Trucicielka - Peter Robinson

Trucicielka

0,0

Czasem, by rozwiązać zagadkę, trzeba obudzić dawno uśpione demony…

Chris Lowndes po dwudziestu pięciu latach za granicą wraca do Yorkshire, gdzie kupuje opuszczoną starą rezydencję na odludziu. Choć natychmiast zakochuje się w domu, coś nie daje mu spokoju… Z czasem dowiaduje się, że pół wieku wcześniej w domu dokonano morderstwa. Poprzedni właściciel, szanowany lekarz Ernest Arthur Fox, prawdopodobnie został otruty przez swoją piękną młodą żonę Grace. Kobieta została uznana winną zbrodni i powieszona. Zaintrygowany Chris zaczyna rozpytywać okolicznych mieszkańców oraz grzebać w archiwach. Im więcej się dowiaduje, tym bardziej jest przekonany, że Grace była niewinna. Ignorując ostrzeżenia, by nie budził dawno uśpionych demonów, postanawia wyjaśnić historię sprzed lat…

Dodaj komentarz


Zaczyna się dość standardowo. Bohater wraca do miejsca swej młodości, kupuje dom. Jednak budynek ukrywa pewną tajemniczą historię – zagadkę. Zagadkę ta bohater próbuje rozwikłać. Z pozoru mało interesującego początku robi się z tego całkiem ciekawa powieść sensacyjno – obyczajowa. Na pewno nie jest to pozycja dla zagorzałych miłośników kryminałów, ale może przynieść przyjemną odmianę. Czyta się całkiem szybko, a ogólne wrażenie jest pozytywne.


Tragiczna historia sprzed lat niekoniecznie może być dobrym pomysłem na opowieść. W tym przypadku jednak okazało się, że autor potrafił zrobić „coś” z „niczego”. Bohater prowadzi prywatne śledztwo związane z pewnym morderstwem i dochodzi do zaskakujących wniosków. Niestety budzi „demony” sprzed lat. Powstała interesująca powieść obyczajowa z wyraźnym wątkiem kryminalnym. Książka może nie będzie zbyt interesująca dla miłośników kryminałów, ale jest dość przyjemną lekturą.


Dobra powieść sensacyjna. Nie brakuje tu akcji, napięcia, intryg i ciekawych postaci. Chris powraca do miejsca z czasów swej młodości. Nowo zakupiony dom z marszu przypada mu do gustu. Jednak wkrótce okazuje się, iż przed laty doszło tam do tragedii. Autor miał interesujący pomysł na fabułę. Co prawda podobnych motywów można by się dopatrywać w innych powieściach, ale mimo to „Trucicielka” wypada dobrze. Czyta się szybko, polecam.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

TRUCICIELKA

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
Dedykacja
* * *
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
Podziękowania
Karta redakcyjna
titlepage

Dla Sheili

U źródeł Dove, gdzie kroki milkną

W bezdrożu, dolę całą

Przeżyła. Któż ją sławił? Tylko

Niewielu ją kochało.

Fijołek skryty w wielkim borze –

Otula go gęstwina.

Gwiazda na niebie – o wieczorze

Zapala się jedyna.

Jej zgon też w cieniu pozostanie.

Nie była w świecie znana.

Lecz ona leży w grobie. Dla mnie

O, jakaż to przemiana!

William Wordsworth

(przeł. Zygmunt Kubiak)

Iluż klejnotów czystość, stracona dla oczu,

Kryje się w oceanu bezdennej głębinie!

Ileż kwiatów marnuje swój czar na uboczu,

Lub woń ich niosą wichry w dalekie pustynie.

Thomas Gray,

Elegia napisana na wiejskim cmentarzu

(przeł. Stanisław Barańczak)

1

Sir Charles Hamilton Morley:

„Słynne procesy. Grace Elizabeth Fox, kwiecień 1953”

Dwudziestego trzeciego kwietnia 1953 roku Grace Elizabeth Fox wstała o szóstej trzydzieści rano. Ubrała się, korzystając z pomocy strażniczki Mary Swann, po czym, zjadłszy lekkie śniadanie, na które podano jej tost z marmoladą i herbatę, zabrała się do pisania listów do rodziny oraz przyjaciół. Tuż po ósmej dla ukojenia nerwów wypiła szklaneczkę brandy, a następną godzinę spędziła sam na sam z kapelanem.

Pół minuty przed dziewiątą do jej celi wszedł Albert Pierrepoint ze swoim pomocnikiem. Z właściwą sobie grzecznością oraz zachowując należyty szacunek, miękkim skórzanym paskiem sprawnie związał skazanej ręce za plecami i zaprowadził ją do sąsiedniego budynku, w którym przeprowadzano egzekucje. W ten szary, dżdżysty poranek pogrążone w ciemności stopnie kamiennych schodków były śliskie od deszczu. Punktualnie o dziewiątej niewielka grupka weszła do środka. Czekali na nią gubernator, lekarz i dwoje świadków. Według późniejszych relacji Grace przez cały czas zachowywała się z godnością, nie zwolniła kroku ani nie wydała z siebie żadnego dźwięku, i tylko zobaczywszy sznur, drgnęła lekko i nieco głośniej wciągnęła powietrze.

Gdy dotarła na szubienicę, ustawiono ją na wymalowanej kredą na zapadni literze „T”, a pomocnik Pierrepointa skórzanym pasem związał jej kostki. Jego pryncypał wyjął z kieszeni biały płócienny worek, który narzucił Grace na głowę, po czym starannie i delikatnie nałożył jej na szyję wyściełaną skórą pętlę. Upewniwszy się, że wszystko jest jak należy, cofnął się o krok, usunął bolec zabezpieczający mechanizm i jednym szybkim ruchem pchnął dźwignię. Zapadnia otworzyła się i Grace zawisła w powietrzu. Droga z celi ku wieczności zajęła jej nie więcej niż piętnaście sekund.

