U4. Yannis - Florence Hinckel

U4. Yannis

0,0

OPIS SERII
JEDEN WIRUS, JEDNA HISTORIA, 4 AUTORÓW, 4 TOMY SERII
Doskonały przekład nietypowej serii stworzonej przez cenionych we Francji autorów książek dla młodzieży. Akcja wszystkich czterech powieści wchodzących w jej skład toczy się współcześnie, od 1 listopada do 24 grudnia. Na świecie wybucha epidemia wywołana przez niezwykle groźnego wirusa U4, na którego nie ma remedium. W ciągu miesiąca wirus wyniszcza niemal całą ludzkość. Epidemię w zagadkowy sposób przeżywają tylko młodzi ludzie między 15 a 18 rokiem życia.  I to właśnie z perspektywy czworga spośród ocalałych nastolatków –  dwóch dziewcząt Koridwen i Stéphane oraz dwóch chłopców Yannisa i Jules’a – czytelnik ogląda postapokaliptyczny świat. Ich historie rozgrywają się równolegle, a opowieści przenikają się w taki sposób, że nawet najuważniejszy czytelnik ani przez moment nie ma wrażenia, że „już kiedyś to czytał”. Każdy z tomów stanowi oddzielną całość, ale wszystkie wzajemnie się dopełniają.
OPIS TOMU
Yannis, podobnie jak pozostali tytułowi bohaterowie serii, jest Ekspertem w grze komputerowej Warriors of Time. Jego nick to Rycerz Adrial. Ostatni przed apokalipsą komunikat mistrza gry Khronosa zwoływał Ekspertów do Paryża i obiecywał im możliwość przeniesienia się w czasie, by uratować świat. Przed katastrofą Yannis nie miał innych obowiązków niż nauka. Mama gotowała, prała, sprzątała, przytulała, ojciec prowadził sklep. Tuż po katastrofie rozpieszczony Yannis był całkowicie bezradny. Przy życiu trzymała go tylko nadzieja na odwrócenie biegu wydarzeń. Wybrał się więc w szaloną, samotną podróż z Marsylii do Paryża. W tej wyprawie początkowo towarzyszył mu jedynie pies – Happy. I przyroda. Przyroda widziana oczami Yannisa jest wspaniała: majestatyczna i dzika. Dla wrażliwego, delikatnego, ale bardzo upartego chłopca, który nigdy wcześniej nie wyjeżdżał z Marsylii, wszystko jest pierwsze, wszystko jest odkryciem. I właśnie ta prawda, ten zachwyt nad pięknem świata okażą się dla niego najważniejsze. Będą ratunkiem, a także lekarstwem na zdradę, manipulację i okrucieństwo.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
28971.jpg

Tytuł oryginału: U4. Yannis

© Copyright 2015 by Editions Nathan et Editions Syros, SEJER, Paris, France.

© Okładka: Antonio Jorge Nunes/Shutterstock.com

© Copyright for the Polish translation by Jakub Jedliński, 2017

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Polarny Lis, Warszawa, 2017

Redaktor prowadzący: Sylwia Sawicka

Redakcja: Milena Schefs

Korekta: Zofia Krzywicka-Vauthier

Adaptacja okładki: Jan Bersz

Projekt map, skład i przygotowanie do druku: Marta Krzywicka

Polarny Lis

ul. Dąbrowiecka 22, 03-932 Warszawa

www.polarnylis.pl

www.facebook.com/polarnylis

ISBN 978-83-945617-3-4

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

prawolubni_szary.psd

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

konwersja.virtualo.pl

Życie pochodzi od życia.

Życie rodzi życie, które rodzi życie,

które rodzi życie.

John Green, Gwiazd naszych wina

Człowiek to również mikrob uparty.

Jean Giono, Huzar na dachu

1 LISTOPADA

Mija już dziesięć dni, odkąd atakujący opony mózgowe filowirus krwotoczny U4 – nazwany tak od Utrechtu, miasta w Holandii, w którym pojawił się po raz pierwszy, i czwartej generacji – sieje spustoszenie.

Piorunująco złośliwy, w czterdzieści godzin zabija wszystkich bez wyjątku: wywołuje osłabienie organizmu, migreny, astenię i paraliże, po których dochodzi do gwałtownego krwawienia, zawsze kończącego się śmiercią.

Rozprzestrzenił się już w całej Europie. Berlin, Lyon, Mediolan… Kolejne dzielnice, miasta, aglomeracje próbowano poddawać kwarantannie, aby powstrzymać epidemię. Na próżno.

Ponad dziewięćdziesiąt procent światowej populacji uległo zagładzie. Przy życiu pozostały jedynie nastolatki.

Zaczyna brakować pożywienia i wody pitnej. Połączenie z internetem staje się niestabilne. Istnieje obawa, że skończy się prąd i zerwą sieci komunikacyjne.

Warriors of Time (lub WOT – dla wtajemniczonych) była przed epidemią popularną grą komputerową w typie multiplayer. Gracze mogli w niej – w zależności od poziomu – podróżować między epokami w fikcyjnym świecie Ukraün, zmieniać bieg wydarzeń i w ten sposób wypełniać swoje misje. Uczestnicy regularnie spotykali się na forum, żeby wypracowywać strategie i wysłuchiwać rad doświadczonych wojowników – Ekspertów albo nawet samego mistrza gry, Khronosa.

Pierwszego listopada, przedostatniego dnia działania internetu, szeregi WOT liczyły około stu pięćdziesięciu Ekspertów pozostałych przy życiu na terytorium Francji. Ci z nich, którzy weszli na forum tego dnia, żeby zapomnieć o otaczającej ich rzeczywistości albo wymienić się informacjami na temat kataklizmu, otrzymali taką wiadomość:

Od: Mistrz gry

Do: Eksperci

To z pewnością moja ostatnia wiadomość. Połączenia stopniowo rwą się na całym świecie.

Nie traćcie nadziei. Wciąż pozostajemy Warriors of Time.

Znam sposób na cofnięcie czasu. Zawsze go znałem. Jednak sam nie mogę nic zrobić.

Dołączcie do mnie. Razem możemy uniknąć katastrofy, napisać przeszłość na nowo. Uwierzcie we mnie, uwierzcie w samych siebie, a pokonamy naszego najpotężniejszego wroga: wirusa.

Spotkanie 24 grudnia o północy pod najstarszym zegarem w Paryżu.

Khronos

Jules, Koridwen, Stéphane i Yannis to czworo Ekspertów. U4 jest historią o nich.

JEDEN

1 LISTOPADA, GODZINA 8.00

Coś unosi się na wodzie.

Świat właśnie się kończy. Płomienie tańczą, ich jęzory sięgają aż do nieba. A ja nie mogę oderwać wzroku od dryfującego czegoś.

Moje serce rozpadło się na miliardy kawałków, nogi odmawiają posłuszeństwa, zimne słońce nie ogrzewa twarzy.

Przedmiot mojej obserwacji jak zagubiona łódka powoli zbacza z kursu na wysokości pałacu Pharo. Słońce oświetla port i nagle zauważam coś błyszczącego. To guzik kurtki martwego człowieka, którego ciało płynie z nurtem rzeki.

Wcześniej żadnego nie widziałem. Trupy dopiero po kilku dniach wypływają na powierzchnię. Wkrótce pojawią się kolejne i port zmieni się nieodwracalnie. Na bulwarach też już nigdy nie będzie tak jak dawniej. Śmiechy, spacery nad brzegiem morza, przesiadywanie na ławkach, zajadanie lodów, łowienie ryb na przynętę z chleba, zagadywanie rybaków na kutrach, gonienie mew, podziwianie skrzących się fal… To wszystko się skończyło. Na zawsze.

Gdyby nie wiadomość od Khronosa, nic nie zmusiłoby mnie do opuszczenia domu. Nie mógłbym się od nich oderwać – od taty, mamy, Camili… mojej rodziny.

Wiedziałem, że w końcu będę musiał wyjść – w przeciwnym razie zostałbym na zawsze w swoim pokoju i umarł z głodu po zjedzeniu wszystkich herbatników, jabłek, pomarańczy i jogurtów przechowywanych w chłodzie pod parapetem. I po wypiciu wszystkich puszek coli. A może umarłbym z zimna, bo zaczęło się robić chłodno, prąd został odcięty na dobre, a w domu nie mogłem już znaleźć nic do spalenia, bo nie śmiałem niczego dotknąć.

Gdyby nie ta wiadomość, przez całe dnie siedziałbym przybity i choć słońce codziennie by wschodziło, czy zdołałbym liczyć kolejne dni? Z pewnością straciłbym rachubę czasu. Pozwoliłbym, aby pochłonęła mnie nicość.

