Syn Neptuna. Tom II. Olimpijscy herosi - Rick Riordan

Syn Neptuna. Tom II. Olimpijscy herosi

0,0

PERCY MA ZAMĘT W GŁOWIE. Budzi się z długiego snu i nie pamięta zbyt wiele poza własnym imieniem. Nie odzyskuje pamięci nawet wówczas, gdy wilczyca Lupa mówi mu, że jest półbogiem, i uczy go władania magicznym mieczem. Odbywa wędrówkę, podczas której musi pokonać wiele potworów, i w końcu trafia do obozu herosów… ale i tutaj niczego sobie nie przypomina. Pamięta tylko jeszcze jedno imię: Annabeth.
HAZEL POWRÓCIŁA Z TAMTEGO ŚWIATA. W poprzednim życiu starała się być posłuszną córką, choć jej matka wykorzystywała szczególny „dar” córki, by zaspokoić swoją chciwość. Kiedy więc tajemniczy Głos opętał matkę i jej ustami nakazał użyć owego „daru”, by obudzić wielkie zło, Hazel zbyt późno zdobyła się na odwagę, by mu się sprzeciwić. Na skutek jej błędu zagrożone są losy całego świata. Teraz Hazel marzy tylko o tym, by uciec od tego wszystkiego na zaczarowanym koniu, który pojawia się w jej snach.
FRANK JEST NIEZDARĄ. Choć jego babcia twierdzi, że ich przodkowie byli potężnymi bohaterami, a on sam może się stać, kim tylko zechce, Frankowi nie jest łatwo w to uwierzyć. Nie wie nawet, kim jest jego ojciec. Ma nadzieję, że okaże się nim Apollo, bo strzelanie z łuku to jedyne, w czym chłopak jest dobry – choć nie aż tak dobry, by odnosić sukcesy w obozowych manewrach. Wstydzi się swojej niezdarności, zwłaszcza w towarzystwie Hazel, najbliższej przyjaciółki. To właśnie jej postanawia powierzyć swój największy sekret.

Niesamowite przygody młodych bohaterów zaczynają się w „innym obozie” półbogów, a potem przenoszą ich daleko, do krainy, nad którą bogowie nie mają już władzy. Pojawiają się nowi herosi, odżywają straszliwe potwory i rodzą się nowe przerażające istoty, a wszystko to ma związek ze spełnianiem się Przepowiedni o Siedmiorgu.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Rick Riordan

Syn Neptuna

Przełożył
Andrzej Polkowski

I
PERCY

Wężowłose jędze zaczęły Percy’ego irytować.

Nie zginęły raz na zawsze, kiedy w Galerii Wyprzedaży w Napa zbombardował je całą skrzynką kul do gry w kręgle. Nie zginęły, kiedy w Martinez rozjechał je policyjnym radiowozem. I – co było już całkiem niewiarygodne – nie zginęły, kiedy poodcinał im głowy w parku Tilden.

Za każdym razem gdy je zabijał, rozsypywały się w proch, ale już po chwili zaczynały się formować na nowo, jak wielkie rozjuszone koty z kurzu. Wydawało się, że nigdy się ich nie pozbędzie.

Dotarł na szczyt wzgórza i zatrzymał się, łapiąc oddech. Ile czasu minęło, odkąd pozabijał je po raz ostatni? Może dwie godziny. Nigdy nie pozostawały martwe na dłużej.

Od kilku dni prawie nie zmrużył oka. Żywił się tym, co udało mu się zdobyć – lepkimi batonikami z automatów, stęchłymi bajglami, nie pogardził nawet krokietem z fast foodu, co było już poniżej jego godności. Ubranie miał poszarpane, nadpalone i obryzgane śluzem potworów.

Udało mu się przeżyć tylko dlatego, że owe dwie wężowłose jędze – gorgony – również jakoś nie mogły go zabić. Ich szpony nie rozdzierały mu skóry, zęby im się łamały, kiedy próbowały go ukąsić. Czuł jednak, że dłużej już nie wytrzyma. Wkrótce całkiem opadnie z sił i choć teraz jeszcze wydaje się to niemożliwe, wówczas na pewno znajdą jakiś sposób, aby go zabić.

Dokąd uciec?

Rozejrzał się. W innych okolicznościach pewnie podziwiałby te widoki. Na lewo biegły w głąb lądu złociste wzgórza, nakrapiane jeziorami, lasami i stadami krów. Na prawo rozciągały się równiny Berkeley i Oakland – rozległa szachownica podmiejskich osiedli z kilkoma milionami mieszkańców, którzy na pewno nie życzyliby sobie, by jakieś dwa potwory i obszarpany półbóg zepsuli im spokój letniego poranka.

Jeszcze dalej na zachód lśniła pod srebrną mgiełką Zatoka San Francisco, a za nią większość miasta otulał wał gęstej mgły, z której wyłaniały się tylko szczyty drapaczy chmur i wieże mostu Golden Gate.

Ogarnął go dziwny smutek. Coś mu mówiło, że już kiedyś był w San Francisco. To miasto miało jakiś związek z Annabeth – jedyną osobą, którą pamiętał. Dręczył go ten brak wspomnień. Wilczyca obiecała, że znowu spotka się z Annabeth i że odzyska pamięć – jeśli jego wędrówka zostanie uwieńczona sukcesem.

Może powinien przepłynąć przez zatokę?

Niezły pomysł. Nawet stąd czuł kuszącą moc oceanu. Woda zawsze dodawała mu sił, a już wiedział, że słona jest najlepsza. Odkrył to dwa dni wcześniej, kiedy w cieśninie Carquinez zadusił morskiego potwora. Gdyby dotarł do zatoki, mógłby stoczyć śmiertelną walkę. Może nawet udałoby mu się utopić gorgony. Ale od wybrzeża dzieliły go przynajmniej trzy kilometry. Musiałby przejść przez całe miasto.

Powstrzymywała go też inna sprawa. Wilczyca Lupa nauczyła go, jak wyostrzyć zmysły: trzeba zawierzyć instynktowi, a ten wiódł go na południe. Percy czuł silne mrowienie w całym ciele, jakby ów samonaprowadzający radar alarmował go, że cel wędrówki jest blisko – prawie tu, pod jego stopami. Ale czy to możliwe? Tutaj, na samym szczycie jakiegoś wzgórza?

Wiatr powiał z innej strony. Percy wyczuł odór gadów. Niecałe sto metrów niżej coś szeleściło w lesie, łamiąc gałązki, krusząc liście i sycząc.

Gorgony.

Po raz któryś zapragnął, żeby nie miały tak dobrego węchu. Zawsze mu mówiły, że potrafią go wyczuć, bo jest półbogiem – synem jakiegoś starego rzymskiego boga. Próbował wytarzać się w błocie, kąpać w strumieniach, nawet trzymać w kieszeniach odświeżacze powietrza, żeby pachnieć wnętrzem nowego samochodu, ale najwyraźniej półboskiego smrodku nic nie mogło stłumić.

Powlókł się na zachodni kraniec szczytu. Było zbyt stromo, by zejść tamtędy ze wzgórza. W dole, ze dwadzieścia metrów niżej, widniał dach jakiejś willi wbudowanej w zbocze. Jeszcze piętnaście metrów niżej spod podstawy wzgórza wyłaniała się szosa biegnąca serpentynami do Berkeley.

Wspaniale. Nie ma innego zejścia. Dał się zapędzić w kozi róg.

Spojrzał na sznur samochodów zmierzających ku San Francisco. Żałował, że nie jedzie którymś z nich. A potem zdał sobie sprawę z tego, że szosa musi przecinać wzgórze. Tunelem... tuż pod jego stopami.

Wewnętrzny radar oszalał. Tak, znalazł się we właściwym miejscu, tylko trochę za wysoko. Musi sprawdzić ten tunel. Musi jakoś dostać się na szosę – i to szybko.

Zdjął plecak. W Galerii Wyprzedaży w Napa udało mu się zdobyć sporo rzeczy: kieszonkowy GPS, taśmę izolacyjną, latarkę, superklej, manierkę, śpiwór, pluszową poduszkę w kształcie misia pandy (jak ta w telewizji) i szwajcarski scyzoryk wojskowy – prawie cały niezbędnik nowoczesnego herosa. Brakowało czegoś, co mogłoby służyć jako spadochron albo sanki.

Pozostawały dwie opcje: skoczyć dwadzieścia metrów w dół i złamać sobie kark albo zostać na górze i walczyć. Obie brzmiały paskudnie.

Zaklął i wyciągnął z kieszeni długopis.

Długopis wyglądał całkiem zwyczajnie, ale gdy tylko Percy zdjął z niego zatyczkę, zamienił się w lśniący spiżowy miecz. Klinga była idealnie wyważona. Owinięta skórą rękojeść pasowała do ręki, jakby zrobiono ją specjalnie dla niego. Na gardzie wygrawerowano greckie słowo, które Percy dziwnym trafem rozumiał: Anaklysmos – Orkan.

Kiedy to było, gdy przebudził się z tym mieczem w dłoni owej pierwszej nocy spędzonej w Wilczym Domu? Dwa miesiące temu? Więcej? Stracił poczucie czasu. Znalazł się na dziedzińcu jakiegoś spalonego dworku pośród lasu, ubrany tylko w szorty i pomarańczową koszulkę. Na szyi miał rzemień z dziwnymi glinianymi paciorkami, a w ręku ten miecz. Nie miał zielonego pojęcia, jak się tam znalazł, i tylko jakieś bardzo mętne przeczucie co do tego, kim jest. Był bosy, przemarznięty i oszołomiony. A potem pojawiły się wilki...

Tuż koło niego rozległ się znajomy głos, sprowadzając go na ziemię:

– Tu jesteś!

Uskoczył przed gorgoną, o mało nie spadając ze szczytu wzgórza.

To ta uśmiechnięta – Beano.

No dobra, naprawdę nie nazywała się Beano. Chyba był dyslektykiem, bo kiedy próbował coś przeczytać, słowa dostawały kręćka. Kiedy ujrzał ją po raz pierwszy, stojącą przed Galerią Wyprzedaży, z wielkim zielonym znaczkiem na piersiach, na którym wypisane było: „Witaj! Nazywam się STENO”, odczytał jej imię jako BEANO.

Wciąż miała na sobie firmową zieloną kamizelkę Galerii Wyprzedaży nałożoną na sukienkę w kwiaty. Na pierwszy rzut oka można było ją wziąć za zwykłą przysadzistą babcię – póki nie spojrzało się w dół i nie zobaczyło, że ma stopy koguta. Póki nie przyjrzało się jej ustom i nie zobaczyło wystających z nich spiżowych kłów dzika. Jej oczy płonęły czerwienią, a włosy były plątaniną jadowicie zielonych żmij.

Co było najstraszniejsze? Wciąż trzymała wielką srebrną tacę z darmowymi przekąskami w postaci miniaturowych pierożków z serem. Percy uśmiercił Steno już wiele razy, więc taca była pogięta, mimo to przekąski wciąż wyglądały smakowicie. Gorgona taszczyła je przez całą Kalifornię, żeby móc nimi poczęstować Percy’ego, zanim go zabije. Nie miał pojęcia, dlaczego ona to robi, ale wiedział już, że jeśli kiedykolwiek będzie mu potrzebna zbroja, zrobi ją z chrupiących pierożków z serem. Były niezniszczalne.

– Skosztujesz? – zapytała Steno.

Percy odpędził ją machnięciem miecza.

– Gdzie jest twoja siostra?

– Och, schowaj miecz! Już wiesz, że nawet niebiański spiż nie może nas zabić na długo. Skosztuj pierożka! W tym tygodniu są w promocji, a nie chciałabym cię zabić na pusty żołądek.

– Steno!

Druga gorgona pojawiła się z prawej strony tak szybko, że Percy nie zdążył zareagować. Na szczęście wpatrywała się w siostrę.

– Powiedziałam ci, że masz go wytropić i zabić!

Uśmiech spełzł z twarzy Steno.

– Ależ... Euryale... – Wymówiła to imię tak, że rymowało się z Muriel. – Nie mogę go najpierw poczęstować pierożkiem?

– Nie, ty idiotko! Euryale odwróciła się do Percy’ego i obnażyła kły.

Poza włosami, które były plątaniną węży koralowych zamiast zielonych żmij, wyglądała zupełnie jak jej siostra. Jej firmową kamizelkę, kwiecistą sukienkę, a nawet kły zdobiły naklejki z napisem RABAT 50%. Na zielonej plakietce było napisane: „Cześć! Nazywam się GIŃ, NĘDZNY HEROSIE!”.

– Nieźle się za tobą nagoniłyśmy, Percy Jacksonie – powiedziała. – Ale jesteś już w pułapce, a my nasycimy się zemstą!

– Pierożki są tanie, tylko dolar dziewięćdziesiąt dziewięć centów za sztukę – dodała uprzejmie Steno. – Dział spożywczy, alejka trzecia.

– Steno, Galeria Wyprzedaży to była ściema! – warknęła Euryale. – Nie przyzwyczajaj się! A teraz odłóż tę śmieszną tacę i pomóż mi zabić tego herosa. Może już zapomniałaś, że to on unicestwił Meduzę?

Percy cofnął się. Tylko piętnaście centymetrów dzieliło go od przepaści.

– Posłuchajcie, moje panie, już to przerabialiśmy. Nawet nie pamiętam, że zabiłem Meduzę. Niczego nie pamiętam! A może byśmy ogłosili zawieszenie broni i pogadali o waszych specjalnych ofertach na ten tydzień?

Steno spojrzała wyczekująco na siostrę, kapryśnie wydymając wargi, co nie było łatwe, biorąc pod uwagę jej wielkie kły.

– Możemy?

– Nie! – Euryale utkwiła wzrok czerwonych oczu w Percym. – Nie obchodzi mnie, co pamiętasz, synu boga morza. Wyczuwam na tobie krew Meduzy. Słabe to ślady, sprzed kilku lat, ale to ty ostatnio z nią walczyłeś. A ona nadal nie wraca z Tartaru. To twoja wina!

Percy wciąż nie mógł się w tym połapać. Cała ta idea „umierania, a potem powracania z Tartaru” przyprawiała go o ból głowy. Oczywiście taką reakcję wywoływały w nim też inne zjawiska: długopis zmieniający się w miecz albo dziwna Mgła, która ukrywa potwory, czy fakt, że on sam jest synem jakiegoś obrośniętego muszelkami boga sprzed pięciu tysięcy lat. Ale w to wszystko wierzył. Choć został pozbawiony pamięci, wiedział, że jest półbogiem, i wiedział, że nazywa się Percy Jackson. Od czasu swojej pierwszej rozmowy z wilczycą Lupą pogodził się z tym, że ów zwariowany, pokręcony świat bogów i potworów jest rzeczywistością, w której przyszło mu żyć. Co wcale mu w życiu nie pomagało.

– A gdybyśmy tak zgodzili się na remis? – zapytał. – Ja nie mogę was zabić. Wy nie możecie zabić mnie. Jeśli jesteście siostrami Meduzy... tej Meduzy, która zamieniała ludzi w kamień... to dlaczego nie jestem teraz kamieniem?

