Trylogia nordycka. Tom 1. Ostatnia saga - Marcin Mortka

Trylogia nordycka. Tom 1. Ostatnia saga

0,0

Wspaniała, wielowątkowa nordycka saga powraca w nowej odsłonie, a wraz z nią prequelowe opowiadanie Smocze nasienie.

Starzy bogowie powoli mogą odejść w zapomnienie. Chcąc odzyskać tron, do kraju wraca bowiem Eryk Halvdanson, a wraz z nim krzewiciele nowej wiary. Przy pomocy misjonarzy Chrystusa król wypowiada wojnę zastanemu porządkowi i grozi każdemu, kto nie będzie chciał się nawrócić. W wojowniku Haraldzie płynie jednak gorąca krew wikingów, a jego niewyparzona gęba sprawia, że trafia do niewoli. W myśl nowej wiary niewygodny staje się też karzeł Arnul. W walce o wolność wspólnie wypowiadają wojnę królowi i kapłanom, na czele których stoi bezwzględny biskup Hieronim.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Marcin Mortka

OSTATNIA SAGA

I

Smocze nasienie

I

Vilburn odetchnął z ulgą.

Gniewoj rzucił spojrzenie przez ramię. Droga zanurzyła się w wąwóz o piaszczystych zboczach, z których tu i ówdzie, na podobieństwo węży, sterczały osobliwie poskręcane korzenie sosen. Morza nie było już widać.

– Jak pogoda dopisze, to nim pełnia nastanie, będziem, panie, w Poznaniu – zdecydował się przerwać ciszę i zaraz zamilkł, zły, że odezwał się jako pierwszy.

– Chwalić Pana – burknął Vilburn. – Obmierzła mi już gościna tych zbójów, tych...

– Może i zbóje, ale posła książęcego przyjęli godnie. Jarl Eivind prawym człekiem mi się zda.

– Jak można nazywać prawym człeka, który palił chrześcijańskie miasta i bez litości wycinał klasztory – syknął Vilburn. – W jego oczach śmierć jeno widać!

– Ale męstwa, panie, odmówić mu nie możecie. Co więcej, księcia Bolka przyjacielem nazwał.

– Juści, że nazwał. – Niemiec się skrzywił. – Wie przecież, że każde jego słowo księciu powtórzę. Jakże więc nie pochwalić sąsiada możnego i do gniewu skorego? Książę zaiste się ucieszy, ale z czegoś innego.

Niespodziewanie nad ich głowami coś zafurkotało – na grubym niczym ludzkie ramię korzeniu zasiadł wielki kruk. Ptak złożył skrzydła i lekceważąco ustawił się bokiem do jeźdźców.

– Zgiń, przepadnij! – Vilburn się przeżegnał. – Diable nasienie...

– Zaliby książę nową wyprawę umyślili i do planu jarla Eivinda wciągnąć chcieli? – zapytał z ciekawością Gniewoj.

– Gdyby o nową wyprawę się rozchodziło, nie mnie by książę wysłał, ale was, Gniewoju – zaśmiał się z pobłażaniem Vilburn. – Skoroście ciekawi, tedy wam powiem. Jak wiecie, bractwo jomsborskie słynie zarówno z waleczności, jak i z braku pokory. Z królów kpią w żywe oczy, a okiełznać ich nijak, bo warownię mocną mają i miecze ostre. Umyślił sobie tedy książę, by Jomsborg z Poznaniem związać.

– Jeno jak? – Gniewoj uniósł brwi. – Sami rzekliście, że oręż to na nich nie sposób, a bogactw z łupów mają mnóstwo.

– Jarl Eivind chrzest obiecał przyjąć – powiedział krótko Niemiec.

Kruk podskoczył na korzeniu, obracając się dziobem w ich stronę. Czarne oko zalśniło złośliwie, a dziób rozchylił się lekko.

– Przysiągł, że na Wielkanoc wizytę na dworze poznańskim złoży, przed księciem uklęknie i chrzest przyjmie. – Na twarzy Niemca zastygł hardy wyraz. – On jeden tylko. Reszta bractwa ma mieć wybór. Co więcej, jarl do Jomsborga wróci jako chrześcijanin, ale nie lennik książęcy. Bractwo więc nadal wolne będzie…

– …ale jarl jako chrześcijanin będzie musiał prośby księcia wypełniać! – Gniewoj pokręcił głową ze zdumieniem. – Przebiegły to plan!

– Juści, że przebiegły. – Vilburn wydął wargi. – Książę Bolko ma tajnego szpiega w warowni i dowiedział się, że jarlowi bogowie są obojętni. Szanuje ich tyle, ile tradycja nakazała.

– A jak wam się udało jarla przekonać?

– Ech, tam... – westchnął poseł. – Eivind to zbój z robaczywym sercem, a z takimi jak on nie można szczerze rozmawiać. Jedno, co można, to handlować. Dary łotrowi zawiozłem sute, wśród nich naszyjnik jeden ze szmaragdów, przecudny. Aż żal go takiemu rozbójnikowi dawać, lecz cóż... Kazali książę, tedy dałem. Kazali również, cobym mu zaproponował...

Kruk z przekrzywionym łbem śledził mijających go jeźdźców i nie spuszczał z nich oka, dopóki nie znikli za zakrętem. Wtedy to wśród sosen nadmorskiego boru poniosło się echo chrapliwego kraknięcia, a wielkie ptaszysko ociężale wzbiło się do lotu.

II

Pękaty księżyc spoglądał na rzekę, przesłaniany od czasu do czasu postrzępionymi chmurami. Ptaki jeszcze milczały, nabierając tchu przed rodzącym się świtem, a ciszę mącił jedynie plusk wioseł, nurzających się w leniwej, czarnej wodzie.

Z tumanów mgły na brzegu powoli wyłaniały się kontury twierdzy. Halvdan machinalnie starł wilgoć z ostrza topora i zamrugał zmęczonymi oczyma. Dobrze zapamiętał ten kształt – masywny, nieodmiennie osnuty mgłą, z wysokim, zębatym wałem, który górował nad wodami.

Jomsborg – gniazdo morskich piratów.

Za jego plecami rozległy się ożywione szepty – ludzie również dostrzegli cel i energiczniej naparli na wiosła. Widać było dwie przysadziste wieże, między którymi do wewnętrznej przystani wpływały okręty co znaczniejszych gości. Wśród zarośli utajonych w mlecznej bieli krył się długi pomost z niewielką strażnicą oraz budynki, w których na zimę chowano smocze łodzie wikingów.

– Na Górze Wisielców zapłonęło już ognisko – powiedział chrapliwym głosem Skalle, jedyny z garstki jego przybocznych, który bywał w Jomsborgu.

– Czujne zbóje, jak dawniej. – Halvdan uśmiechnął się krzywo. – Ile to wiosen już będzie, Skalle?

– Ze dwanaście, królu, nie mniej! Zmieniali się jarlowie na tronie jomsborskim. Znacie wy, panie, onego Eivinda?

– Jeno sławę jego. Mówią, że niczego się nie boi.

– Zechce tedy w naszej sprawie za broń chwycić?

– Zobaczymy.

Brzuchy chmur poczynały jaśnieć fioletem. Halvdan rozpoznawał już pojedyncze blanki wieżyc, lecz po dawnemu nie dostrzegał żadnego sztandaru czy proporca.

– Harde zbóje – mruknął sam do siebie, opierając dłonie na osmolonej okrężnicy. – Dla sławy żyją i tylko bogom posłuszni. Na co im chorągwie? Królowie szmatami na kiju machają, kiedy nie sławą, ale urodzeniem tylko pochwalić się mogą.

– Co prawicie, ojcze? – U jego boku pojawiła się wiotka sylwetka kilkuletniego chłopca, otulonego szarym pledem i ziewającego szeroko. Halvdan zerknął w bok i zacisnął zęby z żalem. Twarz chłopca była blada i wymizerowana, a oczy płonęły wewnętrzną gorączką. Potrząsnął głową, odpędzając przemożną ochotę, by chłopca przygarnąć i we łzach przeprosić za tułaczkę i za niezawinione trudy. Jednak nie wolno mu było. Wodzowi nie przystało okazywać tkliwości przy własnych ludziach: zwłaszcza, że i w nich niewiele wytrwałości już się tliło.

– Do siebie gadałem – burknął opryskliwie. – Do celuśmy dopłynęli, Eiriku. Żeś słyszał kiedy o Jomsborgu?

– Legendy jeno...

– Tedy prawdy posłuchaj. Oto warownia najzacniejszej drużyny wojów w całym Midgardzie. Mówią o sobie, że żyją bez kobiet, walczą dla sławy, żeglują bez strachu, a słuchają jeno bogów. Żaden król nie jest im panem, a jeśli jakiemuś służą, to ino dlatego, że tak sobie postanowili. Chcę z ich jarlem pomówić, coby...

– Okręt! – zawołał cicho Skalle.

Wszyscy odwrócili głowy tam, gdzie wskazał dłonią, owiniętą w brudne od zakrzepłej krwi szmaty. W istocie – wśród mgieł sunął smukły knorr, którego załoga składała właśnie maszt. Nieznany okręt z gracją ciął pasma mgły wiszące nad niemalże nieruchomą powierzchnią rzeki. Był znacznie bliżej warowni, a płynął szybko. Osobliwie szybko.

Halvdan poczuł niewytłumaczalne ukłucie niepokoju.

– Jomsborski? – Sam nie zauważył, kiedy ściszył głos.

– Może – burknął Skalle. – Wżdy oni tylko na zdobycznych pływają... Może być i jomsborski...

– Ktoś zna ten okręt? Gunnar, tyś u szkutników pracował... Widziałeś kiedyś taki?

– Nie – mruknął zapytany, poprawiając opatrunek na głowie. – Ledwo co po ciemku widać, ale żem pewien, że nie nasz. Nie nordweski. My cięższe budujem.

– Ten lekko płynie, kiej Skipbladnir! – wyrwało się młodemu Jorundowi.

– Zamilcz! – warknął Halvdan, łyskając białkami oczu. – Nie lza bogów o porze tak ciemnej wzywać!

– Może swijski to knorr? – bąknął ktoś z tyłu. – Lubo z Olandii czy Dunii? Blisko mają, tedy pewno często tu kupczą.

– Nie kupce. – Skalle pokręcił głową. – Za lekko płyną. Pusty widno okręt.

– Pusty, prawisz – burknął stary Bragi, któremu rany nie pozwalały wiosłować i przez cały rejs leżał na skórach. Odzyskał właśnie przytomność i wraz z innymi wpatrywał się w ustępującą ciemność. – Tedy gdzie ci ludzie, którzy tak szybko wiosłują?

– Ojcze, boję się – zadrżał Eirik.

– Dość tego! – Rozwścieczony Haldvan odsłonił zęby. – Dość! Z prądem dobrym płyną pewno, a wam w głowach się już miesza! Do rumpla, Skalle, reszta do wioseł!

Skalle bez słowa odszedł na rufę, gdzie posłusznie ujął drąg wiosła sterowego. Nie był głupcem – jemu, wytrawnemu żeglarzowi, starczył rzut oka, by wiedzieć, że knorr, znikający już między czarnymi wieżycami, na pewno z żadnym prądem nie płynie. Splunął za burtę i odwrócił wzrok, a silna, spracowana dłoń dotknęła nieśmiało srebrnego młota Thora zawieszonego na szyi.

– Nie zadął w róg – mruknął uspokajającym tonem Halvdan. – Pewnikiem tedy jomsborski.

Minęło jeszcze pół godziny, nim głośna komenda dowódcy nakazała złożyć wiosła. Mocnym wychyleniem rumpla Skalle położył okręt w dryf, a Jorund ujął róg. Okręt wolno nieruchomiał pod wałami warowni morskich zbójów. Wszyscy powstali, a donośna, dumna pieśń rogu popłynęła nad cichym nurtem rzeki, budząc i strasząc ptactwo.

– Ktoście wy? – odezwał się wartownik na górze.

Słońce miało jeszcze długą drogę do przebycia i wciąż widzieli tylko ciemny kontur postaci z długą włócznią.

– Jam Halvdan syn Ulfa, król Nidaros! – zakrzyknął Halvdan z dumą. – W gości do zacnego jarla Eivinda płynę!

– Bądźże pozdrowiony, Halvdanie synu Ulfa, królu Nidaros! Bramy naszej twierdzy stoją otworem!

– Rad żem, bo naradzić nam się trza! – zaśmiał się chrapliwie Halvdan. – Nowiny krwawe niosę! Władztwo moje spalone! Nidaros zdobyty! Jestem królem bez ziemi, a oto moja cała chudoba! – Wskazał milczącą załogę, stojącą za nim na pokładzie okrętu. – Z jarlem Eivindem rozmawiać mi trza...

***

– Wyście Eivind, jarl Jomsborga? – padło pytanie zadane huczącym, ciężkim głosem.

Jarl Eivind zacisnął dłoń na poręczy tronu.

– A kogoś spodziewał się na tym tronie zastać, nieznajomy? – Eivind wykrzywił wargi i obrzucił obcego wrogim, wyniosłym spojrzeniem. – Dobrym obyczajom uchybiacie.

– Czym niby? – Przybysz uniósł ciemne, krzaczaste brwi. – Tym, że wprowadziłem okręt do warowni, w róg uprzednio nie zadąwszy? Skoro nikt nas nie okrzyknął, a łańcucha między wieżycami nie rozciągaliście, tedy uznałem, że każdy mile widziany. Prawda to, jarlu?

– Ci, którzy obyczajom i sławie nie uchybiają, zawsze w Jomsborgu mile widziani – parsknął Eivind, marszcząc brwi. – A byle kogo gościć nie będę, więc...

– Juści, nie wypada jarlom gościć byle kogo – przerwał mu bezczelnie obcy. – Co innego posłów władców czy wielkich królów...

Płomienie pochodni zawieszonych wzdłuż ścian poruszyły się gwałtownie, runy wyryte na stojących za tronem słupach zalśniły złotem. Jarl się pochylił.

– Zalibyście posłem jakiegoś króla byli? – Zmarszczył brwi.

– Nie, jarlu. – Obcy z chrzęstem ogniw kolczugi założył ramiona na piersi. – Zwę się Thorkill Smoczy Miecz, a służę tym samym panom co wy.

– Wolny lud Jomsborga nikomu nie służy. – Jarl wbił w obcego nienawistne spojrzenie.

– Czyżby? Mówią o was, że bogom się kłaniacie.

– Juści, bogom ofiary składamy, lecz... – Jarl naraz zmarszczył brwi. – Kim żeś jest, przybłędo, by drwić ze mnie, jarla dumnego bractwa! – Poderwał się i pochwycił miecz, oparty o jeden ze słupów tronowych. – Czego tu chcesz? – wycharczał. – Mów, bo wygnam cię z Jomsborga, kpiarzu, albo każę was wszystkich wysiec i...

– Bogom w ofierze złożyć? – Thorkill ani drgnął. – Nie unoście się. Wżdy grozić nie mam zamiaru. Możniejszych to ode mnie zajęcie. Ja jeno dar wam złożyć chciałem... – Skinął dłonią. Jakiś szczegół zamigotał na ułamek sekundy w świetle nielicznych pochodni, przyciągając wzrok jarla, ale już po chwili Eivind zwrócił uwagę na któregoś z ludzi Thorkilla, stojących dotąd w półmroku komnaty. Ten odwrócił się i pchnął kogoś ku tronowi jarlowemu. Jedwabiste włosy rozsypały się na zdobycznym perskim kobiercu i zaskoczony Eivind ujrzał skąpo odzianą dziewczynę o jasnej skórze. – To Albionka, lecz trochę mówi naszym językiem. – Thorkill wydawał się zadowolony z siebie. – Lecz kto tam gadać z nią będzie chciał... Spójrzcie, jarlu, skóra gładka niczym atłas, a te piersi... Jako dar ci ją przywiozłem, panie.

– Dar? – wycedził jarl. – Tedy nie wiesz, kpiarzu, że wśród wojów jomsborskich...

– Kobiet nie ma? – pochwycił Thorkill. – Juści, że wiem! Któż by nie słyszał o tym, że jomsborskie bractwo szanuje prawa odwieczne? Każdy wie, że i sławę miłuje, i bogom wierne...

– Dość już tych kpin! Precz! – krzyknął Eivind i porwał za miecz.

Oczy nieznajomego naraz zasnuła mgła, a ciemne źrenice zdały się rosnąć, aż zalały całe białka. Jednocześnie w komnacie jęła zapadać ciemność – pochodnie gasły jedna po drugiej, z sykiem, niczym duszone nieznaną, zewnętrzną siłą.

– Jestem Thorkill – powiedział cicho nieznajomy. – A pochodzę stamtąd, gdzie mieszkają twoi panowie.

– Jomsborg wolny! My... – zająknął się jarl, łyskając białkami oczu.

– Wolny? – W ciemnościach rozbrzmiały oddalające się kroki przybysza. – Zaiste? Bywaj tedy na uczcie.

– Na jakiej znowu uczcie?

– Nie wyprawiacie uczty dla króla Nidaros?

– Jakiego...

Dalsze słowa przecięła melodyjna, dobiegająca od morza pieśń rogu.

***

Eirik otulił się skórą. Przez chwilę marzył, że znowu leży na swym ulubionym leżu na dworzyszczu w Nidaros, lecz nie mógł zapomnieć wydarzeń sprzed paru tygodni. Nidaros było daleko, w innym świecie, odległym o setki mil słonych fal targanych bezlitosnymi wichrami. W młodym, szybko bijącym sercu chłopaka wzbierał bezsilny płacz.

– No, a więc postanowiliście jeszcze pożyć, młody panie... – wyszeptał nieznany głos.

Zaskoczony Eirik natychmiast zapomniał o sennym marzeniu i otworzył szeroko oczy. W spowitej półmrokiem komnacie siedział przy świecy stary, siwiejący mężczyzna o przerzedzonych włosach i dobrotliwym uśmiechu.

– Kim jesteś? – Poderwał się. – Gdzie ja jestem?

– Jesteś w łożu. – Nieznajomy podniósł się z wolna. – A to, kim ja jestem, przestało obchodzić tych zbójów już dawno temu, a zatem czemu miałoby obchodzić ciebie? Nie wstawaj, musisz odpocząć.

– Ja nie jestem zbójem! – oburzył się chłopiec, opadając jednak posłusznie na miękki siennik. – Jestem Eirik syn Halvdana, dziedzic tronu Nidaros, mam więc prawo...

– Na razie jesteś chorym, wyczerpanym dzieckiem, Eryku – nieznajomy dziwnie wymówił jego imię. Eirik uświadomił sobie naraz, że w głosie tego człowieka pobrzmiewa obcy akcent. Miał mnóstwo pytań, lecz drobna, pomarszczona dłoń mężczyzny spoczęła na jego ustach. Druga ujęła szmatkę, zanurzyła ją w cynowej misie, wyżęła i zaczęła przemywać rozpalone czoło chłopca. Eirik z ochotą poddał się pieszczocie: szmatka była chłodna, a jej dotyk przynosił ulgę. – Jesteś synem owego możnego pana, który przybył o świcie? – zapytał obcy po chwili milczenia.

Złożywszy szmatkę obok misy, zaczął nalewać wody z glinianego dzbanka do kubka.

– Jam ci. – Eirik z wdzięcznością przyjął naczynie i opróżnił je niemal duszkiem. – Mój ojciec jest wielkim konungiem. Wielkim! Rządził sprawiedliwie i szanowano go, jeno wróg w nocy napadł i... – Błękitne oczy chłopca stanęły we łzach, ale starł je gniewnym ruchem piąstki i wykrzyknął z wściekłością: – I nasz hird zaskoczyli! We śnie, psubraty! Wpadli, cięli śpiących, ognistymi strzałami w dachy razili! Zdrajcy!

– Psss... – Dłonie nieznajomego delikatnie, lecz stanowczo położyły chłopca z powrotem na siennik. Eirik oddychał ciężko, a na jego policzki wystąpił niezdrowy rumieniec. – Psss... Ognista dusza w tobie, dziecko, lecz teraz wypoczywać musisz... Wielceś znużon po podróży, a ciałko twe wątłe, Eryku. Jeśli chcesz kiedykolwiek z ojcem do Nordwegu powrócić, tedy sił ci zbierać trza, a nie w gniewie je tracić.

– Juści, że chcę do Nordwegu powrócić. – Eirik zaczął spokojniej oddychać. – Nidaros mnie pisany, a ojciec o pomoc jarla waszego prosić będzie, i...

– Opowiedz mi, jak twa kraina wygląda – poprosił go obcy. – Wiele żem słyszał od wojów z Nordwegu, którzy tu ściągnęli, sam nigdym tam nie zawędrował.

– Gór tam mnóstwo... – zaczął niepewnie chłopiec, nie do końca wiedząc, czego się obcy po nim spodziewa. – I puszcze niezmierzone... Lud jesteśmy twardy. Ojciec mówi, że jeno silnych słuchać nam trza, bo inaczej sczeznąć nam przyjdzie! Ojciec zaś najmocniejszy! – Na ułamek sekundy łzy błysnęły w oczach dziecka, a piąstki zacisnęły się w gniewie. – Zimy ci u nas surowe, a latem wojowie na smoczych łodziach wypływają! Sławy i bogactw szukają! Za dwa lata sam mam z nimi wypłynąć, bo ojciec mówi, że ciało mam miękkie, ale ducha żelaznego! – oznajmił z dumą.

– Od razuś mi się charakternikiem wydał, Eryku. – Nieznajomy pogładził rączki dziecka. – A kto mieszka w twoich okolicach?

– Ludzie tacy jak ja! – Chłopiec spojrzał na obcego. – Bywa jednak, że karły widujemy. Żelazo najprzedniejsze sprzedają, lecz złośliwe, a nieużyte być potrafią, bo myśli ludzkie czytają. Widujemy trolle żarłoczne, huldry, elfy, nixy podstępne… Nawet bogowie nie zawsze mogą nas uchronić.

– Bogowie, rzekłeś. – Obcy pokiwał głową w udawanej zadumie. – Czyli pielgrzymi, co słowa nowego Boga głoszą, jeszcze do was nie dotarli?

– Kto taki? – zdumiał się chłopiec. – Ach, tak! Ha, ha, ha, tak! Byli. Ojciec przyjął kilku takich. Mówili i mówili, jeno nikt nie pojmował, co gadają, tedy ojciec przegnał ich precz. Stary Bragi mówi, że to głupcy, bo miłować wrogów każą i przebaczać winy. A jak mam...

– To nie takie proste, Eryku. – Nieznajomy się zadumał. – Wiem to dobrze, bo sam ongiś takim pielgrzymem byłem.

– Ty?

– Ano ja... – Uśmiechnął się. – Kapłanem tej wiary jestem, choć wiele lat minęło, odkąd z kimś ze swej wiary rozmawiać mogłem. Dziesięć zim będzie, jak mnie w niewolę jomsborczycy w Albionie pojęli, a nie ubili ino dlatego, że rany leczyć umiem.

– I prawda to, że wszystkich miłujecie, a broni nie dobywacie?

– Świat to okrutne miejsce, Eryku, i nie pożyje długo ten, kto bronić się nie umie. – Nieznajomy się zamyślił. – A my uczymy siebie i innych, by dobro i miłość pokazywali, a karali jeno tych, co na trudy nasze plwają. Zresztą, spędziłem tyle lat wśród tych brodatych wilków, że na wskroś ich obyczajami przesiąkłem.

– To dobrze – stwierdził chłopiec poważnym tonem. – Tu na Północy nasi bogowie rządzą, a do gniewu oni skłonni! A jak zwą cię, dobry człowieku?

– Jak mnie zwą? – Stary człowiek ocknął się z zamyślenia. – Zwą mnie Hieronimem.

– Hieronim? Dziwaczne imię.

– Lecz powszechne w Albionie. Tam, skąd pochodzę...

– Słyszał żem o Albionie. Wiem, że... Co to za zgiełk? – Hieronim poderwał się z zydla i podszedł do niewielkiego okienka osłoniętego rybią błoną. Przez grube ściany dworzyszcza przebijały zniekształcone wiwaty i chóralne śpiewy, które po chwili zastąpił zgodny grzechot mieczy o tarcze. – Zda się, że to jarl Eivind ojca twego ucztą podejmuje. Za kilka godzin się okaże, czy na czele jomsborczyków wnet na Północ popłyniecie.

III

– Niech szczęście nigdy nie opuszcza wolnego bractwa z Jomsborga! – oznajmił dostojnie jarl Eivind, powstając i unosząc róg pełen miodu w stronę milczących, zebranych w halli wojowników. Światła pochodni ślizgały się po złotej nitce obramowującej jego szarą szatę. Niespotykanej piękności złoty naszyjnik, zdobiony trzema wielkimi szmaragdami, rozsiewał wokół zielonkawy blask – Skál!1

– Skál! Niech bogowie was zawsze ku zwycięstwu prowadzą! – dorzucił Halvdan, również powstając z pełnym rogiem i kłaniając się jarlowi. Na ucztę ubrał się w kaftan nabijany złotymi ćwiekami, a na szyi zawiesił srebrny łańcuch, odwieczny symbol władców Nidaros.

Nim jomsborski jarl zdołał odpowiedzieć na toast konunga nordweskiego, w halli wybuchnął ogromny zgiełk. Zasiadający wzdłuż trzech szerokich ław wojowie poderwali się, wykrzykując wiwaty na cześć obu słynnych wodzów, a wznoszone w górę srebrne rogi i puchary siały garściami kropel. W sercach biesiadników grała dzika nadzieja, że wizyta tak możnego i sławnego gościa jak nordweski konung oznacza rychłą wprawę, a z nią łupy i nową sławę.

– Skál! – krzyczeli, rumiani na twarzach i z roziskrzonymi oczyma. Wtórowały im entuzjastyczne ryki reszty braci jomsborskich, którzy wytoczyli sobie beczkę piwa na dziedziniec i rozpalili kilka ognisk, nad którymi piekły się już prosięta. – Skál! Szczęście dla was, jarlu! I dla was, konungu! Jomsborg was pozdrawia! Skál!

– Cichajcie! – Jarl Eivind uniósł otwarte dłonie, a blask pochodni zatańczył na jego złotych pierścieniach. – Niech Odyn ześle na nas swą łaskę i sprawi, by dzisiejszej nocy wielkie słowa zostały tu wypowiedziane i wielkie czyny ogłoszone!

– Bądźże pozdrowion, asgardzki konungu! – Halvdan poderwał się z pełnym rogiem. Jego oczy błyszczały, jakby w tradycyjnym toaście dopatrzył się już obietnic.

Tu i ówdzie wzniesiono rogi z kolejnymi toastami, wykrzyczano kilka nowych wiwatów, któryś z wikingów uderzył pięścią o stół, lecz rodząca się wrzawa ucichła w jednej chwili, gdy tylko poruszył się wysoki, dostojnie odziany starzec o niewidzących oczach siedzący po lewicy jarla.

O bitwie szeptają stalowe języki,

Niespokojne ogary krwi,

Kłaniają się sobie sztandary legendy,

Złote rogi do siebie piją.

– wypowiedział dźwięcznym, donośnym głosem, a ci sami wikingowie, którzy jeszcze przed chwilą wydzierali się bez opamiętania, kiwali teraz z powagą głowami, rozpatrując usłyszane słowa. Był to Trygve zwany Wiecznym, skald od wielu lat służący jarlom jomsborskim radami, zawsze ubranymi w kunsztowne rymy. Choć po świecie Północy wędrowało wielu innych skaldów, zuchwałych i słynących z bogatszego kunsztu poetyckiego, żaden z nich nie poważył się zlekceważyć Trygvego bądź rzucić mu wyzwania. O Wiecznym mówiono bowiem, że co prawda nie umie dostrzec tego, co znajduje się wokół niego, lecz za to widzi to, co się wydarzy niebawem. Nikt nie ośmielał się podawać w wątpliwość jego słów czy wróżb. Nikt nie pomniejszał jego sławy.

Nikt.

Krew chce pić morski gość,

Lecz ogar kość gryźć woli,

Pod rzemień kark nadstawia,

Panów swych zapomniał

– powiedział Thorkill, patrząc z zadumą w powałę.

Uniesienie wśród ucztujących zgasło niczym pochodnia zanurzona w cebrze wody. Wśród ciężkiej ciszy, zakłócanej jedynie stłumionymi wrzaskami biesiadujących na dziedzińcu, wikingowie jeden po drugim zwracali wzrok w kierunku śmiałka, a w ich spojrzeniach kryło się bezbrzeżne zgorszenie. Ten i ów sapał już z gniewu, ale pierwszym, który zrozumiał sens czający się w rymach Thorkilla, był Halvdan z Nidaros.

– Tyyy... – wyrzęził, a jego oblicze nabiegło krwią. – Na moc Thora, jarlu Eivindzie! Kimże jest ten pyszałek? Nie wiem, do kogo się zwrócił, ale obraźliwe są to słowa i…

– Skoro na uczcie mej siedzi, tedy gościem jest, Halvdanie! – huknął Eivind, wściekle łypiąc na Thorkilla. – Znany mi to człek, kpiarz zuchwały i kłamca podły, Lokiego wcielenie. Nie zapraszałem go jednak na ucztę! Rzekłem ci z rana, Thorkillu, byś warownię mą opuścił! Okręt twój zniknął, lecz ty...

– Znam waszą sławę i szanuję ją, jarlu – powiedział poważnym głosem Thorkill. – Tym bardziej boli mnie, że słowa me za kłamstwo bierzecie.

– A czym są słowa twe, jeśli nie kłamstwem? – Eivind zazgrzytał zębami. – Zadrwiłeś z Trygvego, szaleńcze, a mnie, jarlowi Jomsborga...

– Dar wam przyniosłem, panie. – Thorkill powstał. Eivind zamrugał oczyma, naraz wydało mu się, że w halli stało się ciemniej. Kątem oka dostrzegł, że Halvdan i kilku najmożniejszych wojów również rozejrzało się niepewne. – Równie piękny co ostatnio! Prawdę.

– Jaką prawdę? – wycharczał oszołomiony Eivind.

– Nie słuchaliście moich słów, panie? – udał zdumienie Thorkill, po czym zarzucił płaszcz na ramię i odwróciwszy się na pięcie, ruszył ku wyjściu z halli.

– Bjarni! – wycharczał jarl w stronę brodatego woja, który podczas bitwy chronił jego plecy. – Idź za nim...

Pochodnie zapłonęły żywiej. Eivind chciał dorzucić jeszcze jeden rozkaz, ale to, co zobaczył, niespodziewanie odebrało mu mowę. Furkoczące poły płaszcza Thorkilla odsłoniły bowiem coś, w co dumny jarl uwierzyć nie chciał.

***

Ognisko huczało wesoło, a tłusty Vigo z wprawą obracał rożen z prosiakiem. Rumiani wojowie rechotali ochryple i co rusz unosili do ust drewniane kruże pełne piwa, by po chwili znów ryknąć śmiechem. Dwóch obodryckich osiłków z zapałem siłowało się na rękę, zgromadziwszy wokół siebie dodających im otuchy towarzyszy. Nieopodal kilku swijskich wojów wytaczało beczkę, chórem rycząc jakąś pieśń o nadobnych dziewczynach z Olandii. Gwiazdy migotały wesoło nad ich głowami – rozhukany Jomsborg witał nadzieję na kolejną wyprawę.

W mętnym już cokolwiek spojrzeniu Edgara zatańczyła iskierka ożywienia, gdy na pniak koło niego opadł Rune i wręczył mu kolejny dzban. Siedzący obok Urre beknął przeciągle i zwalił się na ziemię. Edgar chwycił podany dzban i rzucił się ratować ten, z którym padł Urre.

– Szanować trza piwo! – pouczył bełkotliwym głosem. – Kiedy kropelką człek wzgardzi, Thor zbyt pysznym go uzna i...

– I co? – Rune czknął.

– I w łeb takiemu synowi jak nie przyp... – Edgar również czknął. – A ja walnę jako drugi! Ino żem pewien, że Thorowi szkoda byłoby Mjollnira w taki pusty ceber jak twój, Rune, ciskać.

– O czym gadasz? – Vigo obrócił prosiaka po raz wtóry.

– O grzmoceniu pięściami w puste cebry. Napijże się, kocia mordo, może ci co pomyślunku przybędzie...

– Nasi wodzowie tam radzą gromko, aż się chałupa trzęsie! – zawołał Rune, nie słuchając wywodów Edgara. – Ech, ciekawym, co tam uradzą... Ej, Edgar, wy człek bywały. Uradzą coś? Pojedziemy na wojnę?

– Ech, daliby bogowie! – Edgar westchnął i czknął. – Zgnić nam rychło tu przyjdzie, jak w świat nie pojedziem!

– Niech im tedy miód dobrze leży! A może byście jaką baję opowiedzieli, co, Edgar? Może o bogach naszych coś... – sapnął Vigo i z błogością odkroił kawałek przyrumienionego, kapiącego od tłuszczu mięsiwa. – Hej, bracia! Prosiak gotów, a Edgar bajać będzie! Bywajta tutaj!

Po chwili wokół ogniska zgromadziło się kilkunastu brodatych wojów, a troskliwy Vigo nałożył każdemu porcję dymiącego jadła na drewnianą miskę.

– Ja lubię o Yggdrasilu słuchać – westchnął Rune, z lubością wgryzając się w przypieczone mięso.

– Bo sam masz pewno dziuplę zamiast rozumu – mruknął Edgar, ale chętnie podjął temat. – Dobra, tedy opowiem wam historię o Yggdrasilu. Wiecie pewno, że nie jest to zwykły jesion, co go na szczapy porąbać można. Jego imię znaczy przecie Jesion Świata i jako słup taki świat nasz trzyma. Korzenie jego głębi ziemi sięgają, a gałęzie, masywne a szerokie niebo wspierają...

– A kiej go odnaleźć można? – rozmarzył się Vigo.

– A czego miałby taki chomąt jak ty tam szukać? – ofuknął go Edgar. – Juści, że pewno pośrodku Midgardu rośnie, bo gdyby gdzieś na brzegu stał, to by pewno się niebo załamało. Jeno nikt ze śmiertelnych drogi do niego nie odnalazł, a może i dobrze, bo w korzeniach i konarach paskudztwa wszelakie się kryją.

– Niddhogg – powiedział czyjś głos.

– Juści, Niddhogg na ten przykład – przytaknął Edgar. – Z bestyj owych najpaskudniejsza, smok najprawdziwszy. Onże skubaniec łuskowany ino gryzieniem młodych gałązek się zajmuje, a wiecie dobrze, że jak bydlaki drzewo podgryzą, to uschnie. Kiedy Niddhogg w potęgę urośnie, zeżre wszystko, co żywe, i zawali się świat...

– A widzieliście kiedyś prawdziwego smoka, Edgarze? – zapytał Rune.

– Eee tam, ponoć wszystkie przez bohaterów z dawnych czasów wybite. – Edgar się skrzywił. – Nic dla nas nie ostało. Powiem wam inną historię: otóż dawno temu, kiedym z Leifem synem Eirika do Vinlandii płynął...

***

Chłopiec oddychał szybko, co rusz zerkając na siedzącego przy okienku Hieronima. W migotliwym ogniu kaganka twarz opiekuna raz wydawała się dobrotliwa i spokojna, raz drapieżna i ściągnięta w dzikim grymasie. Eirik naciągnął wysoko skórę niedźwiedzią i leżał nieruchomo, starając rozróżnić cokolwiek ze zgiełku dobiegającego z dziedzińca jomsborskiego.

– Kiej wilki. – Hieronim uśmiechnął się ponuro.

– Coście powiedzieli? – zaciekawił się chłopiec.

– Nic takiego, Eryku. – Kapłan wzruszył ramionami. – Słucham tych pieśni z dziedzińca i na myśli mi wilcy przychodzą. Krew rychłą czują i w pieśni podnieceniem się dzielą... Są wilki w twojej krainie?

– Pewno! – prychnął chłopiec. – Ogromne i szare! Człeka się boją, lecz gdy głód je przydusi...

– Straszna to kraina tedy!

– Lecz piękna. – Chłopiec usiadł, zrzucając skóry. – Mój ojciec będzie o nią walczyć i ja z nim! Ja też!

– Dobrze już, dobrze. – Nieznajomy tajemniczo uśmiechnął się, naciągając skórę na chude ramionka chłopca. – Coś mi mówi, że...

Eirik nie usłyszał jego słów – ucztujące na dziedzińcu bractwo zakrzyknęło naraz zgodnym chórem pozdrowienia dla nordweskiego konunga i jęło wybijać rytm ostrzami toporów na tarczach. W powietrzu znów zadrgała niespokojna, drapieżna pieśń, wzmocniona złowieszczym przyśpiewem morskiego wiatru.

– Wilcy szykują się na łów, Eryku. – Hieronim się uśmiechnął. – Wiedzą o propozycji, jaką twój ojciec chce złożyć Eivindowi. Czują krew...

Naraz zastygł w bezruchu, jakby usłyszał coś nowego, niesłyszalnego dla Eirika.

– Co takiego? – dopytywał się chłopiec, lecz jego opiekun położył jedynie palec na ustach, bo w zgiełku uczty pojawił się nowy odgłos, który niespodziewanie wybił się ponad cichnące pokrzykiwania wikingów. W nocną pustkę popłynęła pieśń, smętna, pełna magii, śpiewana mocnym głosem kobiecym w nieznanej mowie...

– Toż to mowa Albionu! – zdumiał się Hieronim. – Ale śpiewana przez kobietę? Tu, na Jomsborgu? Kobieta? Albiońska kobieta?

– Kobieta? – Zdziwiony chłopiec przypomniał sobie słowa ojca. – Hieronimie, co to znaczy?

– Jeszcze nie wiem – odparł były mnich. Wydawał się zaniepokojony.

***

– Prawcie dalej o Niddhoggu! – powiedział nieznany głos.

Edgar zmarszczył brwi.

– Po co o paskudzie Yggdrasilowej gadać – burknął. – O dzielnych bohaterach lepiej bajać, wżdy wielka to noc... Który z was, bracia, tak się ową gadziną przejmuje?

– Ja – padła odpowiedź.

Oczy wszystkich skierowały się na wysokiego człowieka o ciemnych, prawie czarnych włosach i oczach podobnego koloru. Siedział ze spokojem wśród Jomsborczyków, patrząc za Edgara z przekrzywioną głową.

– Nie pomnę cię – warknął Edgar. – A pamięć u mnie dobra...

– Bom ja nie z bractwa – odpowiedział nieznajomy. – Dziś z rana przybyłem, a zwą mnie Thorkill. A paskuda owa, jak ją zwiecie, zaiste ciekawi mnie wielce. Mądrym się wydajecie, Edgarze, tedy rzeknijcie: przyda się taki Niddhogg komuś na coś?

– Jakże to! – Edgar zachłysnął się grzanym piwem.

– Czy Yggdrasil rósłby zdrowo, gdyby nie Niddhogg? Smok żre nie tylko zdrowe pędy, lecz także chore, a jeśli zdrowy wpadnie mu do pyska, tedy drzewo nowy puszcza! – oznajmił Thorkill. – A wasz jarl, bracia? Dobry to pęd? Mocny? A może słaby i chory?

– Jarl Eivind słucha dobrej rady! – powiedział Odobryta Radbor. – Dobry to jarl! Dzielny!

– Demonów się nie boi! Sztormom się nie kłania!

– Dobry jarl!

– A czy prawo szanuje?

– Szanuje! Dobry jarl! Do Nordwegu nas poprowadzi! Na wyprawę! Eivind! Eivind!

Krew wystąpiła na zarośnięte policzki wojowników, a w ich oczach zatańczył szalony blask. Naraz w ich dłoniach pojawiły się miecze oraz tarcze i wśród ognisk, beczek z piwem i rumianych pieczeni przewalił się łoskot drapieżnej melodii. Porwani dzikim uniesieniem wikingowie skandowali imię jarla, wzmacniając każde słowo uderzeniem płazem miecza lub topora o tarcze. Thorkill śmiał się i klaskał w dłonie.

– Ejże! – Topór Radbora znieruchomiał w odległości dłoni od tarczy. – Słyszycie? Ktoś śpiewa! Kobieta!

Śmiech Thorkilla przeszedł w cyniczny uśmiech.

***

– Zwólcie tedy, bracia – Eivind uniósł w górę dłoń ciężką od pierścieni – by gość mój, a wasz druh, sławny Halvdan syn Ulfa, zwany Łamaczem Oszczepów, konung wielkiego grodu Nidaros, historię swą opowiedział!

– Sława wam, królu! – poniosło się wzdłuż ław, a zaciekawione, nierzadko już zamglone spojrzenia zawisły na wysokiej postaci powstającego Nordwega. Ujrzeli silną, zahartowaną sylwetkę, a to, co początkowo brali za zmarszczki starości, naraz okazało się jedynie wyrytą na twarzy pamiątką wielu długich wędrówek morskich.

„Charakternik” – pomyślał niejeden.

Nierzadko widywano tu takie oblicza – wyniosłe, poznaczone wrogimi ostrzami i kute zimnym wiatrem. Do Jomsborga ściągało wielu znieważonych monarchów czy pragnących pomsty wodzów, by szukać pomocy u jarla najsłynniejszego w całym Midgardzie bractwa wojowników. Bractwo Jomsborga świadome zaś było swej sławy i decydowało się na udział jedynie w najzuchwalszych wyprawach, które największą sławę przynieść mogły. Z tym większym zaciekawieniem wikingowie zamilkli, oczekując na słowa przybysza.

Ten skłonił się jarlowi, oblizał suche wargi i przemówił:

– Eivindzie, jarlu jomsborskiej drużyny, zwycięzco spod Białej Wyspy, posłuchaj! – zaczął mocnym, dudniącym głosem. – I wy, jomsborscy bracia, niezłomni w przysięgach, niestrudzeni w żegludze, nieustraszeni wobec wrogów i niezachwiani w przyjaźni, również słuchajcie! Jam jest Halvdan syn Ulfa, zwany Łamaczem Oszczepów, konung Nidaros! O mojej krzywdzie opowiedzieć wam chcę i wasze klingi chcę ujrzeć, jak wyrwane z pochew pod nordweskim słońcem błyszczą!

„Chce porwać ich serca – pomyślał Eivind, gładząc wielką rudą brodę. – Pyszałek, ale niech gada... Drużyna rychło o tym psie Thorkillu zapomni. Bjarni coś nie wraca...”.

Zerknął przy tym na Trygvego, który z bladą twarzą siedział nieruchomo przy ławie, nie tknąwszy ani jedzenia, ani picia. Jarl jomsborski zasępił się na nowo, niemalże tracąc kolejne słowa nordweskiego konunga.

Ten zaś z rogiem napełnionym gęstym miodem wstąpił na ławę i stamtąd przemawiał do jomsborskich wikingów, a jego dumne, donośne słowa niczym orły wzbijały się pod mroczną powałę.

– Słuchajcie mnie, synowie morza! Znacie mą sławę?

– Znamy! – odpowiedział mu niski pomruk, kilka rogów skoczyło ku górze w toaście, a liczne pary oczu zabłysnęły podnieceniem.

– Wiecie tedy, żem straszny dla wrogów, a hojny dla przyjaciół?

– Wiemy! – W ławy uderzyły ciężkie pięści, zazgrzytały zęby.

– Słyszeliście tedy, że straszny mój topór i męstwo niezłomne!

– Słyszelim!

***

– Znam was, Jomsvikingr2! – powiedział donośnym głosem Thorkill. Gorejące za nim ognisko otoczyło jego wysoką, smukłą sylwetkę migotliwą aureolą i zamieniło twarz w plątaninę ciemnych plam. – Znam was, bo któżby sławy waszej nie znał! Jesteście bractwem dumnym i wolnym!

– Kim żeś jest? – Z kręgu znieruchomiałych, patrzących groźnie wikingów wyszedł śnieżnobrody Vigulf, jeden z najsłynniejszych i najbardziej szanowanych wojowników bractwa. – Mowę masz wodza, niemniej nikt cię nie zna.... Tyś przybył o świcie na czarnym drakkarze?

– Jam ci. – Thorkill zwrócił ku niemu roziskrzony wzrok. – Jeno nie zwolił mi jarl wasz pozostać. Odpłynąć mi kazał, bo kilka słów prawdy go uraziło.

– Tu żeś, zuchwalcze! – Bjarni bezceremonialnie odsunął Vigulfa, który otwierał usta do kolejnego pytania. – Precz z twierdzy! Won, przybłędo! Jak za szmaty uchwycę i z murów do wody ciepnę... Jarl...

Szedł na Thorkilla, głowę zwiesiwszy nisko jak byk gotujący się do szarży. Palce potężnych dłoni unosiły się ku górze, gotowe zacisnął się na gardle Thorkilla.

– Jarl was sprzedał. – Przekrzywił głowę Thorkill, śmiało patrząc w oczy rozjuszonemu berserkowi.

– Łżesz! – wycharczał wściekły Bjarni.

– Pomnicie orszak owego Niemca, co od księcia Bolka posłował? – Ton głosu cofającego się Thorkilla naraz stał się wyższy. – Co niby przez przypadek przez trzy dni u jarla gościł?

– Nędzna żmijo...

– Daj mu dokończyć. – Palce żelaznej dłoni Vigulfa zacisnęły się na ramieniu Bjarniego.

***

– A nynie co? – spytał Eirik.

Hieronim nie wiedział, czy błyszczące w ciemnościach oczy chłopca odbijają gorączkę czy może niezdrowe podniecenie.

– Ledwie co widać... – wyszeptał. – Zda mi się, że ktoś przemawia przy jednym z ognisk, a wikingowie słuchają. Krzyczą w odpowiedzi na jego słowa. Widzę mnóstwo pochodni...

– A w halli? – szeptał chłopiec. – Ojciec...

– Cichaj... Nie rozumiem ani słowa, ale zda się... Tak, chyba jeden głos przewodzi... Mocny głos...

Przez szparę w okiennicy widział mrowie drgających ogników pochodni, a wicher od morza przynosił jedynie strzępy odgłosów. Mnich czuł jednak, że powietrze nie drży już od dzikiej, drapieżnej radości, a okrzyki nie mają nic ze złowieszczego tryumfu szykujących się do rozprawy wojów. Pieśń albiońskiej kobiety już ucichła, lecz miał wrażenie, że w nocnym powietrzu wciąż wibruje jej wspomnienie, podrażniając zmysły morskich wilków.

Naraz rozległ się potężny wrzask i mrowie ogników popełzło w jednym kierunku.

– Idą gdzieś... – szepnął zafascynowany Hieronim. – Eryku, oni...

W ułamku sekundy jakiś czarny kształt wypełnił szparę, przez którą wyglądał mnich. Rozległ się suchy trzask okiennicy i wystraszony Hieronim odskoczył, padając na ziemię. Na zewnątrz słyszeli oddalające się, szydliwe krakanie.

***

– ...niechaj zatem mój topór bojowy, przez dziada mego na karłach zdobyty, a Oraczem zwany, pokłoni się najbitniejszemu z bitnych, dumnemu bractwu Jomsborga! – krzyczał purpurowy na policzkach Halvdan, stojąc na ławie wśród porozrzucanych naczyń i wysoko nad głową trzymając długi bojowy topór. Ryte w stali runy karłów połyskiwały złowieszczo w drgającym blasku pochodni.

Wielki i straszny zdawał się wygnany konung nordweski. Oczarowani jego opowieścią towarzysze bojów jarla Eivinda tkwili nieruchomo i przez chwilę jedynym słyszalnym odgłosem, poza hukiem płomieni i trzaskaniem kości w szczękach ucztujących pod ławami psów, były przytłumione, zniekształcone okrzyki wikingów na dziedzińcu. Halvdan dyszał ciężko, tocząc wokół przekrwionym spojrzeniem, by niespodziewanie zgrabnym susem zeskoczyć na polepę i przypaść do ziemi u stóp jarla.

Widok straszliwego konunga korzącego się u stóp kogoś innego, choćby i słynnego jomsborskiego przywódcy, targnął sercami przybocznych Eivinda.

– Sława! – poderwał się któryś z nich.

– Sława! – huknęli inni. Hallę wypełnił rumor odtrącanych ław i ryk ochrypłych, rozochoconych głosów, przepełnionych miłością dla wielkiego wojownika. Jarl Eivind powstał z godnością i podniósłszy Halvdana z ziemi, posadził go po swej prawicy.

– Wielkie są słowa nidaroskiego władcy! – oznajmił donośnym głosem. – Wielkie jego czyny i wielkie obietnice! Wiecie jednak, bracia, jakie zasady rządzą wolną twierdzą morskich wojów! Żyjemy bez kobiet, walczymy dla sławy, pływamy bez strachu, a kłaniamy się tylko bogom! Tylko bogów słuchamy! Trygve, zwany Wiecznym! – Z łopotem płaszcza odwrócił się w stronę ślepego skalda. – Tyś skaldem i wróżbitą, a choć bogowie wzrok ci odjęli, pozwolili w przyszłość spoglądać. Powiedz nam tedy, czy szczęśliwa wyprawa do Nordwegu będzie? Czy zdobędziemy sławę, a ci, którzy padną, zostaną zabrani do Valhalli?

Trygve ani drgnął. Na jego pustej, trupio bladej twarzy nie pojawił się najdrobniejszy nawet grymas.

– Trygve, wzywam cię! Rzuć runy i powiedz, co znaczą! Czy szczęście pisane bractwu z Jomsborga?

Skald dalej siedział nieruchomo. Wojownicy w halli przyglądali się mu z niezdrową fascynacją.

– Trygve... – Naraz straszliwe podejrzenie targnęło sercem jarla.

Eivind zrobił krok naprzód, lecz nagle siedzący po lewicy skalda przyboczny poderwał się, zapewne uświadomiwszy sobie to samo co jarl. Zaszurała odsunięta gwałtownie ława i naraz wysoka, tykowata postać skalda odchyliła się, lecz osobliwe sztywno. Trygve padł do tyłu.

– Pomarł... – jęknął któryś z przybocznych.

Zaskoczenie odebrało mowę wszystkim.

Niespodziewanie wrota do halli eksplodowały z ogłaszającym hukiem. Ze szczękiem oręża do wnętrza halli rzucił się tłum wojowników i znieruchomiał w najeżonym ostrzami półkolu wokół jarla. Twarze ich były rumiane od piwa i gniewu, a oczy błyszczały dziko. Oddychali szybko – wokół wykrzywionych z wściekłością ust wykwitały chmurki pary.

– Zalibyście rozum postradali, bracia? – Oszołomiony jarl zmarszczył gniewnie brwi, ale tracił pewność siebie, gdyż wikingowie patrzyli na niego z mściwością i wściekłością, której nigdy by się nie spodziewał. Blask nielicznych pochodni ślizgał się po ostrzach nagich mieczy. – Co za demon pomieszał wam zmysły? – Spróbował ostrzej, przełknąwszy ślinę. – Co się dzieje, na moc Odyna! Wżdy wyście morskie bractwo, a jam wasz jarl!

– Juści, żeśmy morskie bractwo! – warknął Odobryta Radbor. – A tyś nasz jarl! Wspólne nasze prawo, a tyś je złamał!

– Jakże to?

– Żyjemy bez kobiet, walczymy dla sławy, pływamy bez strachu, a kłaniamy się tylko bogom! – warknął inny, łysy, zwalisty Toke z długim oszczepem i krwią w oczach. – Takie nasze prawo, odkąd jarl Palnatoke Jomsborg wybudował. Nie będziem tedy szanować jarla, który je hańbi!

– Bracia, przeciem prawa naszego nie złamał! – Zdumienie Eivinda nie miało granic.

– Na włócznię Odyna i święty pierścień przysięgacie? – wysyczał Radbor.

– Na włócznię Odyna i święty pierścień...

– Dawajcie białkę...

Naraz krąg wojów rozstąpił się i pchnięta krzepkim ramieniem niewiasta wylądowała na polepie u stóp jarla. Eivind znów zrobił krok w tył – rozpoznał miodoworude włosy rozsypujące się na plecach, zgrzebną zieloną szatę i puste, brązowe oczy. Niewiasta pijanym gestem uniosła głowę, by spojrzeć na jarla, po czym nabrała tchu w piersi i naraz w chłodnym powietrzu znów zawibrowała pieśń bez słów.

Silny kopniak Radbora wybił jej powietrze z płuc.

Albionka przewróciła się i znieruchomiała.

Eivind poczuł, że traci resztki spokoju. Rozejrzał się wokół, próbując odszukać drwiącą twarz Thorkilla.

– W waszych komnatach żeśmy ją odnaleźli! – krzyknął stary Vigulf, wsparty gniewnym pomrukiem reszty Jomsborczyków. Ci, którzy jeszcze przed chwilą ucztowali w halli, stali teraz zdezorientowani, łypiąc to na Eivinda, to na przywódców nieoczekiwanego buntu.

– Głupia kiej koza, ale jedno, co wyrzec umie, to, iże darem dla was jest! – dodał Toke.

– Wżdy to bzdura wierutna! – ryknął jarl. Czuł pulsowanie gorąca na policzkach i rosnącą wściekłość. – Jak ona dostała się do mych komnat! Juści, przyznaję! W darze mi ją ten wściekły pies Thorkill złożył, ten...

– Dar to zatem, jarlu? – zaśmiał się śnieżnobrody Vigulf. – Dar, który wbrew prawu...

– Milcz, Vigulf! Tacyście mi bracia? Za jedną dziewkę podstępem podrzuconą mieczy przeciw mnie dobywacie?

– Furda dziewka – wysyczał Radbor, kręcąc kudłatą głową. Nie patrzył jarlowi w oczy. – Wiemy o wszystkim, jarlu.

– O czym ty znowu...

– Wiemy, po co niemiecki poseł do warowni przyjechał – mówiący cicho Radbor nadal nie podnosił wzroku. – Wiemy wszystko. Wiemy, żeś, jarlu, nową wiarę przyjąć obiecał. Wiemy też, co to oznacza, na służbę polańskiego księcia nas oddałeś.

– Złamałeś prawo – warknął zapalczywy, jednooki Toke.

Cisza, która zaległa w starej morskiej warowni, była obezwładniająca – słychać było plusk fal obmywających na zewnątrz wały jomsborskie. Eivind stał trupio blady. Znikąd nadbiegł wiatr bałtycki, wydymając płaszcz jarlowski i szarpiąc ocalałe pochodnie.

– Poszaleliście... – głos Eivinda przeszedł w charkotliwy szept. – Kto wam we łbach namieszał, bracia... Ów Niemiec jeno gościem mi był... Gościem od księcia... Przejazdem...

– Zacny naszyjnik ów gość przejazdem wam wręczył. – Niespodziewanie dla jarla ostatnie słowo padło z ust Bjarniego.

– A we łbach to ty namieszałeś – odezwał się głos za plecami jarla. – Mówiłem ci, ostrzegałem, lecz na próżno. Rację miałem, jarlowie jomsborscy nie umieją rozmawiać z krukami.

Eivind odwrócił się błyskawicznie, lecz z tyłu nie było tego, kogo spodziewał się ujrzeć. Jego wzrok przemknął po ścianie z ciężkich sosnowych bali i niespodziewanie odnalazł olbrzymiego, czarnego kruka siedzącego na słupie tronowym. Przymrużone złośliwie wielkie oko patrzyło prosto na zmartwiałego jarla.

– Kto... Kto to mówi? – Eivind porwał za rękojeść wielkiego, runicznego miecza. – Co to za czary?

– Czary? – Z lekko rozchylonego dzioba kruka wydobyły się chrapliwe dźwięki ludzkiej mowy. – Posłańca bogów za czary bierzesz?

– K... kim jesteś? – Ciężka od pierścieni dłoń jarla zsunęła się bezsilnie z rękojeści miecza.

– Przychodzę, by głosić prawdę. – Ptak zaśmiał się z kpiną.

Jego śmiech był przerażająco lodowaty, a jednocześnie wokół słupów tronowych poczęła gęstnieć ciemność. Kontury śmiejącego się kruka były coraz mniej wyraźnie, aż utonęły w rozlewającym się wokół mroku.

– Po... poznaję twe słowa – naraz zachłysnął się jarl. – Wiem, kim jesteś! To ty...

– Przychodzę, by głosić prawdę. – Thorkill, wyniosły, z twarzą wykrzywioną grymasem dumy, wyszedł z mroku. Zakrywał go czarny płaszcz, pod którym rysował się obrys miecza.

– To ty... – w spojrzeniu Eivinda zatańczył ogień – to ty podrzuciłeś białkę do moich komnat! Twe słowa zabrały Trygvemu ducha! Ty podburzyłeś moich ludzi! Na Thora, zarżnę cię jak...

– Bracia jomsborscy! – zakrzyczał Thorkill. – Czy słyszycie słowa waszego jarla? Obcym bogom Jomsborg sprzedałeś, a na Thora się klniesz, kłamco?

Tłum niebezpiecznie zafalował.

– Milcz... – Głos Eivinda się załamał.

– Jedno prawo wasze! – krzyczał Thorkill, a jego oczy się śmiały. – Żyjecie bez kobiet, a jarl wasz niewolnice po komnatach chowa! Kłaniacie się bogom, a wasz jarl kruka Odyna za gusła wziął! Przed bogiem Niemców i Polaków kłaniać się chce!

– Znam cię! – huknął niespodziewanie nowy głos. – Bluźnisz, parszywcze! Tyś nie Odyna poseł! Słyszałem ja o tobie wiele...

Halvdan szedł ku Thorkillowi, a ciężki topór zakreślał w jego wprawnych dłoniach złowieszcze kręgi. Jęczało rozcinane powietrze, a w oczach wygnanego króla czaiła się żądza mordu.

– Słyszałem raz opowieść o czarnym drakkarze, co płynie szybko jak myśl – syczał przez zaciśnięte zęby, idąc w stronę Thorkilla. – Słyszałem o tym, że w osadzie, do której zawija, nim świt nastanie, brat bratu do gardła skoczy! Nie bogom służysz, a ciemnościom. Nikt nie będzie wymyślał jarlowi Jomsborga od zdrajców, ty smocze nasienie, póki ja tego słucham!

Naraz mięśnie Halvdana napęczniały, a topór zawył w powietrzu, z ogromną prędkością mknąc ku sylwetce Thorkilla. Eivind odskoczył – zdawało się, że zadany z furią cios przetnie przybysza na pół. Ten przemknął jednak zręcznie pod roztańczonym toporzyskiem i ciężkie ostrze przeszyło powietrze.

– Ha! – krzyknął, odrzucając połę płaszcza i porywając za miecz. – Głupcze!

– Nikt nie nazywa głupcem konunga Nidaros! – zaryczał Halvdan, unosząc topór i przypuszczając kolejny, błyskawiczny atak.

– A nie jest głupcem ten, kto szuka przyjaciół wśród zdrajców! – Thorkill uchylił się przed kolejnym szerokim cięciem.

– Ty żeś zdrajcą! – po nabrzmiałej twarzy nordweskiego króla ściekał pot. – Tyś sam, smocze nasienie! Podburzasz wolne bractwo Jomsborga!

– Głupcze! – Thorkill z niemałym trudem uniknął kolejnego ciosu, zdolnego rozłupać kamień na dwoje. – Przybyłeś, by Jomsborg na wyprawę do Nidaros pozyskać? Próżne twe wysiłki.

– Łżesz! – Kolejny cios chybił o włos. Ostrze rozorało materiał rękawa Thorkillowego kaftana .

Oczy Eivinda rozszerzyły się – powróciło niedawne wrażenie, lecz teraz już był pewien. Skóra Thorkilla mieniła się na czarno niczym...

– Ja łżę? – zaśmiał się zdyszany już Thorkill. – Wiedz tedy, że jarl Eivind na wiosnę musi do Poznania ruszyć, by nowemu bogu się pokłonić i nowe dary od polskiego księcia przyjąć! Nici z wyprawy na Nordweg! Insze plany ma jarl, głupcze! Teraz mu polski książę miskę jadłem wypełni!

...niczym łuska.

– Co? – przystanął zaskoczony Halvdan, a furia opuściła go w jednej chwili. Topór zawisł bezsilnie w jego dłoniach.

„Smocze nasienie?” – powtórzył w myślach Eivind, lecz nim zdołał odkryć sens obelgi rzuconej przez Halvdana, Thorkill odwrócił się na pięcie w stronę zamarłych w półkolu wikingów.

– Walczymy tylko dla sławy? – wysyczał. – Oto kolejne prawo złamane przez waszego jarla. Eivindzie, ty i ten głupiec...

– Nikt nie nazywa konunga z Nidaros głu... – ryknął niespodziewane Halvdan, który oszołomiony szukał teraz jakiegokolwiek pretekstu, który pozwoliłby mu odzyskać równowagę. Z rykiem ranionego niedźwiedzia Nordweg podrzucił topór do kolejnego uderzenia, lecz Thorkill pochwycił to kątem oka. Z szybkością atakującej żmii ramię przybysza, przedłużone o ostrą klingę miecza, strzeliło do przodu, trafiając idealnie w grdykę Halvdana.

Thorkill pchnął z wściekłością, po czym wyszarpnął miecz i z całej siły rąbnął konunga w byczy kark.

– To wszystko jego wina! – Zakrwawiona klinga Thorkilla wymierzyła w pierś Eivinda.

– Śmierć zdrajcy!

– Śmierć zdrajcy! – ryknęli chórem Toke, Radbor i Vigulf, unosząc oręż.

– Dość tych oszczerstw! Starczy krwi! – zakrzyczał ktoś inny. – Eivind naszym jarlem i nie będzie przybłęda...

– Do mnie! – Ruszył Eivind, porywając jakiś oszczep i prąc w stronę śmiejącego się Thorkilla.

– Święte prawo gościnności! – Rozwścieczony Skalle zastąpił jarlowi drogę. – Nie lza...

– Brać zabójcę! – Jorund z dobytym mieczem skoczył na ławę.

Ktoś podciął mu nogi. Strącona czyimś ciosem pochodnia zakreśliła łuk w powietrzu i uderzyła w przeciwną ścianę, wybuchając snopem iskier. Na ułamek sekundy miecze, noże i topory krwawo zalśniły, a wraz z nimi białka oczu rzucających się sobie do gardeł ludzi.

***

Olbrzym zachwiał się, lecz postąpił jeszcze kilka kroków. Nogi słabły jednak z sekundy na sekundę i naraz kolana ugięły się, a trupio blada, rudobroda twarz plusnęła w brudną kałużę. Z jego pleców sterczał topór z ułamanym trzonkiem.

Jeszcze przez chwilę przerażenie nie pozwoliło Hieronimowi zrobić ani kroku.

– Gdzie jest mój ojciec? – Eirik płakał. – Zaprowadź mnie...

– Cicho bądź...

– Ja chcę do...

– Milcz! – Jednym szarpnięciem Hieronim zdjął płaszcz okrywający drżące ciało chłopca. Mocno ujął jego podbródek i skierował zapłakaną twarz dziecka w kierunku dziedzińca. – Popatrz! Widzisz, co się tu dzieje? – warknął z wściekłością, wyładowując w ten sposób własny strach. – Widzisz to szaleństwo! Zanoś modły do swoich bogów, byśmy żywcem stąd wyszli! Gdyż ten chaos na pewno jest ich dziełem... – dodał ciszej.

– A ojciec?

– Twój ojciec jest gdzieś pośród tej bitwy. Ma swoich ludzi i z pewnością większe szanse niż my, by wyjść stąd cało – skłamał, w panice rozglądając się za drogą ucieczki. – No, dalej! – zdecydował się i popchnął chłopca. – Do przystani!

Dwie skulone, wątłe postacie przemknęły w cieniu wyniosłych wałów twierdzy, po czym jeden z zacumowanych skiffów niespostrzeżenie drgnął i wolno ruszył w kierunku nurtu rzeki... Obojętny na ryki walczących i jęki rannych wiatr znad morza świstał wśród zabudowań Jomsborga, swym świeżym oddechem sycąc coraz gwałtowniejsze płomienie.

***

Świt nadpełzał wolno, tłumiąc wilgotnym tchnieniem błąkające się tu i ówdzie płomienie. Mgła snuła się na dziedzińcu gęstym, lecz porwanym kobiercem, kryjąc poskręcane ciała i kałuże purpurowego błota. W umykającym mroku zakrzyczał jakiś ptak.

Na bladej ze zmęczenia i niewyspania twarzy Thorkilla gościł jednak uśmiech.

– Nie musisz o nic pytać – powiedział cicho w kierunku Eivinda. – Bo widzisz, ja przynoszę prawdę. Gdybyś zatem spytał, musiałbym ci odpowiedzieć, a co ci po odpowiedziach, których i tak nie pojmiesz?

Eivind otworzył usta, lecz miast słów wydobyło się z nich tylko charkotliwe sapanie. Strużka krwi pomknęła z opuchniętego kącika ust.

– Twój czas minął, jarlu – mówił Thorkill cichym głosem, niemal szeptem. – Śmiertelną ranę odniosłeś w boju, a obcemu bogowi pokłonić się nie zdążyłeś. Cóż, może zatem walkiria zabierze cię do Valhalli. W końcu dzielnym byłeś wojem, choć serca małego.

Z przekrwionych oczu Eivinda z wolna uchodziło życie, lecz wciąż pulsowała w nich nienawiść.

– Miał rację dumny głupiec z Nidaros. Nie służę Odynowi. Rzekłbym, że służę raczej jego celom. Wiesz, słyszałem wczoraj na dziedzińcu, jak to pewien gawędziarz o Nidhoggu opowiadał. Mówił, że korzenie Yggdrasila obgryza, przeto wrogiem całego świata jest. Juści, że szkodę czyni: jeno pożarta gałąź czyni miejsce dla innej. Tyś taką gałęzią, jarlu. – Thorkill beznamiętnie patrzył na konającego Eivinda. – Znęcił cię obcy bóg, przeto mój pan kazał cię zeżreć. Milczał przez moment. – Nadchodzą nowe czasy, Eivindzie. Kruki mówią, że coraz więcej królów nową wiarę przyjmuje i lud swój nawraca. Umierają bogowie... Żercy i wróżbici prawią, że bliskie są już dni Ostatecznej Bitwy – Ragnaroku. Niespokojni są bogowie, lecz cóż ty możesz wiedzieć? Ty, który kruków nie rozumiesz, a królowi służyć chciałeś. Nynie pień zdrowy będzie... – Zmęczony wzrok Thorkilla prześlizgnął się po wysokich, osmolonych wałach twierdzy. – Inny bóg już kroczy, jeden jedyny, lecz silny... Z całą siłą trza mu będzie na drodze stanąć. Jemu i tym, co go przyprowadzą. A kto miałby bractwo jomsborskie do takiego boju wieść? Ty, zdrajca i najemnik?

Z mgły wyłonił się ponury czarnobrody woj w porwanej kolczudze.

– Jarlu, ocaleli wojownicy stoją na błoniach – powiedział.

– Wiela ich?

– Niewielu Jomsborczyków padło, jeno orszak Halvdana w pień wycięto.

– To dobrze.

– I jeszcze jedno, jarlu. Szczeniak Halvdana znikł razem z tym starym mnichem. Ukradli jeden skiff. Gerde widział, jak na Szczecin płynęli – ani chybi do komesa, o bitwie opowiedzieć. Każecie, jarlu...

– Nie. – Thorkill nagle znieruchomiał, a wzrok jego zmętniał, jak zawsze gdy spoglądał w przeznaczenie. – Nie – powtórzył stłumionym głosem. – Nie odnajdziecie ich. Norny wyszyły los tego dziecka mocną nicią. Pisane jest mu wiele zła uczynić i nic tego nie zmieni. To jeden z tych, którzy przygotują świat do Ragnaroku, prawdziwy gracz, a nie taki pies jak ten tutaj. – Trącił stopą umierającego Eivinda. – Drużyna jomsborska się zebrała, tak?

– Tak, jarlu.

– Pójdę tedy do nich, a ty ciśnij to ścierwo do wody.

– Dobić?

– Iii tam.

IV

Eirik syn Halvdana ciężko chorował, kiedy skiff przedzierał się przez fale do Szczecina. Słabe, chorowite ciało pochwyciła wkrótce gorączka i dramatyczna wędrówka do Poznania i pobyt na dworze książęcym zlały się w jedno niewyraźne, lecz bolesne wspomnienie. Nie pamiętał, jak i kiedy dowiedział się o śmierci ojca, umknęło mu to, kto rzucił pomysł wyprawy do Albionu, by tam zgromadzić sojuszników do dalszej walki, umknęło mu gdzieś wspomnienie chwili, gdy zgodził się na chrzest. Mętne i tajemnicze były owe dni.

Te bolesne chwile znikły z jego wspomnień – być może przez to Eryk wyrósł na młodzieńca, który nigdy się nie wahał. Kiedy kilkanaście lat później, już jako konung, Eryk Halvdanson zwany Białym Jastrzębiem, mając u boku biskupa Nordwegu Hieronima gnał na czele swego hirdu w ogarniętym straszliwą wojną Nordwegu, również nie wiedział, co to chwila wahania.

Aż do pewnego wieczoru.

Zapadł już zmrok, kiedy Eryk wraz z przybocznymi zasiadł wokół ogniska w wąskim parowie leśnym.

– Jutro osaczymy oddziały buntowników na północ od Cichych Wzgórz – powiedział Eryk cichym, lecz nawykłym do wydawania rozkazów głosem.

Przyboczni pokiwali zgodnie głowami.

– Z chwilą gdy ten szubrawiec Ringvaldi da głowę, nikt w całym Nordwegu nie ośmieli się już zakpić z Krzyża – warknął Eryk. – Nikt! Niedobitków będziemy palić i wieszać dla postrachu, a tych, co wiarę w Jedynego przyjąć się zdecydują...

Naraz zatrząsł się. Płomienie ogniska, żwawo skaczące wśród suchych szczap, urosły nagle. Wokół śmigały krzyczące cienie, zbrojne w czarne topory, kałuże płonęły na purpurowo, w powietrzu wibrowała nienawiść. A pośród tego chaosu stał on – wysoki, ciemnoooki, patrzący wprost na niego. I uśmiechający się z kpiną.

– W chwili największego zawahania – szepnął – ruszaj zboczem pod górę, ku mgłom i piorunom. Tam sławę znajdziesz.

I zniknął.

– Panie? – zapytał siedzący najbliżej, Islandczyk Floke.

– Co znowu? – otrząsnął się Eryk. – Co u licha... Po...pokonamy ich! – Chciał, by jego głos zabrzmiał twardo, lecz niespodziewanie rozłamał się na pisk. – Rozbijemy tych pogan, spalimy ich świątynie i...

Wśród tańczących na wietrze koron sosen rozległo się szydercze krakanie kruka.

Ostatnia saga

Prolog

– Zwiadowcy wrócili, Wasza Królewska Mość! Mówią, że buntownicy pod lasem stoją! Ich dowódcy ponoć wśród Trollich Skał czekają! – wykrzyknął Vidar Gustavson.

– Dobrze, dobrze... – Brwi Eryka zeszły się na czole. – Wydusimy zarazę. Trzymaj się mego boku, Vidar. Wielka saga ma powstać, pomnisz?

– Já, herra minn!3

– Mjög vel!4 Miejże oczy i uszy szeroko otwarte! – Władca odwrócił się w kierunku swej świty i machnął niecierpliwie. – Thorfinn, rozwiń mój znak! Za mną!

Ziemia zadudniła pod ciężkimi kopytami królewskich przybocznych, a czerwony sztandar z białym ptakiem załopotał na ciepłym wiosennym wietrze. Rumak królewski wysforował przed orszak i niemalże płynął nad zielonymi łąkami Cichych Wzgórz. Pęd szarpał płaszcz Eryka, zdawało się, że młody król szepcze do siebie porwany szaleństwem dzikiego galopu, ale jeśli tak było, łomot kopyt stłumił jego słowa.

Wierzchowiec króla w kilku susach wtargnął na szczyt łagodnego wzniesienia i zniknął po drugiej stronie, a rozhukana świta, nie zwalniając, wdarła się tuż za nim. I już galopowali w dół zbocza. Równe szeregi wojów królewskich wznosiły gromkie okrzyki oraz unosiły topory na ich powitanie.

Orszak, zatrzymany okrzykiem wojewody Thorfinna, wyhamował obok poczwórnego szeregu albiońskich łuczników, a król pogalopował dalej i zatrzymał się przed oddziałami chłopskich toporników. Patrzyli, jak sprawnie wodzi rumakiem i rzuca rozkazy ku nadbiegającym setnikom.

Naraz dłoń króla zamachała w powietrzu.

– Jego Wysokość daje nam znak! – Thorfinn zaśmiał się i przekazał sztandar wojowi po prawej. – Vidar, Floke! Árás!5

Vidar, wojewoda Thorfinn i młody Floke, wojownik z Islandii, zrównali się z królem. Szczupła, zawsze blada twarz Eryka płonęła teraz rumieńcami, a oczy błyszczały uniesieniem. Widzieli go takim tylko raz – dawno temu, kiedy po nocnej tułaczce na brzegach fiordu Nidaros powiódł ich do pierwszego, zwycięskiego szturmu na gród. Długie kruczoczarne włosy wymykały mu się niesfornie spod hełmu, odgarniane niecierpliwymi gestami.

– Mówiłeś, Vidar, że wodzowie buntowników oczekują nas wśród Trollich Skał? – zapytał król, zawracając od razu konia. – Doskonale! A więc pojedziemy im na spotkanie!

– To może być zasadzka, herra minn! – wykrzyknął Thorfinn.

– Oczywiście, że to zasadzka! – Król się zaśmiał. – Za mną! W koń!

Trollimi Skałami miejscowi nazywali krąg dziwacznych, poskręcanych głazów u podnóża Cichych Wzgórz, które wedle legendy miały być trollami skamieniałymi dawno temu pod wpływem promieni słonecznych.

„Któż dzisiaj wierzy, że słońce zabija te bestie – myślał Vidar, gdy krąg omszałych skał ukazał się ich oczom. – A szkoda, że tak nie jest... Mielibyśmy wówczas o wiele mniej pracy...”.

W kręgu rzeczywiście stało kilku jeźdźców, których barczyste sylwetki rosły w oczach. Armię królewską zasłoniły wzgórza, ale Vidar mógł sobie wyobrazić, jak setnicy i wojewodowie biegają wzdłuż szeregów i krzyczą z purpurowymi od wysiłku twarzami. Wydawało mu się, że ziemia ponownie dudni, tym razem pod krokami najeżonego stalą wału, a zza wzgórz wynurza się złowieszczo brzęczący orężem oddział kopijników w kolczych zbrojach.

– Ég heilsa yður6, Ringvaldi! Witaj! – Król z fantazją osadził spoconego konia w miejscu.

– Heill sé yður, Biały Jastrzębiu. – Oczy starego lagmanna lśniły lodem. – Odpowiedziałeś na wezwanie.

– A juści! – Król ściągnął hełm i oparł łokcie na łęku. – Nie mogłem oprzeć się ciekawości, która choć do grzechu prowadzi, to jednak bogaci i ciało, i duszę. Słucham zatem twych słów, sługo jednookiego bałwana!

– Odyn oko swe poświęcił, by mądrość wszystkich światów posiąść – wycedził wódz buntowników. – Od tej chwili moc jego granic nie miała. Z tobą odwrotnie będzie, króliku. Za swe szyderstwa nie tylko oko oddasz...

– Odbierz mi jedno, a sam dwa ci wyłupię – przerwał mu Eryk. – A o swych bożkach nie ględź, bo śmiech mnie grzeszny ogarnia! Nie po tom tu przybył, byś mi o gusłach gadał, starcze!

– Ég veit7. – Ringvaldi uśmiechnął się paskudnie. – Jesteś tu po to, by kruki rozwłóczyły twe flaki po polach. Śmierć ci pisana, Biały Jastrzębiu, ale nim ruszysz do ostatniego boju, wiedz jedno. Zarówno ja, jak i wszyscy woje pod moim sztandarem zgromadzeni uszanowalibyśmy cię jako króla i padlibyśmy przed tobą na kolana. Każdy by ci hołd złożył, młody Eryku, gdyby nie twa zamorska wiara! Ona ci spojrzenie zmąciła, młodzieńcze, i...

– Dzięki owej zamorskiej wierze widzę dziś więcej i wyraźniej! – Eryk pogardliwie wydął wargi. – Widzę zło w człowieku! Widzę nieład wokół mnie! Strach i ciemność widzę! Ech, dość! Łaskę ci czynię, że słucham twoich starczych bredni!

– Ty mi czynisz łaskę, chłystku... – Głos Ringvaldiego pozbawiony był emocji. – Złe słowa ci demony podszeptują, Hvíti fálkinn8. Sczeźniesz dziś. Pisane ci to jest.

– A kto to napisał, Ringvaldi? Przecież nie ta banda durniów, którzy koślawe runy w kamieniu ryją! – Młody król naraz parsknął śmiechem, odrzuciwszy głowę do tyłu.

Ringvaldi Niedźwiedź, przywódca buntowników, nawet nie drgnął. Dalej siedział wyprostowany na grzbiecie gniadego konia, a spojrzenie jego niebieskich, niesamowitych oczu przenikało sylwetkę króla. Chude, żylaste dłonie luźno trzymały wodze, aż prawa uniosła się wolno i przygładziła długą, siwą brodę. Jeden z towarzyszących mu wojów warknął coś z gniewem, pozostali dwaj kurczowo ściskali drzewca toporów.

Powietrze wewnątrz wieńca omszałych skał stężało, a mglista bariera oddzieliła ich od przyjaznego blasku słońca. Starożytne, tysiącletnie kamienie wydawały się rosnąć i przytłaczać ósemkę jeźdźców. Vidar słyszał pośpieszny, gwałtowny łomot własnego serca – największym wysiłkiem woli powstrzymał dłoń pełznącą w kierunku rękojeści miecza.

– Nie rani mnie twój śmiech, młody królu – wyrzekł naraz Ringvaldi. – Śmiej się, ile chcesz, jeno walcz dzielnie aż do śmierci. Wtedy zasłużysz na godne miejsce w Valhalli!

– Nie zawracaj sobie głowy moją śmiercią! – parsknął Eryk. – Nie nęcą mnie wieczne uczty w stodole zaplutego bożka. Ech, Ringvaldi, opamiętaj się! Przecież niegłupiś! Wojów porwać umiesz, kupcy cię szanują, prawo znasz, rody zdania twego słuchają, czemu tedy nowego pojąć nie chcesz? Czemu słusznej wierze się nie pokłonisz?

– Jeno szczeniak ulega szaleństwom – odparł starzec. – Człek stary i mądry musi wiernym sobie pozostać, by po śmierci ludzie nie plwali na jego imię!

– Juści, że stary! – szydził Eryk. – Ale czy mądry? Świat się zmienił, Ringvaldi! Cały świat bożki porzucił i Świętej Trójcy w kamiennych świątyniach się kłania!

– Znam ci ja Albion i Frankię! – Na spękanych ustach starca pojawił się pogardliwy uśmieszek. – Znam, bo całe życie tam na wiking chadzałem. Znam owych ludzi i wiem, co twa wiara z nich zrobiła! Słabi oni, do wojaczki niezdatni, ino umykać i w klasztorach się chronić, pieśni wyć, o zlitowanie błagać! Nie dziwota, że Boga na Krzyżu umiłowali, skoro ten ino karki zginać każe! My wolny lud, Biały Jastrzębiu, wolny a silny!

– Juści, że silny! – wykrzyknął Halvdanson. – Silny kiej niedźwiedź! A widziałeś ty kiedy, jak owego niedźwiedzia, choć silnego jak stu wojów, młody chłopak za pysk prowadzi i rózgą tłucze? Ja jestem takim chłopakiem, Ringvaldi. Za pysk was pochwycę i przed Przenajświętszy Majestat zawlekę, klękać każę!

– Aldrei!9 – Po raz pierwszy stary lagman podniósł głos, a złe ogniki tańczyły w przenikliwym spojrzeniu jego niebieskich oczu. – My nigdy...

– A kto mówi o was, Ringvaldi? – Król wzruszył chudymi ramionami. – Wyście przecie wierni i niezłomni! – Parsknął z kpiną. – To w waszych dzieciach nadzieja, nie w tobie, głupcze. Kiedy durnych ojców przetrzebimy, to może młodzi mądrość okażą...

– Naðran þín!10 Ty gadzie obślizgły! – zasyczał langman. – Przybyłeś do Nordwegu ledwie trzy miesiące temu, chłystku. Prawda, Nidaros zdobyłeś, zwaśnione rody pokonałeś, od potężnego jarla na Hladir hołd otrzymałeś i to ci się chwali, ale we łbie ci się od sukcesów pomieszało! – krzyczał teraz. – Chcesz się legendą stać za życia, tak? Legenda przychodzi po śmierci dla tych, co w męstwie i stateczności wytrwają. Ty zaś ciskasz się jak łosoś, którego fala na brzeg rzuci!

– I ty to mówisz! – Król zaśmiał się. – Ty, co ofiary jednoookiemu capowi składasz! Ty, co bajasz, że te skałki kiedyś trollami były! Ringvaldi, jeszcze kilka lat i o takich jak ty matki nieposłusznym dzieciom na groźbę prawić będą.

– Krwawe były wróżby kapłanów! – Stary wódz drżał z wściekłości. – Sam widziałem czarne wątpia owcy! Wiedzieliśmy, iż ino zamęt ze sobą przywieziesz! Naðran!

– Ja! – wykrzyknął Eryk załamującym się głosem. – Ja zamęt? Ty głupi...

– Pomnij, chłystku – Niedźwiedź naraz zakrzyknął wielkim głosem – że lud nordweski zawsze sam sobie władców wybierał! Dumny jesteś i bitny, temu nie zaprzeczę, ale razi nas ten twój Bóg na Krzyżu! Ścierwo nam on, mamy własnych!

– Cały świat kłania się Chrystusowi – powtórzył Eryk drżącym głosem. – Nic po was nie zostanie, buntownicy! – eksplodował naraz chorą nienawiścią. – Mój hird...

– Łajno twój hird! – zaśmiał się lagman. – Zgraja cudzoziemców to jeno, prawdziwej bitwy niezwyczajna! Więcej ci rzekę: twój przyjaciel wielki, możny jarl Trygve syn Ivara, władca Hladir, co pierwszy hołd ci złożył, gdyś Nidaros zdobył... Kłamstw ci nagadał! Odrwił cię, króliku, bo z nami jarl na Hladir trzyma! Z nami jego drużyny stoją! Masz, czegoś chciał, Biały Jastrząbku!

– Tedy nie ukorzysz się przede mną? Wiary jedynej nie przyjmiesz, Ringvaldi? – spytał głuchym głosem Halvdanson, jakby przybity wieścią o zdradzie jarla Ivarsona.

Drżący z gniewu i niecierpliwości Vidar z zaskoczeniem zauważył, jak głowa Eryka nisko opada na pierś. Żylasta prawica starego lagmana porzuciła szarpanie brody i oparła się na stylisku topora. Cisza zapadła w starym kamiennym kręgu, wiatr świstał na ostrych krawędziach skał, konie prychały, pochylając szyje i skubiąc źdźbła trawy.

Nagle król poderwał głowę, a zwężone oczy zaśmiały się szyderczym tryumfem.

– Takiś stary i mądry! – wykrzyknął, spluwając siarczyście zaskoczonemu Niedźwiedziowi w twarz. – A każdy stary chrzan lubi gadać bez końca! Árás, Thorfinn!W nich!

***

...A w ów czas, a było to na wiosnę po przybyciu Eryka Halvdansona do Nordwegu, wzburzył się lud i powstał przeciw nowemu porządkowi. Nie pojmowali Słowa Bożego ni nowych obowiązków, mięso żarli w piątki jako drzewiej i dalej obiaty starym bogom składać chcieli. Hyr wielki po krainie poszedł, jako to wolny naród Nordwegu obcych bóstw nie chce i rychło najgłośniej krzyczący za topory chwycili.

I wyszli wielgą siłą przy Þögluhæðir – Cichych Wzgórzach, czekali butni na hufce królewskie, by zmiażdżyć one. Ringvaldi zwany Niedźwiedziem im przewodził, człek majętny, mądry a nieulękły, ongiś wiking szczęśliwy, nynie kapłan i wódz sławny. Chociaż stary wiekiem, nadal w boju każdemu sprostać potrafił i rody go największe popierały. Ci, co go znali, prawili, że kiej żmij zdradliwy i niby lisica sprytny. Tedy umyślił sobie Halvdanson go przechytrzyć.

Ringvaldi pierwszy króla na rozmowy wezwał. Zjechali się samoczwart podle Trollich Skał i nuże bluzgać klątwami a lżyć jeden drugiego. Nie była to rozmowa godna mężów, ale wnet okazało się, że Biały Jastrząb umyślnie obelgami w twarz starego jarla ciska, by gniew jego wyzwolić i czujność zmylić. Już gniew Ringvaldiego pochwycił, a przyboczni za topory chwytali, kiedy naraz poddał się młody król, głowę zwiesił i tak czekał, upokorzony. Już myślał Ringvaldi, że nosa młodzianowi utarł, gdy król śmiać się począł. Wiedział bowiem, że wygrał. Gdy on Ringvaldiego kłótnią zajmował, hufce królewskie już nadchodziły.

Znienacka Biały Jastrząb wyrwał miecz i ugodził oniemiałego Ringvaldiego w szyję. Walka straszliwa w kręgu kamieni rozgorzała, a zastępy buntowników niegotowe stały, czekając na powrót swego przywódcy i przybycie Trygvego syna Ivara. Jarl na Hladir jednakowoż na oczy przejrzał i w ostatniej chwili buntowników opuścił, czym ducha w nich osłabił. Tymczasem nadeszły królewskie hufce i na buntowników uderzyły. Ci, co ni przywódcy, ni posiłków nie mieli, nie zdzierżyli i rychło ustępować poczęli, a potem do ucieczki się rzucili. Wielką klęskę ponieśli tego dnia przeciw Bogu i królowi krzyczący. Mnodzy martwi zalegli, mnodzy lasami pomknęli, wielu też jeńców król w pęta wiązać kazał. Mówili, że pono wśród jeńców nie tylko ludzie byli, ale i straszliwe, czarami Odyna zrodzone wilkołaki lubo trolle ohydne o szarej skórze.

I pojechał Biały Jastrząb na czele armii swej zwycięskiej ku Nidaros na cześć zwycięstwa godować. Przybywały potem możne rody z darami, o zmiłowanie królewskie prosiły, a król kary kładł i chrzcić się kazał. Wielce możny stał się Biały Jastrząb, odkąd pokazał, że nie ma w całym Nordwegu siły, co by go z tronu zrzucić mogła. Ze strachem odtąd mówili o nim ci, co sumienie mieli nieczyste.

Ku sławie ukochanego króla mego, Eryka Halvdansona zwanego Białym Jastrzębiem i ku czci Boga Jedynego, któremu służy najwierniej, słowa te spisuję, ja, Vidar Gustavson z Islandii.

Rozdział 1

Psie Ucho naciągnął mocniej futrzaną czapę i rozejrzał się uważnie przed przestąpieniem progu. Nie miał ochoty na pogardliwego kopniaka, o co ostatnio było zbyt łatwo na podwórcu zamkowym. Odetchnął z ulgą – poza grupką niewolnych, zajadających chleb na stercie bali do wywózki, na dziedzińcu nie było nikogo. Stary sługa domknął drzwi i z głową wciśniętą w chude ramiona ruszył w stronę bramy, szczelnie okryty starym, wyliniałym kożuchem.

Jesienna słota rozmiękczyła udeptaną ziemię podwórca, a koła wyładowanych wozów wyryły głębokie bruzdy, wypełnione teraz deszczówką. Cuchnące błoto zapadało się pod chodakami, kiedy sługa przestępował nad kamieniami, belkami i zapominanymi narzędziami.

Na jego starej, pomarszczonej twarzy malowało się zniechęcenie.

Nie podnosił głowy – nie chciał patrzeć na ostatnie chwile starego dworu królewskiego w Nidaros, na którym spędził całe życie. Sędziwe halle, do tej pory rozbrzmiewające zuchwałym śmiechem, powoli umierały. Nieznajome dłonie rozbierały stare ściany i z lekceważeniem zrzucały na kupę wiszące na nich miecze i topory, zdobyczne, kiedyś dumne, dziś mało warte.

Jeszcze nie tak dawno, gdy nad morzem szalał sztorm, a wichura uderzała o ściany dworzyszcza, Psie Ucho mógłby przysiąc, że każdy miecz cichutko nucił pieśń o wojowniku, który niegdyś go trzymał. Skrzaty z cichym postukiwaniem budowały mroczne tunele pod polepą, a w księżycowe noce w trzasku płomieni paleniska można było usłyszeć wycie wilka. Te chwile minęły. Ciepłe drewno oparć wielkich krzeseł, rzeźbionych w smoki i węże morskie, już zgasło. Wspomnieniem była cisza spiżarni, gdzie toczył niekończące się wojny ze szczurami.

Wystarczył jeden gniewny grymas na bladej twarzy nowego króla, by przypieczętować los starego dworzyszcza. Stary, schorowany Psie Ucho widział już wielu konungów na tronie Nidaros. Widział dumnych ojców i ich gwałtownych synów, widział wojowników i morskich rozbójników, dumnych jarlów i drwiących renegatów, okrutników, hulaków, durniów, toczących pianę z ust berserków, szaleńców porwanych w dzieciństwie przez elfy i przybłędów z przyszywanym rodowodem. Przyzwyczaił się do wrzasków, burd i zemst, lecz nie bał się ich. Nie lękał się też nowych władców, nawet tych, za którymi szła najgorsza sława.

Psie Ucho bynajmniej nie był dzielnym mężem o nieulękłym sercu. Długie, wypełnione wytężoną pracą życie nauczyło go, że nie ma różnicy między panowaniem złego władcy a okresem złej pogody. I jedno i drugie mijało, zwłaszcza tu, na Północy, gdzie krew w żyłach jest równie niespokojna jak niebo. Stary sługa przyzwyczaił się też do myśli, że sam stanowi nieodłączny element dworzyszcza – Nidaros nie mogłoby się obejść bez Psiego Ucha w równym stopniu, co bez ław pod ścianami. Psie Ucho znał bowiem pismo i obce języki, którymi mówiono w innych krajach, dlatego każdy z kolejnych konungów umiał docenić jego wartość.

Każdy do tej pory...

Rządy poprzedniego władcy, Hralfa Ognistego Języka, zakończyły się pewnej bezksiężycowej nocy, kiedy to mgłę wokół miasta rozerwały postacie wrzeszczących wojów z pochodniami, a za wały Nidaros spadł deszcz ognistych strzał. Psie Ucho nie dzielił przerażenia z resztą niewolnych, kiedy zaskoczona, wyrwana ze snu drużyna konunga z rozpaczą stawiła czoła niespodziewanym napastnikom. On poczuł strach dopiero, gdy inni odetchnęli z ulgą – gdy zagasły ostatnie pożary i ujrzał twarz zwycięskiego hovdinga napastników.

Zwali go Erykiem synem Halvdana, a pochlebcy Hvíti fálkinn, Białym Jastrzębiem. Kilka dni po przejęciu rządów pojawiła się opowieść, iż Halvdan, ojciec Eryka, zasiadał niegdyś na tronie Nidaros, lecz jego rządy zakończył najazd zawistnych krewnych. Halvdan uszedł dzięki garstce wiernych wojów i zabrał ze sobą syna, ale stracił życie w dalekim świecie, próbując odnaleźć sojuszników do wyprawy odwetowej. Młody Eryk ponoć pozostał w Albionie i po śmierci ojca podjął walkę o odzyskanie ojcowizny. Walkę, jak ujrzał Psie Ucho, zakończoną sukcesem.

Pamiętał dobrze ojca nowego władcy, pamiętał też noc, kiedy ten musiał uchodzić z Nidaros. Mógł zatem poprzysiąc na wszystko co święte, że w postaci młodego króla kryło się coś, czego u starego Halvdana na pewno nie widział. Stary sługa dygotał ze strachu.

Wiecznie zmrużone oczy młodego Eryka błyszczały bowiem bezwzględnością, a zaciśnięte mocno usta znamionowały upór na pograniczu szaleństwa. W jego szczupłej, cichej sylwetce, dziwne małej na wielkim tronie królewskim, kryło się więcej grozy aniżeli w którymkolwiek z barczystych, rozwrzeszczanych konungów, którzy go poprzedzali. Na dworzyszczu Nidaros zapadła niespodziewanie cisza i brak było zuchwałych, którzy ośmielali się ją łamać.

Szeptano z lękiem o niecierpliwości nowego władcy – pozorny spokój Eryka pękał z trzaskiem niczym suchy patyk, a jego gniew wyzwalał się z mocą ognia. Niespokojny konung miotał się z orszakiem rozhukanych koni po Nidaros i okolicznych okręgach lub pływał na swym okręcie wzdłuż wybrzeży, nocami zaś siadał przy świecy i czuwał samotnie.

Psie Ucho śledził okno jego komnaty z coraz większym niepokojem, ale nowy władca nie zauważył go zupełnie, a mianowany przez niego zarządca dworu jednym machnięciem dłoni przeznaczył starego do pomocy w kuchni. Nikt już nie słuchał Psiego Ucha, kopano go i lżono, a jego słabe ramiona z coraz większym trudem dawały radę nowym obowiązkom. Krótkie chwile przed czarnym, zmęczonym snem spędzał na marzeniach o powrocie dawnych jarlów, o ścianach halli, rozbrzmiewających hukiem pijatyk, o brzęku mieczy i o ucztach ku czci bogów.

Świt nie przynosił nic oprócz oszołomienia, zimna i zmęczenia. Kości dawnych jarlów leżały już w kurhanach, a bogowie byli daleko – nikt nie słuchał starego sługi. Nikt. Aż pewnego wieczoru Psie Ucho zrozumiał, o czym myśli król podczas długich nocy przy samotnej świeczce.

Niespodziewanie Eryk zaatakował Nidaros po raz drugi.

Najpierw pojawiło się kilku ludzi zza morza, których Eryk, wbrew swym zwyczajom, podjął wystawną ucztą. Przybysze chodzili po dworze z dumnymi minami, rozprawiali z królem w obcej, choć bliskiej nordweskiej mowie, rozkładali przed nim jakieś pergaminy. Następnego dnia królewscy woje zapędzili dziesiątki jeńców z bitwy pod Cichymi Wzgórzami do pracy – padła w pył drewniana palisada, wieżyce, brama, a w końcu i dworzyszcze. Potem pojawiły się wyładowane kamieniami wozy, a obcy poczęli rozdrabniać jakąś breję.

Psie Ucho zrozumiał, że wie, co będzie dalej, a wtedy coś w nim umarło. Garbił się coraz bardziej, starając się nie słyszeć odgłosów budowy ani nie widzieć rosnących kamiennych baszt i murów. Gładził przelotnie stare ławy, przyklękał przy wygasłym palenisku, z mgłą w oczach patrzył na wiszącą na ścianach broń. Nie słyszał już wycia wilków ani brzęczącej pieśni o poległych wojownikach. Dworzyszcze milczało, żegnając się ze starym sługą.

On też milczał. Bo i tak nikt go nie słuchał.

Teraz otaczały go nie tylko zimne serca, ale i zimne kamienie.

Potem pojawiły się zimne zwyczaje. Dawni konungowie nierzadko przywozili z wypraw niewolników – widywał już kobiety o ciemnej skórze, milczących Samów, którzy parali się czarną magią, kapłanów zamorskiej wiary. Ci ostatni intrygowali go najbardziej. Ukryty w cieniu jarlowskiego tronu patrzył, jak mężnie znoszą obelgi hirdu. Teraz było inaczej: kapłani Boga na Krzyżu chodzili wyprostowani, rozmawiali z królem i wydawali polecenia. Jeden z kuchcików podpatrzył raz, jak najgrubszy z nowych, którego zwano Hieronimem, nakazał całemu hirdowi trzy razy zanurzyć się w wodzie i czynił magiczne gesty nad ich głowami, mówiąc inkantacje w nieznanej mowie.

Nazajutrz w ślad za wojami zapędzono do wody całą służbę.

– Hej, ty! – ryknął ktoś na podwórcu. – Psi chwoście jeden! Bywaj no tu chyżo!

Stary sługa przyśpieszył kroku, ściskając ukryty pod szatą mały wisiorek w kształcie młota Thora.

***

Krzyk rozległ się znowu, a jego echo przez moment tłukło się po ciemnych krużgankach zamku jak oszalały nietoperz. Vidar Gustavson poczuł dreszcze. Podniósł głowę i przetarł zmęczone oczy. Nie wiedział, co działo się w podziemiach zamkowych, ale też nie chciał tego wiedzieć.

Skald odłożył pióro i zamarł na krześle. Naraz wychwycił nowy dźwięk – na korytarzu niosły się szybkie, zdecydowane kroki człowieka, który dobrze wie, dokąd zmierza. Wiedział, że przybysz idzie do niego, bo oprócz Vidara nikt inny w tej diabelskiej wieży nie mieszkał. Początkowo skald poczytywał sobie za zaszczyt możliwość samotnego życia, bo wielu królewskich przybocznych musiało spać po kilku w jednej komnacie. Dopiero później odkrył, że właśnie tutaj najlepiej słychać było jęki z podziemi. Nic dziwnego, że mieszkańcy dworu ochrzcili ją mianem: Wieżyca Koszmarów.

Zawiasy skrzypnęły i na progu pojawiła się wysoka postać z kagankiem w ręku. Kałamarz z drogocennym atramentem zakołysał się niebezpiecznie, kiedy zaskoczony skald skoczył na równe nogi i potrącił stół.

– Herra minn... – powiedział, chwytając pergaminy.

– Wybaczcie mi najście, skaldzie – odezwał się przybysz. – Nie przeszkadzam?

– Nei... Nie, skądże... – Vidar rozejrzał się gwałtownie i dostrzegł zasłany papierami zydel. – Taki tu nieład... Nigdy bym się nie spodziewał... Spocznijcie, panie...

– Chętnie. – Przybyły ostrożnie postawił swój kaganek na stole i usiadł. – Sądziłem, że o tej porze w łożu was zastanę, a wy, widzę, pracujecie w nocy jako i za dnia.

– Sen nie chciał nadejść i myślałem, że pergaminy mnie znużą – wytłumaczył skald.

– Pracujcie, Vidarze, kiedy ochota was najdzie. – W świetle kaganka niebieskie oczy króla iskrzyły się niesamowicie. – Nie popędzam, a tylko napominam, że masz stworzyć największą sagę naszych czasów.

– Wszelkich starań dołożę, Wasza Królewska Mość – żarliwie zapewnił Vidar. Nie mógł oderwać wzroku od fascynującej twarzy króla. Płomienie rzucały widmowe cienie i skaldowi wydało się, że oblicze Eryka zmienia się i kołysze niczym odbicie w wodzie. Czarne, gniewnie spiętrzone loki zafalowały, kiedy król nagle się schylił i podniósł jeden z pergaminów strącony przez podrywającego się Vidara.

– „Saga o Eryku Halvdansonie, Białym Jastrzębiem zwanym, królu Nordwegu, który oczarował lud Północy naukami Boga na Krzyżu” – przeczytał i zamyślił się. – Zwykłe zdane, a tyle obiecuje. Jeno słowo „oczarował” radzę wykreślić, skaldzie. – Władca skrzywił się nieoczekiwanie. – Magia to szczyny w zupie, Vidarze. Nie po to chcę Odynowi drugie oko wyłupić, byś ty sagę o mych bojach zaczynał od zatrutych słów.

– Myślałem...

– To dobrze – przerwał mu król. – Myśl, Vidarze. Pisz z rozwagą. Zastanawiaj się nad każdym słowem. Jak jeden zdrajca może zepsuć cały wysiłek wojenny, tak nieopatrznie użyte słowo zniszczy najpiękniejsze zdanie.

– Jako każecie – skłonił się Vidar, tłumiąc niespodziewane ziewnięcie.

– A właściwie dlaczego nie możecie spać, Vidarze? – Oczy króla zwęziły się nieco.

– W sumie... nie wiem... – zawahał się skald. Bez przyczyny serce zaczęło mu bić szybciej, a dłonie ostygły.

– A krzyki z podziemi nie przeszkadzają?

Skald pokiwał głową. Słowa uwięzły mu w gardle.

– Ha! – Król zaśmiał się cicho. – Trudno. Przywykniecie. Nie moja to wola, a biskupa Hieronima. On to w mądrości swojej nakazał pokazać światło Wiary Jedynej wszystkim tym nędznym istotom, które pojmaliśmy pod Cichymi Wzgórzami. A że opornie nauki Chrystusa przyjmują, to przecież nie nasza wina.

– Ale przecież... – Vidar odzyskał głos. – Ale czy się godzi...

– Co się godzi? – Eryk Halvdanson zmarszczył brwi. – Pogodzić z Bogiem te kreatury? To nasz obowiązek, skaldzie! Skoro niesiemy Słowo, to dlaczego nie skropić wodą święconą łbów tych, co sługami samego diabła są? Zobaczymy się jutro o świcie na mszy, skaldzie. Nie pracuj zbyt długo! Góða nótt!11 – Silne ramię uderzyło w drzwi, te zatrzasnęły się z hukiem, a podmuch zgasił oba kaganki.

Słynny islandzki skald Vidar Gustavson siedział przez długą chwilę w całkowitych ciemnościach, starając się ukoić nerwy. Kiedy już doszedł do siebie, drżącą ręką rozpalił kaganek na nowo i zabrał się do pisania. Pracował jak opętany, nie pozwalając sobie ani na sekundę przerwy. Kiedy za oknami zaczął różowić się świt, narzucił na siebie skórzaną kurtę i pobiegł na mszę do zamkowej kapliczki.

Mnisi biskupa Hieronima również poszli na mszę. Na niecałą godzinę wrzaski nawracanych torturami trolli umilkły.

***

– Wielem widział, ale takiego dziwaka to ani chybi po raz pierwszy... – stęknął Thorstein.

– Małoś widział, nie od dziś ci gadam – wymruczał Rodon, zapinając szczelniej kożuch. – Ale dziwak nad dziwaki, przyznam. Nielękliwy, nawet kija z sobą nie brał.

– Juści! Dorwie go ryś abo nix...

– Eee tam! – Rodon machnął sękatą dłonią. – Takich jak on licho nie bierze.

– Jakże to, jarlu ?

– No zwyczajnie. Nie bierze.

Obaj stali przed szerokimi wrotami osady Blaakysten i śledzili postać w kusej, burej szacie, beztrosko maszerującą z tobołkiem na plecach po kamienistej ścieżce. Jeszcze trochę i zniknie wśród świerków na zboczach doliny. Potem pojawi się na chwilę, gdy znajdzie się na wąziutkiej skalnej półce nad koronami najwyższych drzew, i niebawem przekroczy granice ziem, które przed wieloma laty Rodon zwany Trollem uznał za swoje.

Za ich plecami beczały owce wypędzane przez starego Sildiego na pastwisko.

– Chwat ci, no. Ani kraju nie zna, ani mowy ludzkiej, a samojeden w puszczę lezie – mruknął jeszcze raz Thorstein. – Jak on się zwał, jarlu?

– Fabio czy jakoś tak – padła odpowiedź. – Chyba. Nic żem z jego gadaniny nie zrozumiał!

– Ale siebie pokazywał i cięgiem ono słowo powtarzał! Fabio to na pewno imię!

– I „Nidaros” mówił, śmiesznie jakoś tak, z cudzoziemska. Do króla pewnie lezie.

– Juści. Pełno nynie takich przy dworze.

– Uwierzyć nie mogę, że i do nas, do Nordwegu przyleźli.

– Eee tam. Mówią, że wszędzie już siedzą! W Albionie i u Rusów... Nasz kraj ostatni.

– Kto wie...

– A mnie tam wcale się do nich nie śpieszy! Nasi bogowie lepsi. – Thorstein splunął.

– Może i lepsi...

Patrzyli w milczeniu na wędrowca i przypominali sobie wczorajszy wieczór. Wracali z łowów na dzika, kiedy naraz psy obskoczyły jakiegoś samotnego piechura na ścieżce na Hjornugavag. Thorstein doskoczył, by obcego okrzyknąć, ale zaniemówił zaskoczony. Obcy bowiem, miast umykać przed rozjuszonymi bestiami, śmiał się głośno i pogłaskać je próbował. Bardziej opanowany Rodon rozgonił psy i już chciał ofuknąć szaleńca, kiedy nagle uświadomił sobie, iż jest to młody chłopiec, dziecko nieledwie. Miał nieco ciemniejszą skórę od miejscowych, duże, brązowe oczy i wygoloną głowę, a nosił brunatną szatę. Prócz żelaznego krzyżyka na szyi i tobołka na plecach nie miał żadnego dobytku.

Obcy uśmiechnął się szeroko i wyciągnął dłoń do Rodona, mówiąc coś szybko w nieznanym, melodyjnym języku. Nie było wątpliwości, że obaj mężczyźni mają przed sobą cudzoziemskiego mnicha, przedstawiciela owego Boga na Krzyżu, o którym tyle ostatnio mówiono. Zbliżał się jednak wieczór i Rodon po chwili zastanowienia postanowił udzielić obcemu schronienia. Nigdy by się nie przyznał do tego przed swymi druhami, ale ujęła go czysta radość w oczach chłopca. Ha, ha, ale by się ze śmiechu pokładali! Rodon Troll, Ogień Castlebury, pogromca berserków, słynny jarl i hovding, mięknie na widok dzieciaka! Burknął więc coś o tym, że nocą w Nordwegu nawet w zbrojnej kupie podróżować strach i skinął na młodzieńca, by ruszył za nimi. Ten, nie zważając na kpiny myśliwych, chętnie przyjął zaproszenie i z ochotą podążył na noc do osady.

– Aleśmy się pośmiali przy jedzeniu, nie, jarlu?

– Ha, gadał i gadał, a takie cudaczne miny robił, że mało kałdun mi się ze śmiechu nie rozpęknął. Tylko mógłby tym krzyżem tyle nie machać. Jakieś gusła pewno czynił.

– Nikomu krzywdy nie zrobił.

– Sigthorn gada, co mu się w kiszkach przewraca. Może to urok jaki?

– Sigthorn żre kiej wieprz przy korycie, nie dziw, że na kałdun narzeka. Patrz, już go nie widać. Dobra, napijmy się piwa, Thorstein.

Rybie błony w oknach halli niewiele wpuszczały światła, a ognia w dzień nie palili – siedzieli zatem w półmroku i popijali, ocierając wąsiska. Broń zawieszona na ścianach połyskiwała tajemniczo. Na zewnątrz słychać było kobietę, nawołującą ze złością dzieci, szczekały psy, skrzypiały zamykane wrota obórki, ktoś ubijał śmietanę. W Blaakysten rozpoczynał się zwykły dzień. Rodon westchnął, wpatrzony w ciemną powałę halli, Thorstein spojrzał nań uważnie.

– Pomnicie, jarlu, jakeśmy brali gwałtem kościoły w Albionie ?

– Ano pomnę.

– Nie było tam takich świątków jak ten no, na psa urok, Fabio...

– Byli, Thorstein, byli. Małoś widział. Raz w Northumbrii jeden stary kapłan ludziska z wioski w kościele chował i samojeden wejścia strzegł. Bez broni.

– I ubili go?

– , juści, że ubili.

– Dureń był, to go ubili.

– Odwagę miał, Thorstein. Samojeden bez broni stanął przeciwko całej kupie naszych.

– To męstwo ma być? Gdyby za żelazo jakieś porwał i na naszych uderzył, to insza sprawa.

– A ty byś co uczynił?

– Nogi za pas bym wziął – przyznał po chwili Thorstein. – Furda mi kościół. Co innego, gdyby to mój dom był...

– Widzisz... – Rodon zadumał się i pociągnął potężny łyk. – Gdyby to twój dom był, dałbyś się zasiec. A wyobraź sobie, że dla nich taki kościół to jeszcze ważniejsze od domu.

– Já, sannur12. W to uwierzę – przytaknął Thorstein poważnie. – Przecież tam złota co niemiara...

– To nie dlatego. Boga chcą swego bronić.

– Co to za bóg, którego chronić trzeba? Nam Thor odwagę daje i siłę! A tamtych bronić trza? Jak dzieci małe? Co to za bóg i po co on komu?

– Cały świat służy Bogu na Krzyżu, tedy i na nas pewnie kolej.

– Dziwnie gadacie, jarlu! – Thorstein patrzył na swego wodza z podejrzliwością. – Zaliby was czary tego Fabia omotały?

– Gdzie tam czary! Przecie to dobry dzieciak. Odważny.

– I co z tego, że odważny? – Głos Thorsteina był pełen goryczy. – Świat na łbie staje, a wy miękniecie, jarlu! Ringvaldi Niedźwiedź poległ, stronnicy jego pod Cichymi Wzgórzami rozpędzeni, nie ma kto królowi w pysk napluć! Inaczej żeście gadali, jak Ringvaldi ludzi zbierał!

– Zawrzyj mordę! – ryknął Rodon i uderzył pięścią w stół.

Zapadła cisza. Thorstein sapnął i ze stuknięciem odstawił pusty kubek, a Rodon zamilkł po nieoczekiwanym wybuchu i tarmosił wściekle brodę. Naraz obaj zrozumieli, iż wizyta wesołego Fabia przyniosła za sobą o wiele więcej ponad garść wspominek, i nieświadomie zapragnęli, żeby ona nigdy nie miała miejsca.

– To nie takie proste, Thorstein! – prychnął jarl, zaciskając ogromne pięści. – Jeździłeś na wiking, wiesz, jaki mały jest Nordweg, a jaki wielki jest świat!

– Wiem, abo co? – burknął zły Thorstein.

– Cały świat ino Boga na Krzyżu wielbi!

– A niech sobie wielbią, a nas w pokoju ostawią!

– Za późno... Trza by wnet do Nidaros pojechać i hołd konungowi złożyć. Okrutnik to pono. Szczęście, że nie ma do nas urazy. Nie zdążyliśmy pod Ciche Wzgórza, nie walczyliśmy w bitwie...

– Szczęście, jarlu? Może lepiej byłoby ruszyć za Ringvaldim i życie w walce postradać? Nynie bylibyśmy martwi w Valhalli albo żywi na Islandii, wśród innych uciekinierów, i Biały Jastrząb mógłby nas cmoknąć! A teraz? Zaleje nas ta nowa wiara, a za topór chwycić już nie ma komu, bo nowy król silny i wygubił wrogów!

– Nie przyszło ci do tej głupiej łepetyny, Thorstein, że to może Nordweg się myli?

– Hvað?13

– Skoro cały świat w Boga na Krzyżu wierzy... Musi on być z bogów najmędrszy i najpotężniejszy.

– Dziwnie gadacie, jarlu.

– Może i dziwnie. Dość już pytlowania, baby my czy co? Szykuj łódź, na foki popłyniem.

Redakcja: Dorota Pacyńska

Korekta: Ilona Siwak

Ilustracje i projekt okładki: Piotr Arendzikowski

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-372 Warszawa, ul. Foksal 17

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-2370-3

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.
i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.