Szpieg i piękna dama - Kasey Michaels

Szpieg i piękna dama

0,0

„Black Jack” Blackthorn jest szpiegiem i zabójcą na zlecenie. Kiedy znika jego mentor, także szpieg, Black Jack musi go odnaleźć, zanim zostaną ujawnione najpilniej strzeżone rządowe tajemnice. Jedynej pomocy może mu udzielić córka zaginionego, Tess Fonteneau, którą Jack niegdyś uwiódł i porzucił. Teraz Blackthorn musi ją przekonać, aby zapomniała o dawnej urazie i pomogła mu w poszukiwaniach...

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Kasey Michaels

Szpieg i piękna dama

Tłumaczenie:
Małgorzata Hesko-Kołodzińska

Prolog

Dickie Carstairs, krępy młody człowiek o dużym brzuchu i pogodnym spojrzeniu, stał odrobinę zbyt blisko latarni naprzeciwko gospody Pod Kaczką, aby pozostać niezauważonym. W zasadzie na tym właśnie polegało jego zajęcie – miał być widoczny przed głównym wejściem. Tak dobrze wywiązywał się z tego zadania, że urzędnik rządowy Miles Duncan nie tylko się nie niepokoił, ale szeroko uśmiechał, wymykając tylnymi drzwiami gospody.

Uśmiech jednak szybko znikł z urzędniczego oblicza, gdy ktoś mocno zacisnął dłoń na ramieniu Duncana, jednocześnie wyszarpując mu z rąk cienką torbę.

– Dobry wieczór panu – usłyszał Duncan. – A dokąd to szanowny pan się wybiera? Może pójdziemy razem?

Miles Duncan nie wydawał się zachwycony perspektywą spaceru w towarzystwie obcego jegomościa, ale nie zdążył wyrazić niezadowolenia, bowiem osunął się w cuchnącą kałużę utworzoną z zawartości dopiero co opróżnionych kilku nocników. Tak oto nieszczęsny urzędnik padł – pozornie – ofiarą jednej z brutalnych zbrodni, które były na porządku dziennym w tej londyńskiej dzielnicy.

Will Browning ze spokojem wyciągnął sztylet z Duncana i wytarł ostrze o płaszcz trupa. Następnie wsunął broń za cholewę buta i uwolnił zwłoki od sakiewki oraz zdobiącej fular szpili z granatu pośledniej jakości, by w ten sposób uwiarygodnić rabunkowy motyw zbrodni.

– Jack? – Uniósł brwi. – Proponowałeś, żebyśmy poszli razem? Cóż za osobliwa sugestia. Osobiście wolałbym nie udawać się tam, dokąd właśnie dotarł ten jegomość.

Don John Blackthorn, lepiej znany jako „Black Jack”, już rozplątywał rzemyki przy torbie, aby upewnić się, że zawiera ona dokumenty, których odzyskanie zlecił im premier.

– Przy następnej okazji ty będziesz władał językiem, a ja sztyletem – odparł.

– Ha! Typowe. To, co najprzyjemniejsze, zawsze chcesz zagarnąć dla siebie.

Jack puścił tę uwagę mimo uszu, gdyż Will blefował. Nie miewał wyrzutów sumienia ani wątpliwości podczas korzystania ze sztyletu bądź szabli. Zapewne dobrze się stało, że znalazł zatrudnienie w służbach rządowych, w przeciwnym razie niewątpliwie już by wisiał.

Jack, Will i Dickie tworzyli osobliwe trio hultajów. Dickie, trzeci syn hrabiego, był towarzysko nieprzystosowany, choć powszechnie uważano go za miłego człowieka. Może i nie błyszczał dowcipem ani bystrością umysłu, za to wykazywał się spektakularną wręcz odwagą. Nie każdy miałby chęć nieustannie zajmować najbardziej wyeksponowane pozycje, tym samym narażając się na łatwy odstrzał. Dickie pełnił rolę publicznego oblicza tej grupki i dzięki niemu pozostali mogli dyskretnie wykonywać zlecenia. Will był ich zbrojnym ramieniem. Przystojny, bogaty, obyty i nienagannie ubrany ulubieniec wyższych sfer zawsze służył miłym słowem i uśmiechem, jednak jego morale budziło wątpliwości. Willa charakteryzowało swoiste utemperowane szaleństwo. Kto nie był mu przyjacielem, modlił się żarliwie, by nie zostać jego wrogiem.

Jack, mózg i nominalny przywódca owego tercetu, wszędzie czuł się obco. Jako nieślubny syn markiza Blackthorn nie chciał mieszkać w rodzinnym domu wraz z braćmi i ogólnie stronił od towarzystwa. Był inny i już we wczesnej młodości dostrzegł tę różnicę. Głęboko w duszy trawił go ogień, potrzeba, której nie umiał sformułować, a co dopiero zaspokoić. W rezultacie stał się nieokiełznanym, impulsywnym młodzieńcem i na własnej skórze odczuł, jak twarde bywa życie.

Znalezienie pracy w charakterze jednego z najbardziej zaufanych tajnych agentów rządowych na pewien czas stłumiło w nim żar, ale teraz zaczynał się nudzić życiem na obrzeżach wydarzeń, jako ich obserwator, a nie faktyczny uczestnik. Swojego czasu uznał, że znalazł sposób na rozwiązanie własnego problemu, bo żadne inne zajęcie nie dawało mu satysfakcji. Potem jednak się zagubił, stracił cel w życiu i pojął, że już nigdy go nie odzyska. To, co robił teraz, było tylko przeplataną misjami pospolitą wegetacją.

– Niczego nie brakuje? – spytał Will, gdy dołączył do nich Dickie.

Pochylili się, aby rzucić okiem na papiery, które Jack pośpiesznie chował do torby.

– Nie poinformowano mnie o charakterze dokumentów, niemniej jest ich dość, aby lord Liverpool poczuł się usatysfakcjonowany – odparł Jack niezobowiązująco. – W przyszłości niewątpliwie będzie zwracał większą uwagę na to, komu powierza sprawy Korony. Tak czy siak, zostaniemy zacnie wynagrodzeni za dzisiejszą pracę i summa summarum tylko to się liczy, czyż nie, panowie? – Zawahał się na moment, a następnie wyciągnął z pliku jedną z kartek, na której ujrzał znane mu nazwisko. – Do diaska.

– Jack, nie powinieneś tego czytać – zauważył Dickie. – Jeśli będziemy wiedzieli zbyt dużo, skończymy jak tu obecny nasz przyjaciel, a mnie nie podoba się okolica.

– On nie słucha, Dickie – mruknął Will. – Jack, jesteś bardziej zachmurzony niż zwykle. Czyżbyś miał jakiś problem?

Jack nadal był pogrążony w lekturze.

– Na to wygląda. Zdaje się, że markiz Fonteneau przepadł bez wieści.

– Doprawdy? Od dawna nie słyszałem tego nazwiska. Mowa o tym najemniku, będącym twoim przewodnikiem duchowym po mrocznej sztuce wojaczki? A potem wynikła ta sprawa z tobą i jego córką. Tess, tak miała na imię? Nigdy o tym nie napomykasz, niemniej zakładam, że historia ta nie zakończyła się szczęśliwie.

– On nigdy o tym nie mówi – powiedział cicho Dickie, kiedy Will nie doczekał się odpowiedzi.

Tymczasem Jack schował kartkę z powrotem i zamknął torbę.

– W każdym razie wojna dobiegła końca i wielka szkoda, bo nie tropimy teraz wrogów bardziej godnych naszego cennego czasu niźli ten urzędnik o wygórowanych ambicjach – oznajmił. – De Fonteneau zwolniono ze służby, a może spotkał go inny los, trudno powiedzieć. Dlaczego Liverpool się nim interesuje?

Dickie ostrożnie przeszedł nad zwłokami urzędnika, kiedy Jack ruszył przodem przez zaułek.

– Stare czy nowe tajemnice, pewnie dla Liverpoola są warte tyle samo – odparł.

– Rządy nigdy nie zdradzają swoich sekretów – mruknął Jack.

Nieoczekiwana wzmianka o Tess przywołała lawinę wspomnień, które wolałby raczej pogrzebać w pamięci.

– Co zrobią z zaginionym markizem, Jack? – spytał Will, kiedy wsiedli do nieoznakowanego powozu, który czekał na końcu alejki.

– Znajdą go – oświadczył Jack po chwili namysłu. – List Liverpoola do jego sekretarza dotyczy mojego następnego zadania. Ponieważ znam Sinjona najlepiej, zapadła decyzja, że to ja mam go szukać.

– Liverpool chce wiedzieć, co temu człowiekowi chodzi po głowie, odkąd trafił na zieloną trawkę? To chyba roztropne – zauważył Will i rozsiadł się na miękkich poduszkach.

– W rzeczy samej, całkiem roztropne. Trzeba go znaleźć i przesłuchać – przyznał Jack, obracając złoty pierścień z onyksem, który nosił na palcu wskazującym prawej ręki. – A następnie, dla dobra króla i kraju, należy go wyeliminować.

Rozdział pierwszy

Lady Thessaly Fonteneau siedziała na ławce pod oknem. Jej szczupła sylwetka oraz gęste, jasne loki rysowały się wyraźnie na tle wpadających przez szybę promieni słońca. Tess ubrana była w wysokie ciemnobrązowe buty oraz skórzane spodnie. Głęboki dekolt białej, zbyt obszernej koszuli odsłaniał skrawek pełnych piersi ponad sfatygowaną kamizelką z brązowej skóry. Szyję Tess zdobiło owalne puzderko ze złota na cienkim, złotym łańcuszku. W środku znajdowały się dwa portrety, starszy i nowszy, oba namalowane ręką markiza. Puzderko niegdyś wisiało na czarnej aksamitce, lecz pewnego dnia ojciec Tess doszedł do wniosku, że nigdy nie należy ułatwiać zadania wrogowi – o ile cienki łańcuszek musiał się zerwać pod wpływem szarpnięcia, o tyle mocna wstążka mogła spełnić rolę garoty.

Tess charakteryzowała się klasyczną urodą, tak chętnie uwiecznianą przez artystów. Nie ulegało wątpliwości, że wywodzi się z arystokratycznego rodu. Miała delikatne rysy twarzy i biła od niej zmysłowość, dostrzegalna w szczupłych policzkach, prostym nosie, szerokich i kuszących ustach oraz orzechowych oczach za firanką czarnych rzęs.

Oczy te w tej chwili lśniły od z trudem powstrzymywanych łez.

– Gdzie, tatku? – westchnęła ciężko Thessaly, rozglądając się po zabałaganionym pokoju, który do niedawna był schludnym gabinetem markiza Fonteneau. Gruntownie przetrząsnęła pomieszczenie i teraz wyglądało jak po przejściu huraganu. Złość, frustracja i narastający strach sprawiły, że Tess traciła resztki panowania nad sobą. – Musiałeś zostawić mi jakąś wskazówkę.

Zabrała się do przeszukiwania skromnego domu tydzień wcześniej, równo dobę po zniknięciu ojca. Działała bez pośpiechu, starannie i metodycznie, tak jak ją tego uczono. Zaczęła od służących, którzy albo nic nie wiedzieli, albo nic nie chcieli powiedzieć. Ze służbą nigdy nie miało się pewności, czy jej lojalność płynie z głębi serca. Ojciec Tess nie zatrudniał personelu na długo i często wymieniał służących, ponieważ zagrażali bezpieczeństwu rodziny. Wystarczył nieostrożny gest bądź słowo w obecności lokaja, aby sprawa miała daleko idące konsekwencje. Zawsze zakładaj, że otaczają cię wrogowie, powtarzał markiz. To bezpieczniejsze niż odprężanie się w towarzystwie ludzi, których uważasz za przyjaciół.

Tess dowiedziała się z opowieści ojca, że przed laty zdradził go zaufany służący, a wysoką cenę za niedyskrecję markiza zapłaciła jego ukochana żona, Marie Louise. Dlatego od tamtej pory służący nie byli o niczym informowani, a mimo to jeden z nich natychmiast zameldował w Londynie o nieobecności markiza. Tess mogła się o tym przekonać już parę dni później, podczas powrotu z wioski. W drodze do domu szybko się zorientowała, że jest śledzona przez skrajnie nieporadnego wywiadowcę służb rządowych.

Jak na razie nie było powodu, aby odprawiać służbę bądź zaprzątać sobie głowę szpiclem nasłanym przez Liverpoola. Kogokolwiek by zatrudniła, niewątpliwie i tak znalazłby się służący gotów ją szpiegować – naturalnie z wyjątkiem Emilie, która przyjechała z nimi, kiedy przed laty uciekli z Paryża. Tess w duchu podziękowała za nią opatrzności.

Nie miała pojęcia, dokąd udał się jej ojciec ani czy kiedykolwiek wróci, i postanowiła dowieść wszem wobec, że nic nie wie o jego planach. Jej bezpieczeństwo zależało od niewiedzy, dlatego właśnie nie znalazła żadnego listu ani też żadnego ostrzeżenia. W ten sposób ojciec ją chronił.

– Ale przecież na pewno zostawiłby coś, cokolwiek, aby mnie zapewnić, że u niego wszystko w porządku – powiedziała głośno i wstała, czując przypływ energii. – Po prostu tego nie widzę, i już.

Wyciągnęła klucz z kieszeni kamizelki i podeszła do szafy, która na specjalne zamówienie markiza została wbudowana w ścianę pokoju. Tess wsunęła klucz do zamka, przekręciła i otworzyła przeszklone drzwi. We wnętrzu mebla znajdowały się półki z rozmaitymi przedmiotami, które jej ojciec kupił lub nabył drogą wymiany w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Były to ukochane skarby ojca, znaleziska w większości egipskie, choć nie brakowało także rzeczy ze starożytnego Rzymu i Grecji. W skład kolekcji wchodziły kawałki kamieni, wyszczerbione gliniane miski, mały posążek dawno zapomnianego bożka, pradawna fajka o ułamanym cybuchu. Były to cenne eksponaty człowieka, który poświęcił życie zemście. Tylko tyle pozostało z jego najwspanialszego i najwyżej cenionego zbioru w całej Francji.

Podczas poprzednich poszukiwań Tess nie dotykała przedmiotów z kolekcji, ale w tej chwili nie pozostało jej nic innego. Były ostatnią szansą. Jeden po drugim zdejmowała je z półek, patrzyła na nie uważnie, a następnie ostrożnie kładła na biurku. Jej frustracja narastała z minuty na minutę, aż wreszcie całą siłą woli musiała się powstrzymać przed ciśnięciem do kominka ostatniego skarbu, połamanej fajki.

Nie znalazła absolutnie nic. Oparła dłonie o półkę i przycisnęła do nich głowę. Czuła się całkowicie pokonana.

– Unieś lewą stronę drugiej półki. Zobaczysz przycisk. Wciśnij go, a następnie zamknij drzwi i cofnij się o krok.

Tess wstrzymała oddech. Każdy mięsień w jej ciele zmienił się w ciężki kamień. Tego głosu nie słyszała od prawie czterech lat, ale nie potrafiła go zapomnieć. Nawiedzał ją w snach, każdej nocy powtarzał: „Kocham cię, Tess. Niech Bóg ma mnie w opiece, tak bardzo cię kocham. Pozwól, bym cię kochał…”.

– To ty? – spytała, nie poruszając się. – Przysłali cię tutaj? Wiesz, to prawie zabawne, Jack. Uczeń przysłany na poszukiwania swojego mistrza. A ty się zgodziłeś, przyjechałeś tu, wiedząc, co w ostatecznym rozrachunku czeka was obu. – Odwróciła się powoli i oparła dłonie na krawędzi solidnej półki. Gdyby tego nie uczyniła, mogłaby osunąć się na kolana i zalać łzami. – Właśnie ty… Kto by pomyślał.

Stał nieruchomo, zbyt blisko, aby nie mogła go słyszeć i czuć. Nadal zapierał jej dech w piersiach, znała każdy centymetr jego ciała, którego miała okazję dotykać, smakować je i pieścić. Połączyła ich namiętność, zbyt nieopanowana, by jej się oprzeć. Ich bliskość okazała się jednak ogniem, którego nie dało się podsycić.

Jej kochanek miał nie tylko czarne włosy, ale też mroczną duszę i zimne serce. Nawet jego zielone oczy były ciemne, nieprzeniknione pod czarnymi łukami brwi. Wyglądał jak wyrzeźbiony w kamieniu przez wybitnego artystę. Jego szczupłe, umięśnione ciało było doskonałością samą w sobie.

Tess nie mogła oderwać wzroku od jego warg, których kąciki uniosły się teraz w uśmiechu.

– Wspaniały strój, Tess. Wątpię, aby te skórzane spodnie tak dobrze leżały na pierwszym właścicielu.

Momentalnie powróciła do rzeczywistości i wykorzystała uwagę Jacka, aby wygłosić równie kąśliwy komentarz pod jego adresem.

– Nie zauważyłam. Należały do René.

Na wzmiankę o jej bracie Jack ściągnął brwi, wpatrując się w nią z irytującą uwagą.

– Więc wcieliłaś się w rolę jego syna? Zrobiłabyś wszystko, żeby go zadowolić, prawda? Czy udało ci się to kiedykolwiek?

– Nie tak dobrze jak tobie. – Następna uszczypliwość trafiła w czuły punkt. Ludzie, którzy nie znali Jacka, nie zauważyliby, że jej słowa go zabolały. I dobrze, pomyślała. Mogli oboje cierpieć.

Jack zbliżył się do niej o krok.

– Jestem tutaj, by pomóc, Tess – powiedział. – Nie powracajmy do tego, co mamy już za sobą. Oboje popełnialiśmy błędy, ale to już odeszło do przeszłości. Nie wiesz, gdzie jest Sinjon, prawda? Zostawił cię tu, abyś samotnie stawiła mi czoło.

– Nie mógł wiedzieć, że to ty jesteś… – Nagle urwała i pokręciła głową. – Rozumiem. On by to wiedział. Jak mogłam być tak głupia i nie uświadamiać sobie, że to będziesz ty. Nikt nie zna go tak dobrze.

– Najwyraźniej mógłbym go znać lepiej. Spytałbym cię, czy naprawdę nie wiesz, dokąd się udał i jakie ma zamiary, ale to oczywiste, że nie masz pojęcia. Czego szukałaś?

Tess przyczesała palcami włosy.

– Sama nie wiem – przyznała. – Jak mógł mi to zrobić, Jack? Dlaczego zostawił mnie z niczym?

– Na szczęście ja tu jestem – zauważył i wyciągnął rękę, ale tylko po to, aby odsunąć Tess na bok i zbliżyć się do szafy wbudowanej w ścianę. – Wiedział, że przyjdę i się tym zajmę. Albo jest geniuszem, albo głupcem, prawda? W każdym razie przekonajmy się teraz, jakie ma plany.

Sięgnął do szafy, przesunął dłonią pod drugą półką i uniósł ją z lewej strony. Tess usłyszała lekkie stuknięcie, a następnie Jack się odsunął i zamknął przeszklone drzwi.

W tym momencie szafa przybliżyła się do nich i zaczęła powoli obracać, aż w końcu znieruchomiała bokiem, otwierając przejście do pomieszczenia, które dotąd skrywała.

Jack zapalił świece w kandelabrze, podczas gdy Tess tylko stała z szeroko otwartymi oczami.

– On nigdy… nigdy mi o tym nie powiedział. Tobie tak, mnie nie. Zataił to przed własną córką.

– Teraz będziesz miała mu co wypominać – zauważył Jack, wchodząc do środka.

Odwrócił się i wyciągnął rękę, tym razem niewątpliwie po to, aby ujęła jego dłoń. Tess pokręciła głową.

– Sama sobie poradzę – oznajmiła.

Jack obrzucił ją uważnym spojrzeniem.

– Fakt – przyznał. – Każdy bałwan to zauważy. Przytul się mocno do siebie, Tess, i nie daj się nikomu zbliżyć.

– Jak śmiesz! – oburzyła się. – To nie ja…

Tymczasem Jack zniknął z jej pola widzenia. Zabrawszy ze sobą świece, ruszył po schodach, które ciągnęły się za szafą. Tess nerwowo zerknęła na drzwi na korytarz. Wiedziała, że jeśli wyjdzie z gabinetu, Jack zacznie się dopytywać, dlaczego mu nie towarzyszyła. Musiała zaufać Emilie, która niewątpliwie była świadoma jego przyjazdu i tego, jak się w takim wypadku zachować.

Tess pośpiesznie zapaliła świecę i ruszyła w dół za Jackiem.

Kiedy odszedł przed laty, była dziewczyną, nie kobietą, jak teraz. Jack nie wiedział, czego się spodziewać, kiedy ujrzy ją ponownie. Okazało się, że sytuacja jest zarazem lepsza i gorsza, niż to sobie wyobrażał.

Miała w oczach ból, niewątpliwie spowodowany zniknięciem ojca, który jak zwykle nie uznał za stosowne wtajemniczyć jej w swoje plany. Sinjon Fonteneau, markiz Fontaine był skrytym człowiekiem i czuł się nieswojo, gdy inni okazywali przy nim emocje. Kochał córkę, lecz pochwały rzadko gościły na jego ustach. Tess to rozumiała, niemniej zrozumienie i akceptacja nie zawsze chodzą w parze, a ona nieustannie robiła, co w jej mocy, by zadowolić ojca i usłyszeć od niego dobre słowo.

Miała na sobie spodnie René. Jack był ciekaw, czy dzięki temu czuła się swobodniej w trakcie demolowania pokoju. Może po prostu zaczęła się tak ubierać. Co, u licha, stało się tutaj przez ostatnie cztery lata?

Zapalił kilkanaście grubych świec, aby rozświetlić chłodne, zatęchłe pomieszczenie.

– Niech to diabli… – wymamrotał, rozglądając się wokół siebie.

Usłyszał za plecami stukot butów na kamiennych schodach i szybko przybrał obojętną minę, kiedy Tess dołączyła do niego na środku pokoju.

– Często się zastanawiałam, gdzie przechowuje… – Zawiesiła głos. – Czy René o tym wiedział?

Jack skinął głową, ale wolał uniknąć rozmowy o tym, że bliźniaczy brat Tess miał dostęp do sanktuarium ojca, podczas gdy ona nawet nie wiedziała o jego istnieniu.

– Trzymał tutaj wszystko – powiedział. – Swoje przebrania, słoiki z farbą i pudrem, peruki… – Dotknął drewnianych kul opartych o jeden ze stołów. – Pamiętam, kiedy z nich korzystał. Posunął się tak daleko, że podwiązał sobie nogę pod płaszczem, aby bardziej przekonująco odegrać weterana inwalidę. Francuski porucznik wcisnął sou w jego dłoń, nim Sinjon poderżnął mu gardło, balansując na jednej nodze. Oponowałem przeciwko temu przebraniu, tłumaczyłem, że jednonogi człowiek jest siłą rzeczy osłabiony, ale tylko traciłem czas.

– Zabijał jedynie wtedy, gdy to było konieczne – podkreśliła Tess stanowczo, niewzruszenie wierząc w słuszność ojca. – Zawsze robił tylko to, co musiał.

Jack odłożył kule na miejsce i skierował wzrok na Tess.

– Tak, oczywiście – mruknął. – Święty markiz Fontaine. Jakaż to konieczność nakazała mu teraz opuścić dom, Tess? Wojna dobiegła końca, twój ojciec został nagrodzony za służbę królowi, wiódł ciche i bezpieczne życie. To wszystko, czego pragnął dla was wszystkich, czyż nie tak?

– Dla nas dwojga – poprawiła go, podchodząc do biurka, aby wysunąć środkową szufladę. – Tak naprawdę nigdy nie chciał, żeby René był taki jak on.

– W porządku, Tess. Porozmawiajmy teraz i miejmy to z głowy. – Jack podszedł do niej i bez ceregieli zasunął szufladę. – Twój brat był młody i nierozsądny, a poza tym się mylił. Sinjon nigdy nie przedkładał mnie ponad syna, więc René nie musiał nic udowadniać tamtej nocy. Nic a nic.

Jej oczy błyszczały w blasku świec.

– Musiał udowodnić absolutnie wszystko – upierała się. – Zarówno ojcu, jak i tobie. René cię wielbił, uważał, że jesteś niezwykły i najbardziej na świecie pragnął być taki jak ty, odważny i inteligentny. Tatko w kółko powtarzał: „Patrz, René, jak Jack to robi. Przyglądaj się i zapamiętuj. Jack pokaże ci, jak to wykonać. Jack nie czuje lęku, nawet gdy wchodzi do gniazda os. Jack jest niewzruszony i mężny, ma umysł diabła i siłę armii. Przyglądaj mu się, choć nie ma nadziei na to, że mu dorównasz. Jest wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju i nieustraszony”.

– Chryste. – Zamrugał oczami, stając po drugiej stronie biurka. – Przecież mnie nie zależało na niczym, bo nie miałem do stracenia nic poza własnym życiem.

Aż do teraz, dodał w duchu.

– Ale przecież to nie ty straciłeś życie, prawda Jack?

– Myślisz, że ty jedna cierpiałaś po jego śmierci? René był moim przyjacielem.

– Nigdy nie był twoim przyjacielem. Zadbałeś o to, by nie mieć przyjaciół. Za to ja znałam go lepiej niż ktokolwiek. René był stworzony do książek i do sztuki, nie do tego, by się wykrwawić na bocznej uliczce w Whitechapel! – Tess uderzyła go pięścią w klatkę piersiową. – To ja, Jack. To ja powinnam tam być.

– Miałabyś umrzeć zamiast niego? – spytał lodowatym tonem.

– Żaden z was nie znalazłby się w tamtym zaułku, gdybyście przystali na plan mój i ojca. Doskonale o tym wiesz! René nie groziłoby niebezpieczeństwo. Przecież wszyscy wiedzieliśmy, że łaknie akceptacji ojca i twojej. Był zbyt gorliwy, aby pamiętać o swoim braku umiejętności, gdy tylko nadarzyła się sposobność, by…

– By się popisać przed nami? Czy wreszcie jesteś gotowa to przyznać, Tess? Czy Sinjon jest gotów to zrozumieć? A może nadal mam brać na siebie całą odpowiedzialność?

– Przekonałeś tatkę do zmiany planu, do wykluczenia mnie z niego.

Jack poczuł, jak traci zimną krew. Nigdy nie chciał, żeby Tess była zaangażowana w którąkolwiek z misji. To Sinjon postanowił wykorzystać swoje dzieci i popełnił błąd.

– Bo cię kochałem! – prawie krzyknął, a jego słowa odbiły się echem od kamiennych ścian. – Bo nie mogłem znieść myśli, że cię stracę. – Szybko wziął się w garść, a następnie dokończył cicho: – A potem i tak cię straciłem…

Tess nie odpowiedziała. Zapadło milczenie, które zdawało się ciągnąć w nieskończoność.

– Dokądkolwiek zawędrował, z pewnością jest należycie uzbrojony – oznajmił Jack w końcu, spoglądając na szklaną gablotę, zwykle wypełnioną śmiertelnie niebezpieczną i niepowtarzalną bronią.

Gablota była pierwszym miejscem, gdzie powędrowało jego spojrzenie, kiedy wszedł do pokoju. Mógł się z niej sporo dowiedzieć. Człowiek, który szedł do lasu, aby palnąć sobie w łeb, nie zabierał ze sobą tuzina rozmaitych rodzajów broni. Sinjon najwyraźniej miał złowrogie zamiary, ale nie w stosunku do siebie.

Jack usłyszał skrzypnięcie ponownie wysuwanej szuflady.

– Jest jeszcze coś – odezwała się Tess. – Cygan nie dawał o sobie znać w Anglii już od kilku lat… od śmierci René. Dlaczego więc tatko nie pozbył się tego?

Jack sięgnął po wizytówkę, którą Tess położyła na blacie.

– Tani teatralny gest – ocenił chłodno, spoglądając na czarny kartonik z wytłoczonym złotym okiem o przekrwionej źrenicy. – Nigdy nie zgadzałem się z Sinjonem w tej sprawie.

– Papa mówi, że zdaniem władz ten człowiek jest Romem, a oko symbolizuje poszukiwacza. Właśnie dlatego określa się go tym mianem. Jest poszukiwaczem, gdyż w swoich poczynaniach kieruje się wyższym celem.

Jack pokręcił głową. Jako syn aktorki uważał, że umie rozpoznać melodramatyczne zachowania.

– Cygan poszukuje wyłącznie pieniędzy, by nabić nimi kabzę. Pracuje dla Francuzów i dla każdego, kto mu zapłaci, przez resztę czasu zaś pracuje dla siebie. Kimkolwiek był, w tej chwili to tylko złodziej i morderca, a pozostawianie wizytówek na miejscu przestępstwa to jedynie naigrawanie się z ludzi, którzy pragną go powstrzymać. To aktor odgrywający swoją rolę, a ci, którzy go tropią, są ledwie publicznością. Za każdym razem, gdy pozostawia wizytówkę przy kolejnym ciele bądź na poduszce po pustym eksponacie, kłania się nam. Zaczęliśmy wierzyć w jego śmierć, ale miesiąc temu znaleźliśmy jedną z wizytówek w miejscu kradzieży kilku bardzo cennych przedmiotów w Królewskim Muzeum Brytyjskim.

Tess zamyśliła się.

– Zatem wrócił, a ty na niego polujesz, prawda? Z powodu René. Z powodu… wszystkiego. – Zrobiła wielkie oczy. – Chyba… nie sądzisz…

– Musiałby być szalony, gdyby próbował odnaleźć go na własną rękę – uspokoił ją. – Czy często wspominał o Cyganie?

Usiadła na krześle, zaciskając długie palce na poręczach. Była zdenerwowana, Jack nie do końca rozumiał jednak dlaczego. Może po prostu przebywanie z nim w jednym pomieszczeniu sprawiało jej trudność.

– Nigdy – odparła. – Na pewno nie od śmierci René. Wtedy wszystko się skończyło, tak jak powiedziałeś – wojna, zlecenia, powody, by walczyć. Mama nie żyła i nic nie mogło tego zmienić, bez względu na to, jak bardzo się mścił przez dwadzieścia lat. Otrzymał niewielką emeryturę i powiedziano mu, że jego usługi nie są już potrzebne. Uczył mnie, chociaż najwyraźniej nigdy mi nie zaufał. Nawet nie wpuścił mnie do tego pomieszczenia. – Podniosła wzrok na Jacka. – Ale to już wiesz. Od śmierci René już nigdy nie był sobą. Odkąd odszedłeś… Nagle się postarzał, poczuł się przegranym człowiekiem.

– Nie miałem powodu, by zostać. Dałaś mi to jasno do zrozumienia i widzę, że od tamtej pory nic się nie zmieniło.

– Dla ciebie na pewno nie. Nadal pracujesz dla rządu i wykonujesz polecenia władz. W tym momencie możemy ponownie się zastanowić, dlaczego tutaj jesteś. Domyślam się, że ze względu na zniknięcie tatka. Chyba wiem, o co poprosiliby cię zwierzchnicy, gdybyś go odszukał. Pytanie brzmi, czego tatko chce od ciebie.

– Kiedy go znajdę, na pewno spytam – powiedział Jack zwięźle.

Nagle poczuł, że musi wyjść na świeże powietrze, oddalić się od Tess i jej przenikliwych pytań.

– Nie pomogę ci, nie jestem głupia. Wiem, że cię nie powstrzymam, ale nie licz na moje wsparcie. – Wstała. – Innymi słowy, Jack, w tym momencie wszystko między nami się kończy. Obejrzałam twoją sztuczkę z szafą i dziękuję za pokaz, ale teraz muszę prosić, abyś odszedł. Nie jesteś mile widziany pod tym dachem.

Wpatrywał się w nią, kiedy tak stała. Była wspaniała i choć wystraszona, starannie ukrywała lęk, tak jak zawsze. Pragnął jej z taką mocą, że czuł w piersi ból.

Gdy Tess chciała go wyminąć, chwycił ją za nadgarstek i obrócił, aby stanęła tuż przed nim. Nie puszczał przegubu, gdy buńczucznie uniosła brodę. Nie walczyła, ale i nie uległa.

Chciał, aby uległa.

– Znam to pomieszczenie, Tess. Jeżeli myślisz, że prowadzi do niego tylko jedno wejście, nie jesteś tak inteligentna, jak sądziłem. Znam każdy sekret tego domu, ty zaś najwyraźniej nie. Jeśli zechcę tu być, wejdę i bez twojego przyzwolenia. Pójdę, dokąd będę chciał i kiedy będę chciał. Wezmę to, na co będę miał ochotę.

Przywarł do jej ust i odchylił jej głowę, mocno wsuwając język między jej wargi oraz nogę między uda. Pragnął tego od czterech lat i cierpiał. W tym pocałunku skumulowała się cała jego frustracja.

Tess uniosła wolną rękę i położyła ją na jego ramieniu. W tym momencie dała za wygraną. Na jedną krótką chwilę ponownie rozgorzał między nimi ogień, ale Tess błyskawicznie otrzeźwiała. Uświadomiwszy sobie, co robi, wbiła palce w ramię Jacka i jednocześnie z całej siły kopnęła go kolanem w przyrodzenie.

Pod Jackiem ugięły się kolana. Zwolnił uścisk i Tess zwinnie umknęła. Trzymał dłonie na udach i z całych sił walczył ze sobą, aby nie zemdleć i nie zwymiotować z bólu.

– Sam ją tego nauczyłem – wydusił w końcu słynny „Black Jack” Blackthorn, przemawiając do nieczułych, zimnych ścian. Potem nieoczekiwanie się uśmiechnął. – Dobry Boże, czy przez te cztery lata w ogóle żyłem?

Popatrzył na przeciwległą ścianę i powoli ruszył ku niej, aby mocno wcisnąć jeden z kamieni. Nadszedł czas sprawdzić, co chodziło po głowie Sinjonowi.

Rozdział drugi

Tess nie poszła tam, dokąd pragnęła, ponieważ Jack mógł podążyć jej tropem. Czuła, że ryzyko jest zbyt duże. Inna rzecz, że nigdzie nie była bezpieczna.

Powiedział, że istnieje więcej niż jedno wejście do sekretnego pokoju jej ojca. Nawet gdyby zdołała je znaleźć gdzieś w piwnicach lub po drugiej stronie murów posiadłości i zablokować, na nic by się to nie zdało. Jack miał rację. Znał dom lepiej niż ona, choć to nie on w nim dorastał. Także jej ojca znał lepiej.

Nawet pocałował ją tak, jakby wiedział o niej więcej niż ona sama. Tak niewiele brakowało, by zdarła ubiór z Jacka i kochała się z nim na blacie biurka. Marzyła o tym od lat.

Usłyszała stukot butów na kamiennych schodach i szybko wymknęła się na korytarz, gdzie przywarła plecami do ściany, aby zniknąć Jackowi z oczu i jednocześnie słyszeć, co robi. Jeśli postanowił teraz przeszukać meble, nie mogła go powstrzymać, co nie oznaczało, że planowała oddalić się i skupić na robótkach czy innym równie nużącym zajęciu.

Jack nie od razu opuścił gabinet, ale nie usłyszała nic godnego uwagi, choć przez kilka minut czujnie nadstawiała ucha. Jeśli przetrząsał pokój, robił to z godną podziwu dyskrecją.

Zastanawiała się, co tam wyprawiał i czy istniały inne ukryte miejsca, o których ojciec nie raczył jej powiadomić. Pragnęła zajrzeć do gabinetu, ale tym samym przyznałaby przed Jackiem, iż potrzebuje jego pomocy, bo ojciec nie powierzył jej najściślej strzeżonych tajemnic.

Do diaska z nim, do diaska z ojcem.

– A kuku!

Tess prawie wyskoczyła ze skóry, kiedy zza drzwi wyłoniła się głowa Jacka.

– Nie jesteś zabawny – burknęła, usiłując zapanować nad oddechem.

– A ty nie powinnaś się skrapiać tak miłymi dla nosa wonnościami, jeśli zamierzasz pozostawać w ukryciu – odparł, wychodząc na korytarz. – Lepiej każ służbie przyszykować mi pokój. Może być ten co dawniej, chyba że wolałabyś dzielić ze mną łoże. Jestem prawie pewien, że dałbym się skusić, gdybyś ładnie poprosiła.

– Idź do czarta, ty… ty bękarcie! – zawołała za nim, gdy się oddalał.

Tess wróciła do gabinetu ojca. Opadła na krzesło przy biurku i ukryła głowę w dłoniach. Co miała zrobić? Przez tydzień, okrągły tydzień próbowała odkryć choć jedną wskazówkę dotyczącą miejsca pobytu tatka. Wytężała umysł, próbując przypomnieć sobie rozmowy z nim i odtworzyć w pamięci coś, co mogłoby podpowiedzieć jej, dlaczego przepadł, dokąd się udał i co planował po dotarciu na miejsce.

Wszystko na próżno. Gdyby nie kilka brakujących strojów pomyślałaby, że wyruszył do lasu i się zgubił albo leży gdzieś ze złamaną kostką. Ostatnimi czasy wyruszał na coraz dłuższe spacery i znikał na całe popołudnia. Z początku powtarzała sobie, że po prostu stracił poczucie czasu. Przez pół nocy przeszukiwała okolicę, nim stało się jasne, że ojciec odszedł bez słowa i nie pozostawił pieniędzy na życie.

Jack miał rację, mówiąc, że jej ojciec spodziewał się jego przybycia. Tatko dobrze wiedział, że jest obserwowany – rząd nigdy w pełni nie zaufałby Francuzowi, nawet takiemu, który po wielokroć oddawał władzom nieocenione przysługi. Informacja o ucieczce ojca musiała dotrzeć do Londynu, co było dla niego oczywiste, tak jak i to, że do poszukiwań zaginionego skierowana zostanie osoba, która za go najlepiej.

Tess nie rozumiała tylko, dlaczego ojciec naraził ją na tak nieprzyjemną sytuację. Wiedział, co czuła do Jacka, wiedział również o innych sprawach. Sam obarczał Jacka największą odpowiedzialnością za śmierć René.

– Tatko wyszkolił Jacka i wie, czego się po nim spodziewać – mamrotała do siebie. – Potrzebuje go do czegoś, ale jest zbyt dumny, aby zwrócić się z prośbą o pomoc. W tym sęk – wierzy, że Jack go znajdzie i mu pomoże. Sprawy córki przestają się dla niego liczyć, gdy w grę wchodzi misja. W ostatecznym rozrachunku wszyscy jesteśmy jego pionkami i zawsze nimi byliśmy. Od śmieci mamy dla tatka nikt już się nie liczył. Czy kiedykolwiek pogodzi się z jej odejściem?

Przynajmniej po raz dziesiąty zaczęła wysuwać i zasuwać szuflady biurka. Nie traciła nadziei, że dostrzeże coś, czego nie zauważyła podczas poprzednich dziewięciu inspekcji.

Znienacka natrafiła na pustą przestrzeń w środkowej szufladzie. Wcześniej z całą pewnością coś tam się znajdowało. Odsunęła krzesło i popatrzyła na podłogę, żeby sprawdzić, co mogło jej upaść. Nic jednak nie dostrzegła, więc ponownie wbiła wzrok w szufladę. Czego tam brakowało?

Zacisnęła powieki, usiłując oddychać powoli i skupić się na wspomnieniach. Oczyma duszy ujrzała zawartość szuflady – księgę codziennych wydatków, nożyk do ostrzenia piór, lak, pierścień pogrzebowy wykonany po śmierci René, ten sam, którego tatko nie mógł nosić przez ostatnie miesiące, gdyż jego palce były coraz bardziej sękate ze starości. Gazeta – no właśnie, złożony egzemplarz londyńskiego „Timesa” przepadł bez śladu. Dlaczego Jack go zabrał, skoro gazeta liczyła sobie już ponad miesiąc?

Miesiąc…

Miesiąc temu znaleźliśmy jedną z wizytówek w miejscu kradzieży kilku bardzo cennych przedmiotów w Królewskim Muzeum Brytyjskim.

Z pewnością chodziło właśnie o to. Gazeta zawierała doniesienie o kradzieży, tyle tylko że Tess nie przeczytała artykułu. Czyżby złodziejem był Cygan? Tak właśnie twierdził Jack, a poniewczasie doszedł do wniosku, że niepotrzebnie o tym wspomniał. Na pewno chciał usunąć wszelkie ślady tego potknięcia, zanim Tess dostrzeże gazetę i skojarzy fakty.

Popełnił błąd. Podczas ostatniego przeszukania zrobiła nielichy bałagan, uznał zatem, że jest niestaranna i nieudolna. Dostrzegł w niej amatorkę, a tymczasem nawet mimo narastającej frustracji Tess starannie odnotowywała wszystko w pamięci i wiedziała, gdzie co się znajdowało.

Czy w artykule w gazecie pojawiła się wzmianka o czarnej wizytówce z wytłoczonym złotym okiem o czerwonej źrenicy? Najprawdopodobniej, bo w przeciwnym razie ojciec nie trzymałby makulatury w biurku.

Nagle usłyszała kroki na korytarzu i pośpiesznie zamknęła szufladę.

– Lady Thessaly? Jest panienka proszona na górę.

Tess uśmiechnęła się do starej niani i bez trudu przerzuciła na francuski. Przez dwadzieścia lat pobytu na wyspie Emilie nauczyła się angielskiego, ale uważała ten język za niemiły dla ucha i pozbawiony melodii, więc robiła, co w jej mocy, by posługiwać się nim jak najrzadziej.

– Tak, dziękuję ci, Emilie, już idę.

– Byle nie w tych bryczesach, które jaśnie pan markiz tak nieroztropnie pozwala panience wkładać na konne przejażdżki. Pan Jack nie musi być świadkiem tej demonstracji nieskromności.

– W wypadku pana Jacka nie ma już mowy o skromności, Emilie – westchnęła Tess. Nagle poczuła się stara jak świat, choć liczyła zaledwie dwadzieścia pięć wiosen. – Poproś, z łaski swojej, Arnette, aby przygotowała wannę, za godzinę chciałabym wziąć kąpiel. Włożę białą jedwabną suknię, gdyż jak mniemam, pan Jack dołączy do mnie na kolacji.

– Białą, panienko? Nie nosiła jej panienka od lat, wymaga odświeżenia. – Emilie uśmiechnęła się porozumiewawczo. – Ach, teraz pamiętam. Będzie tak, jak panienka sobie życzy.

– Dziękuję, Emilie.

Po wyjściu niani Tess pogrążyła się we wspomnieniach. Przypomniała sobie, kiedy ostatnio nosiła tę suknię…

Jaka jesteś piękna, Tess. Przy tobie mrok się rozjaśnia, a chmury rozpływają. Kocham cię. Niech mi Bóg dopomoże, tak bardzo cię kocham. Pozwól się kochać…

Tess opuściła powieki i zacisnęła dłonie na kolanach. Nadal czuła na sobie gorące, wygłodniałe spojrzenie Jacka sprzed lat i smak jego pocałunków. Wspominała, jak zsunął białą suknię z jej ramion, wziął ją na ręce i przeniósł do łóżka, aby dołączyć do niej w atłasowej pościeli. To, co nastąpiło potem, było inicjacją zmysłów, lekcją przeprowadzoną z tak intymną precyzją, że rozwiało wszelkie wątpliwości co do tego, czemu Bóg stworzył ją kobietą i Jacka mężczyzną i z jakiego powodu byli teraz ze sobą. Dzięki Jackowi poznała wszystkie swoje tajemnice, a potem zachęcił ją, żeby odkrywała jego sekrety. Dotykali się, cieszyli sobą nawzajem, a Jack doprowadzał Tess do ekstazy na wszelkie możliwe sposoby. Uczył ją tego, czego skrycie pragnęła zaznać. Wspólnie odkryli właściwy rytm miłości.

Tess przyłożyła dłoń do dekoltu i poczuła, że jej serce wali jak oszalałe. Była wygłodniała do granic możliwości, chciała się uwolnić od napięcia i zaznać słodkiej, cudownej eksplozji. Tylko Jack potrafił jej to zapewnić.

Przy tym wszystkim chciała stać się dla niego najważniejszą osobą na świecie, istotniejszą od Korony, powinności, zemsty, nienawiści, a także ekstazy towarzyszącej walce. Pragnęła mężczyzny, który nie odejdzie, nawet kiedy ona mu to nakaże.

Nie mogła tego powtórzyć. Swego czasu wyniszczyli się nawzajem i nie powinni po raz drugi wchodzić do tej samej rzeki. Teraz była kobietą, miała obowiązki, a w jej życiu brakowało miejsca na niepewność. Gdy w grę wchodził Jack, dysponowała kilkoma rodzajami broni w swoim arsenale i biała suknia mogła jej posłużyć za zbroję. Z pewnością ją pamiętał i również nie był gotów na świadome powtórzenie tego samego błędu.

Wstała z niesmakiem wywołanym chwilową słabością i opuściła pokój. Musiała zająć się przygotowaniami.

Jack usadowił się na krześle przy stole w prywatnej salce Gospody Zamkowej, po czym przywitał się z Willem i Dickiem, który bez słowa napełnił trzeci kieliszek winem z karafki.

– I jak, dowiedziałeś się czegoś dzisiaj? – spytał Will.

Nabił na czubek sztyletu kawałek sera i wsunął go do ust.

– Owszem. Tego, że twoje maniery są wprost niedopuszczalne. – Jack upił łyk wina. Chciał, by partnerzy pierwsi opowiedzieli, co udało się im ustalić podczas jego pobytu w domu Tess. – Dickie?

– Zgadzam się, ale wiemy to nie od dzisiaj. – Dickie spojrzał na Willa i uśmiechnął się szeroko. – Och, chcesz wiedzieć, co udało się nam wywęszyć, tak? Doskonale. Twój mentor opuścił tę zabitą dechami wioskę osiem dni temu, wykupiwszy przejazd publicznym powozem na północ. Zabrał ze sobą spory kufer, zakupiony tego samego poranka, a do tego dość nieporęczną, płócienną torbę, której jednak nie chciał umieścić wraz z innymi bagażami i wolał mieć ją przy sobie na czas podróży. Chociaż markiz jest tutaj dobrze znany, prostaczkowie, z którymi rozmawiałem, nie wiedzieli, że to on zasiadł w powozie.

– Jak to możliwe? – spytał Jack tylko po to, aby Dickie nie przestawał mówić.

Domyślił się już wcześniej, w czym rzecz, gdyż przed laty sam musiał się nauczyć, jak w przebraniu ukrywać tożsamość przed wieśniakami, którzy widywali go niemal codziennie.

– Och, wygląda na to, że widzieli duchownego, jednego z tych z cudzoziemska przyodzianych gaduł. Miał habit i chodził przepasany sznurem paciorków z przywiązanym u boku wielkim krzyżem. Jego kapelusz był płaski i wielki niczym półmisek wciśnięty na czubek głowy. Usiłował pobłogosławić każdego, kto się nawinął, więc przyzwoici obywatele woleli trzymać spuszczony wzrok, gdy go mijali, aby przypadkiem nie skupić na sobie jego uwagi. Było to przebranie, rzecz jasna.

– I to niezgorsze, skoro poruszał się incognito w miejscu, w którym z pewnością rozpoznano by go bez trudu – zauważył Jack i skinął głową. Z kolekcji przebrań w ukrytym pokoju znikł tylko habit. – Kontynuuj.

Wpatrywał się w kieliszek, kiedy Dickie opowiadał o tym, że nieznajomy dwa tygodnie wcześniej zajął jednoosobowy pokój w tej gospodzie, w której właśnie bawili. Potem pojawiał się i znikał, kiedy to rzekomo wędrował po okolicy i ratował zbłąkane duszyczki. Hojnie szafował napiwkami, aby nikt nie zakłócał mu spokoju, gdyż jakoby pragnął oddać się modlitwie. Mógł spać w wynajętym pokoju, jednak nikt nie był tego pewien. Ogólnie biorąc, zachowywał się cicho i nie robił kłopotów. Wchodził i wychodził zawsze z mocną płócienną torbą.

– Powoli przenosił z domu wszystko to, co mu było potrzebne. Transportował rzeczy zarówno w torbie, jak i na sobie, pod habitem – podsumował Dickie oczywiste fakty. – Nie mógł dać się przyłapać na wyjeździe z kufrem i nie chciał wzbudzać podejrzeń domowników, dlatego robił to wszystko etapami i potajemnie. Nikt niczego nie podejrzewał. Chytrze rozegrane.

Will uraczył się następnym kawałkiem sera.

– Owszem, chytrze – przytaknął. – Na dodatek wysiadł w sąsiedniej wsi, gdzie wynajął wóz na bagaże i wyruszył dalej, tym razem na zachód. Okazało się, że do kolejnej wioski dotarła staruszka, powożąca chłopskim wozem, przesiadła się do powozu pocztowego i odjechała na południe, z kufrem na dachu oraz dużą płócienną torbą u boku. Nasz uciekinier musiał zapłacić za dodatkowe miejsce i dlatego go zapamiętano. W tej chwili jest już w Londynie.

– Równie dobrze mógłby być po ciemnej stronie Księżyca. Nie wytropimy go w mieście, bo przecież może się ukrywać gdziekolwiek i udawać kogokolwiek. – Dickie uniósł kieliszek. – I najwyraźniej coś knuje. Liverpoolowi nie spodoba się, kiedy mu powiemy, że go zgubiliśmy.

– Wcale go nie zgubiliśmy – zaoponował Jack. – Po prostu jeszcze nie wiemy, gdzie jest. Od początku było jasne, że człowiek pokroju Sinjona nie będzie nam ułatwiał zadania. Tess mówi, że nic nie wie, a biorąc pod uwagę, w jaki sposób markiz przygotował zniknięcie, jestem skłonny dać jej wiarę.

Will wstał, już wcześniej schowawszy sztylet w cholewie buta.

– W takim razie wyruszamy do Londynu. I tak niespecjalnie się radowałem perspektywą spędzenia nocy w tym zapomnianym przez Boga miejscu, zwłaszcza że powinniśmy teraz zażywać uciech sezonu i korzystać z tuzina zaproszeń, które na nas czekają w Mayfair. Rzecz jasna, nie na ciebie, Jack. Wielce nad tym ubolewam, ale cóż, tak bywa, niestety.

– Bywa – zgodził się Jack zwięźle i również wstał. – Bękarty z zasady nie bywają mile widziane w wyższych sferach. Niemniej i tak nie zamierzałem z wami jechać. Za dwa dni spotkamy się przy Half Moon Street. Zwracajcie uwagę na zwyczajowe znaki, potwierdzające moją obecność w rezydencji.

– Niektórzy po prostu zakładają z powrotem kołatkę – zauważył Dickie. – Całe to zamieszanie z rozsuwaniem i zasuwaniem zasłon… Człowiekowi miesza się w głowie.

– Nasz „Black Jack” nie ma w zwyczaju obwieszczać wszem wobec, gdzie przebywa, w przeciwieństwie do ciebie – zauważył Will i lekko pchnął tęgiego Dickiego w kierunku korytarza. – Jack, czyżbyś ponownie zamierzał ruszyć w konkury do jego córki? Chcesz grzać z nią łoże dla dobra Korony czy dla czystej uciechy? Tak czy siak, już ci zazdroszczę.

– Wybacz, Jack – przeprosił za Willa Dickie. – Twarz ma urodziwą, ale maniery nie tylko przy stole fatalne. Chodź, Will, nim Jack rozkwasi ci ten wścibski kinol.

Jack już wcześniej puścił mimo uszu słowa Willa. Nauczył się nie zwracać uwagi na pewne rzeczy, miał na to dwadzieścia osiem lat życia. Gdyby przejmował się byle czym, połowę z nich musiałby poświęcić na bijatyki z ludźmi. Nim jeszcze doszedł do pełnoletniości, pakował się w tarapaty na tyle często, by w końcu zwrócić na siebie uwagę markiza Fontaine. Człowiek ten wskazał mu inny sposób wykorzystywania szybkiego umysłu i zapalczywej natury, czym prawdopodobnie ocalił Jackowi życie.

– Nie muszę ci mówić, że należy zacząć od gospody. Zasadniczym problemem Sinjona jest brak pieniędzy, co oznacza, że musiał zabrać ze sobą wszystko, co potrzebne, by niczego nie kupować na miejscu przeznaczenia. Innymi słowy, ten trop odpada. Nie zapominajmy, że fizycznie niedomaga. Ktoś z gospody z pewnością pomógł mu targać kufer, nie poradziłby sobie z samodzielnym transportowaniem skrzyni przez Londyn. Panowie, nasz poszukiwany pozostawił tropy, ale już je zatarł, wykorzystując typową dla siebie taktykę. Niewątpliwie wypakował kufer i przeniósł jego zawartość tak, aby nikt nie zapamiętał go ze skrzynią. W tej chwili znikł na dobre, niemniej zaczniemy od bagażu. Znajdziemy kufer i będziemy ponownie w grze.

– W porządku, Jack. A co mamy zrobić, jeśli wytropimy Sinjona, kiedy ty będziesz zażywał uciech z jego… – Will się zawahał, nim dodał: – Kiedy ty będziesz zajęty poszukiwaniem wskazówek tutaj, na miejscu? Czy mamy zbliżyć się do niego, czy raczej zaczekać na ciebie? Wolałbym, żeby ten człowiek siedział w salonie i czekał na twoje przybycie z wielką kokardą na szyi. Bal u lady Sefton przypada w ten piątek, o czym wiesz, a z powodu obowiązków przegapiłem już połowę przyjęć. Do diabła z Liverpoolem i jego zaginionym markizem. Obiecano nam trochę odpoczynku po naszym ostatnim błyskotliwym sukcesie.

Jack przywykł do gderania Willa i wiedział, że ponad wszystko uwielbia on walczyć. Męczyły go podchody, konieczność angażowania się w intrygę, zwłaszcza jeśli w ostatecznym rozrachunku nie dochodziło do żadnej potyczki. Tym razem w grę wchodził tylko starszy człowiek, którego należało zlokalizować i odstawić z powrotem do domu albo sprawnie posłać do diabła. Gdzie tutaj mowa o zabawie?

– Wystarczy, że go znajdziecie, panowie, a przynajmniej wpadniecie na jego trop. Resztę zostawcie mnie – podkreślił Jack, gdy wyszli na dziedziniec gospody i czekali na wierzchowce. – Nie wątpię, że piękne damy wyczekują was z biciem serca.

– Wyczekują, lecz tylko Willa. – Dickie ciężko westchnął. – Obawiam się, że pękaty arystokrata bez grosza przy duszy nie cieszy się specjalnym wzięciem.

– Trzymaj się mnie, Dickie, przyjacielu. Chętnie oddam ci te panie, na które sam nie mam chrapki – zażartował Will.

Dogadywali sobie jeszcze przez chwilę, podczas gdy służba siodłała i wyprowadzała konie. Jack pozostał tam, gdzie stał, i patrzył, jak jego ludzie wyruszają w drogę.

Nie mógł się doczekać, aż odjadą, chociaż nie zamierzał tego okazywać. Przez ostatnie cztery lata tworzyli najprawdziwszy w świecie kwartet hultajów, który niestety skurczył się do tercetu, z Jackiem w roli przywódcy. Z początku nikomu to nie przeszkadzało. Will był zadowolony, że nie zajmuje się planowaniem i organizacją i przyznawał bez ogródek, że myślenie go męczy. Jack od pewnego czasu wyczuwał jednak narastającą frustrację kompana i jego coraz gwałtowniejszą potrzebę przemocy. Wszystko to wynikało z pustki, która wdarła się w życie Browninga po zakończeniu działań wojennych we Francji.

Po śmierci Henry’ego także Jackowi doskwierał coraz silniejszy niepokój. Baron Henry Sutton był jedynym człowiekiem, którego Jack mógłby określić mianem prawdziwego przyjaciela, a jego śmierć oznaczała powstanie wyrwy, której nie był specjalnie skłonny zapełnić. Przy Henrym Jack nigdy nie czuł się nieślubnym synem markiza Blackthorn. Dickie okazał się dobrym kompanem, ale nie takim, z którym można było siedzieć do rana i rozmawiać o wszystkim, począwszy od literatury, przez religię, a skończywszy na nieustannych próbach zrozumienia, jak to się stało, że znaleźli się akurat tutaj, w tym miejscu oraz czasie, i jaki jest sens istnienia.

Henry wiedział o zażyłości łączącej Jacka z Sinjonem oraz Tess i miał świadomość tego, czego nikt inny nawet się nie domyślał. Jackowi brakowało jego towarzystwa i cichego porozumienia, chociaż ze zdumieniem odkrył niedawno, że czuje przywiązanie do braci, Beau i Pucka, choć się tego nie spodziewał.

Sinjon i Tess, nauczyciel i kochanka Jacka, powrócili do jego życia zupełnie bez ostrzeżenia, więc czuł się wytrącony z równowagi i niepewny siebie. Zaczynał kwestionować sens dotychczasowego życia i zastanawiać się nad przyszłością, a przecież nigdy dotąd nie myślał o przyszłości. Liczyła się tylko teraźniejszość. Nie przejmował się tym, co może się wydarzyć, i właśnie dlatego był taki dobry w swoim zawodzie.

To się zmieniło, gdy los Beau i Pucka stał mu się bliski. Obiecawszy sobie, że po związku z Tess już nigdy nie będzie mieszał uczuć z misją, Jack zacieśnił relacje z braćmi i niemal stracił jednego z nich.

Po śmierci Henry’ego Jack zdecydował, że pora zakończyć z tego typu działalnością. Nie nadawał się już do swojej pracy. Dickie uwielbiał emocje i ogromnie potrzebował pieniędzy, które Korona przekazywała mu za usługi. Will z przyjemnością – może nawet przesadną – sprawdzał swoje umiejętności, zwłaszcza jeśli chodziło o korzystanie z noża. Tymczasem Jack po zakończeniu wojny coraz lepiej widział, że jego gromadka hultajów jest ledwie bandą najemnych zabójców, uwalniających Koronę od potencjalnych kłopotów. Ich źródłem był między innymi Sinjon, który wiedział stanowczo zbyt dużo, aby premier czy też którykolwiek z wysokich urzędników państwowych mógł spać spokojnie, gdy markiz wymknął się spod kontroli.

Dyskutowali z Henrym wielokrotnie, jak zrezygnować, i za każdym razem dochodzili do wniosku, że od Korony nie da się ot tak po prostu odejść. Sinjon niezbicie to udowodnił – praktycznie stał się więźniem w swej małej posiadłości, każdy jego ruch był uważnie obserwowany. Nie usunięto go tylko dlatego, że jako załamany i zniedołężniały starzec wcześniej nie stanowił zagrożenia. Gdyby zaistniała potrzeba wyeliminowania byle bękarta, nikt nie stosowałby podobnej taryfy ulgowej. Jack był umiarkowanie pewien, że wie, w jaki sposób pozbyłaby się go Korona.

Po raz ostatni rzucił okiem na pustą drogę i ruszył z powrotem do gospody, aby wypić jeszcze jeden kieliszek wina i pogrążyć się w samotnych rozmyślaniach.