Strażnicy Nirgali. Łowcy aniołów - Agnieszka Wojdowicz

Strażnicy Nirgali. Łowcy aniołów

0,0

Drugi tom ekscytującej sagi o losach Bree Whelan, dziewczyny z rodu aniołów.

Nirgala wciąż jeszcze świętuje zwycięstwo nad zakonem Hauruki, gdy ochronne formuły archanioła Suriela zaczynają słabnąć. Miastu grozi niebezpieczeństwo: lud Gornów gotowy jest do wypowiedzenia wojny, mnisi znów zbierają siły do walki, a Bree i mała Alix za sprawą farina trafiają w ręce łowców aniołów. Nad Nirgalą zbierają się czarne chmury, tym bardziej że pojawia się w niej piękny i niebezpieczny szpieg ojca Symeona. Czyje zaufanie zdobędzie?

Dodaj komentarz


To dalszy ciąg „anielskiej” historii z „Serca Suriela”. Niestety nieco obiecująca opowieść z pierwszej części, w drugiej zbyt mocna ciąży ku historiom w stylu „Upadłych” - Lauren Kate. Nie jest to wprawdzie paranormal romance (tylko angel fantasy), ale powieść oscyluje niebezpiecznie blisko tego gatunku. Dziewczyna anioł walczy ze złem i w sumie nic poza tym. Mnogość wątków nie ułatwia lektury, a wątek romantyczny pomińmy milczeniem. Młody czytelnik zafascynowany takimi cyklami jak wspomniany wyżej autorstwa Kate będzie jednak zadowolony.


Dalsza cześć anielskiej przygody niestety nie zaskakuje niczym nowym, nie ciekawi i jest mocno schematyczna. Historia, o dziewczynie walczącej ze złem, która nie wnosi noc nowego do worka z fantastycznymi opowieściami. Chyba jedynym plusem tej książki jest fakt, iż całość czyta się szybko. Jeśli ktoś poszukuje czegoś bardzo lekkiego i niewymagającego, w ostateczności można przeczytać „Łowców aniołów”. Inaczej nie polecam.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Strażnicy Nirgali Łowcy aniołów Fragment

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
***
W serii
Prolog
CZĘŚĆ I Moriel
Rozdział I Złodziej
Rozdział II Ultimatum
Rozdział III Kraniec świata
Rozdział IV Polowanie
Rozdział V Łowcy
Rozdział VI Bransoletka
Rozdział VII Zaułek Niepowodzeń
Rozdział VIII Posłańcy
Rozdział IX Targ
Rozdział X Cuda
Rozdział XI Monastyr
Rozdział XII Przyjaciele
CZĘŚĆ II Arcalis
Rozdział XIII Maite
Rozdział XIV Formuły
Rozdział XV Więźniowie
Rozdział XVI Gołąb i sokół
Rozdział XVII Anioły na śniegu
Rozdział XVIII Talizman
Rozdział XIX Ogień
Rozdział XX Cyrograf
Rozdział XXI Ucieczka
Rozdział XXII Kłamstwa
Rozdział XXIII Szpieg
Rozdział XXIV Brat Kajetan
Rozdział XXV Wojna
Rozdział XXVI Klęska
Epilog
W pierwszym tomie
Karta redakcyjna

Agnieszka Wojdowicz

Strażnicy Nirgali
Łowcy aniołów
Fragment

 

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Zajrzyj na strony

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Seria Strażnicy Nirgali

www.nk.com.pl/straznicy-nirgali/185/seria.html

W serii:

Serce Suriela

Łowcy aniołów

Wkrótce tom trzeci serii:

Korona Mandalich

Prolog

Płonące strzały pędziły ku niebu, jakby chciały dotrzeć do gwiazd i zostać między nimi na zawsze. Ale zawróciły, opadły jak złoty deszcz i wydawało się, że zgasną.

Jednakże ogień odżył z porażającą mocą. Pochłonął drzewa. Zbrązowiałe liście nie zdążyły zaścielić ziemi szeleszczącym kobiercem, choć właśnie zaczęła się jesień. Później dobrał się do domów – drewniane ściany rozsypały się w proch, zanim na dobre poczerniały.

Ogień siał spustoszenie.

Zabijał.

Jeźdźcy opuścili łuki. Zwolnili cięciwy. Spod końskich kopyt, nie zważając na płomienie, wypadły psy. Rzucały się do gardeł swych ofiar. Szarpały skórę. Łamały kości.

Najdoskonalsza z możliwych broni.

Najskuteczniejsza.

CZĘŚĆ I 
Moriel

Rozdział I 
Złodziej

Wmieszał się w tłum. Podekscytowane głosy zagłuszały jego kroki i szelest piór. Prześlizgiwał się między eleganckimi semani i angarosami w odświętnych tunikach przetykanych srebrem i złotem.

Księżyc zawisł nad placem Suriela i jak magiczna latarnia oświetlał fasady kamienic. Na balkonach i tarasach mieszkańcy Nirgali wznosili toasty. Był piękny wrześniowy wieczór. Kończyły się obchody Święta Wolności, ustanowione z okazji wygnania Hauruki z miasta aniołów. Pokazy sztucznych ogni miały rozświetlić niebo nad Nirgalą feerią barw.

Jego wzrok zatrzymał się na jasnowłosej semani. Jak inni nabożnie wpatrywała się w niebo, a dłonie złożyła jak do modlitwy. Perłowobiałe skrzydła poddawały się muśnięciom wiatru.