– Ci herosi! – prychnęła Euryale. – Zawsze ta sama śpiewka. Jak nasza matka! „Dlaczego nie możecie zamienić kogoś w kamień? Wasza siostra to potrafi”. No więc muszę cię rozczarować, młodziaku! To potrafi tylko Meduza. Była najstraszniejsza w całej naszej rodzinie. Zgarnęła całą pulę.

Steno zrobiła urażoną minę.

– Matka mówiła, że ja jestem najstraszniejsza.

– Siedź cicho! – warknęła Euryale. – A jeśli chodzi o ciebie, Percy Jacksonie, to prawda, że nosisz piętno Achillesa, więc trochę trudniej cię zabić. Ale nie martw się. Znajdziemy na to sposób.

– Jakie znowu piętno?

– Achillesa – odpowiedziała ochoczo Steno. – Och, był niesamowity! Kiedy był dzieckiem, zanurzono go w rzece Styks, więc całe ciało miał uodpornione na zranienia, z wyjątkiem pięty, za którą go trzymano. To samo stało się z tobą, kochasiu. Ktoś musiał cię zanurzyć w Styksie i teraz masz skórę jak z żelaza. Ale nie martw się. Herosi tacy jak ty zawsze mają jakieś słabe miejsce. Musimy je po prostu znaleźć i wtedy cię zabijemy. Czyż to nie cudowne? Poczęstuj się pierożkiem!

Percy próbował się skupić. Nie pamiętał żadnego zanurzania w Styksie. No tak, ale przecież niczego nie pamiętał. Nie czuł, by miał skórę z żelaza, ale to by wyjaśniało, dlaczego gorgony od tak dawna nie mogą go zabić.

A może gdyby po prostu skoczył w przepaść... toby przeżył? Za duże ryzyko... w każdym razie bez czegoś, co spowolniłoby spadanie, bez jakichś sanek albo...

Spojrzał na wielką srebrną tacę z darmowymi przekąskami, którą Steno wciąż trzymała w rękach.

Hmm...

– Więc dasz się namówić, tak? – zapytała Steno. – I bardzo mądrze, kochasiu. Dodałam do nich trochę gorgoniej krwi, więc umrzesz szybko i bezboleśnie.

Percy poczuł mdłości.

– Dodałaś do pierożków swojej krwi?

– Tylko trochę. – Steno uśmiechnęła się. – Drobne nacięcie na ramieniu, ale dla ciebie, mój słodziutki, warto było. Musisz wiedzieć, że krew z prawej połowy naszego ciała leczy ze wszystkiego, natomiast krew z lewej połowy jest śmiertelnie...

– Ty idiotko! – zaskrzeczała Euryale. – Nie powinnaś mu tego mówić! Nie zje pierożków, skoro mu powiedziałaś, że są zatrute!

Steno zrobiła zaskoczoną minę.

– Nie zje? Przecież powiedziałam też, że śmierć będzie szybka i bezbolesna.

– Mniejsza z tym! – Paznokcie Euryale zmieniły się w szpony. – Zabijemy go w tradycyjny sposób. Po prostu drzyj go pazurami, aż znajdziemy ten słaby punkt. A kiedy już pokonamy Percy’ego Jacksona, będziemy sławniejsze od Meduzy! Nasza patronka sowicie nas nagrodzi!

Percy zacisnął dłoń na rękojeści miecza. Musi idealnie zaplanować ruchy... chwila nieuwagi z ich strony... złapać tacę lewą ręką...

Trzeba czymś zająć ich uwagę.

– Zanim rozerwiecie mnie na strzępy, powiedz mi, kim jest ta patronka, o której wspomniałaś?

Euryale uśmiechnęła się szyderczo.

– Nie wiesz? To bogini Gaja! Ta, która wywiodła nas z nicości! Nie pożyjesz tak długo, by ją spotkać, ale twoi przyjaciele, tam, w dole, wkrótce poznają jej gniew. Jej armie już maszerują na południe. Przebudzi się w Święto Fortuny, a wówczas będziemy ciąć półbogów jak... jak...

– Jak nasze ceny w Galerii Wyprzedaży! – wtrąciła Steno.

– No nie!

Euryale rzuciła się na swoją siostrę. Percy chwycił srebrną tacę, z której pospadały pierożki, i ugodził Orkanem Euryale, przecinając ją na pół.

Uniósł tacę, a Steno ujrzała w niej swoje zatłuszczone odbicie.

– Meduza! – wrzasnęła.

Jej siostra rozsypała się w pył, ale już zaczęła się odradzać jak roztapiający się bałwan śnieżny na filmie puszczonym od tyłu.

– Steno, ty kretynko! – zabulgotała, gdy jej twarz wyłoniła się z obłoku pyłu. – To jest twoje własne odbicie! Zabij go!

Percy rąbnął Steno w głowę srebrną tacą, pozbawiając przytomności.

Przyłożył sobie tacę do pośladków, odmówił w duchu modlitwę do któregokolwiek rzymskiego boga opiekującego się głupimi zjazdami na łeb, na szyję, po czym skoczył w przepaść.

II
PERCY

Kłopot ze zjeżdżaniem ze stromego wzgórza z szybkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę polega na tym, że kiedy człowiek zda sobie sprawę z tego, że to zły pomysł, jest już za późno.

Percy minął o włos jakieś drzewo, odbił się od skały i wywinął koziołka, spadając ku szosie. Ta głupia taca nie miała wspomagania kierownicy.

Słyszał wrzaski gorgon i zdołał dojrzeć błysk węży koralowych Euryale nad krawędzią szczytu wzgórza, ale nie miał czasu, by się tym przejmować. Dach willi wyrósł pod nim jak dziób pancernika. Czołowe zderzenie za dziesięć, dziewięć, osiem...

Udało mu się wykręcić ciało tak, żeby uniknąć połamania nóg. Taca ześliznęła się po dachu i śmignęła w powietrze. Poleciała w jedną stronę, on w drugą.

Kiedy spadał ku szosie, mignął mu w głowie okropny scenariusz: roztrzaskuje się o maskę jakiegoś SUV-a, a wściekły kierowca próbuje zetrzeć go z przedniej szyby wycieraczkami i mamrocze: „Głupi szczeniak prosto z nieba! Spóźnię się do pracy!”.

Jakimś cudem silny powiew wiatru rzucił nim w bok – dzięki temu nie spadł na szosę, tylko w zarośla. Nie było to miękkie lądowanie, ale lepsze niż spotkanie z asfaltem.

Jęknął. Miał ochotę po prostu zemdleć, choć wiedział, że musi się ruszyć.

Dźwignął się na nogi. Ręce miał podrapane, ale wszystkie kości całe. I wciąż miał swój plecak. Miecz gdzieś przepadł, ale Percy wiedział, że po jakimś czasie pojawi się ponownie w jego kieszeni jako długopis. To było częścią jego magicznej mocy.

Zerknął na wzgórze. Trudno było nie zauważyć gorgon, z tymi ich kolorowymi wężami na głowach i jaskrawozielonymi kamizelkami Galerii Wyprzedaży. Pokonywały drogę w dół ze wzgórza o wiele wolniej od Percy’ego, ale o wiele lepiej niż on panowały nad ruchami. Te kurze stopy na pewno są dobre do wspinaczki. Uznał, że minie może pięć minut, zanim go dopadną.

Tuż obok zobaczył druciany parkan oddzielający szosę od jakiegoś przedmieścia pełnego krętych uliczek, przytulnych domków i wysokich eukaliptusów. Parkan miał zapewne chronić ludzi przed wpadnięciem na szosę i robieniem takich głupot jak zjeżdżanie ze wzgórza na tacach pomiędzy rozpędzone samochody, ale było w nim pełno wielkich dziur. Percy mógł z łatwością wśliznąć się przez nie do miasteczka. Może znalazłby jakiś samochód i pojechał nim na zachód, w stronę oceanu. Choć nie lubił kraść samochodów, w ciągu ostatnich paru tygodni w podbramkowych sytuacjach „pożyczył” sobie kilka, w tym jeden policyjny radiowóz. Zamierzał je zwrócić, ale dziwnym trafem wszystkie rozbił.

Spojrzał na wschód. Tak jak się spodziewał, na wysokości niecałych stu metrów szosa wbiegała w dwa wykute w zboczu wzgórza tunele przeznaczone dla obu kierunków ruchu. Ich wyloty gapiły się na niego jak oczodoły czaszki olbrzyma. Między nimi, tam gdzie powinien być nos, wyrastała ze zbocza cementowa ściana z metalowymi drzwiami jak do bunkra.

To mogło być wejście do tunelu obsługi technicznej. Tak pewnie pomyśleliby śmiertelnicy, o ile w ogóle zdołaliby zobaczyć te drzwi. Ale nie mogli dostrzec ich prawdziwej natury poprzez Mgłę. Percy wiedział, że te drzwi znaczą coś więcej.

Strzegło ich dwoje nastolatków w zbrojach. Mieli na sobie dziwaczną mieszaninę rzymskich hełmów, napierśników, pochew, niebieskich dżinsów, fioletowych koszulek i białych adidasów. Strażnik z prawej strony wyglądał na dziewczynę, choć trudno było to stwierdzić na pewno ze względu na całą tę zbroję. Ten z lewej był krępym osiłkiem z łukiem w ręku i kołczanem na plecach. Oboje trzymali długie drewniane kije zakończone żelaznymi ostrzami, przypominające staroświeckie harpuny.

Wewnętrzny radar Percy’ego brzęczał jak oszalały. Po tylu strasznych dniach w końcu osiągnął cel swojej wędrówki. Instynkt mówił mu, że jeśli zdoła przejść przez te drzwi, poczuje się bezpieczny po raz pierwszy od chwili, gdy wilki wysłały go na południe.

Dlaczego więc czuje taki paniczny strach?

Gorgony złaziły już z dachu willi. Będą tu za trzy minuty, może wcześniej.

Jakaś część jego osobowości chciała pobiec do drzwi w zboczu wzgórza. Musiałby dostać się na pas trawy między dwiema nitkami szosy, a potem popędzić ku drzwiom. Zdążyłby do nich dopaść, zanim dorwałyby go gorgony.

Inna część chciała zmierzać na zachód, nad ocean. Tam byłby najbezpieczniejszy. Tam osiągnąłby największą moc. Ci rzymscy strażnicy przy drzwiach trochę go niepokoili. Coś mu mówiło: „To nie jest moje terytorium. Tam coś mi grozi”.

– I masz rację – powiedział jakiś głos tuż obok niego.

Podskoczył. W pierwszej chwili pomyślał, że Beano znowu udało się go podejść, ale ta siedząca w krzakach staruszka była jeszcze bardziej odpychająca niż gorgona. Wyglądała jak hipiska, która ze czterdzieści lat temu znalazła się na ulicy i od tamtej pory zbierała śmieci i szmaty. Miała na sobie sukienkę z ręcznie farbowanej tkaniny, jakieś podarte pikowane kołdry i plastikowe torby ze sklepu spożywczego. Jej zmierzwione, kręcone włosy, przewiązane opaską z pacyfą, były szarobrązowe jak piana z piwa korzennego. Twarz miała obsypaną brodawkami i znamionami. Kiedy się uśmiechnęła, pokazała dokładnie trzy zęby.

– To nie jest tunel obsługi technicznej – powiedziała. – To wejście do obozu.

Percy’emu dreszcz przebiegł po plecach. Obóz. Tak, stamtąd pochodzi. Obóz. Może to jego dom? Może Annabeth jest już blisko?

A jednak coś go dręczyło.

Gorgony były wciąż na dachu willi. Po chwili Steno zarechotała tryumfalnie i wskazała palcem w jego stronę.

Stara hipiska uniosła brwi.

– Masz mało czasu, moje dziecko. Musisz dokonać wyboru.

– Kim jesteś? – zapytał Percy, choć wcale nie był pewny, czy chce się tego dowiedzieć. Ostatnią rzeczą, jakiej mu teraz brakowało, była kolejna nagła przemiana nieszkodliwego śmiertelnika w potwora.

– Och, możesz mnie nazywać June. – Jej oczy rozbłysły, jakby to był wyśmienity dowcip. – Jest przecież czerwiec, nie? A jak go nazywali Rzymianie? Junius. To po mnie!

– W porządku... Słuchaj, muszę już lecieć. Za chwilę będą tu dwie gorgony. Nie chcę, żeby zrobiły ci krzywdę.

June klasnęła w dłonie z zachwytu.

– Jakie to milutkie! Ale to część twojego wyboru!

– Mojego wyboru...

Percy nerwowo zerknął na wzgórze. Gorgony pozdejmowały swoje zielone kamizelki. Z pleców wystrzeliły im skrzydła – małe nietoperze skrzydła, lśniące jak mosiądz.

Od kiedy one mają skrzydła? Może to tylko ozdoba. Może są za małe, żeby unieść gorgonę w powietrze. A potem siostry zeskoczyły z dachu willi i poszybowały prosto ku niemu.

Super. Naprawdę super.

– Tak, chodzi o wybór – powiedziała powoli June. – Możesz zostawić mnie tutaj na łaskę tych gorgon i uciec nad ocean. I zaręczam, że ci się uda. Gorgony chętnie zajmą się mną i pozwolą ci uciec. A w morzu żaden potwór ci nie zagrozi. Możesz rozpocząć nowe życie, doczekać sędziwego wieku i uniknąć wielu cierpień i utrapień.

Percy był pewny, że druga opcja nie przypadnie mu do gustu.

– Albo?

– Albo możesz zrobić dobry uczynek dla starszej pani. Możesz zanieść mnie do obozu.

– Zanieść cię?

Percy miał nadzieję, że to żart, ale staruszka uniosła nieco swoje spódnice i pokazała mu obrzmiałe, fioletowe stopy.

– Sama tam nie dojdę. Zanieś mnie do obozu... przez szosę, przez tunel, przez rzekę.

Gorgony były zaledwie jakieś pięćdziesiąt metrów od nich – szybowały ku niemu leniwie, jakby już wiedziały, że zwierzyna za chwilę wpadnie im w szpony.

Percy spojrzał na staruszkę.

– I mam cię zanieść do tego obozu, bo...?

– Bo tak nakazuje zwykła uprzejmość! Ale jeśli tego nie zrobisz, zginą bogowie, zginie cały świat, zginie wszystko, co poznałeś w swoim dawnym życiu i co cię z nim łączy. Oczywiście nie będziesz tego wszystkiego pamiętał, więc co ci tam! Będziesz bezpieczny na dnie oceanu...

Percy przełknął ślinę. Gorgony zaskrzeczały z uciechy, zataczając nad nim krąg.

– Czy w tym obozie odzyskam pamięć? – zapytał.

– W końcu ją odzyskasz. Ale muszę cię ostrzec: słono za to zapłacisz! Utracisz piętno Achillesa. Czeka cię wielki ból, wielkie utrapienie, dojmujące poczucie straty. Z drugiej strony możesz zdobyć szansę uratowania swoich dawnych przyjaciół i rodziny. Możesz odzyskać dawne życie.

