Upadek Arcymaga - Przemysław Kałaska

Upadek Arcymaga

0,0

Czem – młody acz niebywale utalentowany mag – gnębiony i poniżany podczas nauki w akademii postanawia zbiec, wykradając tajemnice swych mistrzów. Jak się jednak niebawem okazuje nauczyciele nie mają zamiaru pozwolić mu odejść bez walki. W pogoń za zbiegiem wyrusza Nia, akademicka miłość Czema. Czy zdesperowany chłopak zdoła obronić swą nowo zdobytą wolność i nakłonić ukochaną do porzucenia dotychczasowych mentorów? Jak zakończy się pierwsza desperacka próba wypowiedzenia lojalności czarnoksięskiej elicie? Odpowiedź znajdziecie w tej pełnej zwrotów akcji powieści o zaskakującym zakończeniu.

 

Chęć pisania książek towarzyszyła mi przez całe dzieciństwo. Możliwość tworzenia nowych światów, w których nie obowiązują prawa i zasady naszej szarej rzeczywistości. Wówczas podejmowałem nieśmiałe próby literackie, których efekty niestety zaginęły. Impuls do rozwinięcia twórczości pojawił się w czasach gimnazjum, kiedy to zacząłem pisać do gazetki szkolnej.

Najpierw wydałem serię komiksową, nieco później zrodziła się koncepcja stworzenia serialu literackiego Smoczy Szmaragd. Do napisania powieści Wróg z Przeszłości  umotywowała mnie i dała natchnienie niezbyt dobrze zakończona osobista historia, w której główne role odegrałem wraz z koleżanką z klasy. By uhonorować pamięć tych wydarzeń i w pewnym stopniu nadać im szczęśliwe zakończenie, pozwoliłem sobie nie zmieniać imion bohaterów. Reszta historii stała się literackim odniesieniem oraz metaforą. Kolejny rok nie zaowocował w sukcesy osobiste.

Pierwsze liceum, do jakiego trafiłem, okazało się miniaturową wersją reżimu autorytarnego pod maską pięknych obietnic, kryjącego ofiary zbrodni intelektualnych oraz opresji. Właśnie w tym siedlisku zepsucia i degeneracji napisałem powieść przygodową, którą być może jeszcze zaprezentuję. Upadek Arcymaga, który stał się mym literackim debiutem, powstał później, gdy – niby senny koszmar – powrócił dramat czasów gimnazjalnych, który zmotywował mnie do stworzenia Wroga z Przeszłości.

Co prawda moje drugie liceum było dokładną odwrotnością pierwszego, jednak esencja problemu była innej natury. Tym razem dramat trwał dwa lata i był bardziej intensywny. Bohaterowie i sceneria się zmienili, zmieniły się również charaktery, jednak esencja tragedii pozostała ta sama. Przeżycia całego okresu liceum natchnęły mnie do napisania Upadku Arcymaga. Dzieła rewolucyjnego jeśli chodzi o świat Fantazy. Historia ukazana w Upadku Arcymaga jak cały świat Fantazy posiada jedynie luźne odniesienia do rzeczywistości, jest to przede wszystkim opowieść o Miłości oraz Walce z Systemem, który morduje marzenia.
Przemysław Kałaska

Dodaj komentarz


Lubię w miarę krótkie książki i tylko dlatego sięgnęłam po tę. Ale w sumie nie uważam, że długość książki jest wystarczającym powodem do przeczytania jej, przekonałam się o tym po przeczytaniu właśnie tej pozycji. Nie ma w tej opowieści nic, co by mi się jakoś szczególnie spodobało. Fabuła nie jest wspaniała. Chyba nie jest to pozycja godna polecenia, ale zawsze ktoś może jednak spróbować.


To według mnie bardzo ciekawa książka. Ciekawa z tego względu, że nie trzeba jej w ogóle czytać. Autor wszystko co najważniejsze przedstawił w swoim opisie. Nie ma znaczenia objętość. Nie ma znaczenia tematyka. Jeśli jednak ktoś chce poznać ten potworek literacki, nie bronię. Po co jednak ryzykować zły humor. Jest jeszcze coś innego w tej książce co mocno zastanawia. Rozbuchane ego autora jaki to z niego wielki „pisarz”, czemu warsztat pisarki przeczy.


