Stara Flota: Konstytucja - Nick Webb

Stara Flota: Konstytucja

0,0

Siedemdziesiąt pięć lat temu Ziemię zaatakowali obcy. Ludzkość odparła ich i ocaliła Ziemię przed zagładą, a potem zaczęła się zbroić w oczekiwaniu na następne starcie. Jednak wróg nie wrócił, a w czasach pokoju poczucie zagrożenia malało. Zbudowano nową broń i nowe okręty, a stare zmieniono w pomniki i muzea. Ten sam los czekał również „Konstytucję”, najstarszą jednostkę ludzkiej floty kosmicznej. Jednak nieznany wróg zaatakował ponownie – o wiele silniejszy i lepiej uzbrojony. Żaden nowoczesny okręt nie zdołał stawić oporu najeźdźcom. Żaden oprócz przestarzałej, niezdarnej „Konstytucji”…

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Nick Webb

Przekład:
Małgorzata Koczańska
Marcin Bojko

Drageus

Warszawa 2016

Tytuł oryginału: Constitution

Text copyright © Nick Webb 2015
All rights reserved

Projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Rafał Dębski

Korekta: Agnieszka Pawlikowska

Skład i łamanie: Ewa Jurecka

Książka ani żadna jej część nie może być kopiowana w urządzeniach przetwarzania danych ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Utwór niniejszy jest dziełem fikcyjnym i stanowi produkt wyobraźni Autora. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Wydawca:
Drageus Publishing House Sp. z o.o.
ul. Kopernika 5/L6
00-367 Warszawa
e-mail: drageus@drageus.com
www.drageus.com

ISBN ePub: 978-83-65661-01-2
ISBN mobi: 978-83-65661-02-9

Opracowanie wersji elektronicznej:

Dla J., L. i C.

ROZDZIAŁ 1

Sektor 521, dziesięć lat świetlnych od obszaru Zjednoczonej Ziemi

Mostek Okrętu Zjednoczonej Floty „Kerouac”

– Czujniki wykrywają nieciągłość metaprzestrzenną, kapitanie. Zawężam pasmo odbioru, żeby to potwierdzić. Pewnie to tylko „duch”, odbicie fali, załamanie sygnału przez soczewkowanie grawitacyjne supernowej albo coś podobnego.

Kapitan OZF „Kerouac” skinął głową znad porannej kawy.

– Może powinniśmy po prostu oficjalnie przechrzcić ten okręt na OZF „Pogromca Duchów”.

Oficer nasłuchu zaśmiał się cicho.

– Tak jest, kapitanie.

Disraeli upił łyk kawy. Pomijając zakłócenia metaprzestrzenne, dowódca ciężkozbrojnego krążownika „Kerouac” miał naprawdę paskudny dzień.

Najpierw okazało się, że przez ostatnią bańkę spekulacyjną, której ofiarą padł rynek nieruchomości Britannii, zapewne straci pół miliona kredytów, które w zeszłym roku zainwestował w dom na wybrzeżu. Potrząsnął siwiejącą głową – mógł się pożegnać z myślą o wcześniejszej emeryturze.

Wkrótce potem dowiedział się, że ze względu na zmianę przydziału niedługo straci głównego inżyniera i najlepszego przyjaciela.

Oczywiście każdy oficer Zjednoczonych Sił Obronnych musiał się z tym liczyć, ale Disraeli i tak był wstrząśnięty, ponieważ admirał Yarbrough obiecała mu, że przynajmniej przez rok nie nastąpią rotacje wśród starszych oficerów. Zresztą kapitan Disraeli ani myślał ruszać na kolejne patrole dalekiego zasięgu z zielonymi porucznikami-siuśmajtkami, ledwie po akademii ZSO.

Odpowiedź udzielona admirał Yarbrough nie była zbyt profesjonalna i bez wątpienia zapewniła mu mnóstwo biurokratycznych złośliwości ze strony starej weteranki.

Jednak, co najgorsze, kapitan Disraeli piąty raz z rzędu przegrał w pokera ze swoją pierwszą oficer, pełną wigoru rudowłosą komandor. Piskliwy, przenikliwy śmiech, którym ta kobieta wybuchała za każdym razem, gdy wygrała albo usłyszała coś choćby odrobinę śmiesznego, nie tylko szarpał nerwy kapitana, lecz także budził przemożną ochotę, żeby włożyć sobie w usta lufę blastera kaliber czterdzieści pięć i pociągnąć za spust.

W sumie dziewczyna nie była taka zła. Właściwie okazała się najlepszym pierwszym oficerem, z jakim Disraeli miał nieprzyjemność służyć. Opanowana, przyjazna i bezdyskusyjnie kompetentna.

Ale… Dobra matko Stalina, ten śmiech!

Ze zmarszczonymi brwiami kapitan obrócił się w fotelu do oficera nasłuchu.

– Chorąży, status odczytu z sensorów? – rzucił, po czym napił się kawy.

Młody mężczyzna, ledwie po akademii ZSO, skinął głową.

– Prawie gotowe, panie kapitanie. Żadnych anomalii z sensorów nadprzestrzennych, a na wszystkich częstotliwościach fal elektromagnetycznych cisza. Nieciągłość zarejestrowana przez sensory nadprzestrzenne pewnie była odbiciem naszych wcześniejszych transmisji.

Załoga mostka powtarzała te ćwiczenia trzy razy dziennie przez minione sześć miesięcy obecnego zadania, codziennie bez wyjątku. Wykonywała patrol na przerażającej granicy dalekiego zasięgu. Była to najbardziej nudna, nieciekawa i bezsensowna misja ze wszystkich możliwych zadań floty, zwłaszcza dla nowoczesnego ciężkozbrojnego krążownika klasy Pulsar. Patrole graniczne powinny pełnić stare krążowniki zwiadowcze albo nawet te ze Starej Floty. Nie było to zadanie odpowiednie dla prawdziwej bojowej jednostki ze sprytstali i z baterią laserów o mocy petawatów.

Zwłaszcza że granica była nią tylko z nazwy. Do diabła, dalej zapewne nic by się już nie znalazło. Co najwyżej jeszcze więcej gwiazd, mgławic, gazów międzygwiezdnych i pyłu. Ale głównie nic.

Jednak oni wciąż tam byli. Gdzieś. A przynajmniej tak głosiła aktualna wojskowa doktryna.

Oni, czyli Rój. Nikt nie wiedział, jak naprawdę się nazywają, więc ludzkość wymyśliła dla nich różne określenia, niektóre obraźliwe, niektóre opisowe. Rój, Robale, Zieleniaki (od małych zielonych ludzików, jak podejrzewał Disraeli), Duchy oraz parę innych, bardziej dosadnych nazw, jak na przykład Gnojki, Dranie, a także kilka takich, których nie wypadało przytaczać.

Zasłużyli sobie na obraźliwe przezwiska – siedemdziesiąt pięć lat temu Ziemia omal nie została zniszczona i do dziś nosiła ślady tamtych zdarzeń.

Ale oni zniknęli. Równie nagle, jak się pojawili. A potem Zjednoczone Siły Obronne Ziemi zaczęły patrolować granice, zawsze czujne, zawsze na straży ludzkości. Sprawdzały, czy oni nie wracają. Jednak przez minione dekady odbudowy i prosperity, które nastąpiły po pierwszym pojawieniu się obcych, strach przed Rojem zanikał. Ludzie zaczęli się nawet zastanawiać, czy Rój w ogóle istniał. Szlag, przecież pobiliśmy ich poprzednim razem, prawda? Może załatwiliśmy ich na dobre? Dokonaliśmy całkowitej eksterminacji…

– Dziękuję, chorąży.

Kapitan odwrócił się do stanowiska nawigatora, obsługiwanego przez trzeciego oficera.

– Kiedy sensory zakończą przeszukiwanie sektora pięćset dwadzieścia jeden, przygotować się do skoku kwantowego do sektora pięćset dwadzieścia dwa.

– Tak jest, kapitanie – odpowiedziała główny nawigator, dojrzała kobieta, w wieku pozwalającym niebawem przejść w stan spoczynku. Kapitan Disraeli skinął głową z aprobatą. Lubił swoją trzecią oficer. Przypominała mu nieżyjącą już babkę. Sztywna. Uprzejma. Ale umiała kląć jak szewc, gdy obliczenia któregoś z młodszych nawigatorów okazywały się niezbyt dokładne.

Kapitan uniósł głowę, co gadżeciarski komputer pokładowy rozpoznał natychmiast jako znak, że ma wezwać kogoś z innej sekcji okrętu.

– Disraeli do komandor Gooding, proszę zgłosić się na mostek.

Parę minut później pierwsza oficer zasalutowała strażnikowi z oddziałów specjalnych. Mostek znajdował się w głębi, na wzdłużnej osi okrętu, chroniony pancerzem ze wszystkich stron, zupełnie inaczej niż na przestarzałych jednostkach, na których stanowisko dowodzenia wystawało z kadłuba, stanowiąc łatwy cel do odstrzału.

– Wzywał mnie pan, kapitanie? – Komandor Gooding zajęła miejsce przy swoim stanowisku operacyjnym.

– Niedługo zrobimy skok kwantowy do kolejnego sektora.

– Najwyższa pora. Chyba za dobrze się bawiliśmy w tym sektorze. Mam wcześniej przywołać załogę z plaży? – Mrugnęła do Disraelego. Kapitan zmusił się do kwaśnego uśmiechu. Pierwsza lubiła żartować przy każdej okazji, co doprowadzało go do szału, ale nie okazywał tego przy załodze. Zwłaszcza że kobieta chciała dobrze.

– W rzeczy samej, komandor Gooding. Postarajmy się nie pozwalać sobie na taką frywolność w sektorze pięćset dwadzieścia dwa, mamy przecież ważne zadanie do wyko…

– Panie kapitanie! Jest… – przerwał mu okrzyk.

Disraeli odwrócił głowę do stanowiska nasłuchu.

– Co tam?

Zmieszany młodszy podchorąży spojrzał na pulpit, sprawdzając odczyty.

– Przepraszam, panie kapitanie. Wyglądało, że pojawiła się duża fluktuacja kwantowa w energii tła, ale zniknęła. Przeprowadzam diagnostykę, pewnie mamy kolejny problem z ustawieniem sensorów.

Disraeli wrócił do swojej pierwszej.

– I co? Takiej podniecającej akcji nie mieliśmy tutaj od wielu tygodni.

Na mostku rozległy się stłumione chichoty. Jednak zważywszy na to, że podczas wcześniejszych odczytów zostało wykryte odbicie, kolejne zakłócenie było podejrzane. Oczywiście Gooding sobie z tym poradzi. Disraeli musiał iść do ambulatorium.

– No i co chciałem powiedzieć? Aha, komandor Gooding, proszę przejąć wachtę. Mam wizytę u lekarza.

– Tak jest, kapitanie. Czy doktor Evans tym razem przystawi panu pijawki?

– Nie, ale powiedział, że piąta wizyta jest za darmo, więc przynajmniej trochę zaoszczędzę. – Mrugnął do pierwszej oficer porozumiewawczo. Nie musiała wiedzieć o jego wieloletnim problemie z rigeliańskimi kurzajkami. Tym bardziej że można się było nimi zarazić tylko w jednym miejscu, w zakazanej dzielnicy Nowego Bombaju na Rigel 3.

Kapitan wstał, wziął kubek z kawą i ruszył do wyjścia. Niedbałym ruchem ręki odpowiedział na salut strażnika.

I zamarł w pół kroku.

Położył rękę na grodzi, mocno ją przycisnął. Wyczuł słabe wibracje.

Wibracje, których nie powinno tam być.

– Kapitanie? – Pierwsza oficer ruszyła w jego stronę.

– Chorąży. – Disraeli zupełnie zignorował komandor Gooding. – Jak wynik diagnostyki?

Młody mężczyzna dotknął palcem pulpitu.

– Wszystkie systemy funkcjonują prawidłowo.

Drżenie narastało. Obsada mostka także zaczęła je czuć. Kapitan pośpiesznie wrócił na swoje stanowisko.

– Pełny skan sensoryczny! Chcę wiedzieć, co to jest. – Uniósł głowę. – Maszynownia, tu Disraeli. Co się dzieje, do cholery? Trwa właśnie jakiś test napędu, o którym nikt mnie nie powiadomił?

Słabe wibracje zmieniły się w wyraźne drżenie.

– Nie, kapitanie – odpowiedział pierwszy mechanik.

– Więc co tak trzęsie, do diabła?

Przez chwilę panowała cisza, a zanim mechanik zdążył odpowiedzieć, kapitan usłyszał niepokojące odgłosy ze stanowiska nasłuchu. Twarz młodego podchorążego pobladła, z jego ust wyrwał się stłumiony jęk. Drżącą ręką wskazał na pulpit.

– Chorąży?

Mężczyzna przebiegł palcami po pulpicie i wysłał obraz na holo, umieszczone przy sterburcie.

Kapitan obrócił się, żeby popatrzeć.

Upuścił kubek. Kawa rozlała się wśród odłamków porcelany.

– Matko Przenajświętsza…

ROZDZIAŁ 2

Centrum operacyjne sektora Veracruz

Stacja kosmiczna Heros

Admirał Ryten przestudiował raport i odłożył tablet. Sytuacja, choć dość niezwykła, wcale nie była zbyt zaskakująca, biorąc pod uwagę to, co wiedział o kapitanie Disraelim, który nie żywił wielkiego szacunku dla struktur dowodzenia i jeszcze mniej go miał dla regulaminów oraz procedur. Prawdopodobnie właśnie dlatego admirał Zingano zesłał go na rubieże i przydzielił niemłodemu już oficerowi służbę patrolową.

– Chorąży Taylor, proszę sprawdzić wpisy dziennika pokładowego z ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Raporty mogły po prostu utonąć w zalewie biurokratycznego chłamu.

Młoda oficer skinęła głową.

– Tak jest, ale osobiście przeglądam każdy meldunek z patroli w sektorach granicznych. Przez ostatnie dwa dni nie otrzymaliśmy żadnego.

– Czy w ostatnim raporcie było cokolwiek niezwykłego?

Potrząsnęła głową.

– Nic. Przeprowadzili aktywne skanowanie w sektorze pięćset dwadzieścia i wykonali skok kwantowy do sektora pięćset dwadzieścia jeden. Potem już się nie odezwali.

Admirał zabębnił palcami po biurku. Do diabła. Kapitan Disraeli co prawda miał regulamin floty w poważaniu, ale nigdy nie zdarzyło się, aby nie wysłał codziennego raportu. Zresztą przesyłanie raportów należało do obowiązków pierwszego oficera, nie dowódcy. A Ryten służył kiedyś z pierwszą Disraelego, wiedział więc, że nigdy by o tym nie zapomniała. Papierkową robotę miała we krwi.

– Jeżeli nie zgłoszą się w ciągu pięciu najbliższych godzin, wyślemy tam okręt zwiadowczy.

– Tak jest.