U4. Stephane - Vincent Villeminot

U4. Stephane

0,0

OPIS SERII
JEDEN WIRUS, JEDNA HISTORIA, 4 AUTORÓW, 4 TOMY SERII
Akcja wszystkich czterech powieści wchodzących w skład serii toczy się współcześnie, od 1 listopada do 24 grudnia. Na świecie wybucha epidemia wywołana przez niezwykle groźnego wirusa U4, na którego nie ma remedium. W ciągu miesiąca wirus wyniszcza niemal całą ludzkość. Epidemię w zagadkowy sposób przeżywają tylko młodzi ludzie między 15 a 18 rokiem życia.  I to właśnie z perspektywy czworga spośród ocalałych nastolatków –  dwóch dziewcząt Koridwen i Stéphane oraz dwóch chłopców Yannisa i Jules’a – czytelnik ogląda postapokaliptyczny świat. Ich historie rozgrywają się równolegle, a opowieści przenikają się w taki sposób, że nawet najuważniejszy czytelnik ani przez moment nie ma wrażenia, że „już kiedyś to czytał”. Każdy z tomów stanowi oddzielną całość, ale wszystkie wzajemnie się dopełniają.
OPIS TOMU
Stéphane, podobnie jak pozostali tytułowi bohaterowie serii, jest Ekspertką w grze komputerowej Warriors of Time. Ostatni przed apokalipsą komunikat mistrza gry Khronosa zwoływał Ekspertów do Paryża i obiecywał im możliwość przeniesienia się w czasie, by uratować świat. Stéphane, córka słynnego wirusologa, jako jedyna z czworga bohaterów serii nie uwierzyła w te zapewnienia. Uważała, że jedynym sposobem na ocalenie jest szczepionka, której opracowanie lub odnalezienie zależy od zespołu jej ojca. Gwałtowna, bardzo inteligentna dziewczyna o białych włosach i męskim imieniu, w grze znana jako Lady Rottweiler, wcale nie wybierała się na spotkanie pod wieżą Zegarową. Jednak wskutek fatalnego zbiegu okoliczności musiała opuścić Lyon i wraz z innymi Ekspertami podążyć do stolicy Francji. Nie po to jednak, żeby cofnąć czas. Po to, by szukać ojca. I w końcu odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nauka i autorytet mogą być remedium na koniec świata.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
29416.jpg

Tytuł oryginału: U4. Stéphane

© Copyright 2015 by Editions Nathan et Editions Syros, SEJER, Paris, France.

© Okładka: Dmitryrollins93/Shutterstock.com

© Copyright for the Polish translation by Paweł Łapiński, 2016

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Polarny Lis, Warszawa, 2016

Redaktor prowadzący: Sylwia Sawicka

Redakcja: Milena Schefs

Korekta: Zofia Krzywicka-Vauthier

Adaptacja okładki: Jan Bersz

Projekt map, skład i przygotowanie do druku: Marta Krzywicka

Polarny Lis

ul. Dąbrowiecka 22, 03-932 Warszawa

www.polarnylis.pl

www.facebook.com/polarnylis

ISBN 978-83-945617-6-5

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

prawolubni_szary.psd

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

konwersja.virtualo.pl

Zastanawiasz się, czy jesteś dziką bestią czy może raczej świętym

Ale jesteś i jednym, i drugim.

I wieloma jeszcze rzeczami […]

Oczekuj tylko na własne czyny,

bo jesteś teraz nietykalny. Bo żyjesz.

Fauve≠, Blizzard

Nie wszystkieć, prawda, umierały, ale

Zaraza wszystkich zesłabiła wcale.

Jean de la Fontaine, Rada zwierząt

1 LISTOPADA

Mija już dziesięć dni, odkąd atakujący opony mózgowe filowirus krwotoczny U4 – nazwany tak od Utrechtu, miasta w Holandii, w którym pojawił się po raz pierwszy, i czwartej generacji – sieje spustoszenie.

Piorunująco złośliwy, w czterdzieści godzin zabija wszystkich bez wyjątku: wywołuje osłabienie organizmu, migreny, astenię i paraliże, po których dochodzi do gwałtownego krwawienia, zawsze kończącego się śmiercią.

Rozprzestrzenił się już w całej Europie. Berlin, Lyon, Mediolan… Kolejne dzielnice, miasta, aglomeracje próbowano poddawać kwarantannie, aby powstrzymać epidemię. Na próżno.

Ponad dziewięćdziesiąt procent światowej populacji uległo zagładzie. Przy życiu pozostały jedynie nastolatki.

Zaczyna brakować pożywienia i wody pitnej. Połączenie z internetem staje się niestabilne. Istnieje obawa, że skończy się prąd i zerwą sieci komunikacyjne.

Warriors of Time (lub WOT – dla wtajemniczonych) była przed epidemią popularną grą komputerową w typie multiplayer. Gracze mogli w niej – w zależności od poziomu – podróżować między epokami w fikcyjnym świecie Ukraün, zmieniać bieg wydarzeń i w ten sposób wypełniać swoje misje. Uczestnicy regularnie spotykali się na forum, żeby wypracowywać strategie i wysłuchiwać rad doświadczonych wojowników – Ekspertów albo nawet samego mistrza gry, Khronosa.

Pierwszego listopada, przedostatniego dnia działania internetu, szeregi WOT liczyły około stu pięćdziesięciu Ekspertów pozostałych przy życiu na terytorium Francji. Ci z nich, którzy weszli na forum tego dnia, żeby zapomnieć o otaczającej ich rzeczywistości albo wymienić się informacjami na temat kataklizmu, otrzymali taką wiadomość:

Od: Mistrz gry

Do: Eksperci

To z pewnością moja ostatnia wiadomość. Połączenia stopniowo rwą się na całym świecie.

Nie traćcie nadziei. Wciąż pozostajemy Warriors of Time.

Znam sposób na cofnięcie czasu. Zawsze go znałem. Jednak sam nie mogę nic zrobić.

Dołączcie do mnie. Razem możemy uniknąć katastrofy, napisać przeszłość na nowo. Uwierzcie we mnie, uwierzcie w samych siebie, a pokonamy naszego najpotężniejszego wroga: wirusa.

Spotkanie 24 grudnia o północy pod najstarszym zegarem w Paryżu.

Khronos

Jules, Koridwen, Stéphane i Yannis to czworo Ekspertów. U4 jest historią o nich.

JEDEN

2 LISTOPADA

Jest ich około dwudziestu. Wyglądają, jakby byli w moim wieku, mają siedemnaście albo osiemnaście lat, dziewczyny i chłopaki. Stoją nadzy nad brzegiem rzeki, mają cudowne ciała – zdrowe, żywe, nienaruszone – w tej ogromnej kostnicy pod gołym niebem.

Myją się, nie żałując wody, na stopniach nabrzeża, pomimo chłodnego wiatru. W pobliżu na dwóch dużych ogniskach parują balie, w których przed myciem zagotowali zapewne wodę z rzeki. W innej balii wygotowują bieliznę i ubrania. Dwie młode dziewczyny rozkładają je na stopniach, żeby wyschły. Nie mogę oderwać wzroku od tego niecodziennego spektaklu. Obserwuję ich zza barierki mostu Guillotière, który łączy brzegi Rodanu. Widzę stąd, jak się ochlapują, słyszę pokrzykiwania, kiedy któreś spryska resztę zimną wodą. Czasami się śmieją, nawołują. Zapomniałam już, jak brzmi śmiech.

Słyszę ich głosy, które jesienny wiatr niesie z północy – pierwsze odgłosy życia w umarłym mieście – ale nie rozumiem słów. Przypomina to scenę z życia ludzi pierwotnych: rzeka, w której się myją; ogień; bezwstydnie nagie ciała na brzegu rzeki i ten dziwny język. Można by się spodziewać, że zaraz znikną otaczające ich mosty, drogi, asfalt, budynki, całe miasto Lyon. Może tak właśnie będzie? Może są ostatnimi ocalonymi w całkowicie zdziczałym Lyonie i za kilka dni nie pozostanie już nic z cywilizacji, którą znaliśmy?