Książka ma jedną, jak dla mnie jedyna zaletę. Liczy sobie niewiele ponad sto stron, więc szybko się kończy. I to byłoby wszystko, co można powiedzieć o niej dobrego. Jeśli ktoś poszukuje nieszkodliwego dla wątroby środka nasennego powinien skierować swe spojrzenie na „Upadek arcymaga”. Wieje tu nudą, akcja kuleje, fabuła tez pozostawia wiele do życzenia. Nie polecam, szkoda Waszego czasu na tę pozycję.


Drodzy czytelnicy, wiecie co to "fantazy". Mi kojarzy się ze Słowackim i dramatem "Fantazy", ewentualnie fantazją jako taką. Na pewno nie z gatunkiem literackim. Takim to o to "terminem" autor zachęca czytelników do lektury swojej książki. Już ten fakt powinien włączyć w umyśle lampkę ostrzegawczą. Lampka zapali się jaśniej jak poczytamy dywagacje autora dlaczego powstała ta powieść. I na tym można by było zakończyć, bo sam autor streścił swoje dzieło w kilku zdaniach. Nie warto poświęcać uwagi powieści. Wynudzimy się niemiłosiernie, a ego autora będzie się nam śnić po nocach w postaci koszmaru.


W tym wszystkim najbardziej interesująca jest... megalomania autora. Jaki on jest wspaniały i utalentowany. Tylko, że twórczość przeczy tym "talentom". Niestety coraz więcej takich ludzi wokół nas. Lepiej omijać potworki literackie, które serwuje nam autor.


W momencie kiedy autor sam nazywa swoje dzieło "rewolucyjnym", w tym samym zdaniu umieszczając jeszcze błąd ortograficzny w nazwie gatunku literackiego, do którego się odnosi, to takie podejście od czytania niemal natychmiast odrzuca. Szkoda, że nie przeczytałam tego przed sięgnięciem po książkę, wtedy nie zajrzałabym do niej za żadne skarby i byłoby to z korzyścią dla mnie. "Upadek Arcymaga" ma więcej wspólnego z gimnazjalnymi problemami miłosnymi niż z fantastyką.
Autorowi mam chęć powiedzieć, żeby więcej czasu spędzał na szlifowaniu warsztatu niż rozwodzeniu się nad własnym ego.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Upadek%20Arcymaga%20Front%20Cover%20CMYKp.tif

 

 

Upadek Arcymaga

Wersja Autorska

 

Autor: Przemysław Kałaska

Projekt okładki: Łukasz Klepaczewski

 

 

Wyd. Fabryka Informatyki

 

 Logo200.png

 

ISBN 978-83-63661-00-7

 

Copyright © 2012 by Przemysław Kałaska,Warszawa 2012

 

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez pisemnej zgody posiadacza praw autorskich.

 


 

Wstęp

Wojny się skończyły. Miasta odbudowano. Zgliszcza spalonych wsi porosła trawa. Armie wróciły do domów. Miecze przekuto na kosy. Ostrza toporów, które niegdyś spłynęły krwią przysłużyły się karczowaniu lasów gdyż te musiały ustąpić miejsca sadom i pastwiskom. Wojownicy zmienili się w rolników. Magowie wrócili do swych wież by uczyć następców. Wykrwawione narody wreszcie mogły cieszyć się pokojem i dostatkiem. Lata mijały, bohaterowie pól bitewnych umarli i stali się historią, ta zaś zmieniła się w legendę. W końcu nikt już nie pamiętał, o co tak naprawdę przelewali krew pradziadowie. Po przodkach pozostały jedynie monumentalne cytadele oraz kuszące zaginionymi skarbami opowieści . . . .