Gdyby nie ta wiadomość i Happy, nigdy by mi się nie udało stamtąd wyjść. Mój wierny pies leżał obok mnie. Co jakiś czas znikał, pewnie żeby poszukać jedzenia, ale zawsze wracał, skamlał i kładł pysk na moich nogach. W jego błyszczących oczach widziałem niezliczone pytania. Zanurzałem dłonie w jego gęstej, czarnej sierści i białym kołnierzu na szyi, lecz milczałem, bo słowa mnie opuściły. W myślach nadal byłem Ekspertem Warriors of Time – gry, której poświęcałem cały wolny czas, zanim to wszystko się zaczęło. Tak dałem się wciągnąć w wirtualny świat, że mój najlepszy kumpel RV, z którym w dzieciństwie włóczyłem się całymi dniami, skarżył się, iż wcale już mnie nie widuje.

W ostatnim czasie, przerażony martwą ciszą, zapomniałem o Yannisie, słabowitym chłopaku, zagubionym w rozpadającym się świecie, by stać się jego awatarem z WOT, potężnym Adrialem, rycerzem podróżującym w czasie i wychodzącym cało z licznych wojen.

Od czasu do czasu dochodziły do mnie krzyki. Łkania rozlegały się nagle, a po chwili zamierały. W sąsiednich mieszkaniach rozbrzmiewały kroki. W świetle dnia wszystko było nieruchome, ulica ożywała po zapadnięciu mroku. Zapalałem trzy świece stojące obok podręczników szkolnych i słuchałem dobiegających zza okna odgłosów. Kroków, najpierw powolnych, później szybszych, a w końcu oszalałych ze strachu. Rozdzierających wołań. Czasem odległych wybuchów. Pif! Co to było? Paf! Można by pomyśleć, że to strzały z broni palnej. Ale kto strzelał? Do czego? Do kogo? Wycie rozdzierało powietrze. Z całej siły zatykałem uszy, zamykałem oczy, chciałem zniknąć…

Kiedy znów pojawiał się prąd, mrużyłem oczy w świetle lampy. W różnych częściach dzielnicy nagle rozlegała się muzyka, puszczona na cały regulator, wywołująca fałszywe i nerwowe śmiechy. Myślałem tylko o jednym: żeby wejść w świat WOT, gdzie kolekcjonowaliśmy broń i techniki walki z przyszłości, by zdobyć przewagę w przeszłości. Czasem działało to także w przeciwnym kierunku – przeszłość mogła pomóc przyszłości. Byłem bardzo dobry w tej grze. O wiele lepszy niż w życiu czy nauce… Od wybuchu epidemii łączyłem się z internetem tylko po to, żeby skontaktować się z kolegami Ekspertami i dowiedzieć się, czy dostali wiadomość od Khronosa, który ponad tydzień wcześniej jakby zapadł się pod ziemię. Wszyscy Eksperci mówili to samo, bez względu na to, czy pochodzili z Bretanii, Paryża, Tuluzy, Metzu czy Lyonu. Wirus niepodzielnie panował nad Francją. Cały kraj opanowała panika.

SuperThor3: o co w tym wszystkim cho, ja pier***lę, to istny koniec świata, czy co? tu jest jak w piekle…

Laféedhiver: ja mieszkam w megaodizolowanej wiosce. Ale wirus tu też dotarł…

Adrial: w tele mówią, że to się dzieje na całym świecie…

Lady Rottweiler: taaa, to samo w Lyonie, uważajcie na siebie, posłuchajcie. Przede…

Lady Rottweiler z Lyonu zdawała się mieć jakie takie pojęcie o medycynie i w pierwszych dniach zdążyła przekazać nam kilka zaleceń dotyczących higieny. Późnej zgiełk sieci też umilkł i każdy z nas został sam. W samym sercu apokalipsy.

Myślałem, że oszaleję, kiedy okazało się, że nie można połączyć się z WOT. To było moje ostatnie źródło informacji na temat tego, co dzieje się na zewnątrz. I ostatnie źródło otuchy.

Wiem, że za słowami Ekspertów, nawet Lady Rottweiler, kryły się smutek, żałoba, rozpacz, łzy, strach, poczucie opuszczenia. Ja też nie poruszałem tych tematów. Chcieliśmy nadal zachowywać się jak bohaterowie, nawet w tym kurewsko rzeczywistym świecie.

Zachowywać się jak bohaterowie! A tymczasem nie miałem odwagi nawet ruszyć się z domu! Za bardzo mnie rozpieszczano i dziś nie umiałem sobie poradzić. Rodzice nigdy nie pozwalali mi ugotować niczego poza makaronem ani dotknąć gwoździa czy młotka. Woleli, żebym się uczył. A ja nie należałem do chłopców, którzy za wszelką cenę chcą wstąpić do skautów. Tylko podczas grania w WOT nie czułem, że tracę czas. Świat wirtualny był moją przyszłością i jedynym miejscem, w którym zdobywałem znaczenie towarzyskie, oczywiście z przekonaniem, że w dłuższej perspektywie wyjdzie mi to na dobre. Szkoła nie była moją mocną stroną. Zamiast zakuwać, ukradkiem ćwiczyłem swoje umiejętności no-life, które – byłem tego pewien – miały mi się kiedyś przydać.

Gdyby rodzice się dowiedzieli! Myśleli, że dobre oceny z francuskiego zawdzięczam godzinom ciężkiej pracy. To prawda, że francuski był moim ulubionym przedmiotem, choć nikt nie pomagał mi w lekcjach, bo rodzice dobrze mówią, ale kiepsko piszą. A właściwie…

Dobrze mówili, ale kiepsko pisali.

– Opanuj się, Yannis – rozkazuje mi Adrial.

A ja wyobrażam sobie jego postać w zbroi, jego długie włosy, stalowe mięśnie, miecz w dłoni i kałasznikow na ramieniu. Dwa razy uderzam się pięścią w klatkę piersiową i z wściekłością powstrzymuję łzy.

– OK, tylko mnie nie opuszczaj, proszę. Zostań ze mną, zostań ze mną…

1 LISTOPADA, GODZINA 9.00

Dziś, śledząc wzrokiem trupa tańczącego na falach, rozmawiam ze Śmiercią. Ona, której imię wcześniej ledwie śmiałem wymówić, jest teraz moją przyjaciółką. Hej, Śmierci, jak życie? Ile osób dziś pocałowałaś? Ach tak, jednak…

Śmierć… Trzęsąc się pod kołdrą, czekałem, aż zapuka do moich drzwi. Fascynował mnie błękit nieba, kpiącego ze wszystkich: żywych, martwych, konających, a przede wszystkim ze mnie. Niebo zajmowało się przybieraniem elegancko stonowanych barw, blaknących na początku i pod koniec każdego dnia. Woda w porcie odbijała jego kolory tak jak wcześniej, maszty statków uderzały o siebie jak wcześniej, mewy krzyczały jak wcześniej, tylko nie było słychać żadnego słowa, okrzyku, warkotu motoru, muzyki. Żadnego sygnału ludzkiej obecności.

Gdy nadchodził wieczór, przerażał mnie dźwięk ciał rzucanych do wody. Idioci… Chociaż nie wiem zbyt wiele o życiu, rozumiem, że woda jest cenna. Ojciec powtarzał to często, a matce z dzieciństwa spędzonego w Algierii pozostał zwyczaj oszczędzania każdej kropli. Śmiejąc się z samej siebie, zawsze podkładała miskę pod kran – na wypadek, gdyby zaczął przeciekać. Wrzucanie trupów do wody to najgorszy sposób pozbywania się martwych. Tą drogą najłatwiej rozprzestrzenić wszelkie możliwe świństwa i jeszcze bardziej zatruć powietrze w mieście.

Dziś w nocy obudziłem się, szczękając zębami. Sprawdziłem godzinę na zegarku taty. Przedwczoraj założyłem ten zegarek na rękę, bo zorientowałem się, że bateria w moim telefonie wkrótce się wyczerpie. Była dokładnie pierwsza jedenaście nad ranem. Początkowo myślałem, że obudziłem się z zimna, ale wtedy usłyszałem piknięcie, które uświadomiło mi, że przez sen słyszałem ten sam dźwięk. Włączono prąd! Najpierw położyłem rękę na kaloryferze obok łóżka. Był ciepły, przyjemnie rozgrzewał w tym arktycznym klimacie. Piknięcie oznaczało, że uruchomił się termostat. Natychmiast rzuciłem się do komputera. Dostałem wiadomość z WOT. Wiadomość od Khronosa.

Znam sposób na cofnięcie czasu. Zawsze go znałem. Jednak sam nie mogę nic zrobić.

Dołączcie do mnie. Razem możemy uniknąć katastrofy, napisać przeszłość na nowo. Uwierzcie we mnie, uwierzcie w samych siebie, a pokonamy naszego najpotężniejszego wroga: wirusa.

Spotkanie 24 grudnia o północy pod najstarszym zegarem w Paryżu.