Uznał ją za wymarzony cel. Przyjrzał się szyi dziewczyny; rozcięcie w sukience odsłaniało kark i ułatwiało zadanie. Uśmiechnął się, pewny swego. „Nawet nie zauważy...”.

Wtem firmament wybuchł fontannami iskier. Świst petard przytłumił wszelkie dźwięki. Publiczność westchnęła z zachwytu. Gromkie brawa spontanicznie wzniosły się nad placem.

Wyciągnął dłoń i stalowe ostrze niemal zadrasnęło skórę dziewczyny. Bawiła go całkowita bezkarność. „Mógłbym... odebrać jej życie”.

Jednym ruchem przeciął rzemyk i pochylił się, wypatrując tego, co spadło na bruk. W ciemnościach nie było to łatwe, ale udało mu się dostrzec słaby fiołkowy ognik. „Jest – zachichotał z satysfakcją. – Znowu się udało”. Podniósł farin i wrzucił do podniszczonej torby, której przetarty pasek na ukos przerzucił przez pierś. Przez ułamek sekundy zamigotały światełka ukrytych w niej kryształów.

Zaraz poszuka następnej ofiary. Festyn miał trwać do północy, więc dziś na pewno się obłowi. Może szybciej, niż myślał, wypełni warunki kontraktu i zgarnie obiecaną zapłatę?

Rozdział IZłodziej

Choć był już wrzesień, słońce przygrzewało mocno. Grupka aniołów niespiesznie przemierzała ulicę. Od razu wpadli mu w oko. Ciemnowłosa semani o intensywnie błękitnych oczach, z kilkoma śmiesznymi piegami na lekko zadartym nosie, z wachlarzem nastroszonych skrzydeł. Angaros o czole przysłoniętym czarnymi włosami i nieprawdopodobnie jasnym spojrzeniu. Cały w czerni, jakby nosił żałobę, choć rozbawiony jak towarzysząca mu dziewczyna. Szczuplutka blondynka podskakiwała radośnie między nimi i ściskała ich za ręce. Krótkie kosmyki włosów zwijały się w pierścienie nad jej czołem i wokół policzków.

Zatrzymali się przed sklepem. Mała pożądliwie wpatrywała się w witrynę, nie mogąc się doczekać, kiedy wejdą do środka. Ze śmiechem pociągnęła ich za sobą, popchnęła drzwi i wkrótce anielska trójka zniknęła mu z oczu.

Poczuł ukłucie zazdrości.

„I dlaczego tak się cieszą?”.

Nie uszło jednak jego uwagi, że angaros i semani skrywali na szyjach kryształy. „Już niedługo” – burknął pod nosem, po czym zadarł głowę, by sprawdzić, czym handluje kupiec, do którego wstąpili. Szyld rozciągał się prawie na całej wysokości pierwszego piętra. „Kryształy. Kamienie szlachetne. Wyroby ze złota” – obwieszczał napis.

„Co za fartowny zbieg okoliczności”.

Wykrzywił się złośliwie i wypowiedział formułę, dzięki której przestał być niewidzialny. Przejrzał się w witrynie, otrzepał rękawy kraciastej marynarki i krytycznie zerknął na obgryzione paznokcie. Nasunął na uszy wełnianą czapkę. Ruszył do wejścia.

Rozdział IZłodziej

Alix podbiegła do jubilera. Metalowa lampa rozpraszała półmrok zalegający w kącie zajmowanym przez rzemieślnika, który z upodobaniem dłubał szczypczykami w oczku pierścionka. Pochylał się nad roziskrzonym rubinem, zapominając o bożym świecie. Okulary o szkłach grubych niczym denka butelek zsunęły mu się na czubek nosa i wydawało się, że zaraz spadną. Siwe włosy melancholijnie zwisały nad chuderlawymi ramionami.

Na widok klientów odłożył pracę na ladę, poprawił szkła i wstał z obrotowego siedzenia. Nieprzytomnym wzrokiem zapatrzył się na aniołów. Nagle rozpromienił się i serdecznie rozłożył ramiona, jakby chciał ich do siebie przygarnąć.

Bree cofnęła się zmieszana.

– Proszę, proszę... Mikail Argyll i Alix! Dawno nie obsługiwałem nikogo z waszej rodziny. A to kto? – Skierował sękaty palec w stronę Bree. – Bo nie miałem przyjemności...

– To Bree, Azariaszu – przedstawił ją Mikail.

Zaintrygowany starzec zbliżył się do semani, po czym niespodziewanie wziął jej farin w rękę.

– Ciebie nie znam – mruknął zamyślony do dziewczyny. – A on nie pochodzi z mojej pracowni, chociaż kiedyś go widziałem... Całe wieki temu. U kogoś z rodu Mandalich...

– Musiałeś coś pokręcić – stanowczo zaprzeczył angaros. – Nosił go ojciec Bree, Nikodem Nitael.

– Mam świetną pamięć, Mikailu – obruszył się mężczyzna. – Ten farin wywodzi się z odległych czasów i ma niezwykłą moc.

Staroświecki dzwonek przy drzwiach obwieścił nowego kupującego. Nastolatek w niemodnej marynarce w kratkę i wyświechtanych spodniach ściągnął z głowy czapkę i niewyraźnie bąknął powitanie. Zielone oczy częściowo zakrywała grzywka o odcieniu dojrzałej marchwi, a w ruchliwych nozdrzach wąskiego nosa błysnął kolczyk. Wypakowana torba obijała się o prawy bok chłopaka, który jak gdyby nigdy nic gapił się na biżuterię połyskującą za przezroczystymi ściankami gablot.

Jubiler nie przejął się jego obecnością. Zaintrygowany przyglądał się milczącej Bree.

– A zatem... jesteś Bree WhelanMandali. To ty wezwałaś Strażnika. – Starzec wyglądał, jakby nie ufał własnym oczom. – Nie wiem, jak to się stało, że farin trafił do ciebie, ale strzeż go pilnie. Jest bardzo cenny. I wyjątkowy.

Rudzielec słyszał całą rozmowę, a kiedy padło nazwisko dziewczyny, na moment znieruchomiał. Korciło go, by popatrzeć na semani. Ledwo się powstrzymywał, ale w końcu przybrał znudzony wyraz twarzy i powrócił do oglądania wyrobów ze złota.

– Co was do mnie sprowadza? – Azariasz splótł dłonie na brzuchu, a jego przygarbiona sylwetka przechyliła się do tyłu.

– Szukamy kryształu. Dla Alix – objaśnił Mikail. – Jej przepadł w Eschen.

Zakłopotany jubiler podrapał się po policzku, po czym bezradnie rozłożył ręce.

– Hm... – westchnął, bo nie od razu wiedział, jak przekazać złe wieści. – Obawiam się, że u mnie go nie dostaniecie. Ostatnią dostawę farinów miałem miesiąc temu, tuż przed Świętem Chryzantem, i wszystkie sprzedałem. Od tej pory nie pojawił się tu ani jeden kupiec z Masywu Centralnego.

– W takim razie... popytamy gdzie indziej – postanowił angaros, ale mężczyzna potrząsnął głową.

– Wszędzie powiedzą ci to samo. W całym mieście.

– Dlaczego nie miałem o tym pojęcia? – Zaniepokojony anioł zerknął na Bree, jakby oczekiwał, że przynajmniej ona zna odpowiedź na jego pytanie.

– Mam nadzieję, że kłopoty są przejściowe – kontynuował zasępiony Azariasz. – Gornowie zawsze skrupulatnie realizowali zamówienia, więc liczę, że lada dzień przybędzie transport towaru. Bo jeśli nie... Boję się nawet o tym myśleć...

Alix przysłuchiwała się rozmawiającym, ale widocznie dopiero teraz do niej dotarło, że nie otrzyma upragnionego kryształu, bo wykrzywiła usta jak do płaczu.

– Obiecaliście! – rzuciła głosem pełnym pretensji.

– Na razie nic z tego. – Bree pochyliła się nad nią. – Kupimy ci jeden, gdy przywiozą fariny z kamieniołomów. Sama go sobie wybierzesz.

Rozejrzała się po sklepie, bo wpadło jej coś do głowy. Pociągnęła Alix do najbliższej gabloty, a kiedy jej wzrok padł na ciasno ułożone błyskotki, zaśmiała się:

– Zobacz, jakie cuda. Nie ma kryształów, więc dostaniesz coś innego.

Twarz małej na moment się rozchmurzyła, ale zaraz wrócił jej zły humor.

– To nie to samo.

Wtedy dziewczynka dostrzegła srebrną bransoletkę z miniaturowymi różyczkami na ażurowych ogniwach. Oczy jej rozbłysły. Zadowolona, uśmiechnęła się od ucha do ucha.

Trzasnęły zamykane drzwi, srebrzyście rozśpiewał się dzwonek. Rudzielec bez słowa opuścił sklep. Mikail, zaintrygowany cudacznym chłopakiem, posłał za nim podejrzliwe spojrzenie.

– Znasz go, Azariaszu? Nie wpadłem na niego wcześniej, bo zwróciłby moją uwagę.

– E, kręcą się tu różni – odparł jubiler. – Odkąd w mieście nie ma Hauruki, bardziej rzucają się w oczy. To nic w porównaniu z wyczerpaniem się zapasów kryształów.

Angaros odwrócił się od wyjścia. Zafrasowany przeczesał dłonią włosy, jakby podejmował ważną decyzję.

– Jutro w ratuszu odbędzie się narada aniołów – postanowił. – Może znajdziemy sposób, by dowiedzieć się, co jest przyczyną braku dostaw farinów.

Zapłacił za bransoletkę siostry, a mała od razu wsunęła ją na nadgarstek.

Kiedy wyszli na ulicę, Bree zaalarmowała nagła myśl.

– A jeśli... – zaczęła i urwała przestraszona. – Jeśli Gornowie karzą nas w ten sposób za kradzież Serca Suriela?

– Możliwe. Ale musieliśmy to zrobić. – Mikail przygryzł wargi i wlepiając wzrok w zakurzony bruk, dodał ponuro: – Nie mieliśmy wyjścia.

– Im to wytłumacz, nie mnie – żachnęła się dziewczyna. – Ale pewnie i tak by nie zrozumieli.

Rozdział IZłodziej

Znów niewidzialny przystanął pod owocującą jarzębiną. Oparł się o brunatny pień, z kieszeni marynarki wyciągnął napoczęte opakowanie sezamek i nadgryzł jedną ze smakiem. Gdy trójka aniołów opuściła sklep, niespiesznie schował niedojedzony kawałek, lepiące się dłonie wytarł o spodnie i ruszył za nimi.

Nie byli już tacy zadowoleni.

Dziewczyna smutno popatrywała na nierówny chodnik, jakby coś na nim zgubiła. Bielutkie skrzydła oklapły ku ziemi i nie przypominały już połyskliwego wachlarza. Angaros z posępną miną spozierał na niebo, które jak na złość było błękitne, bez jednej chmurki. I tylko mała blondynka uśmiechała się półgębkiem, popatrując od czasu do czasu na prawą dłoń i błyszczące na niej srebro.

Postanowił sprawdzić, dokąd idą. Kusiły go kryształy mieniące się na szyjach dziewczyny i chłopaka, nęciła nagroda wyznaczona za ich głowy. Nie miał wprawdzie pomysłu, jak mógłby oboje dostarczyć Gornom, ale spotkanie Bree Whelan i Mikaila Argylla uznał za hojny dar niebios. Nie zamierzał go zmarnować.

„Mam czas” – myślał i z uwagą obserwował mijane kamienice. Starał się zapamiętać drogę, bo nie znał dobrze miasta aniołów.

Rozdział IZłodziej

Spieszyli się do Piwnicy na spotkanie z Erykiem Falkiem i Pryską Hawen. Schodami zbiegli do solidnych drzwi, a kiedy Mikail wpuścił obie dziewczyny i wszedł do środka, otulił go półmrok i korzenny zapach przypraw.

Nieprzyjemna głośna muzyka tłumiła rozmowy. Bree wcisnęła palce do uszu, lecz niewiele to dało, bo hałas wciąż się wzmagał.

Skierowali się do Partyjki, gdzie tego dnia kelnerowała Tula. W mniejszej sali było spokojniej, ale nie na tyle, żeby mogli swobodnie pogadać.

Eryk i Pryska już na nich czekali. Bree skinęła im na powitanie.

– Co tu się dzieje? – podniosła głos.

Obie z Alix usiadły przy stoliku, a Mikail dostawił dla siebie krzesło. Pryska gwałtownie zamachała dłońmi, jakby opędzała się od uprzykrzonej muchy.

– Kryształy wariują! – odkrzyknęła, pochylając się ku nim z zaaferowaną miną.

Wtem hałas przycichł. Zaskoczeni goście na moment przestali rozmawiać, ale po chwili ciszę znów wypełnił gwar.

– Jak to: wariują? – dopytywał się angaros.

– Nie słuchają formuł – tłumaczył Falco. – Dina wypowiedziała zaklęcie przywołujące muzykę i zobaczcie, co się stało. Ale chyba to opanowali. – Poprawił się na krześle i odrobinę ściszył głos: – I co, wiadomo coś o Mepie?

– Gwardziści przeczesali całe miasto i nie znaleźli nawet śladu. Jakby zapadł się pod ziemię – odparł Mikail. – Prawdę mówiąc, nie wiem, co mam myśleć o jego zniknięciu. Może po prostu przestraszył się i nawiał...

– No coś ty! – żachnęła się Bree. – Mep? Nigdy w życiu!

– Rozpytywałem jego kumpli – odezwał się Eryk. – W każdym razie w Piwnicy nikt o nim nie słyszał.

Pryska zmarszczyła czoło, jakby sobie coś przypominała.

– Mówiliście, że zniknął, kiedy walczyliście z Hauruki – zwróciła się do Mikaila i Bree. – Może porwali go mnisi?

– Jeśli to prawda... – zaczęła zmartwiona Bree – to po nim. – Umilkła, bo do Partyjki wkroczyła właśnie Tula Peel. Przed Erykiem i Pryską lesza postawiła talerze z naleśnikami polanymi sosem czekoladowym.

– Głowa mi pęka! – Zabawnie przewróciła oczami, aż Alix parsknęła śmiechem. – Od rana mamy sądny dzień. Nie dajemy sobie rady z tą kocią muzyką.

– Już jest cicho – zauważył Mikail, ale jakby na przekór kakofonia dręczących dźwięków znów ich osaczyła.

Tula tryumfalnie uniosła wskazujący palec.

– Akurat! Tak jest od rana! – krzyknęła. – Hałas wypłoszy nam klientów. Z głównej sali już wychodzą. I wcale się nie dziwię. Zjecie coś? – zwróciła się do przybyłej trójki.

– Też naleśniki – Mikail zamówił potrawy, ale zastanawiał się, czy dobrze zrobił, bo jazgot był nie do wytrzymania.

Kelnerka oddaliła się do kuchni, a oni siedzieli w milczeniu, bo w takim hałasie nie dało się rozmawiać. Na szczęście znów się uciszyło.

– To nie może być zbieg okoliczności... – zaczął anioł. – Najpierw Azariasz opowiada o przerwaniu dostaw, teraz to zamieszanie z formułami...

– I kradzieże – wtrąciła Pryska między kolejnymi kęsami aromatycznych naleśników.

– Jakie kradzieże? – zainteresowała się Bree.

– No... Podobno od jakiegoś czasu giną kryształy. Wczoraj na przykład na placu Suriela... Dziś również o tym słyszałam. Pilnujcie swoich, a najlepiej zdejmijcie z szyi. Mój noszę w kieszeni. – Znacząco poklepała się po spodniach.

Kiedy lesza doniosła potrawy, zabrali się do jedzenia. Spieszyli się, by zdążyć przed nowym atakiem hałaśliwych dźwięków.

Eryk odłożył sztućce na opróżniony talerz. Przyglądając się rozmazanym plamom czekolady na białej ceramice, w zamyśleniu pocierał policzek.

– Może to sprawka Gornów? – zapytał z wahaniem.

– I mnie przeszło to przez myśl – przerwała mu Bree. – Ale jak to sprawdzić?

– Mogłyby to zrobić władze Nirgali – powiedział Mikail. – W imieniu mieszkańców miasta. Wystarczyłoby oficjalne pismo.

– Ale Wielkiej Trójki już nie ma. – Pryska nie była pewna, czy to dobry pomysł.

– Dlatego pora zadecydować, co dalej. Ustalić, kto tu rządzi. Myślę, że na jutrzejszym zebraniu wszystko się rozstrzygnie. – Angaros zdusił westchnienie, bo rzeczywiście czekało ich niewdzięczne zadanie.

– Już widzę, jak się wszyscy pchają – dopowiedział Eryk.

Bree obrzuciła go pytającym spojrzeniem.

– No, do tego rządzenia – wyjaśnił jej chłopak.

Rozdział IZłodziej

Ukryty dzięki formule kryształu dobrą godzinę sterczał przed wejściem do Piwnicy. Spod przymrużonych powiek cynicznie podpatrywał wchodzących do środka i tych, którzy w popłochu opuszczali lokal. Uciekali, jakby ich gonił sam diabeł.

Śledzona przez niego trójka pojawiła się w towarzystwie dziewczyny w okrągłych okularach i wysokiego chłopaka o ściętych na jeża brązowych włosach. Oboje nie mieli kryształów.

„Schowali? Bo ja ich nie świsnąłem. Pamiętałbym. A może nie są aniołami?”.

Umówili się na następny dzień i okularnica popędziła na plac Suriela. Zostało ich czworo.

Nie miał wątpliwości, za kim opłacało się pójść.

Rozdział IZłodziej

Kiedy aniołowie minęli skrzydła kutej z żelaza bramy, zatrzymał się i z wrażenia aż gwizdnął – ale niezbyt głośno, żeby go nie usłyszeli.

Przez park wiodła żwirowa aleja. Między gęstą zielenią prześwitywały oczka wodne z brzegami porośniętymi trzciną i tatarakiem. Podjazd, który prowadził do kwiatowej rabaty, iluminowały gazowe latarnie umieszczone w marmurowych dłoniach posągów angarosów i semani. Dalej jaśniał front pałacyku. Szerokie schody wieńczył taras i dębowe drzwi. Piętrowy, niewysoki budynek nie wyglądał, jakby był pilnie strzeżony. „Pewnie nie rzucili zaklęć ochronnych” – zadrwił z głupoty beztroskich właścicieli.

Postanowił wszystko dokładnie sprawdzić. Skradał się za aniołami, ale w sporej odległości, żeby nie usłyszeli jego kroków. Gdy zniknęli w wejściu, poszedł na tyły domu i wtedy dostrzegł drugi: dużo mniejszy, parterowy, z płaskim dachem. Wzdłuż ściany w glinianych donicach zasadzono drzewka pomarańczowe. „Oranżeria. A jeśli mają oranżerię, to gdzieś jest ogrodnik. Co oznacza, że nie są sami. Pilnuj się, bo cię przyłapią...”. Nikogo jednak nie zauważył.

Rozdział IZłodziej

Mimo że dochodziła jedenasta w nocy, siedzieli w pokoju Mikaila i jakoś niespieszno im było do spania. W głębokich skórzanych fotelach, po obu stronach ławy, na której rozłożyli szachownicę, wychyleni, by swobodnie sięgać do figur, Bree i Falco rozgrywali partię szachów.

Alix dopingowała Eryka i za każdym razem, gdy według niej popełniał błąd, marszczyła nos i ostentacyjnie pukała się w czoło.

Mikail przysiadł przy Bree i resztkami silnej woli powstrzymywał się od komentarzy – dla swojego dobra, bo nie cierpiała, gdy wtrącał się do gry. Była coraz lepsza, ale zdarzało się, że przegrywała z kretesem. Tak jak teraz.

Ścienny zegar wybił pełną godzinę. Jak na komendę utkwili wzrok w Alix.

– No co? – spytała zaczepnie. – Wcale nie jestem śpiąca.

Ale na nic się zdały tłumaczenia, bo drzwi – tak jak się tego spodziewali – rozwarły się z rozmachem, a do środka wmaszerowała Cean, opiekunka siostry Mikaila. Skierowała się do naburmuszonej małej i stanowczo chwyciła ją za rękę.

– Moja panno – rzuciła tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Zapraszam do łóżka.

Opór był zbyteczny. Groźna mina kobiety sprawiła, że Alix nawet nie próbowała dyskutować. W drzwiach mignęły czarne włosy z cieniutkimi siwymi pasemkami, szara płócienna sukienka zapinana na kościane guziki i pantofle na niskim obcasie. Też szare. Bree podejrzewała, że to ulubiony kolor Cean, bo nie zdarzyło się, by w ciągu minionych dwóch tygodni niania ubrała się inaczej.

Gra dobiegała końca. Dziewczyna poddała królową i brakowało zaledwie paru ruchów, by Eryk ją pokonał. Porażkę przypieczętowała spojrzeniem z ukosa.

– Chyba nie rzucisz we mnie szachownicą? – Żartobliwie zasłonił się ramieniem.

Zachichotała, przypomniawszy sobie, jak w Eschen celowała w niego talerzami i szachowymi figurami.

– Nieźle mu się obrywało! – zwróciła się do Mikaila, który z uśmiechem pokiwał głową, bo słyszał już te opowieści. – Bał się podchodzić do mnie bliżej niż na odległość paru kroków.

Eryk podniósł się z fotela.

– Dobranoc – ziewnął. – Nie zamarudźcie, bo jutro rano idziemy do ratusza.

– Jasne – odrzekła dziewczyna.

Czekał ich męczący dzień.

Gdy zostali sami, angaros wcisnął się na fotel obok Bree.

– Jak myślisz, kiedy... – zaczął, ale jak zwykle weszła mu w słowo.

– Wejdzie tu Cean? – dokończyła z porozumiewawczym uśmieszkiem. – Za pięć minut? – zgadywała.

– Mamy tylko pięć minut? – powiedział rozczarowany. – W takim razie nie marnujmy czasu...

Ale zanim ją pocałował, drzwi otworzyły się z hukiem i opiekunka bezceremonialnie wtargnęła do pokoju.

– Alix zasnęła – poinformowała oficjalnym tonem.

– Dziękujemy ci, Cean. Jesteś wolna. Do jutra. – Mikail grzecznie starał się jej pozbyć, ale kobieta łypnęła znacząco na Bree.

– A panienka? Już późno.

– Cean, prosiłam, żebyś zwracała się do mnie po imieniu. Nie jestem żadną panienką – wyjaśniała z uśmiechem dziewczyna.

Niania zbyła ją milczeniem, jakby wiedziała lepiej, kto jest panienką, a kto nie.

– Zaraz pójdzie do siebie – obiecał Mikail.

– No tak. Najwyższy czas – skwitowała Cean.

Wyszła, ale nie zamknęła drzwi i zostawiła sporą szparę. Bree poderwała się, żeby je przymknąć. Biegiem wróciła na fotel.

– A teraz? Kiedy...? – ponownie zapytał angaros.

– Kiedy tu wejdzie? Za... dziesięć minut?

– Dopiero co pomyliłaś się o cztery – strofował ją, zapatrzony w śmiejące się oczy.

– Więc nie marnujmy czasu... – powtórzyła po nim i mocniej się przytuliła, ale tym razem to ona spóźniła się z pocałunkiem, bo drzwi znów otwarto na oścież.

– Sprawdzam, czy pozamykaliście okna.

Mikail parsknął śmiechem.

– Tu nie trzeba. Śpię przy uchylonych.

– Ach tak. Zapomniałam. – Opiekunka przyglądała im się nieufnie.

– Dobrej nocy, Cean – powiedzieli anioł i dziewczyna.

– Dobrej nocy – odburknęła i opuściła pokój.

– Znowu nie trafiłaś... – szepnął do Bree Mikail i nie dał jej dojść do słowa, żeby zdążyć przed kolejną wizytą upartej kobiety. – Pewnie za moment tu zajrzy – tłumaczył między pospiesznymi pocałunkami. – Aż cię stąd wygoni...

Drzwi stanęły otworem. Cean ze zgrozą wpatrywała się w angarosa.

– Paniczu... – zaczęła z wyrzutem.

Oboje odruchowo zerwali się z fotela.

– A nie mówiłem? – mruknął anioł i na pożegnanie cmoknął dziewczynę w czoło. – Jak przyzwoitka... – dorzucił z przekąsem.

Bree chichotała cichutko.

– I tak to sobie odbijemy.

Rozdział IZłodziej

Nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie pogaszą światła i pójdą spać. Rozcierał zgrabiałe dłonie, bo noc była chłodna. Sięgnął do torby i spod ukrytych w jej przepastnym wnętrzu kryształów wygrzebał parę znoszonych rękawiczek. Dziurawych i nadprutych, ale takimi drobiazgami się nie przejmował.

Najpierw pociemniało w pokoju małej. Z nudów zajrzał przez szybę, lecz dziewczynka nie nosiła kryształu, więc go nie interesowała. Krótko ostrzyżony chudzielec zamknął się u siebie na piętrze jako drugi z kolei, ale też nie miał farina. Angaros i semani wyraźnie się ociągali. W końcu dziewczyna udała się do sypialni.

„Nareszcie. Już niedługo... Trzeba jeszcze odczekać, aż zasną”. Żeby zabić czas, chrupał kawałki pokruszonych sezamek. „Muszę uzupełnić zapasy – postanowił. – Niedługo się od nich uzależnię...”.

Obszedł pałacyk. Wszystkie okna – oprócz tych u ciemnowłosego anioła – zamknięto. Wolałby wkraść się przez pokój semani i zacząć od niej, ale nie dali mu wyboru.

Po godzinie uznał, że nadszedł odpowiedni moment. Parter był niski, a rozwarte okno dodatkowo ułatwiło sprawę. Wdrapał się na parapet i nawet nie narobił przy tym hałasu. Przeszkadzała mu firanka; mało brakowało, by zaplątał się w zwiewnej tkaninie, ale szczęśliwie wylądował na podłodze.

Rozejrzał się po pomieszczeniu. Choć pokój był duży, ustawiono w nim niewiele mebli. Podkradł się do szerokiego łoża. Angaros spał w najlepsze.

– Super... – powiedział półgłosem, ale zaraz przywołał się do porządku. – Nie gadaj!

Kryształ anioła lśnił wyjątkowo zachęcająco. Wystarczyło się schylić. Wyjął nożyk i zbliżył ostrze do śpiącego. Zaśmiał się w duchu. Lubił ten moment, kiedy wszystko od niego zależało. Z wprawą rozciął rzemyk i wyciągnął go ostrożnie wraz z farinem. Cisnął kryształ niedbale do torby.

Powoli zmierzał ku wyjściu. Nie wiedział, czy drzwi skrzypią, ale nie było innej drogi. Uchylił je bezgłośnie i z tryumfalnym uśmieszkiem wydostał się do holu.

Sypialnia semani znajdowała się tuż obok. Drzwi do jej pokoju zastał niedomknięte, a za nimi panował całkowity mrok. „Zasłoniła żaluzje? Zasłony?” – zgadywał i zaklął, bo nieprzewidziana trudność zbiła go z tropu. Był zmuszony zawierzyć intuicji albo wykorzystać światło kryształu. Liczył na to, że wzrok przywyknie do ciemności, więc nie wezwał mocy farina. Zrobił pierwszy krok, potem pewniej drugi i trzeci. Wypatrywał łóżka. Dostrzegł je, ale było już za późno. Przeszkoda, której nie wyczuł w porę, zagrodziła mu przejście. Zawadził o coś i jak długi rozciągnął się na marmurowej posadzce.

Ale nie to było najgorsze, bo kiedy wściekły gramolił się z podłogi, za jego plecami zmaterializowała się semani Bree Whelan. W białej nocnej koszuli wyglądała jak zjawa. Zamierzyła się stalową astrellą. Zanim poczuł bolesne ukłucie w ramię, zdążył pomyśleć, że dziewczyna nie ma prawa go widzieć, bo użył formuły niewidzialności.

Jego ciało stopniowo obejmował paraliż. Z torby wysypały się anielskie kryształy i zdradziecko mieniły tysiącami odcieni fioletu.

– No i wpadłeś! – usłyszał, zanim osunął się w miłosierną pustkę omdlenia.

Rozdział IZłodziej

Od dwóch godzin czekali, aż złodziej odzyska świadomość. Leżał w miejscu, w którym upadł, gdy Bree zraniła go astrellą. Na wszelki wypadek Eryk skrępował mu ręce.

Do świtu było jeszcze daleko. W lichtarzach płonęły świece, a przy łóżku walały się rozrzucone w nieładzie książki. To na nich potknął się rudzielec, czyhający na kryształy aniołów.

Bree bez trudu rozpoznała nastolatka ze sklepu jubilera Azariasza.

– Pewnie nas śledził. Myślał, że nabije sobie kabzę.

Mikail wzruszył ramionami, bo takie wytłumaczenie wcale go nie przekonało.

– To złodziej kryształów. – Przeglądał klejnoty rozsypane na posadzce, żeby odnaleźć między nimi swój. – Okradł tylu aniołów... I nikt go nie przyłapał. Ciekawe, czy pracuje na własny rachunek. – Przyglądał się przez chwilę farinowi ze srebrną zapinką. – Jest – stwierdził z ulgą.

– Sądzisz, że go wynajęto? – Eryk zastanawiał się nad teorią anioła. – Ale kto?

– Czy ja wiem? Hauruki?

Bree szturchnęła Mikaila i wskazała palcem budzącego się włamywacza. Ten poruszył się, uniósł powieki, ale natychmiast znów je zamknął i znieruchomiał na podłodze.

Wpatrywali się w niego gniewnie, bo zgadywali, że trucizna właśnie przestawała działać. Eryk potrząsnął ramieniem złodzieja, ale to nie poskutkowało.

– Mam pomysł – rzucił z tajemniczą miną Falco i wyszedł z pokoju.

Kiedy przyniósł miskę pełną wody, parsknęli śmiechem.

– Lodowata – wyjaśnił z satysfakcją, stanął przed leżącym na wznak chłopakiem i chlusnął na niego z rozmachem. Rudzielec wytrzeszczył oczy, parsknął jak narowisty źrebak, ale nie poderwał się, bo związane ręce ograniczały mu swobodę ruchów.

– No proszę. Wreszcie się ocknąłeś – naigrawała się Bree.

Mimo że wciąż w nocnym stroju i z alabastrowym pióropuszem unoszącym się nad ramionami, nie wyglądała jak uosobienie anielskiej dobroci.

– Kim jesteś? – Mikail zaczął przesłuchanie więźnia, a gdy usłyszał, że chłopak pomrukuje coś pod nosem, dodał: – Formuły ci nie pomogą. – Pokazał kryształ porzucony przy złodziejskiej torbie. – Zabraliśmy twój farin. Nie zauważyłeś, że masz skrzydła?

Intruz prychnął wzgardliwie i z uporem wlepiał wzrok w sufit.

– Coś ty za jeden? – spytała zniecierpliwiona Bree.

Spojrzała na jego zmoczone włosy, zniszczoną marynarkę i spodnie przetarte na kolanach. Gdy nie odpowiadał, zakpiła:

– I co z ciebie za złodziej? Wyglądasz jak... łachmaniarz.

Zmrużył kocie oczy i syknął coś niewyraźnie.

– Czyli nie przedstawisz się nam? – dodała nieprzyjemnym głosem, bo chłopak nie budził jej sympatii.

Milczał, więc Bree musnęła dłonią swój kryształ. Kiedy rozjarzył się i poczerwieniał, zaskoczony złodziej mimowolnie wbił w niego przestraszone spojrzenie. Dziewczyna postanowiła odrobinę poznęcać się nad schwytanym.

– A wiesz, że jeżeli pomyślę życzenie, to zrobisz, co ci każę? – zagroziła. – Ten farin ma przedziwne właściwości. Nie muszę wypowiadać formuł; i bez nich spełnia każdą moją prośbę. Chciałbyś się przekonać, jaki jest niesamowity?

Chłopak wygiął usta w lekceważącym półuśmiechu.

– Spełnia życzenia? – wątpił. – Bo ci uwierzę...

– Ona naprawdę nie zna zaklęć – pospieszył z zapewnieniem Mikail.

Złodziejaszek zmarszczył brwi, aż zbiegły się w jedną kreskę.

– Zaledwie kilka kryształów ma taką moc. I wszystkie znajdują się w skarbcach Gornów – przerwał, jakby coś sobie przypomniał, po czym dodał: – Chyba że...

Bree pogładziła szklistą powierzchnię farina.

– Poprzedni też słuchał moich życzeń. – „Ciekawe, czy to moja zasługa, czy poprzedni farin również był wyjątkowy” – przemknęło jej przez myśl.

Eryk wrócił do przesłuchania.

– To jak się nazywasz? – po raz trzeci zadał pytanie, na które złodziej jakoś niespecjalnie miał ochotę odpowiedzieć. Ale widocznie zmienił zdanie.

– Oskar – wycedził przez zęby.

– Jak miło. Takie ładne imię, a ty się go wstydzisz – natrząsała się Bree. – To może jeszcze nazwisko?

– Nic wam do niego...

– No! Uważaj! Włamałeś się do tego domu, żeby zwędzić nasze kryształy. A może właśnie z tego żyjesz? – dopytywała się, oczekując, że potwierdzi jej przypuszczenia.

– Przyganiał kocioł garnkowi – mruknął Oskar. – Niby taka jesteś święta...

– Słucham? Do czego pijesz? – rozeźliła się i chwyciła zadziornie pod boki.

– A kto okradł Gornów? To nie za moją głowę wyznaczyli nagrodę! – rzucił zjadliwie.

Bree odebrało głos. Z wrażenia straciła pewność siebie.

– Jaką nagrodę? – zapytał zdecydowanym głosem Eryk.

– Nie wiedzieliście? Że was szukają? Nie darują wam tak łatwo. Złapali jednego, to pochwycą i was. – Wskazał brodą Mikaila i Bree.

– A kogo to niby złapali? – spytał angaros.

– Meppela Rasza – rzucił złodziej z wyraźną satysfakcją. – Wszyscy o tym wiedzą. – Zerknął na nich z pogardą. – No tak. Oprócz was. – I roześmiał się z ich bezgranicznej naiwności.

Rozdział IZłodziej

Śniadanie upłynęło w kompletnej ciszy. Wreszcie – między kolejnymi łykami herbaty – odezwała się Bree:

– No to mamy problem.

– Żeby jeden – poprawił ją Falco.

Mikail przetrząsał kuchenne szafki w poszukiwaniu cukru. Zza pudełek z mąką i kaszą wyciągnął papierową torbę i napełnił cukiernicę, lecz czynności te wykonywał machinalnie, bo myślał o czymś zupełnie innym. Kiedy usiadł przy stole, zerknął na Eryka.

– Nie zostawimy tak Mepa. Uwolnimy go – obwieścił.

– No jasne – poparła go stropiona dziewczyna. – Tylko że nie mamy pojęcia, gdzie go przetrzymują.

– Spróbujemy oficjalnie. I tak planowaliśmy napisać do Gornów w sprawie transportów kryształów. Teraz wiemy, o co im chodzi.

Mikail bawił się srebrną łyżeczką. Wodził ozdobną rączką po lnianym obrusie, wyrysowując niewidzialne wzory.

– A co z Oskarem? – zastanawiała się Bree.

– Potrzymamy go w więzieniu. Może zdradzi coś więcej. Wygląda na niezłego cwaniaczka. – Angaros utkwił w niej wzrok i nagle zmienił temat: – A właśnie, jak to się stało, że go zobaczyłaś, skoro kryła go formuła niewidzialności?

– I ja nie mogę się w tym połapać. Zresztą najpierw usłyszałam jego kroki. I kiedy wpadł na książki. – Zawstydzona spuściła oczy. – Miałam je uprzątnąć, ale czasami bałagan... jest przydatny.

– A czasami nie. – Mikail pamiętał inny pokój i spotkanie z ojcem Symeonem. Machnął ręką. – Przynajmniej Hauruki mamy z głowy. Dopóki działają formuły ochronne Suriela.

Ale Eryk nie podzielał jego optymizmu.

– Poczekaj do zebrania w ratuszu. A mnisi z pewnością nie dadzą za wygraną. Znam ich. Oby zaklęcia Strażnika nie okazały się za słabe, bo magia zmiennokształtnych jest starsza i silniejsza od tej znanej aniołom.

– Dzięki, Falco. Ty zawsze potrafisz poprawić mi nastrój – zauważył kąśliwie czarnowłosy anioł.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Rozdział II
Ultimatum

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział III
Kraniec świata

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział IV
Polowanie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział V
Łowcy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VI
Bransoletka

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VII
Zaułek Niepowodzeń

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział VIII
Posłańcy

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział IX
Targ

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział X
Cuda

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XI
Monastyr

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XII
Przyjaciele

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ II
Arcalis

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIII
Maite

Rozdział XIV
Formuły

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XV
Więźniowie

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVI
Gołąb i sokół

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVII
Anioły na śniegu

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XVIII
Talizman

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XIX
Ogień

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XX
Cyrograf

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXI
Ucieczka

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXII
Kłamstwa

Rozdział XXIII
Szpieg

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXIV
Brat Kajetan

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXV
Wojna

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział XXVI
Klęska

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

W pierwszym tomie

Dostępne w wersji pełnej