 

 

Prolog

 Drzwi otworzyły się z lekkim zgrzytem a w wejściu pojawił się niewysoki mężczyzna. Szary studencki płaszcz spięty pod szyją srebrną klamrą skrywał całą jego postać. Nowoprzybyły pozdrowił gestem siedzącego we wnętrzu komnaty Arcymaga a gdy ten odpowiedział ledwie dostrzegalnym skinięciem głowy, wśliznął się do środka i posłusznie zajął wskazane przez przełożonego miejsce po drugiej stronie rzeźbionego kamiennego biurka. Młodzian ważył w myślach słowa, którymi chciał się zwrócić do przełożonego a po chwili zastanowienia przemówił cichym lecz pewnym głosem — Mistrzu popełniłem błąd studiując zakazane księgi — Arcymag spojrzał w stronę adepta a na jego twarzy w miejsce początkowego zaskoczenia zjawiła się furia. Adept wiedząc, że za chwilę przełożony odbierze mu głos dając upust wściekłości w niekończącej się tyradzie o wpajanym adeptom regulaminie i zawiedzionym zaufaniu kontynuował — gdyż nie przeczytałem ostatniej z nich a jest akurat w pana gabinecie mógłby mi pan ją podać — te słowa zbiły Arcymaga z tropu, stał przez chwilę z szeroko otwartymi oczyma wbitymi w siedzącego beztrosko studenta. Po dłuższej chwili milczenia zadygotał ze złości i począł krzyczeć coś nieskładnie o skandalu i wyrzuceniu z akademii. Młodzian spodziewał się takiego obrotu sprawy, wstał z wolna zdejmując z głowy zasłaniający dotąd twarz kaptur. Niespodziewanie przerwał przełożonemu — proszę mi dać tę księgę w przeciwnym razie będę musiał posunąć się do bardziej drastycznych sposobów by ją odebrać — tego Arcymag nie mógł już znieść, w jednej chwili ujął stojącą obok jego zdobionego fotela brzozową laskę i wykonując niedostrzegalny ruch dłoni wymamrotał kilka słów a z końca jego laski wystrzelił skrzący się tysiącami barw pocisk, adept był przygotowany także na ten ruch, pośpiesznie wykonał gest wprawiający w działanie kontr zaklęcie, poblask pocisku przygasł a on sam rozpłynął się jak miraż na pustyni. Młodzian nie docenił jednak siły zaklęcia, które rozbił jedynie w połowie i rażony niespodziewanym ciosem wystrzelił nad podłogę zatrzymując się dopiero na ścianie. — Przeceniłeś własne siły młodzieńcze —wymamrotał Arcymag stając nad pokonanym. Adept jednak przewidział i to, wypowiedział ostatnią strofę zaklęcia rozbijającego nadłamaną wcześniej magiczną barierę wokół budowli uczelni, po czym wprawił w działanie ostatnie przygotowane na dzisiaj zaklęcie usuwające spod budynku kamień węgielny. Ściany komnaty zadrżały. Arcymag wykonywał gesty mrucząc pod nosem zaklęcia wstrzymujące zapadanie się gmachu a młodzian korzystając z chwili nieuwagi swego byłego mistrza chwycił zakazaną księgę zaobserwowaną już wcześniej na półce za przełożonym i w jednej chwili znalazł się na korytarzu. Pędząc krętymi schodami w dół dziękował w duszy przeznaczeniu, że Arcymag okazał się dostatecznie naiwny by wpaść w pułapkę samolubstwa, z którego słynął. W rzeczywistości zawalił się jedynie pomnik poprzedniego Arcymaga stojący na dziedzińcu przed szkołą dając odczuć wstrząs w komnacie na górze natomiast zaklęcie usuwające kamień węgielny rozbiło się o drugą warstwę barier magicznych, której nawet wszyscy studenci razem wypowiadający inkantację burzącą nie byliby w stanie przełamać. Teraz dzięki tej koszernej mistyfikacji młodzian zdobył ostatnią część czarnej trylogii i mógł spokojnie opuścić akademię gdyż zarówno studenci jak i nauczyciele zgromadzili się na dziedzińcu by zobaczyć, co się stało a tylnie wejście pozostało niestrzeżone.

 

 

I. Ścigany

Nim zapadł zmrok Czem, bo tak brzmiało imię młodziana był już daleko, tak że wysokie wieże akademii stanowiły teraz zaledwie znikający wraz z ostatnimi promieniami słońca punkt na horyzoncie. Chłopak znał dobrze metody czarowników i zdawał sobie sprawę, że w kwestiach pościgu korzystają ze starych sprawdzonych sposobów, które opracowano wieki przed ich narodzinami. Zapewne kierującym pościgiem będzie sam Arcymag lecz wątpliwe by osobiście opuścił akademię. Ten obowiązek spadnie więc na któregoś z niskiej rangi wykładowców, który z kolei wyznaczy do tej roli któregoś z zaufanych uczniów. Oczywiście Zaszczyty za schwytanie Czema spłyną w największej mierze na Arcymaga a najmniejszej na studenta. Z kolei kara jeśli nie uda im się go złapać najsrodzej dotknie ucznia. Pościg rozpocznie się o świcie gdyż Arcymag cały pierwszy dzień strawił na sprawy proceduralne a że on był ostatnią osobą, która Czema widziała wówczas to właśnie on musi sporządzić raport odnośnie ucieczki, co znając jego niechęć do tego typu papierkowej roboty będzie odkładał do ostatniej chwili. Tak więc biurokracja, którą Arcymag sam stworzył zabrała pierwsze najcenniejsze minuty kiedy Czema najłatwiej było złapać, teraz natomiast gdy młodzian dotarł już do wzgórz pojmanie go sprawi magom co najmniej poważne kłopoty. Noc minęła chłopakowi szybko. Obudził się przed świtem jak to miał w zwyczaju. Rano zjadł przeznaczoną na pierwszy dzień porcję sucharów, którą popił dwoma łykami wody z manierki. Musiał oszczędzać gdyż teraz czekała go przeprawa przez morze wydm, które niemal od każdej strony oddzielało akademię od reszty cywilizowanego świata. Istniała co prawda droga przez wydmy lecz idąc nią Czem zostałby pojmany najwyżej po trzech dniach pościgu a on nie zamierzał ułatwiać ścigającym zadania. Trasę ucieczki opracował z uwzględnieniem wszelkich możliwych utrudnień tak by ścigający możliwie najszybciej stracili nad nim przewagę i droga na wschód przez wydmy wydawała się najlepszym rozwiązaniem. Ścigający nie będą mogli użyć koni ani psów gdyż temperatury panujące na wydmach szybko doprowadzą zwierzęta do śmierci, jeżeli nie będą pojone dostatecznie często, jeśli zaś magowie zdecydowaliby zabrać je ze sobą musieliby wieść też cysternę wody a to pogrzebałoby wszelkie szanse na pojmanie Czema. Gdy wstało słońce ścigany był gotów do drogi. Godzinę temu tak jak było to do przewidzenia od czarnego punkcika na horyzoncie obdzielił się drugi punkcik przesuwający się powoli w jego stronę. Chłopak szedł teraz szybko by dotrzeć do następnego miejsca postoju przed zmrokiem. Na noc zarówno on jak i ścigający go będą musieli stanąć gdyż po zmroku temperatura spada na wydmach do ekstremalnie niskiego poziomu. Czem był na to dobrze przygotowany wybierając na miejsce postoju położoną w zagłębieniu grotę gdzie czekały na niego przygotowane wcześniej rzeczy. Tam maksymalnie docierał gdy w dni wolne wymykał się z akademii próbując różnych tras ucieczki. Na pustyni czas płynął wolno, dzień wydawał się nie mieć końca. Po pierwszej godzinie marszu Czem nieświadomie zwolnił kroku tak więc dotarcie do jaskini zajęło mu więcej czasu niż się spodziewał tak, że ostatnie metry wspinaczki na szczyt nad szczeliną odbywał w niemal zupełnych ciemnościach. O ile podczas dziennej wędrówki cierpiał z powodu nadzwyczajnego gorąca to teraz nie mógł narzekać na nic takiego. Po zachodzie słońca upał odpuścił i przez jakąś godzinę szło się wcale dobrze lecz później temperatura jeszcze spadła i gdy Czem docierał do groty każdy oddech objawiał się smugą pary. Po omacku znalazł wejście do groty i znając z pamięci jej rozkład bezbłędnie dotarł do pozostawionego przez siebie zaopatrzenia. Nie