Zaraz pomyślałem sobie: „Oby tylko inni Eksperci też ją dostali i przeczytali!”. Poczułem ogromną falę nadziei, która stworzyła cieniutką zasłonę oddzielającą mnie od śmierci. Ponownie przeczytałem słowa Khronosa i sam nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać. „Znam sposób na cofnięcie czasu…”

Cały ten chaos musiał wkurzyć mistrza gry. Nieważne. Liczy się tylko spotkanie. Odnalezienie się. Zjednoczenie. Bohaterowie świata wirtualnego, tak samo jak rzeczywistego, zwykli walczyć. Bez względu na to, czy istnieje sposób na cofnięcie czasu, czy nie – będziemy toczyć bój. Żeby przeżyć. Żeby odbudowywać. Żeby uniknąć samotności.

Nic lub prawie nic nie wiem o pozostałych Ekspertach, ale jako znak rozpoznawczy posłuży nam wspólny gest: dwukrotne uderzenie prawą pięścią w klatkę piersiową.

Kiedy zaczęło dnieć, zdecydowałem się ruszyć z domu. To ja, Yannis, do wewnętrznej kieszeni puchówki włożyłem zdjęcie naszej rodziny, zrobione podczas dziewiątych urodzin mojej młodszej siostry. Jesteśmy na nim razem: tata, mama, Camila i ja. Wsunąłem tam też kopertę, którą tata – kiedy poczuł się chory – położył na moim biurku z taką delikatnością, jakby był to kruchy kwiat. „Przeczytasz te słowa, kiedy nie będziesz już wiedział, kim naprawdę jesteś. Zrozumiałeś?” Oczy mu błyszczały nie tylko z powodu gorączki. Nic nie zrozumiałem, ale z powagą pokiwałem głową. Przed wyjściem z domu wziąłem komórkę i ładowarkę. Nie mogłem się też powstrzymać przed zabraniem jednej z figurek z Władcy pierścieni. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, bym mógł porzucić Froda wymachującego mieczem, gdy stawiam czoła całemu światu.

Natomiast to Adrial dał Happy’emu znak do wyjścia. To on wyszedł z mojego pokoju, żeby skonfrontować się ze zgrozą i smrodem w salonie. On w trybie przeżycia spakował mój plecak: ubrania na zmianę, mydło, sznurek. Wziął też zapalniczkę, pudełko zapałek, scyzoryk, śpiwór, prowiant. To on przeszedł obok ciał moich rodziców, nadal leżących na kanapie, podczas gdy mnie atakowały złowrogie wspomnienia: oczekiwanie na lekarza, desperackie starania, które podjąłem, żeby ich uratować, a później moje pełne rozpaczy krzyki… Doskonale panujący nad swoimi emocjami Adrial otworzył drzwi i wybiegł z mieszkania.

Moja zbroja rycerska zniknęła na klatce schodowej. Nagle zaatakował mnie bezmiar obrazów. Obładowana zakupami mama wchodzi po schodach, uśmiecha się do mnie albo mnie ochrzania, ale nie złości się na mnie. Mama niesie w ramionach malutką Camilę albo trzyma ją za rękę. Camila pokazuje mi język i zaśmiewa się podczas zabawy w pomidora. Spokojny tata przeciąga dłonią po niemal łysej głowie – taki miał zwyczaj. Dostrzega mnie, oczy zaczynają mu błyszczeć, uśmiech rozjaśnia jego twarz. Mówi: „Mój syn…”.

Zszokowany zakryłem twarz ramieniem. Otarłem łzy. Happy niespokojnie popiskiwał. Pociągnąłem nosem i czym prędzej zszedłem na niższe piętro. Od dwóch dni byłem chyba jedynym żywym człowiekiem w kamienicy, ale chciałem przynajmniej mieć czyste sumienie. Z całej siły zacząłem dobijać się do drzwi pod dziesiątką.

– Franck! Jesteś tam, Franck?

Happy poszczekiwał. Franck często przychodził do nas, żeby dawać mi korepetycje z matematyki. Uwielbiał przekomarzać się z Camilą. W zamian za lekcje tata wykonywał w jego mieszkaniu drobne prace remontowe. Zanim tata zaczął prowadzić sklep spożywczy, był murarzem. Franck studiował na uniwerku. Ile mógł mieć lat? Może wcześniej zaczął studia? Był przecież taki zdolny. Filowirus U4 nie oszczędza nikogo poniżej piętnastego i powyżej osiemnastego roku życia, to szybko stało się oczywiste. Nie wiadomo, dlaczego tak się dzieje, wiadomo tylko, że unicestwia każdego, kto stanie mu na drodze. W panice zawołałem:

– Ile masz lat, Franck? Ile miałeś? Odpowiedz! W jakim jesteś wieku?

Cisza. W całej kamienicy nie było żywej duszy. Ile czasu spędziłem pod dziesiątką?

Adrial obudził się skulony pod ścianą, gdy promień słońca padł na jego policzek. Happy tulił się do niego. Rycerz pospiesznie się rozprostował i głęboko odetchnął przed zejściem po schodach. Zanurzył się w chłodzie ulic oświetlonych listopadowym słońcem i smaganych wiatrem – zimnym, porywistym mistralem. Adrial zebrał śmieci zawalające wejście do mojego domu i sąsiednich kamienic, a potem zrobił z nich stosy – na korytarzu, klatce schodowej, a przede wszystkim przed moim mieszkaniem. Znów wyszedł na ulicę i krzyknął:

– Nikogo tu nie ma? Jeśli ktoś jest, niech wyjdzie!

Czekał.

– Niech ktoś wyjdzie, na Boga! Franck! Jesteś pewien, że cię tam nie ma? Pani Tibaut? Younis? Majda?

A nieustannie zrzędzący staruszek z laską? A pochodząca z Komorów rodzina o nazwisku niemożliwym do wymówienia? Czy naprawdę ich tam już nie ma?

Wiatr hulał po ulicach. Adrial wyczuwał za plecami czyjeś ruchy, szepty, obecność. Zapewne obserwowano go zza potłuczonych szyb. Być może był przedmiotem drwin, jako ktoś, kto rozmawia z umarłymi. Trudno. Tym lepiej. Niech wezmą z niego przykład. Niech przestaną rzucać ciała do wody. Niech go naśladują.

Adrial wyjął zapałki. Zapalił jedną z nich i przez kilka sekund obserwował płomień, a później rzucił ją na stos gazet i innych papierów. Patrzył na rosnące, wznoszące się ku niebu płomienie, głaszcząc przerażonego Happy’ego. Dla niego prawdziwym wyrazem szacunku było spalenie całej kamienicy wraz z tymi, którzy przeżyli tu momenty radości i smutku, chwile żałoby i szczęścia. W dzielnicy Panier stare budynki paliły się jak słoma, zwłaszcza że wiał silny wiatr.

Adrial poczuł łzy na policzkach. Modlił się do znanych sobie bogów. Połączył nadludzkim wysiłkiem ostanie okruchy woli. O ileż łatwiej byłoby zginąć na ulicy albo rzucić się w płomienie. Tak byłoby znacznie łatwiej, ale on tego nie zrobił. Wstał, bo nazywał się Adrial, był rycerzem WOT. Później biegł aż do tego miejsca, na ten brzeg, nad wodę w porcie, która skrzyła się w podmuchach mistralu. Za jego plecami tańczyły płomienie.

Ja, Yannis, płaczę teraz gorzkimi łzami. Religia, w której zostałem wychowany – lecz wcale nie jestem pewien, czy mogę ją uznać za swoją, bo od pięciu dni nie wierzę już w nic – mówi, że nie pali się zmarłych. Ciało musi wrócić do ziemi, żeby bezpośrednio i możliwie najszybciej połączyć się z naturą. Spalenie ciała uniemożliwia jego powrót w wielkim cyklu życia i przysparza cierpień duszy. Błagałem Boga moich rodziców, aby uwierzył, że chodzi o zupełnie wyjątkową sytuację, i zrozumiał, iż nie miałem wyboru. Skąd miałbym wziąć siły, żeby przetransportować trzy ciała na cmentarz za centrum handlowym Bourse i wykopać tam groby?

– Boże, kimkolwiek jesteś i jakakolwiek byłaby religia tego walącego się świata, wybacz mi i zachowaj dusze moich bliskich!

Za moimi plecami płonie kamienica. Przede mną rozciąga się morze wymiotujące trupami. Naprzeciwko, na wzgórzu, wznosi się nieruchomy, złocony posąg Matki Boskiej, tej, która ma chronić Marsylię. U moich stóp leży psiak, mieszanka border collie i nieznanej rasy. Myśli zaprząta mi kwestia zegara w Paryżu, o którym nic nie wiem. A w sercu przechowuję obraz mojej rodziny.

1 LISTOPADA, WCZESNE PRZEDPOŁUDNIE

Stado mew przelatuje nade mną. Tu nazywamy je śmieszkami. Nigdy nie lubiłem tych ptaków, żywiących się odpadkami ze śmietników i truchłami swoich pobratymców. Mewy zjedzą wszystko. Dwie z nich usiadły właśnie na trupie, na brzuchu wzdętym od wody. Zaczęły dziobać szyję. Nie mogę na to patrzeć, rzucam więc kamieniami, żeby przegnać ptaki. Happy idzie w moje ślady i głośno szczeka.

– Wynocha, złowróżbne ptaszyska!

Opadam na ławkę. Mewy krążą nade mną. Czekają tylko, żeby mnie rozszarpać, gdy wybije moja godzina. Brudne, ohydne stworzenia.

Nagle otwarta przestrzeń zaczyna mnie przerażać. Dotychczas ukrywałem się w domu i mam szczątkowe informacje o tym, co działo się na zewnątrz. Jeszcze cztery dni temu radio nadawało. Ostatnie zalecenia: nie ulegać panice i zostać w mieście, żeby nie rozprzestrzeniać wirusa. Cóż, skutek był przeciwny do zamierzonego: wybuchła panika i ludzie zaczęli masowo uciekać z miasta. To wszystko, co wiem na temat sytuacji w Marsylii.

Puste diabelskie koło obraca się na wietrze przed aleją Canebière, prowadzącą do wyludnionej i cichej części miasta. Co wydarzyło się w Marsylii w ostatnich dniach? Gdzie podziali się ludzie?

– Hej, ty tam!

Z drugiej strony portu widzę nagle grupę chłopaków i dziewczyn. Jest ich mniej więcej dziesięcioro. Wyszli z ciemnej uliczki i ewidentnie mnie wołają. Pierwszy raz spotykam innych ocalonych, którzy otwarcie chodzą po mieście.

– Hej!

Dlaczego się nie ukrywają? Uznaję, że czas się wycofać.

– Hej, nie ruszaj się!

Cała grupa rusza w moją stronę. Między nadmorskim bulwarem a samochodami, jak zwykle stojącymi w korku, nie słychać dziś trąbienia klaksonów ani żadnych wyzwisk. Happy podnosi się w momencie, gdy wstaję. Najpierw zauważam, że wszyscy biegnący mają na głowach czerwone czapki z daszkiem. To dziwne. Później dociera do mnie, że trzymają w rękach jakieś lśniące przedmioty. Słyszę wystrzał. Drewniane oparcie mojej ławki rozpada się na kawałki.

– Happy, uciekamy!

Oni są szurnięci. Teraz dostrzegam, że każde z nich ma w ręku nóż, karabin albo pistolet. Pędzę w przeciwnym kierunku. Nie mogę tu zostać, na brzegu morza nie znajdę żadnej ochrony. Przedzieram się między samochodami stojącymi na bulwarze z nadzieją, że zgubię pogoń w krętych uliczkach dzielnicy Panier. To przypomina pościg w WOT – no, może poza tym, że słyszę przekleństwa rzucane przez moich prześladowców. Bezmyślnie pędzę ulicą Caisserie. Ależ ze mnie kretyn! Na tak długiej i szerokiej arterii kule z łatwością mnie dosięgną. Biegnij, Happy! Pociski rozbijają dwa okna. Przebiegam przez plac Lenche, a potem dzięki długim nogom szybko pokonuję schody, wskakując po cztery stopnie. Zdobywam kilka długości przewagi.

Nagle orientuję się, że jestem o dwa kroki od placu Moulins, gdzie mieszka mój kumpel RV. Nie wiem, czy jest u siebie, nie wiem nawet, czy przeżył, a mimo to rzucam się w stronę jego domu. Brama na podwórze tej kamienicy od kilku miesięcy ma zepsuty zamek: oto moja szansa. Popycham drzwi i przewracam śmietnik tak, by je blokował. Może pomyślą, że brama jest zamknięta. Idę pospiesznie za Happym i wpadam na klatkę schodową. Biegnę schować się do piwnicy, w której RV przechowywał swój skuter.

W ciszy staram się uspokoić oddech. Czy zyskałem wystarczającą przewagę, żeby moi prześladowcy nie zauważyli przewróconego śmietnika?

W piwnicy jest okienko z widokiem na chodnik. Wkrótce widzę pięć par butów sportowych. Pogoń zwalnia i wraca po swoich śladach. Chodzą w tę i z powrotem. Modlę się, żeby Happy nie zaczął warczeć. Głaszczę go uspokajającymi gestami.

– Gdzie on jest, do cholery?! – krzyczy właściciel adidasów.

Rozlega się strzał, a jego echo niosą ściany kamienic otaczających plac.

– Uspokój się, stary. Strzelanie w powietrze nic nam nie da. Zgubiliśmy go…

– Cholerny gnojek! Kolejny, który ukrywa się jak szczur i wychodzi tylko po to, żeby ograbiać sklepy, nie myśląc o innych.

– Nie martw się, nasze patrole w końcu go złapią. I zapłaci nam za to.

Rozlegają się złośliwe śmiechy.

– Taaa, wszyscy nam zapłacą. Nadeszła godzina Wielkiego Przewrotu!

Buty znów podejmują wędrówkę, to w prawo, to w lewo, krótkie śmiechy wybuchają jak serie z karabinu, a później zapada cisza. Przez dłuższą chwilę siedzę w milczeniu, przytulając się do psa. Przez głowę przetaczają mi się pytania bez odpowiedzi.

W półmroku wywrócony skuter RV przypomina powalonego wierzchowca. Kręci mi się w głowie i przez sekundę widzę zakrwawionego konia o białych, pustych oczach. Serce wali mi jak szalone: obłęd z pewnością idzie ramię w ramię ze śmiercią. Nie mogę ufać obrazom ani myślom, które choć trochę odstają od rzeczywistości. Nawet jeśli rzeczywistość jest tym, czym jest: cholernym chaosem.

Zrywam się na równe nogi: coś poruszyło się pod plandeką i coś kołysze się w kącie… Trupy na hakach?! Powstrzymuję mdłości, przecieram oczy i w końcu ponownie spoglądam w tamtą stronę. To tylko rowery. Potrząsam głową, żeby odpędzić kolejne zwidy, i ruszam w stronę plandeki. Podnoszę ją gwałtownym ruchem. Zawsze lepiej wiedzieć, z czym się ma do czynienia. Chcę stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością. Nie mogę uciekać w obłęd. Adrialu, przybądź mi z pomo…

Powstrzymuję krzyk: spod płachty wybiegają pędem trzy szczury. Jeden z nich ociera się o moją nogę. Pod wpływem jego dotyku ciarki przebiegają mi po plecach. Chwilę później odkrywam, co jadły: w kącie leży trup kobiety z obgryzioną twarzą. Strzępy ciała odstają od kości, w oczodole wisi luzem gałka oczna. Odwracam się, ale nie udaje mi się uniknąć mdłości. Na miejscu wymiotuję tę odrobinę jedzenia, którą mam w żołądku. Przerażony Happy popiskuje w kącie, ukrywając między łapami pysk z białą łatą.

Nie wolno mi zemdleć. O to chodzi. Nie wolno mi płakać. Nie wolno mi pozwolić, żeby pokonał mnie obłęd albo dopadły szczury. Nie wolno mi płakać…

Wstaję z trudem, zaciskam pięści. Nie wolno mi płakać. Muszę opuścić tę piwnicę. Wejście na pierwsze piętro wymaga ode mnie nadludzkiego wysiłku. Nogi mi się trzęsą. Nie mam ani siły, ani odwagi zawołać RV.

Staję w końcu przed jego drzwiami, ryzykuję i pukam trzy razy. Brak jakiejkolwiek reakcji. Przykładam ucho. Nie dociera do mnie żaden dźwięk. Popycham drzwi, a gdy się otwierają, ostrożnie wchodzę do mieszkania przyjaciela.

Spodziewam się w każdej chwili natknąć na ciało martwego dorosłego albo dziecka. Przed oczami stają mi znów ludzie w ostatniej fazie choroby: jeszcze żywi, ale już przypominający zombie, otępiali, a czasem agresywni pod wpływem gorączki. W okresie totalnej paniki każdy pokazywał swoją prawdziwą naturę. Uważam, że prawdziwi bohaterowie to ci, którzy podczas epidemii starali się żyć tak jak wcześniej, do samego końca. Tak jak mój ojciec.

Zatrzymuję się przed zdjęciem wiszącym obok wejścia: całkiem mały RV z rodzicami. Fotografia oprawiona w ramkę. Podnoszę ją, zatopiony w myślach.