Jeden z nich nagle mnie dostrzega. Wyraźnie daje mi znaki, zaprasza, żebym do nich dołączyła. Potem kolejni obracają się w moją stronę, wołają mnie. Mimowolnie się uśmiecham, oparta łokciami o moją barierkę, ale czar pryska. Przechodzę na drugą stronę rzeki, zostawiając ich za sobą, schodzę z mostu pustego jak cały półwysep widziany z mieszkania mojego ojca. Miasto jest wyludnione. Poza uczestnikami tej cudownej kąpieli nie ocalał nikt.

Na ulicy Saint-Michel natykam się na dwa nowe trupy. Nie sposób ich ominąć, leżą na samym środku drogi. Trzymają się za ręce, dwoje tragicznych kochanków, których uścisku nie rozdzieliła nawet śmierć. Może tutaj, u stóp kamienicy, powaliła ich gorączka, kto wie? Albo może spotkali się w tym miejscu, żeby ze sobą skończyć? Mieli dwadzieścia czy sześćdziesiąt lat? Tylko ich ubrania skłaniają mnie ku pierwszej hipotezie. Z wyglądu ciał nie da się nic wywnioskować: oboje nie mają już twarzy, tylko strupy zakrzepłej krwi; ich ręce zaczęły się rozkładać. Romeo + Julia?

„Nie rozczulaj się, nie koloryzuj”.

„Co wiesz, Stéphane? Co rozumiesz? Analizuj…”

Krew. Strupy. Gorączka.

„Fakty. Jakie fakty?” Ludzie zaczęli krwawić jedenaście dni temu. Objawy za każdym razem były takie same: bóle głowy, migreny siatkówkowe, rozległe krwotoki – wewnętrzne i zewnętrzne. Krew sączyła się z oczu, nosa, uszu, przez skórę. Wszyscy umierali w mniej niż czterdzieści godzin. Nowy filowirus krwotoczny, typu ebola, bliższy szczepowi Utrecht, ale nieskończenie bardziej zjadliwy. Oficjalnie nazwany U4, od „Utrechtu 4. typu”. Zaraził dziewięćdziesiąt procent populacji, a wszyscy, których dopadł, umarli – wszyscy, tylko nie my.

Przeżyły wyłącznie nastolatki między piętnastym a osiemnastym rokiem życia. A przynajmniej ich przeważająca większość. Tyle mogłam wyczytać z najważniejszych portali informacyjnych, przynajmniej na początku. Potem dziennikarze internetowi umarli – jak wszyscy dorośli, jak dzieci. Strony stawały się niedostępne jedna po drugiej. Awarie zasilania coraz częściej rozwalały internet. Tylko na stronie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wciąż wyświetlały się dawno nieaktualne zalecenia: zachować spokój, nie panikować, nosić rękawiczki i maski ochronne, nie dotykać zarażonych, opuścić niezwłocznie domy lub mieszkania zainfekowane przez wirus. Nie ruszać zwłok. Zgłosić się do Z-Punktów, miejsc zbornych zorganizowanych przez władze.

Potem internet zgasł. Wszystko zgasło.

Odtwarzam sobie po raz setny chronologię wydarzeń, żeby opanować wstręt podczas mijania ciał dwojga kochanków. Moja obecność przeszkodziła drapieżnikom żerującym na trupach, insektom, muchom i szczurom, setkom szczurów, które panują teraz nad całym miastem. Wszystkie one roją się, śmierdzą. Te pasożyty żywią się zmarłymi, tym, co z nas zostało.

„Analizuj, nie roztrząsaj. Wyprzedzaj fakty”.

Gryzonie przywloką inne epidemie. Umrą od nich nieliczni ocaleni – nastolatki. Cholera albo dżuma wydają się śmieszne w porównaniu z U4, ale również będą śmiertelne.

Podążając tropem własnych myśli, zostawiam za sobą dwa trupy. Ojciec zawsze mi mówił: „Podczas niesienia pomocy medycznej należy się skupić na informacjach naukowych, na tym, co się wie i czego nie wie, żeby nie poddać się emocjom”.

Powtarzał mi to, żeby nauczyć mnie panowania nad tremą przez egzaminami. Czy domyśla się teraz, gdziekolwiek jest, jak bardzo przydają mi się jego rady – dziś w tym umarłym mieście?

Porzucone samochody, powywalane bagaże; odpadki i śmieci. Aleję blokuje przewrócony, leżący na boku tramwaj. Jego motorniczy z pewnością wpadł w konwulsje podczas pracy, stracił kontrolę nad pojazdem… Pasażerowie zginęli w wypadku czy raczej mieli czas, żeby wrócić do domów i tam umrzeć? Unikam spoglądania w ciemne, zaparowane okna tramwaju.

Na ulicach nie leży zbyt dużo ciał, spodziewałam się, że będzie gorzej. Nie ma już nic, tylko pasożyty i cisza. W mediach mówiono o milionach zmarłych, oglądałam zdjęcia w internecie i widziałam niezliczone ilości zbiorowych grobów. Tutaj chorzy zapewne zostali w domu, żeby umrzeć godnie, dyskretnie, po lyońsku. A może wszyscy pospieszyli do szpitali, które stały się jednocześnie kostnicami i podstawowymi ogniskami rozprzestrzeniania się epidemii? Przez dwa pierwsze dni, kiedy myślano, że chodzi o zapalenie opon mózgowych albo plamicę piorunującą, chorzy z gwałtownie rosnącą gorączką i krwotokami byli zabierani przez pogotowie. Zwyczajowe środki ostrożności okazały się niewystarczające. Pacjenci zarazili personel medyczny, który dołączył do grona chorych.

Jednak nie wszyscy lekarze zachorowali.

Nie epidemiolodzy, którzy w swoich laboratoriach starali się stawić czoła wirusowi. Mój ojciec?

No to jesteśmy. Wreszcie docieram pod najwyższe budynki dzielnicy Gerland. Gula, którą mam w żołądku, dręczy mnie jak wrzód.

„Boisz się, Stéphane. Boisz się tego, czego się dowiesz”.

Dostrzegam wieżowiec P4 i na chwilę przystaję. Laboratorium, w którym pracował mój ojciec, jest pogrążone w ciemnościach. Zamykam oczy, biorę głęboki wdech. Trzeba iść dalej, sprawdzić to, zrobić jeszcze kilka kroków.

„Tato. Wyjechałeś, umarłeś?”

Gdyby pozostali jacyś badacze, byłby tu choć jeden generator, agregaty działałyby nawet w środku dnia. Nic nie byłoby ważniejsze dla przyszłości niż praca wykonywana w tych laboratoriach przez mojego ojca i zespoły naukowców, którymi kierował, jego kolegów badających śmiercionośne wirusy, którzy starali się zwalczyć U4.

Wieżowiec jest pogrążony w ciemności, czyli pusty.

„Wyjechałeś, umarłeś? Kiedy wrócisz?”

Kilkanaście metrów od wejścia widzę dwóch młodych ludzi. Palą.

– Został tu jeszcze ktoś? – zagajam.

– To zależy. Kogo szukasz? – pyta mnie wyższy z nich z nieufną miną.

Ma tyle lat co ja i strzelbę pod pachą. Pokazuję na wieżowiec.

– Mój ojciec, doktor Certaldo, pracował w laboratorium P4.

– To możesz zapomnieć – odpowiada drugi z nich trochę uprzejmiej. – Wojskowi ewakuowali laboratorium drogą powietrzną dziewięć dni temu, razem ze wszystkimi naukowcami. Dwa najniższe poziomy są zaminowane, wstęp wzbroniony aż do powrotu wojska.

Za dużo informacji naraz… Słabo mi. Są jeszcze jacyś dorośli, wojsko, żołnierze. Pozostali przy życiu. Ewakuowali badaczy dziewięć dni temu. Ewakuowano ich, więc są żywi.

Polecieli. Mój ojciec poleciał.

„Wrócę, kiedy tylko się da” – napisał mi dziesięć dni temu. I dzień później uciekł. Beze mnie. Nawet mnie nie uprzedził.

Może próbował?

– Liczyłaś na niego? – pyta grzeczniejszy z dwóch młodych palaczy. – Jak nie masz dokąd pójść, to możesz się zgłosić do strefy zaopatrzenia, czyli Z-Punktu. Tu niedaleko jest jeden, w kampusie uniwersyteckim. Gdzie chodziłaś do szkoły?

