oddzielający od świata wydostawał się długi język. W oku mrówkojada zapalał się błysk, gdy znajdował w ciemnościach palec. Ale jego język lizał jak każdy inny i sprawił, że nocne obyczaje tych zwierząt stały się nam trochę bliższe.

– O Boże! – zawołał Siggy.

Ludzie już znaleźli pawilon małych ssaków. Dzieciaki wypełniły podczerwone korytarze piskiem. Włosami lilaróż, różowymi oczami i wywieszonymi zielonymi językami.

Skręciliśmy więc z alei w boczną ścieżkę, mając już trochę dosyć tych ruin. I wyszliśmy na otwartą przestrzeń, gdzie przebywały różne gatunki zwierząt stepowych, łącznie z okazami antylop. No, to już było lepsze. Zebry węszyły wzdłuż ogrodzenia, trącały się biodrami i dmuchały sobie w uszy. Ich paski krzyżowały się z sześciokątami siatki ogrodzenia i poruszając się, przyprawiały nas o zawrót głowy.

Z tej strony siatki nadbiegł w naszą stronę rozczochrany chłopczyk, kichając i trzymając się za krocze. Minął nas i stanął pochylony, jakby go ktoś kopnął. Opuścił stuloną dłoń między kolana.

– Jezu, ale jaja! – gwizdnął. Potem znów złapał się za swoje i pomknął ścieżką dalej.

Nie było wątpliwości, musiał zobaczyć oryksa z rogami jak rapiery, bardzo długimi i prawie prostymi, u nasady spiralnie skręconymi i odgiętymi do tyłu równolegle do pomarszczonego czoła i gładkiego czarnego nosa. To jasne, zobaczył pod jego ulubionym drzewem, rzucającym rzadki cień, poczciwego oryksa z grzbietem cętkowanym plamkami na przemian słońca i cienia i łagodnym, rzewnym spojrzeniem wielkich czarnych oczu. I to byka, sądząc po niskiej, tęgiej piersi i grubo sfałdowanym karku. Od garbu na karku grzbiet mu opadał pochyło do nasady ogona. I oryks był bykiem, począwszy od miejsca pod pośladkami aż po węzły na szczupłych kolanach.

– O Jezu, Siggy – powiedziałem. – Jak myślisz, duże?

– Największe na świecie, Graff – orzekł Siggy.

Wisiały z konieczności krzywo, żeby się zmieścić w wąskim rozkroku między tylnymi nogami oryksa.

Przeczytaliśmy więc historię „najlepiej uzbrojonej antylopy” ze wschodniej Afryki, oryksa.

– To już nie jest zdobycz Hinleya Goucha – zauważył Siggy. – Do tego by było trzeba nie takich jaj.

I rzeczywiście, wyczytaliśmy, że oryks urodził się w Hietzinger Zoo, co nas naprawdę zatkało.

Zawróciliśmy tą samą ścieżką do bramy. Wyminęliśmy wszystkie tabliczki z drogowskazami do gruboskórnych, zerknąwszy tylko na młody okaz gatunku dużych kangurów, „słynnego, bardzo zwinnego kangura żyjącego w górach”. Wylegiwał się na boku, niedbale podparty łokciem, drapiąc się w biodro zwiniętą pięścią. Obrócił ku nam na moment pociągłą, znudzoną twarz.

Już mijaliśmy strzałkę z napisem DO DUŻYCH KOTÓW, ten zielony daszek szulera, rozsiewający refleksy światła, i oblężony niecierpliwymi osobnikami rodziny ludzkiej kiosk z biletami: głowy zwrócone tam, gdzie się zbudził zawiany jeszcze lwi kiciuś, głowy zadarte na powitanie żyrafy.

Przed wejściem do zoo dwie dziewczyny podziwiały nasz motor. Jedna aż wsiadła nań z tego podziwu i kolanami obejmowała bak na benzynę. Była to tęga, piersiasta dziewucha w czarnym swetrze, który na jej wydatnym brzuchu podjeżdżał w górę. Kiedy ściskała piękną łzę baku, za każdym razem jej biodra drgały z napięcia.

A druga stała przed motorem i grzebała palcami w kablach sprzęgła i hamulca. Ta była okropnie chuda, więcej żeber niż biustu. Żółtawa na twarzy, usta miała szerokie i smutne. Oczy łagodne jak oryks.

– Spójrz, Siggy – powiedziałem. – Prawdziwy dopust boży.

A jeszcze nie było dziesiątej.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

CZĘŚĆ I. SIGGY

REGULARNA DIETA WIEDEŃSKA

KŁOPOTY

DOSIADAM BESTII

BESTIA HERR FABERA

RASOWANIE

PIERWSZY DOPUST BOŻY

DZIWNE SĄ DROGI OPATRZNOŚCI

WYBIEG HIPOPOTAMA

ZAKREŚLIĆ SOBIE GRANICĘ

NOCNI JEŹDŹCY

ŻYWIŁA NAS NATURA

GDZIE SĄ MORSY

BEZ CELU

JAKIŚ CEL

WOKOŁO PEŁNO NIMF

DRUGI ŁASKAWY DOPUST BOŻY

WIELKI NIEDŹWIEDŹ, WIELKA NIEDŹWIEDZICA, PRZEDZIWNA JEST, ZAISTE, KOLEJ RZECZY

NA CO WSZYSCY CZEKALIŚMY

POD OPIEKĄ

Z WANNY ŻYCIE BIEGNIE DALEJ

ZMYLIĆ TROP

U STÓP TWEGO ŁÓŻKA

PIOSENKA REKLAMOWA PROROKA

CO JEZUS WYSMAŻYŁ W ŁAZIENCE

ZMASOWANE SIŁY SPRAWIEDLIWOŚCI

WYKRYTE PRZESTĘPSTWA

SZCZEGÓŁOWE DOCHODZENIE

BEZSENSOWNA RZECZYWISTOŚĆ

UWAŻANIE

SPEKULACJE

ZBLIŻA SIĘ PRAWDZIWA SZPILA

ODMIANA LOSU

WIARA

ZAPIERAĆ SIĘ ZWIERZĘCIA

ILE NA KOGO TRZEBA PSZCZÓŁ

W GÓRĘ I W DÓŁ, W TĘ I WE W TĘ

ILE PSZCZÓŁ WYSTARCZY

CZĘŚĆ II. NOTES

PIERWSZE CZATY W ZOO: PONIEDZIAŁEK, 5 CZERWCA 1967 R., GODZ. 13.20

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA I (POCZĄTEK)

DRUGIE CZATY W ZOO: PONIEDZIAŁEK, 5 CZERWCA 1967 R., GODZ. 16.30

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA I (CD.)

TRZECIE CZATY W ZOO: PONIEDZIAŁEK, 5 CZERWCA 1967 R., GODZ. 19.30

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA I (CD.)

CZWARTE CZATY W ZOO: PONIEDZIAŁEK, 5 CZERWCA 1967 R., GODZ. 21.00

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA I (CD.)

PIĄTE CZATY W ZOO: PONIEDZIAŁEK, 5 CZERWCA 1967 R., GODZ. 23.45

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA I (CD.)

SZÓSTE CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 1.30

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA I (CD.)

SIÓDME CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 2.15

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA I (CD.)

ÓSME CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 3.00

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA II

DZIEWIĄTE CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 3.15

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA II (CD.)

DZIESIĄTE CZATY W ZOO: WTOREK 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 3.45

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA II (CD.)

JEDENASTE CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 4.15

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA II (CD.)

DWUNASTE CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 4.30

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA II (CD.)

TRZYNASTE CZATY W ZOO: WTOREK 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 4.45

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA II (CD.)

CZTERNASTE CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 5.00

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA II (CD.)

PIĘTNASTE CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 5.15

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA II (CD.)

SZESNASTE CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 5.30

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA II (CD.)

SIEDEMNASTE CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 5.45

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA II (CD.)

OSIEMNASTE CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 6.00

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: PREHISTORIA II (CD.)

DZIEWIĘTNASTE CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 6.15

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: HISTORIA MEGO ŻYCIA

DWUDZIESTE CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 6.30

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: HISTORIA MEGO ŻYCIA

DWUDZIESTE PIERWSZE CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 6.45

SPISANA TECHNIKĄ WYSOKIEJ ROZDZIELCZOŚCI AUTOBIOGRAFIA SIEGFRIEDA JAVOTNIKA: EPILOG

DWUDZIESTE DRUGIE I OSTATNIE CZATY W ZOO: WTOREK, 6 CZERWCA 1967 R., GODZ. 7.30

CZĘŚĆ III. UWALNIAMY JE

PS

BEZ KOMPASU

GDZIE BYŁA GALLEN

CO ROBIŁ KEFF

CO ERNST WATZEK-TRUMMER OTRZYMAŁ POCZTĄ

CO JESZCZE ZROBIŁ KEFF

DOTKNIĘCIE NOCY

CO OSTATECZNIE ZROBIŁA GALLEN

JESZCZE RAZ – CO ZROBIŁA GALLEN

ARKA NOEGO

PLANY

DALSZE PLANY

JAK ZWIERZĘTA UCHWYCIŁY SWOIM RADAREM MÓJ POWRÓT

JAK PRZESKAKUJĄC PRZEZ RÓW, WPADŁEM W PRZEPAŚĆ

WEDŁUG WSKAZÓWEK

PIERWSZEŃSTWO MAJĄ RZECZY NAJWAŻNIEJSZE

MÓJ POWRÓT DO REALNEGO, BEZSENSOWNEGO ŚWIATA

UKŁADANIE NOWYCH PLANÓW

GRATULUJĘ WAM WSZYSTKIM, KTÓRZYŚCIE PRZEŻYLI!

Spis treści
CZĘŚĆ I. SIGGY
REGULARNA DIETA WIEDEŃSKA
KŁOPOTY
DOSIADAM BESTII
BESTIA HERR FABERA
RASOWANIE
PIERWSZY DOPUST BOŻY