Ciało Grace, zbadane tylko pobieżnie przez więziennego lekarza, musiało wisieć na szubienicy przez regulaminową godzinę, zanim usunięto je i wymyto w celu przeprowadzenia autopsji. Badanie wykazało, że zmarła natychmiast w wyniku „złamania z przemieszczeniem kręgosłupa w punkcie C2, które spowodowało dwucalową szczelinę oraz poprzeczne przecięcie rdzenia kręgowego na tym samym poziomie”. Lekarz sądowy stwierdził też „złamanie obydwu łuków chrząstki gnykowej oraz prawego łuku chrząstki tarczowatej”. Złamaniu uległa również krtań Grace.

Następnego dnia, gdy siostra Grace, Felicita, oficjalnie zidentyfikowała zwłoki, w raporcie koronera stwierdzono zgon skazanej: „Więzienie Jej Wysokości w Leeds, 23 kwietnia 1953 roku. Imię i nazwisko: Grace Elizabeth Fox; płeć: żeńska; wiek: 40 lat; zawód wykonywany: gospodyni domowa w Kilnsgate House w Kilnsgarthdale, w okręgu Richmond w hrabstwie Yorkshire (Północny Okręg); przyczyna zgonu: uraz centralnego układu nerwowego w wyniku wykonania kary śmierci przez powieszenie”. Gubernator zapisał to w swoim rejestrze jeszcze prościej: „Wyrok śmierci na Grace Elizabeth Fox został wykonany”. Ciało skazanej pochowano na terenie więzienia.

Październik 2010

Obiecałem sobie, że kiedy stuknie mi sześćdziesiątka, pojadę do domu. Laura uważała, że to wyśmienity pomysł, ale gdy nadszedł wreszcie ten dzień, okazało się, że stoję w ulewie nad jej grobem w Nowej Anglii i wypłakuję oczy. Jeszcze jeden powód, żeby jechać – pomyślałem.

– Za dwieście jardów skręć w prawo.

Pojechałem prosto.

– Za czterysta jardów skręć w prawo.

Jechałem dalej pod baldachimem drzew. Wokół mnie wirowały opadające liście. Obraz na wyświetlaczu zamarł, zamigotał i zniknął, po czym ułożył się w kształty w niczym nieprzypominające krajobrazu, który mijałem.

– Zawróć, a potem za trzysta jardów skręć w lewo.

Pomyślałem, że to nie najlepszy pomysł. Byłem pewien, że do zakrętu w lewo mam jeszcze jakieś pół mili. Ostrzegano mnie, że łatwo go przeoczyć, zwłaszcza jeśli jedzie się tą trasą po raz pierwszy. Nawigacja satelitarna najwyraźniej trochę wariuje w Yorkshire. Postanowiłem jednak nie wyłączać urządzenia i przekonać się, co też za chwilę mi podpowie.

Zwolniłem prawie do zera i rozglądałem się uważnie, aż wreszcie wypatrzyłem w murku po mojej lewej stronie przerwę, od której prowadziła polna dróżka wyglądająca na zapomnianą, choć widoczne na niej ślady opon świadczyły, że ktoś jednak niedawno jej używał. Nie było drogowskazu i kierunek jazdy wskazywała tylko otwarta stara drewniana brama na rogu, wyłamująca się z przeżartego rdzą zawiasu, szeroka na tyle, że mogła się w niej zmieścić co najwyżej niewielka dostawcza furgonetka.

Nagle zrobił się naprawdę cudowny dzień, pomyślałem, przeciskając volvo przez wąską wyrwę w murze. Zza wiszących nade mną gałęzi drzew, niczym magiczna kraina niesplamiona obecnością człowieka, wyłoniła się ukryta kotlina. Samochód podskoczył na kracie odgradzającej dostęp bydłu i wpadł w kałużę. Trudno uwierzyć, że przed chwilą gwałtowna ulewa niemal zmyła mnie z drogi między Ripon a Masham, ale tak to właśnie jest z pogodą w Yorkshire. Jeżeli ci się nie podoba, mawiał mój ojciec, zaczekaj dziesięć minut albo odjedź dziesięć mil.

– Zawróć! – panikowała nawigacja satelitarna. Wyłączyłem ją i jechałem dalej przed siebie.

Ulewne letnie deszcze sprawiły, że trawa była soczyście zielona. Na błękitnym niebie gdzieniegdzie kłębiły się puszyste białe chmury, a drzewa połyskiwały jesiennymi kolorami – złotem, żółcią i rdzawym. Wprawdzie daleko im było do dramatyzmu, jaki towarzyszy opadaniu liści w Vermoncie, ale i tak miały swój urok. Przez otwarte na kilka cali okno słyszałem ćwierkanie ptaków i czułem zapach mokrej trawy.

Jechałem na zachód, dróżką biegnącą po prawej stronie Kilnsgarthdale Beck, którego wody niemal przelewały się przez krawędzie koryta. Cała kotlina mogła mieć co najwyżej pół mili szerokości i dwie długości, a jej dno tworzyło pas szeroki na jakieś dwieście jardów, w którym mieścił się potok i droga. Trawiaste zbocza po obu stronach wznosiły się łagodnie mniej więcej na pięćdziesiąt stóp, przerywane od czasu do czasu srebrzystymi strużkami jeszcze węższych strumyków i porośnięte na szczytach usadzonymi w równe rzędy drzewami. Po prawej stronie pasło się kilka krów, które, jak przypuszczałem, były własnością rolników, właścicieli niewidocznego z tego miejsca gospodarstwa za wzgórzem. Kilnsgarthdale to maleńka kotlina na kompletnym odludziu, otoczona lasem i kamiennym murem. Można ją znaleźć tylko na najdokładniejszych mapach.

Minąłem kamienną stodołę oraz resztki muru, który kiedyś wyznaczał granicę sąsiedniego pola, ciągnącego się po drugiej stronie wzgórza, ale aż do samego Kilnsgate House nie trafiłem na nic, co pozwalałoby przypuszczać, że okolica jest zamieszkana.

Dom stał po prawej stronie drogi, jakieś dwadzieścia jardów dalej, za niskim, kamiennym ogrodowym murem z zieloną bramą pilnie domagającą się pędzla. Zatrzymałem się i wyjrzałem przez okno w samochodzie. Z drogi trudno było dostrzec cokolwiek poza kominami, dachem oraz szczytami okien na piętrze, ponieważ resztę przesłaniały drzewa, a ogród na zboczu był dosyć zarośnięty. Odniosłem dziwne wrażenie, że ten cichy, tajemniczy dom czeka na mnie, że czekał na mnie przez cały czas. Wzruszyłem ramionami, wyłączyłem silnik i siedziałem przez chwilę w samochodzie, wciągając w płuca słodkie powietrze i rozkoszując się ciszą. Tak więc w końcu dotarłem na miejsce, pomyślałem, do kresu podróży. Albo jej początku.