wywoływał magicznego światła gdyż na tym odludziu każdy magiczny gest odbiłby się głośnym echem a energia użyta do tego czynu od razu zostałaby wykryta przez ścigających Czema i nieomylnie doprowadziłaby ich w miejsce jego pobytu. Dwa pierwsze dni podróży były najgorsze. Czem dręczony niepewnością jak daleko i z której strony znajduje się pościg gnał przez pustynię z niespotykanym wcześniej u siebie uporem. Żar lał się z nieba a suchość powietrza przypominała tę panującą w jego ustach i gardle. Młodzian oszczędnie gospodarował wodą gdyż nie wiedział dokładnie ile czasu będzie jeszcze musiał przebywać na tym niekończącym się morzu piasku i kamieni a nie mógł niestety sprawdzić za pomocą magii jak daleko znajduje się jego cel, miasto Szwa. Jedyne miejsce w które magowie z jego akademii nie będą mieli odwagi się zapuścić a które jest równie bezpiecznym schronieniem co środek pustyni dla podróżnika nieposiadającego manierki z wodą. Szwa było miastem barbarzyńców z którego organizowali oni w zamierzchłych czasach wyprawy na równinę by palić, plądrować, gwałcić, mordować i brać w niewolę magów. W dawnych czasach miasto to stało się siedzibą tak zwanych łowców magów, barbarzyńców wyspecjalizowanych w wyszukiwaniu i zabijaniu wszystkich posługujących się magią ludzi. Wówczas to miejsce okryło się czarną legendą, która krążyła w pokoleniach czarowników i która przetrwała do dnia dzisiejszego. Czem kierując swe kroki właśnie do tego miasta miał skrytą nadzieję, że w jego murach nie ma już tak wielu łowców magów jak dawniej i że kilka iluzji rzuconych przed wkroczeniem w obręb Szwa zapewni mu względne bezpieczeństwo przynajmniej na jakiś czas. Z obliczeń chłopaka wynikało, że znajdował się on o siedem do dziewięciu dni drogi od miasta, czyli realizował swój plan ucieczki z dniem zapasu co natchnęło go złudną nadzieją, że pozostawił pościg daleko w tyle i że wreszcie będzie mógł odpocząć. Tak więc trzeciego dnia ruszył po wschodzie słońca a nie przed jak to robił dotychczas i wolnym niemal spacerowym krokiem. Poczucie bezpieczeństwa nie trwało jednak długo. Nim słonce zaczęło się zniżać ku zachodowi na horyzoncie nieco na lewo od trasy, którą szedł Czem pojawiły się cztery ludzkie sylwetki zbliżając się zwolna do chłopaka. Z początku Czem wpadł w panikę i rzucił się do szaleńczej ucieczki. Nie przebiegł jednak trzydziestu metrów jak już nogi odmówiły mu posłuszeństwa i padł na piasek dysząc ciężko ze zmęczenia, tymczasem ludzie na horyzoncie wyraźnie zauważyli uciekającą postać gdyż ruszyli biegiem w ślad za nią machając rękoma i wykrzykując co jakiś czas coś do siebie nawzajem. Młodzian zdał sobie sprawę, że dalsza ucieczka jest bezsensowna i nie ma szans powodzenia jeśli szybko nie wymyśli czegoś co pozwoli mu zyskać na czasie. Czem musiał użyć magii. Młodzian wstał z ziemi zdejmując z pleców tobołek, następnie splótł ręce nad głową i oschłym od gorąca głosem zaczął powoli i wyraźnie wypowiadać kolejne strofy magicznych inkantacji. Postaci ścigających go osób rosły w oczach z każdą chwilą gdy chłopak stał bez lęku na wzgórzu z rękoma splecionymi nad głową. Niebo nad Czemem pokryło się chmurami a zza jego pleców zawiał magiczny wiatr niosąc ze sobą tumany piasku, które po chwili skryły chłopaka. Wbiegający już na wzgórze gdzie stał magowie zaczęli w pośpiechu schodzić z powrotem, jednak burza była szybsza dopadając ich na stoku wzniesienia. Czem stał jeszcze przez chwilę z zamkniętymi oczyma a wokół niego wirował piasek sypiąc się we wszystkie zakamarki jego twarzy, później otworzył oczy i próbował skryć się gdzieś przed burzą, którą sam wywołał, lecz było już za późno i padł pod zwałami wciąż sypiącego się zewsząd piasku.

 

 

II. Niewolnik

Obudził się następnego ranka. Zamglonymi oczyma dojrzał sznur ludzi i zwierząt powoli maszerujących przez pustynię. Jeźdźcy na przedzie karawany widocznie zauważyli wpół przysypaną piaskiem postać, gdyż zaczęli coś krzyczeć do pozostałych zatrzymując pochód. Czem zbierając ostatek sił wysunął dłoń spod piasku unosząc ją do nieba po czym wszystko znów spowiły ciemności. Po chwili ktoś uniósł jego głowę i podstawił do ust manierkę z wodą. Kilka łyków cieczy przywróciło chłopaka do rzeczywistości. Wszystkie mięśnie bolały go uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Dwóch barczystych mężczyzn w skórach wzięło go za ramiona i zaciągnęło do żelaznej klatki stojącej na niewysokim drewnianym wozie ciągniętym przez parę wielbłądów. W klatce byli też inni ludzie niektórzy potwornie wychudzeni, inni całkiem krzepcy lecz wszyscy skuci łańcuchami. Czem wyciągnął rękę w stronę miejsca, w którym leżał i wymamrotał

moje rzeczy — lecz jeden z przebywających dotąd na wozie barbarzyńców już się zajął dokładnym przeszukaniem okolicznej pustyni. Młody adept magii znów zapadł w sen. Świat wokół niego zdawał się kurczyć i rozszerzać. Gdy się obudził ból nieco tylko osłabł, lecz to wystarczyło by chłopak zdołał unieść się na łokciach. Dokładne przyjrzenie się sytuacji ziściło tylko jego najgorsze obawy. Znalazł się w rękach barbarzyńskich łowców niewolników wracających z jednej ze swych łupieżczych wypraw. Na szczęście dzikusy nie domyślały się nawet że Czem jest początkującym czarodziejem. Inaczej pilnowali by go o wiele baczniej lub co bardziej prawdopodobne od razu zabili. Chłopak postanowił nie zdradzać im tego faktu dopóki nie odzyska pełni sił, wówczas wystarczą trzy zaklęcia i będzie wolny lecz do tego momentu musi kontynuować podróż w klatce i łańcuchach. Cztery dni minęły nim Czem zdołał w pełni odzyskać siły. Przez ten czas karawana dotarła już do Kow, ruin cytadeli czarodziejów, której na wpół zburzone wieże nadal górowały nad otoczeniem. Młody mag z obawą obserwował zbliżające się kamienne ściany dawnego bastionu magii będącego teraz wielkim grobowcem tysięcy czarnoksiężników i barbarzyńców, którzy zginęli podczas ponad trzymiesięcznego oblężenia. Podobno Gotfing ostatni z Arcymagów Kow, na wpół czarownik na wpół barbarzyńca umierając przeklął fortecę i od tamtego czasu nikt nie wyszedł żywy spoza murów twierdzy a wszelkie próby odbudowy miasta Kow zawsze kończyły się masakrą. Czem bał się tego miejsca. Na szczęście jego tymczasowi barbarzyńscy panowie byli dość rozsądni by nie zbliżać się zanadto do przeklętych murów. Dzień dobiegał końca gdy karawana minęła Kow i znów wyszła na pustynię. Łowcy niewolników zmierzali do Szwa co niezmiernie cieszyło młodego adepta magii. Zapewne wódz tych dzikusów planował sprzedać niewolników na corocznym targu, a potem wraz z kompanami przehulać pieniądze w karczmach by gdy znów skończy się gotówka powrócić na pogranicze po nowych niewolników. Niespodziewany rozbłysk tuż przed karawaną oznaczał, że plany wodza niebawem spalą na panewce. Naprzeciw łowcom niewolników wyszła młoda dziewczyna w stroju maga z krótkim kijem zakończonym czerwonym rubinem. W powietrzu rozbłysły magiczne pociski zwalając na ziemię dwóch jeźdźców straży przedniej. Ich towarzysz dobył łuku, nie zdążył jednak naciągnąć cięciwy gdy i jego dosięgnęło magiczne uderzenie. Czem wiedział, że nie ma już czasu do stracenia. Magowie przybyli po niego szybciej niż się tego spodziewał. Na szczęście zdążył już odzyskać siły. Szybkim ruchem rąk otworzył klatkę i wyskoczył na piasek. Wódz dzikusów rzucił się w jego stronę tnąc powietrze metrowym mieczem. Czem na szczęście miał dobry refleks i w porę uskoczył przed ciosem który zrobił jeszcze jedną dziurę w resztkach jego szaty. Młody mag uchylając się przed kolejnym atakiem wypowiedział ostatnie wyrazy zaklęcia i nagle z atakującego go giganta z mieczem został jedynie wysuszony szkielet. W tym czasie dziewczyna powaliła już czarami co bardziej bitnych barbarzyńców tak, że między nią a Czemem pozostał jedynie wóz z klatką i więźniami. Dwaj ostatni barbarzyńcy nie chcąc podzielić losu kompanów rzucili się do ucieczki. Było jednak za późno gdyż zza wzgórza wypadli jeźdźcy akademii tnąc dzikusów w pełnym galopie. Czem chwycił z ziemi miecz wodza barbarzyńców i w ostatniej chwili sparował cios pierwszego konnego, po czym jednym ruchem dłoni oślepił napastnika kończąc sprawę szybkim cięciem miecza. Drugi konny widząc, że chłopak nie zamierza się poddać zawrócił konia, odjechał kilka metrów, zamachał porozumiewawczo do czarodziejki, która zaszła chłopaka od tyłu po czym ruszył w jego stronę gotując się do ataku. Czem odskoczył w bok nieomal ocierając się o śmiercionośną smugę ognia wystrzeloną przez dziewczynę. Kawalerzysta pędzący w jego stronę nie miał tyle szczęścia i ognisty podmuch spopielił wojownika wraz z wierzchowcem. Młody mag odwrócił się w stronę dziewczyny przygotowując się do magicznego ataku. Niebieska kula energii zawirowała wokół jego dłoni, niepodtrzymana opadła jednak wraz z ręką chłopaka, który rozpoznał w napastniczce Nię, swoją akademicką miłość. Dziewczyna nie miała jednak pokojowych zamiarów wobec Czema, wykorzystując jego chwilową nieuwagę powaliła go zaklęciem i dobyła magicznego łańcucha chowanego dotąd pod płaszczem. Młody mag zerwał się z ziemi i rzucił do ucieczki nie chcąc podejmować walki z ukochaną. Czarodziejka podążyła w ślad za nim, jednak stanęła wpół kroku spoglądając ze zdziwieniem gdzie biegnie chłopak. Do Czema informacja ta dotarła jednak za późno i po kilku skokach znalazł się za bramą wymarłej cytadeli Kow. Teraz nie miał już odwrotu. Oddychając ciężko przysiadł na pobliskiej stercie gruzu i patrzył na zachodzące słońce. Wiedział, że tak czy inaczej czeka go ciężka walka gdyż nawet jeśli opuści przeklęte miejsce i ucieknie jego duchom natrafi na Nię, która zapewne rozłożyła obóz przy wejściu do ruin i czeka aż Czem wyjdzie lub duchy Kow wyrzucą jego zmasakrowane zwłoki za bramę.

Upadek%20Arcymaga%20Back%20Cover%20CMYK%20kod%207p.tif

 

Po słowie

 

Drogi czytelniku !

 

Mam nadzieję że twoja podróż którą odbyłeś wraz z tą książką , była udana i pełna przygód. Ufam również że nie raz jeszcze powrócisz do świata równiny jaki zapoczątkowała ta powieść i sięgniesz po kolejne tomy serii.

 

Jednocześnie pragnę podziękować wszystkim którzy przyczynili się do ukazania powyższego tytułu. Szczególnie mym przyjaciołom:

 

Krzysztofowi Biernatowi dzięki którego wsparciu powstała autorska strona internetowa traktująca o mej twórczości.

 

Łukaszowi Klepaczewskiemu który stworzył okładkę oraz udzielił swej obszernej pomocy przy wszelkich działaniach technicznych związanych ze składem książki

 

Tomaszowi Markowskiemu oraz braciom Danielowi i Mariuszowi Frelak – recenzentom.

 

Powyższą książkę dedykuję Ani, mej miłości z czasów licealnych, oraz muzie.

Przemysław Kałaska