Trzeci najazd Marsjan - Marek Oramus

Trzeci najazd Marsjan

0,0

Nowa powieść Marka Oramusa, czyli Wells, Strugaccy i Zajdel w jednym. Ekstrapolacja dzisiejszych wynaturzeń i dialog z tradycją gatunku SF. Fantastyka socjologiczna najwyższej próby.

W Wojnie światów Herbert George Wells opisał Pierwszy najazd Marsjan, a na podstawie tej książki Orson Welles stworzył później słynne słuchowisko, po którym pół Ameryki wpadło w panikę, przekonane, że nastąpiła inwazja z kosmosu.

W Drugim najeździe Marsjan braci Strugackich Obcy sprowadzili ludzkość do roli rezerwuaru cennych dla nich soków żołądkowych.

Trzeci najazd Marsjan Oramusa to przy dziełach wielkich poprzedników niemalże sielanka. Na wiecznie spragnionych dóbr konsumentów spada z nieba lawina promocji, szczęście nie zna granic. Niestety, skutkiem ubocznym tej filantropii jest zmiecenie z powierzchni Ziemi cywilizacji w znanej nam postaci.

Marek Oramus - od ponad 30 lat obecny na firmamencie polskiej SF. Pisarz, krytyk literacki, dziennikarz specjalizujący się w zagadnieniach naukowych, z wykształcenia energetyk jądrowy. Autor kilkunastu książek, ostatnio wydane to Bogowie Lema i Kankan na wulkanie.

Dodaj komentarz


Nie znam pozostałych książek Oramusa. "Trzeci najazd Marsjan" jest książką lekką i przyjemną, lecz jednocześnie taką, która nie razi czytelnika naiwnością. Podobała mi się i tyle.


Chyba zabrakło autorowi pomysłu, choć powieść może stanowić przyczynek do rozmyślań nad medialną iluzją. "Porwana" fabuła, nieskomplikowane postaci. Bez rewelacji niestety. Oramus ma lepsze dokonania.


Marek Oramus to jeden z wybitnych autorów polskiej fantastyki. Ale kążdy autor ma w swoim dorobku bardziej i mniej udane dzieła. "Trzeci najazd Marsjan" jest powieścią przyjemną w odbiorze, ale znam lepsze książki tego autora.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

TRZECI NAJAZD MARSJAN

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
*
NIEUSTRASZONY ZABÓJCA LAMPIONÓW
I
II
III
IV
V
PROTOTYP
VI
VII
VIII
IX
PEŁZAJĄCA REWOLUCJA
X
XI
XII
XIII
XIV
PRĄCICHA I WAGINAŁY
XV
XVI
XVII
XVIII
XIX
JA MNIEJSZA
XX
XXI
XXII
XXIII
XXIV
EPILOG
Karta redakcyjna

Marek Oramus

TRZECI NAJAZD MARSJAN

 

Fragment

Wydawnictwo Media Rodzina

Nie w grzmotach katastrofy kosmicznej, nie w płomieniach wojny domowej i nawet nie w kleszczach przeludnienia,lecz w sytej, niezmąconej ciszy kończy się historia ludzkości.

Arkadij i Borys Strugaccy, Drugi najazd Marsjan

NIEUSTRASZONY ZABÓJCA LAMPIONÓW

KONIEC CZERWCA 2032

I

Nikt nie przewidział, że przylecą do nas na balonach.

Wypadło to w czwartek, który z dwóch powodów dobrze utrwalił się w mej pamięci. Po pierwsze, tego dnia błyskawicznie zakończyła się czternastoletnia wojna o Arktykę i wszystkie uczestniczące w niej państwa, czyli Rosja, USA, Kanada, Norwegia i Dania odwołały z tego akwenu floty wojenne. Do wielkich incydentów zbrojnych co prawda nie doszło, raczej były to przepychanki, pogróżki i zdejmowanie miniatur Kremla z dna morskiego w miejscu określonym jako biegun północny. Symbole te po pewnym czasie pojawiały się na nowo — jeszcze okazalsze — i w końcu Duńczycy złożyli z nich całe wesołe miasteczko. Od czasu do czasu w wyniku starć tonęła fregata albo łódź podwodna, trafiona torpedą albo bombą głębinową, nad Arktyką unosiły się eskadry samolotów, i bywało, że niektóre waliły się na lód po zestrzeleniu. Od kiedy efekt cieplarniany uwolnił Przejście Północne i Morze Arktyczne stało się żeglowne wzdłuż lądów przez cały rok, wszystkie kraje nabrzeżne kombinowały, jak tu dobrać się do arktycznej ropy. Ale ponieważ chętnych było wielu, a ich prawa równe, więc nawzajem trzymali się w szachu i do eksploatacji złóż, a tym samym złachmanienia ekologicznego tej pięknej i dzikiej krainy na razie nie doszło. W każdej jednak chwili incydenty mogły przerodzić się w wojnę światową i człek kładąc się do snu, nie był pewny, czy obudzi się w tym samym świecie.

W czasie gdy państwa okołobiegunowe szarpały się o strefy polarne, Chińczycy po cichu i bez fajerwerków sfinalizowali dzieło rozpoczęte na początku wieku, czyli zajęli Afrykę. Nikomu to jakoś nie przeszkadzało. Na skutek stosowanego modelu ekonomicznego, wyzysku, eksterminacji, chorób i ustawicznych wojen, a także pod ciśnieniem ludności napływowej z Państwa Środka, po raz kolejny w dziejach Murzyni nie mieli nic do powiedzenia na własnym kontynencie.

Ów feralny czwartek zapamiętałem też z tego powodu, że poprzedniego dnia rozwiązaliśmy nabrzmiały problem natury prawie kryminalnej. Z niskiej chęci zysku podjęliśmy się pilotować dziewiątkę kompsognatów, jak wtedy określaliśmy wszelki element napływowy, z Pol-Ukrainy na obszar Niemiec. Sprawa była skomplikowana, należało załatwić karty benzynowe, zestroić limity energetyczne, ominąć kontrole itd. Kompsognaty wprawdzie pokazali wyglądające na autentyczne karty zawodnicze ze znośnymi terminami ważności, więc od tej strony teoretycznie nic nam nie groziło. Wszyscy w jednorazowych garniturkach z papieru i ciemnych okularach plażowych, z daleka sprawiali wrażenie wycieczki egzotycznych turystów. I kiedy już przewieźliśmy ich po jednemu, po dwóch, tak że pozostawało tylko ciepłą rączką zainkasować gotówkę, nie zjawił się po nich pies z kulawą nogą. Po dwóch dniach zwłoki ziemia zaczęła nam się dymić pod trampkami. Do dziś zastanawiam się, czy to defilada balonów i wywołane przez nie poruszenie przysporzyły nam kłopotów, czy przeciwnie — spowodowały, że wyszliśmy obronną ręką.

Trzymaliśmy tych dziewięciu Pakistańców czy innych Khmerów w starym magazynie przy opuszczonej wytwórni prefabrykatów, należącej do krewnych Rudiego Recknagla, którym brakowało kapitału na uruchomienie produkcji. Zaczynaliśmy mieć pietra: gdyby policja nas nakryła, musielibyśmy łgać, że kompsognaty należą do nas. Zdemaskowanie takiego kłamstwa trwałoby sekundę, wystarczyło sprawdzić status ekonomiczny Winczorka, Recknagla czy mój. Wiedzieliśmy, że za przerzutem ludzi stoją chińskie triady, kontrahent solidny, wypłacalny i słowny, ale w przypadku przewału raczej stroniący od żartów. A dziewiątka wychudzonych osobników to nie igła, lada chwila ktoś mógł zauważyć oznaki ich obecności nawet w tak ustronnym miejscu i dać cynk policji. Nikt z nas nie kwapił się zawieźć im wody ani chleba, takiegośmy chwycili cykora.

— Dobra — postanowiłem przełamać marazm, który nas obezwładniał. — Zgłaszam się na ochotnika. — I sięgnąłem po worek z chlebem, który czekał w kącie, aż ktoś się nad nim zlituje. Dwie zgrzewki wody wsadziliśmy do bagażnika już wcześniej.

— Ja z tobą — zadeklarował się bez entuzjazmu Rudi Recknagel z Geneegasse. — Ale jeśli wzięli dziuplę pod obserwację, to leżym i kwiczym, Papa. Dziś jeszcze trafimy do pensjonatu na państwowy wikt i opierunek.

— Dlatego lepiej pojadę sam. Będę bardzo uważał i szybko spieprzał, jakby co. Czekajcie tu na mnie.

Leo Winczorek palił zakazanego przez prawo papierosa, przyglądając się uważnie jego rozżarzonej końcówce. Był z nas najstarszy, więc nieformalnie uznawaliśmy go za przywódcę grupy.

— Nadajecie się obaj do dzielenia pomocy humanitarnej, nie przeczę. Ale nie zawadziłoby trochę się rozejrzeć. Powinniśmy pomyśleć o tym wcześniej, łazić i lornetować z odległości. Przyczaić się na godzinkę w krzakach. Jak psy się zwiedzieli o przerzucie, to warują i czekają, kto się zgłosi po przesyłkę.

— Coś mi tu cały czas nie pasuje — marudził Recknagel. — Skośni nigdy dotąd nie nawalali. I nagle przytrafiła im się awaria? Nie dzwonią ani nic.

— Jest jakaś afera z komórkami. Moja szwankuje od rana — powiedział Winczorek.

— Nie dzwonią, bo się zorientowali, że są na podsłuchu — zasugerowałem. Z moją komórką też było coś nie w porządku. Gdy się ją otwarło, w okienku przesypywał się jakby kurz — chaotyczne liczby, litery i znaki. Jakby zamieniła się w miniaturowy młynek do mielenia cyferek. Momentami wszystko to znikało, a po sekundzie albo dwóch wracał na ekran podświetlony chaos.

— Chodzi mi o to, że tracimy czas. Nie możemy tak stać bezczynnie!

— Może już ich capnęli? Lepiej zastanówmy się, jak z tego wybrnąć.

Takeśmy się przekomarzali, a kompsognaty już drugą dobę spędzali po ciemku w magazynie w swoich przewiewnych ubrankach.

— Otwórzmy im drzwi do wolności — rzucił lekko Winczorek. — Niech się rozbiegną po Arkadii, do której tak wzdychali.

— Widzieliście te ich kobiety… — skrzywił się Rudi. Zaśmialiśmy się, choć wcale nie było nam wesoło.

Bo też z czego tu się śmiać? Z tej nędzy? Ci derwisze mieli w kościach po parę tysięcy kilometrów i kilkanaście granic za sobą pokonanych w samochodowych schowkach, ciasnych jak pułapka na szczury, w podwoziach i ładowniach TIR-ów, a także na własnych nogach, biegiem albo na brzuchu, przy akompaniamencie ołowianych trzmieli warczących nad uszami. Skórę mieli koloru ziemi przebytej po drodze, jakby naznaczył ich pył, który na nich osiadł. Szli od zalanej depresji Bangladeszu, od delt Mekongu, Gangesu, Irawadi i innych wielkich azjatyckich rzek. Posuwali się wzdłuż pradawnego Szlaku Jedwabnego, gdzie wyrosła sieć baz paliwowych, hurtowni, miasteczek i miast, transportowano tamtędy ludzi i towary na odległości lokalne — ale suma tych odcinków odtworzyła historyczny trakt. Zbiegowie, którzy dotarli tak daleko, wydawali się niczemu nie dziwić. Własny los jakby ich nie obchodził. W zapadniętych poszarzałych twarzach żyły tylko oczy, a właściwie ożywiały się na moment pod wpływem nieznanego czynnika — i zaraz gasły, jakby właściciel zdał sobie sprawę z niestosowności takiej reakcji albo wstydził się impulsu, który ją wywołał. Wiedziałem, że aby dostać się do Europy, spieniężyli dorobek całego życia, więc wracać nie mieli dokąd ani po co.

— Zrobimy tak — Winczorek przejął dowodzenie w trudnej sytuacji. — Kopnę się na zwiady. Do zmierzchu jeszcze ze dwie godziny. Powałęsam się dyskretnie po okolicy. Przewęszę, co i jak. Iść z prowiantem najlepiej o zmierzchu, wtedy oko ludzkie jest najmniej czułe.

— Akurat — prychnąłem. — Zapomniałeś o pewnym wynalazku starożytnych Egipcjan.

— To znaczy?

— O noktowizorach.

— No tak. Na pewno macie lepsze propozycje.

Nikt nie miał. Winczorek rozłożył ręce w geście ni to tryumfu, ni to rezygnacji.

— Podrzucę cię — zaoferował się Recknagel.

— Dobra, byle nie za daleko. Gdzie lornetka?

Ulotnili się — mnie zostało czekanie. Łatwo powiedzieć: wypuścimy łapserdaków i kłopot z głowy. Na nich otwarte drzwi nie robią żadnego wrażenia. Dobrze wiedzą, że w parę godzin zostaliby wyłapani jak koty, a w przeciągu dwóch tygodni deportowani do krajów pochodzenia. Nawet ważne karty zawodnicze by im nie pomogły. W żadnym ludzkim języku ani be, ani me, co dziesiąty z trudem dukał po angielsku, tak zniekształcając słowa, że zrozumienie ich graniczyło z cudem.

Wrócił Rudi Recknagel. Nic nie mówiąc, zwalił się ciężko na krzesło. Zabębnił palcami po blacie.

— Walniemy po piwie? — zdobył się wreszcie na rozsądną propozycję. — Już dziś nigdzie nie jadę.

— Dawaj. — Oderwaliśmy zawleczki. — Odstawiłeś go?

— Uhm. Wysiadł koło starej mleczarni. — Pił łapczywie, jakby w obawie, kiedy trafi mu się następne. — Myślisz, że to się dobrze skończy?

— Gdyby to była pułapka, już by nas zgarnęli. Kręciliśmy się tam wystarczająco często i namolnie, żeby nas namierzyć. Po co by mieli zwlekać?

— Żeby wygarnąć też tych, co się zgłoszą po kompsognatów. Wierchuszkę. Naszych szefów.

— My nie mamy szefów.

— Chyba o tym nie wiedzą. — Przechylił puszkę i piwo zagrało w półokrągłej szczelinie. — Cholera, jak nam się upiecze, wycofuję się z tego biznesu. Nie na moje nerwy to wszystko.

— Już to kiedyś mówiłeś.

— Tym razem dotrzymam słowa. Wiesz, zastanawiałem się, co z nimi dzieje się dalej. Nie pójdą przecież na ulicę żebrać, bo to tak jak wsiąść w autobus do tej ich Somalii.

— No, ulica to dla nich samobój. Bo co potem, jak złapią — milczeć jak głaz? Kłamać? Jak policja doprowadzi tłumacza, pewnie i tak nie usłyszy od nich krzty prawdy. Na ich miejscu bym mówił, że przyjeżdżam z Ameryki.

— No! — zaśmiał się tubalnie Rudi. — Ameryka ostatnio ździebko się przyczerniła. — Łyknął resztę piwa i zmiął w garści puszkę. — Cały świat się przyczernił. Dziwi mnie jedno: że to my mamy z nimi te przewały.

— To znaczy?

— Patrząc logicznie, nie mieli prawa dostać się tak daleko.

— Niby czemu?

— Nikt w tym nie ma interesu. Ktoś musiałby ich tu chronić… zajmować się nimi… Nie prościej skasować szmal i porzucić delikwentów w interiorze opodal Kijowa? W jakimś opuszczonym magazynie na przykład?

Udałem, że nie kojarzę. — Skośni to uczciwi kontrahenci. To dla nich sprawa honoru.

— Tere-fere. Skośni nie przerzucają ich tu ze względów filantropijnych. To twardy biznes, chłopie. Są to kupieni niewolnicy, stanowiący czyjąś własność. Mafia po prostu dowozi ich na miejsce. Szczerze mówiąc, to jedyny racjonalny powód, który powstrzymuje mnie przed wzięciem nóg za pas. Porzucanie cudzej własności, którą mieli dozorować, nie leży w ich naturze. Chodzi o renomę firmy. No i o strach. Nad skośnymi są więksi od nich macherzy, którzy by ich mogli wziąć w obroty, gdyby coś zostało spaskudzone.

— Czyli wyznajesz spiskowo-hierarchiczną teorię rzeczywistości — wtrąciłem.

— A ty nie? To współczuję.

— Jest tylko mały problem: kto płaci za to wszystko? Ci mandaryni?

— Z byka spadłeś? Kompsognaty. Oni finansują te eskapady. Najpierw ze sprzedanego dobytku. Gdy tego zabraknie — czyli dość szybko — ich mocodawcy i właściciele udzielają im kredytu. Gdy wreszcie trafią na miejsce przeznaczenia, lądują w podziemnej szwalni albo warsztatach, żeby tam tyrać za psi grosz. Niektórzy do końca życia nie zobaczą nieba nad głową. Zauważyłeś, że nie ma wśród nich dzieci?

Skinąłem głową.

— Odebrano im je. Dziewczynki, jeśli miały minimum urody, trafiły do burdeli. Chłopaki na cyngle do gangsterów. Reszta na części do przeszczepów.

— Ładnieśmy się wpakowali — westchnąłem. Te proste słowa wyrażały dokładnie to, co czułem. — Za krótcy jesteśmy na to wszystko.

A jednak cudem wyplątaliśmy się z tej paranoi. Gdy Winczorek robił obchód okolicy, skośni capnęli go ukradkiem — cicho i bez świadków. Wyjaśnili, że nastąpiły małe komplikacje i że przed świtem odbiorą ładunek. My im chleb, wodę i kompsognatów, oni nam szmal w wymiętych pięćsetkach. I więcej się nie widzimy.

Nie do wiary, ale tak to właśnie przebiegło: bez większych komplikacji. Przetrwaliśmy w nerwach do zmierzchu, potem pół nocy czailiśmy się na posterunku obserwacyjnym, bo wszystko było lepsze od mąk oczekiwania. W końcu skośni zmaterializowali się jakby znikąd, dali umówiony znak, forsa przeszła z rąk do rąk — i razem z derwiszami wsiąkli w ciemność, gdzie pewnie stała ich furgonetka.

Noc wisiała nam nad głowami, pełna gwiazd i grania świerszczy. W nogach czułem rozkoszne dygotanie.

— Idziemy na zasłużony odpoczynek, panowie — zarządził Winczorek. — Balanga jutro.

W ten sposób zakończył się ostatni dzień samotnej ludzkości w kosmosie. Dawno tak nie spałem. Ktoś szarpał mnie za rękę. Zora.

— Obudź się, Papa. Znowu pochlałeś z tymi bandziorami, co?

— Zora, kochanie! Wprost przeciwnie! Ani grama, wyobraź sobie. Ale udało się zakończyć szczęśliwie pewien interes… Która godzina?

— Po dwunastej. Przetrzyj oczęta i słuchaj: wszyscy jadą za miasto na piknik. Będą pokazy lotnicze albo coś w tym guście.

— Pokazy? U nas? Skąd wiesz?

— Z internetu. W nocy diabli wzięli radio i telewizję. Nic nie słychać ani nie widać. Zdechły też wszystkie komórki.

Pomyślałem, że deputat zmartwień wyczerpałem wczoraj. Działały natomiast zwykłe telefony, więc niezwłocznie zorganizowaliśmy grupę inicjatywną. Wzięliśmy dwa koce do sędziwego forda combi, gdzie wczoraj zalegały pakiety wody mineralnej, załadowaliśmy skrzynkę browaru i migiem znaleźliśmy się na miejscu. Łowcy UFO, dowcipkował Leo Winczorek, a słynna z wielu akcji lornetka wojskowa dyndała mu na piersi, gdy wypakowywał grill na energię słoneczną, a potem rozstawiał soczewki i zwierciadła. Na szczęście pogoda dopisała.

— Zreasumujmy — powiedział, gdy kiełbasa na grillu skwierczała w najlepsze. — Formacja złożona z dziwnych balonów oblatuje wszystkie kontynenty po kolei. Lecą wzdłuż południków jak po sznurku, z południa na północ. Dziś przedefilują nad nami, jutro nad Polską, potem nad Ukrainą… i tak dalej. Oj, będzie się teraz działo! Korki na autostradzie, te rzeczy… Wszyscy naraz będą się ewakuować, wybuchnie panika… Jak podczas słynnego słuchowiska Orsona Wellesa w tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym roku!

— Może to wszystko pic? Chwyt reklamowy?

— Z wygaszeniem radia i telewizji? Nikt nie ma takich pieniędzy, żeby wyłączyć propagandę na tak długi czas.

Błonia powoli zapełniały się grupkami ludzi zachowującymi się identycznie jak my. Dwaj policjanci dostojnym krokiem przemierzali koczowisko, sprawdzając liczniki energetyczne. Widać było, że dryfują w stronę dymu, który jakiś dziadek puszczał ze starodawnego rusztu opalanego węglem drzewnym. Musiał mieć papiery w porządku, bo rychło dali mu spokój.

Piliśmy beztrosko, przegryzając pieczoną karkówką, przegadując o tym i owym. Piwo przyprawiało o senność. Zamknąłem oczy — i znowu brutalne szarpnięcie przywróciło mnie rzeczywistości.

— Więcej delikatności, człowieku — burknąłem, nie wiedząc nawet do kogo. Od razu je zobaczyłem: na tle bielutkich obłoczków przesuwał się rząd mydlanych baniek w pastelowych, cieszących oko barwach. Przesłonięte siwawą mgiełką dali, wydawały się tak delikatne, że byle powiew mógłby je strącić z wysokości. Płynęły wolno, zachowując stały dystans między sobą, jak korale niewidzialnego naszyjnika. Czuło się ich monstrualną wielkość: miały rozmiary piłek futbolowych, a przecież dzieliły je od nas grube kilometry.

— Wiecie, co mi to przypomina? — odezwała się Zora. — Jest taki obraz Magritte’a… Nazywa się Głosy wiatru. Duże białe kule unoszą się nad krajobrazem. W dole jakaś łąka, krzaki… Pustka kompletna. Nie ma nawet krów. Odludzie — i obcy fenomen, którym nie ma się kto zachwycić ani przestraszyć.

— Kule Magritte’a trzymały się bliżej siebie. — Znałem ten obraz, bo oglądaliśmy go razem. — A na równiku każda miała szerokie czarne wcięcie. I leciały zdecydowanie niżej, prawie nad samą ziemią. Znacie się może na chmurach?

— Trzeba nie mieć wszystkich w domu, żeby myśleć, że to chmury — skomentowała Zora Spess.

Winczorek z Recknaglem wyrywali sobie lornetkę. Skupieni w małych grupkach obserwatorzy z ożywieniem komentowali zjawisko. Niektórzy bili brawo, inni poprzestawali na wymachiwaniu rękami.

— Wcale nie uważam, że to chmury — powiedziałem urażonym tonem.

— Kolega Papadopoulos dobrze kombinuje — wziął mnie w obronę Winczorek. — Samoloty. Z tyłu — powiedział, oddając lornetkę Rudiemu, a sam zajął się szperaniem w skrzynce. Ale butelki tylko zagrzechotały złowrogo.

— Niby co ty kombinujesz, Papa? — szturchnęła mnie Zora.

— Różne chmury występują na różnych wysokościach. Znając wysokość i średnice obserwowane tych baniaczków, można by oszacować ich rzeczywiste gabaryty.

— I bez tego widać, że są słusznych rozmiarów.

— No tak. To dobre określenie. Mają w pasie po parę kilometrów.

Przerzucaliśmy się tak przez jakiś czas. Dopiero znacznie później wyszło na jaw, że największe z nich miały po dziesięć kilometrów średnicy i poruszały się w atmosferze z równą swobodą co w próżni. Lornetka przechodziła z rąk do rąk. Kiedy przyszła moja kolej, burta balonu — czy cokolwiek to było — stanęła przede mną jak ściana. Przebiegały po niej serie szybkich zmarszczek, jak na wodzie, którą to tu, to tam porusza zrywający się wiatr. Jaki materiał jest zdolny do tak subtelnej reakcji?

— Wcale nie jest powiedziane, że to tkanina. Mogą to być na przykład zawirowania cieczy pod cienką przezroczystą pokrywą.

Recknagel obrzucił Zorę Spess wzrokiem pełnym pobłażania.

— Chodzi ci o to, że te balony są ze szkła? Równie dobrze można by twierdzić, że te zmarszczki to nie żadne ciecze tylko dym. A więc — kontynuował — napędzają je zwykłe silniki spalinowe, rzecz jasna niezwykle lekkie. Rury wydechowe mają skierowane do wewnątrz, żeby nie zanieczyszczać środowiska. Na tym polega wyższość tej technologii.

— Gówno prawda — powiedziała ze złością Zora.

Nie zamierzałem się włączać do bzdurnej sprzeczki, ale w końcu mnie poniosło. Przecież sam odniosłem wrażenie, że to nie powłoka wypełniona gazem, która może sflaczeć, sfałdować się i opaść, jeśli na przykład zrobi się w niej dziurę. Przeciwnie: kiedy wodziłem lornetką po baloniastych tworach, wielkich jak egzotyczne owoce, gotów byłbym przysiąc, że patrzę na coś litego. Jak kolby z chemicznego laboratorium.

— Latające garnki! Brawo! — podchwycił Recknagel. — Słyszysz, Zora, coś dla ciebie. Zawiozły obiad i właśnie wracają do kuchni. Trzeba uważać, żeby ich nie prowokować, bo są w najwyższym stadium rozdrażnienia!

— Tam się coś szykuje! Widzicie te samoloty? — wykrzyknął Winczorek i bezceremonialnie wyszarpnął mi lornetkę. Przelatujące na dużej wysokości balony zbliżyły się do nas i teraz widziałem, jak obydwa samoloty otwarły do nich ogień, o czym świadczyły gęste rozbłyski spod skrzydeł. Z tej odległości szczekanie działek nie dochodziło, ale kanonada trwała przez dobre parę minut. — Pochłaniają pociski! — wydyszał czerwony z emocji. — A niech mnie… zjadły wszystko!

Samolotów o jastrzębim, drapieżnym kształcie ani trochę to nie zdeprymowało. Odleciały po pięknie rozwijającej się krzywej, zarobiły trochę wysokości i zaatakowały powtórnie.

— Niech to szlag — westchnął Recknagel. — Bezpilotowe. Za ciasne skręty. I za szybkie. Człowiek by tego nie wytrzymał.

Tym razem samoloty zrezygnowały z działek. Ten z przodu runął całym impetem na najbliższy balon, który nie zdobył się na żaden odruch obronny. Dziesięć ton stali i kompozytów wniknęło w przydymioną ścianę jak w mgłę, nie wchodząc z nią w żadną reakcję, nie wywołując w miejscu zderzenia najmniejszego wiru — i po długiej chwili wychynęło po drugiej stronie. Słyszałem jęk, jaki wydarł się z piersi paru setek ludzi zgromadzonych na błoniach. Samoloty pokręciły się bezradnie w pobliżu balonów i w końcu odleciały.

— Tak to jest bez radia — podsumował Rudi. — Nie można nimi sterować z ziemi. Zrobiły to, co im zaprogramowano, i fertig.

Czekaliśmy cierpliwie jeszcze ze dwie godziny, ale nic więcej się nie wydarzyło. Baniaczki, bynajmniej nie stropione zbrojnym incydentem, oddalały się z godnością i w końcu przepadły za horyzontem. Ludzie zbierali z ociąganiem koce i zasmarowane kopciem grille. Trzaskały drzwi samochodów.

— Gwóźdź dnia zaliczony, a w gardle sucho — gderał Recknagel. — Chodźcie, nabędziemy jeszcze piwa.

Nikt jakoś nie poparł pomysłu, który kiedy indziej podchwycilibyśmy z entuzjazmem. Dzień dogasał; pozbawiony ozdóbek na niebie wydawał się szary i bez znaczenia. Winczorek składał ostrożnie oprzyrządowanie grilla, zresztą nie było już nic do pieczenia.

Wracaliśmy w atmosferze dekadencji i ogólnego zniechęcenia. Prowadził automatyczny pilot — teraz, kiedy wszyscy piliśmy alkohol, nikt nie chciał ryzykować. Kosmici kosmitami, a policja łapie po dawnemu.

— Spójrzcie — powiedziała Zora — o wiele więcej ludzi na ulicach. — Nikogo nie zainteresowało to spostrzeżenie, więc pozostałą część drogi odbyliśmy w milczeniu. Przejeżdżając obok stacji benzynowej, Winczorek przypomniał sobie, że musi zatankować. Stanęliśmy na końcu krótkiej kolejki.

— Paliwo już droższe — zauważył. — Szybko reagują, sukinsyny. Świat się wali, a oni swoje.

— Idę do domu — oznajmiłem. — Nie chce mi się tu z wami siedzieć.

— A pies cię trącał — burknął Recknagel. Pewnie też by wysiadł, ale miał dużo dalej.

Zora również uznała, że pójdzie do domu piechotą. Maszerowaliśmy bez słowa. Rzeczywiście, ulice wyglądały na bardziej zatłoczone, ludzie dyskutowali w małych grupkach.

— Może zajrzymy do mnie? — zaproponowała, gdy już wypadało się rozdzielić. — Co tu robić w taki wieczór… Telewizja nie działa…

— Wiesz, Zora, chciałbym się trochę zastanowić. Co to wszystko oznacza. A może dla wytchnienia przeczytam kawałek książki. — Uśmiechałem się głupawo.

— No to cześć. Widzę, że baniaczki zalazły ci za skórę.

Patrzyłem, jak odchodzi. Kiedy oddaliła się o kilkanaście kroków, szarpnął mną krótki impuls, żeby pobiec za nią, przynajmniej zawołać. Zamiast tego ruszyłem w stronę swojego bloku.

Co czytałem, nie pamiętam. Zora miała rację: rozkojarzył mnie dzisiejszy pokaz. Może to była po prostu projekcja holograficzna, kino na niebie dla ubogich. Nie mieściło mi się w głowie, że tak przeleciały — i nic. Atakującego intruza po prostu wchłonęły i wypluły po drugiej stronie jak natrętną muchę, której nie ma co poświęcać wiele uwagi. Żadnego kataklizmu, żadnego końca świata. Jak to nic? Włączyłem ścienny telewizor — na ekranie kaszka. Radio — szmer przesypywanego piasku w głośnikach. Internet miałem od miesiąca wyłączony za niepłacenie. Wpakowałem płytę w odtwarzacz i zbawczy hałas wypełnił pomieszczenie.

Szykowałem się już do spania, kiedy nadciągnął Leo. Poznałem, że pił, ale trzymał się na nogach i jeszcze nieźle kojarzył. Winczorek mógł sporo wychlać i korzystał z tego daru niekiedy dość rozrzutnie.

Poszedłem do lodówki po piwo, ale po zastanowieniu wziąłem też flaszkę wódki. Ani na nią spojrzał, kieliszek wychylił machinalnie, bez należytego skupienia. Opadł na krzesło za stołem.

— Wiesz, Papa, nie gniewaj się za to najście w nocy. Pewnie już się kładłeś.

— Skądże — wzruszyłem ramionami — jeszcze młoda godzina.

— Przyszedłem, bo mam ci coś ważnego do powiedzenia. Jak nie powiem, do jutra zapomnę. — Ale nic nie mówił, oddychał ciężko, zapatrzony w kąt pokoju.

— Kropnij sobie jednego — powiedziałem.

Łypnął na mnie złowrogo i oszczędnym ruchem ręki dał znak, że to dobry pomysł.

— Jak to jest, Papa, że w godzinie próby opuścili nas ci wszyscy mądrale — wierzgnął torsem w kierunku martwego telewizora. — Jeszcze tydzień temu myślałem z szacunkiem: namnożyło się tęgich łbów, oj, namnożyło. Każdy problem rozgryzą, a bywa, że i zagryzą. Włączałeś, przypuśćmy, telewizor w nikłej nadziei natrafienia na niekodowanego pornosa, a już to bractwo głodnych harpii rzucało się na ciebie, epatując przenikliwymi diagnozami, sypiąc receptami na dolegliwości świata. Czasem trudno się było wyrwać z oszołomienia na widok tych erupcji. Siedziałeś, dajmy na to, z rozdziawioną japą, chłonąc te emanacje intelektu, czasem dla niepoznaki oddalając się w sen — a oni nawet na chwilę nie ustawali w wymierzaniu cięgów widzialnemu światu. Najwytrwalsi tokowali jeszcze nad ranem, kiedy wyrywałeś się z chorych majaków, żeby zwlec z siebie ubranie. Wyznam ci coś, Papa: przyzwyczaiłem się do nich. Byli stałym elementem, punktem orientacyjnym mojego świata. Mówiłem sobie: gdyby coś paskudnego się stało, ci łebscy faceci powiedzą nam, co robić. Kiedy zniknęli, naprawdę poczułem się nieswojo.

Wychylił kieliszek. Jego twarz falowała mi przed oczami.

— No bo może mi powiesz, co się z nimi stało? Znikli, zrejterowali — gdzie są teraz? Kogo pouczają ze swadą? I niech mi ktoś uprzejmie wyjaśni, dlaczego żaden z nich słowem nie zająknął się o tym gównie, w które właśnie wpadliśmy? Nikomu nawet nie zachrzęściło w szlejach, że cwaniaczki z kosmosu urządzą tu sobie promenadę.

— No, to jeszcze nie jest powiedziane — zacząłem. Nie słuchał.

— Gdybym tydzień temu któremuś z tych pajaców zasunął to w formie zapytania czy możliwości… sugestii… pewnie lżyłby mnie ze znudzeniem za ciemniactwo, w antrakcie istotniejszych kwestii… na jałowym biegu genialnej mózgownicy. Papa! On by wygadywał swoje, uśmiechając się z politowaniem, a tu już by szło na moje, bo przecież wycieczka w okolice naszego zapyziałego Rummlau zajęła tym baloniarzom trochę czasu. Już wtedy musieli być od wielu lat w drodze i szykować się do lądowania. Wiesz, że drożeje benzyna? — Pokiwał ze smutkiem głową. — A drożeje. Kolejki coraz dłuższe. Człowieku, coś się zaczyna! Powiem ci nawet, co: era beztelewizyjna.

Nie miałem pojęcia, czy oznajmił mi już tę ważną rzecz, z którą przyszedł, czy też zdążyła wylecieć mu z głowy. Skrańcowaliśmy butelkę, a następnie całe piwo z lodówki. Zasypiając, słyszałem, jak mamrocze do siebie, rozkładając za ścianą materac. Nie wstałem, żeby mu pomóc. W końcu nocował u mnie nie pierwszy raz.

II

Kiedy powróciłem z krainy niespokojnych snów, Winczorek był już na nogach. W łazience, nie patrząc w lustro, umyłem zęby, odnosząc wrażenie, jakby szczotka szorowała po cudzej szczęce. Przetarłem też oczy odrobiną wody. Zupełnie nie pojmuję tych wszystkich opisów srogiego kaca w rodzaju „łeb mu huczał jak gniazdo szerszeni”. W moim przypadku kac objawia się w ten sposób, jak gdyby ktoś powlókł mi instalację od wewnątrz warstwą kevlaru, tworzywa znanego z odporności, a do tego położył kowadło na żołądku. Szerszenie nie mają tu nic do rzeczy.

Winczorek usadowił się w kuchni przy stole. Nie zadał sobie trudu uprzątnięcia śladów libacji; odsunął jedynie puste butelki na tyle, by zrobić miejsce dla łokci. Przeglądał z uwagą wydruk gazety z zeszłego tygodnia. Obok dymiła herbata.

— Cześć, Papa — powiedział, widząc mnie w drzwiach. — Wstał nowy dzień, rozjaśnij swe smętne oblicze. Jesteś w stanie przyswoić nieco napoju?

— Prawdę mówiąc, wolałbym coś zimnego.

— Zimne było wczoraj — stwierdził ze znużeniem. Miąchał gazetę z jakąś podejrzaną czułością. — Ględziło się trochę, co?

— Nie bardziej niż zwykle. Zamierzałeś mi coś ważnego powiedzieć.

— A nie powiedziałem?

— Wiesz, trudno osądzić. Mówiłeś różne rzeczy. — Z przyzwyczajenia sięgnąłem do włącznika radia.

— Daj sobie spokój — poradził. — Ten sam szum co wczoraj. Ale sądząc po tym, co widać z okna, obeszło się bez rewolucji. — Nie wypuszczał zwiniętej gazety, jakby zaraz zamierzał tłuc muchy. — Myślałem, że ci powiedziałem.

— Może i tak — przyznałem dla świętego spokoju. Nalewając sobie herbaty do kubka, przeskanowałem zasoby umysłu. Czynność ta ujawniła niespodziewane podobieństwo do przepychania się między oślizgłymi połciami w rzeźni. — Miało to być coś cholernie ważnego. Bałeś się, że zapomnisz.

Uśmiechnął się nieznacznie.

— Piłem wczoraj w knajpie z pewnym znajomym, który zna się na radiotechnice… Pracuje w inspekcji radiowej czy coś w tym guście.

— Baniaczki tłumią fale radiowe? — poddałem.

— Nie wiem. Ten radiotechnik twierdził, że coś się stało z atmosferą. Elektromagnetyczne własności powietrza uległy zmianie w ten sposób, że fale radiowe przestały się rozchodzić tak swobodnie jak przedtem.

— W ogóle się nie rozchodzą.

— Nie. Mylisz się, Papa. Kaszka na ekranie i ten chrobot w głośnikach — nazywają go piaskiem spadającym na perkusję — to podobno nic innego jak promieniowanie radiowe Drogi Mlecznej. Ono dochodzi tak, jak dochodziło, podczas gdy sygnały sztucznego pochodzenia są wygaszane. Chyba że wszystkie radiostacje naraz przestały nadawać, w co nie chce mi się wierzyć. Nasuwa się pytanie, czy jest to efekt uboczny, czy działanie z premedytacją.

— Efekt uboczny czego?

— Mnie pytasz? Choćby przelotu baniaczków, jak sam raczyłeś zasugerować. To byłby dla nas wariant pomyślny. Wariant niepomyślny natomiast oznacza takie manipulowanie własnościami atmosfery, że nasze fale elektro zostają w stu procentach wytłumione albo pochłonięte i przestajemy z nich mieć pożytek.

— I oczywiście natychmiast zaczynamy rozglądać się za winowajcą.

— To chyba oczywiste. Nasze życie jest zagrożone, a przynajmniej pozbawione dawnego komfortu.

— Wszystko mi jedno, kto to zrobił.

— Niesłusznie. Jest różnica, czy ktoś trafił cię w czoło przypadkiem, czy dlatego, że tak postanowił. W pierwszym przypadku możesz zejść z linii ognia, w drugim nie — bo właśnie ty jesteś celem.

— Nie za kwieciście opowiadasz o tej banalnej sprawie? Wszystko wydaje się jasne: wyłączyli nam radio i szlus.

Podniósł na mnie przekrwione od przepicia oczy.

— Wyłączenie radia w ten sposób nazywasz banałem? — pokręcił ciężkim łbem ze zdumieniem. — W takim razie nie wiem, co byłoby w stanie cię zdziwić. A może nie doceniasz roli radia w rozwoju cywilizacji? Bez fal elektromagnetycznych wracamy migiem do osiemnastego wieku i wcześniej, do ludzkości, której wymiana najprostszych wiadomości zabierała całe tygodnie. — Upił herbaty i wydawał się zbierać myśli. — Przede wszystkim musimy zbadać dokładnie, czym i gdzie nam zaszkodzili. Pamiętaj: najpierw łapiesz się za oko i wrzeszczysz z bólu, a potem rozglądasz się w poszukiwaniu sprawcy.

— Dopiero mówiłeś, że za czoło.

— Za oko lepiej. Bo jesteś także półślepy, jak ta cywilizacja teraz. Najpierw więc rozlegną się utyskiwania na niedogodności życia bez fal radiowych, a dopiero potem zostaną wskazani sprawcy i pojawi się podziw dla zastosowanej przez nich technologii.

— E tam — marudziłem — ludzkość nie działa w ten sposób. Jesteśmy jak sieć neuronalna, różne procesy zachodzą równolegle. Gdy więc jedni biadolą, inni biorą się za rozpoznawanie przyczyn, a jeszcze inni za typowanie sprawców.

— Na pewno, Papa, właśnie tak będzie, skoro ty tak powiedziałeś. A wiesz co przed chwilą przyszło mi do pijanej głowy? Że baniaki na niebie, którym z takim zachwytem i entuzjazmem przyglądała się wczoraj ludność naszego nieszczęsnego Rummlau, nie miały na celu defilady ku uciesze zebranych na dole tłumów. Nie wywołanie podziwu było ich zamiarem, nie sycenie estetycznych instynktów, lecz ostateczne zaoranie i wybronowanie przestrzeni powietrznej. Zamknięcie wora, że tak powiem. Jeśli mam rację, nie były zwiastunami dobrej nowiny, lecz kultywatorami mającymi wygładzić przestrzeń tak, by fale radiowe wpadały w nią jak w czarną dziurę i czezły bez najmniejszych szans na propagację. No? — łypnął znad stołu, wyraźnie tryumfujący. — Jak ci się podoba?

— Rozpylili w atmosferze jakieś paskudztwo?

— Rozpylić to można preparat na mole. Ten znajomy stwierdził, że skoro jedne sygnały rozchodzą się bez przeszkód, a drugie nikną, to tłumienie w atmosferze ma charakter anizotropowy. To znaczy różny w różnych kierunkach, niejednorodny, selektywny… Atmosfera zachowuje się jak tłumik inteligentny. Ta jej nowa cecha musi być sztucznego pochodzenia.

Uznałem za stosowne prychnąć z lekceważeniem. — Też mi rewelacja. To się przecież rozumie samo przez się.

— Nie, Papa. Nic się nie rozumie samo przez się. My tu sobie możemy wymyślać przeróżne horrenda, ale słowa tamtego faceta to konkret. Coś, czego się można uchwycić.

— I uchwyciłeś się?

— Częściowo. Myślałem o tym wczoraj wieczorem i dziś od samego rana. Normalne, zdroworozsądkowe podejście wydaje się takie: gaszą nam radio, bo nie chcą, żeby ludzie szybko porozumiewali się na odległość. To bzdura, Papa. Działają przecież telefony, wychodzą gazety. Jest internet. Każdy może pójść na dworzec, wykupić bilet i pojechać, gdzie go oczy poniosą.

— Tylko po co miałby ruszać się z miejsca? — spytałem. — Świat się ujednolicił. Wszędzie wygląda tak samo.

— Żeby przekonać się, co się dzieje gdzie indziej. Czy anomalie mają charakter lokalny, czy kontynentalny, czy nawet globalny. Nie, Papa, moim zdaniem nie wyłączyli nam radia za karę ani ze względów profilaktycznych.

— Może obawiają się, że dysponując radiem, szybciej skrzykniemy się przeciwko nim? Czytałem, że nowoczesna wojna polega na sparaliżowaniu wrogowi łączności.

Skrzywił się. — Skąd u ciebie, człowieka łagodnego, te odchylenia militarne? A co byś powiedział na pomysł, że gasząc nasze fale, nadali do nas wiadomość? Że to znak, a nie represja? Że właśnie mamy zwrócić szczególną uwagę na pasma radiowe i telewizyjne?

— Więc im się udało, psiakrew. — Nie chciało mi się myśleć. Nic mi się nie chciało. — Chcesz przez to powiedzieć, że sami zamierzają nadawać, więc zawczasu eliminują konkurencję? — Starałem się o trochę ironii w głosie, lecz nie bardzo mi wyszło. — Na pewno chcą się dorwać do naszego rynku reklam. Dlaczego nie napiszą listu na niebie?

— Skąd wiesz, że już nie napisali? Widziałeś te podskórne drgawki baniaczków? Dasz głowę, że to nie sygnalizacja? — Improwizował odważnie, trzeba mu było przyznać. — Gdyby je na ten przykład sfilmować i odtworzyć w zwolnionym tempie, a nuż ułożyłyby się w komunikat jakiegoś lingua cosmica?

Chyba zrozumiał, że zapędził się za daleko, ale mam za słaby charakter, a może jestem za mało wspaniałomyślny, żeby przepuszczać takie okazje.

— Posłuchaj — powiedziałem z raptownym ożywieniem — masz silnik. Uruchamiasz go. Jeśli widziałeś, jak taki silnik pracuje, to wiesz, że wykazuje rozmaite drgania, które oczywiście można zarejestrować, zmierzyć i tak dalej. Gdyby się tego nie robiło, dochodziłoby bez przerwy do katastrof lotniczych.

— Dobra, Papa — powiedział ze znużeniem — jak chcesz wyprowadzić nokautujący cios, to zabieraj się do tego żwawiej. Nudzi mi się.

— I oto pojawia się facet, który twierdzi, że te wykresy amplitud i częstotliwości trzeba przebadać na komputerze, bo może silnik w ten sposób usiłuje się z nami skomunikować. Nie dysponując innym sposobem ekspresji, właśnie ową pantomimą i rezonansami wyraża to, co ma nam do powiedzenia.

Moją udaną akcję skwitował uśmieszkiem. Pomilczał, z podpartą głową poczytał gazetę. — Więc załóżmy, Papa, że to jednak znak, to wygaszenie radia. Ale znak czego, twoim zdaniem?

— Mówiłem przecież: sami będą nadawać. Poziom naszych audycji tak ciężko ich wkurzył, że osobiście siedli za konsoletą — szydziłem już bez krzty finezji. Leo mi imponował. Miał chłop kondycję. Wydawał się niewspółmiernie słabo zdemolowany w stosunku do tego, co wypił.

Postanowiłem kontynuować numer z silnikiem. — Te baniaczki — zauważyłeś? — jakby z lekka tęczowały. Co chciały nam przez to przekazać?

— Żyłowanie dowcipów zarzyna je — poinformował mentorskim tonem. — Więcej rewelacji już nie usłyszysz. W zasadzie wszystko zostało powiedziane.

— O ile rzeczywiście coś się z tego sprawdzi.

— Musi się sprawdzić, i to szybko — dziś, jutro. Gdybyś wyciszył radio w całej Europie — to kiedy byś wygłosił orędzie do narodu?

— W porze dziennika telewizyjnego?

— Widzisz, Papa, jakie to proste? — zaśmiał się nieprzyjemnie. — W tej gazecie znajdziesz pory nadawania głównych dzienników w radiu i TV. Nie przegap. No — rzekł w stronę zegara kuchennego — na mnie czas. Zamierzam pokazać się w Urzędzie Zatrudnienia. Jak mnie nie zobaczą, wstrzymają zasiłek.

— Pluń na to. Nastała nowa era.

— E tam, strzeżonego Pan Bóg strzeże. Przecież nie wszystko tak od razu szlag trafi, nie?

Po jego odejściu w ramach walki z kacem rzuciłem się na tapczan. Ogarnął mnie szarpany, urywany półsen. Uwolniwszy się od niego, stwierdziłem, że świat istnieje i ma się dobrze. Telefon, o dziwo, nadal działał. Zadzwoniłem do Zory i słuchałem jej głosu, który z oddali zawsze brzmiał lepiej niż w rzeczywistości.

— Gotujesz obiad? — spytałem z nadzieją. — To zaraz wpadnę.

Zora Spess wykazywała taką właściwość, że podobała mi się bardziej, gdy o niej myślałem, niż gdy ją miałem obok siebie. Oczywiście żadna tam miłość ani podobne trele-morele. Odwiedzałem ją z potrzeby ciała, z lęku przed samotnością, z nudów. Jestem przekonany, że podobnie to wyglądało z jej punktu widzenia. Luźna znajomość. Nic poważnego. Zora nie należała do nikogo, ja nie należałem do nikogo, a nasz świat też chodził własnymi ścieżkami. Aż do wczoraj.

Po drodze usiłowałem kupić gazetę, ale wszędzie były zniechęcające kolejki. Na ladach, na stelażach poniewierały się wydrukowane dla zachęty pojedyncze egzemplarze tygodników, które nikogo nie interesowały, bo pochodziły z innej epoki.

Za to Zora druknęła sobie gazetę z komputera, ale oczywiście nie taką jak trzeba: „Unsere Zeitung” zamiast „Kuriera”. Trzymając Zorę na kolanach, usiłowałem coś ukradkiem przeczytać. Obserwowała, jak się męczę, wreszcie wzięła wydruk i przerzuciła na drugi koniec stołu, gdzie nie mogłem go dosięgnąć. Zrozumiałem, że najkrótsza droga do bezcennych wiadomości wiedzie przez łóżko, więc wylądowaliśmy w nim błyskawicznie. Sypialnia Zory zawsze kojarzyła mi się z dyskoteką: wielki ekran na ścianie brzęczał muzyczką i migotał barwami, które omywały nasze gołe tyłki.

W gazecie nie było żadnych konkretów, tylko dywagacje. W sondzie ulicznej ktoś zeznał, że niebo z kolorowymi balonikami wydaje mu się odświętne. Jakiś pismak analizował fenomen baniaków, główną część wywodu poświęcając zagadnieniu, jak sobie poradziły z defiladą tam, gdzie niebo było zasnute ciężkimi chmurami. Znalazło się trochę informacji z serwisu; wynikało z nich niezbicie, że gdzie indziej działo się to samo: tak samo baniaczki dryfowały po niebie, a ludzie gromadzili się na ulicach i placach, żeby je podziwiać. Większość objętości „Unsere Zeitung” zajmowały jak co dzień wiadomości polityczne i gospodarcze, co stwarzało kojące wrażenie, jakby nic szczególnego nie zaszło. Tylko jeden artykuł odbijał od tej tendencji, wyrażając nadzieję, że po dekadach kryzysu wizyta Ligi Pięciu na Ziemi jest szansą na opanowanie nowych technologii i szybki rozwój. „Społeczeństwo wypalone kryzysem trwającym niemal od samego początku wieku zyskało wreszcie światełko w tunelu: pomoc gospodarcza braci w rozumie oznacza w perspektywie dostęp do gwiazd”. Tak to formułował nastawiony entuzjastycznie redakcyjny przygłup.

Gziliśmy się z Zorą do późnego wieczora, więc do gotowania obiadu rzecz jasna nie doszło. W porywie szlachetności przyznałem się do wczorajszego pijaństwa, co ją słabo wzruszyło, bo i tak się domyślała. Kiedy definitywnie zabrakło tematów do rozmowy, zrelacjonowałem poranne wywody Winczorka.

— Ale to tylko w Europie i Ameryce — powiedziała. — Gdzie indziej wszystko zostało po staremu. Tak napisali w gazecie.

Nie zauważyłem tej notatki, gdyż umieszczono ją w mało eksponowanym miejscu. Plotka puszczona nie wiadomo przez kogo odwoływała się mgliście do teorii sygnału i radziła czuwać przy telewizorach w porze emitowania najbardziej popularnych audycji.

— Czyli bez przerwy — powiedziała Zora. — W TV nie ma już innych audycji oprócz najbardziej popularnych.

Nie odczuwało się braku telewizji, bo i tak działały kablówki oraz internet, a tam wszystko zostało jak przed inwazją. Pierwsze popołudniowe wiadomości nadawano zwykle o piątej. Czekaliśmy na próżno, wysłuchując opinii, z których nic nie wynikało. Istotnym faktem była natomiast wiadomość, że strefy, w których zanikały fale radiowe, miały najpierw ograniczone rozmiary. Potem stopniowo rozszerzały się na całą przestrzeń, we wszystkich trzech wymiarach, co sprawdziły samoloty.

Znowu zdarzyło mi się przysnąć z Zorą w objęciach; było mi gorąco i niewygodnie, ręka przyciśnięta biodrem czy udem ścierpła, nadto zaś miałem niejasne przeczucie, że należy się obudzić, bo dzieje się coś ważnego. Rozwarłem powieki; od ściany naprzeciwko, zajmowanej w połowie przez ekran, mżyła kolorowa poświata, wykrawając z półmroku zarys nagiego torsu Zory; leciała właśnie głupkowata reklama nowego rewelacyjnego systemu wchłaniania. Któreś z nas musiało włączyć telewizję internetową. Sycząc przez zęby, uwolniłem rękę — kompletnie straciłem w niej czucie — i przekręciłem się, żeby zorientować się, która godzina. W tym samym momencie stała się rzecz niesłychana: reklamę ucięto w połowie, pokazała się czołówka dziennika i blada z wrażenia spikerka zakomunikowała, że stacja przechodzi na retransmisję.

— Zora! — szarpałem śpiącą za ramię. — Obudź się. Coś się zaczęło.

— Zdrowo nałgał ten twój Winczorek — ziewnęła Zora, gdy wtem obraz studia pierzchł z ekranu, zastąpiony planszą z pięcioma kulami w różnych kolorach. Gdyby te kule rozmieścić w dwóch rzędach, a nie w jednym, można by pomyśleć, że to artystyczna wersja pięciu kół olimpijskich.

Potem przez dobrą minutę nic się nie działo.

— Czekają, aż się wszyscy zbiegną — skwitowała Zora. — Na drugi raz nie budź mnie bez powodu.

Chciałem jej powiedzieć, że kto akurat nie ogląda TV, ten i tak nie wie, że właśnie warto, lecz telewizor niespodziewanie wybuchnął dźwiękiem, odegrano dwukrotnie jakby hejnał, rodzajem kompozycji przypominający sygnał dawnego dziennika. Kule odsunęły się w tło, na gładką jasno-beżową płaszczyznę. Przed nią wyrósł osobnik z grubsza w typie spikerów telewizyjnych, może tylko pozbawiony ich cukierkowatego zacietrzewienia. To, co widziałem w jego wzroku — bo patrzył nam prosto w oczy — określiłbym jako ciekawość i życzliwość. To znaczy określiłem później, kiedy było dość czasu na zastanowienie się nad tym.

— Dobry wieczór państwu — powiedział, sprawiając przykrość wszystkim, którzy spodziewali się dziwolągów językowych. Na pasku pojawiło się jego nazwisko: Tangel Ulosque. — Liga Pięciu wita państwa z całym szacunkiem. Jesteśmy zachwyceni, że udało nam się dotrzeć do tak uroczej planety jak Ziemia, wcale niełatwej do odnalezienia w bezmiarach kosmosu. Po co przybyłaś, Ligo Pięciu, zapyta pewnie ten i ów. Naszą powinnością, z której wszędzie pilnie się wywiązujemy, jest spełnianie życzeń. Wielu z państwa marzyło lub marzy o różnych przedmiotach, urządzeniach lub przeżyciach osobistych. Dotąd ich spełnienie albo było niemożliwe, albo wiązało się z wyrzeczeniami — ale teraz pojawiliśmy się my. I my wasze życzenia spełnimy.

Zniknął, a trąby archanielskie znowu odegrały zniekształcony, a może zmodyfikowany sygnał z dawnego dziennika.

— Nie brak im tupetu, co, Zora?

— Ciii… — położyła mi palec na ustach.

— Niniejszy krótki program będzie poświęcony kwestiom technicznym i logistycznym. Dzisiejszej nocy rozmieścimy, na razie na ograniczonym obszarze, komunikatory stanowiące podstawę naszej Wysyłkowej Poczty Lampionowej. — Wziął ze stołu z niewielkiej sterty płaski przedmiot wielkości standardowej koperty na list. To wtedy, podobnie jak reszta ludzkości, po raz pierwszy zobaczyłem lampion w postaci skomprymowanej. Kamera natychmiast pokazała tę rzecz w zbliżeniu. Lśniące, lekko napięte tworzywo miało postać listu; widziane z boku ujawniało niewielkie zgrubienie, jakby do środka włożono płytkę albo coś w tym rodzaju. Z jednej strony kopertę pokrywały znaki czy napisy. — Jutro o świcie takie pakiety znajdziecie państwo na parapetach, chodnikach, na ulicach i w innych miejscach publicznych. Sam w sobie komunikator nie ma żadnej wartości. Należy wysłać go najpóźniej o zmierzchu w dniu znalezienia. Niewysłany komunikator traci swe własności i rozpada się na substancje niegroźne dla otoczenia.

Przerwa. Plansza, znowu grzmoty.

— Podobnie każda próba majstrowania przy komunikatorze, badania jego konstrukcji i budowy spowoduje automatyczną utratę jego cudownych własności. Nie jest to jednak niebezpieczne dla zdrowia, chociaż mało rozsądne. Aby wyekspediować komunikator naszą Pocztą Lampionową trzeba zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze, w schowku, który znajduje się przy każdym komunikatorze, należy umieścić włos, kawałek paznokcia, odrobinę skóry, śliny, krwi albo spermy. Posłuży to skatalogowaniu odbiorców. Umieszczony element musi oczywiście należeć do właściciela. Niewidzialny system komunikatora i tak wykryje oszustwo i zamówienie nie zostanie zrealizowane. Później za każdym razem przy kolejnych zamówieniach należy wkładać do kieszonki jeden z wymienionych uprzednio elementów.

Przez cały czas na zbliżeniu jego ręce manipulowały przy lampionie. Szczególnie wyraźnie zademonstrował, jak należy odginać kieszonkę. Wziętą ze stołu szpilką ukłuł się w palec i rubinowa kropla kapnęła do pojemniczka. Wtedy zacisnął górną krawędź kieszonki, a kamera ukazała jego rozpromienioną twarz.

— Drugą czynnością niezbędną do wysłania komunikatora jest energiczne zagięcie tego oto czerwonego rożka. — Znowu nastąpiło zbliżenie, ukazujące dokładnie ów newralgiczny rożek. Dobrze utrzymany paznokieć przesunął się kilkakroć po linii zgięcia. Uruchomiło to reakcję wewnętrzną, komunikator nadął się, opity powietrzem czy innym gazem, rozświetlił od wewnątrz i teraz wyglądał zupełnie jak chiński lampion.

— Tak przygotowany komunikator należy wypuścić na otwartej przestrzeni, aby jego droga do nieba mogła przebiegać bez przeszkód. Można go po prostu wystawić za okno i lekko pchnąć, o ile w pobliżu nie ma drzew o gęstych koronach. Lekceważąc ten wymóg, ryzykujemy, iż komunikator nie dotrze do rozdzielni i nasze zamówienie nie zostanie zrealizowane.

Znowu przerwa. Fanfary.

— Powiedział: do rozdzielni — szepnęła Zora.

— Na razie nasza oferta jest uboga, nie rozpoznaliśmy jeszcze dobrze państwa potrzeb, znajdujemy się też w fazie rozruchowej naszego przedsięwzięcia. Każdy komunikator zostanie bowiem wyposażony w tabelkę z symbolami obrazkowymi różnych przedmiotów. Należy zdrapać symbol jednego z nich tuż przed wysłaniem zamówienia. Jednorazowo zamówić można tylko jeden przedmiot. Wysłać można — czy już wspominałem o tym? — też tylko jeden komunikator, toteż handel nimi ani magazynowanie ich nie ma sensu.

Wypuścił prostopadłościenny lampion, który natychmiast wzbił się i przywarł do sufitu studia w daremnej chęci poszybowania wyżej.

— Zamówione przedmioty będą czekać na państwa dokładnie w tym miejscu, skąd wyekspediowano komunikator. Jeśli więc ktoś wypuści go przez okno, oczekiwany przedmiot będzie wisiał za szybą. Należy to wziąć pod uwagę, ponieważ zamówienie przedmiotów większych niż można wciągnąć przez okno prowadzić może do ich utraty. Z kolei wysyłanie komunikatora z miejsc ogólnodostępnych może spowodować przejęcie zamówionego dobra przez inną osobę. Powiecie państwo: zawsze można je przecież zamówić po raz drugi. Zgoda — lecz prowadzi to do zmniejszenia efektywności całego przedsięwzięcia. Najlepsze są zatem własne okna, balkony, dachy domów.

Spojrzał w górę i uśmiechnął się z nikłym skrzywieniem ust. Lampion ciągle tam tkwił.

— Nie powtarzam tych wszystkich informacji, bowiem będziecie państwo mieli okazję wysłuchać ich wielokrotnie. Liczba szczęśliwców objętych naszą akcją będzie się systematycznie powiększać w miarę rozszerzania zasięgu akcji. Dziękuję za uwagę. Nasz zespół żegna państwa.

— Ale jaja — westchnęła Zora, podczas gdy w pokoju wybrzmiewał odgłos trąb. Kule zniknęły, miejsce planszy zajęła spikerka omawiająca podekscytowanym głosem, w jaki sposób nagranie znalazło się w posiadaniu stacji. Wyglądało na to, że Liga Pięciu emitowała je już od pewnego czasu na ważniejszych kanałach. Dla nas liczyło się to, że znajdowaliśmy się w strefie, o której mówił mężczyzna z lampionem.

Zora obróciła ku mnie roziskrzony wzrok.

— Co to wszystko znaczy, Papa, twoim zdaniem? Będą rozdawać za darmo?

— Na to wygląda, kochanie — nie zdobyłem się na nic mądrzejszego. Przywarliśmy do siebie, porażeni tą perspektywą.

III

Dostępne w wersji pełnej

IV

Dostępne w wersji pełnej

V

Dostępne w wersji pełnej

PROTOTYP

Dostępne w wersji pełnej

VI

Dostępne w wersji pełnej

VII

Dostępne w wersji pełnej

VIII

Dostępne w wersji pełnej

IX

Dostępne w wersji pełnej

PEŁZAJĄCA REWOLUCJA

Dostępne w wersji pełnej

X

Dostępne w wersji pełnej

XI

Dostępne w wersji pełnej

XII

Dostępne w wersji pełnej

XIII

Dostępne w wersji pełnej

XIV

Dostępne w wersji pełnej

PRĄCICHA I WAGINAŁY

Dostępne w wersji pełnej

XV

Dostępne w wersji pełnej

XVI

Dostępne w wersji pełnej

XVII

Dostępne w wersji pełnej

XVIII

Dostępne w wersji pełnej

XIX

Dostępne w wersji pełnej

JA MNIEJSZA

Dostępne w wersji pełnej

XX

Dostępne w wersji pełnej

XXI

Dostępne w wersji pełnej

XXII

Dostępne w wersji pełnej

XXIII

Dostępne w wersji pełnej

XXIV

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej