Trylogia czasu. Czerwień rubinu - Kerstin Gier

Trylogia czasu. Czerwień rubinu

0,0

Pierwszy tom bestsellerowej Trylogii Czasu. Nastoletnia Gwen odkrywa, że jest posiadaczką genu podróży w czasie. Przyjdzie jej się zmierzyć z zadaniami przekraczającymi jej epokę, a także... z miłością!

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Strona tytułowa

Spis treści

Prolog
1.
2.
3.
4.
5.
6.
7.
8.
9.
10.
11.
12.
13.
14.
15.
Epilog
Spis najważniejszych osób

Tytuł oryginału: Rubinrot

Copyright © 2009 by Arena Verlag GmbH, Würzburg, Germany www.arena-verlag.de
Cover illustration by Eva Schöffmann-Davidov © Arena Verlag GmbH, Würzburg
Copyright © 2017 for the Polish translation by Media Rodzina Sp. z o.o.
All rights reserved

Opracowanie polskiej wersji okładki
Andrzej Komendziński

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

W powieści wykorzystano fragmenty:
William Shakespeare, Sonety w tłum. Jana Kasprowicza
William Shakespeare, Hamlet, książę Danii w tłum. Stanisława Barańczaka

ISBN 978-83-8008-323-3

Media Rodzina Sp. z o.o.
ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań
tel. 61 827 08 60
mediarodzina@mediarodzina.pl
www.mediarodzina.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer firmy Elibri.

Dla łosia, delfina i sowy, które tak wiernie towarzyszyły mi podczas pisania, i dla pewnego małego czerwonego piętrowego autobusu, który przyniósł mi szczęście dokładnie we właściwym czasie.

Prolog

Hyde Park, Londyn
8 kwietnia 1912 roku

Dziewczyna osunęła się na kolana i wybuchnęła płaczem. Towarzyszący jej chłopak rozejrzał się wokół. Tak jak się spodziewał, o tej porze park był zupełnie pusty. Moda na jogging miała nadejść dopiero wiele lat później, a dla śpiących na parkowych ławkach włóczęgów przykrytych jedynie gazetami było zbyt zimno.

Ostrożnie owinął chronograf chusteczką i schował go do plecaka.

Jego towarzyszka klęczała wśród przekwitłych krokusów pod jednym z drzew na północnym brzegu jeziora Serpentine. Ramiona jej drżały, a ciałem wstrząsał szloch, który brzmiał jak rozpaczliwy jęk zranionego zwierzęcia.

Nie mógł tego znieść, ale z doświadczenia wiedział, że lepiej będzie zostawić ją w spokoju. Usiadł więc obok na wilgotnej od rosy trawie, zapatrzył się w gładką niczym lustro powierzchnię wody i czekał. Czekał na to, by ból, który prawdopodobnie już nigdy do końca jej nie opuści, nieco zelżał.

Czuł się zresztą tak samo jak ona, ale starał się jakoś trzymać. Nie powinna martwić się jeszcze o niego.

– Czy wynaleźli już chusteczki higieniczne? – Pociągnęła w końcu nosem i zwróciła ku niemu twarz mokrą od łez.

– Nie mam pojęcia – odparł. – Ale mogę ci zaoferować stylową chusteczkę z materiału, z monogramem.

– G.M. Czyżbyś ukradł ją Grace?

– Nie, sama mi ją dała. Możesz ją teraz zasmarkać, księżniczko.

Oddając mu chusteczkę, ściągnęła usta w krzywym uśmieszku.

– Jest teraz kompletnie do niczego. Przepraszam.

– Ach, co tam! W tych czasach wywiesza się je na słońcu, żeby wyschły, i używa jeszcze raz – powiedział. – Najważniejsze, że przestałaś płakać.

W jej oczach natychmiast znów pojawiły się łzy.

– Nie powinniśmy byli tak jej zostawiać. Przecież ona nas potrzebuje! Wcale nie wiemy, czy nasz podstęp się uda, i nie mamy szansy kiedykolwiek się tego dowiedzieć.

Jej słowa go zabolały.

– Martwi zdalibyśmy się jej na jeszcze mniej.

– Gdybyśmy mogli się gdzieś ukryć wraz z nią, gdzieś za granicą, pod fałszywym nazwiskiem, do chwili kiedy będzie wystarczająco duża…

Przerwał jej, energicznie potrząsając głową.

– Znaleźliby nas wszędzie, rozmawialiśmy już o tym tysiąc razy. Nie zostawiliśmy jej, wybraliśmy jedyne właściwe wyjście: umożliwiliśmy jej bezpieczne życie. Przynajmniej przez najbliższe szesnaście lat.

Przez chwilę milczała. Gdzieś w oddali zarżał koń, a od strony West Carriage Drive dobiegły jakieś głosy, chociaż była jeszcze noc.

– Wiem, że masz rację – powiedziała w końcu. – Ale boli mnie świadomość, że już nigdy jej nie zobaczymy.

Przeciągnęła dłonią po zapłakanych oczach.

– Przynajmniej nie będziemy się nudzić. Prędzej czy później wytropią nas również w tych czasach i naślą na nas Strażników. On nie zrezygnuje bez walki ani z chronografu, ani ze swoich planów.

Uśmiechnął się, widząc w jej oczach błysk zainteresowania, i wiedział już, że kryzys minął.

– Może jednak byliśmy sprytniejsi niż on, a może na koniec się okaże, że ten drugi chronograf nie działa. Wtedy już się nie wydostanie.

– Byłoby wspaniale. Ale jeśli mu się uda, tylko my będziemy mogli pokrzyżować jego plany.

– I choćby dlatego zrobiliśmy to, co do nas należało.

Wstał i otrzepał dżinsy.

– Chodź już! Ta przeklęta trawa jest wilgotna, a ty musisz o siebie dbać.

Pozwoliła, by podciągnął ją do góry i pocałował.

– I co teraz zrobimy? Znajdziemy kryjówkę dla chronografu?

Zerknęła niezdecydowanie na most oddzielający Hyde Park od Ogrodów Kensingtońskich.

– Tak. Ale najpierw opróżnimy skrytki Strażników i weźmiemy sobie pieniądze. A potem możemy pojechać pociągiem do Southampton. Stamtąd w środę wypływa w swój dziewiczy rejs Titanic.

Roześmiała się.

– Ach, więc tak rozumiesz dbanie o siebie! Ale i tak z tobą pojadę.

Był tak szczęśliwy, słysząc ponownie śmiech ukochanej, że natychmiast pocałował ją raz jeszcze.

– Pomyślałem sobie… Wiesz przecież, że kapitan na pełnym morzu ma prawo udzielić ślubu, prawda, księżniczko?

– Chcesz się ze mną ożenić? Na Titanicu? Zwariowałeś?

– To byłoby takie romantyczne!

– Owszem, gdyby nie ta góra lodowa!

Położyła mu głowę na piersi i wtuliła twarz w jego kurtkę.

– Tak bardzo cię kocham – wymruczała.

– Czy zostaniesz moją żoną?

– Tak – powiedziała, z twarzą ciągle ukrytą na jego piersi. – Ale tylko, jeśli wysiądziemy najpóźniej w Queenstown.

– Gotowa na kolejną przygodę, księżniczko?

– Gotowa, jeśli i ty jesteś gotów – odrzekła cicho.

Niekontrolowaną podróż w czasie zapowiadają, występujące z reguły kilka minut, czasem też kilka godzin czy nawet dni wcześniej, zawroty głowy, mdłości i niekiedy drżenie nóg. Wielu nosicieli genu mówi także o migrenopodobnych bólach głowy.

Pierwszy skok w czasie – nazywany również inicjacyjnym – ma miejsce między szesnastym a siedemnastym rokiem życia nosiciela genu.

Kroniki Strażników
Tom II, Zasady ogólne

1.

Pierwszy raz poczułam to w poniedziałek w południe w szkolnej stołówce. Przez moment ścisnęło mnie w brzuchu tak jak na górskiej kolejce, kiedy lecisz w dół z najwyżej położonego punktu. Trwało to tylko dwie sekundy, ale wystarczyło, żebym wywaliła sobie purée z sosem z talerza na mundurek. Sztućce z brzękiem upadły na podłogę, talerz udało mi się jeszcze przytrzymać.

– To i tak smakuje, jakby już raz było zbierane z podłogi – powiedziała moja przyjaciółka Leslie, podczas gdy ja usiłowałam uprzątnąć ten bałagan. Oczywiście wszyscy się na mnie gapili. – Jeśli chcesz, możesz sobie wysmarować bluzkę także moją porcją.

– Nie, dziękuję.

Góra od mundurka liceum Saint Lennox była wprawdzie przypadkiem tego samego koloru co purée z ziemniaków, ale plama i tak nieprzyjemnie kłuła w oczy. Zapięłam guziki granatowej bluzy, którą miałam na wierzchu.

– I co, mała Gwenny znowu bawi się jedzeniem? – odezwała się Cynthia Dale. – Tylko nie siadaj koło mnie, ofermo!

– W życiu nie usiadłabym koło ciebie z własnej woli, Cyn.

Niestety, małe wypadki z jedzeniem zdarzały mi się w szkole dość często. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu zielony kisiel wyleciał mi z aluminiowej foremki i wylądował dwa metry dalej w spaghetti carbonara jednego gościa z piątej klasy. Tydzień wcześniej wylał mi się sok wiśniowy i wszyscy przy stole wyglądali tak, jakby mieli ospę wietrzną. A ile razy zamoczyłam w sosie, soku czy mleku ten idiotyczny krawat, który był częścią mundurka, tego już nie zliczę.

Tyle że jeszcze nigdy dotąd mnie przy tym nie mdliło.

Chociaż pewnie tylko to sobie wmówiłam. Ostatnio w naszym domu po prostu za dużo się mówi o mdłościach.

Ale nie moich, tylko mojej kuzynki Charlotty, która, jak zwykle śliczna i perfekcyjna, siedziała obok Cynthii i jadła łyżką purée.

Cała rodzina czekała na to, żeby Charlottę zemdliło. W niektóre dni lady Arista – moja babka – dopytywała się co dziesięć minut, czy Charlotta coś czuje. Z przerw między tymi pytaniami korzystała ciotka Glenda, matka Charlotty, żeby zapytać dokładniusieńko o to samo.

I za każdym razem kiedy Charlotta odpowiadała przecząco, lady Arista ściągała usta, a ciotka Glenda wzdychała. Czasami także na odwrót.

Pozostali – mama, moja siostra Caroline, mój brat Nick i cioteczna babka Maddy – przewracali oczami. Oczywiście posiadanie w rodzinie nosiciela genu podróży w czasie było ekscytujące, ale z upływem lat wyraźnie spowszedniało. Czasami po prostu mieliśmy dosyć tego teatru, jaki urządzano wokół Charlotty.

Sama Charlotta zwykle ukrywała swoje emocje za tajemniczym uśmieszkiem w stylu Mony Lisy. Na jej miejscu też bym nie wiedziała, czy brakiem mdłości mam się cieszyć, czy raczej martwić. No, szczerze mówiąc, pewnie bym się cieszyła. Byłam raczej typem strachajły. Wolałam mieć spokój.

– To się wydarzy prędzej czy później – powtarzała codziennie lady Arista. – I wtedy musimy być przygotowani.

No i faktycznie wydarzyło się po obiedzie, na lekcji historii z panem Whitmanem. Ze stołówki wyszłam głodna. Jakby tego wszystkiego było mało, w deserze – kompot z agrestu i pudding waniliowy – znalazłam czarny włos i nie byłam pewna, czy jest to mój włos, czy może kucharki. Tak czy owak, apetyt mi przeszedł.

Pan Whitman oddał nam klasówkę, którą pisaliśmy w zeszłym tygodniu.

– Widzę, że dobrze się przygotowaliście. Szczególnie Charlotta. Szóstka z plusem.

Charlotta odgarnęła z twarzy jeden ze swoich lśniących rudych kosmyków.

– Och – powiedziała, jakby wynik był dla niej zaskoczeniem, a przecież zawsze i ze wszystkiego dostawała najlepsze stopnie.

Ale także Leslie i ja mogłyśmy tym razem być zadowolone. Obie dostałyśmy szóstki z minusem, choć nasze przygotowanie polegało na obejrzeniu na DVD filmu o królowej Elżbiecie z Cate Blanchett i podjadaniu przy tym chipsów i lodów. Tyle że na historii zawsze uważałyśmy, co na innych przedmiotach niestety rzadziej się zdarzało.

Lekcje pana Whitmana były po prostu tak ciekawe, że nie dało się inaczej, jak tylko słuchać. Sam pan Whitman też był bardzo interesujący. Kochała się w nim, skrycie lub otwarcie, większość dziewczyn. Pani Counter, nauczycielka geografii, również. Gdy pan Whitman przechodził obok niej, zawsze czerwieniała jak burak. Ale rzeczywiście wyglądał zabójczo, co do tego wszystkie byłyśmy zgodne. To znaczy wszystkie prócz Leslie. Jej zdaniem pan Whitman przypominał wiewiórkę z kreskówki.

„Za każdym razem kiedy spogląda na mnie tymi wielkimi brązowymi oczami, mam ochotę dać mu orzecha” – powiedziała kiedyś. Doszła nawet do tego, że namolne wiewiórki w parku nazywała „panami Whitmanami”. I co zabawne, było to zaraźliwe i ja też zaczęłam mówić: „Zobacz tylko, taki grubiutki, mały pan Whitman, jaki śliczny!”, widząc zbliżającą się do nas w podskokach wiewiórkę.

Przez tę historię z wiewiórkami Leslie i ja byłyśmy z całą pewnością jedynymi dziewczynami w klasie, które nie durzyły się w panu Whitmanie. Ja wprawdzie od czasu do czasu próbowałam (choćby dlatego, że chłopcy w naszej klasie byli w sumie jeszcze dzieciakami), ale na nic się to nie zdawało, bo porównanie z wiewiórką nieodwołalnie zagnieździło się w mojej głowie. A jak tu pałać romantycznym uczuciem do wiewiórki?

Cynthia rozpuściła pogłoskę, że pan Whitman w czasie studiów pracował jako model. Na dowód wycięła z ilustrowanego pisma stronę z reklamą, na której mężczyzna, dość podobny do pana Whitmana, namydlał się żelem pod prysznic.

Prócz Cynthii nikt nie wierzył, że to pan Whitman jest tym facetem od żelu. Bo tamten miał dołek w podbródku, a pan Whitman nie.

Chłopakom z klasy pan Whitman niezbyt się podobał. A Gordon Gelderman wręcz go nie znosił. Bo zanim pan Whitman trafił do naszej szkoły, wszystkie dziewczyny z naszej klasy kochały się w Gordonie. Ja też, muszę się niestety do tego przyznać, ale miałam wtedy jedenaście lat, a Gordon był całkiem ładny. Teraz, w wieku szesnastu lat, był już tylko głupi. A od dwóch lat przechodził nieustającą mutację. Niestety, piski na przemian z buczeniem nie powstrzymywały go od ciągłego wygadywania głupot.

Strasznie się zdenerwował pałą z klasówki.

– To jest dyskryminacja, proszę pana. Zasłużyłem co najmniej na czwórkę. Nie może mi pan stawiać złych stopni tylko dlatego, że jestem chłopakiem.

Pan Whitman wyjął klasówkę z rąk Gordona i przewrócił stronę.

– „Elżbieta I była tak okropnie brzydka, że nie mogła znaleźć męża. Dlatego wszyscy nazywali ją brzydką dziewicą” – odczytał na głos.

Klasa zachichotała.

– No i co? Przecież to prawda – bronił się Gordon. – Wyłupiaste oczy, zaciśnięte usta, a już na pewno kretyńska fryzura.

Musieliśmy gruntownie przestudiować malowidła przedstawiające Tudorów w National Portrait Gallery i faktycznie, na tych obrazach Elżbieta I nie bardzo przypominała Cate Blanchett. Ale po pierwsze, w tamtych czasach uważano wąskie usta i spiczaste nosy za bardzo szykowne, a po drugie, ciuchy były naprawdę super. Po trzecie, Elżbieta I nie miała wprawdzie męża, ale miała za to masę romansów – między innymi z tym… no, jakżeż on się nazywał? W filmie grał go Clive Owen.

– To ona sama nazywała siebie Królową Dziewicą – wyjaśnił Gordonowi pan Whitman. – A to dlatego, że… – urwał. – Charlotto, źle się czujesz? Boli cię głowa?

Wszyscy spojrzeli na Charlottę, która obiema rękami trzymała się za głowę.

– Tylko mnie… mdli – powiedziała i spojrzała na mnie. – Wszystko wokół wiruje.

Wzięłam głęboki oddech. A więc stało się. Babcia będzie zachwycona. A co dopiero ciotka Glenda.

– Suuuper – szepnęła Leslie obok mnie. – Czy teraz stanie się przezroczysta?

Choć lady Arista od najmłodszych lat nam wpajała, byśmy pod żadnym pozorem nie rozmawiali o tym, co dzieje się w naszej rodzinie, sama podjęłam decyzję, by dla Leslie zakaz ten złamać. W końcu była moją najlepszą przyjaciółką, a najlepsze przyjaciółki nie mają przed sobą tajemnic.

Charlotta po raz pierwszy, odkąd ją znałam (co, ściśle biorąc, oznaczało całe moje życie), sprawiała wrażenie niemal bezradnej. Ja za to wiedziałam, co mam robić. Ciotka Glenda wystarczająco wiele razy mi to powtarzała.

– Zaprowadzę Charlottę do domu – zwróciłam się do pana Whitmana i wstałam. – Jeśli się pan zgodzi.

Wzrok pana Whitmana w dalszym ciągu spoczywał na Charlotcie.

– Uważam, że to dobry pomysł, Gwendolyn – powiedział. – Życzę ci powrotu do zdrowia, Charlotto.

– Dziękuję – odrzekła Charlotta.

W drodze do drzwi zataczała się lekko.

– Idziesz, Gwenny?

Pospiesznie ujęłam ją za ramię. Po raz pierwszy w obecności Charlotty poczułam się ważna. To było miłe, dla odmiany poczuć się komuś potrzebną.

– Koniecznie do mnie zadzwoń i wszystko mi opowiedz – szepnęła mi jeszcze Leslie.

Za drzwiami Charlotta odzyskała zwykłą energię. Oczywiście chciała jeszcze zabrać z szafki swoje rzeczy.

Przytrzymałam jej ramię.

– Zostaw to, Charlotto. Musimy jak najszybciej znaleźć się w domu. Lady Arista powiedziała…

– Już mi przeszło – powiedziała Charlotta.

– No i co z tego? To się może zdarzyć w każdej chwili.

Charlotta dała się pociągnąć w drugą stronę.

– Gdzie ja mam kredę? – Idąc, grzebałam w kieszeni kurtki. – O, tu jest. I komórka. Mam zadzwonić do domu? Boisz się? Och, głupie pytanie, przepraszam. Jestem zdenerwowana.

– Już dobrze. Nie boję się.

Spojrzałam na nią z boku, chcąc sprawdzić, czy nie kłamie. Przywdziała swój zamyślony uśmieszek Mony Lisy i nie było widać, jakie kryją się za nim uczucia.

– Mam zadzwonić do domu?

– A co to da? – odpowiedziała pytaniem Charlotta.

– Pomyślałam tylko…

– Myślenie możesz spokojnie pozostawić mnie – burknęła.

Ramię w ramię zbiegłyśmy po schodach, w kierunku wnęki, w której zawsze siedział James. Natychmiast wstał, kiedy nas zobaczył, ale ja tylko się do niego uśmiechnęłam. Problem z Jamesem polegał na tym, że oprócz mnie nikt go nie widział ani nie słyszał.

James był duchem. Dlatego unikałam rozmów z nim, kiedy nie byłam sama. Wyjątek robiłam tylko dla Leslie. Ona nawet przez sekundę nie wątpiła w istnienie Jamesa. Leslie zawsze mi wierzyła i to był jeden z powodów, dla których była moją najlepszą przyjaciółką. Strasznie żałowała, że nie może zobaczyć ani usłyszeć Jamesa.

A ja się właściwie z tego cieszyłam, bo pierwsze słowa, jakie na jej widok powiedział James, brzmiały: „Boże w niebiesiech! To biedne dziecko ma więcej piegów, niż jest gwiazd na niebie! Jeśli jak najszybciej nie zacznie smarować się dobrym płynem wybielającym, nigdy nie znajdzie sobie męża!”.

„Zapytaj go, czy może gdzieś nie zakopał skarbu?” – Tak natomiast brzmiało pierwsze pytanie Leslie, kiedy ich sobie przedstawiłam.

Niestety, James nigdzie nie zakopał skarbu. Był dość urażony, że Leslie go o to posądziła. Był też zawsze urażony, gdy zachowywałam się tak, jakbym go nie widziała. W ogóle bardzo łatwo się obrażał.

„Czy on jest przezroczysty? – spytała Leslie podczas tego pierwszego spotkania. – A może czarno-biały?”.

Nie, James właściwie wyglądał zupełnie normalnie. Z wyjątkiem ciuchów, rzecz jasna.

„Możesz przez niego przejść na wskroś?”.

„Nie wiem, nigdy nie próbowałam”.

„To spróbuj” – zaproponowała Leslie.

Ale James nie zamierzał pozwolić na to, żebym przez niego przeszła.

„Co to ma znaczyć: duch?! – obruszył się. – James August Peregrin Pimplebottom, spadkobierca czternastego hrabiego Hardsdale, nie pozwoli się obrażać nawet małym dziewczynkom”.

Podobnie jak wiele duchów nie chciał przyjąć do wiadomości, że nie jest już człowiekiem. Po prostu nie pamiętał, że umarł. Znaliśmy się już od pięciu lat, od mojego pierwszego dnia w liceum Saint Lennox, ale Jamesowi się zdawało, że zaledwie parę dni temu grał z przyjaciółmi w karty i plótł androny o koniach, sztucznych pieprzykach i perukach (nosił jedne i drugie, pieprzyki i peruki, choć wyglądało to lepiej, niż teraz brzmi). To, że od początku naszej znajomości urosłam dwadzieścia centymetrów, że pozbyłam się aparatu na zębach i dorobiłam biustu, rozmyślnie ignorował. Podobnie jak fakt, że miejski pałac jego ojca przerobiono na prywatną szkołę, z bieżącą wodą, światłem elektrycznym i centralnym ogrzewaniem. Jedynym, co zdawał się od czasu do czasu rejestrować, była długość spódniczek szkolnych mundurków. Najwyraźniej widok damskich łydek i kostek należał w jego czasach do rzadkości.

– To niezbyt uprzejmie ze strony damy nie ukłonić się komuś wyżej postawionemu, panno Gwendolyn – zawołał teraz, znowu porządnie wkurzony, bo nie zwróciłam na niego uwagi.

– Wybacz. Spieszymy się – powiedziałam.

– Jeśli mógłbym w jakiś sposób być pomocny, jestem do dyspozycji. – James wygładził sobie koronkowe mankiety.

– Wielkie dzięki, ale nie. Musimy szybko znaleźć się w domu. – Tak jakby James mógł być nam w czymkolwiek pomocny! Nawet nie potrafił otworzyć drzwi. – Charlotta źle się czuje.

– Och, bardzo mi przykro – odrzekł James, który miał słabość do Charlotty. Uważał, że moja kuzynka, w przeciwieństwie do „pieguski bez manier”, jak zwykł nazywać Leslie, jest „zniewalająca i obdarzona czarującym wdziękiem”. Dzisiaj też zasypał ją pochlebstwami. – Proszę, przekaż jej moje najlepsze życzenia. I powiedz jej, że dziś znowu wygląda zachwycająco. Nieco blado, ale uroczo niczym nimfa.

– Powiem.

– Przestań rozmawiać ze swoim wyimaginowanym przyjacielem – odezwała się Charlotta. – Bo w końcu wylądujesz w domu wariatów.

No dobra, to jej nie powiem. I bez tego jest wystarczająco zarozumiała.

– James nie jest wyimaginowany, on jest niewidzialny. To chyba wielka różnica!

– Skoro tak twierdzisz – mruknęła Charlotta.

Obie z ciotką Glendą były zdania, że wymyśliłam Jamesa i inne duchy, aby pokazać, jaka jestem ważna. Żałowałam, że im o tym kiedyś powiedziałam. Ale gdy byłam mała, nie umiałam nie mówić o gargulcach, które ożywały i na moich oczach tańczyły na tle fasad domów, i stroiły do mnie miny. Gargulce były zabawne, ale widziałam też okropne, mroczne sylwetki duchów, które wzbudzały we mnie strach. Upłynęło kilka lat, zanim pojęłam, że duch nie może mi nic zrobić. Jedyne, co duch może zrobić, to napędzić człowiekowi stracha.

Oczywiście nie James. On był zupełnie niegroźny.

– Zdaniem Leslie to dobrze, że James umarł tak młodo. Z nazwiskiem Pimplebottom i tak nie znalazłby sobie żony – powiedziałam, upewniwszy się najpierw, że James już nas nie słyszy. – No bo kto chciałby nosić nazwisko Pryszczaty Tyłek? To okropne!

Charlotta przewróciła oczami.

– Tak czy owak, wcale nie wygląda źle – ciągnęłam. – I jest obrzydliwie bogaty, o ile można mu wierzyć. Tylko ten jego zwyczaj nieustannego podtykania sobie pod nos wyperfumowanej koronkowej chusteczki jest mało męski.

– Jaka szkoda, że nikt prócz ciebie nie może go podziwiać – powiedziała Charlotta.

Też byłam tego zdania.

– I jak to głupio, że rozpowiadasz o swoich dziwactwach poza rodziną – dodała.

To był znowu taki typowy dla Charlotty cios poniżej pasa. Miał mnie zaboleć i niestety zabolał.

– Nie jestem dziwaczką!

– Oczywiście, że jesteś!

– I kto to mówi? Ty, nosicielka genu?

– Ale nie paplam o tym na prawo i lewo – zauważyła Charlotta. – A ty zachowujesz się zupełnie jak stuknięta ciotka Maddy. Ona nawet mleczarzowi opowiada swoje wizje.

– Jesteś bezczelna.

– A ty naiwna.

Kłócąc się, przemierzyłyśmy hol, minęłyśmy przeszkloną kanciapę szkolnego konserwatora i wyszłyśmy na dziedziniec. Wiał wiatr, a niebo wyglądało tak, jakby zaraz miał lunąć deszcz. Żałowałam, że nie zabrałam naszych rzeczy z szafek. Płaszcz by się teraz przydał.

– Przepraszam cię za to porównanie z ciotką Maddy. – W głosie Charlotty zabrzmiała nuta skruchy. – Chyba jestem trochę podekscytowana.

Zaskoczyła mnie. Dotąd nigdy nie przepraszała.

– Rozumiem – powiedziałam szybko. Niech wie, że potrafię docenić jej przeprosiny. W rzeczywistości o zrozumieniu nie mogło być nawet mowy. Na jej miejscu trzęsłabym się ze strachu. Wprawdzie też byłabym podekscytowana, ale mniej więcej tak jak w czasie wizyty u dentysty. – Poza tym lubię ciotkę Maddy.

To była prawda. Cioteczna babka Maddy była wprawdzie odrobinę gadatliwa i miała skłonność do powtarzania wszystkiego po cztery razy, ale zdecydowanie wolałam to niż wielce tajemnicze miny pozostałych. Poza tym ciotka zawsze szczodrze rozdzielała między nas cytrynowe cukierki. Ale Charlotta miała w nosie cytrynowe cukierki.

Przeszłyśmy przez ulicę i dalej szybko podążałyśmy chodnikiem.

– Nie zezuj tak na mnie – burknęła Charlotta. – Zauważysz, kiedy zniknę. Wtedy narysujesz kredą ten swój durny krzyżyk i polecisz do domu. Ale to się wcale nie wydarzy, nie dziś.

– A skąd to możesz wiedzieć? Jesteś ciekawa, gdzie wylądujesz? To znaczy kiedy?

– Oczywiście.

– Miejmy nadzieję, że nie w środku wielkiego pożaru w 1664 roku.

– Wielki pożar Londynu miał miejsce w 1666 roku – powiedziała Charlotta. – Doprawdy, łatwo to zapamiętać. Poza tym ta część miasta nie była wtedy zbytnio zabudowana, a więc nic się tu nie paliło.

Mówiłam już, że Charlotta na drugie i trzecie imię miała „Ponura” i „Przemądrzała”?

Nie odpuszczałam jednak. Może i było to bezczelne, ale chciałam, choć na krótką chwilę, zetrzeć jej z twarzy ten durnowaty uśmieszek.

– Te mundurki pewnie palą się jak słoma – zauważyłam mimochodem.

– Wiedziałabym, co robić – rzuciła krótko Charlotta, nie przestając się uśmiechać.

Nie miałam innego wyjścia, jak tylko podziwiać jej opanowanie. Mnie wizja nagłego wylądowania w przeszłości po prostu przerażała.

Nieważne, w jakich czasach, przecież dawniej zawsze było okropnie. Co parę lat wybuchała jakaś wojna albo ospa czy inna zaraza, wystarczyło powiedzieć jedno niewłaściwe słowo, a już ogłaszali cię czarownicą i palili na stosie. Poza tym były tylko zwyczajne wychodki, wszyscy ludzie mieli pchły, a rankiem opróżniali zawartość nocników przez okna, nie zważając, czy ktoś nie idzie ulicą.

Charlottę przez całe życie przygotowywano do tego, by umiała odnaleźć się w przeszłości. Nigdy nie miała czasu na zabawę, na koleżanki, na chodzenie po sklepach, na kino czy chłopaków. Zamiast tego pobierała lekcje tańca, fechtunku i jazdy konnej, uczyła się języków i historii. Poza tym od roku w każdą środę po południu wyjeżdżała dokądś z lady Aristą i ciotką Glendą i wracały dopiero późnym wieczorem. Nazywały to „nauką misteriów”. Jednak nikt nie chciał nam powiedzieć, co to są za misteria, a już najmniej sama Charlotta.

„To jest tajemnica” – tak prawdopodobnie brzmiało pierwsze zdanie, które płynnie wypowiedziała. I zaraz potem: „To nie wasza sprawa”.

Leslie zawsze mówiła, że nasza rodzina ma pewnie więcej tajemnic niż wywiad brytyjski w całej swojej historii. Bardzo możliwe, że miała rację.

Zwykle wracałyśmy do domu autobusem, przystanek linii numer 8 znajdował się przy Berkeley Square, a stamtąd do naszego domu było już niedaleko. Dziś te cztery przystanki pokonałyśmy pieszo, zgodnie z zarządzeniem ciotki Glendy. Przez całą drogę ściskałam w dłoni kawałek kredy, ale Charlotta ciągle była obok mnie.

Kiedy wspięłyśmy się na schody przed drzwiami wejściowymi, byłam niemal rozczarowana. Tu bowiem kończył się mój udział w całej tej historii. Odtąd sprawę miała przejąć moja babka.

Pociągnęłam Charlottę za rękaw.

– Zobacz! Ten człowiek w czerni znowu tu jest.

– No i co z tego? – Charlotta nawet nie spojrzała.

Mężczyzna stał naprzeciwko, przed wejściem do domu pod numerem 18. Jak zawsze miał na sobie czarny płaszcz i kapelusz zsunięty na oczy. Myślałam, że jest duchem, dopóki się nie zorientowałam, że moje rodzeństwo i Leslie też go widzą.

Od miesięcy na okrągło obserwował nasz dom. Możliwe, że tych mężczyzn było więcej, że się zmieniali i że wyglądali tak samo. Sprzeczaliśmy się, czy są włamywaczami na przeszpiegach, prywatnymi detektywami czy złymi czarownikami. O tym ostatnim święcie przekonana była moja siostra Caroline. Miała dziewięć lat i uwielbiała historie o złych czarownikach i dobrych wróżkach. Mój brat Nick miał dwanaście lat i uważał historie o czarownikach i wróżkach za głupoty, dlatego obstawiał włamywaczy. Leslie i ja byłyśmy za prywatnymi detektywami.

Jednak kiedy przechodziliśmy na drugą stronę, aby przyjrzeć się temu człowiekowi z bliska, on albo znikał w domu, albo wsiadał do czarnego bentleya zaparkowanego przy krawężniku i odjeżdżał.

„To czarodziejski samochód – twierdziła Caroline. – Kiedy nikt nie patrzy, zamienia się w kruka. A ten mężczyzna w czerni staje się bardzo maleńkim ludzikiem i wznosi się na jego grzbiecie w przestworza”.

Nick zapisał sobie numery rejestracyjne bentleya, na wszelki wypadek. „Chociaż po skoku na pewno przemalują go na inny kolor i założą nowe tablice rejestracyjne” – powiedział.

Dorośli zachowywali się tak, jakby nie widzieli niczego podejrzanego w tym, że ubrany na czarno mężczyzna w kapeluszu obserwuje ich dzień i noc.

Charlotta również. „Czego się czepiacie tego biednego człowieka? – mówiła. – On tam po prostu pali papierosa, to wszystko”.

No jasne! Już raczej skłonna byłam uwierzyć w wersję z zaczarowanym krukiem.

Zaczęło padać. Dobrze, że dopiero teraz.

– Może przynajmniej znowu jest ci niedobrze? – zapytałam, kiedy czekałyśmy, aż otworzą nam drzwi, bo nie miałyśmy swoich kluczy.

– Nie rób takiej afery – powiedziała Charlotta. – Zdarzy się, kiedy będzie się miało zdarzyć.

Drzwi otworzył nam pan Bernhard. Leslie uważała, że pan Bernhard jest naszym lokajem i stanowi ostateczny dowód na to, że jesteśmy prawie tak bogaci jak królowa albo Madonna. Nie wiedziałam dokładnie, kim lub czym jest pan Bernhard. Dla mojej mamy był „powiernikiem babki”, a sama babka nazywała go „starym przyjacielem rodziny”. Dla mnie i mojego rodzeństwa był po prostu „tajemniczym służącym lady Aristy”.

Na nasz widok uniósł brwi.

– Dzień dobry panu – powiedziałam. – Paskudna pogoda, nieprawdaż?

– Absolutnie paskudna.

Z tym swoim haczykowatym nosem i brązowymi oczami, które patrzyły zza okrągłych złotych okularów, pan Bernhard przypominał mi zawsze sowę, a ściślej: puchacza.

– Wychodząc z domu, należy koniecznie włożyć płaszcz.

– Ehm, zapewne należy – zgodziłam się.

– Gdzie jest lady Arista? – spytała Charlotta.

Nigdy nie była nadmiernie uprzejma wobec pana Bernharda. Może dlatego, że w przeciwieństwie do reszty dzieci nigdy nie czuła przed nim żadnego respektu. Pan Bernhard miał przerażającą zdolność nagłego wyłaniania się znikąd w każdym zakątku domu. Poruszał się przy tym cicho jak kot. Zdawało się, że nic nie ujdzie jego uwagi – niezależnie od pory dnia czy nocy on był obecny zawsze.

Pan Bernhard mieszkał w naszym domu, jeszcze zanim się urodziłam, a moja mama mówiła, że mieszkał nawet wtedy, kiedy ona była małą dziewczynką. Dlatego pan Bernhard miał prawdopodobnie tyle lat co lady Arista, choć może na tyle nie wyglądał. Zajmował apartament na drugim piętrze, a wchodziło się tam przez oddzielny korytarz schodami z pierwszego piętra. Nawet progu tego korytarza nie wolno nam było przestąpić.

Mój brat utrzymywał, że pan Bernhard zamontował tam drzwi spustowe i różne inne cuda, by odciąć drogę nieproszonym gościom. Nie miał na to jednak żadnego dowodu. Żadne z nas nigdy nie odważyło się zapuścić w ten korytarz.

„Pan Bernhard potrzebuje prywatności” – powtarzała często lady Arista.

„Tak, tak, to by się przydało każdemu z nas” – mówiła wtedy mama, ale tak cicho, że lady Arista tego nie słyszała.

– Wasza babcia jest w pokoju muzycznym – poinformował Charlottę pan Bernhard.

– Dziękuję.

Charlotta zostawiła nas przy drzwiach i pobiegła na górę. Pokój muzyczny znajdował się na pierwszym piętrze i nikt nie wiedział, dlaczego go tak nazwano. Nie było tam nawet fortepianu.

Było to ulubione pomieszczenie lady Aristy i ciotecznej babki Maddy. W powietrzu unosiła się woń fiołkowych perfum i dymu z cygaretek lady Aristy. Wietrzono tu o wiele za rzadko. Po dłuższym pobycie w tym pokoju robiło się człowiekowi niedobrze.

Pan Bernhard zamknął drzwi wejściowe, ale zdążyłam jeszcze szybko zerknąć na drugą stronę ulicy. Mężczyzna w kapeluszu ciągle tam stał. Czy mi się zdawało, czy właśnie podniósł rękę, jakby do kogoś machał? Może do pana Bernharda, a może do mnie…?

Drzwi się zatrzasnęły, a ja nie zdołałam dokończyć tej myśli, bo nagle w żołądku znowu odezwało się tamto uczucie z górskiej kolejki. Wszystko rozmyło mi się przed oczami. Kolana ugięły się pode mną i musiałam oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść.

Po chwili jednak wszystko minęło.

Serce biło mi jak oszalałe. Coś było ze mną nie tak. Bez górskiej kolejki człowiekowi nie robi się przecież niedobrze dwa razy w ciągu dwóch godzin.

A może… ach, co za bzdury! Prawdopodobnie za szybko rosłam. A może miałam… hmmm… guza mózgu? Albo po prostu byłam głodna?

Tak, pewnie o to chodziło. Od śniadania nic nie jadłam, bo obiad wylądował na mojej bluzce. Odetchnęłam z ulgą.

Dopiero teraz spostrzegłam, że sowie oczy pana Bernharda przyglądają mi się z uwagą.

– Uwaga! – powiedział poniewczasie.

Czułam, jak oblewam się rumieńcem.

– To ja już pójdę… odrabiać lekcje.

Pan Bernhard z całkowitą obojętnością skinął głową. Ale idąc w górę po schodach, czułam na plecach jego wzrok.

Kroniki Strażników
10 października 1994 roku

Powrót z Durham, gdzie byłem w odwiedzinach u najmłodszej córki lorda Montrose, Grace Shepherd, która ku zaskoczeniu wszystkich już przedwczoraj wydała na świat córkę. Wszyscy cieszymy się z narodzin

Gwendolyn Sophie Elisabeth Shepherd
2460 g, 52 cm

Matka i dziecko czują się dobrze.
Najserdeczniejsze gratulacje dla Wielkiego Mistrza z okazji narodzin jego piątej wnuczki.

Raport: Thomas George, Krąg Wewnętrzny

2.

Leslie nazywała nasz dom „wytwornym pałacem” ze względu na dużą liczbę pokoi, malowidła, boazerie i antyki. Podejrzewała, że za każdą ścianą znajduje się tajne przejście, a w każdej szafie jest przynajmniej jedna skrytka. Kiedy byłyśmy młodsze, zawsze gdy mnie odwiedzała, wybierałyśmy się na wyprawę po domu. To, że surowo zabraniano nam węszenia po kątach, sprawiało, że te wędrówki były jeszcze bardziej ekscytujące. Wypracowywałyśmy coraz zmyślniejsze strategie, żeby nas nie przyłapano. Z biegiem czasu rzeczywiście znalazłyśmy kilka skrytek, a nawet jedne tajemne drzwi. Znajdowały się na klatce schodowej, za obrazem przedstawiającym brodatego otyłego mężczyznę na koniu, z obnażoną szpadą i ponurym spojrzeniem.

Ów ponury mężczyzna był, według informacji ciotecznej babki Maddy, moim praprapradziadkiem o imieniu Hugh, a jego kasztanka nosiła imię Gruba Andzia. Przejście za obrazem prowadziło wprawdzie tylko kilka schodków w dół, do łazienki, ale i tak na swój sposób było tajemne.

„Ale z ciebie szczęściara, że możesz tu mieszkać” – powtarzała zawsze Leslie.

Moim zdaniem to raczej Leslie była szczęściarą. Mieszkała z mamą, tatą i kudłatym psem o imieniu Bertie w przytulnej szeregówce w północnym Kensington. Nie było tam żadnych tajemnic, żadnych niezwykłych służących i żadnych wkurzających krewnych.

Dawniej my też mieszkaliśmy w takim domu, mama, tato, moje rodzeństwo i ja, w małym domu w Durham w północnej Anglii. Ale potem tato umarł. Moja siostra miała wtedy pół roku i mama wraz z nami przeniosła się do Londynu, pewnie dlatego, że czuła się samotna. Być może również nie starczało jej pieniędzy.

Mama dorastała w tym domu razem ze swoim rodzeństwem, Glendą i Harrym. Tylko wuj Harry nie mieszkał w Londynie – wraz z żoną osiadł w Gloucestershire.

Na początku ten dom mnie też, tak jak Leslie, wydawał się pałacem. Ale kiedy trzeba dzielić pałac z liczną rodziną, po pewnym czasie przestaje się wydawać aż taki wielki. Poza tym była w nim masa niepotrzebnych pomieszczeń, takich jak sala balowa na parterze, ciągnąca się przez całą szerokość domu.

Świetnie by się tu jeździło na deskorolce, ale to było zabronione. Sala była piękna, miała wysokie okna, sztukaterie na suficie i żyrandole, ale za mojego życia nie odbył się tu żaden bal ani nawet większa uroczystość czy impreza.

W tej sali balowej odbywały się jedynie lekcje tańca Charlotty i jej nauka fechtunku. Antresola dla muzyków, na którą wchodziło się z holu po schodach, była zbędna niczym koklusz. Może przydawała się tylko Caroline i jej przyjaciółkom, które w czasie zabawy w chowanego anektowały ciemne kąty pod schodami prowadzącymi stąd na pierwsze piętro.

Na pierwszym piętrze znajdował się wspomniany już pokój muzyczny, poza tym pokoje lady Aristy i ciotecznej babki Maddy, łazienka (ta z tajemnymi drzwiami) oraz jadalnia, w której co wieczór o wpół do ósmej cała rodzina musiała gromadzić się przy kolacji. Między jadalnią a kuchnią, położoną dokładnie pod nią, kursowała staromodna winda, którą dla zabawy wozili się w górę i w dół Nick i Caroline, choć oczywiście było to surowo zabronione. Leslie i ja też to wcześniej robiłyśmy, potem jednak niestety przestałyśmy się do niej mieścić.

Na drugim piętrze znajdowało się mieszkanie pana Bernharda, gabinet mojego zmarłego dziadka, lorda Montrose, i ogromna biblioteka. Na tym piętrze, za rogiem, był także pokój Charlotty, z wykuszem, którym chętnie się pyszniła. Jej matka zajmowała salon i sypialnię z oknami wychodzącymi na ulicę.

Ciotka Glenda rozwiodła się z ojcem Charlotty, który wraz z nową żoną mieszkał gdzieś w hrabstwie Kent. Prócz pana Bernharda w domu nie było więc żadnego innego mężczyzny, chyba że za mężczyznę uznać mojego brata. Zwierząt domowych też nie było, choć usilnie o nie błagaliśmy. Lady Arista nie lubiła zwierząt, a ciotka Glenda miała uczulenie na wszystko, co było porośnięte sierścią.

Moja mama, moje rodzeństwo i ja mieszkaliśmy na trzecim piętrze, na poddaszu z licznymi skosami; były tam jednak również dwa małe balkony. Każde z nas zajmowało niewielki pokoik, a Charlotta zazdrościła nam dużej łazienki, bo ta na drugim piętrze nie miała okna, nasza zaś miała aż dwa. Ale ja lubiłam przebywać na naszym piętrze również dlatego, że mama, Nick, Caroline i ja byliśmy tu w swoim gronie, co w tym domu wariatów bywało czasem prawdziwym dobrodziejstwem.

Wadą natomiast była ogromna odległość od kuchni, co znów uświadomiłam sobie z przykrością, docierając na górę. Trzeba było wziąć choćby jabłko. A tak musiałam zadowolić się maślanymi herbatnikami z zapasów, które mama zgromadziła w kredensie.

Z czystej obawy przed powrotem mdłości zjadłam aż jedenaście herbatników. Zdjęłam buty i kurtkę i wyciągnęłam się na sofie w szwalni.

Dziś wszystko było jakieś dziwne. To znaczy jeszcze dziwniejsze niż zwykle.

Była dopiero druga. Zanim będę mogła zadzwonić do Leslie i pogadać z nią o moich problemach, upłynie co najmniej półtorej godziny. Rodzeństwo też nie wróci ze szkoły przed czwartą, a mama kończy pracę dopiero koło piątej. Zwykle uwielbiałam być sama w domu. Mogłam się w spokoju wykąpać i nikt nie dobijał się w tym czasie do łazienki, chcąc skorzystać z toalety. Mogłam nastawić muzykę i głośno śpiewać sobie do niej. I mogłam oglądać w telewizji, co chciałam, i nikt nie jęczał mi nad uchem, że „zaraz będzie SpongeBob Kanciastoporty”.

Ale dziś na żadną z tych rzeczy nie miałam ochoty. Nawet nie chciało mi się zdrzemnąć. Wręcz przeciwnie, sofa – zwykle miejsce niedoścignionego poczucia bezpieczeństwa – wydawała mi się teraz chwiejną tratwą na rwącej rzece. Bałam się, że wraz ze mną popłynie w dal, kiedy tylko zamknę oczy.

Aby pozbyć się tych natrętnych myśli, wstałam i zaczęłam trochę porządkować szwalnię. Była ona czymś w rodzaju naszego nieoficjalnego salonu, bo szczęśliwym trafem ani ciotki, ani moja babka niczego nie szyły i dlatego nadzwyczaj rzadko pojawiały się na trzecim piętrze. Zresztą brakowało tu nawet maszyny do szycia. Za to ze szwalni prowadziły na dach wąskie schody. Przeznaczone były wyłącznie dla kominiarza, ale Leslie i ja wybrałyśmy sobie dach na jedną z naszych ulubionych kryjówek. Rozciągał się stamtąd cudowny widok i nie było lepszego miejsca na dziewczyńskie rozmowy (na przykład o chłopakach i o tym, że nie znamy żadnego, w którym warto byłoby się zakochać).

Oczywiście mogło to być trochę niebezpieczne, bo nie było tam balustrady, tylko sięgające kolan zdobienie kalenicy z galwanizowanego żelaza. Ale w końcu nie musiałyśmy tam koniecznie ćwiczyć skoku w dal ani tańczyć do upadłego. Klucz do drzwi na dach spoczywał w kredensie, w cukiernicy w różyczki. W mojej rodzinie nikt nie wiedział, że znam tę skrytkę, w przeciwnym razie na pewno rozpętałoby się piekło. Dlatego zawsze bardzo uważałam, żeby nikt nie zobaczył, jak przekradam się na dach. Można się tam było też opalać, urządzać pikniki albo po prostu się schować, gdy chciało się mieć święty spokój. Jak mówiłam, często tego chciałam, ale akurat nie teraz.

Poskładałam koce, zmiotłam z sofy okruchy herbatników, przetrzepałam poduszki, nadając im właściwy kształt, i schowałam do pudełka porozrzucane wokół figury szachowe. Nawet podlałam azalię w doniczce stojącą na sekretarzyku w kącie i wilgotną ściereczką wytarłam stolik koło sofy. Potem rozejrzałam się po wysprzątanym już idealnie pokoju. Minęło dokładnie dziesięć minut, a mnie brakowało towarzystwa jeszcze bardziej niż przedtem.

Ciekawe, czy w pokoju muzycznym Charlotta znowu poczuła mdłości. Co się właściwie dzieje, kiedy przeskakuje się z domu w Mayfair w dwudziestym pierwszym wieku do, powiedzmy, piętnastego wieku, kiedy w tym miejscu nie było jeszcze żadnych domów albo stało tylko kilka? Zawisało się w powietrzu, a potem spadało jak kamień siedem metrów w dół? Może lądowało się w mrowisku? Biedna Charlotta. Ale może w czasie tej tajemniczej nauki misteriów nauczono ją latać?

A propos misteriów: nagle wpadło mi do głowy, jak zacząć myśleć o czymś innym. Poszłam do pokoju mamy i wyjrzałam na dół, na ulicę. Mężczyzna w czerni wciąż stał przed wejściem do domu pod numerem 18. Widziałam jego nogi i kawałek płaszcza. Jeszcze nigdy wysokość trzech pięter nie wydawała mi się tak gigantyczna. Dla żartu wyliczyłam sobie, ile metrów dzieli mnie od ziemi.

Czy w ogóle można przeżyć upadek z wysokości czternastu metrów? No, może gdyby człowiek miał szczęście i spadł na bagniste podłoże? Podobno dawniej cały Londyn rozciągał się na bagnach, tak przynajmniej twierdziła pani Counter, nasza nauczycielka geografii. Bagna były w porządku, przynajmniej wylądowałoby się miękko. Niestety tylko po to, by następnie marnie skończyć w szlamie.

Przełknęłam ślinę. Moje własne myśli przejmowały mnie grozą.

Aby nie być już dłużej sama, postanowiłam złożyć wizytę moim krewnym w pokoju muzycznym, nawet biorąc na siebie ryzyko, że odeślą mnie z powrotem ze względu na ściśle tajne rozmowy.

Gdy weszłam do pokoju, cioteczna babka Maddy siedziała pod oknem na swym ulubionym fotelu, Charlotta zaś stała przy drugim oknie, opierając się o biurko w stylu Ludwika XIV, którego barwnie polakierowanej i złoconej powierzchni nie wolno nam było dotykać pod żadnym pozorem, żadną częścią ciała (nie do wiary, że coś tak koszmarnego jak to biurko mogło być tak wartościowe, jak to utrzymywała lady Arista. Nawet nie miało skrytek, stwierdziłyśmy to z Leslie już wiele lat temu). Charlotta się przebrała i zamiast szkolnego mundurka miała teraz na sobie ciemnoniebieską sukienkę, która wyglądała jak połączenie koszuli nocnej, szlafroka i mnisiego habitu.

– Jak widzisz, ciągle jeszcze tu jestem – odezwała się.

– To… to świetnie – odrzekłam, starając się nie gapić z nadmiernym przerażeniem na jej strój.

– To jest nie do zniesienia – powiedziała ciotka Glenda, chodząc od jednego okna do drugiego.

Podobnie jak Charlotta była wysoka, szczupła i miała płomiennorude loki. Moja mama miała takie same loki i moja babcia też kiedyś była ruda. Również Caroline i Nick odziedziczyli ten kolor włosów. Tylko ja miałam proste, ciemne włosy jak mój ojciec.

Dawniej też bardzo chciałam być ruda, ale Leslie przekonała mnie, że moje czarne włosy pięknie kontrastują z niebieskimi oczami i jasną cerą. Leslie wmówiła mi, że znamię w kształcie półksiężyca, które miałam na skroni, nazywane przez ciotkę Glendę „śmiesznym bananem”, wygląda tajemniczo i interesująco. Obecnie uważałam, że jestem całkiem ładna, głównie dzięki aparatowi, który poskromił moje wystające przednie zęby i uwolnił mnie od podobieństwa do zajączka. Ale oczywiście daleko mi było do tego „uroku i zupełnie zniewalającego wdzięku”, jaki miała Charlotta, żeby wspomnieć Jamesa. Ha! Ileż bym dała, żeby mógł ją zobaczyć w tej workowatej kiecce.

– Gwendolyn, aniołku, chcesz cytrynowego cukierka? – Ciotka Maddy postukała w stojący obok taboret. – Chodź, usiądź tu obok i zajmij mnie trochę rozmową. Glenda strasznie mnie denerwuje tym swoim bieganiem w tę i we w tę.

– Nie masz pojęcia o uczuciach matki, ciociu Maddy – powiedziała ciotka Glenda.

– Nie, pewnie, że nie mam – westchnęła cioteczna babka Maddy.

Była siostrą mojego dziadka i nigdy nie wyszła za mąż. Była okrągłą, niewielką osóbką z roześmianymi, dziecięcymi oczami i włosami ufarbowanymi na złoty blond, w których nierzadko tkwił zapomniany papilot.

– A gdzie jest lady Arista? – zapytałam, biorąc cukierka.

– Jest obok, telefonuje – odrzekła cioteczna babka. – Ale niestety rozmawia tak, że nie można zrozumieć ani słowa. Nawiasem mówiąc, to była ostatnia puszka cukierków. Nie miałabyś przypadkiem czasu, żeby polecieć do Selfridges i kupić mi nową?

– Jasne – powiedziałam.

Charlotta przeniosła ciężar ciała z jednej nogi na drugą i ciotka Glenda natychmiast ruszyła w jej kierunku.

– Charlotto!

– Nic – powiedziała Charlotta.

Ciotka Glenda zacisnęła wargi.

– Może powinnaś raczej zaczekać na parterze? – zapytałam Charlottę. – Nie spadłabyś z tak dużej wysokości.

– Może powinnaś raczej się zamknąć, skoro mowa o sprawach, o których nie masz bladego pojęcia? – odparowała Charlotta.

– Naprawdę, głupie uwagi są ostatnią rzeczą, jakiej Charlotta teraz potrzebuje – powiedziała ciotka Glenda.

Zaczęłam żałować, że zeszłam na dół.

– Za pierwszym razem nosiciel genu nie przeskakuje w czasie dalej niż o sto pięćdziesiąt lat – wyjaśniła cierpliwie cioteczna babka. – Ten dom zbudowano w 1781 roku, a zatem tu, w pokoju muzycznym, Charlotta jest absolutnie bezpieczna. Może najwyżej wystraszyć kilka muzykujących pań.

– W tej sukience na pewno – mruknęłam tak cicho, że mogła mnie usłyszeć jedynie cioteczna babka, która zachichotała.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i do pokoju wkroczyła lady Arista. Wyglądała tak jak zawsze, jakby połknęła kij. Albo nawet kilka. Jeden w rękach, drugi w nogach i trzeci, który pośrodku utrzymywał to wszystko w kupie. Siwe włosy gładko zaczesała do tyłu i związała w węzeł na karku, jak nauczycielka baletu, która potrafi nieźle dać popalić.

– Kierowca już jedzie. Państwo de Villiers oczekują nas w Temple. W drodze powrotnej można będzie od razu wczytać Charlottę do chronografu.

Nie zrozumiałam z tego ani słowa.

– A jeśli się to dzisiaj w ogóle nie wydarzy? – zapytała Charlotta.

– Charlotto, kochanie, dziś było ci trzy razy niedobrze – przypomniała jej ciotka Glenda.

– Prędzej czy później to się wydarzy – powiedziała lady Arista. – A teraz chodź już, kierowca może tu być w każdej chwili.

Ciotka Glenda ujęła Charlottę pod ramię i razem z lady Aristą opuściły pokój. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, cioteczna babka Maddy i ja spojrzałyśmy na siebie.

– Czasami człowiek ma wrażenie, że jest niewidzialny, prawda? – odezwała się ciotka Maddy. – Byłoby miło, gdyby rzuciły chociaż „do widzenia” albo „trzymajcie się”. Albo spytały roztropnie: „Ciociu Maddy, może miałaś wizję, która mogłaby nam pomóc?”.

– A miałaś?

– Nie – odparła ciotka Maddy. – Dzięki Bogu, nie miałam. Po wizjach dopada mnie straszliwy głód, a i tak jestem za gruba.

– Kim są państwo de Villiers? – zapytałam.

– Bandą aroganckich snobów, jeśli chcesz znać moje zdanie – powiedziała cioteczna babka. – Sami adwokaci i bankowcy. Są właścicielami banku de Villiers w śródmieściu. Mamy u nich konta.

To brzmiało bardzo mało mistycznie.

– A co ci ludzie mają wspólnego z Charlottą?

– Powiedzmy, że mają podobne problemy jak my.

– Co za problemy?

Czyżby musieli mieszkać pod jednym dachem z babką tyranem, ciotką bestią i zarozumiałą kuzynką?

– Gen podróży w czasie – odrzekła cioteczna babka. – W rodzinie de Villiers dziedziczą go męscy potomkowie.

– A zatem oni też mają w domu taką Charlottę?

– Jej męski odpowiednik. O ile dobrze wiem, ma na imię Gideon.

– I on też czeka na to, żeby mu się zrobiło niedobrze?

– On ma to już za sobą. Jest dwa lata starszy od Charlotty.

– To znaczy, że od dwóch lat rześko przeskakuje sobie w czasie?

– Można tak powiedzieć.

Spróbowałam jakoś połączyć te nowe rewelacje ze strzępkami wiedzy, które miałam już wcześniej. Ponieważ jednak ciotka Maddy chętnie dziś sypała informacjami, dałam sobie na to zaledwie kilka sekund.

– A co to jest ten chroni… chrono…

– Chronograf! – Ciotka Maddy przewróciła swoimi okrągłymi niebieskim oczami. – To jest rodzaj aparatu, za pomocą którego można wysłać nosiciela genu, ale tylko jego, w ściśle określone czasy. To ma coś wspólnego z krwią.

– Wehikuł czasu? Napędzany krwią? O rany!

Cioteczna babka wzruszyła ramionami.

– Nie mam pojęcia, jak to działa. Zapominasz, że wiem tylko to, co usłyszę przypadkiem, siedząc tutaj i udając, że o niczym nie mam pojęcia. To wszystko jest całkowicie tajne.

– Tak. I bardzo skomplikowane – powiedziałam. – Skąd w ogóle wiadomo, że Charlotta ma ten gen? I dlaczego ona go ma, a nie na przykład… hmmm… ty?

– Dzięki Bogu, ja go mieć nie mogę. My, Montrose’owie, zawsze byliśmy wprawdzie dziwadłami, ale gen trafił do naszej rodziny dopiero przez twoją babkę. Bo mój brat musiał się koniecznie z nią ożenić – parsknęła ciotka Maddy.

Była siostrą mojego zmarłego dziadka Lucasa. Ponieważ nie miała męża, już jako młoda dziewczyna przeniosła się do niego i prowadziła mu dom.

– Pierwszy raz o genie usłyszałam po weselu Lucasa i lady Aristy. Ostatnią nosicielką genu w linii dziedziczenia Charlotty była pewna dama nazwiskiem Margret Tilney, a ona z kolei była babką twojej babki lady Aristy.

– I Charlotta odziedziczyła ten gen po tamtej Margret?

– Och, nie. Wcześniej odziedziczyła go Lucy. Biedna dziewczyna.

– Co to za Lucy?

– Twoja kuzynka Lucy, najstarsza córka Harry’ego.

– Ach! Ta Lucy!

Mój wuj Harry, ten z Gloucestershire, był znacznie starszy niż Glenda i moja mama. Miał troje dorosłych dzieci. Najmłodszy, David, miał dwadzieścia osiem lat i był pilotem British Airways. Co jednak wcale nie znaczyło, że dostawaliśmy tańsze bilety. Janet, średnia, miała już swoje dzieci, dwa małe denerwujące grzdyle o imionach Poppy i Daisy. Nigdy nie poznałam natomiast najstarszej, Lucy. Niewiele też o niej wiedziałam. W rodzinie na temat Lucy się milczało. Była bowiem kimś w rodzaju czarnej owcy w rodzie Montrose. W wieku siedemnastu lat uciekła z domu i od tej pory wszelki słuch po niej zaginął.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki