Sprawa Colliniego - Ferdinand von Schirach

Sprawa Colliniego

0,0

Zemsta po latach, dzieje niemieckiego wymiaru sprawiedliwości, dramatyczny epizod z czasów III Rzeszy w tle. Głośna powieść Ferdinanda von Schiracha, autora bestsellerowego Przestępstwa oraz Winy!

Ważna powieść autora bestsellerowych opowiadań kryminalnych! Już na pierwszej stronie czytelnik poznaje mordercę, na kolejnej narzędzie zbrodni oraz ofiarę, która na trzeciej stronie ginie. Wydaje się, że na tym historia mogłaby się zakończyć. Jednakże von Schiracha dużo bardziej od tego, kto i kogo zabił, interesuje sam motyw, ciekawi go, co pcha ludzi do czynów, do których na pozór nie byliby zdolni. Jaki bowiem cel w zabójstwie osiemdziesięciu kilkuletniego staruszka, przedsiębiorcy, przykładnego ojca i kochanego dziadka, ma młodszy od niego o dwadzieścia lat mężczyzna, wzorowy obywatel? Strona po stronie narrator odsłania kolejne tajemnice sięgające czasów II wojny światowej, uświadamiając nam, że ludzie nie są z gruntu źli bądź dobrzy, ofiara bywa też katem, nieuwaga może dużo kosztować, a prawda to najprostsza rzecz pod słońcem. Sprawa Colliniego stanowi również ważny głos we wciąż żywej dyskusji nad historią. Dyskusji o winie, jaką Niemcy, jako naród, ponoszą za zbrodnie swoich dziadków i ojców...

 

Znany niemiecki adwokat, Ferdinand von Schirach, w swojej rewelacyjnej pierwszej powieści „Sprawa Colliniego” opowiada coś więcej niż tylko wciągającą kryminalną historię. Pyta o stosunek niemieckiego wymiaru sprawiedliwości do przeszłości hitlerowskiej i o prawo ofiar do zadośćuczynienia.

Marie-Louise Zimmermann, „Berner Zeitung"

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Fer­di­nand von Schi­rach

SPRA­WA COL­LI­NIE­GO

prze­ło­ży­ła Anna Kie­re­jew­ska

Wszy­scy je­ste­śmy stwo­rze­ni do tego, co ro­bi­my.

Er­nest He­min­gway

1

Póź­niej wszy­scy będą przy­wo­ły­wać to w pa­mię­ci: kel­ner ob­słu­gi ho­te­lo­wej, dwie star­sze pa­nie z win­dy, mał­żeń­stwo z ko­ry­ta­rza na czwar­tym pię­trze. Po­wie­dzie­li, że męż­czy­zna był po­tęż­ny, i wszy­scy wspo­mi­na­li za­pach potu.

Col­li­ni wje­chał na czwar­te pię­tro. Od­szu­kał po­kój nu­mer czte­ry­sta, „Apar­ta­ment Bran­den­bur­ski”. Za­pu­kał.

– Tak? – Męż­czy­zna sto­ją­cy w drzwiach miał osiem­dzie­siąt pięć lat, ale wy­glą­dał na dużo młod­sze­go, niż Col­li­ni się spo­dzie­wał. Po jego kar­ku spły­wał pot.

– Dzień do­bry, Col­li­ni z „Cor­rie­re del­la Sera” – po­wie­dział nie­wy­raź­nie i za­sta­na­wiał się, czy męż­czy­zna nie za­żą­da ja­kiejś le­gi­ty­ma­cji.

– Tak, miło mi, pro­szę wejść. Naj­le­piej bę­dzie, je­śli prze­pro­wa­dzi­my wy­wiad tu­taj. – Męż­czy­zna po­dał rękę Col­li­nie­mu. Ten cof­nął się, nie chciał go do­ty­kać. Jesz­cze nie w tym mo­men­cie.

– Spo­ci­łem się – po­wie­dział Col­li­ni. Zde­ner­wo­wa­ło go, że to po­wie­dział, te sło­wa wy­po­wie­dzia­ne na głos za­brzmia­ły dziw­nie. Nikt by cze­goś ta­kie­go nie po­wie­dział, po­my­ślał.

– Tak, bar­dzo dziś par­no, pew­nie nie­dłu­go bę­dzie pa­dać – od­parł męż­czy­zna przy­jaź­nie, ale to wca­le nie była praw­da. W ho­te­lo­wych po­miesz­cze­niach pa­no­wał chłód, kli­ma­ty­za­cja pra­co­wa­ła nie­mal bez­gło­śnie. We­szli do po­ko­ju z be­żo­wym dy­wa­nem, ciem­ny­mi me­bla­mi, du­ży­mi okna­mi, wszyst­ko po­rząd­ne i dro­gie. Z okna Col­li­ni wi­dział Bra­mę Bran­den­bur­ską, wy­da­ło mu się, że znaj­du­je się ona dziw­nie bli­sko.

 

Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej męż­czy­zna był mar­twy. W jego po­ty­li­cę zo­sta­ły wy­strze­lo­ne czte­ry po­ci­ski, je­den z nich ob­ró­cił się w mó­zgu i wy­le­ciał, roz­ry­wa­jąc po­ło­wę twa­rzy. Krew wsią­ka­ła w be­żo­wy dy­wan, ciem­na pla­ma po­wo­li sta­wa­ła się co­raz więk­sza. Col­li­ni odło­żył pi­sto­let na stół. Sta­nął obok męż­czy­zny, przy­glą­dał się star­czym pla­mom na wierz­chu jego dło­ni. Ob­ró­cił cia­ło nogą. Na­gle ob­ca­sem wal­nął męż­czy­znę w twarz, spoj­rzał na nie­go, po­tem kop­nął raz jesz­cze. Nie mógł prze­stać, ko­pał raz za ra­zem, krew i roz­gnie­cio­ny mózg bry­zga­ły na jego no­gaw­ki, dy­wan i ramę łóż­ka. Le­karz me­dy­cy­ny są­do­wej nie był w sta­nie dojść licz­by za­da­nych ra­zów, ko­ści po­licz­ko­we, szczę­ki, nosa i czasz­ki zo­sta­ły zła­ma­ne pod wpły­wem ude­rzeń. Col­li­ni prze­stał do­pie­ro wte­dy, kie­dy od buta ode­rwał mu się ob­cas. Usiadł na łóż­ku, pot spły­wał po jego twa­rzy. Tęt­no uspo­ka­ja­ło się po­wo­li. Cze­kał, aż od­dech znów bę­dzie mia­ro­wy. Wstał, prze­że­gnał się, wy­szedł z po­ko­ju i win­dą zje­chał na par­ter. Uty­kał, bo but był bez ob­ca­sa, wy­sta­ją­ce gwoź­dzie zgrzy­ta­ły o mar­mur. Mło­dej ko­bie­cie sto­ją­cej za kon­tu­arem w lob­by po­wie­dział, żeby za­dzwo­ni­ła po po­li­cję. Za­da­wa­ła py­ta­nia, ge­sty­ku­lo­wa­ła. Col­li­ni od­po­wie­dział tyl­ko: „Po­kój nu­mer czte­ry­sta, on nie żyje”. Obok nie­go sta­ła elek­tro­nicz­na ta­bli­ca, na któ­rej było na­pi­sa­ne: „23 maja 2001, go­dzi­na 20.00, Sala Szprew­ska, Nie­miec­ki Zwią­zek Prze­my­słu Ma­szy­no­we­go”.

Usiadł na jed­nej z nie­bie­skich sof w lob­by. Kel­ner spy­tał, czy coś mu po­dać, Col­li­ni nic nie od­po­wie­dział. Wbił wzrok w pod­ło­gę. Na mar­mu­rze w win­dzie moż­na było do­strzec śla­dy jego bu­tów, pro­wa­dzą­ce do sa­me­go apar­ta­men­tu. Col­li­ni cze­kał, aż go aresz­tu­ją. Cze­kał całe ży­cie, za­wsze w mil­cze­niu.

2

Dy­żur ad­wo­kac­ki, ad­wo­kat Ca­spar Le­inen. – Na ekra­nie te­le­fo­nu wy­świe­tlił się je­den z nu­me­rów sądu kar­ne­go.

– Sąd re­jo­no­wy Tier­gar­ten, moje na­zwi­sko Köh­ler, je­stem sę­dzią śled­czym. Mamy tu po­dej­rza­ne­go bez obroń­cy. Pro­ku­ra­tu­ra zło­ży­ła wnio­sek o wy­da­nie na­ka­zu aresz­to­wa­nia w związ­ku z po­dej­rze­niem po­peł­nie­nia mor­der­stwa. Ile zaj­mie panu do­tar­cie do sądu?

– Ja­kieś dwa­dzie­ścia pięć mi­nut.

– Do­brze, po­dej­rza­ny zo­sta­nie do­pro­wa­dzo­ny w cią­gu czter­dzie­stu mi­nut. Pro­szę zgło­sić się do po­ko­ju dwie­ście dwa­na­ście.

Ca­spar Le­inen odło­żył słu­chaw­kę. Po­dob­nie jak wie­lu in­nych po­cząt­ku­ją­cych ad­wo­ka­tów wpi­sał się na li­stę dy­żu­rów or­ga­ni­zo­wa­nych przez Zwią­zek Obroń­ców. Ad­wo­ka­ci do­sta­wa­li na week­end te­le­fon ko­mór­ko­wy i mu­sie­li sta­le być w go­to­wo­ści. Nu­mer tego te­le­fo­nu był zna­ny po­li­cji, pro­ku­ra­tu­rze i sę­dziom. Wła­dze dzwo­ni­ły, je­śli ktoś zo­stał za­trzy­ma­ny i za­żą­dał obroń­cy. W ten spo­sób mło­dzi ad­wo­ka­ci do­sta­wa­li swo­ich pierw­szych klien­tów.

Le­inen był ad­wo­ka­tem od czter­dzie­stu dwóch dni. Po dru­gim eg­za­mi­nie pań­stwo­wym przez rok włó­czył się po świe­cie, jeź­dził po Afry­ce i Eu­ro­pie, za­trzy­mu­jąc się prze­waż­nie u zna­jo­mych z cza­sów szkol­nych, z któ­ry­mi miesz­kał w in­ter­na­cie. Od paru dni przy drzwiach wej­ścio­wych do bu­dyn­ku wi­sia­ła ta­blicz­ka: „Ca­spar Le­inen – ad­wo­kat”. Wy­da­wa­ło się to tro­chę pom­pa­tycz­ne, ale mimo to mu się po­do­ba­ło. Dwu­po­ko­jo­wa kan­ce­la­ria znaj­do­wa­ła się w ofi­cy­nie przy bocz­nej uli­cy od­cho­dzą­cej od Kur­für­sten­damm. Nie było wpraw­dzie win­dy i klien­ci mu­sie­li wcho­dzić na górę wą­ską klat­ką scho­do­wą, jed­nak Le­inen czuł się tam swo­bod­nie i pra­co­wał na wła­sny ra­chu­nek.

Było nie­dziel­ne przed­po­łu­dnie, od paru go­dzin sprzą­tał biu­ro. Wszę­dzie le­ża­ły po­otwie­ra­ne kar­to­ny, krze­sła dla klien­tów ku­pił na pchlim tar­gu, a me­ta­lo­wa sza­fa na akta sta­ła zu­peł­nie pu­sta. Biur­ko po­da­ro­wał mu oj­ciec.

Po te­le­fo­nie od sę­dzie­go Le­inen za­czął szu­kać ma­ry­nar­ki. Zna­lazł ją pod sto­sem ksią­żek. Z okien­nej klam­ki zdjął nową togę, we­pchnął ją do ak­tów­ki i wy­biegł. Dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej stał w po­ko­ju sę­dzie­go śled­cze­go.

– Ad­wo­kat Le­inen, dzień do­bry, dzwo­nił pan do mnie. – Był lek­ko zdy­sza­ny.

– Ach, tak, z dy­żu­ru, zga­dza się? Do­brze, do­brze. Köh­ler. – Sę­dzia wstał, by po­dać mu rękę. Miał oko­ło pięć­dzie­się­ciu lat, sza­ra me­lan­żo­wa ma­ry­nar­ka, oku­la­ry do czy­ta­nia. Wy­glą­dał na sym­pa­tycz­ne­go, może tro­chę roz­tar­gnio­ne­go. Było to jed­nak myl­ne wra­że­nie.

– Col­li­ni, spra­wa o mor­der­stwo. Chce pan te­raz po­roz­ma­wiać ze swo­im klien­tem? I tak mu­si­my po­cze­kać jesz­cze na pro­ku­ra­to­ra. Kie­row­nik de­par­ta­men­tu, pro­ku­ra­tor na­czel­ny Re­imers, po­mi­mo week­en­du zja­wi się oso­bi­ście... Cóż, pew­nie cho­dzi o ra­port. Więc chce pan roz­ma­wiać z klien­tem?

– Chęt­nie – po­wie­dział Le­inen. Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, dla­cze­go ta spra­wa o mor­der­stwo jest tak waż­na, że Re­imers po­ja­wi się oso­bi­ście, ale kie­dy po­ste­run­ko­wy otwo­rzył drzwi, prze­stał o tym my­śleć. Za­raz za nimi znaj­do­wa­ły się stro­me, wą­skie, ka­mien­ne scho­dy pro­wa­dzą­ce w dół. Tędy z wię­zie­nia do sę­dzie­go przy­pro­wa­dza­no za­trzy­ma­nych. Na pierw­szym po­de­ście w pół­mro­ku stał ogrom­ny męż­czy­zna, któ­ry opie­rał się o po­ma­lo­wa­ną wap­nem ścia­nę i pra­wie cał­ko­wi­cie za­sła­niał gło­wą je­dy­ną lam­pę. Jego za­ło­żo­ne z tyłu ręce skrę­po­wa­ne były kaj­dan­ka­mi.

Straż­nik prze­pu­ścił Le­ine­na i za­mknął za nim drzwi. Le­inen zo­stał z męż­czy­zną sam.

– Dzień do­bry, na­zy­wam się Le­inen, je­stem ad­wo­ka­tem. – Na po­de­ście było mało miej­sca, męż­czy­zna stał za bli­sko.

– Fa­bri­zio Col­li­ni. – Męż­czy­zna po­pa­trzył na Le­ine­na tyl­ko przez chwi­lę. – Nie po­trze­bu­ję ad­wo­ka­ta.

– Po­trze­bu­je pan. Pra­wo mówi, że w ta­kim wy­pad­ku musi pana bro­nić ad­wo­kat.

– Nie chcę się bro­nić – po­wie­dział Col­li­ni. Twarz też miał ogrom­ną: sze­ro­ki pod­bró­dek, wą­skie usta, ma­syw­ne czo­ło. – Za­bi­łem tego męż­czy­znę.

– Ze­zna­wał pan już na po­li­cji?

– Nie – po­wie­dział Col­li­ni.

– Więc po­wi­nien pan te­raz mil­czeć. Za­cznie­my mó­wić do­pie­ro wte­dy, kie­dy za­po­znam się z ak­ta­mi.

– Nie chcę mó­wić. – Col­li­ni miał głę­bo­ki i obcy głos.

– Jest pan Wło­chem?

– Tak. Ale od trzy­dzie­stu pię­ciu lat miesz­kam w Niem­czech.

– Mam po­wia­do­mić pań­ską ro­dzi­nę?

Col­li­ni nie spoj­rzał na nie­go.

– Nie mam ro­dzi­ny.

– Przy­ja­ciół?

– Nie mam ni­ko­go.

– Więc za­cznij­my.

Le­inen za­pu­kał, straż­nik otwo­rzył drzwi. Pro­ku­ra­tor na­czel­ny Re­imers sie­dział już przy sto­le w sali po­sie­dzeń; Le­inen krót­ko się przed­sta­wił. Sę­dzia wy­cią­gnął tecz­kę z pię­trzą­ce­go się przed nim sto­su. Col­li­ni usiadł na drew­nia­nej ław­ce za ni­ski­mi ba­rier­ka­mi, obok nie­go sta­nął straż­nik.

– Pro­szę zdjąć oskar­żo­ne­mu kaj­dan­ki – po­wie­dział Köh­ler. Straż­nik roz­piął je, Col­li­ni roz­ma­so­wał so­bie nad­garst­ki. Le­inen nig­dy nie wi­dział tak wiel­kich dło­ni.

– Dzień do­bry. Na­zy­wam się Köh­ler, będę dzi­siaj sę­dzią śled­czym w pań­skim po­stę­po­wa­niu. – Wska­zał na pro­ku­ra­to­ra. – To jest pro­ku­ra­tor na­czel­ny Re­imers, swo­je­go obroń­cę już pan zna. – Chrząk­nął, jego ton stał się rze­czo­wy, mó­wił te­raz bez ja­kich­kol­wiek emo­cji: – Fa­bri­zio Col­li­ni, zna­lazł się pan tu, gdyż pro­ku­ra­tu­ra zło­ży­ła prze­ciw­ko panu wnio­sek o na­kaz tym­cza­so­we­go aresz­to­wa­nia w związ­ku z po­dej­rze­niem po­peł­nie­nia mor­der­stwa. Dziś zde­cy­du­ję, czy wy­dam na­kaz aresz­to­wa­nia. Czy wy­star­cza­ją­co ro­zu­mie pan nie­miec­ki?

Col­li­ni przy­tak­nął.

– Pro­szę po­dać peł­ne imię i na­zwi­sko.

– Fa­bri­zio Ma­ria Col­li­ni.

– Kie­dy i gdzie się pan uro­dził?

– Dwu­dzie­ste­go szó­ste­go mar­ca 1934 roku w Cam­po­mo­ro­ne pod Ge­nuą.

– Na­ro­do­wość?

– Wło­ska.

– Gdzie jest pan za­mel­do­wa­ny?

– W Böblin­gen, Tau­ben­stra­ße 19.

– Jaki za­wód pan wy­ko­nu­je?

– Je­stem na­rzę­dziow­cem. Trzy­dzie­ści czte­ry lata pra­co­wa­łem w Da­im­le­rze, ostat­nio jako maj­ster. Od czte­rech mie­się­cy je­stem na eme­ry­tu­rze.

– Dzię­ku­ję. – Sę­dzia po­dał Le­ine­no­wi skła­da­ją­cy się z dwóch stron wy­dru­ko­wa­nych na czer­wo­nym pa­pie­rze na­kaz aresz­to­wa­nia, prze­su­wa­jąc go po sto­le. Nie był jesz­cze pod­pi­sa­ny. In­for­ma­cje po­cho­dzi­ły z ra­por­tu Wy­dzia­łu Za­bójstw. Sę­dzia od­czy­tał do­ku­ment. Fa­bri­zio Col­li­ni miał spo­tkać Jean-Bap­ti­ste’a Mey­era w apar­ta­men­cie nu­mer czte­ry­sta w ho­te­lu Ad­lon i za­bić go czte­re­ma strza­ła­mi w tył gło­wy. We­dług ra­por­tu jesz­cze nie skła­dał wy­ja­śnień, ale jego wina ma mu zo­stać udo­wod­nio­na na pod­sta­wie od­ci­sków pal­ców z bro­ni, śla­dów krwi z jego ubra­nia i bu­tów, po­zo­sta­ło­ści pro­chu na jego dło­niach oraz ze­znań świad­ków.

– Pa­nie Col­li­ni, zro­zu­miał pan za­rzut?

– Tak.

– Zgod­nie z pra­wem od pana za­le­ży to, czy usto­sun­ku­je się do za­rzu­tów. Je­śli po­sta­no­wi pan mil­czeć, nie może to być wy­ko­rzy­sta­ne prze­ciw panu. Może pan skła­dać wnio­ski do­wo­do­we, na przy­kład wska­zać świad­ków. W każ­dej chwi­li ma pan pra­wo na­ra­dzić się z ad­wo­ka­tem.

– Nie mam nic do po­wie­dze­nia.

Le­inen nie mógł ode­rwać wzro­ku od dło­ni Col­li­nie­go.

Köh­ler zwró­cił się do pro­to­ko­lant­ki:

– Pro­szę za­pi­sać: oskar­żo­ny nie chce zło­żyć wy­ja­śnień. – Le­ine­na na­to­miast za­py­tał: – Czy chce pan wy­ja­śnić coś w imie­niu po­dej­rza­ne­go, pa­nie obroń­co?

– Nie. – Le­inen wie­dział, że w tym mo­men­cie nie ma sen­su ni­cze­go mó­wić.

Sę­dzia Köh­ler od­wró­cił krze­sło w stro­nę Col­li­nie­go.

– Pa­nie Col­li­ni, wy­da­ję na­kaz aresz­to­wa­nia, któ­ry przed chwi­lą panu od­czy­ta­łem. Może pan zło­żyć za­ża­le­nie na moją de­cy­zję lub wnieść o zba­da­nie pod­staw za­sad­no­ści za­sto­so­wa­nia tym­cza­so­we­go aresz­to­wa­nia. Pro­szę omó­wić to ze swo­im ad­wo­ka­tem – mó­wiąc to, pod­pi­sy­wał na­kaz aresz­to­wa­nia. Po­tem spoj­rzał na Re­imer­sa i Le­ine­na. – Jesz­cze ja­kieś wnio­ski? – spy­tał.

Re­imers po­krę­cił prze­czą­co gło­wą i ze­brał akta.

– Tak, skła­dam wnio­sek o udzie­le­nie wglą­du do akt – po­wie­dział Le­inen.

– Zo­sta­ło to za­pi­sa­ne w pro­to­ko­le. Coś jesz­cze?

– Wno­szę o spraw­dze­nie za­sad­no­ści za­sto­so­wa­nia tym­cza­so­we­go aresz­to­wa­nia na po­sie­dze­niu.

– Rów­nież za­pi­sa­ne.

– Wno­szę też o przy­dzie­le­nie mnie oskar­żo­ne­mu jako obroń­cy z urzę­du.

– Już? No do­brze. Czy pro­ku­ra­tu­ra ma za­strze­że­nia? – za­py­tał Köh­ler.

– Nie – od­po­wie­dział Re­imers.

– Wy­da­ję więc na­stę­pu­ją­ce po­sta­no­wie­nie: ad­wo­kat Le­inen zo­sta­je w tym po­stę­po­wa­niu przy­dzie­lo­ny oskar­żo­ne­mu Fa­bri­zio Col­li­nie­mu jako obroń­ca z urzę­du. Czy to wszyst­ko?

Le­inen ski­nął. Pro­to­ko­lant­ka za­bra­ła z dru­kar­ki kart­kę i po­da­ła ją Köh­le­ro­wi. Ten spoj­rzał po­bież­nie na wy­druk i prze­ka­zał go Le­ine­no­wi.

– To pro­to­kół z po­sie­dze­nia. Pro­szę dać go swo­je­mu klien­to­wi do pod­pi­su.

Le­inen wstał, prze­czy­tał pi­smo i po­ło­żył je na drew­nia­nym pul­pi­cie przy­mo­co­wa­nym do ba­rier­ki przed ławą oskar­żo­nych. Do pul­pi­tu na cien­kim sznur­ku przy­twier­dzo­ny był dłu­go­pis. Col­li­ni ode­rwał go, wy­ją­kał „prze­pra­szam” i pod­pi­sał do­ku­ment. Le­inen od­dał go sę­dzie­mu.

– Więc dzi­siaj to by było na tyle. Straż­nik, pro­szę wy­pro­wa­dzić pana Col­li­nie­go. Do wi­dze­nia, pa­no­wie – po­wie­dział sę­dzia. Straż­nik za­piął kaj­dan­ki na nad­garst­kach Col­li­nie­go i ra­zem opu­ści­li ga­bi­net. Le­inen i Re­imers wsta­li.

– Ach, pa­nie Le­inen – po­wie­dział Köh­ler. – Pro­szę zo­stać jesz­cze chwi­lę.

Le­inen od­wró­cił się w drzwiach. Re­imers opu­ścił po­kój.

– Nie chcia­łem py­tać przy pań­skim klien­cie, ale jak dłu­go jest już pan ad­wo­ka­tem?

– Oko­ło mie­sią­ca.

– Czy to pań­skie pierw­sze wy­da­nie na­ka­zu aresz­to­wa­nia?

– Tak.

– Więc uła­twię to panu. Pro­szę być tak mi­łym i ro­zej­rzeć się po po­ko­ju. Czy wi­dzi pan tu gdzieś pu­blicz­ność?

– Nie.

– Do­brze pan wi­dzi. Nie ma jej tu, nig­dy nie było i nie bę­dzie. Ani ogło­sze­nie na­ka­zu aresz­to­wa­nia, ani ba­da­nie pod­staw aresz­to­wa­nia nie od­by­wa się jaw­nie. Jesz­cze pan o tym nie za­po­mniał, praw­da?

– ...tak.

– Więc dla­cze­go, do li­cha, bę­dąc w moim ga­bi­ne­cie, ma pan na so­bie togę?

Sę­dzia przez chwi­lę jak­by de­lek­to­wał się nie­pew­no­ścią Le­ine­na.

– Już do­brze, bę­dzie pan na­stęp­nym ra­zem wie­dział. Po­wo­dze­nia pod­czas obro­ny. – Köh­ler wziął ze sto­su akta.

– Do wi­dze­nia – wy­mam­ro­tał Le­inen. Sę­dzia nie od­po­wie­dział.

Za drzwia­mi stał Re­imers i cze­kał.

– Akta może pan ode­brać we wto­rek z mo­je­go se­kre­ta­ria­tu, pa­nie Le­inen.

– Dzię­ku­ję.

– Czy nie był pan u nas apli­kan­tem?

– Tak, by­łem, dwa lata temu. Zo­sta­łem nie­daw­no do­pusz­czo­ny do wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du.

– Przy­po­mi­nam so­bie – po­wie­dział Re­imers. – I od razu spra­wa o mor­der­stwo, gra­tu­lu­ję. Choć to bez­na­dziej­ny przy­pa­dek dla obro­ny... Ale od cze­goś trze­ba prze­cież za­cząć.

Re­imers po­że­gnał się i znik­nął w bocz­nym skrzy­dle. Le­inen po­wo­li szedł ko­ry­ta­rzem w kie­run­ku wyj­ścia. Cie­szył się, że jest wresz­cie sam. Przy­glą­dał się de­ko­ra­cjom nad drzwia­mi, pła­sko­rzeź­bom z gip­su; jed­na z nich przed­sta­wia­ła bia­łe­go pe­li­ka­na roz­szar­pu­ją­ce­go dzio­bem swo­ją pierś, żeby krwią na­kar­mić mło­de. Usiadł na ław­ce, prze­czy­tał raz jesz­cze na­kaz aresz­to­wa­nia, za­pa­lił pa­pie­ro­sa i roz­pro­sto­wał nogi.

Od za­wsze chciał być ad­wo­ka­tem. Pod­czas apli­ka­cji pra­co­wał w jed­nej z du­żych kan­ce­la­rii pra­wa go­spo­dar­cze­go. W ty­go­dniu po eg­za­mi­nie do­stał czte­ry za­pro­sze­nia na roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­ne, ale na żad­ną z nich nie po­szedł. Le­inen nie lu­bił tych biur mo­lo­chów. Pra­cu­ją­cy w nich mło­dzi lu­dzie przy­po­mi­na­li ban­kie­rów, mie­li świet­nie zda­ne eg­za­mi­ny, ku­po­wa­li auta, na któ­re nie było ich stać, a zwy­cię­żał ten, któ­ry na ko­niec ty­go­dnia wy­sta­wił klien­tom naj­wyż­szą fak­tu­rę. Współ­wła­ści­cie­le po­dob­nych kan­ce­la­rii byli po dru­gim roz­wo­dzie, w week­en­dy no­si­li żół­te kasz­mi­ro­we swe­try i spodnie w krat­kę. Ich świat skła­dał się z liczb, sta­no­wisk w ra­dach nad­zor­czych, umów kon­sul­tin­go­wych z rzą­dem fe­de­ral­nym i nie­koń­czą­ce­go się cią­gu sal kon­fe­ren­cyj­nych, vi­pow­skich po­cze­kal­ni na lot­ni­skach oraz ho­te­lo­wych lob­by. Dla nich wszyst­kich naj­więk­szą ka­ta­stro­fą było, gdy spra­wa tra­fia­ła do sądu, sę­dzio­wie ozna­cza­li ry­zy­ko. Ale było to wła­śnie to, cze­go chciał Le­inen: chciał wło­żyć togę i bro­nić swo­ich klien­tów. I tu się te­raz zna­lazł.

3

Resz­tę nie­dzie­li Ca­spar Le­inen spę­dził nad jed­nym z je­zior w Bran­den­bur­gii. La­tem wy­naj­mo­wał tam do­mek. Le­żał na po­mo­ście, od cza­su do cza­su drze­mał i przy­glą­dał się ża­glów­kom oraz lu­dziom pły­wa­ją­cym na de­skach wind­sur­fin­go­wych. W dro­dze po­wrot­nej wstą­pił jesz­cze do kan­ce­la­rii i dzie­sięć razy od­słu­chał wia­do­mość na au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ce.

– Cześć, Ca­spar, tu Jo­han­na. Pro­szę, od­dzwoń do mnie jak naj­prę­dzej. – Po­tem po­da­ła swój nu­mer, to wszyst­ko. Usiadł mię­dzy kar­to­na­mi przy te­le­fo­nie, cią­gle na­ci­skał przy­cisk „po­wtórz”, oparł gło­wę o ścia­nę i za­mknął oczy. W po­ko­iku pa­no­wa­ła du­cho­ta, po­wie­trze w mie­ście sta­ło już od kil­ku dni.

Głos Jo­han­ny nie zmie­nił się. Wciąż jesz­cze był mięk­ki, nadal de­li­kat­nie prze­cią­ga­ła gło­ski, i na­gle wszyst­ko wró­ci­ło: Ro­ßthal, ja­sna zie­leń tra­wy pod kasz­ta­now­ca­mi, za­pach lata, kie­dy był jesz­cze chłop­cem.

 

 

Le­że­li na pła­skim da­chu szo­py i pa­trzy­li w nie­bo. Papa, któ­ra po­kry­wa­ła dach, była cie­pła, pod gło­wy pod­ło­ży­li kurt­ki. Phi­lipp po­wie­dział, że po­ca­ło­wał Ulri­ke, cór­kę pie­ka­rza.

– I co? – za­py­tał Ca­spar. – Po­zwo­li­ła ci na wię­cej?

– Hm – chrząk­nął Phi­lipp, po­zo­sta­wia­jąc py­ta­nie bez od­po­wie­dzi.

Mię­dzy nimi stał ter­mos z mro­żo­ną her­ba­tą, ozdo­bio­ny wy­bla­kłą rat­ta­no­wą ple­cion­ką. Dzia­dek Phi­lip­pa przy­wiózł go z Afry­ki. Sły­sze­li sto­ją­cą na ta­ra­sie ku­char­kę, któ­ra ich wo­ła­ła. Mimo to nie wsta­li. Wszyst­ko do­ko­ła zwol­ni­ło bieg, kie­dy tam­te­go po­po­łu­dnia póź­nym la­tem le­że­li w cie­niu sta­rych drzew, za­sa­dzo­nych jesz­cze przez pra­dziad­ka Phi­lip­pa. Je­śli tak da­lej pój­dzie, nig­dy nie po­ca­łu­ję żad­nej dziew­czy­ny, po­my­ślał Ca­spar. Miał dwa­na­ście lat, Phi­lipp i on miesz­ka­li w tym sa­mym in­ter­na­cie nad Je­zio­rem Bo­deń­skim.

Ca­spar cie­szył się, że na wa­ka­cje nie mu­siał wra­cać do domu. Jego oj­ciec odzie­dzi­czył ka­wa­łek lasu w Ba­wa­rii, nic wię­cej nie po­trze­bo­wał. Miesz­kał sam w po­nu­rej le­śni­czów­ce, wy­bu­do­wa­nej w sie­dem­na­stym wie­ku. Ścia­ny były gru­be, okna małe, wszyst­ko ogrze­wa­ne je­dy­nie ko­min­ka­mi. Wszę­dzie wi­sia­ły po­ro­ża i wy­pcha­ne pta­ki. Ca­spar marzł w tym domu przez całe swo­je dzie­ciń­stwo. Dom i oj­ciec pach­nie­li jak mięk­ka lu­kre­cja w lato – to był za­pach bal­li­sto­lu, ole­ju, któ­rym czysz­czo­no uży­wa­ną pod­czas po­lo­wań broń. Bal­li­sto­lem le­czo­no też wszyst­kie cho­ro­by – sma­ro­wa­no nim rany, bo­lą­ce zęby i na­wet, kie­dy Ca­spar miał ka­szel, to po­da­no mu szklan­kę go­rą­cej wody z tym ole­jem. Je­dy­ne cza­so­pi­smo, któ­re mie­li w domu, to „Pies i zwie­rzy­na”. Mał­żeń­stwo ro­dzi­ców Ca­spa­ra było po­mył­ką. Czte­ry lata po ślu­bie mat­ka wnio­sła o roz­wód. Oj­ciec po­wie­dział póź­niej, że dla­te­go nie znio­sła tego wszyst­kie­go, gdyż za­wsze cho­dził w ka­lo­szach. Mat­ka po­zna­ła in­ne­go męż­czy­znę, któ­re­go w domu na­zy­wa­no „pa­nem par­we­niu­szem”, po­nie­waż no­sił ze­ga­rek, któ­ry kosz­to­wał wię­cej, niż wy­no­sił rocz­ny zysk z lasu. Mat­ka za­miesz­ka­ła z no­wym męż­czy­zną w Stut­t­gar­cie, mie­li dwo­je dzie­ci. Za­nim za­miesz­kał w in­ter­na­cie, Ca­spar żył z oj­cem w le­śni­czów­ce. Miał wte­dy dzie­sięć lat.

– Ok, mu­si­my się zbie­rać – po­wie­dział Phi­lipp. – Je­stem głod­ny.

Ze­szli z da­chu i po­szli do domu.

– Może pój­dzie­my póź­niej po­pły­wać? – za­py­tał Phi­lipp.

– Wolę iść na ryby – po­wie­dział Ca­spar.

– Masz ra­cję, ło­wie­nie to lep­szy po­mysł. Ryby mo­że­my zro­bić na gril­lu.

Po tym jak ku­char­ka ich zwy­my­śla­ła, a chłop­cy po­wie­dzie­li jej, że byli zbyt da­le­ko, by móc ją usły­szeć, do­sta­li duże paj­dy chle­ba z ma­słem i szyn­ką. Jak zwy­kle je­dli w kuch­ni, a nie na gó­rze, u ro­dzi­ców Phi­lip­pa. Ca­spar chęt­nie spę­dzał czas tu, na dole. Nie­zli­czo­ne ilo­ści bia­łych szu­flad z czar­ny­mi na­pi­sa­mi: „sól”, „cu­kier”, „kawa”, „mąka”, „kmi­nek”. Kie­dy rano przy­cho­dził li­sto­nosz, do­sia­dał się do sto­łu. Wszy­scy prze­glą­da­li wspól­nie nadaw­ców li­stów i czy­ta­li kart­ki, za­nim te zo­sta­ły za­nie­sio­ne na górę ro­dzi­com Phi­lip­pa.

W co dru­gie po­po­łu­dnie Phi­lipp miał ko­re­pe­ty­cje, ten czas Ca­spar mógł spę­dzać w ga­bi­ne­cie dziad­ka ko­le­gi, Han­sa Mey­era. Cza­sa­mi gra­li w sza­chy na bar­dzo sta­rej sza­chow­ni­cy. Mey­er miał do chłop­ca dużo cier­pli­wo­ści, co ja­kiś czas po­zwa­lał mu wy­grać, a w na­gro­dę za zwy­cię­stwo da­wał mu pie­nią­dze.

Hans Mey­er wciąż pro­wa­dził ro­dzin­ną fir­mę. W roku 1886 jego dzia­dek za­ło­żył Za­kła­dy Mey­erów, któ­re po dru­giej woj­nie świa­to­wej dzię­ki Han­so­wi Mey­ero­wi sta­ły się mię­dzy­na­ro­do­wym przed­się­bior­stwem. Fir­ma pro­du­ko­wa­ła przede wszyst­kim ma­szy­ny, ale też przy­rzą­dy chi­rur­gicz­ne, two­rzy­wa sztucz­ne i wy­ro­by kar­to­no­we. Na po­cząt­ku dwu­dzie­ste­go wie­ku oj­ciec Han­sa Mey­era ku­pił za mia­stem ogrom­ny ba­gien­ny te­ren. Z Ber­li­na przy­je­cha­li ar­chi­tek­ci oraz pro­jek­tan­ci zie­le­ni i osu­szy­li zie­mię. Po­wstał park z ale­ja­mi, żwi­ro­wy­mi ścież­ka­mi, le­śny­mi dróż­ka­mi, traw­ni­ka­mi, eg­zo­tycz­ny­mi drze­wa­mi i kasz­ta­no­wym szpa­le­rem. Urzą­dzo­no trzy sta­wy, na naj­więk­szym usy­pa­no sztucz­ną wy­spę, na któ­rą moż­na było się do­stać przez ja­sno­nie­bie­ski most w chiń­skim sty­lu. Był też kort te­ni­so­wy z czer­wo­ną na­wierzch­nią, otwar­ty ba­sen, szklar­nia, do­mek dla go­ści oraz dom dla kie­row­cy i jego ro­dzi­ny. Na dole w par­ku znaj­do­wa­ła się oran­że­ria z szy­ba­mi w oło­wia­nych ra­mach, do któ­rej moż­na się było do­stać dro­gą wy­sa­dza­ną bza­mi. Głów­ny bu­dy­nek zo­stał zbu­do­wa­ny w 1904 roku na nie­wiel­kim wznie­sie­niu, sze­ro­kie ze­wnętrz­ne scho­dy pro­wa­dzi­ły na ka­mien­ny ta­ras, na któ­rym sta­ły czte­ry okrą­głe ko­lum­ny. Mimo że mie­ści­ło się tam trzy­dzie­ści po­koi, a w bocz­nych skrzy­dłach znaj­do­wa­ło się sześć ga­ra­ży, dom wy­da­wał się lek­ki i do­brze wkom­po­no­wa­ny w oto­cze­nie. Okien­ni­ce od za­wsze ma­lo­wa­no na ciem­no­zie­lo­ny ko­lor, dla­te­go ro­dzi­na na­zy­wa­ła go po pro­stu zie­lo­nym do­mem. To okre­śle­nie pa­so­wa­ło jesz­cze z in­ne­go po­wo­du – z jed­nej stro­ny dom był cał­ko­wi­cie po­ro­śnię­ty blusz­czem, a za bu­dyn­kiem ro­sło osiem sta­rych kasz­ta­now­ców. Pod ich wy­so­ki­mi ko­ro­na­mi ro­dzi­na ja­da­ła ko­la­cje w let­nie week­en­dy.

Hans Mey­er jako je­dy­ny w Ro­ßthal trosz­czył się o dzie­ci. Ob­ja­śniał im, jak bez jed­ne­go gwoź­dzia zbu­do­wać do­mek na drze­wie i gdzie wy­ko­pać naj­lep­sze dżdżow­ni­ce. Pew­ne­go razu po­da­ro­wał Phi­lip­po­wi i Ca­spa­ro­wi noże z rę­ko­je­ścia­mi z drze­wa brzo­zo­we­go. Po­ka­zał im, jak wy­stru­gać gwizd­ki, a chłop­cy wy­obra­ża­li so­bie, jak no­ca­mi chro­nią ro­dzi­nę przed wła­my­wa­cza­mi. To było ostat­nie lato, kie­dy mo­gli ro­bić, co tyl­ko chcie­li. Do­ro­śli nie zaj­mo­wa­li się nimi, a chłop­cy nie przej­mo­wa­li się ni­czym, co nie do­ty­czy­ło bie­żą­ce­go dnia. Ich je­dy­ne zmar­twie­nie sta­no­wi­ły dziew­czę­ta, któ­re nie będą chcia­ły się z nimi ca­ło­wać, i ryby, któ­rych nie zła­pa­li.

Czte­ry lata póź­niej Ca­spar po­znał Jo­han­nę, sio­strę Phi­lip­pa. Od pew­ne­go cza­su chłop­cy w każ­de wa­ka­cje przy­jeż­dża­li do Ro­ßthal. Rów­nież Boże Na­ro­dze­nie Ca­spar spę­dzał chęt­niej tam niż w zim­nym domu swe­go ojca. Dwa ty­go­dnie przed świę­ta­mi za­czął pa­dać śnieg i w koń­cu było go tyle, że od­śnie­żo­ne alej­ki przy­po­mi­na­ły la­bi­rynt. Phi­lipp i Ca­spar sie­dzie­li w holu na dole przed wy­so­kim ko­min­kiem. Na ka­mien­nej pod­ło­dze spa­ły trzy psy, nie wol­no im było wcho­dzić na górę. Phi­lipp miał na so­bie żół­ty szla­frok, któ­ry zna­lazł w jed­nej z szaf na stry­chu, z her­bem wiel­ko­ści ta­le­rza. Pa­li­li cy­ga­ra dziad­ka, pa­trzy­li na ogień i pla­no­wa­li naj­bliż­sze dni.

Kie­row­ca Franz ode­brał Jo­han­nę z lot­ni­ska w Mo­na­chium. We­szła do holu przez bocz­ne drzwi, Phi­lipp jej nie za­uwa­żył. Kie­dy Ca­spar chciał wstać, po­krę­ci­ła gło­wą i unio­sła do ust pa­lec wska­zu­ją­cy. Po­tem za­kra­dła się za krze­sło Phi­lip­pa i za­sło­ni­ła mu oczy.

– Zgad­nij, kim je­stem? – za­py­ta­ła.

– Nie mam po­ję­cia – po­wie­dział Phi­lipp. – Nie, chwi­la, na pew­no je­steś tym gru­ba­sem Fran­zem o szorst­kich dło­niach. – Za­śmiał się, zdjął jej ręce ze swo­jej twa­rzy i okrą­żył krze­sło, żeby przy­tu­lić sio­strę.

– Na­praw­dę ład­ny szla­frok, Phi­lip­pie – po­wie­dzia­ła – i taki żół­ty... – Po­tem od­wró­ci­ła się do Ca­spa­ra, spoj­rza­ła na nie­go i uśmiech­nę­ła się. – Ty mu­sisz być Ca­spar – po­wie­dzia­ła ze spo­ko­jem. Za­czer­wie­nił się. Schy­li­ła się, żeby chło­pak mógł po­ca­ło­wać ją w po­li­czek, zo­ba­czył jej bia­ły sta­nik. Twarz dziew­czy­ny była jesz­cze zim­na. Tak jak Phi­lipp, Jo­han­na była wy­so­ka i szczu­pła, ale to, co jego czy­ni­ło nie­zgrab­nym, jej do­da­wa­ło ele­gan­cji. Mie­li iden­tycz­ne ciem­ne oczy i wy­so­kie brwi, ale usta dziew­czy­ny na ja­snej, gład­kiej twa­rzy, były de­li­kat­ne i drwią­ce. Była tyl­ko kil­ka lat star­sza od Ca­spa­ra, lecz wy­da­wa­ła się do­ro­sła i nie­osią­gal­na.

Przez na­stęp­ne dwa dni wła­ści­wie bez prze­rwy roz­ma­wia­ła przez te­le­fon ze swo­im chło­pa­kiem z An­glii, w ca­łym domu roz­brzmie­wał śmiech, a jej oj­ciec klął, bo li­nia była wciąż za­ję­ta. Kie­dy wy­je­cha­ła, po­zo­sta­wi­ła pust­kę, któ­rej nikt chy­ba poza Ca­spa­rem nie za­uwa­żył.

 

Na­stęp­ne­go lata Phi­lipp do­stał swój pierw­szy sa­mo­chód, ci­tro­ena 2CV z bia­ły­mi sie­dze­nia­mi. To były ostat­nie wa­ka­cje przed ma­tu­rą. Jak zwy­kle przez pierw­szą po­ło­wę chłop­cy pra­co­wa­li przy ta­śmie w ro­dzin­ny­mi przed­się­bior­stwie Mey­erów, a w dru­giej po­ło­wie wy­da­wa­li za­ro­bio­ne pie­nią­dze. Przez prze­łęcz Bren­ner po­je­cha­li au­tem do We­ne­cji. W la­tach dwu­dzie­stych pra­dzia­dek Phi­lip­pa ku­pił na wy­spie Lido wil­lę w se­ce­syj­nym sty­lu. Kie­dy już obej­rze­li wszyst­kie mu­zea i ko­ścio­ły, dni sta­ły się do sie­bie po­dob­ne: że­glo­wa­li po la­gu­nie, gra­li w te­ni­sa, a po­po­łu­dnia spę­dza­li w nad­mor­skich ka­fej­kach, na ho­te­lo­wych ta­ra­sach albo le­że­li w cie­niu na mur­kach na­brze­ża. Wie­czo­ra­mi jeź­dzi­li tram­wa­jem wod­nym do We­ne­cji, cho­dzi­li do ba­rów w Can­na­re­gio i wpa­da­li w wir noc­ne­go ży­cia. Pra­wie za­wsze wra­ca­li do­pie­ro nad ra­nem, wy­czer­pa­ni sie­dzie­li jesz­cze go­dzi­nę na ta­ra­sie, słu­cha­li krzy­ków mew i ni­cze­go wię­cej nie było im po­trze­ba.

Pod ko­niec wa­ka­cji na ty­dzień w od­wie­dzi­ny przy­je­cha­ła z Lon­dy­nu Jo­han­na. W dzień jej od­jaz­du, kie­dy skoń­czy­li pły­wać, le­ża­ła obok Ca­spa­ra. Wspar­ła się na łok­ciach, wło­sy opa­da­ły jej na twarz. Na­gle po­chy­li­ła się i spoj­rza­ła na nie­go. Za­mknął oczy, po­czuł jej mo­kre wło­sy na swo­im czo­le, po­ca­ło­wa­ła go w usta, zde­rzy­li się zę­ba­mi.

– Nie rób ta­kiej po­waż­nej miny – po­wie­dzia­ła z uśmie­chem i dło­nią za­sło­ni­ła mu oczy. Po­tem po­de­rwa­ła się i po­bie­gła w stro­nę mo­rza, ko­lej­ny raz się od­wró­ci­ła i krzyk­nę­ła: – Na co cze­kasz, chodź wresz­cie. Oczy­wi­ście nie po­szedł, ale spo­glą­dał za nią, i na­wet póź­niej nie mógł so­bie przy­po­mnieć, by był kie­dy­kol­wiek bar­dziej szczę­śli­wy niż w te po­god­ne dni spę­dzo­ne nad mo­rzem.

 

Nie­ca­ły rok póź­niej chłop­cy zda­wa­li ma­tu­rę. Po uro­czy­sto­ściach ro­dzi­ce Phi­lip­pa ode­bra­li go z in­ter­na­tu. Na ostat­nim za­krę­cie przed ta­blicz­ką z na­pi­sem Ro­ßthal w po­przek uli­cy sta­ła cię­ża­rów­ka z przy­cze­pą do trans­por­tu drew­na. Kie­row­ca wy­je­chał z po­lnej dro­gi i pró­bo­wał za­wró­cić na wą­skiej szo­sie. Sa­mo­chód prze­je­chał pod na­cze­pą, pnie drzew od­cię­ły dach. Gło­wę Phi­lip­pa ode­rwa­ło, jego ro­dzi­ce wy­krwa­wi­li się na uli­cy.

Po­grzeb od­był się w Ro­ßthal. Ksiądz w ko­ście­le mó­wił, jak do­brym sy­nem, wnu­kiem był Phi­lipp i jaką to przy­szłość miał przed sobą. Nie wspo­mniał o tym, że trum­na po­zo­sta­nie za­mknię­ta, po­nie­waż gło­wa zmar­łe­go zo­sta­ła zma­sa­kro­wa­na. Ksiądz miał oku­la­ry do czy­ta­nia w li­lio­wych opraw­kach, stał przed wier­ny­mi, w po­wie­trzu czy­nił zna­ki krzy­ża, mó­wił o lep­szym świe­cie. Ca­spa­ro­wi zro­bi­ło się nie­do­brze. Wy­szedł z ko­ścio­ła w trak­cie mszy. Na ze­wnątrz przy po­de­stach, na któ­rych póź­niej mia­ły zna­leźć się trum­ny, sta­li gra­ba­rze ubra­ni w gar­ni­tu­ry. Pa­li­li i roz­ma­wia­li, byli oży­wie­ni. Kie­dy zo­ba­czy­li Ca­spa­ra, rzu­ci­li pa­pie­ro­sy na zie­mię i bu­ta­mi do­ga­si­li nie­do­pał­ki. Nie chciał im prze­szka­dzać, więc po­szedł na cmen­tarz, do ka­pli­cy gro­bo­wej. Usiadł w pół­cie­niu na mar­mu­ro­wej ław­ce i stam­tąd przy­glą­dał się po­grze­bo­wi.

Hans Mey­er cho­wał syna, sy­no­wą i wnu­ka. Wspar­ty o Jo­han­nę stał sztyw­no nad gro­ba­mi. Przez czte­ry go­dzi­ny od­bie­rał kon­do­len­cje, z każ­dym za­mie­nił kil­ka cie­płych słów. Po­tem po­szedł do domu i za­mknął się w swo­im ga­bi­ne­cie. Jo­han­na na­tych­miast ka­za­ła od­wieźć się na lot­ni­sko, nie chcia­ła z ni­kim roz­ma­wiać.

Wie­czo­rem Ca­spar od­wie­dził Han­sa Mey­era w jego ga­bi­ne­cie. Spy­tał star­sze­go czło­wie­ka, czy nie za­gra­li­by w sza­chy, tak jak kie­dyś. Gra­li w mil­cze­niu, w pew­nym mo­men­cie Hans Mey­er prze­rwał par­tię. Otwo­rzył okno i spoj­rzał na le­d­wie oświe­tlo­ny park.

– To sta­ło się, kie­dy by­łem jesz­cze chłop­cem, mia­łem osiem, może dzie­więć lat – po­wie­dział Mey­er. Mó­wił, nie od­wra­ca­jąc się. – Mia­łem czer­wo­no-nie­bie­ską ko­szu­lę. Te ko­lo­ry na­praw­dę lśni­ły, nie wiem, co to był za ma­te­riał. Mój wu­jek przy­wiózł mi ją z Włoch. Za­ło­ży­łem tę ko­szu­lę i po­sze­dłem do stad­ni­ny. Wte­dy cho­dzi­łem tam pra­wie co­dzien­nie, bar­dzo lu­bi­łem ko­nie. Na ze­wnętrz­nym wy­bie­gu stał koń, na któ­rym moja mat­ka ska­ka­ła przez prze­szko­dy, to było na­ro­wi­ste zwie­rzę. Wy­grał kil­ka tur­nie­jów z rzę­du i my­śla­ła, że za parę lat po­je­dzie z nim na igrzy­ska olim­pij­skie. Może chcia­łem go wte­dy tyl­ko po­gła­skać, tak jak czę­sto to ro­bi­łem, nie pa­mię­tam już. W każ­dym ra­zie koń spoj­rzał na mnie, sta­nął dęba i bie­gnąc, wpadł na bel­ki ogra­dza­ją­ce wy­bieg. Spło­szył się. Zła­mał lewą przed­nią nogę, rżał z bólu. Ko­nie po­tra­fią prze­raź­li­wie rżeć, nig­dy cze­goś ta­kie­go nie sły­sza­łem. Za­kry­łem uszy i ucie­kłem. Po po­łu­dniu przy­szedł le­śni­czy i za­strze­lił nie­szczę­sne zwie­rzę.

Hans Mey­er od­wró­cił się, pła­kał bez­gło­śnie, ale jego głos nie drżał.

– Wie­czo­rem mu­sia­łem pójść do ga­bi­ne­tu mo­je­go ojca. Sie­dzia­łem tam, gdzie ty te­raz sie­dzisz, przy tym biur­ku. Wte­dy ro­dzi­ce rzad­ko roz­ma­wia­li ze swo­imi dzieć­mi. Ko­cha­łem ojca, ale ba­łem się go. Po­wie­dział, że koń nie żyje z mo­jej winy, że mu­siał przed­wcze­śnie zgi­nąć. I że na przy­szłość mam le­piej dbać o to, co mi się po­wie­rza. Na­praw­dę użył tego sło­wa, „przed­wcze­śnie”. Oj­ciec mnie nie uka­rał. Po­wie­dział, że­bym prze­my­ślał śmierć ko­nia... Kil­ka dni póź­niej zwie­rzę zo­sta­ło za­ko­pa­ne za do­mem, w par­ku nad dol­nym sta­wem. Oczy­wi­ście nie cały koń, tyl­ko ko­py­ta.

– Wiem, Phi­lipp kie­dyś po­ka­zał mi to miej­sce. – Ca­spar spoj­rzał na star­sze­go męż­czy­znę, swo­je­go przy­ja­cie­la. – Ale to nie była two­ja wina – po­wie­dział.

– Co masz na my­śli?

– Nie mógł się prze­stra­szyć two­jej ko­szu­li. Ko­nie nie roz­róż­nia­ją ko­lo­rów. Wi­dzą wszyst­ko czar­no-bia­ło.

Hans Mey­er wsparł się o po­rę­cze fo­te­la, uśmiech­nął się.

– Wiesz co, Ca­spar, to miłe, co mó­wisz. Ale to nie­praw­da. Ko­nie roz­róż­nia­ją ko­lor czer­wo­ny i nie­bie­ski.

Męż­czy­zna prze­tarł oczy wierz­chem dło­ni. Sta­nął z po­wro­tem przy oknie i oparł się o fu­try­nę. Ca­spar wstał i pod­szedł do nie­go. Hans Mey­er od­wró­cił się, przy­tu­lił chłop­ca. Po­tem po­wie­dział, że wo­lał­by te­raz zo­stać sam. Kie­dy na­stęp­ne­go ran­ka Ca­spar wra­cał do domu, zna­lazł sta­re sza­chy po­ło­żo­ne na sie­dze­niu pa­sa­że­ra.

 

Po cza­sie stra­co­nym w woj­sku Le­inen za­czął stu­dia praw­ni­cze w Ham­bur­gu. Zmie­nił się od śmier­ci Phi­lip­pa, wy­ci­szył, świat stał mu się obo­jęt­ny. Czę­sto miał uczu­cie, że zo­stał po­zba­wio­ny sa­me­go sie­bie. Ob­ser­wo­wał się, sto­jąc z boku, i po­ru­szał swo­im cia­łem jak­by za po­mo­cą pi­lo­ta. Wy­da­wa­ło mu się wte­dy, że odzie­dzi­czył po­sęp­ność swe­go ojca.

Po po­grze­bie tyl­ko raz był w Ro­ßthal, czte­ry lata po śmier­ci przy­ja­cie­la Jo­han­na za­pro­si­ła go na swój ślub. Wy­cho­dzi­ła za star­sze­go o dwa­dzie­ścia lat An­gli­ka, swo­je­go wy­kła­dow­cę z Tri­ni­ty Col­le­ge w Cam­brid­ge, był przy­jem­nym męż­czy­zną o si­wych brwiach. Wszy­scy uwa­ża­li go za in­te­re­su­ją­ce­go i szar­manc­kie­go. Kie­dy po ce­re­mo­nii Ca­spar przed ko­ścio­łem skła­dał ży­cze­nia Jo­han­nie, ona wy­szep­ta­ła mu do ucha, że bar­dzo tę­sk­ni za Phi­lip­pem, usta­mi mu­snę­ła go po po­licz­ku. Zła­pał ją za rękę, po­ca­ło­wał we­wnętrz­ną stro­nę jej dło­ni i przez chwi­lę wie­rzył, że uda im się wszyst­ko ura­to­wać.

 

 

Sześć lat póź­niej sie­dział w swo­im ma­łym po­ko­ju i wy­bie­rał jej nu­mer. Ode­bra­ła po pierw­szym sy­gna­le.

– Halo, Jo­han­na?

– W koń­cu za­dzwo­ni­łeś. Od wczo­raj pró­bu­ję się do­dzwo­nić, nie mam nu­me­ru two­jej ko­mór­ki. Ca­spar, dla­cze­go ty to ro­bisz?

Był za­sko­czo­ny, w jej gło­sie sły­chać było wście­kłość.

– O co ci cho­dzi?

– Dla­cze­go bro­nisz tego łaj­da­ka? – za­czę­ła pła­kać.

– Uspo­kój się Jo­han­na, nie ro­zu­miem, o czym mó­wisz.

– Wszę­dzie o tym pi­szą. Pod­ją­łeś się obro­ny tego Wło­cha.

– Ale... po­cze­kaj... po­cze­kaj chwi­lę... – Le­inen wstał, jego ak­tów­ka le­ża­ła jesz­cze na biur­ku. Spo­mię­dzy do­ku­men­tów wy­cią­gnął na­kaz aresz­to­wa­nia.

– Jo­han­na, tu jest na­pi­sa­ne, że on za­bił ko­goś, kto na­zy­wał się Jean-Bap­ti­ste Mey­er.

– O Boże, Ca­spar, imię Jean-Bap­ti­ste miał tyl­ko w pasz­por­cie.

– O czym ty mó­wisz?

– Bro­nisz za­bój­cy mo­je­go dziad­ka.

Mat­ka Han­sa Mey­era była Fran­cuz­ką, na­zwa­ła syna Jean-Bap­ti­ste po Ja­nie Chrzci­cie­lu. Ale jak wie­lu jego ró­wie­śni­ków, nie chciał mieć wy­myśl­ne­go imie­nia. Frie­drich sta­wał się Frit­zem, Re­in­hard – Re­ine­rem, Jo­han­nes – Han­sem. Wszy­scy zna­li go jako Han­sa Mey­era, na­wet na wi­zy­tów­kach wid­nia­ło to imię.

Le­inen po raz pierw­szy miał ofia­rę przed ocza­mi: Hans Mey­er, za­strze­lo­ny w po­ko­ju ho­te­lo­wym, ka­łu­ża krwi, po­li­cjan­ci, miej­sce oto­czo­ne bia­ło-czer­wo­ną ta­śmą ostrze­gaw­czą. Le­inen usiadł na pod­ło­dze, oparł­szy się ple­ca­mi o ścia­nę. Stół na­le­żą­cy do jego ojca stał w po­przek po­ko­ju, z jed­nej z nóg wy­kru­szył się ka­wa­łek drew­na.

4

Jak zwy­kle nie wia­do­mo było, kto roz­ma­wiał z dzien­ni­ka­rza­mi. Póź­niej pro­ku­ra­tu­ra po­dej­rze­wa­ła, że wśród po­li­cjan­tów jest in­for­ma­tor, na jaw wy­szło zbyt dużo szcze­gó­łów. Naj­więk­szy ber­liń­ski bru­ko­wiec na pierw­szej stro­nie na­pi­sał: „Mor­der­stwo w luk­su­so­wym ho­te­lu”. Na­zwi­sko spraw­cy ni­ko­mu nic nie mó­wi­ło, ale ofia­ry – owszem. Był jed­nym z naj­bo­gat­szych lu­dzi w Niem­czech: Hans Mey­er, wła­ści­ciel i prze­wod­ni­czą­cy rady nad­zor­czej SMF Fa­bryk Ma­szy­no­wych Mey­era, od­zna­czo­ny Związ­ko­wym Krzy­żem Za­słu­gi. W re­dak­cjach pró­bo­wa­no do­wie­dzieć się wię­cej, prze­szu­ki­wa­no ar­chi­wa, czy­ta­no sta­re ana­li­zy. Dzien­ni­ka­rze spe­ku­lo­wa­li na te­mat mo­ty­wu. Więk­szość po­dej­rze­wa­ła, że to prze­stęp­stwo na tle go­spo­dar­czym, bra­ko­wa­ło po­twier­dzo­nych in­for­ma­cji.

Ad­wo­kat pro­fe­sor dok­tor Ri­chard Mat­tin­ger sie­dział na ka­na­pie ubra­ny w szla­frok, z sze­ro­ko roz­sta­wio­ny­mi no­ga­mi, i my­ślał o żo­nie. To ona, nie­ca­łe dwa­dzie­ścia lat temu, zna­la­zła ten dom nad Wan­n­see. Wte­dy, osiem lat przed zjed­no­cze­niem, dział­ki były śmiesz­nie ta­nie i do sta­rych do­mów wpro­wa­dza­ły się nowe ro­dzi­ny. Jego żona mia­ła ra­cję, w cią­gu ostat­nich dzie­się­ciu lat war­tość nie­ru­cho­mo­ści wzro­sła pa­ro­krot­nie. Ko­bie­ta umar­ła krót­ko po tym, jak urzą­dzi­ła dom, i od tego cza­su Mat­tin­ger nie chciał ni­cze­go zmie­niać.

Jego szla­frok był roz­wią­za­ny, męż­czy­zna miał siwe wło­sy na klat­ce pier­sio­wej. Jego przy­ja­ciół­ka, bar­dzo mło­da ko­bie­ta z Ukra­iny, za­spo­ka­ja­ła go. Co dzień nie­zli­czo­ną ilość razy mó­wi­ła mu, jak bar­dzo go ko­cha. Mat­tin­ge­ro­wi było to obo­jęt­ne. Wie­dział, że taki zwią­zek to in­te­res opar­ty na obo­pól­nej ko­rzy­ści, w naj­lep­szym wy­pad­ku przez dłuż­szy czas przy­jem­ny dla obu stron. Miał oko­ło sześć­dzie­siąt pięć lat, wciąż był jesz­cze w do­brej for­mie. W ostat­nich dniach woj­ny, miał wte­dy osiem lat, gra­nat ręcz­ny ro­ze­rwał jego lewe przed­ra­mię. Naj­bar­dziej jed­nak uwa­gę zwra­ca­ły oczy Mat­tin­ge­ra, ciem­no­nie­bie­skie, o nie­sa­mo­wi­cie in­ten­syw­nej bar­wie.

Te­le­fon dzwo­nił już dzie­wią­ty raz. Tyl­ko kil­ka osób mia­ło jego pry­wat­ny nu­mer, więc sko­ro ktoś dzwo­nił w nie­dzie­lę po po­łu­dniu, mu­sia­ło to być coś waż­ne­go. Kie­dy w koń­cu ode­brał, jego przy­ja­ciół­ka pod­nio­sła gło­wę spo­mię­dzy jego ko­lan, uśmiech­nę­ła się i chcia­ła wie­dzieć, czy ma kon­ty­nu­ować. Mat­tin­ger po­trze­bo­wał chwi­li, by się sku­pić. Przy­ci­snął ra­mie­niem słu­chaw­kę do ucha, przy­cią­gnął do sie­bie le­żą­cy na pod­ręcz­nym sto­li­ku no­tes i za­czął pi­sać w trak­cie roz­mo­wy. Kie­dy odło­żył słu­chaw­kę, wstał, za­wią­zał szla­frok, po­gła­skał ko­bie­tę po gło­wie i bez sło­wa po­szedł do ga­bi­ne­tu.

Pół go­dzi­ny póź­niej kie­row­ca za­wiózł go do kan­ce­la­rii. Z dro­gi Mat­tin­ger za­dzwo­nił do jed­ne­go z mło­dych ad­wo­ka­tów, któ­ry dla nie­go pra­co­wał, i po­pro­sił, by przy­szedł do biu­ra. Już w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych Mat­tin­ger był obroń­cą w pro­ce­sach ter­ro­ry­stów w Stam­m­he­im, jego wy­stą­pie­nia przed są­dem były wy­da­rze­nia­mi me­dial­ny­mi. W jed­nym z ty­go­dni­ków na­pi­sa­no o nim, że nie­mal błysz­czy in­te­lek­tem. Wów­czas na sali roz­praw – być może po raz pierw­szy w hi­sto­rii ko­dek­su po­stę­po­wa­nia kar­ne­go – na­praw­dę wal­czo­no wte­dy o pra­wa oskar­żo­ne­go. Na po­cząt­ku re­wolt stu­denc­kich wie­lu uwa­ża­ło, że de­mo­kra­cja jest za­gro­żo­na, za wro­gów pań­stwo­wych uzna­wa­no przede wszyst­kim ter­ro­ry­stów. Jesz­cze przed wy­da­niem wy­ro­ku w naj­gło­śniej­szym pro­ce­sie tam­te­go cza­su, wy­bu­do­wa­no dla oskar­żo­nych wię­zie­nie. Pod­czas po­stę­po­wa­nia zmie­nia­no usta­wy, obroń­cy krzy­cze­li na sę­dziów, oskar­że­ni ogła­sza­li straj­ki gło­do­we, a prze­wod­ni­czą­cy skła­du sę­dziow­skie­go zo­stał wy­łą­czo­ny za stron­ni­czość. Przed są­dem to­czy­ła się woj­na. Po­nad­to obroń­cy uczy­li się, sta­li się bar­dziej pew­ni sie­bie i prze­ko­na­li się moc­niej niż kie­dy­kol­wiek, że tyl­ko w toku uczci­we­go po­stę­po­wa­nia moż­na dojść spra­wie­dli­wo­ści. Nie­któ­rych to prze­ra­sta­ło. Spo­ufa­la­li się ze swo­imi klien­ta­mi, prze­kra­cza­li gra­ni­ce i sami sta­wa­li się prze­stęp­ca­mi. Do­cho­dzi­ło do tra­ge­dii po­wo­do­wa­nych gnie­wem. Mat­tin­ger był inny. Opi­nia pu­blicz­na uwa­ża­ła, że był gło­sem ter­ro­ry­stów, bar­dziej zro­zu­mia­łym i do­no­śniej­szym niż ich wła­sny. Ale to nie była praw­da. Oczy­wi­ście kil­ka razy uczest­ni­czył w de­mon­stra­cjach i po­znał rzecz­ni­ków stu­den­tów, ale prze­ra­ża­ło go, jak ci upa­ja­li się swo­imi sło­wa­mi. W rze­czy­wi­sto­ści Mat­tin­ger re­pre­zen­to­wał tyl­ko pra­wo, wie­rzył w pań­stwo pra­wa.

Od tego cza­su był obroń­cą w pra­wie dwóch ty­sią­cach spraw. Jesz­cze nig­dy nie prze­grał pro­ce­su o mor­der­stwo, ża­den z jego klien­tów nie zo­stał ska­za­ny na karę do­ży­wot­nie­go po­zba­wie­nia wol­no­ści. Ale z cza­sem zmie­ni­ła się jego klien­te­la. Na po­cząt­ku byli to mal­wer­san­ci i przed­się­bior­cy bu­dow­la­ni, póź­niej ban­kie­rzy, za­rzą­dy i ro­dzi­ny z tra­dy­cja­mi. Już daw­no nie bro­nił żad­ne­go de­ale­ra nar­ko­ty­ków, sze­fa ma­fii czy mor­der­cy. Pi­sy­wał ar­ty­ku­ły do ga­zet praw­ni­czych, był prze­wod­ni­czą­cym kil­ku praw­ni­czych or­ga­ni­za­cji, współ­re­dak­to­rem pierw­sze­go ko­men­ta­rza do ko­dek­su kar­ne­go oraz go­ścin­nie wy­gła­szał wy­kła­dy na Uni­wer­sy­te­cie Hum­bold­ta. Wszyst­ko wo­kół nie­go sta­ło się bar­dziej sub­tel­ne. Wy­stą­pie­nia w są­dzie były co­raz rzad­sze, więk­szość po­stę­po­wań to­czą­cych się prze­ciw­ko jego klien­tom pro­ku­ra­tu­ra uma­rza­ła za wy­so­ką opła­tą, bez prze­pro­wa­dza­nia roz­pra­wy głów­nej. Mat­tin­ger wciąż wie­rzył w pań­stwo pra­wa, ale bi­twy wy­glą­da­ły na prze­gra­ne. Cza­sa­mi kie­dy zda­rza­ło mu się utknąć gdzieś nocą na lot­ni­sku, wy­da­wa­ło mu się, że coś mu umy­ka. Jed­nak nie chciał my­śleć, co to ta­kie­go.

Za­nim do­tarł do kan­ce­la­rii, zdą­żył już za­dzwo­nić do Wy­dzia­łu Za­bójstw. Oczy­wi­ście znał kie­ru­ją­ce­go spra­wą urzęd­ni­ka i otrzy­mał wy­star­cza­ją­co dużo in­for­ma­cji, by mieć wstęp­ne ro­ze­zna­nie. Dwie go­dzi­ny póź­niej roz­ma­wiał przez te­le­fon z praw­ni­kiem we­wnętrz­nym ro­dzin­ne­go przed­się­bior­stwa Mey­erów, Hol­ge­rem Bau­man­nem. Mat­tin­ger i młod­szy ad­wo­kat sie­dzie­li ra­zem w jed­nej z du­żych sal kon­fe­ren­cyj­nych i przez ze­staw gło­śno­mó­wią­cy roz­ma­wia­li z Bau­man­nem. Praw­nik po­wie­dział, że kon­cern za­trud­nia na ca­łym świe­cie prze­szło czter­dzie­ści ty­się­cy pra­cow­ni­ków, co roku zy­ski o czte­ry pro­cent prze­kra­cza­ją śred­nią zy­sków ca­łej bran­ży, a nie­dłu­go fir­ma mia­ła do­ko­nać naj­więk­szej trans­ak­cji w hi­sto­rii. Twier­dził, że mor­der­stwo Han­sa Mey­era, by­łe­go prze­wod­ni­czą­ce­go za­rzą­du i głów­ne­go udzia­łow­ca, to ka­ta­stro­fa. Wzmian­ki o fir­mie nie po­win­ny po­ja­wiać się w pra­sie. Bau­mann mó­wił o to­czą­cym się kil­ka lat temu po­stę­po­wa­niu o prze­kup­stwo w jed­nej ze spół­ek có­rek, w któ­rym Mat­tin­ger re­pre­zen­to­wał jed­ne­go z naj­waż­niej­szych pra­cow­ni­ków. W ga­ze­tach mia­ły się wte­dy uka­zać nie­przy­jem­ne ar­ty­ku­ły. Bau­mann wy­da­wał się zde­ner­wo­wa­ny. Mat­tin­ger przy­po­mniał so­bie, że go nie lubi.

Bau­mann po­wie­dział też, że w fir­mie nikt nie ma po­ję­cia, dla­cze­go Mey­er zo­stał za­bi­ty. Sta­ry wpraw­dzie wciąż był prze­wod­ni­czą­cym rady nad­zor­czej, ale to zda­rze­nie z pew­no­ścią nie mia­ło związ­ku z fir­mą. Mat­tin­ger był zdzi­wio­ny. Prze­stęp­stwa do­ko­na­no le­d­wie kil­ka go­dzin wcze­śniej, a Bau­mann już te­raz wie­dział to na pew­no.

Za­rząd chciał, by Mat­tin­ger re­pre­zen­to­wał fir­mę w tym po­stę­po­wa­niu. Mat­tin­ger wy­ja­śnił Bau­man­no­wi, że to nie­moż­li­we, gdyż tyl­ko czło­nek ro­dzi­ny może usta­no­wić go peł­no­moc­ni­kiem oskar­ży­cie­la po­sił­ko­we­go. Po­wie­dział, że więk­szość ad­wo­ka­tów spe­cja­li­zu­ją­cych się w pra­wie cy­wil­nym tego nie wie, ale ta­kie jest pra­wo. Bau­mann obie­cał, że to za­ła­twi, i po go­dzi­nie na biur­ku Mat­tin­ge­ra le­żał faks od wnucz­ki, Jo­han­ny Mey­er z Lon­dy­nu, je­dy­nej spad­ko­bier­czy­ni za­mor­do­wa­ne­go.

Mat­tin­ger obie­cał Jo­han­nie Mey­er, że wszyst­kim się zaj­mie. Rano miał po­roz­ma­wiać z pro­ku­ra­to­rem z Ber­li­na i zdać wszyst­kim spra­woz­da­nie. Za­trud­nio­ny przez Mat­tin­ge­ra mło­dy ad­wo­kat po­szedł do swo­je­go biu­ra i wziął się za pa­pier­ko­wą ro­bo­tę.

Oko­ło dwu­dzie­stej trze­ciej Mat­tin­ger był z po­wro­tem w domu. Jego przy­ja­ciół­ka już spa­ła, jak zwy­kle w po­ko­ju go­ścin­nym. Przy­niósł z kuch­ni szklan­kę wody z lo­dem i po­szedł do ogro­du. Pach­nia­ło świe­żo sko­szo­ną tra­wą. Roz­luź­nił kra­wat i roz­piął ko­szu­lę. Wciąż było mu za cie­pło. Przy­ło­żył zim­ną szklan­kę do czo­ła. Ze­bra­nie za­rzą­du w Mo­na­chium w try­bie nad­zwy­czaj­nym zo­sta­ło wy­zna­czo­ne na trze­cią po po­łu­dniu. Do tego cza­su Mat­tin­ger jesz­cze nie bę­dzie miał żad­nej od­po­wie­dzi. Wów­czas nie sfor­mu­ło­wał na­wet wła­ści­wych py­tań.

5

Pierw­szą noc po aresz­to­wa­niu Col­li­nie­go Le­inen spę­dził na pi­sa­niu wnio­sku. Sie­dział przy sto­le ku­chen­nym w swo­im miesz­ka­niu, przed nim le­ża­ły otwar­te pod­ręcz­ni­ki i ko­men­ta­rze. Na sto­le stał mały czar­no-bia­ły te­le­wi­zor, przez więk­szość cza­su, kie­dy był włą­czo­ny, miał wy­ci­szo­ny dźwięk. Do­pie­ro o dwu­dzie­stej dru­giej trzy­dzie­ści wia­do­mo­ści nada­ły krót­ki film o za­mor­do­wa­nym, ob­raz­ki z la­ko­nicz­nym ko­men­ta­rzem: Hans Mey­er z Kon­ra­dem Ade­nau­erem, Hans Mey­er z Lu­dwi­giem Er­har­dem, Hans Mey­er z Hel­mu­tem Koh­lem. Lek­tor za­sta­na­wiał się nad mo­ty­wem, był po­noć nie­ja­sny, pro­ku­ra­tu­ra ma usta­lić szcze­gó­ły. Ko­lej­ne zdję­cia przed­sta­wia­ły ho­tel Ad­lon, wię­zie­nie i bu­dy­nek Wy­dzia­łu Za­bójstw. Do­mnie­ma­ny za­bój­ca mógł być wło­skie­go po­cho­dze­nia.

Oko­ło go­dzi­ny pią­tej Le­inen po raz pierw­szy wy­dru­ko­wał wnio­sek, o siód­mej miał już jego go­to­wą wer­sję. Tekst był do­bry, ale Le­inen nie wie­dział, czy w ogó­le zo­sta­nie za­twier­dzo­ny. Wnio­sko­wał o zrze­cze­nie się obro­ny Col­li­nie­go, sę­dzia miał zwol­nić go z funk­cji obroń­cy z urzę­du.

Wy­szedł z domu o wpół do ósmej. Po­wie­trze było chłod­ne i rześ­kie po tym, jak prze­sta­ło pa­dać. W kio­sku ku­pił wszyst­kie dzien­ni­ki, pra­wie w każ­dym na pierw­szej stro­nie pi­sa­no o mor­der­stwie na Mey­erze.

Na par­te­rze ka­mie­ni­cy, w któ­rej na dru­gim pię­trze miesz­kał Le­inen, znaj­do­wa­ła się pie­kar­nia. Wła­ści­wie to nie była pie­kar­nia, tyl­ko skle­pik z pie­czy­wem, któ­ry wy­glą­dał jak set­ki in­nych tej sie­ci, stan­dar­do­wo wy­koń­czo­ny. Pie­karz był gru­bym męż­czy­zną o czer­wo­nej twa­rzy i ma­łych rę­kach, knyk­cie przy­po­mi­na­ły wgłę­bie­nia na grzbie­cie dło­ni. Po­tra­fił się po­ru­szać z za­ska­ku­ją­cą szyb­ko­ścią, ale był zbyt oty­ły, by zmie­ścić się w wą­skim przej­ściu, lada wbi­ja­ła mu się w brzuch i po­zo­sta­wia­ła na nim po­dłuż­ny ślad z okru­chów chle­ba. Przed sklep męż­czy­zna wy­sta­wił trzy sta­re drew­nia­ne krze­sła, la­tem Le­inen sia­dał tam co dzień, pił kawę i jadł jed­ne­go, nie­smacz­ne­go zresz­tą ro­ga­li­ka. Cza­sa­mi pie­karz do­łą­czał do nie­go. Tam­te­go dnia po­wie­dział, że ad­wo­kat wy­glą­da strasz­nie.

Le­inen po­je­chał do sądu ko­lej­ką na­ziem­ną. Przez wa­go­ny szedł czło­wiek gra­ją­cy na gi­ta­rze i za­wo­dzą­cy ja­kąś pio­sen­kę Boba Dy­la­na, tyl­ko kil­ko­ro tu­ry­stów dało mu pie­nią­dze. Tuż po ósmej Le­inen był w są­dzie w dziel­ni­cy Mo­abit.

Wy­dział Pro­ku­ra­tu­ry do Spraw Cięż­kich Prze­stępstw mie­ścił się na trze­cim pię­trze, na ko­ry­ta­rzu wzdłuż okien sta­ły ekra­ny z pan­cer­ne­go szkła w sta­lo­wych ra­mach. Le­inen pra­co­wał tu trzy mie­sią­ce jako apli­kant, więk­szość pro­ku­ra­to­rów znał przy­najm­niej z wi­dze­nia. Akta w se­kre­ta­ria­cie się­ga­ły su­fi­tu, le­ża­ły na pół­kach, re­ga­łach, sto­łach i pod­ło­dze, upo­rząd­ko­wa­ne we­dług ja­kiejś nie­zro­zu­mia­łej za­sa­dy. Tu zbie­ra­no do­ku­men­ta­cję wy­pad­ków gwał­tow­nej śmier­ci lu­dzi. Akta za­kła­da­no w wy­pad­ku każ­de­go ro­dza­ju zbrod­ni: mor­der­stwa, za­bój­stwa, za­bój­stwa, do któ­re­go do­szło przy uży­ciu ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych, czy wzię­cia za­kład­ni­ków ze skut­kiem śmier­tel­nym. Na ścia­nach wi­sia­ły kart­ki pocz­to­we wy­sy­ła­ne z urlo­pu przez se­kre­tar­ki, przed­sta­wia­ły za­cho­dy słoń­ca, pla­że i pal­my. Do ekra­nów kom­pu­te­rów przy­cze­pio­ne były zdję­cia dzie­ci i mę­żów.

Le­inen po­dał sy­gna­tu­rę i przed­sta­wił orze­cze­nie sądu, któ­re po­twier­dza­ło, że jest obroń­cą z urzę­du. Pra­cow­ni­ca se­kre­ta­ria­tu po­da­ła mu cien­ką tecz­kę.

Ko­bie­ta zna­ła Le­ine­na z cza­sów, kie­dy był apli­kan­tem, i ży­czy­ła mu po­wo­dze­nia pod­czas pro­ce­su. „Bę­dzie cięż­ko”, po­wie­dzia­ła i spoj­rza­ła na nie­go ze współ­czu­ciem, Ri­chard Mat­tin­ger już zo­stał usta­no­wio­ny peł­no­moc­ni­kiem oskar­ży­cie­la po­sił­ko­we­go. Le­inen do­wie­dział się jesz­cze, że o trzy­na­stej w In­sty­tu­cie Me­dy­cy­ny Są­do­wej od­bę­dzie się sek­cja zwłok.

Wziął akta i za­sta­no­wił się, czy po­wi­nien od­wie­dzić swe­go klien­ta, ale nie przy­szło mu do gło­wy nic, co mógł­by omó­wić z Col­li­nim. Prze­glą­dał pa­pie­ry, idąc ko­ry­ta­rza­mi do po­ko­ju ad­wo­kac­kie­go.

To po­miesz­cze­nie było w są­dzie kar­nym Mo­abit miej­scem strze­żo­nym, ża­den klient, pro­ku­ra­tor, sę­dzia czy na­wet tłu­macz nie mógł tam wejść. Miej­sce to ist­nia­ło od cza­sów Re­pu­bli­ki We­imar­skiej, sław­ni obroń­cy, tacy jak Max Als­berg, prze­sia­dy­wa­li tam jesz­cze w la­tach dwu­dzie­stych. Od tam­te­go cza­su nie­wie­le się zmie­ni­ło. Ad­wo­ka­ci czy­ta­li ga­ze­ty, dzwo­ni­li do kan­ce­la­rii, pi­sa­li wnio­ski albo cze­ka­li na dal­szy ciąg pro­ce­su. Za jed­no euro wy­po­ży­czyć moż­na było togę, se­kre­tar­ka spi­sy­wa­ła prze­ka­zy­wa­ne te­le­fo­nicz­nie wia­do­mo­ści, a ad­wo­ka­tów, któ­rych lu­bi­ła, czę­sto­wa­ła cu­kier­ka­mi. Jed­nak przede wszyst­kim było to miej­sce roz­mów ad­wo­ka­tów. Wy­mie­nia­no plot­ki o sę­dziach i pro­ku­ra­to­rach, oma­wia­no pro­ce­sy, udzie­la­no rad do­ty­czą­cych wnio­sków, za­kła­da­no i roz­wią­zy­wa­no ko­ali­cje. Tu ad­wo­ka­ci do­wia­dy­wa­li się, że któ­ryś z sę­dziów nie do­trzy­mał umo­wy albo ja­kiś pro­ku­ra­tor za­ta­ił usta­le­nia. Roz­ma­wia­li otwar­cie, przy­zna­wa­li się do po­ra­żek i chwa­li­li suk­ce­sa­mi. W tym po­miesz­cze­niu in­a­czej mó­wi­li o swo­ich klien­tach, żar­to­wa­li z prze­stępstw, by móc to wszyst­ko znieść. Pili kawę z au­to­ma­tu, mia­ła smak pla­sti­ku i mle­ka w prosz­ku. Wy­po­sa­że­nie po­ko­ju było już wy­słu­żo­ne, a obi­cia ka­nap wy­tar­te.

Le­inen chciał się do­stać do ko­pia­rek, któ­re znaj­do­wa­ły się w po­ło­żo­nym głę­biej po­miesz­cze­niu. Prze­mie­rza­jąc po­kój ad­wo­kac­ki, wciąż jesz­cze czy­tał akta. Zde­rzył się z in­nym obroń­cą, do­ku­men­ty upa­dły na pod­ło­gę. Le­inen prze­pro­sił, pod­niósł je i po­szedł da­lej. Kie­dy stał przy kse­ro­ko­piar­ce, zo­ba­czył Ri­char­da Mat­tin­ge­ra sie­dzą­ce­go na ka­na­pie i czy­ta­ją­ce­go ga­ze­tę. Pod­szedł do nie­go.

– Dzień do­bry, pa­nie Mat­tin­ger – po­wie­dział. – Na­zy­wam się Ca­spar Le­inen. Bie­rze­my udział w tym sa­mym pro­ce­sie.

– Fa­bri­zio Col­li­ni? Ta spra­wa z Han­sem Mey­erem?

– Tak, tak wła­śnie.

Mat­tin­ger wstał i po­dał rękę Le­ine­no­wi.

– Da się pan za­pro­sić na kawę? – za­py­tał.

– Chęt­nie. Cie­szę się, że mogę pana po­znać – po­wie­dział Le­inen. – Cho­dzi­łem na pań­skie wy­kła­dy na te­mat pra­wa kar­ne­go pro­ce­so­we­go.

– Mam na­dzie­ję, że nie opo­wia­da­łem zbyt wie­lu bzdur – po­wie­dział Mat­tin­ger i po­szedł z Le­ine­nem do au­to­ma­tu z kawą. Mat­tin­ger wrzu­cił mo­ne­tę. Obaj męż­czyź­ni po­cze­ka­li, aż ma­szy­na wyda brą­zo­wy pla­sti­ko­wy ku­bek. – Mam na­dzie­ję, że dziś rano nikt jesz­cze nie za­mó­wił zupy po­mi­do­ro­wej. W prze­ciw­nym ra­zie ko­lej­nych pięć­dzie­siąt kaw bę­dzie sma­ko­wać pa­skud­nie.

– Dzię­ku­ję. Kawa i bez tego jest okrop­na. – Ru­szy­li z po­wro­tem w kie­run­ku ka­nap i usie­dli.

– Gra­tu­lu­ję panu, pa­nie Le­inen, to na­praw­dę bar­dzo cie­ka­wa spra­wa – po­wie­dział Mat­tin­ger.

– Wprost prze­ciw­nie – wy­mam­ro­tał Le­inen.

– Dla­cze­go?

– Wła­śnie pró­bu­ję wy­plą­tać się z obro­ny klien­ta. Zgo­dzi­łem się nie­ste­ty na wy­zna­cze­nie mnie jako ad­wo­ka­ta z urzę­du, ale nie mogę pro­wa­dzić obro­ny w tej spra­wie. Tak czy in­a­czej prze­czy­ta pan to w ak­tach, choć mogę to panu rów­nież po­wie­dzieć od razu – Le­inen wy­ja­śnił, co się sta­ło. Mat­tin­ger za­py­tał, czy może prze­czy­tać ten wnio­sek, Le­inen po­dał mu ko­pię.

– Jest świet­ny – po­wie­dział po kil­ku mi­nu­tach Mat­tin­ger. – To, co pan opi­su­je, jest jak naj­bar­dziej zro­zu­mia­łe. Nie je­stem jed­nak pe­wien, czy to wy­star­czy. Wie pan chy­ba, że po orzecz­nic­twie może pan zo­stać zwol­nio­ny z obo­wiąz­ku bro­nie­nia klien­ta tyl­ko wte­dy, je­śli mię­dzy pa­nem a nim do­szło do za­chwia­nia za­ufa­nia. Sę­dzia Köh­ler za­wsze de­cy­du­je zgod­nie z li­nią przy­ję­tą w orzecz­nic­twie. Po­wie­dział­bym na­wet, że jest tech­no­kra­tą.

– Mimo to spró­bu­ję – po­wie­dział Le­inen.

– Nie zna­my się, pa­nie Le­inen. Nie bę­dzie pan słu­chał mo­ich rad.

– Nie – od­po­wie­dział Le­inen – na­praw­dę chęt­nie usły­szę, co pan my­śli.

– Za­kła­dam, że to pań­ska pierw­sza spra­wa z udzia­łem ławy przy­się­głych.

– Tak – po­wie­dział Le­inen i ski­nął gło­wą.

– Na pań­skim miej­scu nie skła­dał­bym tego wnio­sku.

Le­inen spoj­rzał na nie­go zdzi­wio­ny.

– Ale... ja się prak­tycz­nie w tej ro­dzi­nie wy­cho­wa­łem.

Mat­tin­ger po­krę­cił gło­wą.

– No i? Mor­der­stwo w na­stęp­nym pro­ce­sie bę­dzie panu przy­po­mi­na­ło ja­kieś trau­ma­tycz­ne wy­da­rze­nie z dzie­ciń­stwa. A przy jesz­cze ko­lej­nym bę­dzie pan wciąż my­ślał o tym, że miał kie­dyś dziew­czy­nę, któ­ra zo­sta­ła zgwał­co­na. Po­tem nie bę­dzie się panu po­do­bał nos klien­ta albo nar­ko­ty­ki, któ­ry­mi han­dlu­je, uwa­żać pan bę­dzie na naj­więk­sze zło świa­ta. Chce pan być obroń­cą, pa­nie Le­inen, więc musi się pan za­cho­wy­wać jak obroń­ca. Pod­jął się pan obro­ny czło­wie­ka. Do­brze, być może był to błąd. Ale wy­łącz­nie pań­ski błąd, nie jego. Jest pan te­raz od­po­wie­dzial­ny za tego męż­czy­znę, jest pan wszyst­kim, co on tu ma. Musi mu pan opo­wie­dzieć o swo­ich re­la­cjach z ofia­rą, a po­tem za­py­tać, czy nadal chce, by go pan bro­nił. Je­śli bę­dzie chciał, i tyl­ko od tego to za­le­ży, po­wi­nien pan się nim za­jąć, do­ło­żyć sta­rań i po­rząd­nie wy­ko­nać swo­ją pra­cę. To jest spra­wa o mor­der­stwo, a nie se­mi­na­rium na uczel­ni.

Le­inen nie wie­dział, czy Mat­tin­ger ma ra­cję, czy może pod­czas pro­ce­su chce mieć nie­do­świad­czo­ne­go prze­ciw­ni­ka. Star­szy ad­wo­kat spoj­rzał na nie­go przy­jaź­nie. Może i jed­no, i dru­gie.

– Za­sta­no­wię się nad tym – po­wie­dział w koń­cu Le­inen – w każ­dym ra­zie dzię­ku­ję.

– Też mu­szę iść, mam jesz­cze na­ra­dę w Wy­dzia­le Prze­stępstw Go­spo­dar­czych – po­wie­dział Mat­tin­ger. – Pro­szę mi po­wie­dzieć, mógł­by mnie pan dziś po po­łu­dniu od­wie­dzić w moim biu­rze? Może by­ło­by roz­sąd­nie prze­dys­ku­to­wać parę spraw.

– Bar­dzo chęt­nie. – Le­inen wie­dział, że Mat­tin­ger chce się do­wie­dzieć, jak bę­dzie bro­nił Col­li­nie­go, je­śli ten po­zo­sta­nie jego klien­tem. Pra­gnął jed­nak po­znać słyn­ne­go ad­wo­ka­ta.

Prze­kład: Anna Kie­re­jew­ska

 

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Fi­lip Mo­drze­jew­ski

 

Re­dak­cja: Fi­lip Mo­drze­jew­ski

Ko­rek­ta: Na­ta­lia Kra­szew­ska, Ka­ta­rzy­na Hu­me­niuk

Re­dak­cja tech­nicz­na: Anna Ga­jew­ska

 

Pro­jekt okład­ki: Szy­mon Wój­ciak na pod­sta­wie pro­jek­tu Kor­ne­lii Rum­berg, rum­berg­de­sign.de

Fo­to­gra­fia wy­ko­rzy­sta­na na I stro­nie okład­ki: © Taxi / Get­ty Ima­ges / Flash Press Me­dia

Zdję­cie Fer­di­nan­da von Schi­ra­cha: © Pi­per Ver­lag, au­tor: Pau­lus Po­ni­zak

 

Skład i ła­ma­nie: Tekst – Mał­go­rza­ta Krzy­wic­ka

Pia­secz­no, ul. Żół­kiew­skie­go 7a

 

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10

wab@wab.com.pl

wab.com.pl

 

ISBN 978-83-7881-011-7

 

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.
i Mi­chał Na­ko­necz­ny / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Schirach_PiperVerlag2_fmt_png

Fer­di­nand von Schi­rach (ur. 1964)

 

Praw­nik i pi­sarz, miesz­ka i pra­cu­je w Ber­li­nie; de­biu­to­wał w 2009 roku. Wy­dał dwa be­st­sel­le­ro­we zbio­ry opo­wia­dań Prze­stęp­stwo (W.A.B. 2011) i Wina (W.A.B. 2012). Po­wieść Spra­wa Col­li­nie­go jest du­żym wy­da­rze­niem li­te­rac­kim w Niem­czech, ty­tu­łem tak gło­śnym jak Lek­tor Bern­har­da Schlin­ka. Książ­ki von Schi­ra­cha uka­żą się w kil­ku­dzie­się­ciu kra­jach.

Ostat­nio Fer­di­nand von Schi­rach opu­bli­ko­wał zbiór ka­me­ral­nych i na­stro­jo­wych próz pt. Carl Tohr­bergs We­ih­nach­ten (2012).

Stro­na praw­ni­ka i pi­sa­rza: schi­rach.de