Wiem, że może to zabrzmieć dziwnie, ale aż do tego momentu oglądałem Kilnsgate House tylko na zdjęciach. Kiedy kupowałem dom, przez cały czas pracowałem w Los Angeles nad bardzo ważnym projektem i po prostu nie miałem czasu, żeby wskoczyć do samolotu, polecieć na miejsce i rzucić na niego okiem. Heather Barlow, agentka nieruchomości, oraz mój radca prawny całą transakcję przeprowadzili mailowo i telefonicznie, korzystając z pomocy kurierów i finalizując ją przelewem bankowym.

Kilnsgate House spodobał mi się najbardziej ze wszystkich domów, które oglądałem w Internecie, a cena nie była wygórowana. Właściwie trafiła mi się okazja. Od jakiegoś czasu głównie go wynajmowano, ale obecnie nikt w nim nie mieszkał. Właściciel dawno temu wyjechał za granicę i nie interesował się nieruchomością, która pozostawała pod opieką jego – lub jej – radcy prawnego z North allerton. Nie było też mowy o transakcji wiązanej, możliwości wycofania oferty czy innych dziwnych praktykach, z jakimi musi się liczyć potencjalny nabywca lub sprzedawca domu w Anglii. Pani Barlow zapewniła mnie, że mogę się wprowadzać choćby dzisiaj.

Wspomniała coś o odludziu i dopiero teraz zorientowałem się, co dokładnie miała na myśli. Mogło to stanowić pewien problem – obok rozmiarów – przy wynajmowaniu domu turystom. Będzie pan tam odcięty od świata, powiedziała. Najbliżsi sąsiedzi – właściciele gospodarstwa za drzewami po drugiej stronie wzgórza – mieszkają ponad milę dalej, a do Richmond, najbliższego miasta, są dwie mile. Uspokoiłem ją, zapewniając, że w zupełności mi to odpowiada.

Wysiadłem z samochodu, minąłem skrzypiącą bramę i odwróciwszy się, stanąłem obok muru, pragnąc przez chwilę sycić wzrok widokiem na zbocze kotliny po drugiej stronie. W połowie drogi na szczyt między drzewami majaczyły kamienne ruiny, na wpół zapadnięte pod ziemię. Pomyślałem, że to pewnie jakaś altana.

Tak naprawdę panią Barlow martwiło tylko jedno: zastanawiała się, jak zareaguję na wiadomość o fortepianie. Da się go usunąć, zapewniała w jednej z naszych licznych rozmów telefonicznych, choć nie będzie to łatwe. Oczywiście, jeśli postanowię go zatrzymać, nie będzie się to wiązało z dodatkową opłatą, choć zrozumie, jeżeli będę wolał go wyrzucić.

Nie mogłem uwierzyć we własne szczęście. Byłem już o krok od tego, żeby zamówić nowe pianino czy choćby niewielki cyfrowy model. Tymczasem miałem fortepian. Musiałem tylko, jak oznajmiła pani Barlow, zdziwiona i ukontentowana moją aprobatą oraz podekscytowaniem, wezwać stroiciela.

Nie wiedziałem wtedy jeszcze tylko, że z Kilnsgate House wiąże się pewna historia – historia, którą wkrótce miałem się zainteresować czy nawet, jak twierdzili niektórzy, dać się jej opętać. Najwyraźniej dobrzy agenci nieruchomości – a Heather Barlow z pewnością była dobra – są prawdziwymi mistrzami w sztuce przemilczania niewygodnych faktów.

Miałem za sobą długą podróż i byłem wykończony. Po przylocie z Los Angeles spędziłem trzy męczące dni w Londynie, w czasie których walkę ze skutkami zmiany czasu urozmaicały mi spotkania ze starymi znajomymi oraz współpracownikami. W poleconym mi przez kolegę salonie w Camberwell kupiłem nowe volvo v50 estate – idealny samochód na północny klimat – i pojechałem do Bournemouth, gdzie spędziłem dwa dni z matką. Miała osiemdziesiąt siedem lat, ale ciągle nieźle się trzymała. Była dumna z syna i nie mogła się doczekać, żeby popisać się mną przed sąsiadami, z których jednak żaden nigdy by o mnie nie usłyszał, gdyby sama o mnie bez przerwy nie opowiadała. Nie mogła zrozumieć, dlaczego po tak długim czasie wracam do Anglii – według niej wszystko tu zeszło na psy, zwłaszcza w Yorkshire. Przed laty z utęsknieniem czekała na dzień, kiedy będzie mogła się wynieść i jak tylko mój ojciec, świeć Panie nad jego duszą, w 1988 roku przeszedł na emeryturę, od razu kupili niewielki domek na obrzeżach Bourne mouth. Niestety, staruszek nie zdążył się nim szczególnie nacieszyć, bo trzy lata później, w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat, zmarł na raka. Matka jednak nie miała zamiaru się przeprowadzać; ciągle co rano dla zdrowia odbywała spacer po deptaku i co wieczór, również w celach zdrowotnych, wypijała butelkę guinessa.

Zdałem sobie sprawę, że nawet gdyby matka albo ktokolwiek inny usilniej drążył temat, właściwie nie umiałbym wyjaśnić, dlaczego wracam. Pewnie rzuciłbym coś na odczepnego o zaczynaniu wszystkiego od nowa, choć przecież miałem nadzieję na o wiele więcej. Być może doszedłem do wniosku, że tym razem zdołam osiągnąć to, czego nie udało mi się przez tamte dwadzieścia pięć lat, zanim wyjechałem do Ameryki szukać szczęścia. Ale prawdę mówiąc, choć wiem, że to trochę bez sensu, miałem po prostu nadzieję, że gdy wrócę, w jakiś cudowny sposób zrozumiem, dlaczego coś tak usilnie i niezmordowanie popychało mnie do powrotu.