Gorgony krążyły nad ich głowami. Prawdopodobnie obserwowały staruszkę, chcąc wybadać, kim jest ten nowy gracz, zanim uderzą.

– A co z tymi strażnikami przy bramie? – zapytał Percy.

June uśmiechnęła się.

– Och, wpuszczą cię, mój kochany. Im możesz zaufać. No więc, co wybierasz? Pomożesz bezbronnej staruszce?

Percy wątpił w jej bezbronność. W najgorszym razie to pułapka. W najlepszym – jakiś test.

Nienawidził testów. Od kiedy utracił pamięć, jego całe życie pełne było pustych pól do wypełnienia. Był .................. od ................... Czuł się jak .................., a jeśli te potwory go dopadną, będzie ...................

A potem pomyślał o Annabeth, o tej jedynej cząstce jego dawnego życia, której był pewny. Musi ją odnaleźć.

– Zaniosę cię.

I uniósł staruszkę.

Była lżejsza, niż się spodziewał. Starał się ignorować jej kwaśny oddech i stwardniałe dłonie wpijające mu się w kark. Ruszył przez pierwszy pas szosy. Jakiś kierowca zatrąbił. Inny coś wrzasnął, ale wiatr uniósł słowa. Większość po prostu klęła i robiła miny, jakby widok obszarpanego nastolatka przenoszącego starą hipiskę przez autostradę był tutaj, w Berkeley, czymś całkiem zwyczajnym.

Padł na niego cień. Steno zawołała z podziwem:

– Spryciarz z ciebie! Znalazłeś sobie boginię do przeniesienia, co?

Boginię?

June zagdakała z rozkoszą i mruknęła „uuups!”, gdy jakiś samochód o mało ich nie rozjechał.

Z lewej dobiegł ich wrzask Euryale:

– Na nich! Dwa łupy lepsze od jednego!

Percy przebiegł przez pozostałe pasy szosy. Jakoś udało mu się dotrzeć do pasa zieleni pośrodku autostrady. Samochody skręcały gwałtownie przed pikującymi gorgonami. Ciekaw był, co widzą śmiertelnicy przez Mgłę – może wielkie pelikany? Lotnie, które zboczyły z kursu? Wilczyca Lupa powiedziała mu, że śmiertelnicy potrafią uwierzyć we wszystko – prócz prawdy.

Popędził ku drzwiom w zboczu wzgórza. June robiła się coraz cięższa. Serce mu waliło. Żebra rozbolały.

Jeden ze strażników krzyknął. Drugi założył strzałę na cięciwę łuku.

– Zaczekaj! – wrzasnął Percy.

Ale chłopak nie celował w niego. Strzała świsnęła nad głową Percy’ego. Gorgona zawyła z bólu. Drugi strażnik pochylił włócznię, gorączkowo machając do Percy’ego, aby się pospieszył.

Jeszcze piętnaście metrów. Jeszcze dziesięć.

– Mam cię! – ryknęła Euryale.

Percy odwrócił się i zobaczył, jak strzała ugodziła ją w czoło. Euryale spadła na szosę. Jakaś ciężarówka potrąciła ją i pchała przed sobą przez sto metrów. Potem gorgona wspięła się na kabinę, wyrwała sobie strzałę z czoła i wzbiła się w powietrze.

Percy dopadł do drzwi.

– Dzięki – powiedział do strażników. – Niezły strzał.

– Powinna paść trupem! – zaprotestował łucznik.

– Witaj w moim świecie – mruknął Percy.

– Frank – odezwała się dziewczyna – wpuść ich do środka, szybko! To są gorgony.

– Gorgony? – Głos łucznika zmienił się w pisk. Trudno było coś o nim powiedzieć, bo twarz zakrywał mu hełm, ale wyglądał krzepko jak zapaśnik, a mógł mieć czternaście albo piętnaście lat. – Drzwi je powstrzymają?

June w ramionach Percy’ego zachichotała.

– Nie, nie powstrzymają. Naprzód, Percy Jacksonie! Przez tunel, przez rzekę!

– Percy Jackson?

Dziewczyna miała smagłą skórę, a spod hełmu wystawały jej kędzierzawe włosy. Wyglądała na młodszą od Franka – miała jakieś trzynaście lat. Koniec pochwy miecza sięgał jej prawie do kostek. W jej głosie brzmiała jednak stanowczość, jakby to ona dowodziła.

– W porządku, widzę, że jesteś półbogiem. Ale ona? – Spojrzała na June. – No dobra, nie ma sprawy. Właźcie do środka. Ja je powstrzymam.

– Hazel – odezwał się chłopak. – Nie szalej.

– Idź!

Frank zaklął w jakimś obcym języku – czyżby to była łacina? – i otworzył drzwi.

– Wchodźcie!

Percy wszedł za nim do tunelu, chwiejąc się pod ciężarem staruszki, która z całą pewnością robiła się coraz cięższa. Nie miał pojęcia, w jaki sposób Hazel ma sama jedna powstrzymać gorgony, ale był zbyt zmęczony, by się z nią spierać.

Korytarz był wydrążony w litej skale. Z początku wyglądał jak typowy tunel obsługi technicznej, z kablami elektrycznymi, znakami ostrzegawczymi i skrzynkami bezpiecznikowymi na ścianach; oświetlały go zawieszone u sufitu lampy w drucianych osłonach. Gdy weszli w niego głębiej, cementową posadzkę zastąpiła mozaika z płytek ceramicznych, a lampy ustąpiły miejsca trzcinowym pochodniom, które płonęły bez dymu. Kilkaset metrów przed nimi widniał prostokąt dziennego światła.

Staruszka była już cięższa od stosu worków z piaskiem. Percy ledwo ją utrzymywał w rozdygotanych z wysiłku ramionach. W dodatku mamrotała jakąś łacińską kołysankę, co nie pomagało mu się skoncentrować.

Ścigało ich echo wrzasków gorgon. Potem usłyszeli krzyk Hazel. Percy’ego kusiło, by rzucić June i popędzić na pomoc dziewczynie, gdy nagle cały tunel zadygotał od łoskotu spadających kamieni. Rozległy się skrzeki, podobne do tych, które wydały z siebie gorgony, gdy cisnął w nie skrzynką kul do kręgli. Zerknął za siebie. W zachodnim końcu tunelu kłębił się pył.

– Sprawdzimy, co się dzieje z Hazel? – zapytał.

– Da radę... mam nadzieję – odrzekł Frank. – W podziemiach nieźle sobie radzi. Naprzód! Już prawie doszliśmy.

– Prawie dokąd?

June zachichotała.

– Wszystkie drogi tam prowadzą, moje dziecko. Powinieneś to wiedzieć.

– Do więzienia?

– Do Rzymu, moje dziecko. Do Rzymu.

Percy nie był pewny, czy dobrze usłyszał. Wciąż niczego nie pamiętał. Jego mózg nie pracował należycie od czasu, gdy przebudził się w Wilczym Domu. Był jednak pewny, że Rzym nie leży w Kalifornii.

Biegli dalej. Światło w końcu tunelu robiło się coraz jaśniejsze, aż wreszcie wypadli na słońce.

Percy zamarł. U jego stóp rozciągała się rozległa kolista dolina z wyrastającymi z jej dna mniejszymi wzgórzami, ze złotymi równinami i z plamami lasów. Czysta rzeczka wypływająca z jeziora pośrodku doliny wiła się wokół jej brzegów jak wielka litera G.

Dorodne dęby, eukaliptusy, złote wzgórza i błękitne niebo – tak, to musi być gdzieś w północnej Kalifornii. A w oddali wznosi się ta wielka góra – jak ona się nazywa... chyba Mount Diablo? – i jest tam, gdzie powinna być.

A jednak Percy czuł się tak, jakby wstępował do jakiegoś tajemnego świata. Pośrodku doliny, nad jeziorem, wyrastało miasteczko białych, marmurowych domów z czerwonymi dachówkami. Niektóre miały kopuły i podparte kolumnami portyki, jak gmachy urzędów państwowych. Inne przypominały pałace ze złotymi wrotami i z wielkimi ogrodami. Dostrzegł jakiś plac ze stojącymi samotnie kolumnami, fontannami i posągami. Czteropiętrowy amfiteatr lśnił w słońcu tuż obok owalnej areny przywodzącej na myśl tor wyścigowy.

Na południu, na drugim brzegu jeziora, wyrastało wzgórze pokryte jeszcze bardziej imponującymi budowlami – chyba świątyniami. Rzeczkę przecinało kilkanaście kamiennych mostów, a z leżących na północy wzgórz zbiegał do miasteczka rząd ceglanych łuków, jak nadziemne torowisko kolejowe. Po chwili jednak Percy zdał sobie sprawę, że musi to być akwedukt.

Najdziwniejsza część doliny widniała tuż pod nim. Jakieś dwieście metrów dalej, za rzeką, leżało coś w rodzaju obozu wojskowego. Kwadratowy teren o boku czterystu metrów otoczony był wałem ziemnym, zwieńczonym zaostrzonymi palami, i suchą fosą, z której również jeżyły się ostre kołki. W każdym rogu wyrastała drewniana wieża, obsadzona strażnikami uzbrojonymi w wielkie kusze. Szeroka brama w przeciwległym boku obozu otwierała się w stronę miasteczka, a węższa wiodła nad brzeg rzeki. Wewnątrz panował ożywiony ruch: grupy nastolatków wchodziły do baraków lub z nich wychodziły, niosąc broń, polerując zbroje. Słychać było łoskot młotów w kuźni i czuć było zapach mięsa pieczonego nad ogniskiem.

Percy miał dziwne poczucie, że to miejsce nie jest mu obce, ale coś budziło w nim niepokój.

– Obóz Jupiter – oznajmił Frank. – Będziemy bezpieczni, gdy tylko...

Za ich plecami rozbrzmiał tupot. Hazel wybiegła z tunelu. Cała była pokryta pyłem i ciężko oddychała. Straciła hełm i kędzierzawe brązowe włosy spływały jej na ramiona. Pancerz był z przodu poorany szponami. Jedna z gorgon oznaczyła ją nalepką z napisem RABAT 50%.

– Powstrzymałam je na trochę – wydyszała – ale zaraz tu będą.

Frank zaklął.

– Musimy przeprawić się przez rzekę.

June ścisnęła mocniej szyję Percy’ego.

– Och, tak, błagam. Nie mogę zamoczyć ubrania.

Percy ugryzł się w język. Jeśli ta stara jest boginią, to musi być boginią śmierdzących, ciężkich, bezużytecznych hipisów. No, ale skoro zaszedł z nią już tak daleko... Chyba trzeba ponieść ją dalej.

„Bo tak nakazuje zwykła uprzejmość!”, powiedziała. „A jeśli tego nie zrobisz, zginą bogowie, zginie cały świat, zginie wszystko, co poznałeś w swoim dawnym życiu i co cię z nim łączy”.

Jeśli to ma być test, akurat z tego nie może dostać jedynki.

Biegnąc ku rzece, potknął się parę razy, ale dzięki pomocy Franka i Hazel jakoś utrzymał się na nogach.

Dotarli nad brzeg rzeki i Percy zatrzymał się, żeby złapać oddech. Prąd był rwący, ale rzeka nie wyglądała na głęboką. Od bramy fortu dzielił ich rzut kamieniem.

– Naprzód, Hazel. – Frank nałożył na cięciwę dwie strzały naraz. – Trzymaj się blisko Percy’ego, żeby wartownicy go nie postrzelili. Teraz ja powstrzymam te wiedźmy.

Hazel kiwnęła głową i weszła do rzeki.

Percy ruszył za nią, ale w ostatniej chwili się zawahał. Chociaż zwykle lubił wodę, ta rzeka wydała mu się... jakaś pełna mocy i chyba niezbyt przyjazna.

– Mały Tyber – powiedziała życzliwym tonem June. – Ma w sobie moc prawdziwego Tybru, rzeki imperium. Teraz możesz jeszcze się wycofać, moje dziecko, ale to twoja ostatnia szansa. Znamię Achillesa to greckie błogosławieństwo. Nie zachowasz go, gdy wkroczysz na terytorium Rzymian. Tyber je zmyje.

Percy był zbyt zmęczony, by to wszystko zrozumieć, ale uchwycił sedno.

– Jeśli przejdę przez tę rzeczkę, nie będę już miał żelaznej skóry, tak?

June uśmiechnęła się.

– No więc jak będzie? Wybierasz bezpieczeństwo czy ból i niepewność?

Za jego plecami rozległ się skrzek gorgon wylatujących z tunelu. Frank wypuścił obie strzały.

Hazel zawołała ze środka rzeczki:

– Percy, szybko!

Ze szczytów wież strażniczych rozbrzmiały dźwięki rogów i krzyki wartowników, którzy skierowali kusze w stronę gorgon.

„Annabeth” – pomyślał Percy. Wszedł do rzeczki. Woda była lodowato zimna, a prąd o wiele silniejszy, niż się spodziewał, ale nie przejmował się tym. Poczuł gwałtowny przypływ energii i mrowienie w całym ciele, jakby mu wstrzyknięto kofeinę. Dotarł do drugiego brzegu i postawił staruszkę na trawie. W tej samej chwili otworzyła się brama obozu. Wypadło z niej mnóstwo nastolatków w zbrojach.

Hazel odwróciła się do niego z uśmiechem ulgi na twarzy. Potem spojrzała przez jego ramię i uśmiech zmienił się w grymas przerażenia.

– Frank!

Frank był w połowie rzeki, gdy dopadły go gorgony. Runęły na niego z nieba i złapały za ramiona. Wrzasnął z bólu, gdy ich szpony wbiły mu się w ciało.

Wartownicy krzyknęli, ale Percy wiedział, że nie będą strzelać. Mogliby trafić Franka. Młodzi wojownicy dobyli mieczy i pobiegli ku rzece. Za późno.

Było tylko jedno wyjście.

Percy uniósł ramiona. Poczuł silne szarpnięcie w brzuchu, a Tyber poddał się jego woli. Woda gwałtownie wezbrała. Po obu bokach Franka utworzyły się wiry. Olbrzymie wodne ręce wyrosły z rzeki, naśladując gesty Percy’ego. Pochwyciły gorgony, które puściły Franka, zaskoczone. A potem te ręce uniosły skrzeczące potwory w powietrze.

Percy słyszał krzyki cofających się w przerażeniu nastolatków, ale był skupiony na swoim zadaniu. Wykonał gest, jakby uderzał pięściami niewidzialnego wroga, a olbrzymie ręce cisnęły gorgony w Tyber. Potwory trafiły w dno i rozsypały się w pył. Rozmigotane obłoczki gorgonich esencji natychmiast zaczęły się formować w ich kształty, lecz wodny wir roztrzepał je jak mikser. Wkrótce rwący prąd zmył wszelki ślad po gorgonach. Wiry zniknęły, woda opadła.

Percy stał na brzegu. Jego ubranie i skóra parowały, jakby Tyber skąpał go w jakimś kwasie. Poczuł się obnażony, odarty... bezbronny.

Pośrodku Tybru Frank słaniał się w wodzie, oszołomiony, ale cały i zdrowy. Hazel weszła do rzeki i pomogła chłopakowi wyjść na brzeg. Dopiero teraz Percy zauważył, że zrobiło się cicho.

Wszyscy się na niego gapili. Tylko na starej June jego wyczyn nie zrobił żadnego wrażenia.

– No, to był cudowny spacerek – powiedziała. – Dziękuję ci, Percy Jacksonie, za to, że przyniosłeś mnie do Obozu Jupiter.

Jednej z dziewcząt wyrwał się z gardła zduszony okrzyk.

– Percy... Jackson?

Wyglądało na to, że go zna. Percy przyjrzał się jej, w nadziei że zobaczy znajomą twarz.

Było oczywiste, że jest przywódczynią. Na zbroję miała zarzucony królewski purpurowy płaszcz. Na piersi lśniły medale. Musiała być w jego wieku. Miała ciemne, przenikliwe oczy i długie czarne włosy. Percy nie rozpoznał jej, ale ona wpatrywała się w niego takim wzrokiem, jakby widywała go wcześniej w koszmarnych snach.

June roześmiała się.

– Och, tak. Wiele razem przeżyjecie.

A potem, jakby w tym dniu było jeszcze za mało dziwów, zaczęła zmieniać postać. Rosła, aż stała się jaśniejącą, wysoką na ponad dwa metry boginią w niebieskiej sukni, w zarzuconym na ramiona płaszczu, który wyglądał jak kozia skóra. Twarz miała poważną i dostojną. W ręku trzymała berło zakończone kwiatem lotosu.

Choć wydawało się to niemożliwe, obozowicze jeszcze bardziej osłupieli. Dziewczyna w purpurowym płaszczu uklękła. Inni poszli za jej przykładem. Jakiś chłopak zrobił to tak gwałtownie, że o mało co nie nadział się na własny miecz.

Pierwsza przemówiła Hazel.

– Junona.

Ona i Frank też padli na kolana; teraz stał tylko Percy. Czuł, że chyba i on powinien uklęknąć, ale po przydźwiganiu staruszki aż tutaj nie zamierzał okazywać jej tak wielkiego szacunku.

– Junona, tak? – powiedział. – Skoro już pomyślnie zdałem test, mogę odzyskać pamięć i moje dawne życie?

Bogini uśmiechnęła się.

– W swoim czasie, Percy Jacksonie, jeśli powiedzie ci się tutaj, w tym obozie. Dzielnie się dzisiaj spisałeś, co trzeba uznać za dobry początek. Może jeszcze jest dla ciebie nadzieja.

Zwróciła się do reszty nastolatków.

– Rzymianie, oto syn Neptuna. Przez całe miesiące pogrążony był we śnie, ale już się przebudził. Jego los jest w waszych rękach. Zbliża się Święto Fortuny i trzeba będzie wyzwolić Śmierć, jeśli chcecie marzyć o zwycięstwie w nadchodzącym boju. Nie zawiedźcie mnie!

Jej postać zamigotała i zniknęła. Percy spojrzał na Hazel i Franka, oczekując wyjaśnień, ale wydawali się równie oszołomieni jak on sam. Dopiero teraz zauważył, że Frank ma w rękach dwie gliniane, zakorkowane flaszeczki. Eliksiry? Percy nie miał pojęcia, skąd się wzięły, ale zobaczył, że Frank wsuwa je do kieszeni, patrząc na niego tak, jakby chciał mu powiedzieć: „Później o tym pomówimy”.

Dziewczyna w purpurowym płaszczu wstała z klęczek. Przez chwilę przyglądała mu się nieufnie. Nie mógł się pozbyć wrażenia, że najchętniej przebiłaby go sztyletem.

– A więc syn Neptuna – powiedziała chłodno – który przybywa do nas z błogosławieństwem Junony.

– Posłuchaj – odrzekł – pamięć mi trochę szwankuje. Hmm... właściwie całkiem ją straciłem. Czy my się znamy?

Dziewczyna zawahała się.

– Jestem Reyna, pretor Dwunastego Legionu. I... nie, nie znam cię.

Ostatnie zdanie było kłamstwem. Percy poznał to po jej oczach. Zrozumiał jednak, że nie byłaby zadowolona, gdyby zaczął się z nią spierać przed jej żołnierzami.

– Hazel, wprowadź go do obozu – powiedziała Reyna. – Chcę go przesłuchać w principiach. Potem odeślemy go do Oktawiana. Musimy sprawdzić, co powiedzą o nim wróżby, zanim zdecydujemy, co z nim zrobić.

– Zdecydujecie, co ze mną zrobić? – powtórzył Percy. – Co masz na myśli?

Reyna zacisnęła palce na rękojeści sztyletu. Widać było, że nie przywykła do kwestionowania jej rozkazów.

– Zanim przyjmiemy kogoś do obozu, musimy go przesłuchać i odczytać wróżby. Junona powiedziała, że twój los jest w naszych rękach. Musimy wiedzieć, czy bogini zesłała nam nowego rekruta... – zmierzyła go takim spojrzeniem, jakby w to wątpiła – czy przyprowadziła nam wroga, którego powinniśmy zabić.

III
PERCY

Na szczęście Percy nie bał się duchów. W obozie aż się od nich roiło.

Migocący fioletowi wojownicy polerowali eteryczne miecze przed zbrojownią. Inne duchy stały przed barakami. Jakiś duch chłopca gonił ducha psa. A przy stajniach wielki, świecący na czerwono osiłek z głową wilka strzegł stada... Czyżby to były jednorożce?

Obozowicze nie zwracali na duchy większej uwagi, ale gdy Percy przechodził koło nich – z Reyną na przedzie i Frankiem oraz Hazel po bokach – wszystkie duchy zamierały i gapiły się na niego uważnie. Niektórym wyraźnie się nie podobał. Jakiś chłopczyk krzyknął na jego widok coś, co brzmiało jak „Greggus!”, i rozpłynął się w powietrzu.

Percy sam z chęcią by to zrobił. Źle znosił to powszechne zainteresowanie swoją osobą po tylu tygodniach samotności. Ale nadrabiał miną, trzymając się blisko Hazel i Franka.

– Mam zwidy? – zapytał. – Bo chyba widzę...

– Duchy? – Hazel spojrzała na niego. Tęczówki jej oczu przypominały krążki czternastokaratowego złota. – To lary. Domowe bóstwa.

– Aha. Domowe bóstwa. Czyli... mniejsze od prawdziwych bogów, ale większe od bogów pokojowych?

– To duchy przodków – wyjaśnił mu Frank.

Zdjął hełm, ukazując dziecinną twarz, nie bardzo pasującą do jego żołnierskiej fryzury i potężnego, krzepkiego ciała. Wyglądał jak berbeć, którego nakarmiono sterydami i przyjęto do piechoty morskiej.

– Lary są czymś w rodzaju maskotek – ciągnął. – Przeważnie są nieszkodliwe, ale to fakt, jeszcze nigdy nie widziałem ich tak rozzłoszczonych.

– Gapią się na mnie. Ten mały nazwał mnie Greggusem. To nie jest moje imię.

– Graecusem – poprawiła go Hazel. – Jak trochę tu pobędziesz, zaczniesz rozumieć łacinę. Herosi szybko się uczą. Graecus znaczy „Grek”.

– To niedobrze?

Frank odchrząknął.

– Może nie. Masz taki wygląd... te ciemne włosy i w ogóle. Może myślą, że naprawdę jesteś Grekiem. Twoja rodzina pochodzi z Grecji?

– Nie wiem. Już mówiłem, że niczego nie pamiętam.

– Albo może... – Frank zawahał się.

– Co? – zapytał Percy.

– Pewnie nic takiego... ale Rzymianie i Grecy od dawna z sobą rywalizują. Czasami Rzymianie używają słowa graecus, chcąc obrazić kogoś, kto jest obcy... kto jest wrogiem. Ja bym się tym nie przejmował.

Ale po tonie jego głosu można było poznać, że bardzo się tym przejął.

Zatrzymali się pośrodku obozu, gdzie dwie szerokie, wyłożone kamiennymi płytami drogi łączyły się jak linie prostopadłe w literze T.

Droga wiodąca do głównych wrót oznaczona była tabliczką z napisem VIA PRAETORIA. Na tabliczce przy drugiej drodze, przecinającej cały obóz, widniał napis VIA PRINCIPALIS. Pod tymi tabliczkami wisiały inne, z odręcznymi napisami w rodzaju: BERKELEY 5 MIL, NOWY RZYM 1 MILA, STARY RZYM 7280 MIL, HADES 2310 MIL (ta tabliczka wskazywała w dół), RENO 208 MIL i PEWNA ŚMIERĆ: TU JESTEŚ!

Jak na miejsce grożące pewną śmiercią okolica była całkiem czysta i uporządkowana. Budynki świeżo pobielono wapnem, a rozłożone były w równych, przecinających się prostopadle rzędach, jakby obóz zaprojektował jakiś pedantyczny nauczyciel geometrii. Baraki miały zacienione ganki, na których obozowicze wypoczywali w hamakach, grali w karty lub popijali napoje orzeźwiające. Każde dormitorium było oznaczone rzymskimi cyframi i godłami różnych zwierząt; był tam orzeł, niedźwiedź, wilk, koń i coś, co przypominało chomika.

Wzdłuż Via Praetoria ciągnął się rząd sklepików oferujących jedzenie, zbroje, broń, kawę, ekwipunek gladiatorski i togi. Nad salonem z rydwanami widniał transparent z napisem: CEZAR XLS ABS, ANI DENARA RABATU!

Na jednym z rogów skrzyżowania stała najbardziej imponująca budowla – piętrowy pałac z portykiem, przypominający staroświecki bank. Stali przed nim rzymscy wartownicy. Nad drzwiami wisiał wielki purpurowy sztandar z wyhaftowanymi złotymi nićmi literami SPQR otoczonymi laurowym wieńcem.

– Wasza kwatera główna? – zapytał Percy.

Reyna spojrzała na niego chłodno i wrogo.

– To są principia.

Popatrzyła na tłum zaciekawionych obozowiczów, który szedł za nimi aż znad rzeki.

– Niech wszyscy wracają do swoich obowiązków – powiedziała. – Podam wam najnowsze wiadomości podczas wieczornej musztry. Pamiętajcie, że po kolacji czekają nas manewry.

Na wzmiankę o kolacji żołądek Percy’ego zareagował gwałtownym burczeniem. Dochodzący z jadalni zapach pieczonego mięsa sprawiał, że chłopak łykał ślinkę. Z piekarni też napływały rozkoszne wonie, ale Percy wątpił, by Reyna zamierzała go tam wysłać.

Tłum rozszedł się niechętnie. Niektórzy pozwalali sobie na komentarze dotyczące losu Percy’ego.

– Już po nim.

– Albo po tych, którzy go znaleźli.

– Jasne. Niech go dadzą do Piątej Kohorty. Grecy i koty.

Kilku ryknęło śmiechem, ale Reyna spiorunowała ich wzrokiem, więc szybko się oddalili.

– Hazel, idziesz z nami – powiedziała Reyna. – Masz mi zdać raport z tego, co wydarzyło się przy bramie.

– Ja też? – zapytał Frank. – Percy uratował mi życie. Musimy mu pozwolić...

Reyna spojrzała na niego tak, że urwał i cofnął się o krok.

– Przypominam ci, Franku Zhang, że sam jesteś na probatio. Już dość kłopotów sprawiłeś w tym tygodniu.

Uszy Franka poczerwieniały. Zaczął się bawić małą tabliczką zawieszoną na szyi. Percy nie zwrócił na nią dotąd uwagi. Wyglądała jak ołowiana tabliczka z imieniem i nazwiskiem.

– Idź do zbrojowni – rozkazała Reyna. – Zrób inwentaryzację. Zawołam cię, jak mi będziesz potrzebny.

– Ale... Tak jest, Reyna.

I szybko odszedł.

Reyna machnęła na Hazel i Percy’ego, wskazując na kwaterę główną.

– A teraz, Percy Jacksonie, zobaczmy, czy zdołamy ci polepszyć pamięć.

Wewnątrz principia były jeszcze bardziej imponujące.

Na suficie połyskiwała mozaika przedstawiająca Romulusa i Remusa pod ich przybraną matką wilczycą (Lupa opowiadała Percy’emu tę historię setki razy). Posadzka była z polerowanego marmuru. Ściany obwieszono aksamitnymi tkaninami, tak że Percy poczuł się, jakby go wprowadzono do namiotu kempingowego jakiegoś milionera. Wzdłuż tylnej ściany wystawiono kolekcję osadzonych na drewnianych kijach sztandarów i emblematów z brązu – zapewne wojskowych, jak podejrzewał Percy. Pośrodku stał pusty uchwyt, jakby główny sztandar zabrano stąd, by go odświeżyć lub naprawić.

W głębi dostrzegł wiodące w dół schody zablokowane żelazną kratą, jak wejście do więzienia. Co tam mogło być? Potwory? Skarbiec? Pozbawieni pamięci półbogowie, którzy nie spodobali się Reynie?

Pośrodku stał długi drewniany stół zawalony zwojami pergaminu, notesami, tabletami i sztyletami. Była tam też wielka misa pełna kolorowych żelek, która do tego wszystkiego nie bardzo pasowała. Stołu strzegły dwie naturalnej wielkości figury chartów – jeden był srebrny, drugi złoty.

Reyna obeszła stół i siadła na jednym z dwóch krzeseł o wysokich oparciach. Percy miał ochotę zasiąść na drugim, ale Hazel nadal stała, a on wyczuł, że oczekuje się od niego, by robił to samo.

– Więc... – zaczął.

Figury psów obnażyły zęby i zawarczały.

Percy zamarł. Lubił psy, ale te łypały na niego groźnie czerwonymi ślepiami. Kły miały ostre jak brzytwy.

– Spokój, chłopcy – zwróciła się Reyna do chartów.

Przestały warczeć, choć nadal wpatrywały się w Percy’ego tak, jakby go sobie wyobrażały w torbie z żarciem dla psów.

– Nie zaatakują cię – powiedziała Reyna – chyba że spróbujesz coś ukraść albo ja im to rozkażę. To Argentum i Aurum.

– Srebro i Złoto.

Jak powiedziała Hazel, łacińskie słowa przestały być mu obce. Już miał zapytać, który jest który, ale ugryzł się w język, uświadomiwszy sobie, że to głupie pytanie.

Reyna położyła swój sztylet na stole. Percy miał niejasne poczucie, że już kiedyś ją widział. Jej włosy były czarne i lśniące jak bazalt, zaplecione z tyłu w warkocz. Miała w sobie coś z wytrawnego szermierza – była rozluźniona, ale czujna, jakby w każdej chwili gotowa była do walki. Zmarszczki wokół oczu z pewnością ją postarzały.

– Tak, my się już spotkaliśmy – oświadczył. – Nie pamiętam kiedy. Jeśli możesz mi powiedzieć coś o...

– Najpierw sprawy najważniejsze – przerwała mu. – Chcę wiedzieć, co ty masz mi do powiedzenia. Co pamiętasz? Jak się tu dostałeś? Tylko nie kłam. Moje psy nie lubią kłamców.

Argentum i Aurum zawarczały potakująco.

Percy opowiedział jej swoją historię – jak przebudził się w zrujnowanej willi w lasach Sonomy. Opisał, co robił, przebywając z Lupą i jej wilkami, ucząc się ich języka gestów i min, ucząc się, jak przeżyć i walczyć.

Od Lupy dowiedział się o półbogach, potworach i bogach. Wyjaśniła mu, że ona sama jest jednym z opiekuńczych duchów starożytnego Rzymu. Półbogowie tacy jak on nadal są odpowiedzialni za podtrzymywanie rzymskich tradycji współcześnie – walcząc z potworami, służąc bogom, ochraniając śmiertelników i pielęgnując pamięć o imperium. Przez wiele tygodni trenowała go, aż stał się silny, wytrzymały i brutalny jak wilk. Kiedy uznała, że dość już umie, wysłała go na południe, mówiąc, że jeśli przeżyje tę wędrówkę, może znajdzie sobie nowy dom i odzyska pamięć.

Podczas jego opowieści Reyna ani razu nie okazała zaskoczenia. Przeciwnie, wysłuchała wszystkiego ze spokojem, jakby to wszystko było zupełnie normalne. Tylko jedno wzbudziło jej zainteresowanie.

– Żadnych wspomnień? – zapytała. – Nadal niczego nie pamiętasz?

– Tylko jakieś strzępy.

Spojrzał na charty. Nie chciał wspomnieć o Annabeth. Uznał, że to zbyt osobista sprawa, a wciąż nie wiedział, gdzie może ją znaleźć. Był pewny, że spotkają się w jakimś obozie, ale akurat ten nie wydawał się tym właściwym.

Nie chciał też zdradzać nikomu jedynego wyraźnego wspomnienia: jej twarzy, jej blond włosów i szarych oczu, sposobu, w jaki się śmiała, w jaki go obejmowała i całowała, kiedy zrobił coś głupiego.

„Chyba często mnie całowała” – pomyślał.

Bał się, że jeśli podzieli się z kimś tym wspomnieniem, pryśnie ono jak sen. A tego nie mógł ryzykować.

Reyna zakręciła sztyletem leżącym na stole.

– Większość z tego, co opowiadasz, dotyczy wszystkich półbogów. W pewnym wieku w taki lub inny sposób każdy z nas odnajduje drogę do Wilczego Domu. Jesteśmy tam poddawani próbom i ćwiczeniom. Jeśli Lupa uzna, że jesteśmy tego godni, wysyła nas na południe, abyśmy przyłączyli się do legionu. Nigdy jednak nie słyszałam o kimś, kto utracił pamięć. Jak odnalazłeś Obóz Jupiter?

Percy opisał jej swoje ostatnie trzy dni – opowiedział o gorgonach, których nie mógł zabić na dobre, o staruszce, która okazała się boginią, i w końcu o spotkaniu Hazel i Franka u wejścia do tunelu.

Potem głos zabrała Hazel. Wychwalała odwagę i bohaterstwo Percy’ego, co wprawiło go w zakłopotanie. W końcu cały jego wyczyn polegał na przeniesieniu jakiejś starej hipiski.

Reyna przypatrywała mu się badawczo.

– Jak na rekruta jesteś trochę za stary. Ile masz lat? Szesnaście?

– Chyba tak.

– Jeśli spędziłeś tyle lat samotnie, bez odpowiedniego treningu i pomocy, to powinieneś już nie żyć. Syn Neptuna? Powinieneś mieć potężną aurę przyciągającą potwory wszelkiego rodzaju.

– Zgadza się. Mówiono mi, że śmierdzę.

Reyna prawie się uśmiechnęła, co wzbudziło w Percym nadzieję. Może jednak ma do czynienia z człowiekiem.

– Musiałeś gdzieś mieszkać przed Wilczym Domem.

Wzruszył ramionami. Junona powiedziała coś o jego długim śnie, a on rzeczywiście miał niejasne wrażenie, że spał – może nawet bardzo długo. Ale to przecież nie miało sensu.

Reyna westchnęła.

– No cóż, psy cię nie pożarły, więc wygląda na to, że mówisz prawdę.

– Super. Może następnym razem zbadasz mnie wariografem?

Reyna wstała i zaczęła się przechadzać wzdłuż ściany, przy której stały sztandary i godła. Metalowe psy śledziły ją wzrokiem.

– Nawet jeśli uznam, że nie jesteś wrogiem – powiedziała w końcu – nie jesteś też typowym rekrutem. Królowa Olimpu nie pojawia się w obozie tylko po to, by obwieścić przybycie nowego herosa. Ostatnim razem jeden z większych bogów odwiedził nas osobiście... – Potrząsnęła głową. – O czymś takim słyszałam tylko w legendach. A syn Neptuna... to nie jest dobry omen. Zwłaszcza teraz.

– Co masz przeciwko Neptunowi? – zapytał Percy. – I czemu: „zwłaszcza teraz”?

Hazel rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie.

Reyna nadal spacerowała wzdłuż ściany.

– Pokonałeś siostry Meduzy, których nie widziano od tysięcy lat. Rozzłościłeś nasze lary, które nazwały cię graecusem. I masz na sobie dziwne symbole... ta koszulka, te paciorki na szyi. Co one oznaczają?

Percy spojrzał w dół, na swoją pomarańczową koszulkę. Może kiedyś był na niej jakiś napis, ale teraz litery stały się zupełnie nieczytelne. Była tak obszarpana, że już dawno powinien się jej pozbyć, ale jakoś nie mógł się na to zdecydować. Wciąż prał ją w strumieniach i fontannach, po czym znowu wkładał.

Jeśli chodzi o naszyjnik, to każdy z czterech paciorków był ozdobiony innym symbolem. Na jednym był trójząb. Na drugim miniaturowe Złote Runo. Na trzecim wzór labiryntu, a na ostatnim zarys budynku – może Empire State Building? – a wokół niego jakieś imiona. Paciorki wydawały mu się ważne, jak zdjęcia w albumie rodzinnym, ale nie potrafił sobie przypomnieć, co oznaczają.

– Nie wiem.

– A twój miecz? – zapytała Reyna.

Percy pomacał w kieszeni. Długopis już tam był, tak jak zawsze. Wyciągnął go, ale zdał sobie sprawę, że nigdy nie pokazywał miecza Reynie. Hazel i Frank też go nie widzieli. Skąd ona o nim wie?

Za późno, aby udawać, że miecz nie istnieje... Zdjął zatyczkę. Orkan wyrósł do pełnej długości. Hazel wydała z siebie zduszony okrzyk. Charty warknęły niespokojnie.

– Co to jest? – zapytała Hazel. – Jeszcze nigdy nie widziałam takiego miecza.

– Ja widziałam – powiedziała Reyna. – Jest bardzo stary. To grecki miecz. Mieliśmy takich kilka w zbrojowni, zanim... – Urwała. – Ten metal to niebiański spiż. Śmiertelny dla potworów, jak cesarskie złoto, ale jeszcze rzadszy.

– Cesarskie złoto? – powtórzył Percy. Reyna wyjęła swój sztylet z pochwy. Klinga zalśniła złotem.

– Ten metal został poświęcony w starożytności, w rzymskim Panteonie. Jego istnienie było ściśle strzeżoną tajemnicą cesarzy, bo była to broń przeznaczona wyłącznie dla mistrzów we władaniu mieczem, którzy walczyli z potworami zagrażającymi imperium. Kiedyś mieliśmy więcej takich mieczy i sztyletów, ale teraz... No cóż, musi nam wystarczyć to, co mamy. Ja mam ten sztylet. Hazel ma kawaleryjski miecz, zwany spathą. Większość legionistów używa krótszych mieczy, gladiusów. Ale twój miecz w ogóle nie przypomina rzymskiej broni. To również świadczy o tym, że nie jesteś typowym półbogiem. No i twoja ręka...

– Co z nią nie tak? – zapytał Percy.

Reyna podniosła ramię. Percy nie zauważył tego wcześniej, ale na wewnętrznej stronie przedramienia miała tatuaż: litery SPQR, miecz skrzyżowany z pochodnią, a pod nimi cztery równoległe kreski. Wyglądały, jakby je wypalono.

Percy spojrzał na Hazel.

– Wszyscy je mamy – powiedziała, podnosząc swoje ramię. – Wszyscy pełnoprawni członkowie legionu.

Jej tatuaż był jednak trochę inny: miała tylko jedną wypaloną kreskę, a jej godłem był krzyż zwieńczony półkolem i kółkiem, co przypominało uniesione ramiona i głowę:

Percy spojrzał na własne ręce. Dostrzegł kilka zadrapań, trochę błota i płatek chrupiącego pierożka z serem, ale nigdzie nie było żadnego tatuażu.

– A więc nigdy nie byłeś legionistą – stwierdziła Reyna. – Tych znaków nie można usunąć. Pomyślałam, że może... – Potrząsnęła głową, jakby oddalała od siebie jakąś myśl.

– Skoro przeżył tak długo jako samotnik, może spotkał Jasona – powiedziała Hazel. Spojrzała na Percy’ego. – Słuchaj, spotkałeś może gdzieś herosa podobnego do nas? Kogoś w fioletowej koszulce, z tatuażem na ramieniu i...

– Hazel! – przerwała jej ostro Reyna. – Percy za dużo przeżył, żeby pamiętać o takich sprawach.

Percy dotknął czubka miecza i Orkan zmienił się z powrotem w długopis.

– Nie spotkałem nikogo takiego jak wy. Kim jest ten Jason?

Reyna rzuciła Hazel wściekłe spojrzenie.

– Jest... był moim kolegą. – Machnęła ręką w stronę drugiego pustego krzesła. – Legion ma zwykle dwóch wybieralnych pretorów. Jason Grace, syn Jupitera, był naszym drugim pretorem, zanim zaginął w październiku.

Percy policzył w myślach miesiące. Podczas samotnej wędrówki zapomniał o kalendarzu, ale Juno stwierdziła, że teraz jest czerwiec.

– A więc zaginął osiem miesięcy temu i dotąd nie wybraliście kogoś na jego miejsce?

– Może nie umarł – powiedziała Hazel. – Nadal mamy nadzieję, że żyje.

Przez twarz Reyny przebiegł grymas bólu. Percy odniósł wrażenie, że ten Jason był dla niej kimś więcej niż tylko kolegą.

– Wybory odbywają się na dwa sposoby – wyjaśniła Reyna. – Legion może unieść na tarczy kogoś, kto odznaczył się w jakiejś ważnej bitwie, a takiej w ciągu tych ośmiu miesięcy nie było, albo wybrać nowego pretora przez głosowanie, które odbywa się wieczorem dwudziestego czwartego czerwca, w Święto Fortuny, czyli za pięć dni.

Percy zmarszczył czoło.

– Macie święto... fortu?

– Fortuny – poprawiła go Hazel. – To bogini pomyślnego losu. Wszystko, co wydarzy się w dzień jej święta, może mieć wpływ na to, co będzie się działo w obozie aż do końca roku. Możemy mieć szczęście... albo możemy mieć prawdziwego pecha.

Reyna i Hazel popatrzyły na pusty stojak na godło, jakby obie pomyślały o tym, czego w nim brakuje.

Percy’emu dreszcz przebiegł po plecach.

– Święto Fortuny... Gorgony o nim wspominały. I Junona. Mówiły, że tego dnia ten obóz zostanie zaatakowany. Mówiły o jakiejś potężnej złej bogini... Gai... i o jakiejś armii, i o uwolnieniu Śmierci. Więc ten dzień przypada w tym tygodniu?

Reyna zacisnęła palce na rękojeści sztyletu.

– Nie wolno ci wspominać o tym poza tym pokojem – rozkazała. – Nie pozwolę ci wywołać paniki w całym obozie.

– A więc to prawda. Wiesz, co ma się stać? Nie możemy tego powstrzymać?

Percy dopiero co poznał tych ludzi. Nie był nawet pewny, czy polubił Reynę. Ale chciał im pomóc. Byli półbogami tak jak on. Mieli tych samych wrogów. Poza tym pamiętał, co mu powiedziała Junona: chodzi nie tylko o ten obóz. Zagrożone jest jego dawne życie, zagrożeni są bogowie, a nawet cały świat. Nie wiedział, na czym ma polegać to zagrożenie, ale czuł, że jest naprawdę wielkie.

– To mi na razie wystarczy – oświadczyła Reyna. – Hazel, zaprowadź go na Świątynne Wzgórze. Znajdź Oktawiana. Po drodze odpowiedz na jego pytania. Opowiedz o legionie.

– Tak jest, Reyno.

Percy’emu wciąż nasuwało się wiele pytań, w głowie miał zamęt. Reyna dała jednak wyraźnie znać, że audiencja jest skończona. Schowała sztylet do pochwy. Metalowe psy powstały i zawarczały, posuwając się w stronę Percy’ego.

– Życzę sprzyjającej wróżby, Percy Jacksonie – powiedziała. – Jeśli Oktawian pozwoli ci żyć, może jeszcze sobie porozmawiamy... na temat twojej przeszłości.

IV
PERCY

Po drodze z obozu Hazel kupiła mu espresso i bułeczkę z wiśniami w sklepiku Bombila, dwugłowego sprzedawcy kawy.

Percy pochłonął bułeczkę. Kawa była wspaniała. Pomyślał, że gdyby jeszcze mógł wziąć prysznic, zmienić ubranie i trochę się przespać, poczułby się jak młody bóg. Może nawet rzymski.

Grupa nastolatków w strojach kąpielowych i ręcznikach szła w stronę budynku, z którego kominów buchała para. Z wewnątrz dochodziły śmiechy i plusk wody, jakby tam był kryty basen – ulubione miejsce Percy’ego.

– Łaźnia – wyjaśniła mu Hazel. – Mam nadzieję, że trafisz tam przed obiadem. Nie wiesz, co to życie, póki nie odwiedzisz rzymskiej łaźni.

Percy westchnął tęsknie.

W miarę jak zbliżali się do bramy głównej, baraki stawały się większe i ładniejsze. Nawet duchy wyglądały lepiej – miały bardziej wymyślną broń i jaśniejsze aury. Percy próbował domyślić się znaczenia godeł i symboli wiszących na ścianach budynków.

– Jesteście podzieleni na grupy mieszkające w różnych barakach? – zapytał.

– Coś w tym rodzaju. – Hazel zrobiła unik przed chłopakiem, który śmignął tuż nad nimi na wielkim orle. – Mamy tu pięć kohort, w każdej jest około czterdziestu dzieciaków. Każda kohorta jest rozmieszczona w czterech barakach, więc jedna dziesiątka legionistów tworzy coś w rodzaju grupy.

Percy nigdy nie był zbyt mocny w matematyce, ale zaczął mnożyć.

– To znaczy, że w obozie jest dwustu legionistów.

– Około.

– I wszyscy są dziećmi bogów? Bogowie nie próżnowali.

Hazel roześmiała się.

– Nie wszyscy są dziećmi głównych bogów. Są setki pomniejszych. No i mamy tutaj sporo legatariuszy, półbogów w drugim albo trzecim pokoleniu. Ich rodzice mogli być półbogami. Albo dziadkowie.

Percy zamrugał.

– Dzieci półbogów?

– A co w tym dziwnego?

Percy nie był pewny. Przez ostatnie kilka tygodni walczył o przeżycie. Myśl o tym, że mógłby żyć na tyle długo, by dorosnąć i mieć dzieci, wydawała mu się sennym marzeniem.

– A ci legaci...

– Legatariusze – poprawiła go Hazel.

– Mają takie niezwykłe zdolności jak półbogowie?

– Jedni mają, inni nie. Ale można ich wyćwiczyć. Wszyscy najlepsi rzymscy generałowie i cesarze twierdzili, że są potomkami bogów. W większości przypadków mówili prawdę. Augur obozowy, do którego idziemy, Oktawian, jest legatariuszem, potomkiem Apollina. Ma dar jasnowidzenia. Podobno.

– Podobno?

Hazel skrzywiła się.

– Sam zobaczysz.

Percy nie poczuł się najlepiej, kiedy pomyślał, że ten Oktawian ma zadecydować o jego losie.

– Więc te oddziały... kohorty... no wiesz... to znaczy, że jesteście podzieleni zgodnie z tym, kim jest wasz boski rodzic?

Hazel wytrzeszczyła na niego oczy.

– Co za okropny pomysł! Nie, to oficerowie decydują, gdzie przydzielić rekrutów. Gdyby decydowało o tym nasze boskie pochodzenie, w każdej kohorcie byłaby inna liczba rekrutów. W mojej byłabym tylko ja sama.

Percy poczuł ukłucie żalu, jakby sam był w podobnej sytuacji.

– Dlaczego? Od kogo pochodzisz?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, ktoś krzyknął za ich plecami:

– Czekajcie!

Podbiegł do nich duch – starzec z brzuchem wielkim jak piłka lekarska i w todze tak długiej, że się o nią potykał. Dyszał ciężko, a jego purpurowa aura migotała.

– To on? – wydyszał. – Pewnie nowy rekrut do Piątej, tak?

– Witeliuszu – powiedziała Hazel – trochę się spieszymy.

Duch obszedł Percy’ego, przyglądając mu się spode łba, jakby oglądał używany samochód wystawiony na sprzedaż.

– No nie wiem – mruknął. – W kohorcie potrzebujemy tylko najlepszych. Ma wszystkie zęby? Potrafi walczyć? Czyści stajnie?

– Tak, tak i nie – odpowiedział Percy. – Kim jesteś?

– Percy, to jest Witeliusz – powiedziała Hazel z miną, która mówiła: „Jemu musisz wybaczyć”. – Jest jednym z naszych larów, zawsze interesuje się nowymi rekrutami.

Z ganku pobliskiego baraku inne duchy uśmiechały się kpiąco, patrząc na Witeliusza, który chodził tam i z powrotem, potykając się o togę i co chwila podciągając pas do miecza.

– Tak – rzekł Witeliusz. – Za czasów Cezara... Juliusza Cezara, rzecz jasna... Piąta Kohorta to było coś! Dwunasty Legion Fulminata, duma Rzymu! Ale dzisiaj? Co za hańba! Spójrz na tę Hazel. Używa spathy. Rzymski legionista ze spathą w dłoni! To przecież broń kawalerzystów! A ty, chłopcze... ty śmierdzisz jak grecki rynsztok. Nie kąpałeś się?

– Miałem trochę roboty, walcząc z gorgonami – odrzekł Percy.

– Witeliuszu – przerwała im Hazel – musimy zasięgnąć opinii augura, zanim Percy będzie mógł być przyjęty. Może sprawdzisz, jak idzie Frankowi? Jest w zbrojowni, robi inwentaryzację. Przecież wiesz, jak ceni sobie twoją pomoc.

Duch uniósł swoje krzaczaste fioletowe brwi.

– Na Marsa Wszechmogącego! Pozwolili komuś na probatio sprawdzać stan uzbrojenia? To klęska!

I oddalił się, przystając co parę kroków, by podciągnąć pas z mieczem i poprawić togę.

– N-no tak – mruknął Percy.

– Wybacz – powiedziała Hazel. – Jest trochę ekscentryczny, ale to jeden z naszych najstarszych larów. Towarzyszy legionowi od samego początku.

– Nazwał legion... Fulminata?

– Gromozbrojny. To nasze motto. Dwunasty Legion przemieszczał się po całym Imperium Rzymskim. Kiedy Rzym upadł, większość legionów po prostu się rozpadła. My zeszliśmy do podziemia, posłuszni tajnym rozkazom Jupitera: przetrwajcie, powołujcie półbogów i ich dzieci, nie pozwólcie, by Rzym przestał istnieć. I od tego czasu to robimy, przenosząc się z miejsca na miejsce, zawsze tam, gdzie rzymskie wpływy są akurat najsilniejsze. Od paru stuleci jesteśmy w Ameryce.

Choć brzmiało to dziwacznie, Percy z łatwością w to uwierzył, jak w coś, co było mu znajome, jak w coś, o czym zawsze wiedział.

– A ty jesteś w Piątej Kohorcie, tak? Chyba niezbyt popularnej, co?

Hazel spochmurniała.

– Tak. Przyjęli mnie we wrześniu.

– Więc... zaledwie parę tygodni przed zaginięciem tego Jasona, tak?

Wiedział, że trafił w jakiś słaby punkt. Hazel spuściła głowę. Milczała dostatecznie długo, by policzyć kamienie w bruku.

– Chodź – powiedziała w końcu. – Pokażę ci mój ulubiony widok.

Zatrzymali się za główną bramą. Fort był położony w najwyższym miejscu doliny, więc wszystko było stąd dobrze widać.

Droga zbiegała ku rzece, rozwidlając się przed nią. Jedna odnoga biegła dalej przez most, wspinając się za nim po zboczu wzgórza ze wszystkimi świątyniami. Druga wiodła na północ, do miasta, które było miniaturową wersją starożytnego Rzymu. W przeciwieństwie do obozu wojskowego kolorowe miasto było zabudowane chaotycznie; budynki tłoczyły się, ustawione pod różnymi kątami. Nawet z tej odległości Percy widział ludzi zgromadzonych na centralnym placu, kupujących na rynku, rodziców z dziećmi w parkach.

– Macie tu całe rodziny?

– W mieście tak. Kiedy już cię przyjmą do legionu, masz przed sobą dziesięć lat służby wojskowej. Potem możesz zrobić, co zechcesz. Większość półbogów wraca do świata śmiertelników, ale dla niektórych... no wiesz, to jest bardzo niebezpieczne. Ta dolina to najlepsze schronienie. W mieście można się dalej uczyć, mieć dzieci, zostać rezerwistą. To jedyne bezpieczne miejsce na całej ziemi dla takich jak my. Więc... tak, wielu weteranów osiedla się tutaj, pod opieką legionu.

Dorośli półbogowie. Półbogowie, którzy mogą żyć bez strachu, żenić się, mieć rodziny. Percy’emu aż trudno było w to uwierzyć. Było to po prostu zbyt piękne, aby mogło być prawdą.

– A jeśli dolina zostanie zaatakowana?

Hazel wydęła wargi.

– Mamy system obronny. Magiczne granice. Ale nie jesteśmy już tak silni jak kiedyś. Ostatnio coraz częściej atakują nas potwory. Mówiłeś o tych gorgonach, których nie mogłeś zabić... My też coś takiego zauważyliśmy, walcząc z innymi potworami.

– Wiesz, dlaczego tak jest?

Hazel spojrzała w bok. Percy był pewny, że dziewczyna coś ukrywa... coś, czego nie wolno jej powiedzieć.

– To... to dość skomplikowane – powiedziała. – Mój brat mówi, że Śmierć nie jest...

Przerwał jej... słoń.

Ktoś krzyknął za ich plecami:

– Z drogi!

Hazel pociągnęła Percy’ego w bok, gdy blisko nich przegalopował jakiś półbóg na wielkim słoniu okrytym czarnym pancerzem z kevlaru, sztucznego włókna, jakiego używa się do wyrobu kamizelek kuloodpornych. Na pancerzu widniał napis SŁOŃ, co Percy’emu wydało się trochę przesadną oczywistością.

Słoń pobiegł w dół drogą, po czym skręcił na północ, ku rozległej łące, gdzie wznoszono jakieś fortyfikacje.

Percy wypluł kurz.

– Co to, do...

– Słoń – wyjaśniła mu Hazel.

– Tak, przeczytałem. Ale po co wam słoń w kamizelce kuloodpornej?

– Wieczorem będą manewry. To był Hannibal. Gdybyśmy go nie włączyli, wkurzyłby się.

– Na to nie możemy pozwolić.

Roześmiała się. Aż trudno było uwierzyć, że jeszcze przed chwilą miała tak ponurą minę. Zastanawiał się, co chciała mu powiedzieć. Miała brata, a jednak stwierdziła, że byłaby sama w oddziale, gdyby obozowiczów podzielono zgodnie z ich pochodzeniem.

Nie mógł jej rozgryźć. Wyglądała na całkiem miłą dziewczynę, może trochę zbyt dojrzałą jak na trzynastolatkę. A jednak wydawało się, że coś ukrywa, jakiś smutek, żal, poczucie winy.

Wskazała na południe, za rzekę. Nad Świątynnym Wzgórzem zbierały się ciemne chmury. Wysokie budowle raz po raz oblewał krwawy blask błyskawic.

– Oktawian nie próżnuje – powiedziała. – Lepiej się pospieszmy.

Minęli kilku facetów o koźlich nogach, stojących przy drodze.

– Hazel! – zawołał jeden z nich.

Podbiegł do nich z szerokim uśmiechem na twarzy. Miał na sobie spraną hawajską koszulę, ale był bez spodni – jego nogi obrastało gęste brązowe futro. Na głowie trzęsło mu się ogromne afro. Oczy miał ukryte za tęczowymi szkiełkami małych, okrągłych okularów. Trzymał kawał tektury z napisem: PRACUJEMY ŚPIEWAMY GADAMY SPADAMY ZA DENARY.

– Cześć, Don – powiedziała Hazel. – Wybacz, ale nie mamy czasu...

– Och, to rewelacja! Rewelacja! – Don pobiegł truchtem obok nich. – Hej, ten facet jest nowy! – Wyszczerzył zęby do Percy’ego. – Masz ze trzy denary na autobus? Bo zostawiłem w domu portfel i nie mam jak się dostać do pracy, więc...

– Don – przerwała mu Hazel – fauny nie mają portfeli. Ani stałej pracy. Ani domów. A tutaj nie ma autobusów.

– Zgadza się. Ale macie denary?

– Nazywasz się Don Faun? – zapytał Percy.

– Tak, bo co?

– Nic. – Percy usiłował zachować powagę. – Dlaczego fauny nie mają pracy? Nie powinny czegoś robić w obozie?

Don zabeczał.

– Fauny! Robić coś w obozie! Ale jaja!

– Fauny są... mm... wolnymi duchami – wyjaśniła Hazel. – Wystają tu przy drodze, bo... no bo to bezpieczne miejsce, żeby stać i żebrać. Tolerujemy je, ale...

– Och, Hazel jest niesamowita! – ucieszył się Don. – Jest taka słodziutka! Wszyscy inni obozowicze mówią: „Spadaj, Don”. A ona mówi: „Proszę cię, Don, spadaj”. Uwielbiam ją!

Faun wydawał się nieszkodliwy, ale Percy’ego coś w nim niepokoiło. Miał przeczucie, że fauny mogą być kimś więcej niż tylko bezdomnymi żebrzącymi przy drodze.

Don spojrzał na grunt przed nimi i wydał zduszony okrzyk.

– Bingo!

Sięgnął po coś, ale Hazel krzyknęła:

– Don, nie!

Odepchnęła go i podniosła coś małego i błyszczącego. Percy zdołał rzucić okiem, zanim wsunęła to do kieszeni. Mógł przysiąc, że zobaczył diament.

– Daj spokój, Hazel – biadolił Don. – Mógłbym za to kupić zapas pączków na cały rok!

– Don, proszę. Spadaj.

W jej głosie słychać było napięcie, jakby przed chwilą uratowała fauna przed szarżą słonia w kuloodpornej kamizelce.

Don westchnął.

– Och, nie mogę się na ciebie długo wściekać, ale przysięgam, że przynosisz szczęście. Za każdym razem gdy przechodzisz...

– Żegnaj, Don – powiedziała szybko Hazel. – Percy, idziemy.

Pobiegła. Percy musiał puścić się pędem, aby ją dogonić.

– Co to było? – zapytał. – Ten diament na drodze...

– Proszę, nie pytaj.

Resztę drogi do Świątynnego Wzgórza przebyli w milczeniu. Kręta kamienna ścieżka wiodła wśród dziwacznego zbiorowi ska ołtarzyków i masywnych, kopulastych krypt. Posągi bogów zdawały się śledzić Percy’ego.

Hazel wskazała na świątynię Bellony.

– Bogini wojny. Mama Reyny.

Potem minęli czerwoną kryptę ozdobioną ludzkimi czaszkami zatkniętymi na żelaznych szpikulcach.

– Błagam, nie mów, że tutaj wchodzimy – powiedział Percy.

Hazel pokręciła głową.

– To świątynia Marsa Ultora.

– Marsa... Aresa, boga wojny?

– To jego greckie imię. Ale tak, to ten sam facet. „Ultor” znaczy „Mściciel”. To drugi co do ważności bóg Rzymu.

Percy’ego nie ucieszyła ta wiadomość. Z jakiegoś powodu już sam widok brzydkiej czerwonej krypty wzbudzał w nim gniew.

Wskazał na szczyt. Chmury kłębiły się nad najwyższą świątynią, okrągłym pawilonem z pierścieniem białych kolumn podtrzymujących kopulasty dach.

– A to pewnie świątynia Zeusa... och... to znaczy Jupitera, tak? Tam właśnie zmierzamy?

– Tak – mruknęła Hazel poirytowanym tonem. – Oktawian odczytuje tam wróżby. To świątynia Jupitera Optimusa Maximusa.

Percy musiał chwilę pomyśleć, żeby łacińskie słowa zamieniły mu się w mózgu na angielskie.

– Jupitera... najlepszego i najpotężniejszego?

– Zgadza się.

– A Neptun jaki ma tytuł? Najfajniejszy i najstraszniejszy?

– Mm... raczej nie.

Hazel wskazała na mały niebieski budynek wielkości szopy na narzędzia. Nad drzwiami był przybity pokryty pajęczyną trójząb.

Percy zajrzał do środka. Na małym ołtarzu leżała misa z trzema zeschniętymi, spleśniałymi jabłkami.

Posmutniał.

– Popularne miejsce, nie ma co.

– Przykro mi, Percy. Chodzi o to, że... Rzymianie zawsze lękali się morza. Okrętów używali tylko wtedy, kiedy naprawdę musieli. Nawet w naszych czasach dziecko Neptuna zawsze było uważane za zły omen. Ostatnim razem jedno z nich zostało przyjęte do legionu... zaraz... tak, w 1906 roku, kiedy Obóz Jupiter znajdował się po drugiej stronie zatoki, w San Francisco. Było potężne trzęsienie ziemi...

– Chcesz mi powiedzieć, że wywołało je to dziecko Neptuna?

– Tak mówią. – Hazel zrobiła przepraszającą minę. – W każdym razie... Rzymianie boją się Neptuna, ale za bardzo go nie kochają.

Percy spojrzał na pajęczyny oplatające trójząb.

Super. Nawet jeśli przyjmą go do obozu, nigdy go nie polubią. Pozostawała mu tylko nadzieja, że będą się go bać. Jeśli będzie się dobrze sprawiał, może dadzą mu kilka spleśniałych jabłek.

A jednak... kiedy tak stał przed ołtarzem Neptuna, czuł, że coś w nim wzbiera, jakby prąd przebiegał mu przez żyły.

Sięgnął do plecaka i wyciągnął ostatnią porcję żywności, jaka mu pozostała z samotnej wędrówki – czerstwy precel. Nic specjalnego, ale położył go na ołtarzu.

– Cześć... mm... tato. – Poczuł się głupio, przemawiając do miski z owocami. – Jeśli mnie słyszysz, pomóż mi, dobra? Zwróć mi pamięć. Powiedz mi... powiedz mi, co mam robić.

Głos mu się załamał. Nie chciał się rozkleić, ale był wyczerpany i przerażony, i tak długo zagubiony i samotny, że oddałby wszystko za jakąś wskazówkę. Pragnął dowiedzieć się czegoś o swoim życiu, nie sięgając po omacku do utraconych wspomnień.

Hazel położyła mu rękę na ramieniu.

– Będzie dobrze. Teraz jesteś tutaj. Jesteś jednym z nas.

Trzynastolatka, której prawie nie znał, próbowała go pocieszyć – trochę go to krępowało, ale rad był z jej towarzystwa.

Nad ich głowami przetoczył się grom. Czerwona poświata zalała wzgórze.

– Oktawian już kończy – powiedziała Hazel. – Chodźmy.

W porównaniu z szopką Neptuna przybytek Jupitera był na pewno optimusmaximus.

Marmurową posadzkę zdobiły wymyślne mozaiki i łacińskie inskrypcje. Ze dwadzieścia metrów nad nią kopulaste sklepienie połyskiwało złotem. Wiatr hulał po całym wnętrzu świątyni.

Pośrodku stał marmurowy ołtarz, przy którym jakiś chłopak odprawiał dziwny rytuał przed potężnym posągiem samego Jupitera, boga niebios, ubranego w jedwabną, purpurową togę rozmiaru XXXL, z jaśniejącą błyskawicą w ręku.

– Wcale tak nie wygląda – mruknął Percy.

– Co? – zdziwiła się Hazel.

– Ten piorun.

– O czym ty mówisz?

– Ja... – Percy nagle zamarł. Wydawało mu się, że coś sobie przypomina, ale trwało to zaledwie sekundę. – Nic, chyba nic.

Chłopak przy ołtarzu uniósł ręce. Czerwona błyskawica ponownie rozdarła niebo i huknął grom, wstrząsając świątynią. Potem opuścił ręce, a dudnienie gromu ucichło. Szare chmury rozwarły się i zbielały.

Całkiem niezła sztuczka jak na chłopaka, który robił całkiem przeciętne wrażenie. Był wysoki i chudy, miał płowe włosy, za duże dżinsy, workowatą koszulkę i obwisłą togę. Wyglądał jak strach na wróble w prześcieradle.

– Co on robi? – mruknął Percy.

Chłopak odwrócił się. Miał krzywy uśmiech i lekki obłęd w oczach, jakby właśnie przerwał jakąś bardzo wciągającą grę komputerową. W jednej ręce trzymał nóż, w drugiej coś, co przypominało martwe zwierzę, przez co wyglądał na jeszcze większego świra.

– Percy – odezwała się Hazel – to jest Oktawian.

– Graecus! – zawołał Oktawian. – Ale ciekawostka.

– Hej – powiedział Percy. – Zabijasz zwierzątka?

Oktawian popatrzył na to coś puszystego, co trzymał w ręku, i roześmiał się.

– Nie, nie. Kiedyś tak. Kiedyś odczytywaliśmy wolę bogów, badając wnętrzności prawdziwych zwierząt: kur, kóz, no wiesz. Teraz używamy takich.

Rzucił to coś Percy’emu. Był to wypatroszony pluszowy miś. Po chwili Percy dostrzegł u stóp posągu Jupitera cały stos pociętych na kawałki pluszaków.

– Poważnie? – zapytał Percy.

Oktawian zszedł z podium. Miał z osiemnaście lat, ale był tak chudy i blady, że mógł uchodzić za młodszego. W pierwszej chwili wydał się całkiem nieszkodliwy, gdy jednak podszedł bliżej, Percy nie był już tego tak pewny. Oktawian utkwił w nim oczy błyszczące taką ciekawością, jakby mógł wypatroszyć go jak pluszowego misia, gdyby uznał, że w ten sposób czegoś się dowie.

Zmrużył oczy.

– Wyglądasz na zdenerwowanego.

– Przypominasz mi kogoś – odrzekł Percy. – Tylko nie pamiętam kogo.

– Pewnie mojego imiennika, cezara Oktawiana Augusta. Wszyscy mówią, że jestem do niego uderzająco podobny.

Percy nie był co do tego przekonany, ale wspomnienie było bardzo mętne.

– Dlaczego nazwałeś mnie Grekiem?

– Wróżby mi to powiedziały. – Oktawian machnął nożem w stronę stosu pluszowych skrawków na ołtarzu. – Otrzymałem wiadomość: „Przybył Grek”. Albo: „Krzyknął kruk”. Myślę, że pierwsza interpretacja jest poprawna. Chcesz wstąpić do legionu?

Hazel odpowiedziała za Percy’ego. Opowiedziała o wszystkim, co wydarzyło się od ich spotkania u wejścia do tunelu – o gorgonach, walce w rzece, pojawieniu się Junony i ich rozmowie z Reyną.

Kiedy Oktawian usłyszał o Junonie, zrobił zaskoczoną minę.

– Junona... Nazywamy ją Junoną Monetą. Junoną Ostrzegającą. Pojawia się w czasach kryzysów, aby ostrzec Rzym przed wielkimi zagrożeniami.

Zerknął na Percy’ego, jakby chciał powiedzieć: „Takimi jak na przykład tajemniczy Grek”.

– Słyszałem, że w tym tygodniu jest Święto Fortuny – powiedział Percy. – Gorgony ostrzegły mnie, że w tym dniu dojdzie do inwazji. Powiedziały ci to te twoje pluszaki?

– Niestety, nie. – Oktawian westchnął. – Niełatwo odczytać wolę bogów. A ostatnio moje wewnętrzne oko trochę zmętniało.

– A nie mówi o tym... bo ja wiem... jakaś przepowiednia albo coś w tym rodzaju?

– Przepowiednia! – Oktawian uśmiechnął się. – Nieźle kombinujesz. Ale nie, obawiam się, że jeśli chodzi o przepowiednie, to ostatnio mamy prawdziwą posuchę. Oczywiście gdybyśmy postanowili poszukać Ksiąg Sybilli, jak radziłem...

– Sybi-co?

– Księgi przepowiedni – powiedziała Hazel. – Oktawian ma bzika na ich punkcie. Rzymianie sięgali do nich w ciężkich czasach. Na ogół uważa się, że spłonęły po upadku Rzymu.

– Niektórzy uważają, że spłonęły – poprawił ją augur. – Niestety, nasi obecni przywódcy nie chcą zezwolić na poszukiwanie tych ksiąg...

– Bo Reyna nie jest głupia – wtrąciła Hazel.

– ...więc mamy tylko jakieś resztki, które się zachowały – ciągnął Oktawian. – Kilka tajemniczych przepowiedni, takich jak te.

Wskazał na łacińskie inskrypcje na marmurowej posadzce. Percy spojrzał na nie, nie spodziewając się, że coś zrozumie. I aż go zatkało.

– O, ta. – Wskazał jedną, tłumacząc na głos: Podjąć musi herosów siedmioro wyzwanie, inaczej pastwą ognia lub burz świat się stanie.

– Tak, tak. – Oktawian wyrecytował resztę przepowiedni, nawet na nią nie patrząc: – Przysięga tchem ostatnim dochowana będzie, a wróg w zbrojnym rynsztunku u Wrót Śmierci siędzie.

– Ja ją znam – powiedział Percy i wydało mu się, że grom ponownie wstrząsnął świątynią. A potem zdał sobie sprawę z tego, że to on cały dygoce. – To bardzo ważne.

Oktawian zmarszczył brwi.

– Oczywiście. Nazywamy ją Przepowiednią Siedmiorga. Ale to stara przepowiednia, sprzed kilku tysięcy lat. Nie wiemy, co oznacza. Co jakiś czas ktoś próbuje tego dociec... Zapytaj Hazel. Nieszczęścia chodzą po ludziach.

Hazel spojrzała na niego ze złością.

– Zajmij się Percym, dobrze? Może wstąpić do legionu czy nie?

Oktawian zamyślił się. Po chwili wyciągnął rękę do plecaka Percy’ego.

– To wspaniały okaz. Pozwolisz?

Percy nie bardzo wiedział, o co chodzi, ale Oktawian chwycił pluszową pandę z Galerii Wyprzedaży, która wystawała z plecaka. Była to zwykła pluszowa zabawka, mimo to Percy jakoś ją polubił i nie mógł się jej pozbyć. Oktawian odwrócił się do ołtarza i uniósł nóż.

– Hej! – zaprotestował Percy.

Oktawian rozpruł nożem brzuch pandy i wysypał na ołtarz puchowe kłaczki, którymi była wypchana. Odrzucił pluszową powłokę, wymamrotał kilka słów nad kłaczkami i odwrócił się z szerokim uśmiechem na twarzy.

– Dobre wieści! Percy może zostać przyjęty do legionu. Przydzielimy go do którejś z kohort podczas wieczornej musztry. Powiedz Reynie, że ma moją zgodę.

Hazel odetchnęła z ulgą.

– Och... to super. Idziemy, Percy.

– Aha... Hazel – powiedział Oktawian – rad jestem powitać Percy’ego w legionie, ale kiedy dojdzie do wyborów pretora, to mam nadzieję, że będziesz pamiętać...

– Jason nie umarł – warknęła Hazel. – Jesteś augurem. Powinieneś go szukać!

– Och, szukam, szukam! – Oktawian wskazał na stos wypatroszonych pluszaków. – Codziennie wypytuję bogów. Niestety, minęło już osiem miesięcy, a odpowiedzi brak. Oczywiście będę szukał nadal, ale jeśli Jason nie wróci do Święta Fortuny, musimy działać. Tak ważna funkcja nie może być nieobsadzona. Mam nadzieję, że poprzesz moją kandydaturę na pretora. Wiesz, ile to dla mnie znaczy.

Hazel zacisnęła pięści.

– Ja. Mam poprzeć. Ciebie?

Oktawian zdjął togę, po czym położył ją i nóż na ołtarzu. Percy zauważył siedem kresek na jego ramieniu – pewnie siedem lat spędzonych w obozie. Jego godłem była harfa, symbol Apollina.

– Przecież ja też mogę ci pomóc. Pomyśl, co by to było, gdyby te okropne plotki o tobie wciąż krążyły... albo, nie daj bóg, okazały się prawdą.

Percy wsunął dłoń do kieszeni i chwycił swój długopis. Ten facet szantażuje Hazel! To oczywiste. Na jeden jej znak gotów był wyczarować Orkana i sprawdzić, jak Oktawian poczuje się po drugiej stronie klingi.

Hazel wzięła głęboki wddech. Knykcie jej zbielały.

– Pomyślę o tym.

– Wspaniale – powiedział Oktawian. – Aha, jest tutaj twój brat.

Hazel zesztywniała.

– Mój brat? Tutaj? Dlaczego?

Oktawian wzruszył ramionami.

– A dlaczego twój brat robi cokolwiek? Czeka na ciebie w świątyni twojego ojca. Tylko... no, nie zapraszaj go tu na dłużej. Ma okropny wpływ na innych. A teraz, jeśli pozwolisz, muszę się zabrać do poszukiwania twojego biednego Jasona. Miło było cię poznać, Percy.

Kiedy schodzili ze wzgórza, Hazel klęła po łacinie. Percy nie wszystko zrozumiał, ale dotarły do niego frazy: „syn gorgony”, „żądna władzy żmija” i kilka sugestii, gdzie Oktawian może sobie wsadzić swój nóż.

– Nienawidzę tego padalca – mruknęła po angielsku. – Gdybym mogła...

– Ale chyba go nie wybiorą na pretora, co?

– Wolałabym być tego bardziej pewna. Ma wielu przyjaciół, większość z nich sobie kupił. A reszta po prostu się go boi.

– Boją się takiego chudziny?

– Nie doceniasz go. Reyna nie jest taka zła, ale jeśli Oktawian zdobędzie władzę... – Hazel wzdrygnęła się. – Chodźmy zobaczyć się z moim bratem. Na pewno chętnie cię pozna.

Percy nie oponował. Sam chciał poznać tego tajemniczego brata. Może dowie się czegoś o Hazel, jaką tajemnicę ukrywa, kim jest jej ojciec. Nie mógł uwierzyć, że zrobiła coś złego. Wydawała się taka miła. Ale Oktawian zachowywał się tak, jakby miał na nią mocnego haka.

Hazel zaprowadziła go do czarnej krypty wbudowanej w zbocze wzgórza. Stał przed nią nastolatek w czarnych dżinsach i kurtce pilota.

– Hej! – zawołała Hazel. – Przyprowadziłam przyjaciela.

Chłopak odwrócił się. Percy ponownie doznał krótkiego wrażenia, że zobaczył kogoś, kogo powinien znać. Chłopak był prawie tak blady jak Oktawian, ale miał ciemne oczy i rozczochrane czarne włosy. W ogóle nie był podobny do Hazel. Na palcu miał srebrny pierścionek z trupią czaszką, zamiast pasa łańcuch, a na koszulce też straszyły czaszki i piszczele. U jego boku wisiał wielki czarny miecz.

Kiedy zobaczył Percy’ego, na ułamek sekundy twarz mu się zmieniła, jakby doznał wstrząsu – może nawet ogarnęła go panika, jak gdyby nagle oślepiło go światło reflektora.

– To jest Percy Jackson – powiedziała Hazel. – Równy facet. Percy, to mój brat, syn Plutona.

Chłopak odzyskał spokój i wyciągnął rękę.

– Miło mi cię poznać. Jestem Nico di Angelo.

V
HAZEL

Hazel poczuła się tak, jakby przedstawiła sobie dwie bomby nuklearne. Teraz czekała na to, która wybuchnie pierwsza.

Aż do tego dnia jej brat Nico był najpotężniejszym półbogiem, jakiego znała. Dla innych obozowiczów był wędrownym dziwakiem, prawie tak nieszkodliwym jak fauny. Hazel znała go lepiej. Nie dorastała z nim, nawet go zbyt długo nie znała. Wiedziała jednak, że jest groźniejszy od Reyny, Oktawiana czy nawet Jasona.

A potem spotkała Percy’ego.

Z początku, kiedy zobaczyła go, jak brnął po autostradzie z jakąś staruszką w ramionach, pomyślała, że może to bóg w ludzkiej postaci. Mimo że był poobijany, brudny i przygarbiony ze zmęczenia, promieniował mocą. Wyglądał jak rzymski bóg, z tymi swoimi oczami barwy morza i czarnymi włosami, które mierzwił wiatr.

Powiedziała Frankowi, żeby do niego nie strzelał. Pomyślała, że może któryś z bogów wystawia ich na próbę. Słyszała już podobne legendy: młodzieniec, staruszka błagająca o schronienie, śmiertelnicy zmieniający się w ślimaki, kiedy odmówią jej pomocy.

Potem Percy ujarzmił rzekę i pokonał gorgony. Zamienił długopis w spiżowy miecz. W obozie zawrzało, kiedy się pojawił; wszyscy zaczęli mówić o graecusie.

Syn boga morza...

Dawno temu Hazel powiedziano o potomku Neptuna, który ją ocali. Ale czy Percy naprawdę może uwolnić ją od tej klątwy? To chyba złudna nadzieja.

Percy i Nico uścisnęli sobie ręce. Przypatrywali się sobie nieufnie, a Hazel miała ochotę uciec. Gdyby powyciągali swoje magiczne miecze, mogliby stać się naprawdę niebezpieczni.

Nico nie wyglądał przerażająco. Tylko chudo i dość niechlujnie w tych swoich pomiętych czarnych ciuchach. A włosy miał, jak zwykle, tak poczochrane, jakby przed chwilą wylazł z łóżka.

Hazel pamiętała dobrze chwilę, gdy go po raz pierwszy zobaczyła. Kiedy wyciągnął ten swój czarny miecz, o mało co nie parsknęła śmiechem. I z powagą oznajmił, że to „stygijskie żelazo”. Wyglądał naprawdę pociesznie! Nie mogła uwierzyć, że ten chuderlawy białasek to jej brat.

Dość szybko zmieniła zdanie.

Percy spochmurniał.

– Ja... ja ciebie znam.

Nico uniósł brwi.

– Tak?

Spojrzał na Hazel, oczekując wyjaśnienia.

Hazel zawahała się. W reakcji brata było coś nie tak. Starał się zachowywać swobodnie, a jednak kiedy po raz pierwszy zobaczył Percy’ego, dostrzegła panikę w jego oczach. Musiał znać Percy’ego. Tego była pewna. Dlaczego udaje, że go nie zna?

Trzeba coś powiedzieć.

– Mm... Percy utracił pamięć.

Opowiedziała bratu, co się wydarzyło, odkąd Percy pojawił się przy bramie tunelu.

– No więc, Nico... pomyślałam sobie... no wiesz, włóczysz się po świecie. Może spotkałeś gdzieś półbogów takich jak on albo...

Nico zrobił minę ponurą jak Tartar. Hazel nie wiedziała dlaczego, ale przekaz był jasny: Zostaw tę sprawę.

– A ta historia z armią Gai – powiedział Nico. – Ostrzegłeś Reynę?

Percy kiwnął głową.

– A kim właściwie jest ta Gaja? – zapytał.

Hazel poczuła suchość w ustach. Już samo to imię... Kolana omal się pod nią nie ugięły. Dobrze pamiętała ten cichy, senny głos, jaśniejącą jaskinię i uczucie, jakby jej płuca wypełniła czarna ropa naftowa.

– To bogini ziemi. – Nico zerknął na ziemię, jakby mogła to usłyszeć. – Najstarsza ze wszystkich bogiń. Przez większość czasu pogrążona jest w głębokim śnie, ale nienawidzi bogów i ich dzieci.

– Matka Ziemia... jest zła? – zapytał Percy.

– I to bardzo – odrzekł Nico ponuro. – Namówiła swojego syna, tytana Kronosa... ee... to znaczy Saturna... żeby zabił swojego ojca, Uranusa, i zdobył władzę nad światem. Tytani panowali bardzo długo. A potem pokonały ich dzieci tytanów, olimpijscy bogowie.

– Brzmi to znajomo – powiedział Percy zaskoczonym tonem, jakby nagle odzyskał część pamięci. – Ale o Gai słyszę chyba po raz pierwszy.

Nico wzruszył ramionami.

– Dostała szału, kiedy bogowie przejęli władzę. Wzięła sobie nowego męża, Tartarusa, boga otchłani, który spłodził z nią rasę gigantów. Próbowali zniszczyć Olimp, ale bogowie w końcu ich pokonali. W każdym razie... wtedy.

– Wtedy? – powtórzył Percy.

Nico spojrzał na Hazel. Pewnie nie zamierzał obudzić w niej poczucia winy, ale tak się stało. Gdyby Percy wiedział o niej wszystko, o tym, co zrobiła...

– Zeszłego lata – ciągnął Nico – Saturn próbował powrócić. Doszło do drugiej wojny tytanów. Rzymianie z Obozu Jupiter zdobyli jego kwaterę główną na górze Otrys, po drugiej stronie zatoki, i zniszczyli jego tron. Saturn zniknął...

Zawahał się, obserwując twarz Percy’ego. Hazel odniosła wrażenie, że jej brat boi się, by Percy czegoś więcej sobie nie przypomniał.

– No... w każdym razie Saturn prawdopodobnie powrócił do otchłani. Wszyscy myśleliśmy, że to już koniec wojny. A teraz wygląda na to, że klęska tytanów poruszyła Gaję. Zaczyna budzić się ze snu. Słyszałem pogłoski o odradzaniu się gigantów. Jeśli zamierzają ponownie zaatakować bogów, pewnie zaczną od zniszczenia półbogów...

– Powiedziałeś o tym Reynie? – zapytał Percy.

– Oczywiście. – Nicowi zadrgała szczęka. – Rzymianie mi nie ufają. Dlatego pokładam nadzieję, że może wysłucha ciebie. Dzieci Plutona... bez obrazy, ale oni uważają, że dzieci Plutona są jeszcze gorsze od dzieci Neptuna. Uważają, że przynosimy pecha.

– Pozwolili zostać tutaj Hazel – zauważył Percy.

– To inna sprawa.

– Dlaczego?

– Posłuchaj, Percy – wtrąciła się Hazel – giganci nie są największym problemem. Nawet... nawet Gaja nie jest najgorszym problemem. Zauważyłeś, że gorgony nie umierają, prawda? To wzbudza w nas największy niepokój.

Spojrzała na Nica. Teraz była już niebezpiecznie blisko swojej własnej tajemnicy, ale z jakiegoś powodu ufała Percy’emu. Może dlatego, że on też był kimś z zewnątrz, może dlatego, że uratował Franka w rzece. Zasługiwał na to, by wiedzieć, przed jakim stoją wyzwaniem.

– Nico i ja – powiedziała ostrożnie – myślimy, że to, co się dzieje, oznacza... że Śmierć nie...

Ale zanim skończyła zdanie, gdzieś z dołu wzgórza dobiegł ich krzyk.

Frank, ubrany w dżinsy, fioletową koszulkę obozową i kurtkę z denimu, pędził w ich stronę. Ręce miał uwalane smarowidłem, którym czyścił broń.

Na widok Franka serce Hazel – jak zwykle – zastepowało w podskokach, co – jak zwykle – naprawdę ją zirytowało. Był jej przyjacielem, jedyną osobą w obozie, która nie traktowała jej jak chorej na jakąś zaraźliwą chorobę, ale nie lubiła go w ten sposób.

Był od niej starszy o trzy lata, no i trudno go było uznać za księcia z bajki, z tą jego dziwaczną kombinacją dziecinnej twarzy i krępego ciała zapaśnika. Wyglądał jak słodki, ale umięśniony miś koala. A to, że wszyscy próbowali zrobić z nich parę – „Dwoje największych w obozie nieudaczników! Pasujecie do siebie!” - sprawiało, że postanowiła widzieć w nim wyłącznie przyjaciela.

Tyle że jej serce nie dawało się tak zaprogramować. Wariowało za każdym razem, gdy Frank znalazł się w pobliżu. Nie czuła czegoś takiego od... no, od czasu Sammy’ego.

„Przestań” – pomyślała. – „Jesteś tutaj z bardzo konkretnego powodu, a na pewno nie jest nim zdobycie nowego chłopaka”.

A poza tym Frank nie znał jej sekretu. Gdyby znał, nie byłby dla niej tak miły.

Dobiegł do świątyni.

– Hej, Nico...

– Cześć, Frank.

Nico uśmiechnął się. Lubił Franka – może dlatego, że tylko w nim dzieci Plutona nie wzbudzały lęku.

– Reyna wysłała mnie po Percy’ego. Oktawian cię zaakceptował?

– Tak – odrzekł Percy. – Zarżnął moją pandę.

– On... Och. Wróżba? Tak, pluszowe misie mają koszmarne sny o tym facecie. Ale zostałeś przyjęty! Musimy cię wykąpać przed nocnymi ćwiczeniami.

Hazel zdała sobie sprawę z tego, że słońce wisiało już nisko nad wzgórzami. Jak ten dzień szybko zleciał!

– Racja – powiedziała. – Lepiej...

– Frank – przerwał jej Nico – może zaprowadzisz Percy’ego do obozu. Ja i Hazel wkrótce się tam zjawimy.

„Ups” – pomyślała Hazel. Starała się ukryć zaniepokojenie.

– To... to dobry pomysł – wyjąkała. – Idźcie, chłopaki. Dogonimy was.

Percy jeszcze raz spojrzał na Nica, jakby wciąż próbował coś sobie przypomnieć.

– Chciałbym jeszcze z tobą pogadać. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że...

– Jasne – zgodził się Nico. – Później. Zostanę tutaj na noc.

– Zostaniesz? – wypaliła Hazel.

„Szykuje się niezła zabawa” – pomyślała. – „Syn Neptuna i syn Plutona przybywają do obozu tego samego dnia. Brakuje tylko czarnych kotów i stłuczonych luster”.

– No to idź, Percy – powiedział Nico. – Musisz się tu zadomowić. – Zwrócił się do Hazel, a ona poczuła, że to, co najgorsze w tym dniu, jeszcze ją czeka. – Ja i moja siostra musimy porozmawiać.

– Ty go znasz, prawda? – powiedziała Hazel.

Siedzieli na dachu świątyni Plutona, pokrytym kośćmi i diamentami. O ile się nie myliła, kości zawsze tam były, natomiast diamenty to już była jej sprawka. Kiedy tylko siedziała gdzieś dłużej albo kiedy ogarniał ją strach, zaczynały rosnąć naokoło niej jak grzyby po deszczu. Na dachu połyskiwały już diamenty wartości kilku milionów dolarów, ale na szczęście żaden obozowicz nie wyciągnąłby po nie ręki. Nikt nie śmiałby ukraść czegoś ze świątyni – zwłaszcza świątyni Plutona – a fauny nigdy tu nie docierały.

Hazel przeszył zimny dreszcz na wspomnienie dzisiejszego spotkania z Donem. Gdyby nie zdążyła porwać przed nim tego diamentu na drodze... Nie chciała nawet myśleć, co by się stało. Nie chciała mieć jeszcze jednej śmierci na sumieniu.

Nico machał nogami jak dziecko. Stygijski miecz leżał przy jego boku, obok spathy Hazel. Chłopak spoglądał w dolinę, gdzie na Polu Marsowym oddziały saperskie budowały fortyfikacje do nocnych manewrów.

– Percy Jackson. – Wymówił to śpiewnym tonem. – Hazel, muszę być oszczędny w słowach. Dzieją się ważne rzeczy. Niektóre tajemnice muszą pozostać tajemnicami. A ty, właśnie ty, powinnaś to zrozumieć.

Hazel poczuła, że ma wypieki.

– Ale on nie jest taki... taki jak ja?

– Nie. Wybacz, ale nie mogę ci nic więcej powiedzieć. Nie mogę się wtrącać. Percy musi poradzić sobie tutaj sam.

– Jest niebezpieczny?

Nico zdobył się na cierpki uśmiech.

– Bardzo. Dla swoich wrogów. Ale nie jest zagrożeniem dla Obozu Jupiter. Możesz mu zaufać.

– Jak tobie – powiedziała z goryczą Hazel.

Przekręcił swój pierścień z czaszką. Wokół niego kości zaczęły dygotać, jakby próbowały zebrać się w nowy szkielet. Zawsze działał tak na umarłych, kiedy wpadał w ponury nastrój. On i Hazel władali dwiema różnymi sferami wpływów Plutona: śmiercią i bogactwem. Czasami Hazel myślała, że Nico odziedziczył lepszą cząstkę.

– Zrozum, ja wiem, że to nie jest łatwe – powiedział Nico. – Ale masz drugą szansę. Możesz wszystko naprawić.

– Niczego nie mogę naprawić. Jeśli się dowiedzą...

– Nie dowiedzą się. Wkrótce ogłoszą misję. Muszą to zrobić. Będę z ciebie dumny. Zaufaj mi, Bian...

Ugryzł się w język, ale wiedziała, że o mało co nie nazwał jej Bianką, imieniem jego prawdziwej siostry, tej, z którą dorastał. Mógł się troszczyć o Hazel, ale ona nigdy nie będzie Bianką. Tak się złożyło, że po prostu stała się kimś mu najbliższym po Biance – nagrodą pocieszenia zesłaną przez Podziemie.

– Przepraszam – powiedział.

Hazel miała w ustach smak metalu, jakby pod językiem wyskoczyły jej grudki złota.

– A więc to o Śmierci to prawda? To sprawka Alkyoneusa?

– Tak sądzę. W Podziemiu robi się coraz gorzej. Tata wychodzi z siebie, żeby nad tym wszystkim zapanować. A z tego, co Percy mówił o gorgonach, wynika, że i tutaj sprawy przybierają zły obrót. Ale zrozum, przecież właśnie dlatego tu jesteś. To wszystko, co się stało w przeszłości... możesz teraz zrobić z tego coś dobrego. Jesteś teraz kimś stąd. Z Obozu Jupiter.

Hazel o mało co nie parsknęła śmiechem. Wcale nie była stąd. Nie była nawet z tego stulecia.

Wiedziała, że nie powinna skupiać się na przeszłości, ale przypomniała sobie ten dzień, w którym jej dawne życie rozpadło się na kawałki. Odleciała tak nagle, że nawet nie zdążyła krzyknąć: „Och!”. Cofnęła się w czasie. Nie był to sen ani wizja. Wspomnienie ogarnęło ją z taką mocą, że poczuła się tak, jakby tam była.

Jej ostatnie urodziny. Właśnie skończyła trzynaście lat. Ale nie było to zeszłego grudnia. Było to siedemnastego grudnia 1941 roku, w ostatnim dniu jej pobytu w Nowym Orleanie.

Dla Becky, z którą dzielę moje schronienie w Nowym Rzymie.
Nawet Hera nie sprawi, bym o Tobie zapomniał.