Trylogia czasu. Zieleń szmaragdu - Kerstin Gier

Trylogia czasu. Zieleń szmaragdu

0,0

Wielki finał Trylogii Czasu!

Gwen i Gideon muszą po raz kolejny połączyć siły, żeby przeciwstawić się złowrogiemu hrabiemu de Saint Germain, który chce wykorzystać ich dar do własnych celów. W niebezpiecznej grze wydarzenia z przeszłości splatają się z teraźniejszością, zasadzki czyhają na każdym kroku (i w każdym czasie), a na jaw wychodzą kolejne tajemnice… Gwen musi zmierzyć się ze wszystkimi przeciwnościami i jeszcze raz zawalczyć o prawdę i miłość, a także ocalić życie swoje i bliskich.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Strona tytułowa

Spis treści

Prolog
1.
2.
3.
4.
5.
6.
7.
8.
9.
10.
11.
12.
13.
14.
15.
Epilog
Podziękowania
Spis najważniejszych osób

Tytuł oryginału: Smaragdgrün

Copyright © 2010 by Arena Verlag GmbH, Würzburg, Germany www.arena-verlag.de

Cover illustration by Eva Schöffmann-Davidov © Arena Verlag GmbH, Würzburg

Copyright © 2018 for the Polish translation by Media Rodzina Sp. z o.o.
All rights reserved

Opracowanie polskiej wersji okładki
Andrzej Komendziński

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

W powieści wykorzystano fragmenty:
Emily Dickinson, Wiersze zebrane, w tłum. Stanisława Barańczaka
William Shakespeare, Romeo i Julia, w tłum. Stanisława Barańczaka
Lew Tołstoj, Anna Karenina, w tłum. Kazimiery Iłłakowiczówny
William Shakespeare, Juliusz Cezar, w tłum. Stanisława Barańczaka

ISBN 978-83-8008-435-3

Media Rodzina Sp. z o.o.
ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań
tel. 61 827 08 60
mediarodzina@mediarodzina.pl
www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer firmy Elibri.

Dla wszystkich dziewczyn na tym świecie, które mają serce z marcepanu (i naprawdę chodzi mi o wszystkie dziewczyny. Bo uczucia są te same, czy ma się 14, czy 41 lat).

Hope is the thing with feathers
That perches in the soul
And sings the tune without words
And never stops at all

„Nadzieja” jest tym upierzonym
Stworzeniem na gałązce
Duszy – co śpiewa melodie
Bez słów i niemilknące – 

Emily Dickinson
(przeł. Stanisław Barańczak)

Prolog

Belgravia, Londyn
3 lipca 1912 roku

 

– Będzie paskudna blizna – oznajmił lekarz, opatrując Paulowi ranę.

Paul uśmiechnął się krzywo.

– Tak czy owak, lepsze to niż amputacja, którą prorokowała panna Panikara.

– Bardzo śmieszne – prychnęła Lucy. – Nie jestem panikarą, a ty… panie Głupku Lekkomyślny, nie rób sobie żartów! Dobrze wiesz, jak szybko takie rany mogą ulec zakażeniu, a wtedy trzeba by się cieszyć, że człowiek w ogóle przeżył w tych czasach: zero antybiotyków, a wszyscy lekarze to partacze i ignoranci!

– Och, wielkie dzięki – mruknął lekarz, smarując świeżo zszytą ranę brązowawą maścią.

Okropnie piekło i Paul z trudem powstrzymał się od grymasu. Miał tylko nadzieję, że nie poplami eleganckiego szezlongu lady Tilney.

– To nie pana wina – powiedziała Lucy i Paul zauważył, że bardzo się starała być nieco milsza, a nawet zmusiła się do uśmiechu. To był dość ponury uśmiech, ale liczyły się chęci. – Jestem przekonany, że zrobi pan to jak najlepiej – dodała.

– Doktor Harrison jest najlepszy – zapewniła lady Tilney.

– I jedyny… – mruknął Paul.

Nagle poczuł się niewiarygodnie zmęczony. W tym słodkawym płynie, którym napoił go lekarz, musiał być jakiś środek nasenny.

– Przede wszystkim najbardziej dyskretny – uzupełnił doktor Harrison. Ramię Paula zniknęło pod śnieżnobiałym opatrunkiem. – I szczerze mówiąc, nie bardzo potrafię sobie wyobrazić, by za osiemdziesiąt lat rany kłute i cięte opatrywało się inaczej, niż ja to zrobiłem.

Lucy wzięła głęboki wdech i Paul już się domyślał, co teraz nastąpi.

Kosmyk włosów wysunął jej się z upiętej wysoko fryzury, więc z bojową miną odgarnęła go za ucho.

– Hm, z grubsza rzecz biorąc, może i tak, ale jeśli bakterie… to są takie jednokomórkowe organizmy, które…

– Och, daj spokój, Lucy! – wszedł jej w słowo Paul. – Doktor Harrison doskonale wie, co to są bakterie!

Rana wciąż jeszcze straszliwie piekła, a jednocześnie czuł się tak wyczerpany, że najchętniej by się zdrzemnął. Ale to by jeszcze bardziej zdenerwowało Lucy. Choć jej błękitne oczy sypały gniewne iskry, Paul wiedział, że za gniewem kryje się troska i – co gorsza – strach. Ze względu na nią nie mógł dopuścić do tego, by zauważyła jego złe samopoczucie czy obawy. Spokojnie mówił więc dalej:

– Przecież to nie jest średniowiecze, tylko dwudziesty wiek, stulecie przełomowych odkryć. EKG nie jest już taką sensacją, od kilku lat lekarze znają także bakterie kiły i potrafią z nimi walczyć.

– No proszę, ktoś tu pilnie uważał na nauce misteriów. – Teraz Lucy wyglądała tak, jakby miała za chwilę wybuchnąć. – Twoje szczęście!

– A w zeszłym roku niejaka Maria Curie otrzymała Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii – dorzucił doktor Harrison.

– Zaraz, a co ona takiego wynalazła? Bombę atomową?

– Czasami jesteś przerażająco słabo wyedukowana. Maria Curie odkryła promie…

– Och, zamknij się! – Lucy skrzyżowała ręce na piersi, patrząc gniewnie na Paula. Nawet nie zauważyła karcącego spojrzenia lady Tilney. – Chwilowo daruj sobie te swoje wykłady! Mogłeś! Już! Przecież! Nie! Żyć! Czy możesz mi łaskawie zdradzić, jak bez ciebie miałabym zapobiec katastrofie? – Nagle głos jej się załamał. – Jak miałabym dalej bez ciebie żyć?

– Przykro mi, księżniczko…

Nie miała pojęcia, jak bardzo było mu przykro.

– Phi! – prychnęła Lucy. – Daruj sobie tę żałosną minę zbitego psa!

– Zastanawianie się nad tym, co by było gdyby, to czysta strata czasu, moje dziecko – odezwała się lady Tilney, potrząsając głową. Pomogła doktorowi Harrisonowi schować narzędzia do torby lekarskiej. – Wszystko dobrze się skończyło. Paul miał szczęście w nieszczęściu.

– Ale to, że mogło być jeszcze gorzej, wcale nie znaczy, że wszystko dobrze się skończyło! – krzyknęła Lucy. – Nic się dobrze nie skończyło, zupełnie nic! – Jej oczy napełniły się łzami, a Paulowi na ten widok nieomal pękło serce. – Jesteśmy tu od trzech miesięcy i nie udało nam się zrealizować niczego, co zaplanowaliśmy, wręcz przeciwnie: tylko pogorszyliśmy sprawę. Wreszcie mieliśmy w rękach te cholerne papiery i Paul tak po prostu je oddał!

– Może odrobinę się pospieszyłem. – Głowa Paula opadła na poduszkę. – W tamtej chwili wydawało mi się, że postępuję słusznie. – A to dlatego, że właśnie w tamtej chwili poczuł, że śmierć jest cholernie blisko. Mało brakowało, a ostrze szpady lorda Alastaira dopełniłoby dzieła. Tego jednak w żadnym razie nie mógł powiedzieć Lucy. – Jeśli Gideon stanie po naszej stronie, będziemy mieli jeszcze jakąś szansę. Gdy tylko przeczyta te papiery, zrozumie, o co nam chodzi.

Miał taką nadzieję.

– Sami dokładnie nie wiemy, co w nich jest. Może są tam zaszyfrowane wiadomości albo… och, przecież ty nawet nie wiesz, co w ogóle dałeś Gideonowi – powiedziała Lucy. – Lord Alastair mógł ci wcisnąć różne rzeczy: stare rachunki, listy miłosne, puste kartki.

Paulowi ta myśl przyszła do głowy już dawno, ale co się stało, to się nie odstanie.

– Czasami trzeba trochę zaufać losowi – mruknął, życząc sobie, by te słowa dotyczyły też jego.

Jeszcze bardziej niż podejrzenie, że być może przekazał Gideonowi bezwartościowe papierzyska, dręczyła go myśl, że chłopak mógł pójść z nimi prosto do hrabiego de Saint Germain. To by znaczyło, że Paul wypuścił z ręki jedyny atut. Gideon jednak wyznał, że kocha Gwendolyn, a sposób, w jaki to uczynił, był w pewnym sensie… przekonujący.

„On mi to obiecał” – chciał powiedzieć Paul, ale wydobył z siebie jedynie bezgłośny szept. A poza tym to i tak byłoby kłamstwo. Przecież w ogóle nie usłyszał odpowiedzi Gideona.

– Współpraca z Sojuszem Florenckim to był głupi pomysł – dobiegł go głos Lucy.

Oczy mu się zamknęły. Nie wiedział, co zaaplikował mu doktor Harrison, ale działało błyskawicznie.

– Tak, wiem – mówiła dalej Lucy. – To był mój głupi pomysł. Powinniśmy byli wziąć sprawy w swoje ręce.

– Tylko że nie jesteście mordercami, dziecko – powiedziała lady Tilney.

– Czy pod względem moralnym to jakaś różnica? Zabić samemu czy zlecić komuś zabójstwo? – Lucy westchnęła ciężko i choć lady Tilney gwałtownie zaprzeczyła („Nie mów takich rzeczy, dziewczyno! Nie zleciliście nikomu zabójstwa, tylko przekazaliście parę informacji!”), jej głos nagle zabrzmiał żałośnie. – Naprawdę wszystko zrobiliśmy nie tak, Paul. Przez te trzy miesiące zmarnowaliśmy masę czasu i pieniędzy lady Tilney, a poza tym wciągnęliśmy w tę sprawę zbyt wielu ludzi.

– To pieniądze lorda Tilneya – poprawiła ją lady Tilney. – Zdziwiłabyś się, gdybyś wiedziała, na co on je wydaje. Wyścigi konne i tancerki to najbardziej niewinne pozycje. W ogóle nie zauważy tej odrobiny, którą mu uszczknę dla dobra naszej sprawy. A jeśli nawet, to pewnie jest wystarczająco dobrze wychowany, by nie wspomnieć o tym ani słowem.

– A ja osobiście ogromnie bym żałował, gdybym nie został wciągnięty w tę sprawę – odezwał się doktor Harrison. – Moje życie zaczęło mnie już właśnie trochę nudzić. W końcu nie co dzień człowiek spotyka podróżników w czasie, którzy przybywają z przyszłości i wszystko wiedzą lepiej. A tak między nami: styl rządzenia panów de Villiers i Pinkerton-Smythe aż się prosi o to, żeby się przeciw nim zbuntować.

– W rzeczy samej – zgodziła się lady Tilney. – Ten zarozumialec Jonathan zagroził swej żonie, że zamknie ją w domu, jeśli nie przestanie sympatyzować z sufrażystkami. Co będzie następne? – dorzuciła, naśladując zrzędliwy męski głos. – Prawa wyborcze dla psów?

– No tak, w końcu dlatego mu pani zagroziła, że go spoliczkuje – przypomniał doktor Harrison. – Nawiasem mówiąc, to się wydarzyło na popołudniowej herbatce, na której wcale się nie nudziłem.

– Ależ to w ogóle nie było tak. Powiedziałam tylko, że nie ręczę za to, co za chwilę zrobi moja prawica, jeśli dalej będzie wygłaszał takie bezsensowne opinie.

– Jeśli dalej będzie wygadywał podobne dyrdymały, tak to dokładnie brzmiało – poprawił ją doktor Harrison. – Pamiętam dobrze, bo zrobiło to na mnie ogromne wrażenie.

Lady Tilney się roześmiała i podała doktorowi rękę.

– Odprowadzę pana do drzwi, doktorze Harrison.

Paul próbował otworzyć oczy i się podnieść, żeby podziękować lekarzowi. Ale nie udało mu się ani jedno, ani drugie.

– Brdz… dźk… – wymamrotał ostatkiem sił.

– Czego mu pan tam dodał, do diabła?! – zawołała Lucy za doktorem Harrisonem.

Odwrócił się w drzwiach.

– Tylko kilka kropel nalewki z morfiną. Zupełnie niewinnej!

Pełnego oburzenia okrzyku Lucy Paul już nie usłyszał.

Kroniki Strażników

 

30 marca 1916 roku

Hasło dnia: Potius sero quam numquam (Lepiej późno niż nigdy) Liwiusz

 

Ponieważ, jak donoszą źródła zbliżone do tajnych służb, w najbliższych dniach Londyn może się znowu spodziewać ataków eskadr niemieckich samolotów, postanowiliśmy natychmiast wprowadzić protokół bezpieczeństwa pierwszego stopnia. Chronograf na czas nieokreślony zostanie umieszczony w archiwum, a lady Tilney, mój brat Jonathan i ja będziemy stamtąd poddawali się elapsji, aby ograniczyć czas, jaki trzeba temu poświęcić, do trzech godzin dziennie. Z tego pokoju podróże w czasie do XIX wieku nie powinny przysparzać żadnych problemów: nocą rzadko ktoś tam przebywa, a w Kronikach nie ma ani słowa o wizycie z przyszłości, można zatem założyć, że nasza obecność nigdy nie zostanie zauważona.

Tak jak należało tego oczekiwać, lady Tilney sprzeciwiła się zmianie utartych nawyków i jak sama powiedziała, nie zdołała „znaleźć żadnej logiki w naszych argumentach”, lecz na koniec musiała się podporządkować decyzji Wielkiego Mistrza. Czas wojny wymaga niekiedy wyjątkowych środków.

Elapsja dziś po południu do roku 1851 przebiegła nadspodziewanie spokojnie, być może dlatego, że moja zapobiegliwa małżonka dała nam swój niezrównany keks, i dlatego, że pamiętając gorące debaty przy innych okazjach, unikaliśmy takich tematów jak prawa wyborcze dla kobiet. Lady Tilney żałowała wprawdzie, że nie możemy udać się do Hyde Parku na Wystawę Światową, ale ponieważ w pełni podzielaliśmy jej żal, rozmowa nie przerodziła się w spór. Proponując nam, byśmy od jutra zajęli się grą w pokera, zaprezentowała jednak ponownie swoją ekscentryczną naturę.

 

Pogoda na dzisiaj: lekka mżawka przy wiosennej temperaturze 16 stopni Celsjusza.

 

Raport: Timothy de Villiers, Krąg Wewnętrzny

1.

Ostrze miecza było skierowane prosto w moje serce, a oczy mordercy przypominały czarne dziury grożące pochłonięciem wszystkiego, co tylko znajdzie się w ich pobliżu. Wiedziałam, że nie uda mi się uciec. Z trudem cofnęłam się o kilka kroków, ale mężczyzna natychmiast znów się do mnie przysunął.

– Zmiotę z oblicza tej ziemi wszystko, co niechciane jest przez Boga! Twoja krew zrosi ziemię!

Na końcu języka miałam przynajmniej dwie cięte riposty na to górnolotne rzężenie (Zrosi ziemię? Że co? Tu są same płytki!), ale zdjęta paniką nie zdołałam wykrztusić ani słowa. Ten człowiek nie wyglądał jak ktoś, kto potrafiłby docenić moje poczucie humoru. Ani jak ktoś, kto w ogóle je ma.

Chwiejąc się, postąpiłam jeszcze jeden krok w tył i oparłam się plecami o ścianę. Mój przeciwnik się zaśmiał. No dobra, może miał poczucie humoru, tylko trochę inne niż ja.

– Teraz umrzesz, demonie! – wykrzyknął i bez dalszych ceregieli zatopił miecz w moim sercu.

Podskoczyłam z krzykiem. Byłam cała spocona i bolało mnie serce, jakbym faktycznie została przeszyta ostrzem. Cóż za paskudny sen. Swoją drogą – czy powinno mnie to dziwić?

Wczorajsze przeżycia (i doświadczenia poprzednich dni) nie zachęcały do tego, by zagrzebać się z nimi pod kołderką i zasnąć snem sprawiedliwego. Raczej było tak, że niechciane myśli kłębiły mi się w głowie niczym wściekłe mięsożerne rośliny. Gideon tylko udawał. Tak naprawdę wcale mnie nie kocha.

„Zapewne nie musi robić niemal nic, a i tak dziewczyny za nim szaleją” – raz za razem słyszałam w myślach łagodny, głęboki głos hrabiego de Saint Germain. I jeszcze: „Nie ma nic bardziej przewidywalnego od reakcji zakochanej kobiety”.

Jasne, a jak reaguje kobieta, gdy dowiaduje się, że została okłamana i zmanipulowana? Wiadomo: godzinami wisi na telefonie z najlepszą przyjaciółką, a potem siedzi bez snu w ciemnościach i zadaje sobie pytanie, dlaczego, u diabła, poleciała na tego typa, a jednocześnie z tęsknoty wypłakuje sobie oczy… no tak, bardzo przewidywalne.

Świecące cyfry budzika obok łóżka pokazywały 3:10, co znaczyło, że musiałam jednak usnąć i spałam nawet ponad dwie godziny. I ktoś – mama? – musiał wejść do pokoju i mnie przykryć, bo pamiętałam tylko, jak siedziałam na łóżku z podciągniętymi kolanami i przysłuchiwałam się, jak szybko, o wiele za szybko, bije moje serce.

Właściwie to dziwne, że złamane serce w ogóle jeszcze może bić.

– Mam wrażenie, że składa się z samych czerwonych szpiczastych odłamków, które rozcinają mnie wewnątrz, sprawiając, że się wykrwawiam – próbowałam przez telefon opisać Leslie stan mojego serca (no dobra, zabrzmiało równie patetycznie jak to, co rzęził ten gość z mojego snu, ale czasami prawda jest taka… kiczowata).

– Wiem dokładnie, jak się czujesz – powiedziała ze współczuciem Leslie. – Kiedy Max ze mną zerwał, na początku myślałam, że umrę z bólu. Że wysiądą mi wszystkie narządy. Bo w tych różnych powiedzeniach jest trochę prawdy: miłość leży na wątrobie, paraliżuje, łamie serce, hm… odbija się czkawką… Ale po pierwsze: mija, po drugie: sprawa nie jest taka beznadziejna, jak ci się wydaje, a po trzecie: twoje serce nie jest ze szkła.

– Z kamienia, nie ze szkła. – Westchnęłam. – Moje serce jest kamieniem szlachetnym, który Gideon rozbił na tysiące kawałków, zupełnie tak jak w wizji cioci Maddy.

– Brzmi wprawdzie całkiem spoko, ale nie! W rzeczywistości serca są zrobione z całkiem innego materiału. Naprawdę, możesz mi wierzyć. – Leslie odchrząknęła, a jej głos przybrał wyjątkowo uroczysty ton, jakby chciała mi właśnie zdradzić największą tajemnicę w dziejach świata. – Chodzi o materiał znacznie bardziej plastyczny i nietłukący, który zawsze odzyskuje swój pierwotny kształt. Wykonany wedle tajnej receptury.

Jeszcze jedno chrząknięcie w celu podkręcenia napięcia. Mimo woli wstrzymałam oddech.

– Marcepan! – obwieściła Leslie.

– Marcepan? – Na chwilę przestałam chlipać i musiałam się uśmiechnąć.

– Tak, marcepan – śmiertelnie poważnie powtórzyła Leslie. – Taki dobry, z dużą ilością migdałów.

Omal nie parsknęłam śmiechem. Ale potem przypomniało mi się, że jestem najbardziej nieszczęśliwą dziewczyną na całym świecie.

– Jeśli tak jest – odrzekłam, pociągając nosem – to Gideon odgryzł mi kawałek serca. I oskubał je z całej czekolady. Nie widziałaś, jak patrzył, kiedy… – przerwałam.

Leslie głośno westchnęła.

– Gwenny, przykro mi to mówić, ale twoje jęki nikomu na nic się nie zdadzą. Musisz przestać!

– Nie robię tego specjalnie – zapewniłam ją. – To moje wnętrze jęczy bez ustanku. W jednej chwili byłam najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, a potem on mi mówi, że…

– Okej, Gideon zachował się jak drań – wpadła mi w słowo Leslie. – Choć trudno zrozumieć dlaczego. Bo niby o co chodzi? Że łatwiej kierować zakochaną dziewczyną? Ja bym powiedziała, że jest dokładnie odwrotnie. Zakochane dziewczyny są jak tykające bomby zegarowe. Nigdy nie wiadomo, co i kiedy zrobią. Moim zdaniem Gideon i jego przyjaciel hrabia szowinista grubo się mylą.

– Ja naprawdę myślałam, że on mnie kocha. A to, że tylko udawał, jest takie… – Wstrętne? Ohydne? Chyba nie było słowa, które wystarczająco trafnie wyrażałoby moje uczucia.

– Och, kochanie! W innych okolicznościach, jeśli o mnie chodzi, mogłabyś się jeszcze całymi tygodniami oddawać rozpaczy. Ale teraz po prostu nie możesz sobie na to pozwolić. Potrzebujesz sił do innych rzeczy. Na przykład, żeby przeżyć. – Głos Leslie brzmiał niezwykle surowo. – Więc weź się teraz z łaski swojej w garść!

– Xemerius też mi to mówił. Zanim dał nogę i zostawił mnie samą.

– Ten mały niewidzialny potworek ma rację! Musimy teraz zachować jasność umysłu i zebrać wszystkie fakty. Fuj, a to co? Poczekaj, muszę otworzyć okno, Bertie puścił właśnie jednego z tych swoich obezwładniających bąków… niedobry pies! Na czym skończyłam? No właśnie, musimy się dowiedzieć, co twój dziadek ukrył w waszym domu. – Teraz Leslie mówiła nieco łagodniejszym tonem. – Powiedziałabym, że Raphael okazał się całkiem pożyteczny. Może nie jest wcale taki głupi, jak wszyscy myślą.

– Chyba: jak ty myślisz. – Raphael był młodszym bratem Gideona i od niedawna chodził do naszej szkoły. Odkrył, że w zagadce, którą pozostawił mi dziadek, chodziło o współrzędne geograficzne. One zaś prowadziły wprost do naszego domu. – Bardzo chciałabym wiedzieć, na ile Raphael orientuje się w tajemnicach Strażników i podróżach Gideona w czasie.

– Pewnie lepiej, niż można by przypuszczać – powiedziała Leslie. – W każdym razie nie uwierzył w moją historyjkę, że w Londynie panuje właśnie moda na gry terenowe. Ale był na tyle mądry, żeby o nic nie pytać… – Umilkła, a po chwili dodała: – Ma dość ładne oczy.

– Faktycznie.

Jego oczy były naprawdę ładne, co przypomniało mi o tym, że Gideon ma takie same. Zielone, okolone gęstymi ciemnymi rzęsami.

– Nie robi to na mnie jakiegokolwiek wrażenia, ja tylko stwierdzam fakt…

„Zakochałem się w tobie” – Gideon mówił to zupełnie poważnie, patrząc mi przy tym prosto w oczy. A ja gapiłam się na niego, wierząc w każde słowo. Łzy zaczęły mi znowu płynąć i prawie nie słyszałam, co mówi do mnie Leslie.

– …ale mam nadzieję, że to długi list albo coś w rodzaju pamiętnika, w którym dziadek tłumaczy ci wszystko, co ukrywają przed tobą pozostali, i jeszcze trochę więcej. Nie musiałybyśmy już błądzić po omacku i mogłybyśmy przygotować prawdziwy plan.

Powinno się zabronić posiadania takich oczu. Albo należałoby uchwalić ustawę, zgodnie z którą chłopcy z takimi pięknymi oczami mogliby chodzić tylko w ciemnych okularach. Chyba że dla równowagi mieliby ogromne ośle uszy czy coś w tym stylu.

– Gwenny? Chyba znowu nie ryczysz, co? – Teraz głos Leslie zabrzmiał zupełnie jak głos panny Counter, naszej nauczycielki geografii, kiedy się jej mówiło, że niestety zapomniało się zadania domowego. – Kochanie, to niedobrze! Musisz przestać dziurawić sobie pierś ostrzem tego dramatu! Musimy…

– …zachować zimną krew! Masz rację.

Choć kosztowało mnie to sporo wysiłku, spróbowałam przegnać z głowy wspomnienie oczu Gideona i nadać mojemu tonowi odrobinę pewności. Po prostu byłam to winna Leslie. W końcu to ona, nikt inny, bez mrugnięcia okiem wspierała mnie od wielu dni. Dlatego, nim się rozłączyła, po prostu musiałam jej jeszcze powiedzieć, jak bardzo się cieszę, że ją mam (choć zaczęłam przy tym znowu trochę płakać, ale tym razem ze wzruszenia).

– A co dopiero ja! – zapewniła mnie Leslie. – Jakież nudne byłoby moje życie bez ciebie.

Kiedy się rozłączyłyśmy, dochodziła północ i przez kilka minut czułam się trochę lepiej, ale teraz, dziesięć po trzeciej, najchętniej znowu bym do niej zadzwoniła, żeby wszystko przerobić od nowa.

Z natury raczej nie jestem płaczliwa, ale po raz pierwszy w życiu byłam nieszczęśliwie zakochana. To znaczy tak naprawdę nieszczęśliwie zakochana. Tak, że aż boli. Wszystko inne zeszło na dalszy plan. Nawet kwestia przeżycia stała się drugoplanowa. Bo szczerze mówiąc, myśl o śmierci wcale nie była w tym momencie aż tak niemiła. W końcu nie byłabym pierwsza, która umarła z nieszczęśliwej miłości. Znalazłabym się w doborowym towarzystwie: Mała Syrenka, Julia, Pocahontas, Dama Kameliowa, madame Butterfly – a teraz także ja, Gwendolyn Shepherd. Plusem było to, że mogłabym sobie darować numer z ostrzem (dramatu), bo czułam się tak paskudnie, że na pewno zapadłabym na suchoty, a przecież taka śmierć jest znacznie bardziej malownicza. Leżałabym w łóżku, blada niczym Królewna Śnieżka, z włosami rozrzuconymi na poduszce, Gideon klęczałby obok mnie i gorzko żałował tego, co uczynił, podczas gdy ja szeptałabym swoje ostatnie słowa…

Ale najpierw musiałam pójść do łazienki.

Miętowa herbata z dużą ilością cukru i cytryny była w mojej rodzinie uniwersalnym lekiem na wszelkie troski; wypiłam jej cały dzbanek. Moja mama od razu, ledwie stanęłam w drzwiach, zauważyła, że nie czuję się dobrze. To nie było wyjątkowe osiągnięcie, bo po tak długim płaczu miałam oczy jak królik albinos. Na pewno by mi nie uwierzyła, że w trakcie jazdy z kwatery głównej Strażników do domu musiałam w limuzynie kroić cebulę. Taką bowiem wymówkę zaproponował mi Xemerius.

– Czy ci przeklęci Strażnicy zrobili ci coś złego? Co się stało? – spytała, dokonując rzeczy wielkiej, to znaczy robiąc minę pełną współczucia i zarazem bezbrzeżnej wściekłości. – Zabiję Falka, jeśli…

– Nikt nie zrobił mi nic złego, mamo – pospieszyłam z wyjaśnieniem. – I nic się nie stało.

– Uważaj, bo ci uwierzy! Czemu nie opowiedziałaś tego o cebuli? Ty mnie nigdy nie słuchasz. – Xemerius tupnął gniewnie aż zadudniło.

Był małym kamiennym demonem-gargulcem z dużymi uszami, skrzydłami nietoperza, długim, pokrytym łuskami, smoczym ogonem i parą niewielkich rogów na głowie przypominającej łeb kota. Niestety, był tylko w połowie tak miły jak śliczny, i niestety, nikt oprócz mnie nie słyszał jego bezczelnych uwag i nie mógł mu się odpowiednio zrewanżować. To, że widziałam demony-gargulce i inne duchy i że od wczesnego dzieciństwa mogłam z nimi rozmawiać, było, nawiasem mówiąc, tylko jedną z tych dziwacznych cech, z którymi musiałam nauczyć się żyć. Druga była jeszcze bardziej dziwaczna i sama wiedziałam o niej zaledwie od dwóch tygodni, a mianowicie należałam do – tajnego! – kręgu dwanaściorga podróżników w czasie i codziennie musiałam na kilka godzin przeskakiwać gdzieś w przeszłość. Właściwie to przekleństwo… tfu! – ten dar umiejętności przenoszenia się w czasie miała odziedziczyć moja kuzynka Charlotta, która nadawałaby się do tego znacznie bardziej, ale okazało się, że padło właśnie na mnie. W gruncie rzeczy powinnam była o tym wiedzieć od samego początku, bo to mnie zawsze trafiał się Czarny Piotruś, w sensie przenośnym. Kiedy ciągnęliśmy gwiazdkowe losy, zawsze dostawałam karteczkę z nazwiskiem nauczycielki (a co, na miłość boską, można kupić nauczycielce?), kiedy miałam bilety na koncert (lub właśnie czekałam na wyjazd na wspaniałe wakacje), na bank byłam chora, a kiedy zależało mi na tym, żeby wyglądać szczególnie dobrze, na czole wyskakiwał mi pryszcz wielkości trzeciego oka. Podróże w czasie trudno co prawda porównać z pryszczami i mogą się one nawet wydawać czymś godnym pozazdroszczenia i zabawnym, ale wcale takie nie są. Są raczej uciążliwe, wykańczające nerwowo i niebezpieczne. Nie zapominajmy też o tym, że gdybym nie odziedziczyła tego idiotycznego daru, nigdy nie spotkałabym Gideona, co znaczyłoby, że moje serce – z marcepanu czy nie – byłoby wciąż całe. Ten drań był mianowicie jednym z dwanaściorga podróżników w czasie. Jednym z nielicznych, którzy jeszcze żyli. Pozostałych można było spotkać tylko w przeszłości.

– Płakałaś – powiedziała rzeczowo mama.

– A widzisz! – zawołał Xemerius. – Teraz wyciśnie cię jak cytrynę, nie spuści z oka nawet na sekundę i nici z poszukiwań skarbu dzisiaj w nocy.

Miałam ochotę zrobić do niego minę, żeby pokazać, że dziś w nocy nie zamierzam szukać skarbu. Czyli zachować się jak człowiek wobec niewidzialnych przyjaciół, gdy nie chce, żeby inni wzięli go za wariata, bo gada z powietrzem.

– Powiedz jej, że testowałaś spray pieprzowy i przez pomyłkę prysnęłaś sobie w oczy – zaskrzeczało powietrze.

Byłam jednak za bardzo wyczerpana, by szukać wymówek. Spojrzałam na mamę załzawionymi oczami i spróbowałam po prostu powiedzieć jej prawdę. Oczywiście pomijając co nieco.

– To tylko… nie czuję się dobrze, bo… takie tam dziewczyńskie sprawy, rozumiesz…

– Och, skarbie…

– Jak zadzwonię do Leslie, zaraz poczuję się lepiej.

Ku mojemu i Xemeriusa wielkiemu zdziwieniu mama zadowoliła się tym wyjaśnieniem. Zaparzyła mi herbatę, postawiła dzbanek wraz z moją ulubioną filiżanką w groszki na nocnym stoliku, pogłaskała mnie po głowie, a potem zostawiła w spokoju. Obyło się nawet bez zwyczajowych komunikatów godzinowych („Gwen! Jest po dziesiątej, rozmawiasz już od czterdziestu minut! Przecież zobaczycie się jutro w szkole!”). Czasem naprawdę była najlepszą mamą na świecie.

Wzdychając, zwiesiłam nogi z łóżka, wstałam i powlokłam się w kierunku łazienki. Omiótł mnie chłodny podmuch.

– Xemerius? Jesteś tu? – spytałam półgłosem i wyciągnęłam rękę, szukając na ścianie kontaktu.

– To zależy. – Xemerius zwisał głową w dół z lampy w korytarzu i mrugał oślepiony. – Tylko jeśli nie zmienisz się znowu w pokojową fontannę! – Jego głos stawał się wysoki i płaczliwy, kiedy mnie naśladował, i to niestety dość dobrze. „A potem on mi powiedział, nie mam pojęcia, do czego zmierzasz, i wtedy ja mu powiedziałam, tak albo nie, a on na to powiedział: tak, ale proszę cię, przestań płakać…”. – Westchnął teatralnie. – Dziewczyny są naprawdę najbardziej męczącym rodzajem ludzi, jaki istnieje. Zaraz po emerytowanych urzędnikach skarbowych, sprzedawczyniach w sklepie z pończochami i przewodniczących związków ogródków działkowych.

– Niczego ci nie zagwarantuję – szepnęłam, żeby nie obudzić reszty rodziny. – Najlepiej nie rozmawiajmy o Sam Wiesz Kim, bo w przeciwnym razie… hm… pokojowa fontanna znowu wytryśnie.

– I tak mnie trzęsie na sam dźwięk jego imienia. Zrobimy wreszcie coś sensownego? Na przykład poszukamy skarbu?

Sensowne byłoby może teraz pójście spać, ale niestety byłam znowu całkowicie rozbudzona.

– Jeśli o mnie chodzi, możemy zacząć szukać. Ale najpierw pójdę pozbyć się herbaty.

– Hę?

Pokazałam na drzwi od łazienki.

– Aha – mruknął Xemerius. – To ja tu poczekam.

W łazienkowym lustrze wyglądałam znacznie lepiej, niż się tego spodziewałam. Niestety, nie było ani śladu suchot. Tylko powieki miałam odrobinę opuchnięte, jakbym nałożyła trochę za dużo różowego cienia.

– Gdzie właściwie byłeś przez cały ten czas, Xemeriusie? – zapytałam, wróciwszy na korytarz. – Może przypadkiem u…

– U kogo? – Xemerius zrobił oburzoną minę. – Chyba nie pytasz mnie o Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać?

– Hm, tak.

Bardzo chciałam wiedzieć, co dziś wieczorem robił Gideon. Jak tam jego ramię? A może z kimś o mnie rozmawiał? Na przykład w stylu: „To jedno wielkie nieporozumienie. Oczywiście, że kocham Gwendolyn. Nigdy przed nią niczego nie udawałem”.

– Nie, nie, na to nie dam się nabrać. – Xemerius rozłożył skrzydła i sfrunął na podłogę. Siedząc przede mną, sięgał mi do kolan. – Ale to nie tak, że mnie całkiem nie było. Dokładnie rozejrzałem się po domu. Jeśli ktoś może znaleźć ten skarb, to tylko ja. Już choćby dlatego, że nikt z was nie potrafi przenikać przez ściany. Albo splądrować szuflad twojej babki tak, żeby go nie złapano.

– Bycie niewidzialnym musi przecież mieć także jakieś zalety – rzekłam, nie dodając już, że on w ogóle nic nie może splądrować, ponieważ swoimi pazurami nie jest w stanie otworzyć szuflady. Żaden z duchów, jakie dotąd spotkałam, nie potrafił poruszać przedmiotów. Większości nie udawało się nawet wytworzyć chłodnego podmuchu. – Ale wiesz, że nie szukamy skarbu, tylko wskazówki mojego dziadka, która w jakiś sposób ma nam pomóc.

– Ten dom jest pełen rupieci, które naprawdę nadawałyby się na skarby. Nie mówiąc już o przeróżnych kryjówkach – ciągnął Xemerius niezrażony. – Niektóre ściany na pierwszym piętrze są podwójne, a między nimi znajdują się korytarze, tak wąskie, że z całą pewnością nie są przeznaczone dla ludzi o tłustych tyłkach.

– Naprawdę? – Takich korytarzy do tej pory nie odkryłam. – A jak się tam wchodzi?

– W większości pokojów drzwi po prostu zostały przykryte tapetą, ale jest wejście w szafie twojej ciotecznej babki, a także za tym potężnym bufetem w jadalni. I kolejne w bibliotece, klasycznie ukryte za regałem z książkami. Nawiasem mówiąc, z biblioteki jest przejście na schody prowadzące do mieszkania pana Bernharda i jeszcze jedno, na drugie piętro.

– To by wyjaśniało, dlaczego pan Bernhard zawsze po prostu wyrasta jak spod ziemi – mruknęłam.

– To nie wszystko. W głównym przewodzie kominowym przy ścianie przylegającej do posesji numer 83 jest drabina, po której można wspiąć się na dach. Z kuchni nie da się już tam przejść, komin został zamurowany, ale w szafie na końcu korytarza na drugim piętrze jest klapa, wystarczająco duża dla Świętego Mikołaja. Albo dla waszego niezwykłego lokaja.

– Albo dla kominiarza.

– A co dopiero piwnica! – Xemerius jakby nie słyszał mojej uwagi. – Czy wasi sąsiedzi wiedzą, że istnieje tajne wejście do ich domu? Tylko nie można bać się pająków, jeśli się tam czegoś szuka.

– To lepiej poszukajmy gdzie indziej – powiedziałam szybko, zupełnie zapominając, że powinnam mówić szeptem.

– Gdybyśmy wiedzieli, czego szukamy, byłoby oczywiście prościej. – Xemerius podrapał się tylną łapą po brodzie. – A tak w gruncie rzeczy to może być wszystko: wypchany krokodyl w obzejdzie, butelka szkockiej za książkami w bibliotece, stos listów w tajnej szufladzie sekretarzyka twojej ciotecznej babki, skrzynka zamurowana w ścianie…

– Skrzynka zamurowana w ścianie? – przerwałam mu. – I co to jest obzejda?

– To taka przybudówka. – Xemerius wskazał głową. – Och, coś mi się zdaje, że obudziłaś brata.

Podniosłam wzrok. Mój dwunastoletni brat Nick stał w drzwiach swojego pokoju i obiema rękami czochrał sobie splątane rude włosy.

– Z kim ty gadasz, Gwenny?

– Jest środek nocy – szepnęłam. – Wracaj do łóżka, Nick.

Rzucił mi niezdecydowane spojrzenie i dosłownie widziałam, jak z sekundy na sekundę opuszcza go senność.

– Co jest z tą skrzynką zamurowaną w ścianie?

– Chciałam… chciałam jej poszukać, ale zdaje mi się, że lepiej będzie poczekać, aż zrobi się jasno.

– Bzdura! – wtrącił Xemerius. – Widzę w ciemnościach jak… no, powiedzmy, jak sowa. A poza tym raczej trudno ci będzie przeszukać dom, kiedy wszyscy będą na nogach. Chyba że chcesz jeszcze więcej towarzystwa.

– Mam latarkę – oznajmił Nick. – A co jest w tej skrzynce?

– Tego nie wiem dokładnie. – Zastanowiłam się chwilę. – Możliwe, że coś od dziadka.

– Och! – Nick był coraz bardziej zaciekawiony. – A gdzie mniej więcej ukryta jest ta skrzynka?

Spojrzałam pytająco na Xemeriusa.

– Widziałem ją w bocznym tajnym korytarzu za tym tłustym gościem z bokobrodami, siedzącym na koniu – powiedział Xemerius. – Ale kto by ukrywał tajemnice… to znaczy skarby w nudnej skrzyni? Moim zdaniem krokodyl jest o wiele bardziej obiecujący. Kto wie, czym go wypchano. Jestem za tym, żeby go rozciąć.

Ponieważ krokodyl i ja zawarliśmy już kiedyś znajomość, byłam temu przeciwna.

– Najpierw zajrzymy do skrzyni. Podwójna ściana to już brzmi dobrze.

– Nuuuuuuuuudy! – zaskrzeczał Xemerius. – Pewnie jeden z twoich przodków ukrył tam przed swoimi starymi tytoń do fajki… albo… – Najwyraźniej przyszła mu do głowy myśl, która go ożywiła, bo nagle wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Albo poćwiartowane szczątki rozwiązłej pokojówki!

– Skrzynka znajduje się w tajnym korytarzu za obrazem ciotecznego praprapradziadka Hugh – wyjaśniłam Nickowi. – Ale…

– Skoczę po latarkę. – Mój brat zdążył się już odwrócić.

– Przecież nic się nie stanie, jeśli z nami pójdzie. – Xemerius rozłożył skrzydła. – Zrobię szybciutko kółeczko i sprawdzę, czy reszta rodziny śpi mocno i głęboko. Nie chcemy, żeby twoja wścibska ciotka dorwała nas, kiedy znajdziemy diamenty.

– Jakie diamenty?

– Raz pomyśl optymistycznie. – Xemerius już odlatywał z łopotem. – A co byś wolała? Diamenty czy zgniłe szczątki rozwiązłej pokojówki? To wszystko kwestia nastawienia. Spotkamy się przed grubym wujem z chabetą.

– Rozmawiasz z duchem? – Nick pojawił się za mną, zgasił światło w korytarzu i włączył latarkę.

Skinęłam głową. Nick nigdy nie kwestionował tego, że widzę duchy, wręcz przeciwnie. Już jako czterolatek (ja miałam wtedy osiem lat) bronił mnie zaciekle, gdy ktoś nie chciał mi wierzyć. Ciotka Glenda na przykład. Za każdym razem się kłóciłyśmy, kiedy szła z nami do Harrodsa i gdy rozmawiałam tam z tym miłym odźwiernym w mundurze, panem Grizzle’em. Ponieważ pan Grizzle nie żył już od pięćdziesięciu lat, to oczywiście nikt nie wykazywał zrozumienia, kiedy zatrzymywałam się i zaczynałam z nim rozmawiać o rodzinie Windsorów (pan Grizzle był żarliwym wielbicielem królowej) i o zbyt deszczowym czerwcu (pogoda była drugim z kolei ulubionym tematem pana Grizzle’a). Niektórzy się śmiali, inni uważali, że dziecięce fantazje są „boskie” (co najczęściej podkreślali, wichrząc mi włosy), jeszcze inni tylko kręcili głową, ale nikt nie denerwował się tym tak bardzo jak ciotka Glenda. Miała zwyczaj, okropnie wzburzona, ciągnąć mnie za sobą, krzyczała na mnie, kiedy zapierałam się nogami o ziemię, mówiła mi, że powinnam brać przykład z Charlotty (która, nawiasem mówiąc, już wtedy była tak doskonała, że nawet spinka do włosów nie śmiała się jej przekrzywić) i – to było najgorsze – groziła pozbawieniem mnie deseru. I chociaż wprowadzała swoje groźby w czyn (a ja uwielbiałam desery we wszystkich wydaniach, nawet kompot ze śliwek), po prostu nie miałam serca przejść obojętnie koło pana Grizzle’a. Za każdym razem Nick próbował mi pomóc, błagając ciotkę Glendę, żeby mnie puściła, bo przecież ten biedny pan Grizzle nie ma oprócz mnie nikogo, z kim mógłby porozmawiać, ale ciotka Glenda za każdym razem zręcznie wykluczała go z walki.

– Och, mały Nicku – mówiła słodkim głosem – kiedy ty wreszcie zrozumiesz, że twoja siostra tylko udaje ważniaczkę? Duchy nie istnieją! A może ty tu jakiegoś widzisz?

Wtedy Nick musiał ze smutkiem pokręcić głową, a ciotka Glenda uśmiechała się triumfalnie. Tego dnia, gdy postanowiła, że nigdy więcej nie zabierze nas do Harrodsa, Nick w zaskakujący sposób zmienił swoją taktykę. Drobniutki i pucołowaty (och, był taki ładniutki jako małe dziecko i tak uroczo seplenił!), stanął przed ciotką Glendą w rozkroku.

– Wiesz, ciociu Glendo, co mi właśnie powiedział pan Grizzle?! – zawołał. – Powiedział, że jesteś złą, pustrowaną czarownicą!

Oczywiście pan Grizzle nigdy by czegoś takiego nie powiedział (był na to o wiele za uprzejmy, a ciotka Glenda była zbyt dobrą klientką), ale poprzedniego wieczoru mama wyraziła się właśnie w ten sposób. Ciotka Glenda mocno zacisnęła usta i odeszła sztywnym krokiem, trzymając Charlottę za rękę. Potem w domu odbyła się między nią a mamą dość paskudna sprzeczka – mama była zła, że musieliśmy sami wracać do domu, a ciotka Glenda bezbłędnie wywnioskowała, że określenie „pustrowana czarownica” padło z ust mamy. Cała ta historia skończyła się tym, że nie wolno nam już było chodzić na zakupy z ciotką Glendą. Za to słowa „pustrowany” używamy chętnie do dziś.

Z czasem przestałam opowiadać ludziom, że widzę rzeczy, których inni nie widzą. To najrozsądniejsze, co można zrobić, jeśli nie chce się być wziętym za wariata. Tylko przed moim rodzeństwem i Leslie nie musiałam udawać, bo oni mi wierzyli. Jeśli chodzi o mamę i ciocię Maddy, nie byłam do końca pewna, ale przynajmniej nigdy nie stroiły sobie ze mnie żartów. Ponieważ ciocia Maddy od czasu do czasu miewała dziwne wizje, prawdopodobnie dobrze wiedziała, jak czuje się człowiek, kiedy nikt mu nie wierzy.

– Czy on jest miły? – wyszeptał Nick.

Stożek światła jego latarki tańczył po stopniach schodów.

– Kto?

– No, ten duch.

– Tak sobie – odrzekłam zgodnie z prawdą.

– A jak wygląda?

– Dość ładnie. Ale myśli, że jest niebezpieczny.

Przemykając się na palcach na drugie piętro, gdzie były pokoje cioci Glendy i Charlotty, próbowałam opisać Xemeriusa najlepiej, jak potrafiłam.

– Super – szepnął Nick. – Niewidzialny zwierzak domowy! Naprawdę można ci pozazdrościć!

– Zwierzak domowy! Nigdy tak nie mów w obecności Xemeriusa!

Miałam nadzieję, że usłyszę przez ścianę chrapanie Charlotty, ale oczywiście Charlotta nie chrapała. Ludzie doskonali nie wydają we śnie żadnych brzydkich dźwięków. To pustrujące.

Pół piętra niżej mój młodszy brat ziewnął, a mnie opadły wyrzuty sumienia.

– Posłuchaj, jest wpół do czwartej, a ty od rana masz lekcje. Mama mnie zabije, jak się dowie, że nie daję ci spać.

– Nie jestem ani trochę zmęczony! A ty byś była wstrętna, gdybyś szukała dalej beze mnie. Co takiego ukrył dziadek?

– Nie mam pojęcia.

Może książkę, w której wszystko mi wyjaśnia? Albo przynajmniej list? Dziadek był Wielkim Mistrzem Strażników. Dobrze wiedział o mnie i tej całej sprawie z podróżami w czasie i wiedział też, że to nie Charlotta odziedziczyła gen. Spotkałam go w przeszłości i wszystko mu opowiedziałam.

– Ale ci dobrze – szepnął Nick. – Szczerze mówiąc – dorzucił niemal zawstydzony – prawie go nie pamiętam. Wiem tylko, że zawsze miał dobry humor i był łagodny, całkiem odwrotnie niż lady Arista. Poza tym zawsze pachniał karmelem i jakimiś śmiesznymi przyprawami.

– To był jego tytoń do fajki. Uważaj! – Zatrzymałam Nicka w ostatniej chwili.

Minęliśmy drugie piętro, ale w drodze na pierwsze było kilka rozeschniętych stopni, które strasznie skrzypiały. Lata przekradania się do kuchni musiały się wreszcie na coś przydać. Ominęliśmy te miejsca i w końcu dotarliśmy do obrazu z praprapradziadkiem Hugh.

– Okej, to spróbujmy!

Nick zaświecił latarką naszemu przodkowi w twarz.

– To świństwo, że nazwał swojego konia Grubą Andzią. Przecież to zwierzę jest chude jak szkielet, a on sam wygląda jak tucznik z brodą!

– Zgadza się, też tak uważam. – Pomacałam ramę w poszukiwaniu rygla uruchamiającego mechanizm otwierania drzwi, który zawsze trochę się zacinał.

– Wszyscy śpią jak najedzone niemowlaki. – Zasapany Xemerius wylądował obok nas na stopniu. – To znaczy wszyscy prócz pana Bernharda. On najwidoczniej cierpi na zaburzenia snu. Ale nie ma strachu, nie pomiesza nam szyków. Zaopatrzył się w kuchni w drobiowe kiełbaski i ogląda film z Clintem Eastwoodem.

– Bardzo dobrze.

Obraz, skrzypiąc jak zwykle, odchylił się do przodu, odsłaniając wejście na kilka schodków między ścianami, a zaledwie półtora metra dalej były kolejne drzwi. Prowadziły do łazienki na pierwszym piętrze i od drugiej strony maskowało je wysokie lustro. Dawniej dla zabawy często się tamtędy przekradaliśmy (dreszczyk emocji brał się stąd, że nigdy nie było wiadomo, czy ktoś akurat nie korzysta z łazienki), ale do tej pory nie udało się nam odkryć, do czego naprawdę służy to tajemne przejście. Może jednemu z naszych przodków po prostu spodobał się pomysł, że w każdej chwili może zniknąć z ustronnego miejsca?

– Gdzie znajduje się ta skrzynka, Xemeriusie? – spytałam.

– Na lewo. Między szczanami.

Nie widziałam dobrze w półmroku, ale to zabrzmiało tak, jakby Xemerius mielił coś w pysku.

– Na tym Xemeriusie można sobie połamać język – zauważył Nick. – Ja bym go nazwał Xemi. Albo Merry. Mogę pójść po tę skrzynkę?

– Stoi po lewej stronie – powiedziałam.

– Szam szobie połam jężyk – rzucił Xemerius. – Kszemi albo Merry – chciałbyś, jeszcze czego! Pochodżę ż rodu potężnych demonów o długiej tradyczji i nasze imiona…

– Co ty masz w ustach?

Xemerius splunął i mlasnął.

– Już nic. Zżarłem gołębia, który spał na dachu. Durne pióra.

– Przecież ty nie jesz!

– Nie ma o niczym pojęcia, a wszędzie wtrąca swoje trzy grosze – prychnął z urazą Xemerius. – I nawet gołąbka mi zabrania.

– Nie możesz zjeść gołębia – powiedziałam. – Jesteś duchem.

– Jestem demonem! Mogę jeść wszystko, co zechcę! Raz nawet pożarłem księdza! Z sutanną i koloratką! Co się gapisz z takim niedowierzaniem?

– Lepiej uważaj, żeby nikt nie nadszedł.

– Hej! Czyżbyś mi nie wierzyła?

Nick świecił teraz latarką po ścianach.

– Nic nie widzę.

– Skrzynka stoi za cegłami. Między ścianami, ty pusty łbie – powiedział Xemerius. – A ja nie kłamię. Jak mówię, że zżarłem gołębia, to zżarłem.

– Stoi za cegłami między ścianami – poinformowałam Nicka.

– Ale żadna z tych cegieł nie wygląda na obluzowaną. – Nick przyklęknął na podłodze i zaczął uważnie macać ścianę.

– Haaallooo! Rozmawiam z tobą – rzucił Xemerius. – Czy ty mnie czasem nie ignorujesz, bekso lalo…? No dobra, to był gołąb duch! – wrzasnął, kiedy się nie odezwałam. – Ale liczy się tak samo.

– Gołąb duch! Koń by się uśmiał! Nawet gdyby istniały gołębie duchy, a ja jeszcze nigdy takiego nie widziałam, i tak nie mógłbyś ich zeżreć. Duchy nie mogą się wzajemnie zabijać.

– Wszystkie cegły siedzą mocno – oznajmił Nick.

Xemerius parsknął gniewnie.

– Po pierwsze: gołębie też mogą od czasu do czasu zdecydować, że zostaną na ziemi jako duchy, Bóg wie po co. Może mają niezałatwione porachunki z kotem. Po drugie, wytłumacz mi, w jaki sposób potrafisz odróżnić prawdziwego gołębia od gołębia ducha! I po trzecie: z ich życiem duchów koniec, kiedy je pożrę. Bo ja nie jestem zwykłym duchem, lecz demonem, co mówiłem już setki razy. Być może nie potrafię zdziałać zbyt wiele w waszym świecie, ale w świecie duchów jestem całkiem ważną szychą. Kiedy to wreszcie pojmiesz?

Nick przymierzył się i kopnął kilka razy w ścianę.

– Nie, nic się nie da zrobić.

– Ćśśśś! Daj spokój, za głośno. – Wychyliłam głowę z korytarza i popatrzyłam na Xemeriusa z wyrzutem. – No, super, ważna szycho. Co teraz?

– Co teraz? Nic nie mówiłem o obluzowanych cegłach.

– To jak mamy się tam dostać?

Odpowiedź: „młotkiem i przecinakiem” była zaiste genialna. Tylko że udzielił jej nie Xemerius, lecz pan Bernhard. Zamarłam z przerażenia. Stał tu, metr powyżej mnie. Widziałam, jak w półmroku błyskają jego sowie okulary w złotych ramkach. I zęby. Czy to możliwe, żeby się uśmiechał?

– O rany! – Xemerius ze zdenerwowania aż wypluł trochę wody. – Chyba wciągnął te kiełbaski nosem. Albo film był do kitu. Na Clincie Eastwoodzie po prostu nie można polegać.

– Ccccco? – Nie byłam w stanie wykrztusić nic innego.

– Najlepiej byłoby wziąć młotek i przecinak – z niewzruszonym spokojem powtórzył pan Bernhard. – Ale proponuję, żebyśmy przełożyli to przedsięwzięcie na później. Choćby dlatego, żeby nie zakłócać ciszy nocnej, kiedy będzie pani wydobywać skrzynkę z kryjówki. Och, jest tu także pan Nick! – Spojrzał w strumień światła latarki Nicka, nie mrugając oczami. – Boso! Przeziębi się pan.

On sam miał pantofle i elegancki szlafrok z wyhaftowanym monogramem. W.B. (Walter? Willy? Wigand? Dla mnie pan Bernhard był zawsze człowiekiem bez imienia).

– Skąd pan wie, że szukamy skrzynki? – spytał Nick.

Głos miał pewny, ale w jego szeroko otwartych oczach widziałam, że jest tak samo wystraszony i oszołomiony jak ja.

Pan Bernhard poprawił okulary.

– Hm, zapewne stąd, że osobiście zamurowałem tę skrzynkę. Jest to kunsztownie rzeźbiona intarsjowana szkatuła, antyk z początków osiemnastego wieku, która należała do pani dziadka.

– A co jest w środku? – spytałam, kiedy znów mogłam mówić.

Pan Bernhard popatrzył na mnie surowo.

– Oczywiście nie miałem prawa o to zapytać. Ja tylko ukryłem tę skrzynkę na polecenie pani dziadka.

– Niech nie ściemnia – wtrącił zrzędliwie Xemerius. – Przecież wszędzie wtyka ten swój ciekawski nos. I zakrada się, uśpiwszy uprzednio czyjąś czujność za pomocą drobiowych kiełbasek. Ale to wszystko twoja wina, płaczliwy niedowiarku! Gdybyś nie posądziła mnie o kłamstwo, ten sędziwy zbieg łóżkowy nie zaskoczyłby nas tutaj.

– Oczywiście chętnie pomogę pani wydobyć tę skrzynkę – ciągnął Bernhard. – Ale najlepiej dziś wieczorem, kiedy pani babcia i ciotka udadzą się na spotkanie dam z klubu rotariańskiego. Dlatego proponowałbym, żebyśmy teraz wszyscy poszli spać, bo w końcu muszą państwo rano iść do szkoły.

– No jasne, a w tym czasie on nam to stąd wykradnie – powiedział Xemerius. – Zgarnie wszystkie diamenty, a do skrzynki włoży parę starych orzechów. Znamy te numery.

– Bzdura – mruknęłam.

Gdyby pan Bernhard miał taki zamiar, dawno już by to zrobił, prócz niego nikt przecież o niej nie wiedział. Co, do wszystkich diabłów, było w tej skrzynce, którą dziadek kazał zamurować we własnym domu?

– Dlaczego chce pan nam pomóc? – spytał Nick, dość obcesowo uprzedzając pytanie, które miałam na końcu języka.

– Ponieważ umiem się dobrze posługiwać młotkiem i przecinakiem – odrzekł cicho pan Bernhard. – I ponieważ, niestety, wasz dziadek nie może tu być – dorzucił jeszcze ciszej – żeby wspierać pannę Gwendolyn.

Nagle coś ścisnęło mnie mocno za gardło i musiałam siłą powstrzymać napływające łzy.

– Dziękuję – szepnęłam.

– Proszę nie cieszyć się zbyt wcześnie. Klucz do skrzynki… zaginął. A nie wiem, czy będę miał serce potraktować tę cenną szkatułkę łomem. – Pan Bernhard westchnął.

– To znaczy, że nic pan nie powie naszej mamie ani lady Ariście? – spytał Nick.

– Nie, jeśli natychmiast pójdziecie do łóżek. – Nim się odwrócił i ruszył po schodach w górę, znowu dostrzegłam, jak w ciemności lśnią jego zęby. – Dobranoc. Proszę spróbować jeszcze trochę się przespać.

– Dobranoc, panie Bernhard – mruknęliśmy ja i Nick jednym głosem.

– Szczwany lisie – powiedział Xemerius. – Tylko sobie nie myśl, że spuszczę cię z oczu.

Gdy krąg krwi swe znajdzie dopełnienie,

W magicznym kamieniu ukrytej wieczności,

W młodości szatach nowej siły tchnienie,

Będzie mu dana moc nieśmiertelności.

 

Lecz strzeż się! Dwunastej gwiazdy powstanie

Ziemskiego czasu zacznie odliczanie.

Zniknie młodości wieczystej ochrona,

Dąb wieczny swego żywota dokona.

 

Lecz cel swój osiągnąć orzeł zdoła,

Gdy się dwunastej gwiazdy blask rozpłynie.

Jeśli z miłości sama los przywoła

I w pożodze tej miłości zginie.

 

Tajnych Akt hrabiego de Saint Germain

2.

A więc? – Cynthia, koleżanka z klasy, stanęła przed nami, podpierając się pod boki i zastawiając drogę na pierwsze piętro. Uczniowie, którzy musieli się przeciskać koło nas z lewej i prawej strony, zaczęli narzekać na tłok. Cynthii to jednak nie ruszało. Zwijała w palcach paskudny krawat, będący częścią szkolnego mundurka w Saint Lennox, i miała bardzo poważną minę. – Jak wygląda sprawa z waszymi kostiumami?

W najbliższy weekend były jej urodziny i zaprosiła nas na doroczny bal przebierańców.

Zdenerwowana Leslie potrząsnęła głową.

– Wiesz, Cyn, sprawiasz wrażenie coraz bardziej stukniętej. To znaczy wcześniej też byłaś dziwna, ale w ostatnim czasie to szczególnie rzuca się w oczy. Przecież nikt nie pyta swoich gości, jak się przebiorą na imprezę!

– Właśnie! Żeby nie było tak, że na koniec będziesz się musiała bawić sama. – Spróbowałam przemknąć obok Cynthii, ale ona błyskawicznym ruchem ręki złapała mnie za ramię.

– Za każdym razem wymyślam najciekawsze hasła i zawsze zdarzają się tacy, którzy nie przestrzegają zasad i psują zabawę – powiedziała. – Przypominam wam tylko o karnawale zwierząt. O osobach, które pojawiły się z piórkiem wetkniętym we włosy, twierdząc, że przebrały się za kury! Tak, tak, możesz patrzeć na mnie z poczuciem winy, Gwen. Wiem dokładnie, czyj to był pomysł.

– Nie każdy ma mamę, której pasją jest robienie masek słonia z papieru – rzuciła Leslie, podczas gdy ja tylko ponuro mruknęłam, że musimy już iść.

Darowałam sobie uwagę, że w tej chwili mam gdzieś imprezę u Cynthii. Prawdopodobnie i tak było to po mnie widać.

Uścisk na moim ramieniu stał się mocniejszy.

– A pamiętasz jeszcze plażową imprezę Barbie? – Na wspomnienie tej imprezy Cynthią aż wstrząsnął dreszcz, szczerze mówiąc, zupełnie słusznie. Wzięła głęboki wdech. – Tym razem chcę być was zupełnie pewna. „Tak pięknie zieleń się zieleni” to cudowne hasło i nikomu nie dam zepsuć zabawy. Żebyśmy się dobrze zrozumiały: nie wystarczy zielony lakier do paznokci czy zielona apaszka.

– Dasz mi spokój, jak podbiję ci oko na niebiesko?! – warknęłam. – Do imprezy na pewno zrobi się zielone.

Cynthia jakby mnie nie słyszała.

– Ja na przykład wystąpię jako wiktoriańska kwiaciarka Eliza Doolittle1. Sara ma genialny kostium strąka papryki, tylko nie wiem, co zrobi, jak będzie musiała iść do toalety. Gordon przyjdzie jako łąka ze stokrotkami, od stóp do głów w sztucznym trawniku.

– Cyn… – Niestety, nie dała się odsunąć na bok.

– A Charlotta szyje sobie kostium u krawcowej. Ale jej strój to na razie tajemnica. Prawda, Charlotto?

Moja kuzynka Charlotta, zakleszczona między piątoklasistami, próbowała ustać w miejscu, ale została bezlitośnie porwana przez tłum uczniów.

– No cóż, właściwie nietrudno zgadnąć. Powiem tylko tyle: tiul w siedmiu odcieniach zieleni. I wygląda na to, że pojawię się w towarzystwie króla Oberona! – Ostatnie zdanie Charlotta musiała już wykrzyczeć przez ramię.

Patrzyła przy tym na mnie i dziwnie się uśmiechała. Tak samo zachowywała się przy śniadaniu. Byłam bliska tego, żeby rzucić w nią pomidorem.

– Grzeczna Charlotta – powiedziała z zadowoleniem Cynthia. – Przyjdzie na zielono i w męskim towarzystwie. Takich gości lubię najbardziej.

Chyba tym męskim towarzystwem Charlotty nie miał być… nie, wykluczone. Gideon nigdy nie przyczepiłby sobie szpiczastych uszu. A może jednak? Patrzyłam na Charlottę, która nawet w tłumie poruszała się niczym królowa. Błyszczące rude włosy splotła w staromodny warkocz i dziewczyny z młodszych klas gapiły się na nią z tą mieszaniną niechęci i podziwu, jaka bierze się wyłącznie z czystej zazdrości. Pewnie jutro wszystkie długie włosy będą splecione w takie śliczne warkocze.

– A więc: jako kto i z kim przyjdziecie? – spytała Cynthia.

– Jako Marsjanie, o, najlepsza gospodyni wszech czasów – odrzekła Leslie, wzdychając z rezygnacją. – A kogo przyprowadzimy, to na razie niespodzianka.

– Och, okej. – Cynthia puściła moje ramię. – Marsjanie. Niezbyt pięknie, ale oryginalnie. I żebyście się czasem nie rozmyśliły. – Bez pożegnania skierowała się w stronę kolejnej ofiary. – Katie! Halo! Zatrzymaj się! Chodzi o moją imprezę!

– Marsjanie? – powtórzyłam, kierując wzrok w stronę niszy, w której zwykle stał James, nasz szkolny duch, ale w tej chwili nisza była pusta.

– Jakoś musiałyśmy się jej pozbyć – powiedziała Leslie. – Impreza! Phi, kto by się teraz czymś takim przejmował?

– Czy ktoś tu mówi o imprezie? Ja też idę. – Brat Gideona, Raphael, pojawił się tuż za nami i jakby to było oczywiste, wcisnął się między nas, biorąc mnie pod rękę i obejmując Leslie w talii. Miał bardzo dziwnie zawiązany krawat. To znaczy, zawiązał podwójny węzeł. – A ja już myślałem, że wy, Anglicy, nie lubicie imprez. Wystarczy tylko sobie przypomnieć, o której zamyka się tu puby.

Leslie wyrwała mu się gwałtownie.

– Niestety, muszę cię rozczarować. Doroczny bal przebierańców u Cynthii ma niewiele wspólnego z imprezowaniem. Chyba że lubisz imprezy, na których rodzice pilnują, żeby nikt nie dodał do napojów alkoholu albo nie polał nim deseru.

– Niby tak, ale za to zawsze grają z nami w baaardzo wesołe gry – wzięłam rodziców Cynthii w obronę. – I najczęściej są też jedynymi, którzy tańczą. – Spojrzałam na Raphaela z boku i szybko odwróciłam wzrok, ponieważ jego profil był uderzająco podobny do profilu Gideona. – Szczerze mówiąc, dziwię się, że Cynthia cię jeszcze nie zaprosiła.

– Ależ zaprosiła. – Raphael westchnął. – Powiedziałem, że jestem już umówiony. Nienawidzę tematycznych imprez, na które trzeba się przebrać. Ale gdybym wiedział, że wy idziecie…

Właśnie miałam zaproponować, że zawiążę mu prawidłowo krawat (jeśli o to chodzi, szkolny regulamin był dość surowy), ale wtedy znowu objął Leslie w talii.

– Czy mówiłaś Gwendolyn – zapytał wesoło – że zlokalizowaliśmy ten skarb z waszej gry? Znalazłyście go już?

– Tak – potwierdziła krótko Leslie.

Zauważyłam, że tym razem mu się nie wyrwała.

– I jak dalej toczy się ta gra, mignonne2?

– Właściwie to nie jest żadna… – zaczęłam, ale Leslie wpadła mi w słowo:

– Przykro mi, Raphaelu, ale nie możesz już z nami grać – oznajmiła chłodno.

– Co takiego? No, moim zdaniem to nie jest fair!

Też uważałam, że to nie fair. W końcu nie grałyśmy w żadną grę, z której mogłybyśmy wykluczyć biednego Raphaela.

– Leslie uważa tylko, że…

Leslie znowu mi przerwała.

– No cóż, po prostu życie nie jest fair – powiedziała, chyba jeszcze bardziej chłodno. – Podziękuj za to swojemu bratu. Jak na pewno dobrze wiesz, w tej grze stoimy po przeciwnych stronach. I nie możemy ryzykować, że przekażesz Gideonowi jakieś informacje. On zaś, nawiasem mówiąc, jest strasznym du…, to znaczy jest dość niemiłym człowiekiem.

– Leslie!

Czy ją porąbało?!

– Co proszę? To poszukiwanie skarbów ma coś wspólnego z moim bratem i podróżami w czasie? – Raphael puścił nas obie i stanął jak wryty. – A czy wolno spytać, co takiego wam zrobił?

– Nie udawaj, że nie wiesz – odrzekła Leslie. – Ty i Gideon na pewno gadacie ze sobą o wszystkim. – Mrugnęła do mnie.

Mogłam odpowiedzieć tylko zmieszanym spojrzeniem.

– Nie, nie gadamy! – wykrzyknął Raphael. – Prawie nie mamy dla siebie czasu! Gideon przez cały czas ma jakieś tajne misje. A jeśli już jest w domu, ślęczy nad poufnymi aktami albo wypatruje ukrytych dziur w suficie. Albo jeszcze gorzej: pojawia się Charlotta i wszystkich wkurza. – Zrobił tak nieszczęśliwą minę, że najchętniej bym go przytuliła. – Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi… – dorzucił cicho, a ja miałam jeszcze większą ochotę go przytulić. – Wczoraj po południu odniosłem wrażenie, że naprawdę dobrze się rozumiemy.

Leslie – a może powinnam raczej powiedzieć: „moja przyjaciółka, Królowa Śniegu” – tylko wzruszyła ramionami.

– No, wczoraj było miło. Ale bądźmy szczerzy, prawie się nie znamy. W takiej sytuacji trudno od razu mówić o przyjaźni.

– A więc wykorzystałaś mnie, żeby określić te współrzędne – podsumował Raphael i spojrzał badawczo na Leslie, zapewne w nadziei, że zaprzeczy.

– Tak jak powiedziałam, życie nie zawsze jest fair. – Dla Leslie najwyraźniej cała sprawa była już zakończona. Pociągnęła mnie. – Gwen, musimy się pospieszyć – rzuciła. – Dziś pani Counter przydziela tematy referatów. A ja nie mam ochoty zajmować się wschodnimi krańcami delty Gangesu.

Obejrzałam się na Raphaela, który wydawał się nieco zbity z tropu. Próbował wsunąć ręce do kieszeni i stwierdził przy tym, że w spodniach od mundurka w ogóle nie ma kieszeni.

– Och, Leslie, popatrz tylko na niego – szepnęłam.

– ….ani o grupach etnicznych, których nazw nie da się wymówić.

Złapałam ją za ramię, tak jak wcześniej Cynthia złapała mnie.

– Co z tobą, kochana? – wyszeptałam. – Dlaczego dałaś Raphaelowi taką blachę? Czy to jakaś część twojego planu, której jeszcze nie znam?

– Ja tylko jestem ostrożna. – Leslie spojrzała na tablicę ogłoszeń. – Och, jak cudnie! Jest nowe kółko, projektowanie biżuterii. À propos biżuterii. – Spod kołnierzyka swojej bluzki wyciągnęła łańcuszek. – Patrz, noszę ze sobą kluczyk, który podarowałaś mi po swojej podróży w czasie. Czy to nie super? Wszystkim mówię, że to klucz do mojego serca.

Ten jej manewr, który miał odwrócić moją uwagę, tym razem nie zadziałał.

– Leslie, to nie wina Raphaela, że jego brat to drań. I wierzę mu, kiedy mówi, że nie ma pojęcia o tajemnicach Gideona. Jest tutaj nowy i nie zna nikogo…

– Na pewno znajdzie wystarczająco wiele osób, które z radością się nim zajmą. – Leslie w dalszym ciągu uparcie omijała mnie wzrokiem. Piegi tańczyły na jej nosie. – Zobaczysz, jutro nie będzie już o mnie pamiętał i do jakiejś innej będzie mówił mignonne.

– Tak, ale… – Dopiero gdy dostrzegłam zdradziecki rumieniec na twarzy Leslie, oświeciło mnie. – Och, rozumiem! Twoje nieuprzejme zachowanie nie ma nic wspólnego z Gideonem! Ty masz tylko pietra, że zakochasz się w Raphaelu!

– Bzdura. W ogóle nie jest w moim typie!

Aha. To wszystko wyjaśniało. W końcu znałam Leslie od wieków i była moją najlepszą przyjaciółką. Tą odpowiedzią nie wyprowadziłaby w pole nawet Cynthii.

– Daj spokój, Les. Przed kim się zgrywasz? – Musiałam się roześmiać.

Leslie w końcu odwróciła wzrok od ogłoszeń i spojrzała na mnie z szerokim uśmiechem.

– A nawet gdyby! W tej chwili nie możemy sobie pozwolić na to, żebyśmy obie cierpiały na hormonalne rozmiękczenie mózgu. Chyba wystarczy, że jedna z nas jest niepoczytalna.

– Wielkie dzięki.

– Przecież to prawda! Ponieważ jesteś zajęta wyłącznie Gideonem, po prostu nie zdajesz sobie sprawy z powagi sytuacji. Potrzebujesz kogoś, kto myśli trzeźwo, i tym kimś jestem ja. Nie dam się wkręcić temu Francuzowi, to postanowione.

– Ach, Les! – Spontanicznie rzuciłam jej się na szyję. Nikt, nikt na świecie nie ma takiej cudownej, zwariowanej, mądrej przyjaciółki jak ja. – Jakie to byłoby straszne, gdybyś ze względu na mnie musiała zrezygnować ze szczęśliwej miłości!

– Już nie przesadzaj – prychnęła mi Leslie do ucha. – Jeśli ten gość jest choć w połowie taki jak jego brat, najpóźniej po tygodniu złamałby mi serce.

– No i co? – Żartobliwie wymierzyłam jej kuksańca. – Przecież jest z marcepanu, który zawsze można uformować od nowa!

– Nie rób sobie z tego żartów. Serca z marcepanu to taka przenośnia, z której jestem naprawdę dumna.

– No jasne. Pewnego dnia będziesz cytowana we wszystkich podręcznikach świata. Przenośnia słynnej Leslie Hay.

– To niestety nieprawda – rozległ się głos obok nas.

Należał do naszego nauczyciela angielskiego, pana Whitmana, który znów wyglądał o wiele za dobrze jak na nauczyciela.

„A cóż pan może wiedzieć o konsystencji damskich serc?” – spytałabym chętnie, ale wobec pana Whitmana lepiej się było powstrzymać. Tak samo jak pani Counter chętnie dawał zadania domowe na wymyślne tematy i potrafił być równie nieugięty, jak był przystojny.

– A cóż takiego jest nieprawdą? – spytała Leslie, za nic mając wszelką ostrożność.

Przyglądał się nam, kręcąc głową.

– Myślałem, że wystarczająco szeroko omówiliśmy przenośnie, porównania, symbole i obrazy. Wyrażenie „złamane serce” można zaliczyć do przenośni, a „marcepanowe serce”?

A kogóż to interesuje, do diabła? Od kiedy lekcja zaczyna się już na korytarzu?

– Hm, symbol… eee… epitet? – zgadywałam.

Pan Whitman skinął głową.

– Chociaż dość kiepski – dodał ze śmiechem, ale zaraz znów spoważniał. – Wyglądasz na zmęczoną, Gwendolyn. Przeleżałaś bezsennie całą noc, dręczyłaś się i przestałaś rozumieć ten świat, nieprawdaż?

Ależ… to wszystko nie powinno go nic a nic obchodzić. I współczujący ton też mógł sobie darować.

Westchnął.

– To chyba jest dla ciebie trochę za dużo. – Okręcił na palcu sygnet identyfikujący go jako jednego ze Strażników. – Można się było tego spodziewać. Może doktor White powinien ci coś przepisać, żebyś przynajmniej w nocy miała spokój.

Moje osłupiałe spojrzenie skwitował zachęcającym uśmiechem, a potem odwrócił się i wszedł przed nami do klasy.

– Czy ja się przesłyszałam, Leslie, czy pan Whitman właśnie zaproponował, żeby zaaplikować mi środek nasenny? – spytałam. – I to zaraz po tym, jak powiedział, że wyglądam do bani.

– Tak, to by mu pewnie pasowało! – parsknęła Leslie. – W dzień marionetka w rękach Strażników, w nocy odurzona, wszystko po to, żeby nie przyszło ci do głowy nic głupiego. Ale nie z nami te numery. – Energicznie odgarnęła z twarzy kosmyk włosów. – Pokażemy im, że mocno cię nie doceniają.

– Ech – westchnęłam, ale Leslie rzuciła mi ponure i stanowcze spojrzenie.

– Opracować plan główny, pierwsza przerwa, damska toaleta.

– Rozkaz! – odpowiedziałam.

 

Nawiasem mówiąc, pan Whitman nie miał racji: wcale nie wyglądałam na zmęczoną (sprawdziłam to wielokrotnie w lustrze w damskiej toalecie) i tak się nie czułam. Po naszej nocnej akcji poszukiwawczej dość szybko zasnęłam i nie miałam żadnych koszmarów. Może nawet śniło mi się coś pięknego, bo w tych magicznych sekundach między snem a przebudzeniem czułam się pewna siebie i pełna nadziei. Jednak wraz z ostatecznym przebudzeniem znowu wkradły się do mojej świadomości smutne fakty, a przede wszystkim jeden: Gideon tylko udawał.

Mimo to odrobina nadziei ocalała również na resztę dnia. Może dzięki temu, że w końcu przespałam kilka godzin, a może dlatego, że nawet we śnie uświadamiałam sobie, iż w dzisiejszych czasach suchoty są uleczalne. A może moje gruczoły łzowe były już po prostu puste?

– Myślisz, że to możliwe, by Gideon zaplanował, że rozkocha mnie w sobie, ale potem faktycznie, można by rzec, przez przypadek, się we mnie zakochał? – zapytałam ostrożnie Leslie, gdy pakowałyśmy się po lekcjach.

Przez całe przedpołudnie unikałam tego tematu, aby zachować trzeźwość umysłu w czasie snucia naszego planu, ale teraz po prostu musiałam o tym porozmawiać, inaczej bym pękła.

– Tak – potwierdziła Leslie po krótkim wahaniu.

– Naprawdę? – Byłam zaskoczona.

– Może właśnie to chciał ci wczoraj koniecznie powiedzieć. Na filmach zawsze się wkurzamy na te sztuczne nieporozumienia, które powodują wzrost napięcia przed happy endem. I których można by uniknąć, gdyby ludzie normalnie ze sobą rozmawiali.

– Tak, to jest ten moment, w którym zawsze wołasz: „Po prostu mu to powiedz, głupia krowo!”.

– Ale w filmach zawsze coś staje bohaterom na przeszkodzie – zauważyła Leslie. – Pies przegryza kabel telefoniczny, podła rywalka nie przekazuje wiadomości, matka mówi, że córka wyprowadziła się do Kalifornii… no wiesz przecież! – Podała mi swoją szczotkę do włosów i obrzuciła badawczym spojrzeniem. – Słuchaj, im dłużej o tym myślę, tym mniej prawdopodobne wydaje mi się, że on mógł się w tobie nie zakochać.

Tak mi ulżyło, że aż zwilgotniały mi oczy.

– W takim przypadku i tak byłby draniem, ale… myślę, że mogłabym mu to wybaczyć.

– Ja też. – Leslie uśmiechnęła się do mnie promiennie. – Mam przy sobie wodoodporny tusz do rzęs i błyszczyk do ust. Chcesz?

To na pewno nie mogło mi zaszkodzić.

 

***

Z klasy wyszłyśmy prawie ostatnie. Byłam teraz w tak dobrym humorze, że Leslie czuła się w obowiązku trącić mnie łokciem w żebra.

– Naprawdę, nie chciałabym gasić twojego entuzjazmu, ale istnieje możliwość, że się mylimy. Bo naoglądałyśmy się komedii romantycznych.

– Tak, przecież wiem – zgodziłam się. – O, jest James.

Rozejrzałam się. Większość uczniów była już w drodze na dwór, a więc tylko nieliczni mogli się zdziwić, że rozmawiam z wnęką.

– Cześć, James!

– Dzień dobry, panno Gwendolyn.

Jak zawsze miał na sobie surdut w kwiaty, spodnie do kolan z mankietami i kremowe pończochy. Jego stopy tkwiły w brokatowych butach ze srebrnymi klamrami, a apaszka była tak misternie i fantazyjnie zawiązana, że na pewno nie mógł tego zrobić sam. Najdziwniejsza była jego peruka z lokami, a także puder na twarzy i przyklejone pieprzyki, które z niezrozumiałych dla mnie powodów nazywał „plasterkami urody”. Bez tego całego kramu i w rozsądnych ciuchach James prawdopodobnie wyglądałby całkiem nieźle.

– A gdzie byłeś dziś przed południem, Jamesie? Umawialiśmy się na drugą przerwę, nie pamiętasz?

James pokręcił głową.

– Nienawidzę tej gorączki. I nie lubię tego snu. – Tu wszystko jest takie… brzydkie! – Westchnął ciężko i wskazał na sufit. – Zadaję sobie pytanie, cóż to za profani zamalowali freski. Mój ojciec wydał na nie majątek. Bardzo lubię tę pasterkę w środku, jest nadzwyczajnie namalowana, choć moja mama zawsze mówi, że ma zbyt frywolny strój. – Ze smutkiem przyjrzał się najpierw mnie, a potem Leslie, dłużej zatrzymując wzrok na plisowanych spódniczkach naszych mundurków i na naszych kolanach. – Lecz gdyby moja matka wiedziała, jak ubrane będą osoby występujące w moich majakach, byłaby przerażona! Ja sam jestem przerażony! Nigdy w życiu nie pozwoliłbym sobie na tak zwyrodniałe fantazje.

James miał najwidoczniej wyjątkowo zły dzień.

Tymczasem Xemerius (którego James nienawidził!) postanowił zostać w domu, aby mieć oko na skarb i pana Bernharda, jak mi powiedział. Ja natomiast w skrytości ducha podejrzewałam, że chciał znowu popatrzeć na ciocię Maddy przy lekturze. To romansidło, które czytała, najwyraźniej bardzo mu się spodobało).

– Zwyrodniałe! Cóż to za szarmancki komplement, Jamesie – powiedziałam łagodnie.

Już dawno dałam sobie spokój z tłumaczeniem Jamesowi, że nie śni, tylko że od jakichś dwustu trzydziestu lat nie żyje. Chyba nikt nie lubi słuchać takich rzeczy.

– Przedtem doktor Barrow znowu upuścił mi krwi i nawet mogłem się napić parę łyków czegoś – mówił dalej. – Miałem nadzieję, że tym razem przyśni mi się coś innego, ale… no cóż, znowu tu jestem.

– I niech już tak zostanie – odezwałam się ciepło. – Bo bardzo bym za tobą tęskniła.

James zdobył się na uśmiech.

– No cóż, ja też bym skłamał, gdybym zaprzeczył temu, że w jakiś sposób wkradłaś się do mojego serca, pani. Czy będziemy teraz kontynuować naukę dobrych manier?

– Niestety, nie mamy czasu. Ale może jutro, dobrze? – Na schodach jeszcze się odwróciłam. – Och, Jamesie! W roku 1782, we wrześniu, jak nazywał się twój ulubiony koń?

Dwaj chłopcy, którzy pchali po korytarzu stół z rzutnikiem, nagle stanęli w miejscu.

– Mówisz do mnie? – spytali obaj jednocześnie, a Leslie parsknęła śmiechem.

– W zeszłym roku we wrześniu? – spytał James. – Hektor, oczywiście. Na zawsze pozostanie moim ulubionym koniem. Najcudowniejszy siwek, jakiego można sobie wyobrazić.

– A jaka jest twoja ulubiona potrawa?

Chłopcy z rzutnikiem gapili się na mnie, jakbym straciła rozum. James zmarszczył czoło.

– A cóż to za pytania? W tej chwili w ogóle nie mam apetytu.

– Och, to też może poczekać do jutra. Do widzenia, Jamesie.

– Nazywam się Finley – powiedział jeden z tych od rzutnika.

Drugi się uśmiechnął.

– A ja jestem Adam, ale co tam! Nie czepiam się szczegółów. Możesz mówić do mnie James.

– Truskawki! – zawołał za nami James. – Truskawki to moja absolutnie najbardziej ulubiona potrawa.

– O co chodzi? – spytała mnie Leslie, gdy szłyśmy na dół.

– Jeśli spotkam Jamesa na tym balu, ostrzegę go przed zarażeniem ospą – wyjaśniłam jej. – Dopiero co skończył dwadzieścia jeden lat. To za wcześnie, by umierać, nie sądzisz?

– Zastanawiam się, czy należy się w coś takiego mieszać – powiedziała Leslie. – No wiesz: los, przeznaczenie i takie tam.

– No tak, ale musi przecież istnieć jakiś powód, że ciągle straszy. Może moim przeznaczeniem jest mu pomóc?

– A po co ty właściwie idziesz na ten bal? – spytała Leslie.

Wzruszyłam ramionami.

– Rzekomo hrabia de Saint Germain tak postanowił w tych swoich kretyńskich Kronikach. Żeby mnie lepiej poznać czy coś w tym stylu.

– Czy coś w tym stylu – powtórzyła Leslie, unosząc brew.

Westchnęłam.

– Wszystko jedno. Bal odbywa się we wrześniu 1782 roku, ale James zachoruje dopiero w roku 1783. Jeśli zdołałabym go ostrzec, mógłby na przykład wyjechać na wieś, nim wybuchnie zaraza. Albo przynajmniej trzymać się z daleka od tego lorda Dingensa. Dlaczego tak szczerzysz zęby?

– Chcesz mu oświadczyć, że przybywasz z przyszłości i wiesz, że wkrótce zarazi się ospą? A na dowód powiesz mu, jak nazywa się jego ulubiony koń?

– Och… no tak, ten plan nie jest jeszcze doskonały.

– Lepsze byłoby szczepienie – zauważyła Leslie i popchnęła drzwi na szkolny dziedziniec. – Ale to chyba nie takie proste.

– Nie. Ale cóż jest dzisiaj proste? – Westchnęłam. – O, cholera!

Obok czekającej limuzyny, która jak co dzień miała mnie zawieźć do kwatery głównej Strażników, stała Charlotta. A to mogło oznaczać tylko jedno: będę znowu dręczona menuetem, dyganiem i oblężeniem Gibraltaru. Na balu w 1782 roku była to wiedza niezbędna, przynajmniej w opinii Strażników.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Bohaterka sztuki G.B. Shawa Pigmalion (wszystkie przypisy red.). [wróć]

2. Mignonne (fr.) – maleńka [wróć]