Mój ojciec prowadził sklep spożywczy na ulicy République. W pierwszych dniach epidemii razem z mamą odprowadzali do domów staruszków trzęsących się w gorączce. Starsi ludzie pierwsi padli ofiarą wirusa. Moi rodzice chcieli, żeby umarli we własnych łóżkach. Pomagali najsłabszym, nawet wtedy, kiedy wszyscy wychodzili z domu w maskach gazowych i unikali dotyku innych. A także wtedy, gdy telewizja przestała nadawać wiadomości i puszczano już tylko wcześniej nagrane programy, stare emisje reality show, które miały uspokoić widzów. I wtedy, gdy wszyscy postanowili zaszyć się w swoich domach lub przeciwnie, opuścić miasto. I wtedy, gdy Marsylia rozbrzmiewała dźwiękami klaksonów oraz krzykami, a samochody wypełnione pasażerami i ich osobistymi rzeczami z trudem sunęły w korkach. I wtedy, gdy przestano opróżniać śmietniki, sprzątać ulice i zaopatrywać sklepy. I wtedy, gdy po ulicach błąkali się szaleńcy, wrzeszczący i atakujący każdego, kto wszedł im w drogę. I wtedy, gdy pojawiły się plotki o ucieczce władz miasta i schronieniu się urzędników w bunkrze, a wszyscy naokoło zaczęli krzyczeć o dezercji. Później przez radio zdementowano te pogłoski: podobno władze zostały na posterunku. Robiły wszystko, żeby nie dopuścić do całkowitej dezorganizacji miasta. Akurat, już my ich znamy! Zresztą… i tak spotkał ich taki sam los jak wszystkich mieszkańców Marsylii.

Tata i mama nikogo nie unikali. Bardzo szybko zrozumieli, że los dorosłych jest przesądzony. A mimo to odeszli jako jedni z ostatnich. Mówię sobie, że Śmierć, choć zbierała żniwo wśród dorosłych i dzieci, wzdrygała się jednak przed zabraniem najlepszych. Wygląda na to, że Śmierć mimo wszystko kieruje się jakąś osobistą moralnością. Być może teraz bawi się z nami, nastolatkami. W coś w rodzaju: „Uważacie się za najsilniejszych, tak? W takim razie będziecie musieli znosić to dłużej niż inni. Zwłaszcza umierać będziecie powoli i oczywiście w cierpieniach. Umrzecie jak wasi rodzice, młodsze rodzeństwo. Jak Camila…”.

– Weź się w garść, Yannis. Sprawdź każdy pokój. Nie zważaj na smród. Idź. Nie masz wyboru. Happy jest z tobą. Nie jesteś sam.

Koniuszkami palców Adrial odkłada ostrożnie ramkę i się odwraca. Czy w pokoju rodziców RV dostrzega ciała? Być może. Nie jest tego pewny. Wiem tylko, że idzie prosto do pokoju mojego przyjaciela. Nikogo tam nie ma, nic się nie zmieniło, wszystko jest tak, jak zapamiętałem. Plakaty zespołów grających metal, kalendarz reklamujący kobiecą bieliznę, zbiór komiksów. O dziwo, widok laptopa na biurku RV mnie uspokaja. Mój kumpel grał w WOT znacznie mniej niż ja, ale mimo wszystko spędzał w sieci tyle czasu, ile każdy normalny nastolatek. Przed epidemią komputer był przedmiotem codziennego użytku. Adrial nabija się ze mnie, ale odpowiadam mu, że tak naprawdę nie istnieje, i każę mu się zamknąć.

Wyciągam się na łóżku. Happy też kładzie się na dywanie, oddycha regularnie. Pozostaję w tej pozycji przez dłuższą chwilę, ze wzrokiem wbitym w czarny monitor. Pozwalam moim myślom odlecieć i nagle ogarnia mnie strach przed halucynacjami, które mogą wrócić w każdej chwili. Nie wiem, co robić. Wyciągam z kieszeni komórkę. Zostało mi tylko piętnaście procent baterii. W kieszeni płaszcza mam ładowarkę, osłonę i słuchawki. Być może któregoś dnia znów będę mógł ich użyć. Można pomarzyć…

Tymczasem próbuję zadzwonić do cioci mieszkającej w Algierii, w górach Kabylii. Bardzo ją lubię. Później do kuzyna z Normandii. Później do kumpli i do RV. Od trzech dni nikt nie odpowiada. Nawet po wybraniu numerów alarmowych przez wiele godzin trzeba czekać na połączenie – i zawsze na próżno. Dzisiejszy wieczór nie jest wyjątkowy pod tym względem.

Gram więc we Flappy Birds, aż bateria komórki zupełnie się wyczerpie.

1 LISTOPADA, WIECZÓR

Zapadła noc. Nigdy wcześniej nie widziałem takich nocy, tych egipskich ciemności, których nie rozprasza żadne światło. Wyobrażam sobie, że podobnie musiało być w średniowieczu. Poza tym księżyc jest w nowiu, więc mrok całkowicie spowija miasto. Jest mi zimno i zaczyna mnie niepokoić, że zupełnie nic nie widzę. Nawet koniuszków własnych palców.

Wyciągam ręce, żeby poczuć sierść Happy’ego, ale ręka zagłębia się w pustkę. Gdzie on się podział? Wołam go. Własny głos budzi we mnie lęk. Nic.

– Happy! To nie czas na spacery, piesku! Gdzie jesteś?

I pomyśleć, że nie pamiętałem nawet o zabraniu świec czy latarki! Wydawało mi się, że jestem zapobiegliwy. Wziąłem tylko zapałki i zapalniczkę i tak miałem zamiar zapewnić sobie oświetlenie?! Bez dwóch zdań, nie nadaję się do życia w takim świecie. Być może lepiej, żebym wrócił do pierwszej myśli i po prostu spokojnie zdechł, nigdzie się nie ruszając.

Pozostaję bez ruchu i udaję martwego. Niepokoją mnie hałasy dochodzące z zewnątrz, a przede wszystkim głód skręca mi kiszki. Otwieram plecak, który do tej pory kurczowo przyciskałem do siebie. Wyjmuję pudełko chrupek śniadaniowych i pogryzam prażony ryż w czekoladzie, starając się robić możliwie najmniej hałasu. Bez mleka trudno rozmiękczyć chrupki. Nie chcę, żeby ktoś mnie tu zauważył.

Zamykam oczy i staram się nie zwracać uwagi na dźwięki dochodzące zza okna. Odgłosy wkrótce zmieniają się w prawdziwy gwar. Można by pomyśleć, że na niewielkim placu Moulins jest pełno ludzi. Światło przenika między żaluzjami, słyszę warkot motorów. W końcu wstaję i na czworakach podchodzę do okna.

Początkowo nie wierzę własnym oczom. Czy to kolejne z dziwnych przywidzeń, których doświadczam od chwili opuszczenia mojego mieszkania? Dziesiątki nastolatków wyciągają trupy z domów. Najbardziej sumienni owinęli ciała w prześcieradła i związali je sznurkiem. Widzę trzy samochody. Musiały nadjechać ulicą Muettes, jedyną prowadzącą na plac, ale zbyt wąską, by mogły przejechać nią ciężarówki, bardziej przydatne w tych okolicznościach.

W żółtawym świetle reflektorów moi rówieśnicy opróżniają bagażniki wypełnione ciałami. Wszystkie zrzucają na środku placu, składają w gigantyczny stos. Istna góra trupów! Nogi i ręce wystają spod ciemnych fałd prześcieradeł. Scenę omiatają bezwzględne światła reflektorów. Większość nastolatków krząta się w ciszy pełnej smutku i rezygnacji. Rzadkie wybuchy płaczu wywołują złość u pozostałych. Stają się też przyczyną bijatyk. Tych o zbyt delikatnych nerwach inni odciągają na bok. Nagle jeden z chłopaków, duży osiłek, najwyraźniej twardszy od pozostałych, zaczyna się wydzierać:

– A jeśli ja tego nie chcę, co? Jeśli wolałbym, żeby pochowano moją rodzinę?

– Widzisz zbiorowy grób na rogu placu, Ducon? Masz ze sobą kilof? A może wyobrażasz sobie, że uda ci się zatargać na plecach twoich starych aż na cmentarz? Pozwól nam to zrobić albo gnij spokojnie ze swoimi trupami u siebie w domu. No już, spadaj, na co czekasz?

Osiłek pęka. Rzuca się w stronę samochodu, wykrzykując przekleństwa. To mi wygląda na prawdziwe załamanie nerwowe. Trzech kolegów próbuje go opanować, ale on się opiera. Ze wszystkich stron rozlegają się krzyki. Dochodzi do szarpaniny. Pada strzał. Serce podskakuje mi do gardła. Chłopak się kuli. Na dziesięć sekund zapada cisza, a potem…

– Cholera! Jakbyśmy nie mieli już wystarczająco dużo trupów! – wrzeszczy jakaś dziewczyna.

Znów żołądek podchodzi mi do gardła. Lodowacieję. Nagle coś skacze mi na ramiona, a ja wrzeszczę ze strachu. Odskakuję w głąb pokoju i uderzam głową w narożnik biurka RV.

Odruchowo osłaniam się ręką i o krawędź biurka rozbijam na tysiące kawałków zegarek mojego ojca. Nie tracę przytomności, ale przez chwilę czuję się ogłuszony, bardziej ze względu na utratę pamiątki niż z powodu uderzenia. Nie wiem, ile czasu mija, zanim wreszcie odzyskuję odwagę i mogę się ruszyć. Przesuwam dłonią po szyi i wyczuwam zadrapania. Niezbyt głębokie.

W ciemności błyszczą dwie agatowe kulki.

– Słuchaj no, nie widziałeś czasem Happy’ego, cholerny kocie?

Zwierzak miauczy tylko i ucieka z pokoju. Wstaję ostrożnie, bo trochę kręci mi się w głowie. I wtedy nagle słyszę szczekanie, zbyt odległe, by mogło dochodzić z kamienicy.

– Happy!

Zakładam plecak. W tym momencie odbłysk światła rzucanego przez reflektor oświetla czołówkę leżącą na stoliku. Yes! Natychmiast przypominam sobie tajemnicę, którą powierzył mi RV. Mój przyjaciel śmiertelnie bał się ciemności. Mogłem wcześniej o tym pomyśleć. Mocuję latarkę na czole i ruszam biegiem.

Szczekanie się powtarza. Wydaje mi się, że dochodzi z ulicy Muettes.

Na dole ostrożnie wystawiam głowę za bramę. Czy nadal ktoś będzie chciał mnie zabić? Czy też zostanę zaprzężony do roboty przy trupach? Wcielenie do brygady porządkowej ani trochę mi nie odpowiada. Gaszę latarkę, żeby nie zwracać na siebie uwagi, i przemykam pod murami kamienic, pochylony, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Ledwie unikam nieszczęścia! Chudy blondyn zauważa mnie i woła, żebym pomógł przy wyciąganiu ciał z samochodu. Ogromny nóż połyskuje u jego pasa, a pod wojskowym płaszczem dostrzegam kilka karabinów. Lepiej okazać gotowość do pomocy. Biorę głęboki oddech i dołączam do grupy. Blondyn cedzi przez zęby:

– No dalej, bierz go za nogi. Nie rozumiem, czemu są tacy ciężcy!

Nic nie odpowiadam. W szkole mijałem tego chłopaka tysiące razy. Podobnie jak innych zebranych na tym placu. To tak, jakbyśmy nigdy się nie znali albo znali od zawsze. Wszystko jedno, nie mamy sobie nic do powiedzenia. Próbuję tylko powstrzymać wyobraźnię. Nie warto dochodzić, kto jest pod prześcieradłem. A jeśli ktoś znajomy? Nie chcę o tym myśleć! To prawda, trup jest ciężki. Wyczuwam miękkie ciało wokół jego kostek. Po raz pierwszy w życiu dotykam zmarłego.

– Na dodatek zaczyna się rozkładać. Skóra nawet nie trzyma się kości.

Mam ochotę płakać albo zwymiotować, ale to nie jest najlepszy moment. Próbuję zachować zimną krew w obliczu piramidy trupów, na którą rzucamy kolejne ciało. Silny zapach benzyny, którą polano cały stos, chwyta mnie za gardło. Na znak dany przez wysokiego, chudego jak tyka chłopaka w niebieskiej czapce z polaru dziewczyny i chłopcy rzucają płonące zapałki. Buuuch!

Płomienie mnie hipnotyzują. Nie myślę już o niczym. Nie ma mnie. Mam ochotę zniknąć. Dostrzegam szybko ocierane łzy na policzkach żywych. Słyszę pociągnięcia nosem. Niektórzy modlą się, klęcząc. Jestem o krok od rzucenia się w ogień i dołączenia do mojej rodziny… gdy nagle szczekanie znów przywraca mnie życiu. Happy!

Opuszczam plac i tym razem nikt mnie nie zatrzymuje. Tej nocy skończyli już swoją przeklętą robotę.

Happy goni szczury na ulicy Muettes. Kiedy łapie jednego, drugi przemyka tuż obok. Psiak nie wie, w którą stronę obrócić głowę, i aż piszczy z radości. Wspaniały plac zabaw dla mojego psa! Choć nie jest psem myśliwskim, dziś najwyraźniej odkrył uroki polowania.

Dostaję ataku kaszlu. Pył przyćmiewa wiązkę światła z mojej czołówki. Powiał wiatr, a z nim…

– Popiół! – krzyczę z przerażeniem.

To są popioły… Tak, popioły trupów palących się tam, na placu Moulins.

Owijam twarz szalikiem, żeby uchronić się przed mdłościami i powstrzymać kolejny atak paniki.

Gwiżdżę na psa i pędzę przed siebie jak szalony. Mam tylko jedną myśl: uciec przed tym strasznym powietrzem, z dzielnicy mojego dzieciństwa, jak najdalej od tego chaosu. Ciężkie łzy ciekną mi po policzkach, na których zdążył już osiąść popiół. Przynajmniej spłynie razem z nimi. Marzę o prysznicu. Oczyszczającym prysznicu, który zmyje ze mnie wszystko, nawet śmierć.

Jestem Adrialem, podąża za mną wierny Happy. Biegniemy w noc czarną jak atrament, splamioną to tu, to tam ogniskami, które płoną i stają się coraz wyższe. To koksowniki, przy których można się ogrzać, tlące się auta i stosy rzucające czerwoną łunę w noc rozciągającą się ponad dachami. Moja czołówka oświetla maski samochodów, po których skaczemy – ja i mój pies. Ciszę rozdzierają krzyki i wybuchy. Ktoś próbuje mnie zatrzymać, ktoś inny do mnie strzela, ale dziś nic nie może nam się stać. Ciemność nas otula i niesie ze sobą.

NOC Z 1 NA 2 LISTOPADA

Gwałtowny podmuch wiatru wciska nas do szerokiej, głębokiej bramy. Mistral słabnie po tym ostatnim ataku, jakby zachęcał nas do złapania tchu. Happy sprawia wrażenie wyczerpanego. Ja muszę opatrzyć głowę. Już nie krwawię, ale będę spokojniejszy, jeśli zdezynfekuję ranę. Oczywiście zapomniałem o apteczce. Naprawdę jestem do niczego. Jeśli chcę przeżyć, muszę lepiej się zorganizować i nauczyć orientacji w terenie. Zupełnie nie wiem, w którą stronę powinienem pójść, żeby jak najszybciej opuścić Marsylię, znaleźć drogę do Paryża i dotrzeć na spotkanie z Khronosem.

Porzucone bary i restauracje przywodzą mi na myśl skąpane w słońcu ogródki kawiarniane, pełne roześmianych ludzi. Teraz poprzewracane krzesła na nikogo już nie czekają. Powinienem poszukać w sklepach jedzenia i ciepłych ubrań. Zmęczenie mnie przygniata, jakby ważyło tysiąc ton. Gdzie się przespać? Jak zapewnić sobie bezpieczeństwo? Jak się ogrzać?

Nagle zaczynam gorzko żałować, że opuściłem moje mieszkanie. Ależ ze mnie dureń. Tam przynajmniej mogłem jakoś przetrwać. Wystarczyło kilka szybkich wypraw do sklepów, żeby się zaopatrzyć. Dlaczego nie zachowałem się tak jak inni? Dlaczego natychmiast nie wyniosłem zmarłych i nie zachowałem domu, zamiast go niszczyć? Dlaczego wiadomość od Khronosa skłoniła mnie do spalenia za sobą mostów? Na dodatek ta wiadomość jest całkiem bez ładu i składu!

A jednak żywię niedorzeczną nadzieję, że uda mi się odbyć podróż do przeszłości, odzyskać przytulne łóżko, komputer… i rodzinę. Cóż mi zostało poza tą nikłą nadzieją? Nic. Nic. Nic. Zmęczenie, żałoba, smutek wsysają mnie jak otchłań. Przed wyruszeniem w drogę muszę się przespać. Happy też jest wykończony. Mój piesek.

Z całej siły napieram na drewniane wrota, ale nie uchylają się nawet na milimetr.

Nieco dalej na ulicy widzę chwiejący się śmietnik. Wyłączam latarkę i kulę się pod ścianą. Teraz nie ufam już nikomu. Dochodzą do mnie urywki rozmów. Rozpoznaję dziewczęce głosy:

– Ruszaj się!

– Jesteś pewna, że nie ma tu patrolu?

– Nie bądź cykorem! Nocą pilnują centrów handlowych. W dzień trzeba się strzec patroli, to wtedy te gnojki próbują poszerzyć swoje strefy wpływów. Teraz nie ma się czego bać.

A więc bandy nastolatków podzieliły miasto między siebie. Jeśli mowa o tych, których spotkałem dzisiaj rano, rozumiem, dlaczego za dnia nikt nie śmie wyjść na zewnątrz. Ryzykuję i rzucam okiem na ulicę. Widzę dwie sylwetki z długimi włosami, ubrane w puchówki. Ich czołówki przez chwilę oświetlają martwe ogłoszenia: „Liczniki gazowe będą sprawdzane jutro o piętnastej”, „Precz z wykluczeniem” i „Front Narodowy zwycięży”. Dwie cyklopki zabierają się do wyciągania z muru betonowej cegły, a następnie rzucają nią w szybę restauracji. Włącza się alarm, pewnie na baterie, ale to ich nie niepokoi. Bez pośpiechu znikają w lokalu, a kilka minut później pojawiają się z wypchanymi torbami. Bez wątpienia wynoszą jedzenie.

Alarm wyje przez kilka minut. Na ulicy nic się nie dzieje.

Kiedy hałas wreszcie milknie, wślizguję się z Happym do wnętrza przez rozbitą szybę okienną. Jesteśmy w chińskiej restauracji, połączonej ze sklepikiem. Lokal ozdabiają papierowe lampiony i parawany. Wchodzę za jeden z nich i wyciągam się na kanapce pokrytej czerwonym aksamitem, przy lśniąco czarnym stole. Leżę bez ruchu z dłonią na sercu. Chcę poczuć jego bicie, a także dotknąć zdjęcia rodziny, które trzymam w wewnętrznej kieszeni. Mimo zmęczenia przez dłuższą chwilę pozostaję czujny. Słucham odgłosów z zewnątrz, z innych budynków. Nagle rozbrzmiewa muzyka. Przez chwilę czuję coś na kształt szczęścia, ale nie trwa to długo, bo ktoś się wydziera:

– Nie marnuj baterii, głupku!

Później wydaje się, że cisza ogarnia wszystko. Wyjmuję z plecaka śpiwór i rozpinam go, żeby się nim opatulić. Happy kładzie się obok mnie, skamląc cicho.

Nie mam siły sprawdzić, czy dziewczyny zostawiły coś do jedzenia. Zresztą nie lubię chińskiego żarcia. I nie jestem bardzo głodny. Zjadam kilka herbatników, zdejmuję rozbity zegarek, wkładam go do kieszeni i zasypiam z dłońmi zanurzonymi w sierść mojego psa.

W nocy moje sny nawiedzają rodzice i Camila.

– Nie oddałeś nas ziemi, Yannisie. Nasze dusze nie zostały uwolnione. Nie mamy też mocy uwolnienia ciebie od naszej obecności, będziemy musieli zostać z tobą.

– Nie przejmujcie się – odpowiadam. – Ależ zostańcie ze mną, nie zostawiajcie mnie samego. Nie odchodźcie. Poza tym odnajdę Khronosa. Dzięki niemu cofnę się w czasie. Z moimi przyjaciółmi, Ekspertami WOT, odkryjemy, skąd wziął się filowirus U4, i unieszkodliwimy go, zanim zdąży was uśmiercić. Obiecuję.

– Naprawdę, obiecujesz? – pytają z niepokojem w głosie.

– Obiecuję, słowo. Uda mi się. Nie wiedzieliście o tym, ale jestem też potężnym Adrialem.

2 LISTOPADA, RANO

O świcie budzi mnie Happy. Trąca mnie nosem. Z trudem wstaję. Nadal jest mi ciężko na sercu, ale próbuję o tym nie myśleć. Drżąc z chłodu, myję się pobieżnie w zimnej wodzie na zapleczu restauracji. Przemywam ranę na głowie i oglądam strup. Wszystko w porządku, chyba nie wdało się zakażenie. Wrzucam do plecaka torebki z makaronem błyskawicznym, a później układam sobie listę najpotrzebniejszych przyborów kuchennych: maszynka gazowa, garnek. Kiedyś przecież byłem na kampingu, ten jedyny raz, kiedy rodzice wysłali mnie na kolonie. Miałem wtedy dziesięć lat. Tak strasznie mi się tam nie podobało, że nigdy więcej nie zmuszali mnie do podobnego wyjazdu. Pamiętam jednak, że do podgrzewania jedzenia używaliśmy maszynek z niebieskim płomieniem, najprawdopodobniej takich na gaz.

Te maszynki w przedziwny sposób kojarzą mi się z gorącą czekoladą. Królestwo za czekoladę! Mama czasem przygotowywała mi ją z cynamonem, a wtedy całe mieszkanie wypełniało się słodkim, kuszącym zapachem. Tymczasem zadowalam się nugatem i pomarańczami. Cóż, dobre i to. Happy’emu otwieram puszkę z psim jedzeniem. Kiedy skończy jeść, znów spróbujemy zmierzyć się ze światem.

Chłodne, listopadowe ulice skąpane są w wilgotnym, ostrym powietrzu. Dziwne, jaskrawe światło przeszywa każdy zakątek. Miasto znów wygląda na opustoszałe, jakby wszystko to, co widziałem nocą, było tylko snem. Muszę przygotować się do wyjazdu. W poszukiwaniu zapasów najpierw penetruję dzielnicę Sainte-Marthe. To miejsce było w przeszłości niezależną wioską i do dziś zachowało swój pierwotny charakter: kościół na wzgórzu, a nieco niżej domki z ogrodami. Jeszcze niżej rozciąga się stare miasto, otoczone typowymi dla północnych dzielnic Marsylii wysokimi kamienicami.

Przede wszystkim szukam apteki, ale w pierwszej kolejności trafiam na sklep sportowy w centrum handlowym Merlan. Ktoś mnie uprzedził. Drzwi są otwarte na oścież, a szyby wybite. A jeśli ukrywanie się we własnym mieszkaniu przez tak długi czas było niewybaczalnym błędem? Jeśli wszystkie przybory z mojej listy zostały już rozkradzione? Jestem naprawdę głupi i opieszały w działaniu.

Wściekły na siebie samego gorączkowo przeszukuję poprzewracane półki. W dziale map wygrzebuję plan regionu. Znajduję też mapę Francji. Zabieram opakowanie batonów i napojów energetycznych, garnek, łyżkę i kubek. Potwierdzają się moje obawy: nie ma już ani maszynek, ani butli z gazem. Zniknęły latarki, paluszki i inne baterie. Znajduję za to koc ratunkowy – nie za bardzo wiem, co to jest, ale nie zajmuje zbyt dużo miejsca. Przekonuje mnie do niego głównie kojąca nazwa. W ręce wpada mi też podręcznik Survival w lesie. Waham się, ale przecież muszę jakoś poradzić sobie bez internetu, więc taka książka z pewnością mi się przyda. Na półkach zostało kilka kurtek z polaru – wszystkie za duże, ale trudno. Puchówka, grube skarpety, rękawiczki i czapka. Oto mój arsenał przeciwko zimie. Plecak jest wypełniony po brzegi. Ciąży mi, ale ten ciężar daje poczucie bezpieczeństwa. Ostrożnie wychodzę ze sklepu. Mam nadzieję, że nie spotkam patrolu!

Dwie minuty później wreszcie znajduję aptekę, złupioną jak inne sklepy. Podczas gdy Happy na patio rozszarpuje torbę na śmieci, ja przeszukuję długie szuflady. Nie znajduję zbyt wielu lekarstw, ale biorę opatrunki, środki dezynfekcyjne, tabletki przeciwbólowe i…

– Rusz się tylko, a nie żyjesz.

Zimna lufa dotyka mojej skroni. Kątem oka dostrzegam czerwoną czapkę z daszkiem. To patrol. Dwóch innych chłopaków wchodzi do apteki. Żują gumę. Poruszają się chwiejnym krokiem, jak bandziory na filmach.

– Zostały tu tabletki do oczyszczania wody? – pyta wysoki chudzielec.

– A jak myślisz? – odpowiada brunet o zielonkawej cerze. – Uważasz, że wszyscy powtarzają sobie: „Hej, wkrótce nie będzie już bieżącej wody”? Oni martwią się tylko o to, co zjeść za godzinę. Kiedy zabraknie wody pitnej, zdobędziemy megawładzę. Będziemy mogli wymieniać tabletki na każdą potrzebną nam rzecz.

Po chwili wskazuje na mnie ostrzem noża i pyta:

– A ten to kto?

– Koleś, którego nie powinno tu być – cedzi przez zęby chłopak trzymający mnie na muszce. – Skąd się tu wziąłeś, pajacu? Trochę głupio zapuszczać się teraz na starówkę. Można by pomyśleć, że nie połapałeś się jeszcze w prawach dżungli. Albo przyłączysz się do nas, albo jesteś trup. A może pochodzisz z burżujskiej dzielnicy, co? Opływałeś w szmal? Miałeś luzik, co?

– Nie, ja…

– To się skończyło. Już nie możecie nas olewać, burżujskie pomioty. Teraz my przejmujemy władzę. Dzięki temu cholernemu wirusowi…

– Taaa – wtrąca chłopak o woskowej cerze. – Teraz świat należy do tych, którzy od dawna uczyli się walczyć o swoje, nie do tych, którzy nigdy nie musieli się niczym przejmować.

– Ale ja…

– Zamknij się!

Czuję, że lufa jeszcze mocniej wbija mi się w skroń. Drugi chłopak zbliża twarz do mojego ucha, a jego oddech napełnia mnie obrzydzeniem.

– Ładnego mam gnata, co? Zbieraliśmy takie w komisariatach, zbrojowniach i wszędzie, gdzie się dało. Nawet sobie nie wyobrażasz, co można znaleźć pod łóżkiem! W każdym razie świat należy dziś do nas, masz moje słowo!

– Mimo wszystko… – mamrocze chudzielec. – Patrz, to ciapaty. Może jest taki jak my?

Facet z bronią nie ma czasu oceniać mojej dawnej pozycji społecznej, a ja nie mam ochoty dostosowywać się do nowych porządków. Happy wreszcie pojawia się w aptece.

Gdy tylko go widzę, krzyczę:

– Bierz go!

I nagle Adrial znów przejmuje kontrolę. Uchyla się w przewidywaniu strzału, który szczęśliwie nie pada natychmiast. Happy skacze chłopakowi do gardła. Ten krzyczy, przewraca się do tyłu, a pocisk z jego broni trafia w ramię bladawego typa, który zaczyna wrzeszczeć.

Adrial korzysta z chwili zaskoczenia, bierze plecak i rusza biegiem za moim psem.

– Iks, ruszaj się, łap go!

Iks to czwarty facet. Czekał na tamtych na ulicy, jego twarzy nawet nie zdążyłem zobaczyć. Adrial pędzi na złamanie karku. Mimo ciężkiego plecaka osiąga nadludzką szybkość, żeby umknąć tym psycholom, którzy strzelają za nim niecelnie. Niestety, Iks biegnie szybciej niż Adrial i niebezpiecznie się do niego zbliża.

– Hej, ty! Stój, zatrzymaj się!

Adrial biegnie zygzakiem przez uliczkę, próbując go zgubić. Nagle dociera do pustego placu graniczącego z autostradą. Teraz jest całkiem odsłonięty. Tymczasem ja znów staję się sobą – w chwili, gdy słyszę swoje imię. Uznaję jednak, że się przesłyszałem. Jeszcze przyspieszam.

W tym miejscu zaczyna się – albo kończy, jak kto woli – słynna Autostrada Słońca. Stoją na niej nieruchome, porzucone samochody. W pewnej odległości od drogi widać kamienice – wysokie, ponure, ściśnięte i puste. W czasach, kiedy wciąż przejeżdżały tędy samochody, ciężarówki i motocykle, musiało tu być niezwykle głośno. Teraz wszędzie panuje grobowa cisza.

Mam wrażenie, że serce zaraz mi pęknie w tej potwornej ciszy. Na nic zdają się długie nogi, nie miałbym szans na olimpijski medal. Adrial biega szybko tylko w WOT. Trzeba było go widzieć w czasie wojny z Rabusiami… Niestety, Yannis nie zadbał o trening fizyczny.

– Stój, mówię!

Wpadam do przejścia dla pieszych pod autostradą. Wewnątrz jest ciemno, choć oko wykol. I śmierdzi szczynami. Happy szczeka, ale nie zwracam na to uwagi. To nie powstrzymuje mojego prześladowcy, który jest coraz bliżej. Wydaje mi się, że słyszę jego oddech. Zbliża się, dotyka mnie, podbiega jeszcze bliżej i rzuca się na mnie. Powala mnie na ziemię. Upadam na beton, moja czołówka spada, toczy się po ziemi i gaśnie. Czuję w ustach smak krwi. Chłopak całym ciałem przyciska mnie do ziemi. Happy szczeka ile sił w płucach. Dlaczego nie broni mnie tak jak w aptece?

Napastnik sapie i dyszy mi w kark. Umrę w tym obskurnym tunelu, przebity ostrzem noża albo od kuli w głowie.

– Yannis… Kurczę, Yannis…

– R…? RV, to ty?

– No tak. Nie mogłeś chociaż raz się odwrócić, żeby zobaczyć, że to ja? Happy mnie rozpoznał!

RV! To RV! A ja byłem przekonany, że to koniec! Tak bardzo się cieszę z odnalezienia przyjaciela, że wybucham płaczem. Straszny wstyd, ale to silniejsze ode mnie. RV żyje. To pierwsza dobra wiadomość, odkąd świat rozpadł się na kawałki. Mój kumpel sztywnieje na chwilę, a później przetacza się na bok i bierze mnie w ramiona. Na szczęście jest ciemno i nic nie widać.

RV mocno mnie przytula, a ja płaczę jak dziecko. To spotkanie coś we mnie przełamało – nie wiem co – w każdym razie to się wylewa, wylewa i nie chce przestać. Beczę, zachłystując się powietrzem, jak smarkacz. Zbyt wiele różnych uczuć przepełnia mi serce. Ulga i smutek. Wstyd i porzucenie. Przyjaźń i upokorzenie. W każdym razie żadne uczucie nie będzie już nigdy czyste. Świat ogarnął tak wielki chaos.

Dopiero po kilku minutach udaje mi się opanować. Rozluźniam uścisk. Szybko uwalniamy się od siebie i wstajemy w ciszy. Happy skamle cicho, żeby przypomnieć o swojej obecności. RV mocno klepie mnie po plecach. Rzucam mu przelotny uśmiech, po czym ruszamy w stronę światła na końcu tunelu.

Przez dłuższą chwilę się nie odzywamy. Zawstydzeni przejawem słabości, unikamy nawet patrzenia na siebie. Siedzimy na balustradzie autostrady w pewnym otępieniu, patrząc na surrealistyczny krajobraz ze ściśniętymi, porzuconymi w niewyobrażalnym chaosie samochodami. Sępy wydają się tylko czekać na znak, żeby nas pożreć.

Początkowo nie wiem, co powiedzieć. Nie mam ochoty przyznać się RV, że byłem u niego w mieszkaniu, leżałem na jego łóżku, a nawet zabrałem jego latarkę, która zresztą została w tunelu. Pójdę tam zaraz, ale najpierw opowiem mu wszystko ze szczegółami. Mam wrażenie, że nie widziałem go od wielu tygodni. Uśmiecham się w końcu i mówię:

– Nigdy wcześniej nie miałeś takich fajnych ciuchów.

– Taaa! To Wielki Przewrót, sam widzisz. Musisz się przyłączyć – i to szybko. Liczebność patroli jest ograniczona. Zasada jest prosta: będzie ich tyle, ile czerwonych czapek. Nie wiem, ile Nike ich wyprodukował, ale w centrum nie sposób już ich znaleźć.

– O czym ty mówisz?

– Yannis, ocknij się! Niektórzy mali spryciarze są bardziej zaradni od innych. Ci, którzy nie mieli nic jeszcze przed wirusem, pozbierali się najszybciej. Patrole założyła niewielka banda chłopaków z miasta. Wybrali czapki z daszkiem jako znak rozpoznawczy. Na samym początku, żeby się do nich przyłączyć, wystarczyło pójść i wskazać, gdzie mieszkałeś, żeby udowodnić, że byłeś równie biedny jak oni. Potem dawali ci czapkę, a ty zyskiwałeś prawo do ograbiania sklepów. W zamian miałeś pilnować, żeby nie szabrował tam nikt inny. Ci kolesie kompletnie niczego się nie boją i to daje im siłę. Dla nich to jedyna okazja, żeby zemścić się za wcześniejsze życie, kapujesz? Twierdzą, że było im gorzej niż teraz, wyobrażasz sobie?

– Przesadzają. Nie wierzę w to.

– W każdym razie mam nadzieję, że została jakaś czapka dla ciebie, w przeciwnym wypadku będziesz musiał ukrywać się jak szczur… I nie daję ci dużych szans.

– Tak czy owak zmywam się stąd.

– I dokąd pójdziesz? Wszędzie jest podobnie. Wszelkimi sposobami trzeba walczyć o przetrwanie. Tu przynajmniej jesteś u siebie.

– Muszę opuścić Marsylię. Wystarczy, że pójdziesz ze mną.

– Nie. Urodziłem się tutaj. To jest moje miasto i nigdy z niego nie wyjeżdżałem. Udało mi się wejść w szeregi patrolu. To wszystko, co mam, ale zawsze to coś. Zostaję. No dalej, zostań ze mną. We dwóch będziemy silni.

Głos mu się łamie, a ja patrzę na niego ze zdumieniem. Jest wzruszony. I ma rację. Nie mam nikogo poza nim. Nie możemy się rozstać. Kiwam głową na znak, że zostanę z nim w Marsylii. Przyjaciel uśmiecha się do mnie, zdejmuje czapkę i zakłada mi ją na głowę.

– Teraz należysz do patro…

Dźwięk strzału rozdziera powietrze. Ciągle jeszcze słyszę końcówkę zdania wypowiadanego przez RV. Intensywność jego spojrzenia zmienia się, a oczy nabierają dziwnie szklistego połysku. Prawy policzek wybucha purpurą. Dopiero wtedy dostrzegam plamkę na jego skroni. Czerwoną, tak bardzo czerwoną. Błyszczącą. Otwieram usta, ale mój krzyk jest niemy.