Kiedy stałem teraz przed ogromnym domem, który niedawno kupiłem, z walizką i torbą na laptopa w rękach, ogarnął mnie nagle znajomy strach, że posunąłem się o krok za daleko, obezwładniające uczucie, że jestem oszustem i wszystko wkrótce się wyda. Ten dom mnie onieśmielał. Był o wiele większy, niż sobie wyobrażałem, przypominał niektóre z rezydencji w staroangielskim stylu w Beverly Hills. W południowej Kalifornii taki zbytek wydawał się czymś zupełnie naturalnym, ale w starej dobrej Anglii był aktem wtargnięcia na teren, na który z racji urodzenia nie miałem wstępu. Ludzie tacy jak ja nie mają takich domów jak ten.

Wychowałem się w najgorszej dzielnicy Leeds, teoretycznie zaledwie pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt mil stąd, ale mentalnie równie dobrze mogłyby to być na innej planecie. W latach młodości czyjeś przywileje i zamożność zawsze były dla mnie bardziej policzkiem niż obiektem podziwu, jakim wydają się większości Amerykanów, w których oczach wszystkie te zamki, stare dzieje i rodziny królewskie są czymś niezwykle intrygującym. Moją rodzinę raczej trudno byłoby nazwać królewską. Nigdy nie zapomniałem, że moi przodkowie musieli kłaniać się nisko, gdy drogą przejeżdżał z zadartym nosem pan takiego dworku jak ten w Kilnsgate, ochlapując błotem poddanych.

Jako nastolatek wprawdzie nie nosiłem w kieszeni legitymacji partyjnej, ale byłem typowym młodym gniewnym, choć teraz właściwie mam to wszystko gdzieś. Lata spędzone w Ameryce zmieniły mnie, zmiękczyły – centralne ogrzewanie, klimatyzacja, wspaniały wielopoziomowy apartament w Santa Monica z parkietem i balkonem wychodzącym na Pacyfik, nie wspominając już o wieloletnim nasiąkaniu bzdurami w rodzaju „wszyscy są równi i każdy może zostać prezydentem”.

Zmiana ta była jednak tylko powierzchowna. Niektóre zaszłości tkwią w człowieku głębiej niż przyzwyczajenie do zewnętrznych wygód. Muszę przyznać, że gdy tak stałem i przyglądałem się mojemu wspaniałemu nowemu domowi, czułem, jak budzą się we mnie znowu stare socjalistyczne, typowe dla przedstawiciela klasy robotniczej wartości; czułem narastający gniew. Co gorsza, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, tkwiącemu we mnie gdzieś głęboko niepokojącemu przekonaniu, że tak naprawdę nie zasługuję na to, że tego rodzaju domy nigdy nie były dla takich jak ja, że obudzę się rano i czar pryśnie, że wrócę tam, gdzie moje miejsce, do komunalnego mieszkania w domku w dzielnicy robotniczej, do kopania rowów czy raczej, co w dzisiejszych czasach jest bardziej prawdopodobne, życia na garnuszku państwa.

Raz jeden, w wieczór, kiedy otrzymałem swojego pierwszego i zarazem ostatniego w życiu Oscara, próbowałem to wszystko wyjaśnić Laurze. Byłem mocno zalany i powiedziałem jej, że na to nie zasługuję, że w każdej chwili bańka może pęknąć i wszyscy zdadzą sobie sprawę z tego, jakim jestem blagierem, że wrócę tam, gdzie przez cały czas było moje miejsce. Ale Laura nie zrozumiała. Dla jej amerykańskiej mentalności było oczywiste, że zasługuję na Oscara. W przeciwnym razie Akademia nigdy by mi go nie przyznała. Dlaczego więc po prostu się z tym nie pogodzę i nie zacznę świętować jak wszyscy? A potem się roześmiała, przytuliła mnie i nazwała swoim kochanym głuptasem.

Kilnsgate House górował nade mną. Zbliżając się do celu ścieżką prowadzącą między drzewami przez zarośnięty trawnik, mogłem dostrzec dosyć typową dla Dales szeroką i symetryczną wapienną elewację, urozmaiconą gdzieniegdzie odrobiną ciemniejszego piaskowca, z dwoma oknami po obu stronach drzwi frontowych i taką samą ich liczbą na piętrze pod dachem z łupku. Od przodu do budynku przylegała łukowato sklepiona weranda z dwiema drewnianymi ławkami po bokach, co przywodziło na myśl wejście do starego wiejskiego kościoła. Przypuszczałem, że było to idealne miejsce, żeby zdjąć ubłocone buty po całodniowym uganianiu się za głuszcami czy inną zwierzyną. Zauważyłem nawet stojak na laseczki i parasole w kształcie słoniowej nogi.

Powyżej nadproża w kamieniu wyrzeźbiono datę: „JM 1748”. Inicjały pochodziły pewnie od nazwiska pierwszego właściciela. Pod ławką z prawej strony znalazłem przylepione taśmą klucze, dokładnie tam, gdzie miały być według pani Barlow. Kiedy rozmawialiśmy, pani Barlow przeprosiła, że nie może mnie przywitać, ale ma ważne spotkanie w Greta Bridge. Obiecała, że koło szóstej wpadnie sprawdzić, jak się urządziłem. Miałem więc mnóstwo czasu, żeby się zaaklimatyzować i rozejrzeć, choć zaczynałem powoli żałować, że nie zatrzymałem się na zakupy w supermarkecie, który minąłem w Richmond. Nie chciało mi się tam wracać jeszcze tego samego wieczoru, skoro już dotarłem na miejsce, a nic nie jadłem od lunchu i burczało mi w brzuchu.

Nie od razu udało mi się przekręcić w zamku ogromny klucz, ale w końcu uporałem się z nim, pozbierałem walizki i wszedłem do środka. Znalazłem się w obszernym przedsionku czy westybulu, zajmującym całą środkową część domu od tej strony. Witraż w kwadratowym okienku nad drzwiami rozszczepiał światło słoneczne na niebieskie, czerwone, żółte i fioletowe promienie, które wydawały się tańczyć niczym w kalejdoskopie w rytm ruchów drzew, falujących na zewnątrz na wietrze i rzucających cienie gałęziami i liśćmi.

Oczywiście oglądałem wcześniej wnętrze domu na zdjęciach, ale nic nie było w stanie przygotować mnie na szok, jaki przeżyłem, gdy zobaczyłem je na własne oczy. Na przykład, rozmiar. Podobnie jak wtedy, gdy patrzyłem na dom z zewnątrz, początkowo poczułem się onieśmielony, bo okazał się o wiele większy, niż sobie wyobrażałem. W moich wspomnieniach angielskie domy były małe i ciasne. Tymczasem stałem w wysokim pomieszczeniu rozmiarów sali balowej, z szerokimi drewnianymi schodami dokładnie po przeciwnej stronie, prowadzącymi na piętro i zwieńczonymi galeryjkami zaopatrzonymi w poręcze, za którymi majaczyły drzwi do poszczególnych pokojów. Wyobraziłem sobie tłum dżentelmenów w wiktoriańskich strojach, którzy opierają się o wypolerowane poręcze i w otoczeniu ślicznych dzieciątek oraz wystrojonych młodych dam, demonstrujących swoje towarzyskie wyrobienie, oglądają, na przykład, jasełka, rozgrywające się na dole w miejscu, w którym stałem.

Przy drzwiach obok antycznego kredensu dostrzegłem parę wytartych foteli, a na lewo od schodów zegar stojący, z kiwającym się mosiężnym wahadłem. Zerknąłem na zegarek na ręce i stwierdziłem, że godzina się zgadza. Ściany od podłogi na wysokość mniej więcej trzech stóp były wyłożone boazerią, a powyżej tapetą z wypukłym wzorem. Z sufitu, niczym zamarznięta fontanna, zwisał żyrandol. Wszystkie drewniane powierzchnie były wypolerowane do połysku, a w powietrzu unosił się zapach cytryny i lawendy. Na ścianach wisiało kilka obrazów w pozłacanych ramach: zamek Richmond o zachodzie słońca, dwa konie na pastwisku w pobliżu Middleham, mężczyzna, kobieta i dziecko pozujący przed domem. Żaden z nich nie był szczególnie drogi, ale nie były to też tanie podróbki, kupowane na pchlim targu. Same ramy mogły być coś warte. Kogo było stać na to, żeby to wszystko porzucić? I dlaczego?

Podniósłszy walizkę z przyborami toaletowymi i paroma sztukami garderoby, które zabrałem ze sobą, ruszyłem nieco nierównymi i skrzypiącymi drewnianymi schodami na górę, żeby poszukać odpowiedniej sypialni.

W przedniej części domu znajdowały się dwie, i to ogromne, bliźniaczo umieszczone naprzeciw galeryjki sypialnie, po jednej z każdej strony schodów. Zajrzałem do obu i wybrałem drugą. Była jasna i przytulna, miała ściany wyłożone kremową tapetą w różany wzorek i w sumie cztery okna, naprzeciw drzwi i z boku. W nogach łóżka stała drewniana skrzynia, na której leżały starannie poskładane prześcieradła i gruba kołdra. Były tam również sosnowa szafa, stolik i krzesło, ale miejsca i tak wystarczało, żeby urządzić w środku wieczorek taneczny. Na ścianach nie wisiały obrazy, co zresztą w zupełności mi odpowiadało – już cieszyłem się na myśl o myszkowaniu po miejscowych bazarkach i sklepach z antykami w poszukiwaniu właściwych płócien. Drugie drzwi prowadziły do toalety z umywalką i przeszklonym prysznicem.

Parapet jednego z frontowych okien miał wyściełane siedzenie, ponad drzewami rozciągał się widok na drugą stronę kotliny, strumyk, altankę i las w dali. Wyglądało to na przyjemny kącik, w którym można się zwinąć w kłębek i poczytać. Okna z boku wychodziły na kotlinę od tej strony, z której przed chwilą przyjechałem. Spostrzegłem nagle, że choć jest dopiero czwarta, cienie zaczynają się już wydłużać. Nie zawracając sobie głowy ścieleniem łóżka, wyciągnąłem się na materacu, czując, jak ugina się pode mną i przystosowuje do kształtu ciała. Położyłem głowę na poduszce – z tych grubszych po jednej stronie, trochę przypominających katowski pieniek – i zamknąłem oczy. Mógłbym przysiąc, że przez chwilę słyszałem gdzieś w dali pianino. Trzecie Impromptu Schuberta. Piękna, nieziemska melodia ukołysała mnie do snu. Kiedy – wydawałoby się – sekundę później obudziło mnie pukanie do drzwi frontowych, w pokoju było już ciemno. Wstałem, znalazłem włącznik, zapaliłem światło i zerknąłem za zegarek. Była szósta.

– Pan Lowndes, jak przypuszczam? – zapytała stojąca w drzwiach kobieta. – Pan Christopher Lowndes?

– Proszę mi mówić Chris – powiedziałem, przeczesując dłonią włosy. – Musi mi pani wybaczyć. Obawiam się, że zasnąłem i straciłem poczucie czasu.

Na jej twarzy pojawił się stonowany uśmiech.

– To całkowicie zrozumiałe – rzekła i wyciągnęła rękę. – Heather Barlow.

Uścisnęliśmy sobie dłonie, po czym odsunąłem się i wpuściłem ją do środka. Miała ze sobą torbę z zakupami, którą odłożyła na kredens. Powiesiłem jej płaszcz w niewielkiej szafie przy drzwiach i przez chwilę staliśmy, wsłuchując się w głośne tykanie zegara odbijające się echem w ogromnym westybulu, nie bardzo wiedząc, co robić dalej.

– I co pan teraz sądzi o domu? – zapytała w końcu Barlow.

– Jestem pod wrażeniem. Miała pani całkowitą rację. Zaprosiłbym panią do gabinetu albo salonu na filiżankę herbaty, ale obawiam się, że nie zdążyłem jeszcze zwiedzić parteru. No i nie mam herbaty. Mogę za to zaproponować szklaneczkę whisky ze sklepu wolnocłowego.

– Nic nie szkodzi. Pewnie na razie orientuję się w tym domu lepiej od pana. Muszę. Bywałam tu dosyć często przez ostatnie kilka tygodni. Może pójdziemy do kuchni? – Podniosła torbę z zakupami i przytrzymała ją w powietrzu. – Pozwoliłam sobie zajrzeć do Tesco i kupić parę rzeczy, na wypadek gdyby pan zapomniał albo nie miał okazji zrobić sprawunków. Chleb, masło, herbata, kawa, biszkopty, jajka, bekon, mleko, ser, płatki, pasta do zębów, mydło, paracetamol. Wzięłam wszystkiego po trochu. Niestety nie wiedziałam, w czym pan gustuje, czy nie jest pan przypadkiem wegetarianinem albo weganinem.

– Uratowała mi pani życie, pani Barlow – ucieszyłem się. – Zupełnie zapomniałem o zakupach. W tej chwili zjadłbym cokolwiek. Może być sushi albo carpaccio z guźca. Ważne, żeby się nie ruszało, w każdym razie nie za szybko.

Roześmiała się.

– Mów mi Heather. Przez tę panią Barlow czuję się jak stetryczała staruszka. I nie sądzę, żebyś znalazł w Richmond sushi albo guźca.

Wskazała mi drzwi po lewej stronie, podeszła do nich ze mną i włączyła światło. Kuchnia, wraz z przylegającymi do niej spiżarnią i komórkami, zajmowała całą zachodnią część domu i okazała się najnowocześniejszym pomieszczeniem, jakie dotąd w nim widziałem. Z pewnością była dobrze wyposażona: zabudowany piekarnik ze stali nierdzewnej, podobnie zmywarka, lodówka i zamrażarka, poza tym wyspa z granitowym blatem, sosnowe szafki i dopasowany do reszty kącik śniadaniowy przy jednym z okien. Na zewnątrz było już ciemno, ale jeśli dobrze zapamiętałem rozkład domu, rozciągał się stamtąd widok na kotlinę w miejscu, w którym przechodziła w trójkątny zagajnik za kamiennym murem. Zauważyłem, że kuchenka jest na gaz, co znowu trafiło w moje upodobania: moim zdaniem daje to większą kontrolę nad ogniem niż palniki elektryczne. Był tam też przepiękny stary piec grafitowy – choć nie sądziłem, by w dzisiejszych czasach wyłożono go prawdziwym grafitem – z hakami, schowkami i innymi zakamarkami na czajniczki, garnki, patelnie i kociołki, jak przypuszczałem.

Heather zaczęła wyładowywać zakupy na wyspę, wsadzając od razu do lodówki artykuły, które wymagały przechowywania w chłodzie.

– Wiem, że to impertynencja z mojej strony, ale kupiłam też to – powiedziała, wyciągając butelkę veuve clicquot. – Nie wiem nawet, czy pijesz alkohol.

– Byle z umiarem – odparłem. – A szampana uwielbiam. Rzadko jednak wypijam sam całą butelkę. Otworzyć?

– Nie, przykro mi, ale nie mogę. Przyjechałam samochodem. Poza tym trzeba go schłodzić. Picie ciepłego szampana powinno być karane. Ale dziękuję. – Włożyła butelkę do lodówki i spojrzała na mnie uważnie. – Nie byłam pewna, czy przyjedziesz sam, czy może z kimś. Ani w mailach, ani przez telefon nic nie mówiłeś o swoim życiu osobistym, o tym, czy masz dzieci, żonę, a może... No wiesz, partnera. A to taki duży dom.

– Nie jestem gejem – uspokoiłem ją – a teraz nie mam nikogo. Moja żona zmarła prawie rok temu. Mam też dwoje dorosłych dzieci.

– Bardzo mi przykro. To znaczy, z powodu twojej żony.

– Spodobałoby jej się tutaj. – Klasnąłem w dłonie. – A zatem herbata?

– Z przyjemnością. Usiądź, ja zajmę się wszystkim.

Usiadłem, a ona napełniła i włączyła czajnik elektryczny. W niczym nie przypominała stetryczałej staruszki i aż miło było na nią patrzeć: atrakcyjna kobieta tuż po czterdziestce, jak się domyślałem, wysoka i szczupła, z krągłościami w odpowiednich miejscach, bardzo elegancka w podkreślającej jej figurę oliwkowej sukience i brązowych skórzanych butach do połowy łydek. Była prawie mojego wzrostu, a przecież jestem dość wysoki. Zwróciłem też uwagę na jej bardzo przyjemny uśmiech, seksowne dołeczki w policzkach, zielone oczy i zmarszczki wokół nich, wskazujące, że lubi się śmiać, wysokie kości policzkowe, trochę piegów na nosie oraz czole i piękne, jedwabiste rude włosy z przedziałkiem na środku, opadające na ramiona. Poruszała się z wdziękiem, a jej ruchy były oszczędne.

– Ile jestem ci winien za zakupy? – zapytałem.

– Wrzucę je sobie w koszty – odparła. – Uznajmy to za powitalny prezent na cześć twojego powrotu do domu. – Wyjęła z pudełka dwie torebki herbaty Yorkshire Gold, wrzuciła je do biało-niebieskiego czajniczka z porcelany z Delft i zalała wrzącą wodą, a potem odwróciła się do mnie. – Urodziłeś się w Anglii, prawda? Właściwie nigdy nie powiedziałeś wprost, że jesteś stąd.

– Jestem, jestem – potwierdziłem, choć czasem już sam nie byłem tego pewien. – Właściwie można mnie nazwać tutejszym. Mieszkałem w Leeds.

– Niesamowite. Moja matka pochodzi z Bradford. Świat jest mały.

Wymówiła nazwę miasta jako „Brad-ford”. W Leeds wszyscy mówili „Brat-ford”.

– Prawda?

– Ale przez dłuższy czas mieszkałeś w Ameryce, tak? W Los Angeles?

– O trzydzieści pięć lat za dużo.

– Czy będę bardzo wścibska, jeżeli zapytam, czym się tam zajmowałeś?

– Skądże znowu. Komponowałem muzykę do filmów. Ciągle komponuję. Po prostu w pewnym momencie doszedłem do wniosku, że w zasadzie mogę pracować tutaj. Ale najpierw postanowiłem zrobić sobie małą przerwę.

Nie powiedziałem jej, jakie miałem plany co do tej przerwy. Paplanie na temat projektów artystycznych może je uśmiercić, zanim jeszcze na dobre się rozpoczną.

– Muzykę filmową? Do musicali takich jak Chicago albo Grease?

– Nie. Niezupełnie. Ja piszę muzykę do filmów. Ścieżkę dźwiękową.

Zmarszczyła brwi.

– Muzykę, której nikt nie słucha?

Roześmiałem się.

– Właściwie całkiem trafnie to ujęłaś.

Podniosła palce do ust.

– Przepraszam najmocniej. To było bardzo niemiłe z mojej strony. To znaczy, chciałam tylko...

– Wcale nie. Nie musisz przepraszać. Wszyscy tak uważają. Ale gdyby jej nie było, zapewniam cię, że zauważyłabyś to natychmiast.

– Z pewnością. Może słyszałam jakieś twoje utwory?

– Raczej nie, skoro ich nie słuchasz.

– To znaczy... No wiesz... – Zarumieniła się. – Przestań. I tak jest mi już wstyd.

– Przepraszam.

Wymieniłem tytuły kilku bardziej znanych filmów, do których ostatnio skomponowałem muzykę, w tym jednego międzynarodowego przeboju.

– Wielkie nieba! – zawołała. – Ty to napisałeś? Naprawdę?

Skinąłem głową.

– Pracowałeś z nim? Jaki jest?

– Właściwie nie spędzam zbyt wiele czasu z reżyserami, ale pan Spielberg to człowiek, który zawsze wie, czego chce i jak to osiągnąć.

– Niesamowite – powiedziała. – Uszczypnij mnie. Rozmawiam z kimś naprawdę sławnym i nawet o tym nie wiedziałam.

– Nie jestem sławny. To jedna z korzyści związanych z moim zawodem. Oczywiście ludzie z Hollywood, ci z branży, znają moje nazwisko, pojawia się też ono w czołówkach filmów. Ale nikt mnie nie rozpoznaje na ulicy. To trochę jak być pisarzem. Znasz ten stary dowcip o aktorce, która była tak głupia, że przespała się z pisarzem?

Heather się uśmiechnęła. W jej policzkach pojawiły się dołeczki.

– Nie znałam – rzekła. – Ale teraz już znam.

– Przepraszam. To było trochę prymitywne. Jestem po prostu... no wiesz, właściwie nieznany.

– Ale zarobić na tym chyba można, co? Nie chciałabym być jeszcze bardziej nieuprzejma i wścibska, ale ten dom raczej nie był tani.

– Jakoś wiążę koniec z końcem – przyznałem. – Zarabiam wystarczająco, żeby nie przejmować się za bardzo pieniędzmi, choć muszę jeszcze kilka lat popracować, zanim zacznę myśleć o emeryturze.

– To ciekawe, wiesz? Sądząc po akcencie, nigdy bym nie przypuszczała, że mieszkałeś tak długo w Ameryce.

– Pewnie masz rację. Właściwie w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Chyba spędzałem za dużo czasu w jednej z tamtejszych knajp, pijąc piwo i grając w rzutki.

– To w Kalifornii też gra się w rzutki? W osiedlowym pubie?

– Oczywiście. „Pod Królewską Głową”.

– Ale czy to taki prawdziwy angielski pub? Widziałam kilka tego typu miejsc w Hiszpanii i Grecji. Paskudne podróbki.

– Amerykanie uważają, że angielski pub powinien właśnie tak wyglądać. Walające się śmieci, wyściełane ławy, stare fotografie i plakaty na ścianach, Winston Churchill, brytyjscy żandarmi, Union Jack i tak dalej.

– Niesamowite. – Heather nalała herbatę, podała mi filiżankę, pamiętając, żeby uprzednio położyć na sosnowym stoliku podstawkę i spodeczek, po czym usiadła naprzeciw mnie. Nie powiedziałbym, że wpatrywała się we mnie jak w obrazek, ale z pewnością znacznie urosłem w jej oczach. – Pamiętałam też o ciasteczkach – rzuciła figlarnym tonem, podając mi paczuszkę czekoladowych herbatników McVitie’s. – Założę się, że w całej Kalifornii nie można takich kupić.

– Nie byłbym tego taki pewien – powiedziałem. – „Pod Królewską Głową” jest też mały „składzik”. Można tam kupić sos HP, pastę Marmite, pikle Branston i produkty Bisto. Myślę, że herbatniki McVitie’s też by się znalazły.

– Niesamowite. – Heather odchrząknęła, najwyraźniej zapragnąwszy wrócić do interesów. – W każdym razie wszystko powinno tutaj działać. Jak wspominałam w mailu, w domu jest centralne ogrzewanie. Nastawiłam termostat na średnią temperaturę. Jest w korytarzu, więc podkręć go sobie w razie potrzeby. Doradzałabym jednak ostrożność, bo możesz się zdziwić, jak przyjdzie rachunek. Na twoim miejscu w miarę możliwości używałabym kominka. Pod schodami są drzwi do piwniczki na węgiel, znajdziesz tam zapas drewna. Telefon i łącze internetowe działają, tak przynajmniej zapewniał facet z British Telecom, a po drugiej stronie holu masz też telewizję satelitarną i odtwarzacz DVD, który zamówiłeś. To chyba wszystko. No tak, byłabym zapomniała: masz tutaj formularz abonamentu telewizyjnego i instrukcję, jak go wypełnić. Nie wiem, jak to jest w Ameryce, ale tutaj trzeba go opłacić, w przeciwnym razie grozi ci grzywna.

– Pamiętam – uspokoiłem ją. – Mój ojciec zawsze na to narzekał. Telewizja wysyłała takie małe furgonetki z obracającymi się antenami na dachu, za ich pomocą namierzała tych, którzy próbowali się wykręcić od płacenia.

– I ciągle to robi. Tyle że o wiele skuteczniej niż kiedyś. Tak czy inaczej, możesz to zrobić przez Internet, jeżeli...

Wyjaśniłem, że od kilku lat opłacam rachunki i załatwiam formalności przez Internet, więc nie powinienem mieć z tym problemu.

– Na pewno wszystko jest jak należy – zapewniłem. – Zdaje się, że właściciele zostawili sporo rzeczy. Nie spodziewałem się, że aż tak dużo.

– Owszem. No cóż, ostrzegałam cię. Jeżeli chcesz, mogę załatwić ekipę, która zabierze część z nich. Po prostu zależało nam na szybkim sfinalizowaniu transakcji. Tobie też, z tego, co pamiętam.

– Żaden problem. Ale jeżeli będę chciał się czegoś pozbyć, mogę do ciebie zadzwonić z prośbą o pomoc, tak?

– Zrobię, co w mojej mocy. Jeżeli masz ochotę, to jak wypijemy herbatę, mogę cię oprowadzić po domu. A może wolisz zaczekać, aż wyjdę, i zwiedzić go spokojnie sam?

Choć trudno mi było wyobrazić sobie przewodnika milszego od Heather Barlow, faktycznie nie mogłem się doczekać, aż zostanę w moim nowym domu sam i zacznę zgłębiać jego niespodzianki, znajdować ukryte zakamarki, na własną rękę odkrywać jego dźwięki i zapachy, uczyć się go tak, jak miałem zamiar w nim żyć: w samotności.

– Jeżeli nie masz nic przeciwko, wolałbym obejrzeć go sam. Chyba że twoim zdaniem powinienem wiedzieć o nim coś jeszcze.

Heather się zawahała.

– Nie... To znaczy... No wiesz... Nic mi w tej chwili nie przychodzi do głowy. Nic. W razie czego zawsze możesz do mnie zadzwonić, do domu albo do biura. Wydaje mi się, że przekazałam ci już wszystko, co trzeba, ale na wszelki wypadek zostawię ci wizytówkę.

Sięgnęła do swojej skórzanej torebki.

– Czy coś jest nie tak? – zapytałem.

– Nie, skądże. Dlaczego pytasz?

– Nic takiego, wydawało mi się tylko, że moje pytanie trochę cię speszyło.

– Naprawdę? Skąd ci to przyszło do głowy?

– Czyżby w tym domu straszyło? – zapytałem z uśmiechem. – Jest tak stary, że wiele mogło się w nim wydarzyć. No wiesz, pokojówki potajemnie wychowujące nieślubne dzieci pana domu i tym podobne tajemnice. Upiorne guwernantki. Zaginione dziewczynki. Potwory w szopie. Może jakieś ponure morderstwo albo dwa?

– Nie bądź niemądry. Skąd w ogóle ten pomysł? – Heather Barlow zaczęła się bawić kosmykiem włosów, owijając go sobie wokół palca wskazującego. – Masz naprawdę bujną wyobraźnię. Czegoś takiego prędzej spodziewałabym się po Amerykaninie.

Uśmiechnąłem się.

– Trafiony, zatopiony.

Wypiła łyk herbaty i również się uśmiechnęła. Na krawędzi filiżanki został ślad po jej jasnoróżowej szmince.

– Wierzysz w duchy?

– Nie wiem – odparłem. – Nigdy żadnego nie widziałem.

– Przecież dopiero przyjechałeś. Nie spędziłeś tu jeszcze nocy.

– Nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy widywać duchy wyłącznie w nocy. Tak czy inaczej, nie przejmuj się, tak tylko się zastanawiałem. Żaden problem. Nie boję się tutaj spać. Po prostu w Ameryce ciągle się słyszy, że w Anglii dzieją się różne dziwne rzeczy. W tym domu nocowała Maria Stuart, bezgłowe ciała, nawiedzone zamczyska i tak dalej. To chyba kwestia stereotypów. Ludzie uważają, że tutaj jest dziwnie. Jak „Pod Królewską Głową”.

– Faktycznie, zawsze uważałam, że Amerykanie są dosyć łatwowierni, jeśli chodzi o bardziej osobliwe zawiłości historii Wielkiej Brytanii – powiedziała Heather Barlow, niezbyt przekonującym śmiechem usiłując nieco złagodzić krytycyzm. – Ale na twoim miejscu nie przejmowałabym się duchami. W tej okolicy nie pojawiają się nawet w stereotypach. W każdym razie nikt nigdy nie widział ich w tym domu ani za dnia, ani w nocy. Oczywiście ściany każdego starego zamczyska widziały niejedno i wiele mogłyby opowiedzieć, ale wszystkie te upiorne wspomnienia raczej nie manifestują się w postaci duchów. Poza tym, skąd wiesz, może to jeden z nielicznych domów w okolicy, w którym Maria Stuart nie nocowała? A teraz naprawdę muszę lecieć. Mąż pewnie już się zastanawia, co z jego kolacją.

Dopiła herbatę i wstała. Czyżbym w jej słowach wyczuł irytację? Czyżby to z mojego powodu wspomniała o mężu? Uważała, że z nią flirtuję?

Odprowadziłem ją do drzwi, wyjąłem z szafy płaszcz i pomogłem jej go włożyć. Przez chwilę szukała w kieszeni kluczyków do samochodu. Gdy je znalazła i odwróciła się do mnie, na jej twarzy z powrotem gościł uśmiech. Podała mi okrągły kartonik.

– Przyda ci się, jeżeli pojedziesz do miasta. To karta parkingowa. Ustaw ją na przewidywany czas postoju i włóż za szybę. Wykupiłam ci dwie godziny.

Wziąłem od niej kartę.

– Dziękuję – powiedziałem. – Za to, że przyjechałaś i za wszystko, co mi przywiozłaś. Zwłaszcza za szampana.

– Nie ma za co – odparła – chociaż jeżeli wypijesz go sam, to jak się znowu zobaczymy, będziesz mi bardziej wdzięczny za kawę i paracetamol. Dobranoc.

Odeszła szybkim krokiem, a ja stałem przez dłuższą chwilę i wpatrywałem się w zamknięte drzwi, aż wreszcie z letargu wyrwał mnie odgłos ruszającego samochodu. Wzruszyłem ramionami i wróciłem do kuchni. Musiałem przyznać, że Heather Barlow zrobiła na mnie wrażenie. Nikt nie powitałby mnie lepiej w Kilnsgate.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej