Tylko nie śpij 2 - Jacek Y. Łuczak

Tylko nie śpij 2

0,0

W typowym małym amerykańskim miasteczku dochodzi do serii zabawnych, brutalnych morderstw. Jak zwykle w takich okolicznościach, lokalny szeryf i jego zespół nie dają sobie rady z wyjaśnieniem sprawy. Ale miejscowi nastolatkowie podejrzewają, co się dzieje. No i tradycyjnie wpadają w kłopoty, które kończą się po drugiej stronie powiek. Dosłownie i w przenośni. A w pewnym sensie także po drugiej stronie życia. Ale wówczas z pomocą przychodzi im Ktoś Niezwykle Istotny Z Innego Punktu Widzenia.

Książka jest komedią filozoficzną w konwencji horroru science-fiction; kontynuacją nieistniejącej pierwszej części, być może o tym samym tytule.

Jacek Y. Łuczak: niezależny dziennikarz w stanie spoczynku, aktor i tekściarz kabaretowy także w stanie spoczynku. Autor przewodników turystycznych. Podróżnik chwilowo w stanie spoczynku.

Dodaj komentarz


Wow, to się nazywa zabawa. Trochę fantastyczna, trochę makabryczna i do tego wywrócona. Trudno opisać w kilku zdaniach co się w powieści dzieje i nie-dzieje. świetna komedia, a może makabreska?


Łuczak dał czadu w tej powieści. Zaczynając od "zabawnych, brutalnych morderstw", które naprawdę są zabawne i brutalne, a kończąc na ludziach szeryfa. Ta powieść to majstersztyk.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Wydawnictwo e-bookowo.pl


© Copyright by Jacek Y. Łuczak & e-bookowo

Projekt okładki: e-bookowo, zdjęcie na okładce: Rafał Karcz

ISBN 9780-83-7859-098-9

Wydawca:
Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:
wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Wydawnictwo e-bookowo.pl

Jacek Y. Łuczak

Tylko nie śpij 2

Większość zdarzeń jest częścią rzeczywistości. Ale są też takie, które dzieją się w jej okolicy.

 

***

 

Życie, które toczy się po drugiej stronie powiek, bywa o wiele ciekawsze od tego zwykłego.

 

***

Naukowcy mówią, że sen jest tym dla duszy, czym ubikacja dla ciała. Tyle tylko, że po śnie nie ma czym spłukać.

A niektórych ludzi sen może tak przycisnąć, że nawet nie będą w stanie zdążyć do łóżka.

 

***

Snu nie można nikomu pożyczyć. Choć ujawniło się kilku twierdzących, że to zrobili. Do dziś są pacjentami zakładów o charakterze zamkniętym.

 

***

Powszechne jest przekonanie, że sen jest bezpieczny. Ale co zrobić, gdy to, co śnimy, wydarza się naprawdę, ze wszystkimi konsekwencjami? Co wtedy, kiedy nie da się powiedzieć: „Spokojnie, nie mogą mnie zabić, to tylko sen”?

No cóż, wtedy mamy przechlapane.

 

– Pępek!

– Co?

– Oni mają pępek!

– Kto? – Sandra próbowała zrozumieć zaskoczenie Stevena.

– Adam i Ewa. Zobacz sama.

Spojrzała. Rzeczywiście, na obrazie Adam i Ewa mieli pępki.

– No i…?

 

***

 

– Dobry kotek – wydusił z siebie Bob Schredinger.

Zwierzę nawet nie drgnęło. To dlatego koty są kompletnie nieprzydatne w energetyce.

– Czy ty w ogóle żyjesz, Kundlu, głupi futrzaku, czy jak ci tam?

Kundel drgnął. Przynajmniej tak się Bobowi wydawało. Rudy kot z białym krawatem chyba lekko przechylił głowę, ale brakowało pewności, w którą stronę. Kundel siedział w pozycji wyczekującej. Tylko koty potrafią tak siedzieć – z nieruchomymi oczami wyrażającymi nadzieję, że człowiek zaraz wyciągnie zza pleców sztuczną myszkę do zabawy i zacznie mówić wiele rzeczy bez sensu. Jedną z nich jest „kici, kici, zobacz, co ja tu dla ciebie mam”. Wszyscy wiedzą, że koty lubią te słowa, ale wypowiadane jedynie z towarzyszeniem dźwięku otwieranej puszki z tuńczy-kiem.

Pan Schredinger uchodził za dziwaka. Zresztą nie tylko on, ale także cała jego kolekcja zwierząt, które nazywał domowymi. Hodował na przykład żabę, prawdopodobnie jedyną na świecie, która nosiła muchę wyłącznie dla ozdoby.

Pan Schredinger był gruby, choć znajomi zawsze powtarzali mu, że po prostu dobrze wygląda. Problem w tym, że z roku na rok wyglądał coraz lepiej.

Prawda była taka, że utknął gdzieś pomiędzy korpulentnością a przysadzistością. Był człowiekiem, ale wystarczyłoby, żeby jego ojciec 62 lata temu poszedł do kuchni, zamiast do sypialni, w której czekała na niego żona, a z pewnością pan Schredinger byłby teraz potężnym naleśnikiem.

Ważył 120 kilogramów i mieszkał sam. Nigdy nie miał żony, tym bardziej dzieci. To akurat nie dziwiło, bo jak może rozmnażać się ktoś, kogo interesuje tylko jedzenie?

Bob ze szczególną czcią obchodził jedno tylko święto w roku – Światowy Dzień Otyłości. Nigdy jednak nie ustalił, czy tego dnia walczy się z nadwagą, czy też z niedowagą. Więc zawsze bez stresu wybierał drugą, przyjemniejszą wersję.

Pan Schredinger spojrzał niechętnie na ściszony nieco telewizor, w którym potwornie nudny prezenter lokalnej telewizji TS News nadawał jeszcze nudniejszą relację sprzed miesiąca z wręczenia nagród w corocznym konkursie plastycznym mieszkańców domu spokojnej starości w Towerstone. I chyba zasnął.

 

***

 

– No… przecież oni mają pępki! – prawie wykrzyczał Steven. Prawie, bo znakomita akustyka w Muzeum Historii Naturalnej w Denver wymuszała mówienie szeptem. Zwłaszcza w sali, gdzie wisiała reprodukcja obrazu Rubensa.

– A nie powinni mieć? – zdziwiła się Sandra.

– Jak mogą mieć pępki, skoro byli pierwszymi ludźmi na świecie? Oni się przecież nie urodzili, tylko zostali stworzeni, a Ewa to nawet z żebra Adama. Podobno.

Część umysłu Sandry, odpowiedzialna za zrozumienie kwestii wiary, właśnie runęła niczym stary budynek. Choć dwie z czterech ścian nośnych wciąż trzymały się niespodziewanie mocno w pozycji pionowej.

– Chyba musimy już iść. Mieliśmy być w autobusie o pół do trzeciej – zauważyła.

Wycieczka szkolna z Towerstone do dużego miasta mogła zostać uznana za całkiem udaną. Może poza tym, że Sandra przez ostatnią godzinę częściej trzymała się za brzuch. Przyczyn mogło być kilka. Jedna z nich lekko zmroziła Stevena.

Ale przecież oni nigdy… ma się rozumieć, że w sumie, czemu nie… tyle że, no jakby, nie było takiej okazji… I w ogóle…

 

***

 

Pukanie, a właściwie walenie do drzwi obudziło pana Schredingera. W normalnych okolicznościach ocknąłby się po usłyszeniu dzwonka, ale grubasowi od sześciu lat nie chciało się naprawić prostego urządzenia elektrycznego.

Samo podejście do drzwi było dla Boba Schredingera podróżą. Dlatego nie cierpiał podróży.

W otwartych drzwiach ukazał się człowiek tak mały i jedno-cześnie okrąglutki, że w sprzyjających okolicznościach mógłby się stać naturalnym satelitą pana Schredingera. Prawdopodobnie wystarczyło podejść do niego nieco bliżej, a grawitacja zrobiłaby swoje. Na jego szczęście Bob trzymał bezpieczny dystans.

To był Wściekły Dwayne. Jeśli ktokolwiek w Towerstone widział go kiedyś uśmiechniętego, prawdopodobnie nie żyje już od bardzo dawna.

Bo to nie był ani Zły Dwayne, ani Zdenerwowany Dwayne, ani nawet Poirytowany Dwayne. To był prawdziwy Wściekły Dwayne – człowiek, który prawdopodobnie nigdy w życiu nie powiedział dobrego słowa. Ale czy może być miły ktoś, komu dzieci codziennie, wracając ze szkoły, robią najbardziej wredne numery świata? Nie. Taki człowiek nie może być wesoły. Wesołe są jedynie dzieci, bo które z nich odmówi sobie przyjemności sprawdzenia, czy Wściekły Dwayne rzeczywiście tak zabawnie sepleni, jak mówią?

– Gwie, do cholery, maf pan tego pfeklętego kota?!

„Faktycznie, niezłe” – pomyślał sarkastycznie większy z roz-mówców. W duchu wszystkie fałdy tłuszczu na jego brzuchu zrobiły właśnie meksykańską falę. W rzeczywistości tylko lewy kącik ust pana Schredingera uniósł się nieznacznie, jednak nie na tyle, by pozwoliło to Wściekłemu Dwayne’owi rozpoznać w tym ruchu jakąś kpinę.

Bob już znał powód wizyty sąsiada. Znowu chodziło o kury. Ilekroć w jego kurniku padał ptak tajemniczo zagryziony przez nieznane zwierzę, Wściekły Dwayne przychodził się wykrzyczeć, obwiniając Kundla. Kurę tracił średnio raz w tygodniu, toteż pojawiał się u Boba dość regularnie. Dlatego mieszkańcom Towerstone wydawało się czasem, iż są przyjaciółmi.

Lecz było przeciwnie. Bob nie cierpiał Dwayne’a. Uważał wręcz, że jeden dość szybko wyprowadzony lewy sierpowy załatwiłby sprawę. Tyle tylko, że Bob był ostrożny i przewidujący. W miejskim areszcie nie było telewizora.

– A dostrzegasz pan w pokoju kota? – w pytaniu było wiele ukrytej złośliwości.

– Doffegam.

– I co on robi?

– Fiewi.

– A więc, czy siedząc może jednocześnie biegać, zagryzając inne zwierzęta?

– Niech mi pan tu ofu nie mydli! Dobwe pan wief. Ffyffy dobwe wiewą, we to wabójfa!

Pan Schredinger jeszcze raz odwrócił głowę w kierunku pokoju. Kundel z kocim wdziękiem i niezwykłą łatwością zaczął na dywanie wykonywać językiem tę charakterystyczną czynność pielęgnacyjną, z którą człowiek nigdy sobie nie radził samodzielnie.

– Pfed chwilą wagływł mi kułę!

– Zapewniam, że to niemożliwe. Donikąd nie wychodził. I ja też cały czas tu byłem.

– Beknief pan kiedyf za niego, kurfe blade, beknief.

Intrygujące, że tracąc jedną kurę tygodniowo, gospodarstwo Wściekłego Dwayne’a jeszcze funkcjonowało. Możliwe, że świat wciąż nie docenia możliwości rozrodczych drobiu.

 

***

 

Autobus stał na poboczu od dobrych kilku minut. Młodzież z zaciekawieniem spoglądała przez okna, wypatrując powodu opóźnienia. Niektórzy przez telefony komórkowe już informowali swoich rodziców w Towerstone, że nie zdążą na kolację.

Przyczyna postoju stała zgięta wpół za drzewem.

No tak – pomyślał Steven. – Hamburgerki, fryteczki, lodziki, deserki. Takie rzeczy zawsze się mszczą.

 

***

 

Na komisariacie w Towerstone było tego popołudnia spokojnie, dopóki do holu nie wtoczył się Josh. Początkowo było widać tylko ruch skrzydeł podwójnych uchylnych drzwi, dopiero po chwili, gdy już poszukała jakiegoś oparcia, z okolic podłogi wynurzyła się znajoma postać.

Josh nie należał do trzeźwych. Praktycznie nie wychodził z upojenia, a jeśli się to przypadkiem zdarzyło, pewna część jego ciała błyskawicznie dawała znak innym, że był to błąd. Czasem miewał, co zaskakiwało jego sąsiadów, przemyślenia. Najsłynniejszą myślą była ta sprzed czterech miesięcy, kiedy próbował pomóc dzieciom zbudować olbrzymi zamek z piasku. Zrezygnował po upływie zaledwie kwadransa, oznajmiając, że nie rozumie, jak można bawić się przez cały dzień w piaskownicy bez alkoholu.

Josh wiódł dość prosty żywot. Od dłuższego czasu. Konkretnie od wygranej na loterii. Kiedy był jeszcze trzeźwy, nieźle działające wówczas partie mózgu poprosiły go o przelanie pieniędzy na lokatę, co spowodowało, że mógł rzucić pracę w ubojni i w zasadzie w nie-skończoność żyć z procentów.

I promili. Wszelkich dostępnych na planecie.

Josh był dziwnym człowiekiem. To jemu zdarzało się zwykle to, co reszta społeczeństwa uznaje za niemożliwe lub niewiarygodne.

W przedszkolu na przykład przeżył otwarte złamanie nosa. Dziesięć lat później, kiedy odnalazł w sobie pewną pasję i zaczął kolekcjonować roślinne środki wykrztuśne, został prawdopodobnie pierwszym człowiekiem świata, który stojąc na ziemi, spadł z dużej wysokości. To było akurat wtedy, kiedy z niewiadomych przyczyn zawaliła się część szkolnego boiska do baseballu. Ale miewał też szczęście. Rok po tym wypadku jego pies wygrał szkolny plebiscyt na szczura roku.

Dlatego alkohol stał się dla Josha odskocznią od rzeczywistości. Wybił się z niej tylko raz i dotychczas nie spadł. I miał bardzo silną wolę. Kiedy mówił, że wypije, to pił.

Pił wszystko, co miał w danej chwili pod ręką, dopóki płyn nie odsłonił dna naczynia.

Kiedy Josh wtoczył się na posterunek, miał już we krwi pół tablicy Mendelejewa.

– Ziendoby. Chsiaem zapytaś, szy w saym mieśsie jes tak, że ten, tego… szytyko umie w domu schońszyo siepiwo?

– Odwiozę cię do domu, Josh – stwierdził posterunkowy szósty raz w tym tygodniu.

Była sobota.

 

***

 

Na ulicy Klonowej Ron z wrażenia aż przystanął. Wcześniej nie kojarzył tego miejsca z takim wstrętnym zapachem. Odruchowo obejrzał podeszwy butów. Ale jedyną rzeczą, która się do nich przykleiła, była stara różowa guma do żucia.

– He, he – zaśmiał się głośno do siebie. – Nie wierzę, że produkują już takie coś…

Prędzej uwierzyłby w czosnkową pastę do zębów albo lody o smaku smalcu.

Przysiadł na krawężniku, zdjął but, nie bez trudu odkleił gumę małym patykiem i zbliżył ją do nosa. Zapach był wypadkową wanilii i jogurtu owocowego.

– Zadziwiające.

To na pewno nie była ta woń. Nieznośna woń.

– Pieprzyć to.

Do siebie mówił wiele różnych słów. Nawet te powszechnie uznane za wulgarne.

Ron był dobrym kumplem Stevena. Nie przyjacielem, ale kumplem, z którym fajnie chodzi się do kina, od którego świetnie pożycza się komiksy, takie już bardziej dla dorosłych, i z którym można pogadać o dziewczynach ze szkoły. Zwłaszcza o tych, z jakimi jeszcze się nie chodziło.

Choć Steven i Sandra go namawiali, nie pojechał na szkolną wycieczkę do Muzeum Historii Naturalnej do Denver. Nie była obowiązkowa. Poza tym Ron uważał, że nauka dla samej nauki jest bez sensu.

Spojrzał na zegarek i uznał, że jego koledzy powinni już dojeżdżać do Towerstone. Odwrócił głowę w kierunku ulicy. Usłyszał przeraźliwy pisk opon, po trzykroć dźwięk klaksonu i serię wyzwisk, których jeszcze nie znał, ale z którymi chętnie by się zapoznał. Nie zwrócił jedynie uwagi, czy odbyło się to w takiej właśnie kolejności.

Auto minęło go z zaskakująco dużą prędkością i w tak niewielkiej odległości, że niemal poczuł, jakich związków użyto do produkcji lakieru.

– O matko… – wykrztusił w osłupieniu.

Aby się dostać do krainy wiecznych łowów, zabrakło mu może dwóch i sześciu dziesiątych centymetra. Był tak zaskoczony, że nie pomyślał nawet o przyjrzeniu się rejestracji samochodu.

Zepsute powietrze odeszło tak nagle, jak się pojawiło.

Chłopak złapał trzy, może cztery spokojniejsze oddechy i ruszył przed siebie.

Szedł po Książkę.

 

***

 

Dochodziła siódma wieczorem, a szkolny autobus był ledwie w połowie drogi z Denver do Towerstone. Żołądek Sandry zafundował wycieczce już trzy postoje, ale obecnie wydawało się, że podpisał z Burger Kingiem tymczasowy rozejm.

Było jej trochę wstyd. Tak jest wstyd tylko dorastającej nastolatce.

Wokół niej i Stevena w środkowej części autobusu zebrał się spory tłumek. Lecz rówieśnicy nie byli bynajmniej zainteresowani tym, czy Sandra przygotowała kolejne niespodzianki, tylko treścią rozmowy, która toczyła się mniej więcej nad jej głową. Uczestniczył w niej sam pan Derek Friedel, ich nauczyciel fizyki. Dzieciaki go uwielbiały, bo potrafił wszystko wytłumaczyć, nawet najbardziej skomplikowane zagadnienia teorii względności, a na lekcjach przeprowadzał dla nich eksperymenty, których w naturalnych warunkach nie podejmują się najwięksi szaleńcy.

Nigdy się nie przyznał, ale prawdopodobnie właśnie po jednym z takich eksperymentów zapadła się część szkolnego boiska do baseballu.

Poza tym incydentem, doświadczenia były raczej bezpieczne, nie licząc tajemniczego zniknięcia w biały dzień brzozowego zagajnika na tyłach szkoły i czterech myszy z laboratorium, z których jedna odnalazła się po tygodniu w pracowni fizycznej. Razem z klatką. Niewyjaśniona pozostała także niezwykła przemiana szczura Kleofasa w niewielkiego kanapowego psa oraz trzy przypadki samoczynnego wirowania sprzętu sportowego w sali gimnastycznej. A na znikające z klas i odnajdujące się w pobliżu śmietnika dzienniki nauczycielskie grono profesorskie przestało już zwracać uwagę.

Derek był też nieco nieudolnym konstruktorem maszyn mających ułatwiać codzienne życie. Jego największe dzieło w szkole zostało nazwane bezrobotem kuchennym.

– Skoro prędkość światła jest stała, a wszystko wokół względne, to znaczy, że to wszystko dostosowuje się do prędkości światła? – dedukował Steven.

– Tak można w skrócie przyjąć – odparł nauczyciel.

Z Friedelem można było porozmawiać o wszystkim. Na jego lekcjach fizyka teoretyczna zamieniała się z zimnej i wyrachowanej psychopatki w ciepłą i przyjazną babcię. Czy jakoś tak…

– Czyli że jak gasimy światło w pokoju, a potem nagle włączamy, to przestrzeń i czas może dzięki temu ulegać deformacji? – ciekawość czasami zadziwiała samego Stevena. – To by znaczyło, że podróże w czasie są bardziej możliwe niż nam się wydaje!

– Hi, hi. Teoretycznie tak – nauczyciel próbował zrozumieć pytanie. – Tylko raczej nie w tak małej skali. Chociaż…

– Wychodzi na to, że jednak można przenosić się jednocześnie w czasie i przestrzeni! – dodał ktoś z tyłu.

Z rozmowy powoli zaczynało wynikać, że wszystko we wszechświecie zależy od dobrego oświetlenia.

– Światło jest tym dla astronomii, czym hamburger dla gastronomii – zażartował Friedel.

Gdyby wzrok Sandry mógł zabijać, wszyscy byliby teraz martwi.

– Znaczy, że kiedy światło nie świeci, to te same rzeczy w pokoju mogą wyglądać zupełnie inaczej niż przed zgaszeniem lampy – w lekkim półmroku w autobusie nie było widać chojraka, który z czwartej orbity wokół nauczyciela wygłosił tę tezę.

– Światło nie może nie świecić, baranie. To właśnie brak światła nie świeci – głos dobiegł z tej samej okolicy. Zaraz potem rozległo się klaśnięcie jednej dłoni. Bardzo możliwe, że o czyjeś czoło.

– A jeśli samochód jedzie w nocy z prędkością większą od prędkości światła, to tak naprawdę cały czas jedzie w ciemnościach? – ktoś inny niezbyt fortunnie próbował zmienić temat.

– To zbyt daleko idące porównanie – uznał Friedel. – Ale cieszę się, że was to interesuje. Ta ciekawość na pewno kiedyś wam się zwróci.

– Bardzo śmieszne – wymamrotała Sandra.

 

***

 

Towerstone było typowym małym amerykańskim miasteczkiem, rozłożonym na dość dużej przestrzeni, co sprawiało wrażenie, że składa się wyłącznie z przedmieścia. Z trzech stron, tworząc mniej więcej kształt podkowy, otaczały je wzniesienia Macklehorn, których nazwa wzięła się zupełnie od niczego. Od wschodu rozciągało się Pasmo Wschodnie, od południa Pasmo Południowe, a od zachodu Pasmo Zachodnie. Geneza ich nazw była wystarczająco zrozumiała zarówno dla geografów, jak i filozofów. W mieście panowało jednak naturalne przekonanie, że twórcy nazewnictwa niezbyt się wysilili.

Wzgórza były w wyglądzie niezwykle monotonne – bez prawdziwych szczytów do zdobycia i bez głębokich dolin. Nie rosły tam drzewa ani krzewy, nikt nie spotkał na wzniesieniach kwiatów. Góry, bo tak je określali na co dzień mieszkańcy Towerstone, wybijały się ledwie dwieście metrów ponad płaszczyznę miasteczka. Zimą najwyższe partie, zwłaszcza te od południa, pokrywały się cieniutką śnieżną czapą, ale już wczesną wiosną nie było po niej śladu. Wycieczki w tamte rejony nie należały do najciekawszych. Nie było tam nic wartego zobaczenia, nikt też nie mieszkał w pobliżu gór. A mimo to jeszcze przed kilkoma laty można było z daleka obserwować maleńkie sylwetki wspinających się na nie z uporem turystów. Wszyscy byli Polakami, których pragnienie zdobycia czegokolwiek jest silniejsze od wszystkiego innego. Mieszkańcy Towerstone zwykle ich ignorowali. Polacy nie byli zbyt interesującymi turystami – zazwyczaj nie schodzili do miasteczka, bo żal im było paru dolarów na normalny nocleg. Woleli nocować pod namiotami, a do przeżycia wystarczała im zgrzewka mielonki.

Do miasta można było dojechać tylko z jednej strony, z tej właśnie, z której kończyły się ramiona podkowy Macklehorn. Tuż przed wzniesieniami trzeba było minąć dwa Kwadratowe Lasy, leżące po obu stronach drogi.

W ostatnim domu przed wyjazdem z miasta mieszkał staruszek Al Corn.

Al Corn był jedynym, który pamiętał.

On miał Książkę.

 

***

 

Tysiące kilometrów na południe, w górskiej wiosce w dżungli niedaleko Medellín, dwaj kolumbijscy przemytnicy narkotyków siedzieli przy starym drewnianym stole nad szklaneczkami whisky.

– Co tak dziwnie pachnie? – zapytał jeden z nich.

– Nie wiem, może mój nowy dezodorant… – odpowiedział drugi.

– Sorry, facet, ale on raczej nie jest nowy.

Zza najbliższego drzewa padły dwa strzały. Oba celne.

 

***

 

Zmierzchało powoli w Towerstone. Za zachodnią częścią pasma Macklehorn słońce skrywało się wcześniej niż za naturalnym horyzontem. W związku z tym zmrok w mieście nie zapadał tak nagle, jak gdzie indziej. Bowiem zanim słońce ostatecznie się schowało na noc, przez jakąś godzinę dawało trochę słabszego, bo pośredniego, ale cały czas dziennego światła.

Ron zapukał mocno, bo stary Al Corn był bliższy całkowitej utraty słuchu niż nosorożec biały wyginięcia. I w oczekiwaniu usiadł spokojnie na drewnianych schodach wejściowego tarasu. Czas między pukaniem a otwarciem drzwi przez staruszka każda telewizja wykorzystałaby na nadanie przynoszącego dwa miliony dolarów zysku bloku reklamowego.

Drzwi domu Al Corna otworzyły się prawie bez skrzypienia. Ronowi ukazał się zgarbiony i wychudzony człowiek. Był tak wątły, że niewiele brakowało, a nie rzucałby cienia. Nic dziwnego, miał 109 lat. Ludzi w jego wieku zwykle nie widywało się w pionie.

– Czego chcesz, dziecko?

– To ja, Ron. Przyszedłem po Książkę.

Starał się powiedzieć to słowo od dużej litery.

Bo to nie była zwykła książka.

To była Książka.

– Dzieci nie powinny jej czytać – odparł krótko staruszek i zamknął drzwi.

Ron nie poddawał się.

– Umawialiśmy się przecież – powiedział do klamki. – Zresztą, mam już prawie osiemnastkę.

– Wszystkie dzieci tak mówią – odparła klamka.

– Naprawdę, za trzy tygodnie mam urodziny. Mogę panu pokazać prawo jazdy.

Chłopak czuł się jak w sklepie monopolowym.

– Pokaż.

Drzwi znów się otworzyły. Wysuszona, chuda ręka przysunęła dokument do oczu.

– Wejdź.

 

***

 

Kawałek dalej, na Osiedlu Zasłużonych, Leroy Cutt znalazł na trawniku przed swoim domem martwą świnkę morską. To był Puddy, długowłosy dorosły samiec.

Osiedle Zasłużonych nie różniło się od pozostałych osiedli w Towerstone. Stały tu takie same domy z identycznymi równo przyciętymi trawnikami, jak w innych częściach miasta. Jedyną różnicą było to, że mieszkali w nich tak zwani zasłużeni. Pan Cutt wsławił się na przykład tym, że trzy lata temu odmalował salę posiedzeń w ratuszu.

To prawda, brakowało w Towerstone prawdziwych bohaterów.

Leroy Cutt stracił Puddy’ego. Wprawdzie miał czterdzieści pięć innych świnek morskich, ale każde z jego zwierzątek miało swoje imię, a on je wszystkie pamiętał. Mówił do nich, opiekował się nimi, budował im coraz to nowe labirynty i urządzenia do zabawy, niektóre nawet ubierał w śmieszne ciuszki. Wszystkie, które zdychały, chował za domem w ogródku i stawiał im maleńkie nagrobki. Rotacja świnek morskich była dość intensywna, dlatego tyły posiadłości wyglądały jak miniaturowy cmentarzyk.

Kilka lat wcześniej odeszła od niego żona. Nie rozumiał, dlaczego.

Leroy Cutt był nieznacznie brzydszy od musztardy, więc rzadko pokazywał się publicznie. Swoje talenty próbował rozwijać głównie w domu. Kupował mnóstwo papieru maszynowego i pisał. Uważał się za najlepszego poetę dekady. W pewnym sensie miał rację. Ostatnie wydanie jego wierszy w wersji książkowej zrobiło furorę na rynku surowców wtórnych.

Puddy był martwy.

Wyraźnie jednak nie odszedł ze starości.

Puddy został zamordowany.

Ten, kto zabił Puddy’ego, nie był mordercą doskonałym. Zostawił ślady w postaci czterech charakterystycznych dołeczków po dolnych i górnych siekaczach.

Leroy Cutt nie miał wątpliwości, do kogo udać się po zadośćuczynienie.

 

***

 

W zupełnie innym miejscu na świecie, w południowo-zachodnich Niemczech, Dieter Organik kopał. Robił to od dziecka, więc nikogo z jego znajomych nie zaskoczyło, że został paleontologiem.

Dawna kopalnia odkrywkowa węgla brunatnego była znakomitym miejscem badań. Znajdował tu już setki odcisków dawnych roślin i zwierząt. Przed laty wykopał na przykład maleńki szkielecik przypominający pozostałości nielotnego ptaka.

Tego dnia wstał jeszcze przed świtem. Miał przeczucie, że coś się wydarzy. I nie mylił się.

Jak co dzień odgarniał łopatką kolejne warstewki ziemi na znacznej już głębokości, odpowiadającej w przybliżeniu poziomowi karbonu.

Nagle poczuł nieopisany fetor.

– Niemożliwe, takie rzeczy nie mają prawa przetrwać tyle milionów lat! – szepnął do siebie.

W tym momencie ściana wyrobiska osunęła się, grzebiąc Dietera żywcem.

Wstał bez trudu, co bardzo go zaskoczyło, i uniósł się lekko nad osuwisko. Za tym, co jeszcze przed chwilą było solidnym skalnym blokiem, dostrzegł jakąś postać. Trzymała w ręku przedmiot przypominający narzędzie, które już dawno wyszło z użycia w rolnictwie.

– Czułem, że to będzie coś w tym guście… – powiedział ze spokojem.

 

***

 

Ron pierwszy raz w życiu trzymał w rękach Książkę.

Musiał przyznać, że uczucie było niesamowite. Jakby dostał do potrzymania miniaturę wieży Eiffla z wyjątkowo cienkiego szkła.

– Masz dwa dni – stwierdził Al Corn.

 

***

 

Drugi tego wieczoru łomot doprowadził Boba Schredingera niemal do szału. Zakłócić oglądanie „Milionerów” w trakcie pytania za dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów mógł tylko ktoś wyjątkowo niewychowany.

– Czego?! – zapytał po otwarciu drzwi.

– Czego? – powtórzył pytanie Leroy Cutt. – A tego! – wskazał na Kundla siedzącego na dywanie przed telewizorem.

Kot Schredingera nieznacznie tylko przechylił głowę w stronę przybysza. Ogon podążył leniwie mniej więcej w tym samym kierunku. Kundel spoglądał wzrokiem sugerującym, że zobaczył małego włochatego znajomego. Lecz akurat ten nie był już interesujący. Koty znacznie bardziej lubią tych włochatych znajomych, którzy jeszcze się ruszają.

Właściciel świnki w swej złości przypominał teraz Wściekłego Dwayne’a. Lecz tylko przypominał. Bo tak naprawdę Wściekłemu Dwayne’owi dotąd nikt nie dorównał. Raz tylko, parę lat wcześniej, spróbowali tego twórcy szkolnego teatrzyku, umieszczając postać zdenerwowanego sąsiada w minisztuce na zakończenie roku. Przedstawienie zostało przerwane w środku drugiego aktu po tym, jak jedno z krzeseł po widowiskowym locie z szóstego rzędu omal nie zabiło nastoletniego aktora. Wściekły Dwayne dostał wtedy pół roku bezwzględnego aresztu domowego.

– Jeszcze raz wypuścisz tego kota na zewnątrz, to inaczej porozmawiamy – ostrzegł Leroy.

– Poszaleliście dziś wszyscy, czy co? – teraz wściekł się Bob. – Cały dzień siedzi ze mną!

– Ciekawe, bardzo ciekawe.

Cutt wskazał na świnkę, rozgarnął jej sierść w miejscu, gdzie u ludzi znajdowałaby się szyja, i odsłonił śmiertelne rany.

– Co to jest, według ciebie? Ślady samochodowych opon?

No tak. Musiał przyznać, że opony, nawet zimowe, nie zostawiają na ciele dwóch wyraźnych dołeczków po siekaczach.

– Musisz bardziej pilnować swoje świnki, bo się pozagryzają – Bob próbował obrócić wszystko w żart.

– To nie są ślady zębów świnek morskich, tylko kota.

– Dużo ludzi ma koty. Czemu przychodzisz z tym do mnie?

– Bo to są ślady zębów twojego kota.

Leroy wydawał się o tym przekonany.

– Nie wychodził dzisiaj z domu, więc daj spokój i atakuj kogo innego – Schredinger był pewien tego, co mówi.

Choć parę osób w Towerstone mogłoby przysiąc, że koło czwartej po południu widziało białego kota na czatach pod domem Leroya Cutta.

– Nie lubię niczego i nikomu udowadniać, ale zróbmy eksperyment.

Bob znalazł na stoliku starą gazetę. A nie było to specjalnie kłopotliwe, bo tylko takie posiadał.

– Popatrz, co tu dla ciebie mam – zwrócił się do Kundla.

Metodą archaicznego kasownika biletów pobrał na gazetę odciski zębów kota, przyłożył do dziurek pozostawionych na śwince, chcąc jak najszybciej mieć to za sobą, i…

– Dziwne – ocenił ze zdziwieniem.

Pan Schredinger stracił dotychczasową pewność siebie. Nic, co do tej pory spotkał w życiu, nie pasowało do siebie bardziej niż tych kilka dołeczków.

Podrapał się po głowie.

– Ale jak to możliwe? Dałbym sobie głowę… – postanowił zaczekać z tą propozycją. – Dałbym wiele za to, za tę pewność, że nie wychodził z mieszkania.

Niestety, pan Schredinger nie miał w najbliższej okolicy nikogo, kto mógłby potwierdzić jego słowa.

Triumfująca mina Leroya Cutta wykroczyła daleko poza usta. Odwiedziła uszy, brwi i spory kawałek czoła, które akurat u niego kończyło się tam, gdzie u innych rozpoczyna się tylna część szyi.

– Żeby to było ostatni raz – zagroził. – Może przydałaby ci się wizyta u lekarza. Ludziom z twoją tuszą zapychają się tętnice. Niedotleniony mózg może płatać różne figle.

Tym zdaniem zaklinacz świnek morskich wysłał w kierunku terytorium wroga rakietę krótkiego zasięgu, wyposażoną w głowicę złośliwości. Zrobił to, nie wiedząc, że przeciwnik ma zainstalowaną tarczę antyrakietową.

– Wspaniale się czuję z moim cholesterolem, nawet współpracujemy.

Sąsiedzkie relacje obu panów natychmiast zmieniły się z utrzymywania zwykłych stosunków dyplomatycznych w zimną wojnę. Drobnymi kroczkami, ale nie napierając, pan Schredinger przesuwał linię demarkacyjną w okolice drzwi wejściowych.

– To może sobie kup jakąś książkę o kotach – zaproponował półgębkiem Cutt. – Albo prowadzaj tego swojego zwierzaka na smyczy.

– A ty sobie kup czapkę, bo razisz mnie po oczach odbitym światłem.

Bobowi udało się w końcu wyprosić sąsiada.

Bitwa została wygrana, ale wojna dopiero się rozpoczynała.

 

***

 

– Gdzie byłeś? – słysząc dźwięk otwieranych drzwi, pani Norman rzuciła pytanie, nie odwracając głowy od telewizora, gdyż kończyli się „Milionerzy”.

– Musiałem na chwilę zajrzeć do klubu – skłamał Ron. W sobotę w klubie bejsbolowym nie było zajęć, bo znaczna część zawodników wraz z trenerem wyjechała na wycieczkę do Denver.

– Obiad odgrzej sobie w mikrofalówce.

Gdyby wszystkie matki tak dbały o swoje dzieci…

– Nie jestem głodny.

Pognał na górę do swojego pokoju. Przed wejściem do niego zdjął buty i założył obuwie w pewnych fragmentach przypominające domowe klapki. Ron nie przywiązywał wagi do takich drobiazgów, jak dobry wygląd tego, w czym chodzi.

Pchnięte drzwi od pokoju uchyliły się pod tak małym kątem, że nawet Pitagoras miałby problemy z wyznaczeniem jego cosinusa.

Wejście blokowały różne rzeczy, w zasadzie wszystko, co jakiś czas temu stało na półkach lub było schowane w szufladach i garderobie. Największe zagęszczenie tworzyły skarpetki, te sprzed dwóch dni, i te, których data ostatniego noszenia wypadła kilka tygodni temu. Skarpetki można było zbierać jak grzyby po deszczu. Trzeba było tylko uważać na trujące.

 

***

 

Pan Schredinger nie należał do szczególnie błyskotliwych amerykańskich umysłów dwudziestego pierwszego wieku. Intelektualny pojedynek z rośliną doniczkową wygrałby z pewnością w pierwszej rundzie przez nokaut, ale wyniki starć z istotami bardziej rozwiniętymi pozostawały otwarte.

Odsuwał meble i sprawdzał wszystkie zewnętrzne ściany.

Od czasu wizyty pana Cutta z sumy pojęć „zamknięty dom”, „kot” i „na zewnątrz” nieskomplikowane połączenia nerwowe mózgu Schredingera wygenerowały pojęcie „nieszczelność”.

Kundel spokojnie lizał przednią prawą łapę.

 

***

 

W redakcji TS News panowało zwykłe wieczorne poruszenie. Jak przed każdą codzienną emisją „Wydarzeń”, półgodzinnego programu na żywo z wiadomościami z Towerstone. Już samo istnienie stacji telewizyjnej w zaledwie dwunastotysięcznym miasteczku było niezwykłe. Jeszcze bardziej osobliwe było to, że w mieście zazwyczaj nie działo się nic ciekawego, a telewizja konsekwentnie robiła materiały z tego niedziania. Przeważnie na żywo. Programy z tygodnia na tydzień stawały się coraz bardziej dynamiczne. Do tego stopnia, że relacje z obrad rady miasta oglądało się jak film sensacyjny z Bruce’em Willisem.

Sprawa niedostarczenia porannych gazet do kilku domów nieopodal ratusza mocno rozwinęła dziennikarstwo śledcze. Reporterzy odkryli, że gazety dostarczono, ale zanim adresaci je podjęli ze schodów swoich domów, jakiś bezpański pies zdążył je zabrać i poszarpać do bezużyteczności. Bezdomną sukę odnaleziono na skraju jednego z Kwadratowych Lasów, gdzie znosiła gazety, by zrobić wygodne legowisko swoim przyszłym szczeniakom. Zakończenie sprawy zostało okraszone kilkugodzinną debatą telewizyjną z udziałem kynologów, którzy ostatecznie orzekli, że musiała to być ciąża urojona.

Redakcja TS News mieściła się tuż obok rynku, w najwyższym budynku Towerstone, który miał trzy piętra. I byłaby – być może – najzwyklejszą redakcją na świecie, gdyby nie to, że droga ewakuacyjna prowadziła z niej przez piwnicę, plac zabaw i strażacki tor przeszkód do pobliskiego kina. Na tym odcinku droga ewakuacyjna pokrywała się z jedynym w mieście szlakiem turystycznym. Wyznaczono jego przebieg tamtędy, żeby znajdowała się na nim choć jedna atrakcja. Wkrótce powstał też przewodnik po szlaku, który w procesie redagowania z formy książki skrócony został do ulotki.

Jakkolwiek dziennikarze umieli zrobić coś z niczego, to redakcja nie miała szczęścia do pracowników administracji. Od niedawna na etacie pracowała tam automatyczna sekretarka, ponieważ poprzednio zatrudnione żywe wiedziały od niej dużo mniej. Poza tym, automatycznej sekretarce każdy mógł zostawić wiadomość bez obawy, że coś przekręci, przekazując informację szefowi. Ostatnia asystentka wyleciała z pracy po tym, jak Jeffrey Goodman przyszedł do redakcji z informacją, że zakład komunalny od tygodnia nie opróżnia pojemników na śmieci przy ulicy Krętej. Od sekretarki do dziennikarzy sensacyjny temat dotarł dopiero po trzech dniach i brzmiał: pan George od tygodnia nie może się wypróżnić, bo ma jelita zbyt kręte. Tego, że czas akcji się zgadzał, nie uznano okolicznością łagodzącą.

– Wchodzimy za pięć, cztery, trzy, dwa, jeden – odliczał realizator wizji.

– Dzień dobry, Coleen Baelin, przed nami „Wiadomości”.

Coleen, długowłosa blondynka, prowadziła program na żywo po raz siódmy. Nie była etatową prezenterką, siadała przed kamerą zawsze w zastępstwie chorej koleżanki Sary Woods. Była reporterką. Wolała przynosić tematy niż o nich opowiadać. Choć szef redakcji, Bruce Farrell, miał inne zdanie. Coleen miała znacznie ładniejszą twarz niż Sara, była też efektowniej zbudowana, a w niektórych miejscach nawet zdecydowanie efektowniej.

Przede wszystkim jednak, nie robiła sobie na głowie codziennie fikuśnych rzeźb z włosów.

Jedynym problemem Coleen było to, że często mówiła do siebie. Z tego powodu, mimo nieprzeciętnej urody, młodość upłynęła jej w samotności. Nie licząc dwóch chłopców, którzy mieli nadzieję, że to powinno samo przejść, ale jednak dość szybko dali za wygraną. W związkach kobiet z mężczyznami nikt nie lubi czuć się tym trzecim.

Szczęście przyniosły jej wakacje w Wielkim Kanionie, gdzie poznała mężczyznę swego życia. Jego problemem także było to, że mówił do siebie. Dlatego gdy szli razem i każde z nich mówiło do siebie, wyglądało to tak, jakby szczerze rozmawiali.

Natomiast gadanie do siebie nigdy nie zdarzyło się Coleen na antenie.

– A w „Wiadomościach” między innymi: o tym, że pan Leroy Cutt stracił Puddy’ego, o kilkugodzinnym spóźnieniu autobusu wiozącego uczniów z wycieczki do muzeum w Denver i o tajemniczym zniknięciu kury z gospodarstwa Dwayne’a Loopsa. Powiemy także o dwóch nowych pomysłach rady miejskiej: na radzenie sobie z bezpańskimi kotami oraz na walkę z otyłością w Towerstone.

 

***

 

Pan Schredinger wyczuł, że wszystkie wiadomości telewizyjne będą tego wieczora złośliwie skierowane przeciw niemu.

– Skąd, u diabła, oni o tym wiedzą? – zapytał siebie, oglądając jak na ekranie Wściekły Dwayne ciska małymi kamieniami w kamerzystę.

 

***

 

Grupa otaczających nauczyciela uczniów zmniejszyła się o kilka postaci, z których dwie zasnęły na przednich fotelach z otwartymi ustami, a pozostałe próbowały pocelować w nie zwiniętymi w kulki kawałkami papieru.

Derek Friedel podjął próbę wyjaśnienia podopiecznym, co to jest strzałka czasu i dlaczego, jego zdaniem, może być zwrócona w kierunku przeciwnym do obecnego. Po czwartym zdaniu postanowił zmienić temat na łatwiejszy.

– Powoli dojeżdżamy. Jeszcze jakieś siedemdziesiąt kilometrów.

Stevenowi przypomniał się eksponat z muzeum.

– A widział pan, panie profesorze, że na obrazie Rubensa Adam i Ewa mają pępki?

– Nie zwróciłem uwagi. Tak było?

– Tak! Logicznie rozumując, dopiero ich dzieci mogły mieć, prawda?

Steven nie dodał już, że Adam – jeśli w ogóle – to powinien mieć bliznę raczej w okolicy klatki piersiowej.

– Logika podpowiada, że tak – odpowiedział Friedel. Zanosiło się na trudną rozmowę. – Choć Biblia nie opisuje w tak drobnych szczegółach, jak wyglądali pierwsi ludzie. To artystyczne wyobrażenie.

Steven był bardzo dociekliwy. Chciał znać odpowiedzi na wszystkie pytania świata, łącznie z tymi: dlaczego istniejemy i czy poza granicami Wszechświata jest coś jeszcze? Biblia na te pytania nie dała mu jasnych odpowiedzi. Ona wątpliwości tworzyła. Niezrozumiałe dla chłopaka była zwłaszcza epoka Kaina i Abla, w której dokładnie połowa młodzieży była zamieszana w działalność kryminalną.

No i jak, do jasnej choinki, rozmnożył się Kain?

 

***

 

Trzy przecznice od posterunku, w szeregu podobnych do siebie budynków, stał dom szeryfa Jacko Rossiego. Jego żona, Leslie, brunetka o filmowej urodzie, zajmowała się ich pięciomiesięcznym synkiem.

– O! Zrobiłeś kupkę! – wykrzyknęła, wyraźnie uradowana, młoda mama.

Niezwykła jest fascynacja dorosłych dziecięcymi odchodami.

 

***

 

Wiele rzeczy dziwiło Stevena. Zastanawiał się na przykład, dlaczego w reklamie odświeżacza powietrza o zapachu orchidei występuje pingwin.

I kompletnie nie rozumiał japońskiej kultury kulinarnej. Przecież nie po to człowiek przez tyle milionów lat uczył się wykorzystywać ogień do smażenia mięsa, żeby teraz jeść surowe ryby.

 

***

– W ten sposób będziemy mogli kontrolować bezpańskie koty. A co ważniejsze: będziemy wiedzieć, kiedy takie zwierzę wejdzie na nasz teren…

Pan Witt Oloffsky pokazywał w „Wiadomościach” najnowszy model zaprojektowanej przez siebie kotokomórki, reagującej przeraźliwie głośnym buczeniem na przechodzącego przez nią futrzaka. Kotokomórka miała kształt rury.

– Ustawiamy aparat przy wejściu na posesję i załatwione – samą tylko pewnością siebie Oloffskiego można by wygrać wojnę w Wietnamie.

– Ale kot może wcale nie chcieć przejść przez urządzenie, tylko je obejść albo zaczaić się z zupełnie innej strony posiadłości – młodziutka dziennikarka śledcza TS News zapowiadała się obiecująco.

– Eee… no… tego…

Coleen błyskawicznie, ale z wyczuciem, podziękowała za tę relację na żywo i, nie korzystając z promptera, zaprosiła na kolejną.

 

***

 

Bob Schredinger oglądał „Wiadomości” z coraz większą irytacją. Zwłaszcza że właśnie zaczął się kawałek o otyłości. Sięgnął po leżący w pudełku ostatni zimny kawał wczorajszej pizzy. Aż dziw, że się ostał.

– Słanie w banie – wymruczał z pełnymi ustami.

Radny George de Bruine wyłuszczał widzom pomysł częściowego sfinansowania wycieczek na basen do Colorado Springs dla osób z nadwagą. Opowiadał o tym, jacy to pływacy są sprawni, jak dobrze wyglądają i ile kalorii można spalić podczas godziny spędzonej w wodzie.

Gruby Bob niechętnie przyjmował nowe teorie. No bo skoro pływanie wyszczupla, to przecież, kurczę, wieloryby muszą coś robić źle…

 

***

 

Kwadratowymi Lasami młodzież nazywała dwa duże parki tuż za rogatkami miasta.

Kwadratowe Lasy znajdowały się po obu stronach szosy, tam, gdzie nie domykały się ramiona wzniesień Macklehorn.

Kwadratowe Lasy były gęste i ciemne.

Kwadratowe Lasy były gęstsze i ciemniejsze niż jakikolwiek inne lasy.

Kwadratowe Lasy były kwadratowe. Przynajmniej z lotu ptaka. Wyglądały tak, jakby ktoś je specjalnie wystrugał.

Kwadratowe Lasy były dla sporej części młodzieży tym miejscem, do którego chodziło się, kiedy szkoła robiła się nudna.

W kwadratowych Lasach świetnie paliło się skręty.

Kiedyś, nawet często, Sandra, Steven i Ron zapuszczali się do Kwadratowych Lasów, ale nie po to, by palić trawkę. Lubili tajemnice i niesamowitości. A tajemnicze i niesamowite było choćby to, że liście drzew nie miały tu koloru zielonego, tylko rudawo-brązowy, i nigdy nie opadały na zimę.

Za Kwadratowymi Lasami rozciągały się pola. Wszyscy nazywali je polami, choć od dawna porastały je tylko rzadkie trawy. Pola nigdy nie dawały plonów, choć co roku na nowo prowadzono badania i próbowano budować coraz bardziej profesjonalne kanały melioracyjne. Przyjeżdżali fachowcy z Ohio, Alabamy i Teksasu, robili pomiary i zapewniali mieszkańców, że wszystko jest na najlepszej drodze do rozpoczęcia uprawy niesłychanie wydajnej odmiany kukurydzy. Oczywiście modyfikowanej genetycznie. Lecz woda kanałami płynąć nie chciała, a kukurydzy – jak nie było, tak nie było.

Pomiędzy Kwadratowymi Lasami biegła szosa, którą większość mieszkańców zwała autostradą. Tak szeroka droga właściwie nie była nikomu potrzebna, bo samochodów było w Towerstone ledwie kilka tysięcy sztuk. To znacznie mniej od amerykańskiej średniej, wynoszącej ponad dwa auta na jednego mieszkańca.

Szosa była regularna, prosta, nie zniszczona zębem czasu, choć istniała prawie sto lat. Jakby utrzymywana rękoma niewidzialnych służb drogowych. Rada miasta w swej historii nie wydała centa na jej remont.

 

***

 

Coleen odetchnęła z ulgą i wyjęła z ucha słuchawkę.

– Może wyskoczymy na hamburgera? – zaproponował Matthew, inżynier dźwięku.

– Przecież wiesz, że nie jadam mięsa – odpowiedziała z uśmiechem.

– Ciągle to samo. Coleen, zrozum, człowiek jest drapieżnikiem i żaden nowy rodzaj wegetarianizmu tego nie zmieni.

– Wdawać się w dyskusję? Nie… Trochę się spieszę. Co to ja miałam zrobić? Aha, po drodze do domu wejdę do sklepu. A oddałam Bruce’owi tę jazzową płytę? Nie! Ojejku. Jutro nie mogę o niej zapomnieć.

To, że mówiła do siebie, było nawet korzystne dla współpracowników. Przynajmniej mieli pewność, iż mówi to, co myśli.

 

***

 

Ron poczuł odrobinę słabszy, ale wciąż taki sam okropny zapach, który na ulicy Klonowej omal nie stał się ostatnim, jaki w życiu zarejestrował. Spojrzał z łóżka w kierunku okna. Było otwarte. Lekki powiew rytmicznie unosił firankę w sposób, który co bardziej konserwatywni republikanie uznaliby za niemoralny.

Czytał Książkę.

Trzymała się nieźle, ale widoczne już były wyraźne znamiona starości: miała porysowaną, przetartą skórzaną okładkę i lekko pożółkłe, naddarte od wielokrotnego zginania kartki. Były cieniutkie, przy przewracaniu trzeba było zachować szczególną ostrożność. Na pierwszej z nich, nie licząc okładki, widniała data 15 września 1912.

– Dokładnie sto lat! – pomyślał na głos z fascynacją, ale i niepokojem, poprawiając pozycję siedzącą. Naoglądał się już w życiu dość horrorów, żeby wiedzieć, co może się stać w okrągłą rocznicę pewnych wydarzeń.

 

***

 

Coleen zrobiła małe zakupy, zaraz po przyjściu do domu spakowała na jutro jazzową płytę dla szefa, zjadła odgrzaną kolację i usiadła z Harrym przed telewizorem, by odbyć z nim codzienną wieczorną rozmowę.

– Nie mówię, że prowadzenie programu na żywo nie jest przyjemne, ale zawsze kiedy nie ma Sary, wracam później z pracy.

– Skoro w piwnicy są te duże gwoździe, to może udałoby się zamontować regał w przyszły weekend.

– Chociaż z drugiej strony, zawsze to jakaś odmiana.

– Chyba że…

– Może poprosić Bruce’a o częstsze prowadzenie? Na przykład raz w tygodniu?

– Ale i tak nie ma uchwytów.

– Częściej nie, bo mi się znudzi.

– Powinny być „U Rogera”.

– Tak, ten wieczorny niedzielny magazyn byłby dobry.

– Czy ja kiedyś czegoś nie znalazłem „U Rogera”?

– Zresztą sam Bruce proponował mi to już pół roku temu.

– Nie ma co, trzeba to zrobić. Wtedy rozwiąże się problem z kupą płyt stojących w sypialni.

– Sara z pewnością nie będzie miała nic przeciwko temu.

– Dobra. W przyszłą sobotę to załatwię.

– Ale jestem zmęczona, już prawie północ. Ciekawe, czy małolaty wróciły z Denver.

– Mam wrażenie, że w lodówce zostało jeszcze jakieś piwo.

Wszystkich ich znajomych nurtowało pytanie: po ilu latach związku przypadek sprawi, że w jednej chwili trafią w ten sam temat? I czy w ogóle? I co się wtedy stanie?

 

***

 

Zwykle zabierał się do czytania książek w specyficzny sposób – od ostatniej strony. Lubił wiedzieć wcześniej, jak przygoda się zakończy. Ron spopularyzował tę metodę w swojej klasie. Przyjęła się nadspodziewanie dobrze, zwłaszcza wśród tych, którzy mieli zaległości w obowiązkowych lekturach.

Tym razem postąpił inaczej, czytał od pierwszej strony.

Bo wiedział, jak kończy się Książka.

Bo historia, choć dawna, była znana. I prawdziwa.

 

***

 

Kiedy autobus stanął na parkingu przed szkołą, wszystkim ulżyło. Część uczniów ochoczo wybiegła z pojazdu, resztę trzeba było dobudzić.

– Dzięki wszystkim. Idźcie i wyśpijcie się. Jutro, a właściwie już dzisiaj, jest sobota. Widzimy się w poniedziałek na treningu.

Derek Friedel był nie tylko nauczycielem fizyki i chemii, ale także zapalonym, niespełnionym w młodości bejsbolistą. Szkolną drużynę trenował charytatywnie, po godzinach.

– Steven…

– Tak?

– Pamiętasz o doświadczeniu z dyfrakcją fal świetlnych?

– Tak, tak. Możemy z Sandrą przyjść we wtorek po lekcjach.

– Ale akurat ja wtedy nie mogę. We wtorki po południu mam Godzinki.

Nie trzeba było nikomu tłumaczyć, co w języku lokalnego fizyka oznaczają Godzinki. Wbrew pozorom, nauczyciel nie był nadmiernie religijny, tylko rozwijał w sobie nietypową pasję. W wolnych chwilach dzwonił do znanych ludzi i mówił im, która jest godzina.

– W ubiegłym tygodniu zadzwoniłem do Sylwestra Stallone’a i powiedziałem mu, że jest w pół do drugiej – pochwalił się Friedel. – Mam to nagrane!

 

***

 

Nocna lampka dawała nikłe światło. Było prawie ciemno. Chłopak co chwilę odrywał oczy od tekstu, rozglądał się. W pokoju nie było nikogo, ale wrażenie, że nie jest sam, było nieznośne.

Chłodne powietrze wlatywało przez uchylone okno. Ze strachu jednak nie wstał, by je zamknąć, tylko chwycił koniec kołdry i naciągnął aż pod szyję.

Nie przestawał czytać.

Książka wciągała.

Książka pragnęła być przeczytana.

 

***

 

W ostatnim domu, na skraju jednego z Kwadratowych Lasów, na fotelu skierowanym do telewizora bujał się bardzo, bardzo stary człowiek. Tak stary, że nawet na wizytę u fryzjera musiał mieć pozwolenie miejskiego konserwatora zabytków.

Jego palce, pukające monotonnie w poręcz fotela, nagle znieruchomiały.

Al Corn wyczuł czyjąś obecność.

Obecność, której nie czuł od… od bardzo dawna.

 

***

 

Zbliżał się koniec kwartału, więc szeryf Jacko Rossi musiał zostać dłużej na komisariacie. Raz na trzy miesiące dochodzi do głosu sprawozdawczość. Wtedy mniej jest interwencji, a więcej papierkowej roboty.

Nie dość, że sam musiał wypełnić około dwustu druków, to jeszcze był zmuszony kontrolować swoich podopiecznych. Bo część policjantów w Towerstone nie była ani zbyt ambitna, ani szczególnie uzdolniona. Dowodów na to było aż nadto. Przed trzema laty, na przykład, na czterdzieści osiem godzin do aresztu miał trafić starszy jegomość, który w biały dzień okładał parasolem nastolatka, bo myślał, że ten kradnie mu rower. Biedak zapomniał, że dwie godziny wcześniej poprosił chłopca o naprawę łańcucha. Nic dziwnego, że mężczyzna był zestresowany. W młodości otrzymał mieszkanie komunalne w najodleglejszym i najgorszym kwartale – Oliver City, leżącym w zasadzie u podnóża Pasma Południowego Macklehorn. Jedyna podła dzielnica Towerstone skupiała drobnych złodziejaszków, kradnących sobie nawzajem wszystko, co tylko można było unieść.

Dzielnica była tak podła, że ilekroć ktoś zamykał w niej okno, przycinał palce komuś innemu.

Policjanci wyposażeni w nakaz mieli go doprowadzić do aresztu, ale trwało to trzy tygodnie. Starszy pan zostawiał codziennie tak zasłane łóżko, że za każdym razem, gdy funkcjonariusze wchodzili do mieszkania – myśleli, że śpi i bali się go zbudzić.

Szeryf pochylił się nad młodym mężczyzną, wykonującym najprostsze czynności cztery razy wolniej niż ktokolwiek inny.

– Czy kiedy mówiłem ci, żebyś wytłuścił te trzy słowa, to zasugerowałem, że masłem orzechowym?! –zdenerwował się.

Fakt, Zibi należał do osób mniej rozgarniętych. Czasem przekraczał cienką czerwoną linię pomiędzy niezrozumieniem a głupotą. I był irytująco powolny w działaniu. Podczas gdy zwykły policjant mógł się uporać z kilkunastoma dokumentami w godzinę, Zibi kończył zapoznawanie się z połową pierwszego. Był tak flegmatyczny, że nawet zrobione przez niego zdjęcia ślimaków były nieostre.

Zibi dostał pracę w policji z litości. Nie sprawdził się dotychczas w żadnej profesji w Towerstone, nawet w ratuszu, gdzie tylko raz w tygodniu miał przygotowywać herbatę na sesje rady miejskiej. Napój lądował na stołach zwykle już po wyjściu ostatniego urzędnika i prawie zawsze była to kawa. Należał więc do szerokiego grona pracowników nieważnych. Bo ważny pracownik to nie taki, którego można zwolnić w dowolnej chwili, ale taki, po którego odejściu zaczynają spadać wskaźniki giełdowe.

Za to szeryf był w mieście kimś. Wysoki, dobrze zbudowany, nieprzyzwoicie przystojny, a do tego inteligentny i szarmancki. A w odpowiednim czasie, miejscu i w stosunku do właściwych ludzi – także wymagający i sprawiedliwy. U męskiej części społeczności budził szacunek, u żeńskiej pożądanie. Kobiety dzwoniły na posterunek z prośbą o interwencję tylko po to, by go zobaczyć i przynajmniej spróbować dotknąć jego muskularnych bicepsów. Zdarzało się, że mdlały z emocji, gdy tylko pojawiał się w progu ich mieszkań.

Jego rodzice – matka z Kalabrii, ojciec z Luizjany – przekazali mu w genach wszystko, co najbardziej pociągające u Włochów z południa i Amerykanów z południa. Zdawał sobie sprawę z własnej urody, ale nigdy, nawet w najgęstszym hormonalnie okresie młodości, nie starał się tego wykorzystywać. Nie był uwodzicielem, raczej romantykiem, czyli człowiekiem, któremu częściej przytrafia się miłość niż seks.

Był przykładnym i kochającym mężem, a od pięciu miesięcy – także ojcem. Jeszcze nie był pewien, czy kochającym.

Zanim został policjantem, marzył o dalekich podróżach. Lecz nie o podróżach do Nowego Jorku czy Seattle, które przeciętni Amerykanie już uważają za dalekie, ale o prawdziwych wyprawach do nieprzebytej dżungli czy krainy wiecznego lodu, a nawet o locie na Księżyc. W późnym dzieciństwie kupił wielką mapę ścienną i obiecał sobie, że będzie przypinał kolorowe pinezki w miejsca, w które dotarł. Zrezygnował jednak, kiedy zorientował się, gdzie musiałby pojechać, by mapa w ogóle mogła trzymać się ściany.

Na posterunku nie było tłoczno, ale panowała zorganizowana dokumentacyjna krzątanina. Rossi uważał, że te biurokratyczne bzdury lepiej mieć za sobą wcześniej niż później, w razie nieprzewidzianych okoliczności. A bardzo prawdopodobne, że właśnie jedna z takich okoliczności przekroczyła próg komisariatu.

 

***

 

Podmuch wiatru trącił okno i uniesioną jego część wprawił w wibracje o wysokiej częstotliwości. Do pokoju zostało wdmuchnięte chłodne powietrze. „No cóż” – pomyślał Ron. Kończyło się lato, więc zimniejsze powiewy nie należały do rzadkości. Tym razem jednak wraz z podmuchem wleciało coś jeszcze, czego nie dało się zobaczyć, ale można było wyczuć.

Znał już ten obrzydliwy zapach. Długo nie potrafił skojarzyć go z konkretną sytuacją, ale teraz… Teraz przypomniał sobie, że coś podobnie ohydnego wąchał rok temu na wycieczce szkolnej po oddziale utylizacji szczątków zwierzęcych korporacji FarmFoods niedaleko Denver.

Nie ruszając się z łóżka, zrobił szybki przegląd porozrzucanych na podłodze skarpetek.

– Hmm – mruknął głośno dla dodania odwagi.

Zrobiło się zimno. Jakby ktoś nie zamknął lodówki.

Ron zadrżał. W pokoju przecież nie było lodówki.

– Hmm – mruknął nieco głośniej.

Dużo by dał, żeby ktoś był teraz przy nim.

Pomyślał, żeby zbiec po schodach do rodziców. Ale tylko tyle. Ze strachu znieruchomiał. Otworzył usta w nadziei, że wydobędzie się z nich jakiś okrzyk ostrzegawczy, lecz wyszedł z tego zaledwie stłumiony szept i bliżej nieokreślony słaby syk.

Nerwowo rozglądał się po pokoju. Wszystko wokół było normalne, poza smrodem i tym niepokojącym uczuciem, że ktoś patrzy.

 

***

 

Nauczyciel fizyki nieustannie robił eksperymenty. Przeprowadzał je przeważnie w piwnicy swojego domku, który stał nieopodal boiska futbolowego. Doświadczenia były przeróżne – od takich, po których zupełnie nic się nie działo, do takich, dzięki którym ludzie odzyskiwali wiarę w zjawiska nadprzyrodzone. Mieszkańcy przyzwyczaili się do dziwnych błysków w piwnicznych oknach, do dźwięków nie dających się zaliczyć do żadnej gamy oraz do wydobywających się z mieszkania kłębów dymu we wszystkich kolorach tęczy. Większego wrażenia nie robiły nawet tzw. efekty Friedela, związane z krótkotrwałym, ale doskonale widocznym unoszeniem się domu w całości.

Mieszkał sam. Nie miał żony. A nawet gdyby miał, nie wiadomo, jak długo pozostawałaby w stanie stałym. Zapewne zainteresowałoby go to, dlaczego człowiek, składający się w 70 procentach z wody, nie utrzymuje się w stabilnym stanie ciekłym.

Ale Derek nie robił doświadczeń ani na ludziach, ani na zwierzętach. Zakończył je definitywnie jeszcze w dzieciństwie. W Dzienniku Prób zapisał wówczas: „Króliki nie latają. Nie samoczynnie. Do latania króliki potrzebują co najmniej katapulty lub jastrzębia na plecach”. Było to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy eksperymentalnie dowiódł, że mieszanka miodu lipowego z akacjowym nie eksploduje. Przynajmniej nie bez udziału ładunku wybuchowego.

Jednak ostatnio budynek, w którym mieszkał, lewitował rzadziej. Rzadziej niż raz w tygodniu. Nauczyciel był zajęty nowymi eksperymentami.

– Ach… ta… mechanika kwantowa… To jest… fascynujące! – wzorcowo cedził słowa. Żaden durszlak tak nie potrafi.

Urządzenie, które skonstruował Friedel, zajmowało obecnie jedną trzecią piwnicy. Zaczynało się niewielkim podajnikiem o budowie lejka, umieszczonym na trzecim stopniu schodów prowadzących na parter, a kończyło małą szklaną rurką wylotową wystającą z nie domykającego się wąskiego, ale płaskiego okna. Końcówka maszyny była skierowana mniej więcej na południowy zachód.

Mechanika kwantowa rządzi światem w bardzo małych skalach. Tak małych, że do eksperymentów potrzeba nie laski ebonitowej, lecz cząstek elementarnych. Na dodatek mechanika kwantowa stoi w sprzeczności z zasadami ogólnej teorii względności. W tak małym świecie nie działa grawitacja. Przynajmniej nie tak, jak uważał Albert Einstein.

Według mechaniki kwantowej poruszając jedną maleńką cząstką w stanie Kolorado, można poruszyć inną w Ohio.

I to właśnie chciał zaobserwować Friedel. Miał też cichą nadzieję, że to prawo znajdzie zastosowanie dla nieco większych cząstek, na przykład dla kuleczki śrutu do wiatrówki.

Urządzenie w piwnicy mieszkania nauczyciela było czymś w rodzaju akceleratora. Ale nieco większych cząstek niż te, jakich używa się w zderzaczu CERN pod Genewą.

Derek podłączył maszynę do prądu.

Światła w całym Towerstone na moment przygasły.

Urządzenie działało niepokojąco cicho.

Podszedł do schodów. Założył laboratoryjne gogle z przezroczystego plastiku, które jako żywo przypominały kask używany w amatorskich rozgrywkach hokeja na lodzie. I wrzucił kulkę śrutu do podajnika. Kulka drastycznie przyspieszyła w szklanej spiralnej rurce. Ułamek sekundy później osiągnęła taką prędkość, że nauczyciel stracił ją z oczu. Urządzenie zrobiło ciche „umf” w niskich tonach, prawie na granicy słyszalności i…

I tyle.

Kulka nie dotarła do końcowej pipetki.

Kulka znikła.

Friedel podrapał się w głowę.

– Chyba… trzeba będzie nad tym jeszcze popracować…

 

***

 

W tej samej chwili na małym targowisku rybnym w Ujung Pandang na indonezyjskiej wyspie Celebes młoda kobieta kupowała pół kilograma krewetek. Coś uszczypnęło ją w prawy pośladek. Prawie w tym samym momencie stojący za nią w kolejce młody mężczyzna otrzymał precyzyjny cios otwartą dłonią w bezpośrednie okolice lewego ucha. Nie bardzo wiedział za co, ale mógł być pewny, że czerwonawy piekący ślad zniknie dopiero po tygodniu.

– Świnia.

Kobieta odwróciła się na pięcie, nieświadomie wdeptując w miękką ziemię maluteńką, niepozorną kulkę śrutu.

 

***

 

– Idziemy do Rona? – zaproponował śmiało Steven.

Sandra była lepiej od niego zorientowana w czasie.

– Oszalałeś chyba, wiesz która godzina?

– Ach, tak. Racja.

Nie wszyscy rozeszli się do domów sprzed szkoły. Dwie osoby przez telefon namawiały swoich rodziców, by przyjechali po nie samochodem, jedna próbowała ukryć, że pali papierosa, a dwie grupki po czterech uczniów namawiały się na jutro do kina i na koszykówkę w szkolnej sali gimnastycznej. Najwyższy i najchudszy z nich poszedł do Sandry i Stevena.

– Steven! Zagracie z nami jutro po południu? – zapytał Kareem, dwieście dziewięć centymetrów wzrostu. – Brakuje nam dwóch.

Steven nie lubił przegrywać. Nawet w meczach towarzyskich.

– Nie. Jadę do rodziny na obiad – odpowiadając, musiał tak odchylić głowę do góry, że wyglądało, jakby rozmawiał z gwiazdami.

Nie lubił też koszykówki, wolał gry mniej kontaktowe. Oczywiście skłamał, ale w dobrej wierze. Nie można bowiem bez narażenia zdrowia oznajmić komuś, kto ma dwieście dziewięć centymetrów wzrostu: nie lubię koszykówki. Steven odwrócił głowę w kierunku Sandry i szybko zmienił temat.

– No to chodźmy. Odprowadzę cię.

Steven znowu skłamał. Dom Sandry znajdował się na tej samej ulicy, co dom jego i Rona. Na Lazurowej. Sandra mieszkała najbliżej szkoły, Steven najdalej. Ale pomiędzy ich domami było kilka innych posesji. Można jednak powiedzieć, że byli prawie sąsiadami.

Żeby znaleźć się na ulicy Lazurowej, trzeba było, idąc od strony szkoły, przejść do końca ulicy Krętej, która – nie wiadomo dlaczego – nie miała ani jednego zakrętu, potem pod kątem prostym skręcić w prawo w Wiązową, a z niej w lewo w Lazurową.

– Nie wiem, może wypadało wszystkich przeprosić? – zaczęła Sandra.

– Za co?

– No, w końcu to z mojej winy tak późno wróciliśmy.

– Eee, każdemu się może zdarzyć – uspokoił ją Steven. – Pamiętasz, co zrobił Gibbon na akademii z okazji trzydziestolecia szkoły?

– Oj…

To nie był najlepszy przykład w tych okolicznościach. Zarządca szkolnej świetlicy zrobił to samo, co Sandra trzykrotnie koło autobusu. Różnica polegała na tym, że Gibbon miał moment słabości w auli tuż przed odśpiewaniem hymnu państwowego.

Weszli w Wiązową. Minęli psa, który kręcił się w kółko, goniąc swój ogon. Robił to tak zawzięcie, że nie było widać ani początku, ani końca psa. Szybkim wirowaniem upodobnił się do dziecięcego bąka – niemal pewne było, że został nakręcony, nie do końca zaś jasne, kto go puścił.

Na Lazurowej, tuż za ostatnim zakrętem, spostrzegli kontur postaci, zdawało się, że siedzącej na krawężniku. Światła ulicznych latarni na moment przygasły. Steven chwycił ramię Sandry i jednocześnie zatrzymał się tak gwałtownie, że niemal zwichnął sobie kolano.

– Cicho – wyszeptał. Niski, ciemny kształt nie wyglądał przyjaźnie i wymachiwał rękami w mało skoordynowany sposób. Steven nie bardzo wiedział, co począć. Każdym następnym ruchem brał odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale i za koleżankę.

Siedzący człowiek musiał ich już zauważyć, byli zbyt blisko, żeby pozostali niezauważeni. Jeśli pójdą dalej, może ich zaczepić, a nawet zaatakować. A może czekał, aż podejdą bliżej? No tak, jeżeli zawrócą, będzie wiadomo, że oni zauważyli jego. Może spróbować ich gonić.

Każde z rozwiązań miało poważny minus.

Postać wstała z krawężnika i zaczęła się zataczać.

„No nie, i do tego jest pijany!” – myśli Stevena rozpaczliwie wołały o pomoc.

Najgorsze, że ten ktoś zataczał się w ich kierunku. W lewej dłoni miał przedmiot bardzo przypominający szyjkę rozbitej butelki i mamrotał niezrozumiale pod nosem.

Sandrę zmroziło. Nie rozpoznawali twarzy mężczyzny, bo pozostawała ukryta w cieniu. Światło ulicznej latarni padało mu zza pleców. Takie sceny widzieli dotychczas jedynie w filmach grozy.

Mroczny kształt podszedł tak blisko, że ucieczka stała się bezcelowa.

 

***

 

Krokiem typowym dla westernowych bandziorów do lady na posterunku podszedł Karczoch, cały ubrany w dżins. Brakowało mu tylko kozaczków z ostrogami i kowbojskiego kapelusza. No i konia, rzecz jasna. Ale widać było, że rewolwer akurat miał. I pozwolenie na rewolwer też. Nic nie można było zrobić, dopóki nie wystrzeli.

Nie znaleziono w Towerstone mądrego, który wiedziałby, jak naprawdę nazywa się Karczoch. Rzadko wychodził z domu, przeważnie tylko po zakupy. Za dnia żył ze skręcania długopisów reklamowych, a wieczorami i nocami oglądał filmy z wypożyczalni.

Jego twarz, usiana dołkami po ospie, wyglądała, jakby co najmniej raz przegrała w rosyjską ruletkę. Była twarzą niepoprawnego indywidualisty i uparciucha, który zatrzaskuje drzwi pokoju, gdy mama z korytarza krzyczy „Nie drap! Chcesz wyglądać jak karczoch?!”

– Szeryfie, nie wiesz, czy Shop & Mart jest jeszcze otwarty? – zapytał grzecznie.

– Jeszcze jakieś dziesięć minut. Bo zwykle o północy zamykają.

– To w tym kierunku na autostradę?

– Tak, jasne.

Co bardziej leniwi mieszkańcy Towerstone mało znali miasto, zdarzało się więc, że oni sami często pytali innych o drogę.

 

***

 

Ciemna postać zatrzymała się tuż przed nimi. Z dłoni trzymającej utrąconą szyjkę butelki wolno kapała krew.

– Gohana muozieszy. Szeraszm, bazo sendesznie. Szeraszm. Nie masie może niestuczonej butelgi? Najlepi dosyś pełnej.

Z ust Josha zaleciało półroczną produkcją whisky stanu Kolorado.

Steven nie miał natychmiastowego pomysłu na odpowiedź. Josh, należący do podgrupy przyjaznych pijaczyn, nie stanowił zagrożenia. Ale nadnercza Stevena zdawały się jeszcze nie przyjmować tego do wiadomości.

– Nie mamy.

– A to szeraszam bazo, szeraszam.

Chłopak szturchnął koleżankę łokciem. Oddalili się prawie biegiem.

– Ech, ta sisiejsza muoziesz…

 

***

 

W kuchni ostatniego domu stojącego na skraju jednego z Kwadratowych Lasów niesłychanie wiekowy mężczyzna zapalił dwa palniki kuchenki gazowej. Na jednym ustawił czajnik, na drugim brytfannę pełną wody. Z szafki z napisem „Emergency” wyjął puszkę herbaty Yunan, łyżeczkę i kompas.

Po tylu latach był prawie pewny, że to się już nie powtórzy. Ale bliskość pewności nie oznacza całkowitej pewności.

Cokolwiek miało się stać, był na to przygotowany.

 

***

 

– Nie wyłączaj telefonu. Tak w razie czego.

– Dobrze, do jutra.

Sandra zamknęła za sobą drzwi.

Chłopak ruszył w swoją stronę, obejrzał się jeszcze. Josh to znikał, to pojawiał się za zakrętem, przechylając się na boki, co sugerowało, że obie strony jego ciała prowadzą wyrównaną walkę o utrzymanie pionu. W końcu prawa strona nieznacznie przeważyła i wraz z resztą schowała się za narożnym domem.

„Pewnie jeszcze nie śpi” – pomyślał Steven, przechodząc koło podwórka domu Rona i spoglądając w uchylone okno na piętrze. W pokoju kolegi paliło się słabiutkie światło. Postanowił jednak porozmawiać z nim dopiero rano.

 

***

 

– Za kwadrans – szeryf odpowiedział przez telefon na pytanie żony, o której zamierza wrócić.

Leslie nie była natarczywa, zdenerwowana ani złośliwa. Po prostu martwiła się, że tak długo nie wraca, wiedząc jednocześnie, iż mąż zaczyna w pracy męczący papierkowy tydzień.

– Jak tam nasze maleństwo? Pewnie śpi?

– Oczywiście, i tak słodko. Przyjedź, to zobaczysz.

 

***

 

Próbował się dostać do domu, robiąc jak najmniej hałasu. I pewnie by się udało, ale mały, uroczy szary terier imieniem Texas od kilku godzin czekał na Stevena w progu. Z pewnością pomachałby ogonem, gdyby mu go nie obcięto w latach szczenięcych. Dlatego psina okazywała radość głównie szczekaniem.

Po chwili przy balustradzie na piętrze pojawiła się pani Ulla Sparks, mama Stevena, będąca w ostatniej fazie zawiązywania sznurka od podomki.

– Co tak długo? – spytała.

Było już kilkanaście minut po północy.

– Mieliśmy kilka nieplanowanych postojów. Komuś zrobiło się niedobrze w autokarze.

– Obiad sobie odgrzej. Ale nie wiem, czy będziesz chciał to jeść.

– Dobra, na razie.

Ojciec nie wyjrzał z sypialni, ale to było do przewidzenia. Zawsze do późna pracował w łóżku z laptopem.

W mikrofalówce stało szklane naczynie przykryte folią. Steven włączył zegar na dwie minuty. Zadziwiające, jak szybko upłynęły. Urządzenie zrobiło „ping”.

Spodziewał się, że rodzice przygotują „to” na obiad. Zawsze tak robili, gdy wyjeżdżał na dłużej. Zdjął folię, nabrał zieloną papkę na końcówkę widelca, spróbował. W szpinaku było tyle żelaza, że można było z niego bić monety.

„Może innym razem” – zadecydował w myślach.

Wdrapał się po schodach do swojej sypialni, nie domknął drzwi, żeby Ozzy mógł rano tradycyjnie go powitać, i położył telefon na biurku. Chociaż „na biurku” to za dużo powiedziane. Położył raczej nad biurkiem, gdyż na blacie leżało kilkanaście warstw książek. Mebel już dawno zmienił funkcję na tę zarezerwowaną dotychczas dla półek.

Oba ścienne regały były pełne i książki leżały też na podłodze, tworząc różnej wielkości wieże, co wyglądało jak układana misternie latami makieta Manhattanu. Gdzieś pośrodku brakowało jedynie Central Parku.

Na dachu jednego z mniejszych drapaczy chmur stał niewielki telewizor. Steven usiadł na pościeli, odgarnął nieco przydługie blond włosy i zdalnie włączył monitor.

 

***

 

Zagotowała się woda w czajniku; bliska tego była też ta w brytfannie. Staruszek zalał herbatę w prostokątnym kubku i posłodził. Włożył łyżeczkę do środka. Oparł ją o jeden z boków naczynia, popatrzył na wskazówkę kompasu, zastanowił się i przesunął łyżeczkę na przeciwległą ściankę.

Al Corn nie mógł się tylko zdecydować, czy zmniejszyć ogień pod brytfanną, czy wyłączyć całkowicie gaz. Nie potrafił przewidzieć, kiedy wrzątek będzie potrzebny.

 

***

 

Przebrnął przez trzydzieści stron. Był senny. Oczy zamykały mu się co jakiś czas. Początkowo Ron wygrywał ze snem, bo strach był silniejszy, ale teraz wszystko wskazywało na to, że przestało mu na tym zależeć. I – nagle – jakby przestało mu się chcieć spać.

Za to w pokoju nic się nie zmieniło. Poza tym, że już nie tylko firanka falowała. Delikatnie poruszała się kołdra i prześcieradło, a można było zaryzykować twierdzenie, że ściany również. Obraz drzwi lekko się zamazał, skarpetki zaczęły wirować.

– O matko… – chciał to wykrzyczeć, lecz z jego krtani wydobył się ledwie szept, którego i tak nikt nie mógłby usłyszeć.

Coś ścisnęło mocno szyję Rona, tak że oddychanie stało się trudne. Był pewien, że zachłystywałby się teraz każdym łykiem powietrza. Gdyby tylko mógł oddychać. A najbardziej przerażające było to, że nie mógł zobaczyć „tego”, co go zaatakowało. Zakrztusił się, próbując wyswobodzić, i huknął z impetem głową o ścianę. Ale przytomności nie stracił.

Uścisk na szyi zelżał po uderzeniu, więc Ron w panice spróbował ucieczki przez drzwi prowadzące na schody ku parterowi domu. Na próżno. Coś rzuciło nim z niebywałą siłą o przeciwległą ścianę. Zanim zdążył się podnieść, leciał już w kierunku sufitu, zawadził nogą o żyrandol. Poczuł ogromny ból. Gdy spadał, druga noga zgięła się z chrzęstem. Na jego nieszczęście – w tę stronę, w którą ruch blokuje zwykle kolano.

Nie miał siły wstać, ból był zbyt wielki. Spojrzał na nienaturalnie wygięte kończyny. Ze łzami w oczach doczołgał się do drzwi, ale wtedy coś błyskawicznie znów chwyciło go za kark i czymś, czego nie mógł zobaczyć, wyrwało mu dolną szczękę.

Choć dłonie drgały w agonii, Ron jeszcze żył.

– Ron, do jasnej cholery, nie możesz słuchać ciszej tej swojej muzyki?! – z parteru dobiegł głos zdenerwowanego rodzica.

Jeszcze miał nadzieję, że ktoś przyjdzie i weźmie go stąd. Jednak po chwili coś podniosło go prawie do sufitu i rzuciło na narożnik łóżka. Pękł z trzaskiem kręgosłup. Rozerwała się skóra na brzuchu.

Chłopak nie miał szans.

I wszystko ucichło tak nagle, że można by sądzić, iż nic się nie stało. Że może tylko jakaś duża książka spadła z półki.

 

***

 

Coś zbudziło Sandrę. Usiadła na łóżku, włączyła nocną lampkę, dotknęła dłonią czoła. Było spocone. Nie ocknęła się bynajmniej z powodu sennego koszmaru, ale niejasnego przekonania, że jest obserwowana. Odruchowo sięgnęła po telefon. Złe wrażenie natychmiast odeszło, ale z trwogą omiotła wzrokiem wszystkie elementy pokoju. Każda rzecz była na swoim miejscu. Bo u niej każda rzecz musiała mieć swoje miejsce. A na podłodze leżał tylko dywan. Co świadczyło, że jest to pokój dziewczęcy. Ten rodzaj uporządkowania u chłopców w jej wieku był nie do osiągnięcia.

 

 

***

 

Krzew dzikiej róży poruszył się prawie bezszelestnie. Gdyby w tych ciemnościach ktoś spróbował przyjrzeć się roślinie z bliska, dostrzegłby, że ma kształt zadziwiająco podobny do ludzkiego, ubranego w wojskowe moro, a przednie gałązki wyrastają z hełmu pokrytego siatką maskującą.

Krzak był jednocześnie okrąglutki i delikatnie podłużny. Można powiedzieć: owalny. Z jednej strony kończył się czarnymi wojskowymi trepami, natomiast z drugiej – lufą wiatrówki wycelowaną w małą szczelinę między progiem a dolną krawędzią drewnianych drzwi do kurnika.

Takie rośliny rzadko występują w naturze.

Wściekły Dwayne rozpoczął wojenne działania operacyjne. Wiedział, kim jest wróg, ale najpierw chciał poznać jego pozycję. I zaatakować z zaskoczenia.

Spojrzał na zegarek z podświetlaną tarczą. Była za kwadrans pierwsza.

– Jeffe ffefnie.

 

***

 

Wybiegł z domu, bo bał się, że nie zdąży. Gdy obejrzał się w lewo, dostrzegł „trzynastkę”. Przed nią stały jeszcze dwa tramwaje, więc powinien dotrzeć na przystanek za rondem na czas. Dotarł. Niesłychane, jak szybko. Rozglądał się. Podjechała „piątka”, następnie „dwunastka”, potem tramwaj z napisem „Za autobus”.

Popatrzył na kiosk. Nie skojarzył go z potrzebą kupna biletu.

Na przystanku stały trzy atrakcyjne kobiety. Wiedział, że ładne są wszystkie trzy, ale zwrócił uwagę tylko na jedną z nich, charakterystyczną blondynę o prostych włosach, przypominającą z grubsza pewną znaną prezenterkę telewizyjną.

Wsiadł do „trzynastki”, kiedy podjechała. Stanął koło drzwi, żeby się nie przepychać przy wysiadaniu.

Tramwaj ruszył w przeciwnym kierunku niż powinien.

– To niemożliwe!

Skręcił na rondzie w prawo.

– Poproszę bilety do kontroli – powiedziała niespodziewanie za plecami Stevena blondyna, przypominająca z grubsza pewną prezenterkę telewizyjną.

Steven nie miał biletu. Był tego świadomy, bo nie skorzystał z dobrodziejstwa kiosku na przystanku. I zapragnął dobrowolnie poddać się karze.

– Wysiądźmy tu, niech pani spisze moje dane – chłopak nie chciał jechać na pętlę tramwajową ani na komisariat.

Przez moment wydawało się, że blondyna odpuści i zaraz umówią się na wieczór. Nic z tego. Dziewczyna otworzyła notatnik.

Steven otworzył oczy.

– Co za kretyński sen – wydukał i przewrócił się na bok.

W Towerstone nigdy nie było tramwajów.

Ani ronda.

Po co komu w Ameryce rondo?

 

***

 

Ron rozejrzał się po ścianach, pochlapanych czerwono-brunatną lepką cieczą.

– O matko… – jęknął.

Ale nie czuł ani strachu, ani przerażenia, ani choćby niepokoju. Nie czuł w zasadzie nic, no może poza delikatnym rozbawieniem, co – zważywszy na zaistniałe chwilę wcześniej okoliczności – było co najmniej zaskakujące. Czuł się w całości, choć to, co zobaczył w okolicy łóżka, raczej jednolite nie było.

Uśmiechnął się czymś. W tradycyjnej, cielesnej postaci byłyby to usta.

W kącie pokoju od strony okna zauważył jakiś zarys, ogólnie zgadzający się z zarysem człowieka. Jednak ludzie, o ile dobrze pamiętał, zwykle nie przychodzili w gości z kosą.

– JESTEM ŚMIERDŹ – odezwała się postać głosem dochodzącym zewsząd, odbieranym jednocześnie przez wszystkie receptory, o ile w tych warunkach jeszcze istniały. No i ten głos… ten głos nie dawał echa.

– Ha! To dlatego przed chwilą tak specyficznie pachniało, żeby nie powiedzieć…

– NIE MÓW.

Nie było to żądanie, ale stwierdzenie. Uprzejme, ale kategoryczne. Bez prawa do polemiki.

Przynajmniej jedno dla Rona było oczywiste: śmierć, jako taka, nigdy nie pachniała najlepiej.

– NIE NARZUCAM SIĘ?

– Nie, skąd. Czytałem sobie. Czy to znaczy, że ja…?

– TAK. WSZYSCY KIEDYŚ.

– Jesteś kobietą?

– NIE W TAKIM SENSIE, O JAKIM MYŚLISZ.

– Dokąd mnie zabierzesz?

– DONIKĄD.

– Czy to znaczy, że dalej już nic nie ma?

– TO ZALEŻY.

– Od czego?

– ZA DUŻO PYTAŃ.

 

***

 

Był środek nocy. W niewielu domach paliło się o tej porze światło.

– Jesze kopelkę… prrosze… bazo prrosze…

W jednym z takich domów Josh niemal wykręcał butelkę po czerwonym Johnnym Walkerze.

– Ech… – zrezygnował.

Żeby szklana butelka zamieniła się w płyn, potrzeba albo znacznie większej siły, albo dużo wyższej temperatury.

Wpadł na dużo lepszy pomysł – przeszuka szafki w okolicach kuchennego zlewu. Zważywszy na to, co znajdowało się w większości z nich, było to zajęcie na długie godziny.

 

***

 

Jasny las i on, idący szeroką ścieżką prowadzącą do plaży. Światło bijące od piasku było silne, ale nie oślepiające. Za nim, nieopodal krańca lasu, zamajaczyły trzy ledwie dostrzegalne cienie. Nie mógł ich zobaczyć, bo jego wzrok przyciągnęła niekończąca się złocista plaża. Usuwające się z pola widzenia drzewa wydały mu się teraz koszmarnie brzydkie i ponure. Ale tylko przez chwilę.

Źdźbła wydmowych traw były bladoróżowe, a wystające tu i ówdzie malutkie korzenie robiły się raz fioletowe, raz złote.

Nagle kłącza kostrzew zaczęły rosnąć i osiągać rozmiary drzew. Z gracją wiły się jak pnącza na murze, tylko w przyspieszonym tempie.

Trzy cienie, w tym jeden znajomy, pojawiły się tuż za chłopakiem.

– Poproszę bilety do kontroli – powiedział najjaśniejszy kształt.

Steven nie miał tej nocy spokojnych snów.

 

***

 

Szeryf wziął szybki prysznic i położył się obok śpiącej małżonki. Zerknął jeszcze na bujane łóżeczko ustawione pod najbliższą ścianą. Zrobił to z uśmiechem i westchnieniem. Posiadanie dziecka to z jednej strony spora uciecha, ale z drugiej – poważny deficyt snu.

Część małżeństw decyduje się na dziecko, reszta po prostu kupuje budzik. Budzik przynajmniej dzwoni o godzinie, na którą go sobie nastawisz.

 

***

 

Dzika róża w moro oddała dwa strzały. Jeden po drugim, w krótkich odstępach czasu. Dwa celne strzały w kierunku szczeliny prowadzącej do kurnika.

Śrut powbijał się gęsto w tę część ciała kota, która wiadomo, że też przejdzie, jeśli najpierw zmieści się głowa.

– He, he. Mam fię, piepfony fierfiuchu.

 

***

 

Teraz śniło mu się, że leci. Pod sobą miał migoczące w blasku zachodzącego słońca morskie fale. Po prawej przybrały formę olbrzymich bałwanów. Rozbijały się o wysokie na kilkaset stóp klify i opadały na kamieniste wybrzeże w postaci drobniutkich kropelek, przywodzących na myśl poranną rosę. Zanim opadły, przekształcały się w kryształki, mikroskopijne diamenciki. Przechodzące przez nie światło utworzyło na skałach wyraźną i doskonałą tęczę.

Przez moment wydawało się, że tak już zostanie, ale tęcza uniosła się nagle i zaczęła powiększać. Przefrunęła nad głową Stevena z rykiem podobnym do dźwięku samolotu odrzutowego i opadła z wolna w morską toń. Woda zrobiła się tęczowa.

Znad horyzontu nadlatywały trzy ciemne kształty, w tym jeden jaśniejszy, dość znajomy.

– No nie…

Ale kobiety-ptaki minęły go , wzbiły się wysoko, po czym z dużą prędkością zanurkowały w oceanie.

Zrobiło się spokojnie, wręcz błogo.

Po chwili usłyszał za sobą odgłos chodzenia bosymi stopami po plaży. Odwrócił się na pięcie, co wywołało wyraźny, ale przyjemny dla ucha chrzęst ciepłego piasku.

– Poproszę bilety do kontroli.

 

***

 

To, co działo się w domu Josha, z pozoru wyglądało jak wielkie porządki. Puste butelki wyjęte z szafek, szuflad, a nawet z piekarnika, dołączały powoli do stojących już na blatach, półkach i podłogach. W zlewie nie było miejsca.

Josh, najostrożniej jak tylko umiał w tym stanie, przeciskał się wąską ścieżką pomiędzy hektarami szklanego lasu. Potrącenie jednej butelki mogło rozpocząć próbę bicia rekordu Guinnessa w domino.

Przyjął pozycję kuczną przy jednej z szafek i zaczął wyciągać z niej butelki. Już po kilkunastu sekundach…

Ciężar jednego ze szklanych pojemników nie zgadzał się z wagą pozostałych. Był to ten rodzaj ciężaru, który wywołuje radość, zadowolenie, czasem nawet uśmiech.

Piersiówka była pełna.

Nazwa na etykiecie sugerowała, że gorzelnia była położona gdzieś w Europie Środkowo-Wschodniej. Ale kto w takiej sytuacji, w jakiej znalazł się Josh, zwracałby uwagę na napisy…

Po przekręceniu w odpowiednim kierunku nakrętka wydała satysfakcjonujące skrzypienie, charakterystyczne wyłącznie dla dziewiczych butelek z alkoholem.

– No, kochana… fhowanego to siebawiś nie benziemy.

 

***

 

Zdaje się, że Bob pierwszy raz w życiu był tak bardzo wyprowadzony z równowagi. Tylko ktoś na silnych proszkach może zachować spokój obudzony po trzeciej w nocy.

Chwilę trwało, aż zwlókł się z posłania i na siedząco nałożył kapcie, w półmroku o trudnym do natychmiastowej oceny wyglądzie. Zszedł po trzeszczących schodach w kierunku miejsca, z którego pół minuty wcześniej rozległo się łomotanie.

Twarz miał czerwoną ze złości, bliską eksplozji. W podobnych warunkach, kiedy woda zmienia się ze stanu ciekłego w gazowy, czajniki zwykle gwiżdżą.

Po otwarciu drzwi i utworzonej w ten sposób przez próg linii frontu naprzeciw siebie znalazło się dwóch mężczyzn. Nawet najmniej rozgarnięty astrofizyk rozpoznałby w tej konfiguracji prosty układ planetarny z jednym księżycem.

Z tą różnicą, że księżyce w naturze nie utrzymują na orbicie martwych kotów.

Sytuacja mogła być również niezwykle trudna do interpretacji dla psychoanalityków. Była to bowiem sytuacja, kiedy oko w oko stają dwaj wściekli ludzie, z których jeden jest przebrany za krzew dzikiej róży, a drugi – wielkim grubasem w koszulce na ramkach, bokserkach i różowych kapciach w kształcie króliczków z białym noskiem.

– He! He! He! – zabrzmiał triumfujący demoniczny śmiech Wściekłego Dwayne’a, który lekko potrząsnął trzymanym w ręce nieżywym kotem.

Zaskoczenie Schredingera było tylko chwilowe. Zrobił krok w bok. Tym ruchem odsłonił widok na salon, na środku którego leniwie przeciągał się Kundel.

– Uuu.

 

***

 

Rossi nie przypominał sobie, by nastawiał budzik na trzecią dwadzieścia.

Manualna próba odszukania żony na sąsiedniej poduszce nie powiodła się. Leslie od dłuższego czasu musiała być na nogach.

Szeryf rozejrzał się. Tak, dreptała po sypialni z budzikiem w ra-mionach. Budzik miał wszystkie cechy pulchnego niemowlaka.

 

***

 

Ron czuł się dziwnie euforycznie, wręcz radośnie. W jego obecnym mniemaniu był to jakiś nieznany dotychczas rodzaj szczęścia. Umysł wydawał się oczyszczony, myśli stały się świeższe, błyskotliwsze. Już chciał zaproponować swemu nowemu towarzyszowi, że odmieni Śmierdź przez przypadki.

– Skoro ja widzę ciebie, to znaczy, że ty też widzisz mnie. Jaki mam kształt? Ludzki?

– WCIĄŻ TAK.

– Zabawne, że się tak nazywasz. To połączenie funkcji z odczuciem… I w ogóle.

 

***

 

Pani Norman nie mogła zasnąć, więc ubrała szlafrok i wyszła do ogródka. Wszystkie okna były ciemne, tylko w jednym, na piętrze, paliło się słabe światło. Była zła. Tyle razy tłumaczyła synowi, żeby gasił lampkę na noc. Że pieniądze, z których opłacała rachunki za energię, pochodzą z ich wspólnego budżetu rodzinnego i nie da się ich bez końca wyciągać z bankomatu. I że nie mieszka sam. I że w końcu kiedyś zobaczy, jak to jest, kiedy będzie pracował na własne utrzymanie.

Ron nie pozostawił jej wyboru. Musiała pójść i go upomnieć.

 

***

 

Aktualny poziom irytacji Wściekłego Dwayne’a trudno było umieścić na jakiejkolwiek skali. Fakt, przegrał drugą bitwę, ale jeszcze nie wojnę.

 

***

 

Jedna z powiek Stevena uniosła się. Do podniesienia drugiej prawdopodobnie trzeba by było użyć żurawia budowlanego.

Zdawało mu się, że usłyszał krzyk. Był niezbyt głośny, więc albo dochodził z daleka, albo mu się śnił. Młodego mężczyznę niezbyt to zainteresowało, bo był święcie przekonany, że i tak za chwilę ktoś o jasnych włosach powie do niego: – Poproszę bilety do kontroli.

 

***

 

Od samego początku Ronowi towarzyszyło poczucie obecności w bardzo dużej grupie osób. Jakby w pobliżu znajdowali się wszyscy ludzie świata. A mimo to wcale nie było tłoczno.

– Słuchaj, a jaka jest umieralność?

– CO MASZ NA MYŚLI?

– To, ile osób umiera z tych wszystkich, którzy przychodzą na świat.

– STO PROCENT.

– Nie ukrywam, że miałem nadzieję, że jest trochę mniejsza.

– NIE. UMIERALNOŚĆ JEST NAJBARDZIEJ STABILNA.

Usiłował to przemyśleć. Z radością stwierdził, że stawało się to coraz łatwiejsze. Dużo łatwiejsze niż przed…

– Skoro tak, to powinni tu być wszyscy! John Lennon, wikingowie, ludzie kopalni!

Musiał przyznać, że wizja spotkania z australopitekiem czy człowiekiem z Cro-Magnon była kusząca.

– Hej, a jest Lucy?

– JEST. ALE MAŁO WYRAŹNA.

– Jak to?! Rozmywamy się z czasem?

– TO PROCES.

– Ale ja jestem jeszcze wyraźny, co?

– JESZCZE.

Wciąż byli w stanie emocjonalnie porównywalnym do podróży. Brakowało jednak krajobrazów poruszających się za oknem, nie było też poczucia, że jazda się dłuży.

Wprawdzie wokół nich było pełno wszystkiego, sporo się działo, lecz żadnemu z wydarzeń ani żadnej postaci nie dawało się poświęcić wystarczająco dużo uwagi, by zyskać pewność, że istnieją.

Ron spróbował jednak skupić to, co niedawno mógł nazwać wzrokiem, na czymś konkretnym. Tuż przed nim mignęła nieco wyraźniejsza sylwetka siwej, starszej kobiety w beżowym wełnianym swetrze. Nie potrafił powiedzieć dlaczego, ale kojarzył ją z niewielkim kieszonkowym.

– Ja już ją gdzieś widziałem… Dałbym sobie głowę uciąć.

– NIE PROWOKUJ.

 

***

 

– Poproszę bilety do kontroli – powiedziała blondyna w tramwaju.

– A może zamiast tego umówimy się na kolację dziś wieczorem?

– Bardzo chętnie. A co będziemy robić po kolacji? – przysunęła się jednoznacznie.

– Mam wspaniałą kolekcję numizmatów.

Był całkiem udany, jak na żart we śnie.

Steven czytał kiedyś w czasopiśmie naukowym, że można kontrolować to, co dzieje się podczas snu. Wpływać na przebieg wydarzeń tak samo, jak na jawie. Że kiedy zakrwawiony gość goni cię we śnie z kuchennym nożem, nie trzeba się bać i uciekać, tylko odebrać mu ten nóż… i już. Że nie można zginąć we śnie. To przecież tylko sen.

Dziewczyna w tramwaju nie miała na szczęście noża w dłoni, a obecny zwrot akcji był dla Stevena bardzo interesujący. Zapowiadało się znacznie ciekawiej niż w rzeczywistości.

Dopóki dziewczę nie zaczęło migotać.

 

***

 

– NIE. WIKINGÓW NIE MA.

– Chyba wiem, gdzie są – odparł ochoczo Ron.

– TO NIE DLA CIEBIE. NIE JESTEŚ WIKINGIEM.

Śmierdź trochę go rozczarowała.

W tej fazie podróży odwrócona plecami Śmierdź była jedyną postacią, na której dało się skupić choć trochę uwagi. Ron cały czas nie był pewny jej płci. Próbował dyskretnie się wychylić, żeby podejrzeć, czy w pewnym miejscu Śmierdź posiada dwie dość charakterystyczne wypukłości, ale zdaje się, że jedynymi dostrzegalnymi były położone dużo niżej zarysy rzepek w kolanach.

– Pomysłowe to.

– CO?

– No, to wszystko. Niematerialność nie wymaga składowania ani utylizacji. Jest więcej miejsca.

– ZGADZA SIĘ.

– Skąd czerpiecie energię potrzebną do ży…, znaczy – do trwania, kontynuacji?

– ENERGIA JEST WSZĘDZIE.

Mieli na myśli dwie zupełnie różne formy energii.

– Nigdy nie śpisz?

 

***

 

– Szlag…

Dziewczyna rozpłynęła się. Znikła.

Steven otworzył oczy. Zamiast tramwaju miał przed sobą wnętrze pokoju zajęte w sporej części literackim Manhattanem.

Ze snu, który zapowiadał się naprawdę dobrze, pozostało migotanie. Tak błyskają tylko koguty na dachach radiowozów.

Przewrócił się przez lewe ramię. Na wysokości oczu, na jedynym wieżowcu z literatury pięknej, w miejscu, gdzie pewnie w innych okolicznościach znajdowałoby się lądowisko dla helikopterów, stał elektroniczny zegar z czerwonymi cyferkami. Błyski policyjnych lamp o czwartej nad ranem nie świadczą o tym, że ktoś się dobrze bawi. Raczej o tym, że ktoś przestał się dobrze bawić.

Usiadł na łóżku z przeczuciem, że zdarzyło się coś złego, ale równocześnie z ulgą, że światła migają z oddali.

Był skołowany. Przez dwa tygodnie roku szkolnego nie odzwyczaił się jeszcze od wakacyjnego trybu życia, kiedy co rano można było pospać do dziesiątej. Brakowało mu codziennych telefonów od ojca, który dzwoniąc z biura, budził go słowami: „Dzień dobry, minęła dziesiąta, dziś imieniny Leokadii i Mateusza, słońce wzeszło o piątej pięć, zajdzie o dwudziestej pierwszej dwadzieścia jeden”.

Latem w tak wczesnych godzinach porannych korzystał jedynie z ubikacji, jeśli było to rzeczywiście konieczne. Nikt normalny nie wstaje o tej porze, chyba że jest z zawodu piekarzem.

Ale ciekawość była teraz silniejsza. Przecież może wyjść i wrócić. I za kilka minut z powrotem położyć się do łóżka. Przecież są wakacje.

Postanowił przesiać mąkę, wyrobić bochenek i wstawić chleb do pieca.

Uniósł skrzydło okna. Wychylił się. Musiało zdarzyć się coś wyjątkowego, bo oba radiowozy policji w Towerstone zatrzymały się na wysokości domu Rona. A na wysokości domu Rona radiowozy nie zatrzymywały się codziennie.

Bez zastanowienia wciągnął dżinsy, wsunął adidasy na bose stopy, zapiął na jeden guzik koszulę w kwiaty i wybiegł z pokoju. Podmuch spowodowany gwałtownym otwarciem drzwi niebezpiecznie zachwiał kawałkiem lokalnego Manhattanu. Południowa wieża World Trade Center, zwieńczona grubym tomiskiem „Religie świata”, runęła.

 

***

 

Sporo osób w Towerstone nie mogło tej nocy zasnąć. Jedną z nich był Leroy Cutt. Powodem była strata Puddy’ego.

W zamszowych kapciach wolno spacerował po kuchni z wypełnioną do połowy lodem szklaneczką Baileysa w ręku. Odejście Puddy’ego było niesprawiedliwością, za którą trzeba kogoś rozliczyć. A on wiedział, kogo należy rozliczyć.

 

***

 

Jak szybko wybiegł, tak szybko wrócił. Steven wpadł z impetem do pokoju, chwycił telefon komórkowy znad biurka i już go nie było. Nie miał czasu przejmować się tym, że po drodze trącił ramieniem drzwi, które uderzyły klamką o drugi najwyższy na Manhattanie stos książek. Wieża północna runęła.

 

***

 

Właściciel świnek morskich wyglądał na przygnębionego. Cutt zdecydował, że sprawą Puddy’ego zajmie się rano. Był smutny, więc usiadł przy kuchennym stole i zaczął pisać na pustej kartce: „Zachmurzyło się złowrogo, jakby Bhutan przegrał z Togo…” Nabierał przekonania, że po czterech tygodniach zabawy w chowanego odnalazło go wreszcie natchnienie. Szkoda tylko, że w tak ponurych okolicznościach.

Przed wymyśleniem puenty postanowił dolać co nieco do topniejących w szklaneczce kostek lodu. Otworzył lodówkę najostrożniej i najciszej jak potrafił. Drzwiczki wydały dźwięk ledwie słyszalny w samej tylko kuchni. Ale to wystarczyło.

– Kui! Kui! Kui! Kui!

Czterdzieści pięć malutkich gardeł doskonale wiedziało, że otworzył lodówkę.

 

***

 

Ktoś przechadzający się ulicami Towerstone mógł być przekonany, że to nieprzyzwoicie spokojne miasteczko, dopóki nie poszedłby do kogoś w gości. Mieszkańcy starali się nie wylewać domowych brudów na ulice.

Tym razem jednak jakieś brudy zostały wylane. I to przed domem Rona.

Gdy Steven dobiegał do miejsca zdarzenia, pośród sporej grupki gapiów zauważył Sandrę, swoją mamę i ojca. Lecz najpierw podszedł do koleżanki. Musiała tu stać od dłuższego czasu, bo przestępowała z nogi na nogę i rozgrzewała ramiona, trąc je mocno dłońmi.

Nie było widać szeryfa, ale było pewne, że jest już na miejscu. Posterunkowy Zibi rozpaczliwie próbował rozwinąć biało-czerwoną taśmę z napisem „Crime scene. Do not cross”. Był zakłopotany, bo nie przewidział, że taśma musi być o coś zaczepiona, najlepiej oba jej końce. Na dodatek nie umiał poradzić sobie z tłumem.

– Proszę się rozejść!

Nie działało.

Tłum nie był spokojny, bo chciał się dowiedzieć, co się wydarzyło. Głowy kiwały się, bo próbowały się wychylić zza zasłaniających je innych głów. Ale sam tłum, jako tłum, był opanowany, nie napierał. Tłum doskonale wiedział, że przed nim stoi Zibi. I że niepełnosprawnym należy się jeśli nie szacunek, to choćby wyrozumiałość.

– Proszę się rozejść, bo… bo…

Zibi nieświadomie dozował napięcie. Tłum czekał na uzasadnienie.

– …bo sobie pójdę – policjant nieśmiało wydukał uzasadnienie. Sam ledwo je dosłyszał.

Początkowo wszystko wskazywało na to, że oddzielenie widzów od radiowozów taśmą bezpieczeństwa potrwa trzy dni. Lecz w tym momencie Zibi w akcie desperacji wziął za ręce dwie osoby, ustawił je w pewnej odległości i podał im dwie końcówki taśmy.

– Tak stać. Nie ruszać się – polecił im.

Tłum został zaskoczony. Sprzeciwu nie było. Zibi pojął, że czasem lepiej zaufać intuicji i pozwolić jej działać, niż myśleć. Zbyt duża ilość przemyśleń przeważnie spowalnia działanie.

Zdawało się, że po upływie zaledwie sekundy od rozłożenia taśmy przybyło widzów. No cóż, nie ma na świecie rzeczy wzbudzającej zainteresowanie większe niż coś ogrodzonego.

Steven nie bardzo wiedział, jak się zachować. Zadał więc pytanie bezpieczeństwa, widząc strach w oczach Sandry.

– Co się stało?

– Tyle wiem, co i ty – wymamrotała przez zaciśnięte zęby.

Miała na sobie tylko białą koszulkę polo. Symetrycznie, w dwóch miejscach na koszulce widać było, że jest chłodno.

– Zresztą, tu nikt nic nie wie – dodała pretensjonalnym tonem, charakterystycznym dla kapryśnego dziecka w sklepie z zabawkami, któremu mama właśnie powiedziała, że nie ma pieniędzy na Barbie z Kenem i kucyka Pony. Steven niezbyt lubił taki ton. Ale w tej chwili gotów był zgodzić się na Barbie. Na kucyka już nie.

– A gdzie Ron?

Odpowiedział mu jedynie ruch ramion. Mimowolnie zaczął tuptać. Bardziej z zimna niż ze zdenerwowania.

Pod dom Rona podjechała karetka. Błyskawicznie wyskoczyli z niej dwaj sanitariusze. Steven przykucnął na chwilę i próbował coś dojrzeć na wysokości mniejszej od tej, na jakiej zwykle u człowieka znajduje się głowa. Lecz liczba kibiców znacznie przewyższała jego wcześniejsze obliczenia, a ich wzrost był dużo większy niż przypuszczał wtedy, gdy biegł tu ze swojego domu. Średnią znacznie poprawiał Kareem, wyglądający w tym tłumie jak żyrafa pośród stada antylop.

Oczy powoli zaczynały boleć od migających naprzemian czerwonych i niebieskich świateł. Ale nie było w pobliżu ani jednego człowieka w mundurze, który mógłby je wyłączyć.

Nagle zza wejściowych drzwi wysunął się kawałek białego kitla, a za nim sanitariusz trzymający nosze ułożone w poziomie.

To nie był najlepszy znak.

Na noszach leżało coś, co na pierwszy rzut oka przypominało stertę węgla. Dopiero po kilku sekundach Steven dojrzał, że był to czarny worek. Niestety pełny.

– Nie żyje! – krzyknął odkrywczo ktoś z tłumu. Towarzystwo zebrane przed domem Rona ożyło.

Przez próg przeszedł drugi sanitariusz, stanowiący w tym momencie zakończenie noszy, a zaraz za nim zdruzgotana pani Norman, matka Rona. Kiedy w drzwiach pojawił się pan Norman, Stevenem wstrząsnęło.

Państwo Norman mieli tylko jedno dziecko. Jasne było, że właśnie je stracili.

 

***

 

Przekonanie się, że po życiu jednak jest coś jeszcze, było dla Rona uspokajające. Prawdopodobnie to drugie życie musiało być bardzo długie, skoro można było w nim spotkać pierwszych ludzi. Nowe okoliczności rodziły coraz więcej pytań.

– Dlaczego śm… tak pachniesz? To jakiś znak, że nadchodzisz?

– LUDZIE POWINNI WIEDZIEĆ.

– Byłeś… byłaś już raz po mnie, prawda?

– TAK. TO BYŁA STRATA CZA… BYŁAM NIE W PORĘ.

 

***

 

Mamę Rona przytrzymywał za ramię szeryf Rossi. Zawsze pojawiał się w odpowiednim miejscu i czasie. I znakomicie wiedział, co robić, by zapewnić bezpieczeństwo. W jego obecności nie mogło się zdarzyć nic nieprzewidzianego.

Sandra odeszła na kilka kroków. Steven postanowił więc na moment ją opuścić i – po krótkich przepychankach z tłumem znajomych z jego ulicy – dopadł do stojącej prawie na samym końcu ciekawskiego ogonka swojej matki.

– Idź do domu – odezwała się pierwsza. Jej słowa zabrzmiały groźnie. Nie potrafił sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek słyszał, by mówiła do niego takim tonem. Chyba tylko wtedy, kiedy pierwszy raz odmówił zjedzenia szpinaku.

Ale Steven nie zamierzał iść tej nocy do domu. Wrócił szybko do Sandry. Wyczuwał jej przerażenie, ale nie miał pojęcia, jak mu zaradzić. Nie umiał pocieszać, wygłaszać wielkich mów ku pokrzepieniu serc. Stał więc cicho, skupiwszy się na dochodzących co jakiś czas z tłumu szmerach, ledwie słyszalnych nawoływaniach i szeptanych, urwanych w połowie komentarzach. Trudno było wyłowić konkretne słowa, może poza kilkoma: Jak? Kiedy? Dlaczego? Kto mógł to zrobić? Problem w tym, że wszystko to były pytania. Odpowiedź na choćby jedno z nich nie padła z żadnych ust. Dla tak dociekliwego chłopaka jak Steven stało się jasne, że trzeba będzie dojść do tego własnymi sposobami. Albo zasięgnąć języka u szeryfa, albo…

 

***

 

Ron czuł się fantastycznie. Wreszcie, ze świadomością już niemal dorosłego człowieka, przekonał się, jak to jest być takim przedszkolakiem, który wciąż zadaje pytania.

Wątpliwości narastały, pytania same się rodziły. Ale mimo to cieszył się, że tu jest. Gdyby żyjący ludzie wiedzieli tyle, co on teraz, pewnie byłoby mniej wojen. Chociaż – kto wie, może i więcej…

– Hej, a są Adam i Ewa?

– TU JEST MNÓSTWO ADAMÓW I EW.

– Ale chodzi mi o tych pierwszych. Pierwszych ludzi.

– ACH, TYCH. PRAWIE WSZYSCY PYTAJĄ.

– Nie dziwię się.

– OCZYWIŚCIE, ŻE NIE MA.

– To znaczy, że nie istnieli?

– BYŁOBY TO NIELOGICZNE.

– A tu wszystko jest logiczne?

– WSZYSTKO.

 

***

 

Obawiał się, że jeśli powie Sandrze, iż chce ją na moment zostawić samą, spotka się z falą krytyki, co natychmiast skojarzyło mu się z różowym kucykiem.

– Za moment wrócę – powiedział jej na ucho.

– Nigdzie nie pójdziesz.

Steven dobrze ocenił sytuację.

– To potrwa sekundy – próbował tłumaczyć.

I prawie zaproponował zakupy w sklepie z zabawkami.

– Idę z tobą.

 

***

 

Wściekły Dwayne był pewny, że całe Towerstone wypowiedziało mu wojnę. Dlatego metodycznie tworzył w notatniku listę domostw, w których mogły przebywać koty.

– Nie bęwie negofafji f terroryftami!

Czuł, że nadszedł czas. To będzie jego prywatny Wietnam i tym razem uda mu się dokopać Żółtkom.

 

***

 

– Czy można stąd wrócić?

– A CHCESZ?

To wymagało chwilowego zastanowienia.

– Chyba nie…

 

***

 

Mimo że najważniejsza postać w Towerstone – Lee Sugeon – był mężczyzną o znakomitym, lecz trochę nietypowym poczuciu humoru, Jacko Rossi postanowił na razie nie mówić o tym wydarzeniu burmistrzowi. Jutrzejsze obchody jubileuszu 250-lecia powstania miasta mogły być zagrożone. Istniała możliwość wystąpienia pewnego rodzaju psychozy, która sprawiłaby, że miesz-kańcy mogli ze strachu nie przyjść na uroczystości.

Szeryf zdecydował, że powiadomi burmistrza w połowie dnia, tak by nie dało się już odwołać występów. I w ten sposób zachować pozory normalności.

Trzeba było tak postąpić, żeby niepotrzebne persony nie przeszkadzały w śledztwie. A policjant wiedział, w jaki sposób mieszkańcy Towerstone pomagają w dochodzeniach. Po prostu przychodzą na posterunek z gotową historyjką, wskazując winowajcę. Gdyby przynajmniej jedna z tych opowiastek była prawdziwa, Rossi miałby dwa razy mniej roboty. Choć szeryf co do jednego był całkowicie przekonany: tak czy siak przyjdzie Wściekły Dwayne i złoży doniesienie na kota Boba Schredingera.

 

***

 

Gruby na kilkanaście metrów pas widzów kończył się tuż przed rogiem frontowej ściany domu Rona. Sandra i Steven mieli więc ułatwione zadanie, jeśli chcieli zniknąć, nie wzbudzając podejrzeń.

Posesja Normanów była odgrodzona od ulicy niskim, białym drewnianym płotkiem. Natomiast od najbliższego domu oddzielał ją gęsty, ale niezbyt wysoki żywopłot. Na dodatek ten naturalny zielony murek miał w połowie swej długości przerwę, która ułatwiała organizację wspólnego sąsiedzkiego grilla.

Celowo szli wolno, chcąc sprawić wrażenie, że odchodzą porozmawiać. Nagle znikli za żywopłotem. W oknie na piętrze, w pokoju ich kolegi paliło się mocne światło.

– Gdzie są kuchenne drzwi? – zastanawiał się głośno Steven. Trochę po to, by pohamować strach Sandry, a częściowo dlatego, żeby dodać sobie otuchy. Znał przecież ten dom. Nie było w nim kuchennym drzwi.

– Chodźmy do ogrodu.

Sandra podążyła za nim jak cień i po chwili stanęli przy basenie, naprzeciw salonu. Chłopak spojrzał na szklane przesuwne drzwi. Z satysfakcją, ale i rosnącym niepokojem stwierdził, że nie były domknięte. Otworzyły się bezszelestnie. Wemknęli się do środka z nadzieją, że wszyscy policjanci wcześniej wyszli na ulicę.

W salonie panował półmrok. Steven pomyślał, że w takich warunkach z pewnością potrąci jakiś wazon przypominający ceramiczne cacko z okresu dynastii Ming i ściągnie tu policję. A przecież nie od dziś wiadomo, że ludzie stawiają duże wazony w najbardziej ruchliwych miejscach domu.

Ale to Sandra potknęła się o kanapę i upadła z hukiem. Na moment zamarli w oczekiwaniu. W salonie zapanowała cisza, chyba nikt nie usłyszał łomotu.

Na ich szczęście układ pomieszczeń w domu Rona nie był typowy dla seryjnych amerykańskich domów. Wejście na schody znajdowało się na korytarzu, ale w miejscu niewidocznym z drzwi wejściowych. A te były na oścież otwarte.

Steven poczuł ulgę, bo schody były mocno oświetlone i, o dziwo, nie skrzypiały ze starości.

Już byli na piętrze przy balustradzie, kiedy usłyszeli rozmowę, której nikt w ich sytuacji nie chciałby usłyszeć.

– Czy mogę jeszcze raz obejrzeć pokój syna? – zabrzmiał z dołu męski głos.

– Tak, proszę, oczywiście – odpowiedział mu łamiący się głos kobiecy.

Na korytarzu na parterze zastukały obcasy policyjnych butów.

 

***

 

W największym pokoju ostatniego domu na skraju jednego z Kwadratowych Lasów bujał się pusty fotel na biegunach. Był jedynym przedmiotem w salonie, który wykonywał jakiś ruch. Reszta domowych gratów czekała na lepsze czasy. Lub na przymocowanie biegunów.

Al Corn poszedł do kuchni.

Podgrzał wodę w brytfannie, aż zaczęła bulgotać, po chwili także czajnik krótko zagwizdał. Staruszek przy użyciu kompasu sprawdził ponownie położenie łyżeczki w kubku.

– Dobrze. Dobrze.

 

***

 

Coleen stanęła przy oknie i szpiegowskim ruchem odchyliła zasłonę na tyle, by ogarnąć jednym okiem ulicę. Dziennikarskie przeczucie podpowiadało jej, że powinna sprawdzić te czerwono-niebieskie błyski w oddali.

– Musiało się coś stać – powiedziała do siebie. – Nie, no przecież trzeba to zbadać. Nie może tak być, żebyśmy nie mieli tego na taśmie.

Prawdopodobnie nic by się nie stało, gdyby telewizja nie zarejestrowała tego wydarzenia. Konkurencja w Towerstone była żadna. W dziedzinie najnowszych wydarzeń TS News ścigała się sama ze sobą. Ale lepsza taka konkurencja niż żadna.

Wybrała w komórce numer do dyżurnego kamerzysty. Było to dziecinnie proste. TS News miała jednego kamerzystę.

– Tak, tak, właśnie się ubieram. Zobaczymy się na miejscu – usłyszała w słuchawce, nie zdążywszy zadać pytania.

Zack był doświadczonym kamerzystą. Kręcił tyle wydarzeń, które Coleen obsługiwała w mieście, że rozumieli się na ogół bez słów. Poza tym wolał wyprzedzić koleżankę zdaniem, na które nie trzeba odpowiadać. Znakomicie wiedział, z kim rozmawia.

Coleen spojrzała na śpiącego narzeczonego.

– Nie będę go budzić. To nie jego sprawa, tylko moja. Moja i telewizji. Przecież i tak zaraz wrócę. Pewnie ktoś wracał z imprezy i wjechał samochodem w pojemnik na pocztę zamiast do garażu. No, a jest przecież sobota.

W trakcie rozmowy ze sobą ubrała awaryjny zestaw odzieżowy, przygotowany w przedniej części garderoby właśnie na tego typu nagłe sytuacje, i wyszła z sypialni.

Harry niespokojnie tarmosił się w pościeli i gaworzył we śnie.

– Odejdźcie, szubrawcy… jeszcze nie skończyłem. I oddajcie królowi Kaszankę Przeznaczenia…

To nie było do niej.

Jak zwykle zresztą.

 

***

 

Steven pociągnął Sandrę za ramię i wsunęli się przez otwarte drzwi do pokoju Rona – najciszej, jak tylko umieli. Dziewczyna, jak tylko zobaczyła to, co zobaczyła, otworzyła usta z przerażenia, ale kolega natychmiast przytomnie zasłonił je swoją dłonią. Na wypadek, gdyby miały się z nich wydobyć jakieś dźwięki.

Przerażenia nie wywołał wcale widok dziesiątek skarpetek, którymi wyłożony był dywan. Ściany, sufit, podłoga i łóżko były czerwone. Nie było wątpliwości – to musiała być krew.

– Ewakuujemy się – szepnął.

Okno było uchylone, więc nie musieli męczyć się z jego otwieraniem.

– Skacz.

Sandra była w szoku. Nie mogła się poruszyć.

– Skacz, mówię, bo wpadniemy – poprosił jeszcze raz, niemal sycząc ze zdenerwowania. Ale dziewczyna była w szoku. Nie mogła się poruszyć.

– Skacz, bo zrobię złą świnkę.

Podziałało.

Sandra nie znosiła, kiedy robił złą świnkę.

Przewiesiła się przez okno z nogami na zewnątrz, nie do końca świadoma tego, co robi. Jednak uporczywie trzymała się rękoma parapetu, bo stopy nie wyczuły oparcia. A brak czegokolwiek pod stopami najczęściej oznacza krótszy lub dłuższy lot.

– Błagam, bo nie zdążymy – szeptał coraz ciszej Steven. Odgiął palce Sandry, trzymające kurczowo parapet, i po upływie niespełna sekundy dziewczyna spadła na trawnik. Steven w myślach dziękował grawitacji i innym słabym oddziaływaniom fizycznym, jeśli jakieś dodatkowe istniały.

Zanim chłopiec przełożył nogę przez okno, spojrzał jeszcze na łóżko Rona, gdzie spod ubrudzonej krwią kołdry wystawał róg rudobrązowej okładki. Stevena olśniło. To przecież była Książka! Każdy w Towerstone znał wygląd tej okładki.

Coraz wyraźniej było słychać czyjeś kroki. Bez wątpienia dochodziły już z piętra. Mimo to zdecydował się na wyjęcie Książki spod pościeli. Następnie techniką charakterystyczną dla skoczków wzwyż wyskoczył przez okno.

Steven musiał zweryfikować dotychczasowe wyobrażenie o miękkości trawy.

 

***

 

Szeryf wolnym krokiem wszedł do pokoju Rona. Skłamałby, gdyby powiedział, że nie czuł lęku. Zwłaszcza że kiedy przekroczył próg, usłyszał nie wiadomo skąd ciche „auć” i zauważył poruszającą się delikatnie firanę w otwartym oknie. Takie zjawiska nie dodają odwagi w pokojach, w których dopiero co ktoś zginął.

Jacko rozejrzał się po pokoju. Do zebrania wszystkich potencjalnych dowodów rzeczowych w tej sprawie potrzebna będzie ciężarówka.

Usiadł na łóżku, nie bez trudu odnalazłszy biały kawałek prześcieradła. Pomysł o odejściu ze służby i zajęciu się wychowaniem dziecka musiał odłożyć na później. Z ulgą przyjął fakt, że nie powiedział o tym wcześniej Leslie i nie rozbudził w niej zbytnich nadziei. Powie jej, jak zakończy to dochodzenie.

Męczyło go wynikające z doświadczenia przeczucie, że sprawa wcale nie będzie łatwa. Na pierwszy rzut oka nie było śladów, które mógłby zostawić sprawca. Przypuszczał, że było to morderstwo. Samobójca nie zdążyłby zadać sobie tylu ran.

Niezbyt pocieszająca była analiza, że ktokolwiek to zrobił, pewnie był mieszkańcem miasta. Nikt inny przecież by nie przejeżdżał do Towerstone tylko po to, by zabić zupełnie nieznajomego dzieciaka. Skądinąd porządnego i inteligentnego.

Nic nie przychodziło mu do głowy. Brakowało motywu, nie było tropu. Na filmach policjanci w takich okolicznościach wpadają w depresję.

Słabiutkie pukanie przerwało jego myśli – gdy się odwrócił, zobaczył w drzwiach zasmuconą i zdezorientowaną kobietę. Pani Norman zapewne dopiero jutro zrozumie, co się stało.

 

***

 

– Wypije pan kawę? – pani Norman próbowała zachować rezon, ale Rossi był doskonałym obserwatorem i widział, że były to próby nieudane.

– Chętnie, chciałbym chwilę porozmawiać, jeśli nie przeszkadzam, oczywiście.

– Ależ nie… Tylko nie tu, proszę. Zejdźmy na dół.

– Jasne, nie ma sprawy.

Każdy krok po schodach zdawał się trwać kilkanaście minut. Szeryfowi dość trudno było zebrać myśli. Rodzice Rona wyglądali na kompletnie zszokowanych, nie przyjmowali tego, co się właśnie stało. A tak nie zachowują się osoby, które mają coś do ukrycia. Dla Rossiego było jasne, że rodziców denata trzeba, przynajmniej w tej fazie postępowania, wykluczyć z kręgu podejrzanych. Wprawdzie zachowywali się spokojnie, ale było to raczej wynikiem działania środków uspokajających, które szeryf sam im zaaplikował zaraz po przyjeździe radiowozem, niż wyrachowania potencjalnego przestępcy.

Kiedy siedzieli już na kanapie w salonie, na piętrze dwaj młodsi stażem policjanci zbierali dowody, zabezpieczali ślady zbrodni. Jednym z nich był Uy Franca, zastępca szeryfa. Powody posiadania takich personaliów były dla całego komisariatu tajemnicą. Nazwisko można było jeszcze wytłumaczyć hiszpańskim pochodzeniem, choć i tak była to teoria naciągana. Ale imię? Prawdopodobnie miał rozrywkowych rodziców. Właściwie nie wiadomo było, jak wymawiać to imię. Każdy w Towerstone robił to inaczej – począwszy od prostego „uj” do odgłosu przypominającego głębszy świński oddech.

Tylko Zibi nie został wpuszczony do środka w celu zabezpieczania śladów. Gdyby dostał się na górę, nie byłoby już czego zabezpieczać.

Nawet w chwili niepewności, zamyślenia czy przygnębienia szeryf wiedział, od czego zacząć rozmowę. Prawie sto procent zbrodni popełnia rodzina lub znajomi ofiary. To dlatego śledztwa są tak łatwe do przewidzenia. A skoro rodziców Rossi wykluczył na wstępie z grona podejrzanych, musiał tak poprowadzić konwersację, by dowiedzieć się, czy aby nie było w życiu ich syna kogoś, kto chciałby mu zrobić krzywdę. Lub choćby źle mu życzył.

– Pani Norman, proszę mi powiedzieć, jaki był Ron, czym się najbardziej interesował – zagadnął, nie odrywając wzroku od kubka z kawą i nie przestając mieszać cukru, którego i tak nie wsypał.

– Podróże, chyba najbardziej chciał jeździć po świecie – odpowiedziała gospodyni. Popatrzyła jednocześnie na męża, jakby szukając u niego akceptacji. Ten jednak gorączkowo przebierał tylko palcami.

– Czy ktoś był u Rona dzisiaj w nocy?

Odpowiedź padła automatycznie.

– Nie, nie. Na pewno nie. Ron przyszedł już po zmroku sam i od razu poszedł do siebie. Nawet obiadu nie odgrzał.

– A znajomi? Jakich miał przyjaciół, kto się u niego najczęściej pojawiał? – zapytał szeryf, przypuszczając, że morderca musiał na wylot znać mieszkanie Normanów. Działał przecież niesłychanie cicho, wchodząc nie zbudził rodziców i umknął niezauważony.

– Tu z sąsiedztwa. Sandra, Steven, paru innych chłopaków, ale tamci bardzo rzadko się pojawiali, dawno już nie przychodzili.

– Czy mógł mieć wrogów wśród znajomych ze szkoły? Miał jakieś zatargi, nie oddane pieniądze? Czy ktoś mógłby mu źle życzyć?

Pani Norman nie bardzo wiedziała, na które z tych pytań odpowiedzieć najpierw. Rodzinom ofiar policjanci powinni zadawać pytania pojedynczo.

– Nie.

Odpowiedź nie oznaczała jeszcze, że nie miał wrogów. Rodzice przecież zawsze uważają, że ich dziecko jest najlepsze, najmądrzejsze, najspokojniejsze na świecie, lubiane w szkole. I że nie mogłoby zrobić nic strasznego. Oczywiście do momentu pierwszego włamania.

– A nie miał jakichś problemów ze sobą, nie zauważyli państwo czegoś niepokojącego? Albo że ostatnio zachowywał się dziwnie? – drążył Rossi.

Za każdym razem, kiedy policjanci zadają kilka pytań naraz, trzeba by ich ciągnąć za uszy lub szczypać w okolice nerek.

– Nie. No może poza tym, że przyszedł dzisiaj i od razu się zamknął.

– Nie znają państwo powodów?

Pan Norman jakby właśnie ocknął się z letargu.

– Przyszedł z jakąś książką pod pachą. Widziałem przez okno, jak wchodził do domu.

– Z jaką? – w szeryfie napięła się śledcza żyłka.

– Nie wiem… nie wiem… nie sprawdzałem.

– Czy mogę zajrzeć jeszcze raz na górę?

 

***

Przejrzystość umysłu, czy czym tam był on obecnie, zaskakiwała Rona coraz bardziej. Przejrzystość, czystość i dociekliwość. Pewne pytania nasuwały się same.

– Czy ty w ogóle widzisz? No wiesz, tak po ludzku…

– WIDZENIE TO ZŁUDZENIE.

To zadziwiające, że Śmierdź nigdy nie myślała, by kiedykolwiek wydać tomik poezji.

 

***

 

Steven zaczął się rozglądać za Sandrą, ale nigdzie nie mógł jej wypatrzyć. Z przeciwnej strony żywopłotu dobiegał ściszony jęk. Błyskawicznie go rozpoznał.

W oddali jeszcze nie umilkły rozmowy i komentarze widzów, czekających niecierpliwie pod domem Rona aż cokolwiek się wyjaśni. Lecz dotychczas wyjaśniło się jedynie to, kto następny będzie trzymał policyjną biało-czerwoną taśmę odgradzającą gapiów od miejsca zbrodni. Zibi miał swoje pięć minut.

– Nic ci się nie stało? – zapytał Steven.

– Trochę boli – Sandra zaciskała zęby.

Chłopak spojrzał na jej rękę, była delikatnie spuchnięta, o ile w takich ciemnościach można było to ocenić.

– Tylko ręka?

– Tak.

Odpowiedź go uspokoiła, ale tak przygnębionej koleżanki dawno nie widział.

– Ron nie żyje – wydukał.

Sandra chyba chlipała. Był to albo cichy płacz, albo w którymś z domów ciekło z kranu.

– Wiem – zdołała wypowiedzieć przez zaciśnięte usta.

Ostatnie grupki zaciekawionych mieszkańców rozchodziły się promieniście spod domu Rona. Steven co kilkanaście sekund wystawiał czubek głowy nad żywopłot. Kontrolował sytuację. Ludzie odchodzili. Została może jedna para osób, może dwie, bo dokładny widok zasłaniał narożnik budynku. Zauważył, że Zibi nie bardzo wie, w którą stronę iść. Znaczy, że jego rola dziś wieczorem się skończyła. Zibi bez zadania do wykonania był jak dziecko we mgle.

Przed drzwiami domu Rona została jednak ta babka z telewizji z kamerzystą. Steven postanowił jeszcze trochę poczekać zanim wyjdą z Sandrą z ukrycia. Obecność człowieka z kamerą oznacza, że z czasem zawsze pojawiają się niewygodne pytania.

Księżyc świecił jasno, rysując wyraźnie kontury budynków. Ten blask dodawał nieco otuchy. Zwłaszcza Sandrze, która wciąż kręciła głową, nie wierząc w to, co się stało.

Przysiadł się do niej, półautomatycznie wziął ją za rękę. Wypadało tak zrobić. Dziewczyna odwzajemniła ten gest położeniem głowy na ramieniu chłopaka. W normalnych szkolnych warunkach takie rzeczy nie działają.

Od dawna byli przyjaciółmi. Już jako małe dzieci jeździli razem na swoich małych rowerach do Kwadratowych Lasów, budowali na drzewach szałasy, wycinali w korze przedziwne symbole i inicjały. Ale nie byli parą. Mimo jej ponadprzeciętnej urody Steven nigdy nie traktował Sandry jako dziewczyny, potencjalnej miłości. Przeważnie widział ją jako dobrego towarzysza. Była zwykle oblegana przez tłumek wielbicieli, a Steven nie lubił tłoku. Wprawdzie w szkole było kilka panienek, którymi się interesował, ale należał akurat do tych typów, które nie znosiły zbyt długiego uganiania się za dziewczętami. Uważał, że cała ta gra miłosna, te wieczne podchody to kompletna strata czasu.

Lecz nie można powiedzieć, że nie próbował. Była na przykład rudowłosa Winnie, interesująca z kilku punktów widzenia, z których dwa najważniejsze znajdowały się w górnej części tułowia. Gołym okiem było widać, że zawartość noszonych przez nią koszulek nie była dziełem Stwórcy, lecz chirurga plastycznego. Właściwie dwóch. W porywach nawet trzech. A to szczególnie silny magnes dla młodzieńczych męskich hormonów.

Winnie była nieskomplikowanie ładna. I można to uznać za zaletę, podobnie jak fakt, że miała niezwykle bogatych, jak na Towerstone, rodziców. Podstawową wadą pozostawało jednak to, że była równie nieskomplikowanie bystra. I często się wściekała na przeróżne błahostki. No, może nie często, ale za to niezwykle regularnie – co około 28 dni. Steven był u niej kilka razy, żeby zaprosić ją na szkolne przedstawienie, do kina albo na tańce, i zauważył, że centralnym punktem jej pokoju jest kalendarz z dość regularnie rozmieszczonymi, odręcznie rysowanymi tajemniczymi typowo kobiecymi znaczkami. Był to ewidentnie hormonogram, noszący w dolnych strefach kilka wyraźnych śladów irytacji.

Potem była Betty, o skórze nieznacznie ciemniejszej niż u innych amerykańskich koleżanek. Jej matka pochodziła wprawdzie z Towerstone, ale ojciec przybył z jakiegoś afrykańskiego kraju, którego nazwy nikt nie był w stanie zapamiętać, i wkrótce gdzieś przepadł. Kilkumiesięczny związek z sympatyczną Betty zakończył się, kiedy chłopak dowiedział się, jak naprawdę nazywa się jego sympatia – Betondoumgwa Bananayaya. Ktoś taki, niezależnie od tego, jak był miły i atrakcyjny fizycznie, nie mógł być w przyszłości matką dzieci Stevena.

Ich związek był tak krótki, że Steven nie zdążył nawet ustalić, czy Mulatki też mają biały trądzik.

I była jeszcze Katie, szkolna piękność z nieco młodszego rocznika. Ale do niej Steven nigdy nie mógł zdążyć. To znaczy, że kiedy wieczorem myślał, by się z nią umówić, już ktoś u niej był. Kiedy planował, by zaprosić ją do kina, zwykle miała wcześniej umówione spotkanie z kimś innym. Przeważnie byli to chłopcy ze szkolnej drużyny futbolowej. A Steven nie lubił biegać za innymi po boisku. On lubił być rozgrywającym. Mieć piłkę, a nie godzinami czekać na podanie.

I kiedy głaskał puszyste włosy Sandry, czynił to bez większego skrępowania. Byli przyjaciółmi. Tylko przyjaciółmi.

Za żywopłotem ucichły wszelkie odgłosy, policyjne światła przestały błyskać. Postanowili wyjść z ukrycia.

 

***

 

Przed komisariatem w Towerstone stały trzy postacie, oświetlone tak, że nie było widać ich twarzy, a jedynie kontury. Najniższa z nich musiała mieć długie włosy, najwyższa – czapkę przypominającą policyjne nakrycie głowy. Z szyi średniej postaci wystawało coś prostokątnego, zakończonego ustami zwiniętymi w ogromną trąbkę.

– Coleen, proszę, nie wiem, co się zdarzyło, więc moja wypowiedź zupełnie nic nie wniesie – przekonywał szeryf. – Tym bardziej że wyemitujecie to dopiero po dwudziestej.

– Niech to szlag – powiedziała do siebie dziennikarka.

– Zatrzymajmy te informacje do czasu emisji wiadomości, OK?

Może ma rację…

– Kto wie, czy do jutra czegoś się nie dowiemy. Poza tym nie siejm–y, proszę, niepotrzebnie paniki przed jutrzejszą imprezą.

Nazajutrz Towerstone obchodziło 250 lat istnienia. Większość dekoracji wisiała już na ulicach, scena w niewielkim parku przy szkole została rozstawiona na wieczorny koncert, miejscowi aktorzy, statyści, poeci i tancerze od miesiąca przygotowywali się do występu w sali kinowej, by zaprezentować swoje zdolności.

Uroczystości po prostu nie można było odwołać. I Coleen o tym wiedziała. Sama przygotowała przecież krótką sztukę – monodram, w którym zamierzała zagrać trzy osoby jednocześnie. A wiadomo, jakie to wyzwanie dla osoby, która rozmawia właściwie tylko ze sobą.

– A zgodzi się pan na wywiad na żywo jutro wieczorem? Tak, to dobre pytanie, chyba dobre, powinien się zgodzić. Ale będzie materiał!

– Tak, po uroczystościach owszem.

– Mam nadzieję, że pamięta, o której są „Rozmowy Trudne i Trudniejsze”.

– Tak, pamiętam. Kwadrans po dziewiątej – szeryf umiał rozmawiać ze wszystkimi, nawet z Coleen.

– Matko, ile będzie jutro roboty.

 

***

 

Wystarczyła godzina, by Leroy Cutt napisał siedem wierszy, w tym trzy białe, dwie smutne fraszki bez puenty i jeden moskalik, w którym wyraźnie sugerował, co i gdzie zrobi temu, kto przerwał życie Puddy’ego.

Właśnie zakończył dziewięciozgłoskowiec.

 

O sczeznobrnące wywłoczyny

I w kalumniach partaczonego

Szczękobrzękniesz za swe wyczyny

W czeluściach dół zbabulonego.

 

Leroy Cutt nie dostrzegał jeszcze różnicy pomiędzy grafomanią a poezją. Zdawało się, że na tej granicy zatrzymała go jakaś niewidzialna i do tego wyjątkowo drobiazgowa służba celna. Prawdopodobnie z powodu permanentnego braku wizy.

Miejski wieszcz podjął decyzję:

– Nigdy nie poznają tego poematu. A chcieliby. Ha! Na złość im jutro go nie odczytam. Wyjdę na scenę i powiem: „Za karę! Za Puddy’ego!”

W tym momencie prawdopodobnie kilka osób w Towerstone odetchnęło z ulgą.

 

***

 

Ron podążał za Śmierdzią. Nie szedł, nie płynął. Podążał. Czuł się wyluzowany i żądny wiedzy. Ciekawiło go, czy łupie ją w kościach, czy nie jest jej zimno i tym podobne.

– Słuchaj… a powiedz: echo!

– A po co ci… dlaczego w ogóle masz kosę?

– BO TAK.

 

***

 

Maszerowali ujęci za ręce. Ale tak po przyjacielsku. Żadnych podtekstów.

Pod domem Sandry zatrzymali się. Jej rodzice musieli już wrócić, bo w każdym pokoju włączone były światła. A na zewnątrz także. Obie lampy – skierowana na podjazd przed garażem i oświetlająca wewnętrzne podwórze – na pewno nie dawały zadowalającej jasności. Świetlówka garażowa pod zniszczonym metalowym kloszem wcześniej czasem nawet oślepiała, lecz teraz, kiedy ziemia wokół nich lekko parowała, zazwyczaj ostre światło lampy nie przeszkadzało oczom. Steven nie lubił takiego widoku. Atmosfera, zwłaszcza przetaczające się w lekkim podświetleniu kłęby pary, przypominała mu sceny z najgorszych, najkrwawszych horrorów, jakie oglądał w dzieciństwie.

– Dziwny sen miałem dzisiaj. Dzisiaj, to znaczy przed wyjściem.

– Jaki?

Opowiedział.

Nie liczył na zrozumienie. I słusznie. Gdyby dziewczyna przypadkowo nie pohamowała powietrza w płucach, parsknęłaby. Ostatecznie wyszło z tego to, co wyszło, czyli jakby nieudana próba odkrztuszenia małej nitki w przełyku.

– Mi się nic nie śniło, przynajmniej nie pamiętam, ale obudziłam się z takim… takim… niepokojem. To nie było normalne.

– Chcesz już iść?

– Nie.

– No to chodźmy pod szkołę. Może tam być parę osób.

 

***

 

Pod szkołą nie było żywej duszy.

 

Usiedli na jednej z ławek przy chodniku prowadzącym do głównego wejścia. Nagle coś poruszyło się w krzakach, tuż za nimi. W pierwszym odruchu chłopak chciał rzucić się do ucieczki. Przecież to mógł być morderca! Lub ktoś jeszcze gorszy…

Para próbowała znieruchomieć.

Zza krzewów ukazał się cień ludzkiej postaci. Dużej, a właściwie wysokiej i chudej. Przerażający widok: jakby wódz Masajów przygotowywał się do rytualnego tańca wojowników.

Postać zbliżała się, a w sposobie jej poruszania się było coś charakterystycznego, można nawet powiedzieć, że znajomego. Tylko jedna osoba na świecie potrafiła w tak nieskoordynowany sposób poruszać rękoma w trakcie zwykłej przechadzki.

– Cześć – powiedział Kareem, dwieście dziewięć centymetrów wzrostu. – Chyba sobie dzisiaj nie zagramy…

Napięcie opadło.

 

***

 

– Dobra robota, Zibi.

– Fajnie.

Na komisariacie Zibi z uśmiechem przyjął pochwałę. A zdarzało się to rzadko. Nawet on sam nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś go pochwalił. Prawdopodobnie w jego życiu nie było takiego zdarzenia.

Ale Rossi zadecydował, że dobrze będzie docenić starania podwładnego w celu utrzymania porządku na miejscu tragicznego zdarzenia. Przynajmniej słowem. Bo gdzie Zibi by się podział, gdyby nie ta praca? Czy ktokolwiek przyjąłby go na jakiekolwiek stanowisko? Wątpliwe. Na świecie nie było pracy dla Zibiego, bo nie było już bardziej prostych czynności do wykonania.

A tu, w policji czuł się pożyteczny. Na swój sposób, oczywiście.

Rossi doskonale wiedział, że Zibi wróci do domu zaplątany w policyjną taśmę, pójdzie z nią spać i że miną dwa dni, zanim chłopak znajdzie drugi koniec.

 

***

 

– A co się właściwie stało? Ron jest chory? – zapytał Kareem, choć, podobnie jak dziesiątki innych gapiów, przeczuwał, że zdarzyło się coś znacznie bardziej skomplikowanego.

– Niewiele wiemy. Widzieliśmy pokój Rona, jesteśmy pewni, że nie żyje.

– Byliście w jego pokoju?! – ręce środkowego szkolnej drużyny koszykówki zatoczyły koło. W dużym przybliżeniu.

– No co? Musieliśmy wiedzieć… – teraz Steven ujawnił lekki niepokój.

– Wiecie, czym to grozi?

 

Na chwilę wszyscy umilkli. Pod Kareemem nogi ugięły się lekko, więc postanowił niezwłocznie usiąść.

Osobowość Kareema stanowiła pewną niewiadomą. Członkowie szkolnych drużyn sportowych przeważnie nie wysilali się na lekcjach przedmiotów ścisłych. Nie musieli, bo pozytywne oceny mieli zagwarantowane. Angażowali się jedynie na wychowaniu fizycznym, jeśli zajęcia sportowe można uznać za przedmiot ścisły.

Kareem był chorobliwie pedantyczny we wszystkich życiowych czynnościach. I dobrze się uczył. Uważał, że celny rzut piłką do kosza za trzy punkty to nie wszystko. Lubił wieczorami opowiadać o sztuce i historii. Profesor od języka angielskiego powiedział kiedyś na uroczystości zakończenia roku: „Wrażliwość tego młodzieńca na nieszczęścia świata przekracza średnią krajową, wierzcie mi, kiedyś będzie wielki”.

Marzeniem Kareema był wyjazd na studia do Nowego Jorku i gra w Knicksach, zrobienie inteligentnej kariery. Dlatego chciał jak najprędzej wyrwać się z Towerstone. Miał przekonanie, słuszne, że na prowincji nic nie osiągnie. A warunki ku temu miał znakomite – odpowiedni wzrost i fenomenalną pamięć. Steven, żeby coś zapamiętać, musiał czasem wkuwać trzy dni. Kareemowi przychodziło to bez trudu. Wystarczyło, że przeczytał raz jakiś tekst, a dwa lata później mógł go powtórzyć w przypadkowej rozmowie z dokładnością do jednego słowa.

Steven chciał mieć nie tylko taką pamięć jak Kareem, ale i równie długie ręce. Nie potrzebowałby pilota od telewizora. A gdyby się mocno rozgadał, mógłby nawet być samowystarczalny w produkcji energii wiatrowej.

– Na ścianach, łóżku, drzwiach – wszędzie było pełno krwi – odezwał się Steven, bo czuł, że zaraz padnie ze strony Kareema pytanie na ten temat.

– I nic więcej?

– Nic – odparła cichutko Sandra.

– Rozmawialiście z Rossim?

– Nie. Weszliśmy tam bez jego wiedzy – próbował tłumaczyć Steven.

– Głupcy – zauważył po krótkim namyśle Kareem. – Przecież będą szukali śladów, znajdą wasze odciski palców!

O tym Steven nie pomyślał.

– Ale mamy TO.

Kareem wyciągnął rękę po coś prostokątnego, co Steven właśnie wyciągnął spod koszulki, ale natychmiast, jak przed groźbą oparzenia, cofnął ją, co poskutkowało trafieniem siebie samego w czubek głowy. Aż dziwne, że przeżył tyle lat bez wypadku, posługując się nożem i widelcem.

– Skąd TO masz?! – zapytał Kareem z prawdziwą trwogą. – Przecież TO zakazane!

– Leżało na łóżku Rona, to wziąłem.

To była Książka.

Słuchając Kareema odnosiło się wrażenie, że nigdy się nie myli. I że należało go słuchać.

Stevena przeszył dreszcz niepewności. Było zbyt ciemno, by cokolwiek odczytać. Podniósł się więc i pobiegł do latarni umieszczonej nad wejściem do szkoły.

Na wiśniowej, zarysowanej zagięciami okładce nie było żadnych liter. Dopiero po przewróceniu pierwszej sztywniejszej kartki zobaczył czarny duży napis „Pamiętnik”. Trzecia strona zapisana była drobnym maczkiem. Ale odręcznie. Na kolejnych kartkach pojawiał się większy druk, ale wyglądający jak siedemdziesiąta kserokopia maszynopisu. W rzeczywistości była światłokopią wykonaną w jedynej w Towerstone takiej pracowni w północnej części miasta. Chodziły słuchy, że kopii jest więcej niż jedna.

Al Corn twierdził uparcie, że napisał tylko jeden egzemplarz, ale pracownik wykonujący światłokopię był przekonany, że zrobił ich najmniej dziesięć. Lecz Książki nie można było kupić w Internecie.

Nikt nie znał prawdy. Al Cornowi z upływem czasu coraz mniej osób wierzyło. Z dnia na dzień stawał się widoczniej starszy i… dziwaczał.

Ale wciąż był jedynym, który pamiętał.

 

***

 

– Jak ty się wyrabiasz… wiesz… tyle pracy i w ogóle… jak się mieścisz w czasie?

– W CZYM?

– No w… czasie. Zawsze… zdążysz?

– ZAWSZE JESTEM W ODPOWIEDNIEJ CHWILI.

 

***

 

Kareem spojrzał na Książkę, ale zrobił to tak, jakby w ogóle tego nie chciał.

– Chcecie pójść z tym do Al Corna?

Koleżeństwo spojrzało po sobie w milczeniu.

– Wiecie… nie wierzę, żeby Rona mogły zabić jakieś nadprzyrodzone siły, ale mądrego człowieka zawsze należy zapytać o radę – sugerował.

Nie, to przecież niemożliwe, żeby koszmar wrócił do miasteczka. Nie po tylu latach.

 

***

 

Wciąż podążali. W tej nowej sytuacji, bez ciała, bez realnej przestrzeni i tradycyjnie pojmowanego czasu, nie bardzo było wiadomo, dokąd podążali ani jak długo to będzie trwać. Śmierdź wiedziała. Natomiast Ron nie. Ale nie to go zajmowało od jakiegoś czasu… to znaczy od dłuższego… znaczy się… nie to go zajmowało. Po prostu.

– Czy ktoś… kiedykolwiek, wiesz… próbował cię… no… przelecieć?

– CO?

– A nic, nic.

 

***

 

– Skupcie się. Może dojdziemy do tego, kto mógł zamordować Rona.

– Skąd wiesz, że został zabity? – dociekał Kareem.

– Widzieliśmy jego pokój. Tyle krwi nie bierze się z przeziębienia. Na pewno ktoś go zamordował – dedukował Steven.

Fakt, samobójcy nie zostawiają po sobie kompletnie zakrwawionego pokoju. Po samobójcy zostaje może kawałek liny, mała fiolka po proszkach, czasem kawałek mózgu na ścianie – pod warunkiem, że nie drgnie mu ręka podczas strzału w usta.

Sandra spojrzała na przyjaciela. Po raz pierwszy widziała go w roli moralizującego detektywa. Możliwe, że wpłynęła tak na Stevena obecność Kareema.

We trójkę rozpoczęli krótki przegląd podejrzanych.

Uznali, że sami są niewinni.

Pierwszy cień podejrzenia padł na ich klasową przyjaciółkę, Susan, która – według Kareema – miała jakieś dziwne ciągoty.

– Spotykali się? – Steven zaczyna się zaciekawiać tematem.

– Nie, ale czasem ona przychodziła do niego uczyć się biologii. Tak mówiła.

– A skąd to wiesz?

– Ktoś mi powiedział. Znajomy. Dalszy znajomy. Właściwie go nie znam.

Kareem faktycznie nie miał wielu przyjaciół. Wyprawiał takie rzeczy z rękami podczas zwykłej rozmowy, że najbezpieczniej było dyskutować z nim z drugiego pokoju.

– Chodziliście kiedyś ze sobą – to było stwierdzenie. Stevena trudno było oszukać. Tym bardziej teraz, kiedy głos Kareemowi się załamał, stracił pewność, a jego ręce zostały pospiesznie splecione za plecami tak mocno, że ktoś patrzący z większej odległości mógłby nabrać przekonania, iż ma długi warkocz.

– A tam zaraz: chodziliśmy. Raz czy dwa była u mnie pouczyć się biologii…

– I pewnie wszystkim tak mówiła, co?

Sandra wzrokiem zasugerowała Stevenowi, żeby Kareema dłużej nie męczyć. Ten jednak nie dawał za wygraną.

– Ale co było w niej takiego niezwykłego?

– Lubiła się przebierać – warkocz na plecach Kareema zataczał coraz szersze kręgi w okolicach bioder.

– Jak? Za co?

– Za rzeźnika.

 

***

 

Szeryf z politowaniem patrzył w kierunku wyjścia z posterunku. Spory kłąb policyjnej taśmy bezpieczeństwa próbował trafić w uchylne drzwi. Dwa razy miękko odbił się od ściany i wreszcie zniknął z cichnącym szelestem.

O trzeciej w nocy Jacko Rossiemu niełatwo było zebrać myśli w poszukiwaniu podejrzanych.

„Karczoch. Co tu robił w nocy Karczoch?” – i szeryf już wiedział, dokąd udać się najpierw.

 

***

 

– I co robiliście, kiedy już się przebrała za rzeźnika?

– Udawała, że… mnie siecze kartonowym tasakiem. Lubiła te zabawy.

Prawdopodobnie Susan była jedyną dotychczasową sympatią Kareema. Bo, szczerze mówiąc, młodzieniec nie należał do szczególnie urodziwych. Trudno się dziwić. Po brzydkich rodzicach nie należy spodziewać się ładnych dzieci.

– Oj, dajcie już spokój – Sandra zapanowała nad rozwojem rozmowy w niebezpiecznym kierunku.

– Ale ona muchy by nie skrzywdziła. Nawet dobrze nie wiedziała, jak wygląda rzeźnicki tasak.

Tym bardziej że Susan była drobniutka, oczywiście oprócz kobiecego tu-i-ówdzia. Nieprawdopodobne, żeby zmasakrowała znacznie przecież wyższego od siebie i silniejszego Rona.

– Inne pomysły? – Steven rozkręcał się jak młody detektyw prowadzący swoje pierwsze śledztwo. Kareem przeszedł z pozycji warkocza do postawy modliszki. Niezbyt płynnie.

– W pierwszej kolejności trzeba podejrzewać chyba rodzinę, znajomych i dziwaków.

Steven poczuł, że trzeba wymierzyć sprawiedliwość zabójcy przyjaciela. I nieważne, kto to zrobi – on, policja czy może Święty Mikołaj. Sandra nie odzywała się od dłuższej chwili, ale nie było po niej widać, by głowę miała zaprzątniętą jakimiś szczególnie rezolutnymi myślami.

– Według mnie rodzina odpada – zdecydował Steven. – Znam ich trochę. Znajomi… no cóż. Nie ma zbyt wielu typów, którzy chcieliby zrobić mu krzywdę, tym bardziej takich, którzy byliby zdolni go zabić.

– Pozostają miejscowi kretyni.

– A jest ich trochę.

Kareem zaczął wyliczać.

– Karczoch, Wściekły Dwayne, burmistrz, no – Susan, ale ją już mamy z głowy. Jest też nasz fizyk. Wiesz, nieraz już wysadzał w powietrze takie rzeczy, o których my myślimy, że nie wybuchają. No i ta pani, co mieszka na mojej ulicy naprzeciwko ze sparaliżowanym synem, który porozumiewa się ruchami powiek. Potrafi zamrugać: „Poproszę pomidorową z ryżem”. Wszyscy mówią, że są dziwni.

Fakt, ta pani budziła wątpliwości. Tygodniowo podejmowała w swoim domu sporą liczbę zdrowych młodych mężczyzn. W Towerstone mówiło się, że spała już z każdym w miasteczku. Miała tak intensywne życie seksualne, że po wszystkim nawet jej sąsiedzi wychodzili na papierosa.

No i gromadziła fikuśne przedmioty użytkowe. Niektóre z nich roznosiciele gazet znajdowali rankiem nawet na trawniku przed garażem. Ludzie nazywali je dewiacjonaliami.

– Sam wiesz, że to, co jedni nazywają perwersyjnym seksem, inni traktują zaledwie jako urozmaicenie pożycia – skonstatował Steven. – Eee… to mi jakoś nie pasuje do morderstwa.

– Josh…

Z okolicy głowy Sandry wydobył się cichy dźwięk. Powtórzyła go nieco głośniej.

– Josh.

– Słucham? – Steven nie dosłyszał.

– Josh. Pamiętasz? Kiedy szliśmy z autobusu…

– Jasne! No przecież!

– O co chodzi?

 

***

 

Szeryf podjechał pod dom Karczocha radiowozem ze zgaszonymi światłami. Delikatnie otworzył drzwi samochodu, ale po wyjściu ich nie zamknął, żeby nie robić hałasu. Odgarnął połę kurtki w miejscu, w którym w świetle dziennym ukazałaby się czarna półautomatyczna dziewiątka.

Przed domem ani w oknach nie było światła. Rossi zaświecił latarkę, trzasnęła napa w skórzanym pasku kabury. Prawa ręka gotowa była w każdej chwili pochwycić rękojeść pistoletu.

Wszedł na werandę, licząc schody, na wypadek gdyby musiał uciekać. A podczas ucieczki niedobrze jest nie mieć policzonych schodów.

Odbezpieczył broń.

Deski na werandzie cichutko zaskrzypiały.

Policjant zastukał trzy razy latarką w drzwi.

Odczekał chwilkę.

I nic.

Następne trzy stuknięcia.

Wciąż nic.

– Knut! Jesteś tam?!

Rossi był prawdopodobnie jedynym mieszkańcem Towerstone pamiętającym, jak ma na imię Karczoch, gdyż dwa razy spisywał go na posterunku w związku z drobnymi śledztwami. Zdradzało niemieckie pochodzenie rodziców. A przynajmniej jednego. Tego, który postanowił w ten sposób skrzywdzić swoje małe dziecko. W pozostałych towerstończykach, gdyby je poznali, takie imię nie wywołałoby żadnych emocji. Uważaliby, że co najwyżej pięknie kojarzy się z orzechami.

– Knut! Możesz otworzyć? Chciałbym porozmawiać.

Bez odpowiedzi.

No tak, okna były pozamykane i ciemne, przed domem nie stał samochód. A przecież typowy Amerykanin nigdy nie wychodzi z domu. On wyjeżdża.

Ciche pstryknięcie oznaczało zabezpieczenie pistoletu. Rossi odetchnął z ulgą. Przynajmniej teraz. Chcąc nie chcąc, rano trzeba będzie odszukać Karczocha.

 

***

Opowiedzieli Kaaremowi o spotkaniu z Joshem sprzed północy – że pijaczyna siedział na krawężniku niedaleko domu Rona, trzymał w dłoni pękniętą butelkę i był pod wpływem alkoholu. Silnym.

Och, jak bardzo policja chciałaby czasem mieć tyle fajnych poszlak.

– Chyba trzeba o tym powiedzieć Rossiemu – zaproponował Steven, licząc na wsparcie.

– Nie ma sensu rozmawiać z szeryfem. I tak powie, że nic nie wie albo że cała ta sprawa jest objęta tajemnicą i nie ujawni szczegółów dla dobra śledztwa. Albo powie, że to właśnie ty jesteś podejrzany, jeśli wcześniej nad ranem nie przyjadą po ciebie gliniarze i nie zamkną cię w ciupie za pozostawione na miejscu zbrodni odciski palców!

Sandra próbowała się wymądrzać, ale raczej ze zdenerwowania niż z przekory.

– Ale to my mamy ważne informacje do przekazania. Wcale nie musimy zdradzać, że byliśmy u Rona.

– No pewnie – zgodził się Kareem.

– Dobra. Jutro o dziewiątej. Przyjdźcie po mnie.

 

***

 

O trzeciej w nocy Towerstone spało. Choć były pewne wyjątki.

Szeryf brał prysznic przed snem.

Bob Schredinger właśnie zakończył w domu obchód wszystkich pomieszczeń, który jednak nie wykazał ubytków w ścianach.

Krzew dzikiej róży tkwił przed drzwiami do kurnika.

Leroy Cutt kończył dwudziesty wiersz, a drugi tego wieczora tren pod tytułem „Oh, Puddy, oh”. Nie mógł tylko znaleźć odpowiedniego rymu do pewnego wyrazu zakończonego na „…olony”.

Karczoch jechał do domu swoją starą półciężarówką. Zapalił papierosa i pogłaskał przyjacielsko leżącego na siedzeniu pasażera srebrnego colta.

Stary Al Corn poruszył kompasem, trącił łyżeczkę, szybko ustawiając ją we właściwym położeniu, a potem ponownie doprowadził wodę w garnku do wrzenia.

 

***

 

Tylko jeden z pokaźnego rzędu monitorów był włączony. Z ekranu wiało nudą: siedem minut jednego ujęcia, jedna gadająca głowa i na koniec odjazd kamery do szerszego planu, który ukazał górną połowę przystojnego policjanta.

Coleen cofnęła nagranie szósty raz i znów odtworzyła.

– Nie, to rzeczywiście nie nadaje się do emisji. Trzeba o tym powiedzieć w wieczornych wiadomościach i potem porozmawiać z szeryfem na żywo – zdecydowała.

Już miała wyłączyć cały sprzęt w studio, kiedy jej uwagę przykuło coś w prawym górnym rogu ekranu monitora.

Zatrzymała nagranie.

Na nieruchomym obrazie nie działo się nic szczególnego.

Cofnęła o kilkanaście sekund. Włączyła. Na zbliżeniu, nad głową szeryfa Rossiego przemknęła ni to mgła, ni to jakieś opary. Przemknęła, tak, to było właściwe słowo. Podczas gdy kamera robiła ostatni szerszy plan, kawałek mgły zawisł za lewym ramieniem policjanta, tworząc ledwie widzialny zarys postaci. Gdyby mgiełka była ciemna, można by ją uznać za cień szeryfa. Ale to nie był cień. Cienie nie wykonują falistych ruchów, jeśli osoba, do której należą, stoi w miejscu.

Ułamek sekundy przed końcem nagrania mgła zaczęła odpływać i znikła z kadru. Na ostatnich klatkach można było nawet dostrzec jej głowę i dość długie… chyba ręce.

– Co to jest?

Znów zatrzymała projekcję, za pomocą dużej gałki cofnęła do poprzedniego momentu. Spróbowała, klatka po klatce, bit po bicie, przesuwać nagranie w zwolnionym tempie. Lecz na poszczególnych obrazach nie pojawiało się nic podejrzanego. Włączyła więc jeszcze raz całość. Na nagraniu odtwarzanym w normalnym tempie mgiełka znów się pojawiła.

Ale w kolejnej emisji poklatkowej – nie. I w następnej też.

– Co to, do cholery…

Powtarzała czynności.

– Przecież to niemożliwe. Taki sprzęt!Racjonalny umysł blokuje się na pewnym etapie analizy.

U Coleen tu właśnie nastąpiła blokada.

– Kompletnie bez sensu. Bez sensu. To. Jest. Bez. Sensu. – powtarzała do siebie po każdej powtórce wywiadu, wzmacniając brzmienie niektórych słów. I była dla siebie samej cierpliwą słuchaczką.

 

***

 

Po wcześniejszym upadku dwóch wież drzwi do pokoju Stevena były zablokowane, więc chwilę trwało zanim chłopak dostał się do wnętrza. Kilkanaście minut porządkował Strefę Zero, bo tylko przez nią można było się dostać do łóżka. Z rozrzuconych książek nie odtworzył dotychczasowych dwóch wież, ale zrobił cztery niższe.

Usiadł na pościeli, a po chwili położył się z rękoma nad głową. W jednej z nich trzymał Książkę.

W kieszeni spodni zadzwonił telefon. Najpierw cicho, potem z narastającą głośnością. Zanim go wydobył, aparat zdążył już odegrać potwornie irytujące dźwięki „Enter Sandman” Metalliki, na które szkolna społeczność reagowała nerwowo słowami: – Zmień wreszcie ten dzwonek, chłopie!

– Śpisz? – usłyszał w słuchawce znajomy głos.

– Nie.

– A mogę zadzwonić do ciebie, jakby co?

– Jakby co?

– No wiesz… nie wiem. Może…

– Możesz dzwonić, kiedy chcesz.

– Dobrze, no to pa.

– Pa.

Wcisnął klawisz „rozłącz”, położył telefon obok poduszki, zdjął buty, skarpetki i kilka innych niepotrzebnych w łóżku rzeczy, przemknął przez Strefę Zero, zgasił górne światło, wrócił, włączył podwójną lampkę nad wezgłowiem, przykrył się kołdrą i otworzył Książkę.

 

***

 

Coleen podniosła kamerę, którą Zack zostawił w studio zanim poszedł do domu. Włączyła nagrywanie. Omiotła obiektywem całe pomieszczenie, po czym zgrała te ujęcia na twardy dysk i odtworzyła. Przyglądała się bardzo dokładnie. Szukała jakichkolwiek śladów mogących świadczyć o fabrycznej wadzie kamery.

Odtworzyła dziesięć razy. Kamera nie miała usterek. Mgiełka, którą zarejestrował Zack podczas wywiadu z Rossim, nie mogła powstać z powodu ukrytej wady sprzętu.

Potem wyłączyła ekran w realizatorce i starannie przetarła go wilgotną szmatką. Włączyła raz jeszcze. Efekt był ten sam.

Przełączyła obraz na inny monitor. I tu też bez wyraźnej różnicy. Cień nad głową i za plecami szeryfa nie był dziełem defektu urządzeń elektronicznych.

– Ech, po ciemku wszystko wydaje się takie inne – przyznała dziennikarka. – Oczy płatają figle w ciemnościach. Koty to co innego…

I na dłuższy czas zapomniała, że przypominające człowieka opary z nagrania nie istniały na zatrzymanym obrazie.

Coleen zgrała wieczorny wywiad z Rossim na nośnik w postaci maleńkiego pudełka, które wylądowało przy stole mikserskim z napisem „Nie dotykać”, zamknęła dokładnie studio i wyszła.

 

***

 

W jedynym pokoju na piętrze pewnego domu po drugiej stronie szkoły długie, chude ręce w regularnych odstępach rozkładały na biurku kawałki kserokopii starych gazet. Było tego sporo. Jeden podmuch wiatru mógłby zniszczyć misternie układaną łamigłówkę. Tym bardziej że ręce zaangażowane w tę czynność przypominały rozkręcający się wiatrak.

Kareemowi zdarzało się poruszać rękoma w sposób niekontrolowany, co zwykle powodowało towarzyskie komplikacje.

– Spać! Ale już! – dobiegło wołanie zza drzwi. To mama chłopaka wyszła na tradycyjnego śródnocnego papierosa.

Matka Kareema miała bardzo wysoki, cienki i niewyobrażalnie skrzeczący głos. W całej szkole uczniowie codziennie dziękowali Bogu, że tylko jedno z nich ma taką matkę.

– Zaraz.

Kareem pochylił się znów nad kserokopiami. Coś analizował.

 

***

 

Podążali. Obrazy przesuwały się wokół Rona tak, jak poprzednio, ale chyba nieco wolniej.

– JESZCZE TROCHĘ – wyjaśniła Śmierdź, czytając młodzieńcowi w myślach.

Ron ani nie był zmartwiony, ani zaniepokojony, ani też zniecierpliwiony. To, co działo się wokół niego, po prostu musiało się dziać. Tu, choć nie bardzo można było określić, gdzie aktualnie jest „tu”, po prostu automatycznie akceptowało się wszystkie zdarzenia. Człowiek uwolniony od ciążenia, bólu zęba, zgagi i zatwardzenia łatwo przyzwyczaja się do nowego stanu.

– A myślisz, że ludzie znajdą kiedyś inteligentne istoty poza Ziemią?

– NAJPIERW ZNAJDŹCIE JE NA ZIEMI.

„Jest dobra, naprawdę dobra” – pomyślał wesoło Ron.

– DZIĘKUJĘ.

 

***

 

Ledwie zasnął, a już włączył się budzik.

Na wpół świadomie szeryf wygramolił się z pościeli. Podszedł do stojącego w sypialni łóżeczka, wyjął rozwrzeszczany budzik i przytulił. Po chwili płacz ustał, jakby w małej lalce wyczerpała się bateria alkaliczna. Rossi ostrożnie odłożył budzik do łóżeczka, nakrył małą kołderką. O tej porze niezbyt przytomny umysł szeryfa zdecydował, że podłączy baterię do ładowania dopiero rano.

 

***

 

Głos Śmierdzi był słyszalny wszędzie, odbierało się go wszystkimi zmysłami, jakie w tych warunkach istniały. Głos był zarówno odrębnym dźwiękiem, jak i osobną przestrzenią. Nie dochodził z jakiegoś konkretnego miejsca, nie słychać było też jego rozchodzenia się. Głos po prostu był.

– MUSZĘ CIĘ OPUŚCIĆ NA JAKIŚ… NA TROCHĘ.

Z tak wypowiadanymi słowami nie było dyskusji.

 

***

 

W jednym z domów niemal na skraju miasta, na Bobby Rhode’s Avenue, paliło się światło. We wszystkich pomieszczeniach. Wnętrze każdego z nich wyglądało, jakby kilka razy ktoś próbował przewrócić je na lewą stronę. Najgorzej kuchnia. Szafki były pootwierane, puste butelki stały prawie w każdym wolnym miejscu. Prawie, bo jedyne rzeczywiście wolne od szkła miejsce zajmowała postać zgięta w pozycji siedząco-leżącej. To znaczy, że dolna część ciała siedziała na krześle, a górna spoczywała na blacie stołu. Postać wyglądała na bardzo zmęczoną.

Nagle coś się zmieniło. Powietrze, które i tak do tego domu zaglądało niechętnie, jeszcze bardziej się pogorszyło. Pokoje opanował specyficzny zapach… smród właściwie. Ktoś inny niż Josh uznałby, że się przeterminowało. Ktoś inny niż Josh wstałby natychmiast i sprawdził, czy spuścił wodę w ubikacji. Ktoś inny niż Josh zmieniłby skarpetki.

Ale nie Josh.

Nawet nie drgnął. Jego ręce, założone pod głową, spoczywały nieruchomo. Jedno oko było zamknięte, a drugie – lekko uchylone – ukazywało kawałek tęczówki. Josh przypominał czuwającego psa.

Lecz Josh nie czuwał.

Był zalany w trupa.

Częste to było zjawisko w życiu mężczyzny, toteż Śmierdź zmuszona była go odwiedzać co jakiś czas. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że dość dobrze się znali. Ludzie z małego miasteczka wpadający do siebie z taką częstotliwością już dawno zostaliby przyjaciółmi.

– ACH, TO ZNOWU TY…

– Fo?! Augntywmbunwy!

– WIDZISZ, TYLE RAZY SIĘ SPOTYKAMY A NAWET POGADAĆ NIE MA O CZYM.

– Umgamwylda, uiesz?

 

***

 

W ziemskiej mierze czasu Śmierdzi nie było przez sekundę, może tylko przez jej niewielki ułamek. Tu jednak Ron odniósł wrażenie, że postać z kosą nigdzie nie odchodziła. Ale czym tak naprawdę był tu czas…

– Już?

– TAK. FAŁSZYWY ALARM.

 

***

 

Ten, kto chciał się dowiedzieć, co zdarzyło się w Towerstone we wrześniu 1912 roku, musiał przeczytać Książkę, ponieważ nikt nie chciał rozmawiać o tym oficjalnie.

Archiwum w magistracie miało formalny zakaz wydawania dokumentów dotyczących tamtych dni. Artykuły z gazet z datą od 15 do 22 września były publicznie niedostępne. Po pierwsze dlatego, że nie miał ich kto poszukać, po drugie: rzadko kto umiał dogadać się z automatyczną sekretarką.

Chodziły pogłoski, że mniej więcej tuż przed atakiem na Pearl Harbor ktoś włamał się do archiwum i zrobił fotokopie. I że ksero materiałów dziennikarskich znajduje się gdzieś w Towerstone. Lecz dokumentów nigdy nie odnaleziono, złodziej nie pozostawił po sobie żadnych śladów, winnego nie udało się odszukać. Z tego powodu kopie materiałów uznano oficjalnie za zaginione.

I nikt nigdy do tej sprawy nie wracał.

I nikt nigdy nie chciał do tej sprawy wracać.

Biuro szeryfa też nie udostępniało protokołów śledztwa. Pozostawały zamknięte w pokoju, do którego nikt nie miał dostępu, w sejfie z grubej stali zatopionym dla bezpieczeństwa w potężnym betonowym fundamencie.

Ale Al Corn, jedyny, który pamiętał, nie miał zakazu opowiadania o tamtych wydarzeniach.

Al Corn miał 109 lat. Prawie nic nie posiadał, utrzymywał się z miejskiej renty uchwalonej przed stu laty i z dobrowolnych datków całej społeczności.

Co roku mieszkańcy Towerstone przygotowywali się na jego śmierć i co roku zbierali pieniądze na pochówek. Al Cornowi niespieszno było jednak do trumny, więc z dotychczas uzbieranej kwoty można było pojechać w dziesięcioletnią podróż dookoła świata.

Mówiło się, że to Al Corn zaprowadził w mieście spokój po tygodniu niewyobrażalnego napięcia, po masakrze w Towerstone.

Al Corn był przyjacielem wszystkich mieszkańców. Szacunek, jakim darzono staruszka, był nawet większy niż do umieszczonego w Księdze Rekordów Guinnessa czternastometrowego obwarzanka, wykonanego przed ratuszem z okazji zakończenia drugiej wojny światowej.

Al Corn i jego Książka były jedynymi źródłami informacji o brutalnym tygodniu z 1912 roku. Towerstone przyjęło, że fakty tam przedstawione są prawdziwe.

Co zawierała Książka?

 

***

 

Pozycję, jaką przyjął Steven podczas czytania, skromnie trzeba by nazwać niedbałą – na pół leżącą, na pół siedzącą. I gdyby to jeszcze nie tworzyło całości, można by uznać, że Steven siedział trochę po turecku, a trochę jak ktoś, kto próbuje przyjąć pozycję o nazwie „kwiat lotosu”. Z tym że bez łokci opartych na nogach i wzniesionych dłoni. Ręce bowiem opadły bezwładnie na pościel.

Na zgiętych kolanach leżała otwarta – mniej więcej w jednej trzeciej – Książka.

Młodzieniec miał głowę wychyloną do przodu, spoczywałaby na klatce piersiowej, gdyby nie kręgosłup. Wystarczyło ją podnieść za włosy, żeby stwierdzić, że oczy były zamknięte.

Nie były to optymalne warunki do czytania Książki.