– Do Liceum Parkowego.

– No to musisz iść i zarejestrować się w parku Tête d’Or. Powiedzą ci, gdzie możesz się ulokować.

– W porządku – dukam. – Dam sobie radę.

NOC Z 2 NA 3 LISTOPADA

Zmrok prawie mnie zaskoczył, kiedy wracałam do domu. Wchodzę na czwarte piętro w ciemnościach, po omacku. To już dwadzieścia cztery godziny, jak nie ma prądu. Czy na zawsze? Najwyraźniej ocalonych jest za mało, żeby miał kto obsługiwać elektrownie…

Na schodach moje serce zaczyna bić szybciej. W momencie wkładania klucza do zamka ogarnia mnie niedorzeczna nadzieja. Wciąż jeszcze nie mogę jej porzucić, ręce mi drżą… Otwieram.

Pusto. Nie wrócił. Nie dziś. Nie ma go tu tak samo jak wczoraj. Zostawiłam dla niego kartkę przed ramką ze zdjęciem na stole w jadalni: „Poszłam Cię szukać w Gerland. Wracam za trzy godziny. S.”.

Chwytam ramkę z portretem, oglądam go po raz setny. Zdjęcie zostało zrobione podczas jednej z jego Misji Ebola w Gwinei. Na zdjęciu doktor Philippe Certaldo jest brudny, zmęczony, z nagim, spoconym torsem pod rozpiętym białym fartuchem, ale się uśmiecha…

Dostrzegam swoje własne odbicie w szkle ramki. Ja też wyglądam na wyczerpaną, tylko że się nie uśmiecham. A jednak dalej go przypominam: ta sama wysoka sylwetka, szczupła i nerwowa, ta sama mocno pociągła twarz i siwe, krótko przycięte włosy o niesfornych kosmykach, te same kościste ręce, trochę zbyt blade jak na kogoś, kto lubi słońce. Ładny obrazek… Mówi się, że mam też jego oczy, szare oczy o inteligencji, która mnie u niego zawsze zdumiewała. Mój ojciec był uwodzicielskim mężczyzną, który miewał „przygody” z wieloma lekarkami i nie przejmował się moją matką. Ja jestem dziewczyną. Dziewczyną, której rodzice dali tak zwane dwupłciowe, durne imię Stéphane; dziewczyną, której włosy od dzieciństwa są siwe, jak by były oznaką przedwczesnej starości, i która przez swoją impulsywność przypomina chłopczycę. Próbuję otworzyć elektryczne rolety zasłaniające okna. Jaki sens wciąż się tak barykadować? Wdychałam dziś zepsute powietrze Lyonu pełnymi płucami i wciąż żyję.

Kiedy ostatecznie udaje mi się siłą odsunąć jedną z rolet za pomocą metalowej nogi krzesła, jest już noc. Mieszkanie pogrąża się w ciemnościach. Zapalam świeczkę, a jej płomień drga. Drugi listopada, Święto Zmarłych. Moja matka, Bretonka i praktykująca katoliczka, wierzyła w te rzeczy: w śmierć, zmartwychwstanie. Czy dane jest jej wciąż w to wierzyć, wśród ocalonych, czy otrzymała wreszcie ostateczną odpowiedź?

Gdzie jest? Gdzie jest cała trójka: tata, mama, Nathan? Razem?

Chwytam komórkę, prawie rozładowaną, jakbym miała potrzebę przeczytania tego raz jeszcze, żeby samą siebie przekonać. Jedenaście dni temu ojciec wysłał mi SMS-a: „Absolutnie nagły przypadek. Muszę Cię opuścić na trzy doby”. Potem kolejny SMS, dzień później, kiedy zaraza osiągnęła efekt progowy: „Nie wychodź z domu pod żadnym pozorem. Działaj tak, jak Cię nauczyłem. Wrócę, kiedy tylko się da”.

Znam te wiadomości na pamięć.

Staram się uporządkować myśli, przyswoić to, czego się dziś dowiedziałam. Czy ojciec już nie wróci? Razem ze swoimi kolegami z wieżowca P4, jedynego miejsca we Francji, gdzie bada się śmiercionośne wirusy, znalazł się na pierwszej linii walki z pandemią. Jeżeli nie zginął od wirusa w pierwszych godzinach, to został ewakuowany. Chwytam się tej myśli ze wszystkich sił: ojciec na pewno żyje. Ale dokąd go ewakuowano? I czy dotrzyma słowa, przybędzie tu po mnie? Czy po ewakuacji wyruszy najpierw do Bretanii po mamę i Nathana, mojego brata?

Muszę zostać, czekać na niego. Na wszelki wypadek.

Wykonałam szczegółowo wszystkie jego zalecenia, dokładnie tak, jak mnie nauczył w tych ostatnich latach, opowiadając o pandemiach. Lady Rottweiler, mój awatar, rozpowszechniła jego rady na forum Warriors of Time, naszej gry sieciowej, już 24 października: zamontować filtry do wody i zawsze przegotować ją przed spożyciem, stłuc lufcik i zastąpić szybę filtrem z węglem aktywnym z kuchennego okapu, żeby zapewnić wymianę oczyszczonego powietrza. Pozatykać pozostałe nawiewy i klimatyzację bibułą, a potem regularnie ją zwilżać. Kilka razy na godzinę myć ręce roztworem alkoholu. Nie panikować.

Zasygnalizować swoją obecność, oczekiwać pomocy na miejscu.

Pomoc nie nadeszła. I nie nadejdzie.

Starałam się na forum dowiedzieć czegoś o tym, co dzieje się w Bretanii. Jednak nie sposób było otrzymać wiarygodnej informacji o sytuacji w Dourdu, kilka kilometrów od Morlaix, gdzie od tego lata mieszkali moja matka i mój brat.

Mieszkali… Nawet myślę o nich w czasie przeszłym.

Prawie nie mam już wody, pomimo wszystkich tych misek, które poustawiałam na balkonie i na dachu. Zero deszczu. Jutro będę musiała udać się do jednego z tych Z-Punktów, żeby zaopatrzyć się w wodę butelkowaną. Wolałabym się stąd nie ruszać, ale nie mam wyboru.

Dziś wieczór, jak we wszystkie poprzednie wieczory, szukam schronienia w gabinecie mojego ojca. W kącie piętrzą się kartony ze sprzętem z misji humanitarnych. Jutro zaniosę wyposażenie medyczne do Z-Punktu. Tam przynajmniej na coś się przyda.

Nie daję rady zasnąć. Nie śpię już od trzech dni.

Tata – ewakuowany?

Mama – wciąż żyje? Z nim i Nathanem?

A może udało jej się przeżyć razem z nowym mężem i moim bratem w ich nowym domu? Nie wierzę w Niebiosa, ale odmawiam za mamę i Nathana jedną z niewielu katolickich modlitw, które jeszcze pamiętam – matka nauczyła mnie jej, gdy byłam dzieckiem. Zaczyna się od słów, które kierują moje myśli również ku tacie: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie…”.

3 LISTOPADA

Przed zdjęciem w jadalni zostawiam nową wiadomość:

„Poszłam do Z-Punktu Tête d’Or. Wrócę wieczorem. Stéphane”.

Idę przez ulice równie puste jak wczoraj. Do Tête d’Or trafiłabym nawet z zamkniętymi oczami: przez ostatnie dwa miesiące pokonywałam tę trasę codziennie. Park wychodzi na Liceum Parkowe, moje liceum, najlepsze w Lyonie. Nie wiem, jakim cudem ojciec mnie tam zapisał, w dodatku we wrześniu – co prawda miałam świetne wyniki z przedmiotów ścisłych, ale w poprzednim roku szkolnym zostałam wylana z dwóch innych placówek. Za agresywne zachowanie. Matka nie mogła tego znieść, więc zamieszkałam z nim… A teraz go nie ma.

Przemierzam półwysep. Dziś, podobnie jak wczoraj, na ulicy panuje martwa cisza. Nie przejeżdża żaden samochód, żaden tramwaj. Nie minęłam ani jednego pieszego. Brak tych codziennych odgłosów uświadamia mi, że to miasto tętniło kiedyś życiem. Żeby to usłyszeć, wystarczyło ściągnąć słuchawki iPoda.

Nie można powiedzieć, że ulice są puste. Są raczej pełne – samochodów, zjaw… Przed każdym budynkiem stoją pojazdy zawalone bagażami. Ich właściciele myśleli, że wystarczy im czasu na ucieczkę. Niestety, drugiego dnia pandemii władze ogłosiły zakaz przemieszczania się. I nie mogłam wsiąść w pociąg do Morlaix, chociaż planowałam pojechać do mamy i Nathana z okazji Wszystkich Świętych.

Dzwoniliśmy do siebie wiele razy. Czwartego dnia pandemii żyli jeszcze oboje. Im też nakazano zostać w domu. Potem przestała działać łączność telefoniczna, a chwilę później poczta głosowa. Środki ostrożności podjęte przez rząd i tak nie zdały się na nic. Nikt nie nadążał za wirusem. Utrecht 4. generacji wsiadł już w pociąg, samolot, metro i rozprzestrzenił się w mgnieniu oka. Nie napotkał trudności w dobie otwartego społeczeństwa. Kiedy w całej Europie w tym samym czasie ludzie zaczęli masowo chorować, było już za późno.

Co się stało z mamą i Nathanem? Czy tata dojechał do nich na czas? Znalazł dla nich jakieś schronienie?

Przyglądam się fasadom budynków i przechodzi mnie dreszcz. Ile ciał skąpanych w zaschniętej krwi kryje się za tymi oknami? Żelazna krata, która osłaniała witrynę najbliższego marketu, jest powykręcana; ktoś ją wyważył. Zbieram się na odwagę i zaglądam do środka. Półki z napojami, te najbliżej wyjścia, są całkiem puste. Warzywa zaczęły się już psuć, wydzielają słodko-gorzki zapach pleśni. Ludzie musieli w panice zabierać stąd możliwie dużo jedzenia, jakby w oczekiwaniu na oblężenie. Ile ton żywności będzie teraz gniło, w ilu mieszkaniach?

Pospiesznie ruszam dalej.

Jeszcze kilkaset metrów. Widzę już Rodan. I nagle słyszę ogłuszający dźwięk silnika motoroweru w pobliskiej uliczce. Aż podskakuję ze strachu, ale to przypomina mi, że nie jestem sama w tym mieście. Daleko przede mną, na moście Winstona Churchilla widać trzy osoby. Ich sylwetki są jeszcze niewyraźne – czy to nastolatki jak ja? Czy cudownie ocaleni dorośli?

Zbliżam się do Z-Punktu, muszę tylko pokonać rzekę.

W tym momencie ciszę zastępuje piekielny łomot. Trzy masywne helikoptery wojskowe przelatują nad moją głową, rozrywając niebo wirnikami i zasłaniając jesienne słońce. Transportowany na wysięgnikach ładunek przechyla się z powodu prędkości.

Przepadnie mi dzisiejsze zaopatrzenie… Ruszam biegiem w kierunku Tête d’Or.

Ogrodzenie parku to granica Z-Punktu, miejsca zbornego dla ocalonych.

Ogromne wojskowe helikoptery właśnie odlatują, kiedy docieram na miejsce. Młodzi ludzie w odblaskowych kamizelkach krzątają się wokół kontenerów pozostawionych przez maszyny. Kontenery stoją na wielkim kwadratowym trawniku otoczonym ogrodzeniem. Przed nimi utworzyły się długie kolejki.

Setki nastolatków czekają na swoją kolej, a tymczasem inni, w odblaskowych kamizelkach, zaczynają dystrybucję. Nie zakładałam, że przeżyło aż tyle osób. Taka masa ludzi robi na mnie… dziwne wrażenie. No i oczekiwałam, że zastanę tu jakichś dorosłych organizatorów, ale nie widzę ani jednego. Ci, którzy przyjęli prowiant dostarczony przez helikoptery, są w moim wieku. A piloci? Kim są, skąd przylatują?

Waham się, podchodzę do pierwszej kolejki, ustawionej wzdłuż żółtych barierek. Każdy z oczekujących trzyma w rękach miskę. Jakaś dziewczyna, którą znam z widzenia, uczennica klasy maturalnej o profilu humanistycznym, dostrzega moje niepewne spojrzenie i puste ręce.

– Przychodzisz po raz pierwszy? Zapisałaś się?

Wskazuje mi biały namiot kilkaset metrów stąd. Żeby trafić na listę i móc zgłaszać się po dzienną rację, muszę się zarejestrować.

– Tym zajmują się uczniowie z klas przygotowawczych1 – wyjaśnia mi dziewczyna.

Idę w kierunku namiotu. Plakat przed wejściem informuje: „Rejestracja – Administracja tymczasowa”. Wchodzę, odkładam torbę. Kolejka nie jest długa. Rozglądam się, ale nie widzę ani jednego dorosłego. Za stołami siedzi dwóch chłopaków w moim wieku, może osiemnastoletnich. Po trzech minutach podchodzę do jednego z nich, podaję swoje imię i nazwisko.

– Masz jakiś dowód tożsamości? – pyta.

Nie, nie pomyślałam o paszporcie, nawet teraz taki pomysł wydaje mi się całkiem nie na miejscu. Uśmiecham się. Koleś wygląda na urażonego.

– Z której jesteś szkoły?

– Z Liceum Parkowego.

– OK, dobrze trafiłaś.

Ze stosu piętrzącego się na stole wyciąga dosyć grubą listę, a potem pyta mnie o numer klasy maturalnej. Szybko odnajduje moje nazwisko, wypisuje dla mnie kartonową fiszkę, podaje mi ją i ręcznie wpisuje mnie na listę.

– Chcemy uniknąć sytuacji, w której ludzie zaopatrywaliby się w kilku różnych miejscach albo po kilka razy ustawiali w tej samej kolejce – wyjaśnia mi. – Mieszkasz w liceum?

Przez krótką chwilę nie rozumiem pytania, z opóźnieniem dociera do mnie jego sens: wielu uczniów mieszkało w internacie. Wśród uczniów klas przygotowawczych była to wręcz norma. Zapewne zostali na miejscu, z braku transportu…

– Nie – odpowiadam. – Mieszkam u ojca.

Chłopak podnosi głowę, zaskoczony.

– Twój ojciec wciąż żyje?

– Nie wiem… Zniknął w przeddzień oficjalnego ogłoszenia epidemii. Jest lekarzem, specjalizuje się w wirusach.

Biorę swoją torbę i wysypuję jej zawartość na stół: bawełniane maseczki, lateksowe rękawiczki, roztwory alkoholu, odkażacze, saszetki z elektrolitami, zestawy przetrwania. Całe to „wyposażenie awaryjne” mojego ojca na misje humanitarne wydaje mi się dziś śmieszne. Teraz właściwie przydałyby się raczej kombinezony z mechanicznym przepływem powietrza z jego laboratorium P4. Ale te leki i materiały opatrunkowe to wszystko, co mam.

– To takie różności pierwszej potrzeby – mówię. – Mogą się przydać przeciwko zakażeniom. Mam tego w domu ze trzy razy tyle…

Mój rozmówca przygląda mi się uważnie, z wahaniem: nie jestem już tylko nazwiskiem na liście. Co powinien zrobić? Odwraca się do innych chłopaków w namiocie i prosi, żeby zawołali Juliena.

– Możesz zaczekać tu kilka minut? O tym musisz pogadać z jednym ze studentów medycyny…

Rzuca okiem na leżącą przed nim kartkę i zaczyna czytać zalecenia.

– …Tu masz podstawowe informacje: znajdujemy się w strefie zaopatrzenia Tête d’Or, która obejmuje Liceum Parkowe, Herriot, Brossolette, La Trinité i Magenta oraz kilkanaście gimnazjów, a do tego trzy uczelnie. Nazywa się to Z-Punktem. W Lyonie znajdują się cztery takie strefy. Jeżeli pojawisz się tu między ósmą i piętnastą, każdego dnia otrzymasz posiłek i dwa litry wody. Studenci medycyny zajmują się opieką zdrowotną, uczniowie z klas przygotowawczych zarządzają strefą zaopatrzenia i strefami zbiorowego zakwaterowania.

– Studenci?

– Tak, z pierwszego roku… Cała reszta nie żyje.

Przesuwa w moją stronę kolejną zadrukowaną kartkę, zatytułowaną SZZ, strefa zbiorowego zakwaterowania, i stuka długopisem w mapę dzielnicy:

– Możesz się zakwaterować w internacie Liceum Parkowego, w sypialni nr 5 z dziewczynami z maturalnej. Tam każdego dnia otrzymasz drugi posiłek, gotowany dla nocujących na miejscu. Kolejną zaletą jest to, że mamy trzy agregaty, czyli światło przez całą dobę… Natomiast musisz zostawić kompa i komórkę na wejściu, żeby nie zżerać prądu. No i musisz brać udział we wspólnych pracach, ale to ci wyjaśni osoba odpowiedzialna za twoją sypialnię.

– Zadowoliłabym się zaopatrzeniem – mówię.

Jego ręka na chwilę zawisa w powietrzu. Chłopak jest zaskoczony, bo zaczął mnie już wpisywać na listę „sypialni nr 5 dziewczyn z maturalnej”.

– Jesteś pewna? Nie mogę cię zmusić…

Czuję, że jednak by chciał. Na szczęście w tym momencie do namiotu wbiega młody mężczyzna w białym fartuchu i kieruje się prosto w moją stronę. Nowo przybyły ma sportową sylwetkę, dłuższe blond włosy i pięciodniowy zarost.

– Jestem Julien. To ty przyniosłaś ten towar? – pyta.

Ma łagodny, nieco figlarny wyraz twarzy. Z miejsca wzbudza moją sympatię.

– Od U4 to nas nie uchroni – odpowiadam. – Jednak za tydzień lub dwa zaczną się inne choroby, spowodowane zanieczyszczeniem wody, w której są odpadki i trupy. Czerwonka, cholera. W pierwszej kolejności trzeba by zacząć od palenia ciał i czyszczenia okolicznych ulic. Trzeba by mieć wapno. I znaleźć jakiś sposób na odprowadzanie ekskrementów, utrzymywanie bardzo ścisłej higieny.

Chłopak wygląda na zaskoczonego.

– Skąd to wszystko wiesz?

– Mój ojciec, Philippe Certaldo, jest epidemiologiem. Przez piętnaście lat jeździł na misje humanitarne.

Chłopak notuje coś w notesie, który wyjął przed chwilą z kieszeni.

– Jak się nazywasz?

– Stéphane. Stéphane Certaldo.

Spogląda na mnie z wahaniem. Standardowa reakcja… Nie wie już, z kim ma do czynienia.

– Mam imię jak chłopak, ale jestem dziewczyną – mówię zblazowanym głosem, żeby postawić sprawę jasno. – Wyglądam na dziewczynę, nie?

Uśmiecha się.

– Podobno masz więcej tych leków?

– Tak. Mogę wam przynieść. Jutro i pojutrze.

– Chcesz, żebyśmy kogoś przysłali? Nocujesz w liceum?

– Nie, przyniosę resztę na dwa razy, nie ma problemu. Mieszkam u ojca. Czekam, aż wróci.

Julien lustruje mnie wzrokiem. Wygląda na to, że uznał mnie za dość lekkomyślną, ale dostrzegam w jego oczach, że to niekoniecznie musi być wada.

– OK, jak chcesz. Dzięki, Stéphane. Z pewnością przyda nam się twoja wiedza. Wpadniesz do mnie jutro do namiotu medycznego?

– Jasne. Wiesz może, co się stało z laboratorium P4 w Gerland? Mój ojciec tam pracował.

Domyślam się, że jest pod wrażeniem.

– Zostało ewakuowane, o ile dobrze słyszałem – odpowiada. – Twój ojciec bardzo by nam się przydał…

– No właśnie. Mnie też.

NOC Z 3 NA 4 LISTOPADA

Dziś wieczorem jakimś cudem włączono prąd. Wykorzystałam to, żeby naładować baterie w iPodzie i kompie. Podniosłam wszystkie elektryczne rolety, nawet te dwie, z którymi ostatnio walczyłam. Otworzyłam szeroko okna, chociaż jest już chłodno. Nie mogę znieść zamknięcia.

Prześladuje mnie myśl o mamie i Nathanie. I myśl o ewakuacji ojca.

4 LISTOPADA

Stoję w kolejce w Z-Punkcie, przed strefą dostaw z helikoptera. W ręku trzymam moją „tymczasową kartę”. Podobnie jak wczoraj, rozpoznaję kilka twarzy, chociaż nikogo nie znam na tyle dobrze, żeby zagajać rozmowę. Kilka przypadkowych konwersacji, które do mnie dotarły, potwierdza jednak to, co słyszałam już wcześniej w mediach: prawie jedna trzecia nastolatków w naszym wieku także zmarła na gorączkę krwotoczną… A co stało się z uczniami z mojej klasy? Komu się udało?

Uczniowie z liceum w małych grupkach komentują sytuację w strefie zbiorowego zakwaterowania. Są dziwnie spokojni, jakby pogodzili się z już z nowymi okolicznościami. Po dwudziestu minutach oczekiwania wreszcie dostaję przydziałowe dwie butelki wody i porcję prowiantu. W drodze powrotnej słyszę ochrypłe, głębokie krzyki dobiegające z parku. Niecałe pięćset metrów stąd jest ogród zoologiczny Tête d’Or. Zwierzęta na pewno zdychają tam z głodu. Które tak przeraźliwie jęczą?

Po powrocie do domu pochłaniam moją porcję w kilku kęsach. Wydaje mi się jeszcze mizerniejsza niż ta wczorajsza. Kto o tym decyduje, kto je przygotowuje, transportuje? Na co liczą wojskowi? Chcą nas tylko utrzymać przy życiu? Co ich powstrzymuje przed ewakuowaniem nas, tak jak ewakuowali laboratorium mojego ojca?

Skoro jest jakieś bezpieczne miejsce, jakieś schronienie, to dlaczego nie możemy z niego skorzystać?

Ktoś na pewno zna jakieś rozwiązanie, znalazł wyjście, ma plan – dorośli, którzy pracują nad rozwiązywaniem problemów, jakaś organizacja… Musi przecież istnieć jakaś procedura! Nie wszyscy umarli: w Z-Punkcie Tête d’Or jest prawie tysiąc nastolatków, a gdzie indziej w Lyonie pewnie trzydzieści albo czterdzieści razy więcej. Ktoś wysyła helikoptery z zaopatrzeniem, gdzieś żyją zorganizowani dorośli, w tym mój ojciec i inni ewakuowani lekarze. Jeżeli żyją, to na pewno szukają teraz jakiegoś lekarstwa, szczepionki.

Czy wrócą? Czy zwierzęca chęć przetrwania z powrotem zamieni się w życie?

Światło znów gaśnie, z pewnością w całym mieście. Czy tym razem ciemności zapadły na zawsze?

5 LISTOPADA

Wczoraj szukałam Juliena, studenta pierwszego roku medycyny, w namiocie medycznym, gdzie mieliśmy się spotkać, ale go tam nie było. Dzisiaj podchodzi do mnie, kiedy stoję w kolejce po przydział. Towarzyszą mu jakiś chłopak i dziewczyna. Julien mi ich przedstawia:

– Ahmed… Émilie… Najzdolniejsi z grupy.

Ona ma bardzo jasne oczy, bardzo bladą skórę i ciemnofioletowe worki pod oczami. On najwyraźniej źle się czuje we własnym ciele, ma różowe i gładkie chłopięce policzki. Podaje mi rękę.

– Miło mi – mówi niezręcznie. – Chodziliśmy na zajęcia do twojego ojca, na wirusologię. Na pewno miał różne książki, dokumenty, prawda?

Tata… Nie wiem, do czego dąży Ahmed, ale zna mojego ojca. Émilie podchwytuje wątek.

– Studiowaliśmy nauki ścisłe na ENS, a teraz mieszkamy na kampusie w Z-Punkcie. Potrzebujemy dokumentów twojego ojca i jego kolegów, żeby móc walczyć z epidemią. Niestety, nie możemy wejść do laboratorium P4… Wczoraj Julien nam o tobie opowiedział. Chcielibyśmy pójść do ciebie do domu i sprawdzić, czy nie ma tam dokumentów, które by nam pomogły. Myślisz, że to wykonalne?

Kiwam głową, idiotycznie onieśmielona przez dwoje studentów, którzy przecież są ode mnie tylko o rok starsi. Może to dlatego, że mówią jak dorośli. Wiedzą, czego szukają. Nie wyglądają na zagubionych.

– OK, no to idziemy – podsumowuje Julien. – Wziąłem już twoją rację.

Wskazuje na trzy porcje prowiantu i cztery butelki wody. To znacznie więcej niż mi przysługuje. Zabieram tylko jedną porcję.

– Jak wolisz – uśmiecha się Julien.

– Macie tam w Z-Punkcie jakieś świeczki?– pytam go.

– Akurat to, dla odmiany, przysługuje tylko mieszkańcom stref zbiorowego zakwaterowania…

Przecinamy plac. Kierujemy się w stronę mostu Winstona Churchilla i półwyspu. Kiedy oddalamy się od parku, po raz kolejny dobiegają mnie krzyki zwierząt.

Gdy wchodzimy do mieszkania mojego ojca, Ahmed natychmiast zauważa filtr z węglem aktywnym, zamontowany w oknie naszego salonu. Gwiżdże z uznaniem.

– Wyjątkowa z ciebie licealistka, Stéphane – komentuje Émilie.

– Po prostu trafiłam do dobrej szkoły.

Pokazuję im biurko i biblioteczkę mojego ojca. Wczoraj rano zaniosłam im zapasy z ostatniego kartonu z wyposażeniem medycznym na sytuacje awaryjne, ale regały wciąż są pełne. Dwoje studentów ENS zaczyna spisywać tytuły oprawionych doktoratów. Szybko przestaję rozumieć, o czym rozmawiają. Może i mają po osiemnaście lat, ale według Juliena to „najlepsi z najlepszych”.

– Kilkoro nastolatków z ENS, najbardziej błyskotliwi studenci biologii i chemii w całej Francji, zaczęło pracę nad hipotezami – tłumaczy mi Julien. – Na razie starają się zrozumieć, dlaczego przy życiu pozostaliśmy akurat my – czyli ludzie między piętnastym a osiemnastym rokiem życia.

– Myślicie, że możemy być zdrowymi nosicielami? – pytam.

Ahmed się odwraca.

– Rzeczywiście, to jedna z hipotez – odpowiada. – Jeśli tak jest, to przenosimy filowirusa i mogliśmy zarazić naszych bliskich. Inna hipoteza zakłada, że coś w naszym organizmie uodporniło nas przeciwko zarażeniu. W obydwu przypadkach musimy znaleźć wyjaśnienie, żeby wypracować podstawę leczenia.

Oceniam ambicję jego słów. „Leczenie…” To równie szalone – w pewnym sensie – co wiadomość zostawiona przez Khronosa na forum dzień przed tym, zanim siadły wszystkie połączenia. „Cofnąć czas, znaleźć leczenie…”

– A jeśli to tylko opóźnione działanie? – sugeruję.

Widzę na ich twarzach, że znów są pod wrażeniem mojej wiedzy. Podczas epidemii niektóre systemy immunologiczne odwlekają działanie wirusa, a więc dwie osoby zarażone w tym samym momencie mogą zapaść na daną chorobę w różnym czasie, jeśli jedna z nich ma dłuższy okres inkubacji.

– To mogłaby być druga wersja – przyznaje Ahmed. – Ale nasze systemy odpornościowe nie są identyczne, nawet jeśli jesteśmy w tym samym wieku. Masowe przetrwanie akurat trzech roczników pod rząd nie pasuje do tej hipotezy…

– Zastanawialiśmy się nad tym – dodaje Émilie. – Przeżycie w tym przypadku zależało od roku urodzenia. Dotyczy to osób między piętnastym a osiemnastym rokiem życia. Wszyscy przeżyliśmy, choć nie ma to uzasadnienia w naszej fizjologii. Coś musiało się zdarzyć, a my właśnie musimy to zidentyfikować.

Rozumiem ogólny zamysł: połączyło nas coś konkretnego, skoro jeszcze żyjemy, a jesteśmy niemal w tym samym wieku. Jakieś wydarzenie? Nie pomyślałam o tym.

– Jeżeli wasze wydarzenie istnieje – mówię, głośno myśląc – to z pewnością chodzi o coś medycznego. Leki, które byśmy wszyscy ostatnio dostali. Albo jakaś szczepionka przeciwko innej chorobie.

Przyglądają mi się i kiwają głowami. Doszli do tych samych logicznych wniosków.

– Nie wiemy, ilu lekarzy przeżyło epidemię – stwierdza Ahmed. – Tak czy inaczej, wszystkich ewakuowano i nie wiemy dokąd. Póki co, musimy szukać sami.

„Ilu lekarzy jeszcze żyje? Co byś dała za odpowiedź na to pytanie?”

Kiedy już skończyli zbierać dysertacje i przydatne książki – te, które sama im wskazałam, i inne, pod kątem ich hipotez – wypełnili nimi dwie walizki ciężkie jak kufry.

– Jakieś dwieście metrów stąd stoi kilka pustych wózków sklepowych – mówię. – Można by to w nich przewieźć. Pokażę wam.

Przed marketem Julien bierze mnie na stronę.

– Stéphane, nie powinnaś zostawać sama. Przydałabyś się nam w strefie zbiorowego zakwaterowania.

– No i zwariujesz tu – dodaje Émilie, która do nas podeszła.

– Wolę czekać na ojca, w razie gdyby wrócił.

6 LISTOPADA

„Zwariować”? Moja samotność jest nieskończona, nieukojona. Tak samo jak niepokój oraz niepewność. Ilu z nas ma jeszcze nadzieję, że ich rodzice żyją? Czy karmię tylko moje złudzenia, a ewakuowani umarli gdzieś indziej?

Z drugiej strony żyją przecież żołnierze, latają helikoptery, są pewnie jakieś władze. Czyli są też bezpieczne miejsca…

W poszukiwaniu jakiegoś życzliwego towarzystwa, po prostu kogoś do rozmowy, postanawiam pójść do Z-Punktu wcześniej niż poprzednio. Po drodze słyszę krzyki. Przez ostatnie dwie doby w dzielnicy było trochę strzałów – głuchych, stłumionych. Po Tête d’Or krążą plotki o szabrownikach plądrujących Lyon. Miejskie legendy? Mój ojciec mawiał, że w strefach zarażenia kradzieże, przesądy i porachunki są często bardziej śmiercionośne niż sama choroba.

Instynktownie zrywam się do biegu.

Dostałam już swoją porcję, ale przez kilkanaście minut ociągam się z opuszczeniem strefy zaopatrzenia. Wreszcie dostrzegam tych, na których liczyłam: trójkę uczniów z mojej klasy maturalnej.

Oni też mnie widzą.

– Stéphane! – krzyczy Marco Gallehault, podchodząc do mnie z otwartymi ramionami.

Na jego widok zalewa mnie fala radości. Miałam z nim dobry kontakt przez ostatnie dwa miesiące. Marco to dosyć zabawny chłopak, przystojniak szybko zjednujący sobie ludzi i to nie tylko tych najsłabszych czy nieśmiałych… Poza tym wysportowany, bardzo przeciętny w przedmiotach ścisłych, błyskotliwy w historii; świetny facet, kompletnie nie na miejscu w klasie maturalnej o profilu ścisłym. Od początku całkiem dobrze się rozumieliśmy. Dziś wygląda, jakby też szczerze się cieszył, że mnie widzi. Niestety, towarzyszą mu Jennifer i Anna, dwie członkinie klasowego gangu wytapetowanych lasek.

– W której sali śpisz, Stéphane? Myśleliśmy, że nie…

– Że nie żyję? Jak widać, żyję. Ale nie nocuję na miejscu, wpadłam tylko coś przegryźć.

Wskazuję na moją otwartą rację żywieniową.

– Pyszności, nawiasem mówiąc…

Oboje się krzywimy, a potem uśmiechamy. Jennifer i Anna stoją z boku i udają, że patrzą w inną stronę. Zawsze odnosiły się do takich dziewczyn jak ja ze znudzoną obojętnością, ale dziś i one nie wyglądają najlepiej. Lustruję je wzrokiem.

– Jak leci, laseczki? Da się jakoś przeżyć bez szamponu?

Obracają się na pięcie i odchodzą dwadzieścia metrów dalej, by poczekać na swojego opiekuna. Marco się uśmiecha.

– Nie musiałaś tego robić, Stéphane. Teraz wszyscy trzymamy się razem.

– Oczywiście – odpowiadam. – Wystarczy porządny wirus i zapanowuje powszechna postapokaliptyczna miłość…

– Nic się nie zmieniłaś. Wiecznie wściekła, co? Dlaczego nie chcesz tu zamieszkać?

– Właśnie z powodu tych wszystkich ludzi – odpowiadam, wskazując Jennifer i Annę. – To ponad moje siły.

Patrzy mi w oczy z mieszanką ironii i podziwu.

– Do diabła, prawdziwy z ciebie uparciuch… Myślisz, że dasz sobie radę sama?

– Staram się. Zobaczymy.

Jego głos nagle się zmienia, przechodzi w szept spiskowca.

– Czytałem twoje rady na forum, Lady. Widziałaś ostatnią wiadomość od Khronosa?

Lady Rottweiler… Prawie zapomniałam o tej wiadomości. „Nie traćcie nadziei. Znam sposób na cofnięcie czasu”. Zapomniałam, że Marco też grał w WOT. A przecież tyle o tym rozmawialiśmy: jego awatar, Long John Silver, też należał do grona Ekspertów.

– Nie wierzę w wehikuły czasu – odpowiadam mu. – Ani w Świętego Mikołaja. No dobra, Marco, zostawiam cię z twoją świtą.

– Odzywaj się czasem, Lady.

Wygląda, jakby szczerze ucieszył się z naszego spotkania. Muszę przyznać, że ja też. Chociaż wolałabym porozmawiać z Julienem, Émilie albo Ahmedem.

Po posiłku kieruję się w stronę zoo. Pierwszy raz byłam tam, kiedy mój ojciec przeniósł się do Lyonu. Miałam dziesięć lat, a Nathan siedem. Często chodziliśmy do zoo.

Pięć żyraf wyszło ze swojej zagrody, stoją na ogromnym wybiegu imitującym sawannę. Widać, że wychudły, ich cętkowana skóra zdaje się zwisać z wielkich ciał, które wyglądają przez to dość niezgrabnie.

Zwierzęta poruszają się wolniej niż zwykle, jakby chciały oszczędzać siły. Jedna z żyraf patrzy w moją stronę. Pod jej długimi rzęsami skrywają się załzawione oczy. Nagle zwierzę wydaje z siebie rozdzierający serce jęk – dotychczas nigdy nie słyszałam wołania żyrafy.

Nie mam sumienia stać tu i wciąż tak patrzeć, więc zostawiam je i idę dalej wzdłuż ogrodzenia.

Spora część wielkich afrykańskich roślinożerców zgromadziła się wokół wodopoju. Wszystkie są zatrważająco wychudzone, mają wystające żebra, jakby dotknęła je klęska suszy na sawannie. Oryksy i zebry Hartmanna leżą na piasku, tylko kilka samców jeszcze się nie poddało. Paśniki, w których zazwyczaj znajduje się pasza, są puste, a roślinność z wybiegu chyba nie wystarcza zwierzętom. Kiedy mnie dostrzegają, w ich oczach pojawia się nadzieja. Myślą, że przychodzę je nakarmić. Liczą na człowieka. A ludzi już prawie wcale nie ma…

Ten widok jest wstrząsający.

Nagle między dwiema kępami drzew dostrzegam kogoś, kto pcha taczkę pełną paszy. Zaskoczona idę za nim, na wpół ukryta za kępami rododendronów. Nie wiem właściwie, dlaczego się kryję.

Kto to?

Chłopak kładzie na ziemi ogromną kulę siana, a potem gwiżdże. Watussi wolnym krokiem podchodzi do ogrodzenia. Samozwańczy karmiciel bierze widły i przerzuca swój ładunek przez barierkę, po czym przechodzi przez nią, wyciąga scyzoryk, przecina taśmę przytrzymującą kulę siana i niesie całe naręcza suchej trawy w stronę paśników. Bawoły o brunatno-żółtej sierści, z ogromnymi rogami koloru kości słoniowej, zbliżają się do nich ostrożnie.

Chłopak jeszcze mnie nie zauważył, więc mogę dobrze mu się przyjrzeć. Nosi bojówki w kolorze khaki i ciemną koszulkę z długimi rękawami. Ma czarne, mocno rozczochrane włosy. Wychodzi z zagrody watussi, a potem znika w przestrzeni zarezerwowanej dla personelu i po chwili wraca z nową taczką pełną siana. Na wierzchu położył szpadel. Śledzę go, wręcz zafascynowana.

Tym razem zatrzymuje się przed schronieniem kobów nilowych, drobnych antylop, po czym zaczyna powtarzać te same czynności. Rozkłada paszę w paśnikach i zwraca na nią uwagę zwierząt. Antylopy trochę się chwieją na zbyt cienkich nogach, ale w końcu łączą się w stado. Nieznajomy spokojnymi ruchami głaszcze brązowozłote samce i coś do nich mówi. Swobodnie porusza się wśród nich, jakby się dobrze znali. Tymczasem samice z dwójką młodych nie mają do niego zaufania i trzymają się na uboczu.

Nagle chłopak sięga po szpadel i podchodzi do jednego ze zwierząt, stojącego nieco z tyłu. Bierze zamach i gwałtownie uderza antylopę w kark, tuż za rogami. Tryska krew. Zwierzę się słania i ugina tylne nogi. Drugim, precyzyjnym uderzeniem chłopak rozcina mu kark do połowy.

Pozostałe przeżuwacze śledzą tę scenę z oddali, rozdarte między głodem i strachem. Tajemniczy zabójca antylopy odwraca się do mnie.

– Pomożesz mi zapakować ją na taczkę? To bydlę waży co najmniej z osiemdziesiąt kilo…

Alex chodził w liceum Herriot do klasy maturalnej o profilu ścisłym. Nie skomentował mojego męskiego imienia. Kiedy już załadowaliśmy jego ofiarę na taczkę, zakrwawionymi rękami wytarł sobie czoło i teraz szkarłatne smugi nadają mu wygląd mordercy. Podaję mu chusteczkę z gazy, którą wzięłam na wszelki wypadek. Alex wyciera się i upycha chustkę w kieszeni. Chyba nie zamierza mi jej oddać. Potem wskazuje na antylopę.

– Wyglądasz na miłośniczkę zwierząt – stwierdza. – Ten samiec powoli już zdychał, a nam się może przydać. Idziesz?

Posłusznie podążam za nim, o nic nie pytając. Alex pcha taczkę. Jeszcze ciepłe ciało jego ofiary podskakuje na każdym wertepie. Docieramy do głównej części zoo. Mijamy szklane i druciane klatki naczelnych, ptaków i drapieżców. Za szybami widać wychudłe zwierzęta, ale żaden gatunek nie wydaje się dotknięty przez U4. Oczywiście poza dużymi małpami – żadna z nich nie przeżyła. „To zrozumiałe w przypadku filowirusa” – powiedziałby mój ojciec.

Kotowate zostały zamknięte wewnątrz menażerii przez „ostatniego strażnika, który był tu przed śmiercią” – jak stwierdza Alex. Zrzuca antylopę na ziemię przed schodami prowadzącymi do budynku i za pomocą szpadla z naostrzoną krawędzią rąbie zwierzę na pięć wielkich, krwistych kawałów.

– Zajmę się tym sam – mówi. –To brudna robota.

Podnosi jeden kawał, pokonuje schody i wchodzi do menażerii, której drzwi zostały wyważone. Przez kogo, jeżeli nie przez niego? Alex wraca do truchła roślinożercy i odchodzi z kolejnym ochłapem mięsa. Wszystkie ubrania ma teraz poplamione krwią. Podążam tuż za nim, kiedy wraca na górę z ostatnim strzępem antylopy. W środku cuchnie, unosi się cierpki zapach, który szczelnie wypełnia płuca.

Alex podchodzi do klatki z lwami perskimi. Wyjmuje z kieszeni pęk kluczy, otwiera zakratowaną śluzę, wchodzi do środka. Dwójka kotowatych podniosła się i uważnie śledzi go wzrokiem. Samiec z brudną, obwisłą grzywą wydaje z siebie gwałtowny ryk. Alex nawet nie drgnie. Uśmiecha się.

– Kocury wyczuwają karmę.

Dwójka drapieżców podchodzi do kraty. Alex wrzuca im posiłek do środka, po czym wychodzi, pogwizdując. W jego śmiałości nie ma nic udawanego ani nieuważnego. Ze spokojem powtarza tę samą operację z lampartami amurskimi o oczach jak żółty lód.

Tygrysa bengalskiego zostawia sobie na koniec.

Przez ogrodzenie przerzuca mięso na trawę, po czym otwiera zwierzęciu wyjście na zewnątrz.

Siedzimy na ławce tuż za ogrodzeniem, twarzą do wybiegu, pod gołym niebem. Gdy dawniej tu przychodziłam, musieliśmy walczyć, przepychać się łokciami, żeby przyjrzeć się spektaklowi tygrysiego posiłku, który przyciągał całe chmary dzieciaków z rodzicami, wycieczki szkolne, turystów. Co się z nimi wszystkimi stało?

A Nathan, który podobnie jak ja kochał ogrody zoologiczne?

Nie chcę o tym myśleć.

Tygrys wychodzi, ostrożny i nieufny. To jego pierwsze kroki na powietrzu od prawie dwóch tygodni. Dzieli nas od niego tylko głęboka fosa, prawie sucha. Tygrys najpierw obchodzi wkoło swoje terytorium. To przechadzka, którą wykonuje dwadzieścia razy dziennie, od kiedy urodził się w niewoli. Następnie zbliża się do mięsa, trąca je łapą, oddala się. Potem powraca i rzuca się na zad antylopy. Słyszymy pomruki zadowolenia i pękające chrząstki.

Słońce oświetla nam twarze. Alex siedzi z nogą na nodze, z rękoma w kieszeniach, i pyta zamyślony:

– Myślisz, że my też jesteśmy zwierzętami zagrożonymi wymarciem?

Spoglądam na przyczepioną do ogrodzenia tabliczkę, która informuje, że bengal został przyjęty do parku Tête d’Or w ramach konwencji waszyngtońskiej o ratowaniu gatunków chronionych.

– Trzeba by chyba pomyśleć o jakimś programie ochrony gatunku…

Jasne oczy Aleksa o turkusowym kolorze zniknęły w zmarszczkach uśmiechu. Taki czarny humor to wszystko, czego mi trzeba. Wyjmuje moją chustkę z kieszeni, ponownie wyciera sobie przedramiona i czoło, po czym oddaje mi strzępek zakrwawionej gazy.

– Trzymaj. Nie jestem pewien, czy jeszcze ci się przyda.

Z uśmiechem wsuwam gazę do kieszeni.

– Przyjdziesz znów jutro, żeby mi pomóc? – pyta Alex. – Zacząłem wczoraj, ale chyba będę potrzebował pomocnika weterynarza.

Przeszłam przez most Winstona Churchilla. Od niecałych trzech minut idę już półwyspem. Nagle z prostopadłej ulicy wyjeżdża samochód i wolno przesuwa się w moją stronę. Uciekać, chować się? Za późno, już mnie dostrzegli.

„Zachowaj spokój. Nie daj nic po sobie poznać”.

Idę w stronę samochodu. Kiedy podjeżdża bliżej, ktoś bezgłośnie opuszcza elektrycznie sterowane szyby. Ze środka przygląda mi się czterech gości. Są w moim wieku. Szabrownicy?

Przed chwilą naciągnęłam kaptur, ledwo można dostrzec w mroku moją twarz.

– Masz jakąś wodę? – pyta kierowca.

Kręcę głową przecząco. Gość pokazuje kierunek Tête d’Or.

– Tam już jej nie mają?

Tym razem potakuję.

– Zapomniałeś języka? Jak się nazywasz?

– Stéphane.

Staram się, aby mój głos był jak najbardziej mrukliwy. Przede wszystkim nie mogą się zorientować, że jestem dziewczyną. Stałabym się wówczas zwierzyną łowną.

– Nie powinieneś się tu kręcić, Stéphane, ulice nie są bezpieczne – rzuca do mnie kierowca.

Wszyscy wybuchają śmiechem. Znów kiwam głową. Odjeżdżają. Jestem zlana potem.

Po powrocie do „naszego” domu nerwowo przeszukuję wszystkie szafki, żeby znaleźć cokolwiek, co mogłoby posłużyć mi za broń. W głębi szafy odkrywam skrzynkę z narzędziami. Nie pomyślałabym, że z ojca taki majsterkowicz, ale w gruncie rzeczy tak rzadko go odwiedzałam przez kilka ostatnich lat… Biorę łom i mocuję go do plecaka, a potem wsuwam kuchenny nóż do jednej z bocznych kieszeni.

Ojciec mawiał, że w „czerwonych strefach” i ich okolicach pojawienie się szabrowników jest nieuniknione. Jak w strefach wojny w Ukraün, w WOT. Tato, czy to już wojna? Jak długo jeszcze dam radę czekać tu na ciebie?

8 LISTOPADA

Nikt już nie kąpie się na brzegu Rodanu. Po stronie dzielnicy Gerland ulice wyglądają inaczej. Wypalone karoserie samochodów. Rosnące góry odpadków, nagromadzone przez wiatr albo porzucone. Miasto przybrało wygląd wysypiska, pola bitwy i cmentarza zarazem. Włóczą się po nim zwierzęta, zdziczałe psy, koty, a przede wszystkim tysiące szczurów, które w ostatnim czasie powychodziły z kanałów. Na chodnikach dominują ptaki, całe eskadry kruków rzucają się z powietrza na tę trupiarnię i pożywiają się tym, co z nas pozostało, także naszymi trupami, wykłócając się o nie z drapieżnymi przybyszami ze wsi. Nawet gołębie zostały padlinożercami. A może zawsze nimi były? Czy jedzą ludzi? Ludzkie strzępy, ludzkie nieczystości? Kilka ciał, które mijam, wygląda ohydnie.

Dwa tygodnie po wybuchu epidemii Lyon cuchnie.

Wysoka sylwetka wieżowca P4 wciąż jest pogrążona w ciemnościach. Przed Z-Punktem ENS trzeba się wylegitymować. Mówię do jednego z uzbrojonych „wartowników”:

– Przyszłam do Émilie i Ahmeda. Tych geniuszy.

Nie znam ich nazwisk, ale strażnik zrozumiał i daje znak, żebym zaczekała. Nie ma opcji, żeby przedostać się do laboratorium badaczy. Wreszcie w drzwiach staje Émilie.

– Jakieś zmartwienie, kochana?

Domyślam się, że zapomniała już, jak mam na imię, chociaż jest nietypowe. W końcu interesowało ją tylko moje nazwisko.

– Nie, przyszłam tylko zapytać o… O wydarzenie.

– Pracujemy nad tym. I udało nam się nawiązać kontakt z lekarzami…

– Z moim ojcem?

– Nie, z innymi lekarzami pracującymi dla wojska. Kiedy tylko będziemy wiedzieli coś więcej, damy znać Julienowi. Mieszkasz teraz w Z-Punkcie Tête d’Or?

– Nie, wciąż u ojca.

– Nie powinnaś tam zostawać. W mieście dochodzi do grabieży, gwałtów… Nie możemy cię tu wpuścić, przykro mi, ale zasady są bardzo surowe.

Szukają. Znajdą. Muszę tylko poczekać i pozwolić im pracować. Wracam do Tête d’Or. Za kogo ja się uważałam? Za równą im epidemiolożkę, błyskotliwą studentkę? Jestem tylko córką mojego ojca.

Dzielnica Guillotière nie różni się prawie od Gerland: te same śmieci, trupy, ta sama fauna. Trzy budynki w całości spłonęły. W jakich okolicznościach? Ich zwęglone bryły straszą szkieletem okien i metalowych konstrukcji pod szarym niebem.