Spisane własną krwią - Diana Gabaldon

Spisane własną krwią

0,0

Doskonałe połączenie powieści przygodowej, historycznej, fantastyki i romansu, na kanwie którego powstał popularny serial w AXN White

Jest rok 1778. Francja wypowiada wojnę Wielkiej Brytanii, armia brytyjska opuszcza Filadelfię, a w ślad za nią z Valley Forge ruszają

w pościg wojska Jerzego Waszyngtona. Jamie Fraser, który rzekomo zginął w katastrofie okrętu, powraca, aby się dowiedzieć, że najlepszy przyjaciel ożenił się z jego małżonką, syn z nieprawego łoża odkrył (ku swemu przerażeniu), kto jest jego prawdziwym ojcem, a ukochany siostrzeniec Ian pragnie poślubić kwakierkę. Żona Jamie'ego Claire i jego siostra Jenny próbują ratować rodzinę. Fraserowie są spokojni, że ich córka Brianna wraz z rodziną jest bezpieczna, żyjąc w Szkocji w XX wieku. Czy tak jest naprawdę?

Diana Gabaldon biolog, ekolog, wykładowca uniwersytecki. Oszałamiającą karierę literacką rozpoczęła przygodowo-historyczną powieścią Obca. Następne części sagi o podróżującej w czasie Claire Randall, nagradzane i tłumaczone na wiele języków, zajmowały najwyższe miejsca na listach bestsellerów całego świata. W przygotowaniu wszystkie części sagi o ponadczasowej wielkiej miłości Claire Randall i Jamiego Frasera.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Tytuł oryginału
WRITTEN IN MY OWN HEART’S BLOOD

Wydawca
Grażyna Smosna

Redaktor prowadzący
Katarzyna Krawczyk

Redakcja
Helena Klimek

Korekta

Halina Ruszkiewicz
Marianna Filipkowska

Copyright © 2014 by Diana Gabaldon
Family Tree design by Donna Sinisgalli
All rights reserved
Copyright © for the Polish translation by Barbara Górecka, 2015

Wszystkie postaci w tej książce, wyjąwszy osoby publiczne, są fikcyjne.
Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żyjących czy zmarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Świat Książki
Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o.
02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Łamanie
Akces, Warszawa

Dystrybucja
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j.
05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91
e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10
www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-7943-919-5

Skład wersji elektronicznej
pan@drewnianyrower.com

 

 

Książkę tę poświęcam WSZYSTKIM (poza mną), którzy włożyli mnóstwo pracy w udostępnienie jej czytelnikom. A zwłaszcza:

 

Jennifer Hershey (redaktorka, USA),

Billowi Masseyowi (redaktor, Wielka Brytania),

Kathleen Lord (vel „Herkules” – adiustatorka),

Barbarze Schnell (tłumaczka i koleżanka, Niemcy),

Catherine MacGregor, Catherine-Ann MacPhee i Adhamh Ò Broin (znawcy gaelickiego),

Virginii Norey (vel „Bogini Książek” – graficzka),

Kelly Chian, Maggie Hart, Benjaminowi Dreyerowi, Lisie Feuer i pozostałym członkom zespołu produkcyjnego wydawnictwa Random House

oraz

Beatrice Lampe i Petrze Zimmermann z Monachium.

 

Prolog

W blasku wieczności czas nie rzuca cienia.

„Wasi starcy będą śnili sny, a młodzieńcy będą mieli wizje”. Co takiego jednak widzą stare kobiety?

Widzimy konieczność i robimy to, co musi zostać zrobione.

Młode kobiety nie widzą – one są i bije w nich źródło życia.

Do nas należy ochrona tego źródła i światła, które roznieciłyśmy, i będącego nami płomienia.

Co takiego widziałam? Jesteś wizją z czasu mojej młodości, wiecznym snem wszystkich moich epok.

Oto znowu staję u progu wojny, obywatelka bez miejsca, bez czasu, bez własnego kraju… Moją jest ziemia omywana nie morzem, lecz krwią. Jej granice wytyczają rysy z dawna ukochanej twarzy.

 

CZĘŚĆ PIERWSZA
Nexus

 

1. Stukilowy kamienny ciężar

Las między Filadelfią a Valley Forge, 16 czerwca 1778

Ian Murray stał z kamieniem w ręku, spoglądając na wybrane przez siebie miejsce. Nieduża polana, położona na uboczu, u stóp olbrzymiego starego żywotnika, otoczona wielkimi omszałymi głazami, ocieniona sosnami rozkołysanymi na wietrze; miejsce, gdzie nie trafi przypadkowy przechodzień, zarazem jednak swobodnie dostępne. Zamierzał sprowadzić tutaj ich – swoją rodzinę.

Najpierw Fergusa. Może zresztą tylko jego. Mama wychowywała go od dziesiątego roku życia, wcześniej zaś nie miał matki. Fergus był z mamą dłużej niż Ian i równie mocno ją kochał. Może nawet mocniej – pomyślał, zdjęty żalem zmieszanym z poczuciem winy. To Fergus, a nie on, przebywał z nią w Lallybroch, pomagał opiekować się nią i domostwem. Przełknął w milczeniu i zbliżywszy się do polany, położył kamień pośrodku, po czym cofnął się, by ocenić efekt.

Z niechęcią potrząsnął głową. Nie, muszą być dwa kopce. Mama i wuj Jamie byli rodzeństwem, więc rodzina mogłaby opłakiwać ich tu razem, lecz być może zjawią się też inni, aby powspominać i oddać szacunek zmarłym. Ludzie ci znali i kochali Jamiego Frasera, ale Jenny Murray była dla nich równie obca jak…

Na myśl o matce leżącej w ziemnej jamie poczuł bolesne szarpnięcie, tym ostrzejsze, iż nie był jej przecie dany spoczynek w tradycyjnym grobie. Nie chciał wyobrażać sobie, jak tonęli, kurczowo złączeni, usiłując utrzymać się na…

– A Dhia! – wyrzekł z pasją i nachylił się po następny kamień. Wszak nieraz widział już tonących.

Po twarzy ciekły mu łzy zmieszane z kroplami potu; upał dawał się mocno we znaki. Nie zwracał na to uwagi, jedynie od czasu do czasu przystawał i ocierał nos rękawem. Czoło obwiązał zwiniętą chustką, aby kosmyki włosów i pot nie drażniły mu oczu; wilgoć zaczęła z niej ściekać, zanim zdążył położyć na obu kopcach choćby dwadzieścia kamieni.

Krótko przed śmiercią ojca razem z braćmi usypali dla niego na cmentarzysku w Lallybroch porządny kopiec, a na dużym płaskim kamieniu, nie bacząc na koszty, kazali wyryć jego imię – wszystkie jego imiona. Później, podczas pogrzebu, członkowie rodu, dzierżawcy, a na końcu służba podchodzili jeden po drugim, kładąc na pamiątkę kamienie od siebie.

Zatem Fergus. Albo… nie, co też mu chodzi po głowie? Pierwszeństwo należy się niechybnie cioci Claire. Nie jest wprawdzie Szkotką, ale rozumie znaczenie kamiennego kopca, a widok tego, który został wzniesiony dla wuja Jamiego, mógłby jej przynieść pociechę. Tak, słusznie. Cioteczka Claire, a potem Fergus. Wuj Jamie był jego przybranym ojcem, zatem jest on w prawie. Następnie może Marsali i dzieci. Czy Germain jest już dostatecznie dorosły, aby przyjechać z Fergusem? Ma dziesięć lat, czyli niemal tyle, ile trzeba, by rozumieć i być traktowanym jak mężczyzna. A wuj Jamie był jego dziadkiem, więc było to właściwe.

Znowu się cofnął i, ciężko zdyszany, otarł spoconą twarz. Złaknione ludzkiej krwi owady próbowały go atakować z wściekłym bzyczeniem, ale przezornie ściągnął z siebie ubranie, zostawiając jedynie przepaskę na biodra, i na sposób Mohawków natarł się cały niedźwiedzim sadłem i miętą, więc go nie ruszały.

– Czuwaj nad nimi, o potężny duchu żywotnika – wyrzekł cicho w języku Indian, spoglądając na pachnące żywicą gałęzie. – Chroń ich dusze i sprawuj nad nimi opiekę.

Przeżegnał się, schylił obolałe plecy i zaczął grzebać wśród liści w miękkiej próchnicznej ziemi. Jeszcze kilka kamieni, pomyślał. Na wypadek gdyby przebiegające mimo zwierzę rozrzuciło kopce na kształt jego myśli, krążących niespokojnie wokół rodziny, mieszkańców Ridge. Boże, czy dane mu będzie jeszcze kiedyś tam wrócić? Brianna. Słodki Jezu, Brianna…

Przygryzł wargi i poczuł smak soli. Zlizał ją i dalej szukał kamieni. Jest bezpieczna z Rogerem Makiem i dzieciakami, ale, Jezu, jak przydałyby mu się teraz jej dobre rady, a jeszcze bardziej Rogera Maca.

Kogo jeszcze mógłby poprosić o pomoc w opiece nad nimi wszystkimi?

Pomyślał o Rachel i ucisk w piersi odrobinę zelżał. O tak, gdyby miał przy sobie Rachel… Jest od niego młodsza, niedawno skończyła dziewiętnaście lat i jako kwakierka ma dość dziwaczne poglądy na wiele spraw, lecz gdyby przy nim była, stanowiłaby dla niego oparcie. Nie tracił nadziei, że pewnego dnia się z nią zwiąże, lecz przedtem będzie musiał jej jeszcze coś wyznać, a na myśl o czekającej go rozmowie ucisk w piersi powrócił.

Zjawił się także na powrót obraz wysokiej, długonosej i grubokościstej jak ojciec kuzynki Brianny i trwał w jego umyśle… a po nim ukazał się wizerunek kuzyna, jej przyrodniego brata. Święty Boże, William. Cóż ma począć z Williamem? Wątpił, by kuzyn znał prawdę o tym, iż w rzeczywistości jest synem Jamiego Frasera – czy to na barkach Iana spoczywa obowiązek uświadomienia go w tej kwestii? Czy ma go tu przywieźć i wyjawić mu, jak wiele stracił?

Zapewne stęknął głośno na tę myśl, bo jego pies Rollo uniósł swój potężny łeb i spojrzał na niego z troską w wiernych ślepiach.

– Nie, ja także tego nie chcę – powiedział Ian z przekonaniem. – Zostawmy to, dobrze?

Rollo znów ułożył łeb na wyciągniętych łapach, zamiótł ogonem, by odpędzić uprzykrzone muchy, i pogrążył się w spokojnej drzemce.

Ian popracował jeszcze trochę, by niespokojne myśli wyparowały razem z potem i łzami. Kiedy promienie zachodzącego słońca musnęły czubki usypanych kopców, przerwał, czując wielkie znużenie, lecz i kojący spokój. Bliźniacze kopce sięgały mu nieco powyżej kolan, nieduże, ale solidne.

Przez chwilę trwał nieruchomo, nie myśląc o niczym, tylko nasłuchując, jak maleńkie ptaszki uwijają się w trawie i wiatr szeleści tajemniczo w gałęziach drzew. Potem westchnął głęboko, przykucnął i dotknął jednego kopca.

– Tha gaol agam oirbh, a Mhàthair – powiedział cicho. Moja miłość zostanie przy tobie, Matko.

Zamknął oczy i położył podrapaną dłoń na drugim stosie kamieni. Brud tak głęboko wżarł mu się w skórę, że doznał osobliwego wrażenia – mógłby sięgnąć palcami w trzewia ziemi i dotknąć tego, co było mu potrzebne.

Tkwił nieruchomo, sapiąc, po czym otworzył powieki.

– Pomóż mi, wuju Jamie – powiedział. – Nie sądzę, bym sam sobie z tym poradził.

2. Brudny sukinsyn

William Ransom, dziewiąty hrabia Ellesmere, wicehrabia Ashness, baron Derwent, przeciskał się gwałtownie przez ciżbę na Market Street, obojętny na głośne skargi popychanych ludzi.

Nie wiedział, dokąd zmierza ani co pocznie, kiedy już się tam znajdzie. Jednego był pewien: jeśli będzie tkwił w miejscu, rozsadzi go.

Czaszka pulsowała niczym nabrzmiały wrzód. Zresztą nie tylko czaszka. Ręka – pewnie sobie coś złamał, ale się tym nie przejmował. Serce, boleśnie tłukące się w piersi. I stopa; na miłość boską, czyżby w coś kopnął? Zamachnął się z impetem na odłupany kawałek bruku i posłał go prosto w środek stada gęsi, które z ogłuszającym syczeniem rzuciły się na niego, bijąc skrzydłami.

Zakotłowało się, pierze zmieszane z gęsim łajnem zawirowało w powietrzu i stado rozpierzchło się na wszystkie strony.

– Sukinsyn! – wrzasnęła piskliwie gęsiarka i zamachnąwszy się na niego kosturem, wymierzyła mu celny cios prosto w ucho. – Niech cię diabli porwą, brudny sukinsynu!

Zawtórował jej chór oburzonych głosów, on zaś skręcił w alejkę, ścigany gniewnymi okrzykami.

Potarł bolące ucho i parł naprzód, trzymając się blisko ścian mijanych budynków, obojętny na wszystko poza tym jednym słowem, tłukącym się w skołatanym umyśle. „Sukinsyn”.

– Sukinsyn! – wyrzekł na głos, po czym wrzasnął na całe gardło: – Sukinsyn! Sukinsyn! Sukinsyn! – waląc przy tym pięścią w mur.

– Kto jest sukinsynem? – spytał zaciekawiony głos za jego plecami.

Odwrócił się na pięcie i ujrzał przyglądającą mu się z uwagą młodą kobietę. Powoli omiotła go wzrokiem; jej uwadze nie uszły plamy krwi na gorsie mundurowej kurtki, zielonkawe smugi gęsich odchodów na spodniach i wznosząca się ze wzburzeniem klatka piersiowa. Spojrzenie dotarło do zapinanych na srebrne sprzączki butów i, jeszcze bardziej zaciekawione, spoczęło na jego twarzy.

– Ja – wychrypiał z goryczą.

– Och, naprawdę?

Oderwała się od framugi, o którą się opierała, i przeciąwszy alejkę, stanęła przed nim. Była wysoka i szczupła i miała cudownie sterczące młode piersi, doskonale widoczne pod muślinową bluzką, bo choć przywdziała jedwabną halkę, nie miała gorsetu. Nie miała także czepka, długie włosy swobodnie spływały na ramiona. Dziewka.

– Osobiście lubię sukinsynów – odezwała się i musnęła lekko jego ramię. – Jakim to sukinsynem jesteś, mój panie? Podstępnym? Złym?

– Żałosnym – odparł i zmarszczył brwi, gdy się roześmiała. Dostrzegła to, lecz się nie przelękła.

– Chodź – oznajmiła, ujmując jego rękę. – Widzi mi się, że dobrze by ci zrobił łyczek czegoś mocniejszego.

Spostrzegł, że dziewczyna zerka na jego krwawiące, poobijane knykcie i drobnymi białymi ząbkami przygryza dolną wargę. Nie okazała jednak lęku, on zaś bez protestu pozwolił się zaciągnąć do ponurej sieni.

Jakie to ma znaczenie? – pomyślał, zdjęty nagle straszliwym znużeniem. Czy cokolwiek ma jeszcze jakieś znaczenie?

3. Kobiety jak zwykle wszystko naprawiają

Filadelfia, Chestnut Street 17

William wybiegł z domu niczym błyskawica, zostawiając wszystko w takim stanie, jakby trzasnął piorun. Ja z pewnością czułam się jak ocalała z potężnej nawałnicy, włosy stały mi dęba, nerwy miałam napięte do ostateczności i wymachiwałam rękami w najwyższym wzburzeniu.

Wtedy właśnie weszła Jenny Murray i choć jej widok nie powinien być dla mnie szczególnie wielkim szokiem, odebrało mi mowę. Gapiłam się na moją niegdysiejszą szwagierkę – choć prawdę mówiąc, nadal nią jest… ponieważ Jamie żyje. Żyje.

Niespełna dziesięć minut temu trzymałam go w ramionach, a wspomnienie jego dotyku wciąż jeszcze przyprawiało mnie o dreszcz. Mgliście zdawałam sobie sprawę, że uśmiecham się szeroko jak wariatka, pomimo rozmiaru zniszczeń, przeokropnych scen, cierpienia Williama – o ile tak straszliwy wybuch można nazwać cierpieniem – niebezpieczeństwa, w jakim znalazł się Jamie, oraz mego lekkiego zaciekawienia, co też za chwilę powiedzą na to wszystko Jenny bądź pani Figg, kucharka i gospodyni lorda Johna.

Pani Figg była krągła, lśniła jak wypolerowany heban i miała nieprzyjemny zwyczaj bezszelestnego zachodzenia człowieka od tyłu.

– Co to ma być? – zagrzmiała tuż za plecami Jenny.

– Święci pańscy! – Jenny okręciła się na pięcie, robiąc wielkie oczy i chwytając się za serce. – Na miłość boską, kim pani jest?

– To pani Figg – odezwałam się, czując absurdalną potrzebę śmiechu pomimo – a może na skutek – niedawnych wydarzeń. – Kucharka lorda Johna Greya. Pani Figg – zwróciłam się do niej – to jest pani Murray, moja… hm, moja…

– Twoja szwagierka – oświadczyła Jenny stanowczo, unosząc czarną brew. – O ile z twojej strony nic się nie zmieniło? – Patrzyła na mnie poważnym, szczerym spojrzeniem, a potrzeba śmiechu zamieniła się raptem w równie silną chęć płaczu. Nie przypuszczałam, że akurat ona przyjdzie mi z pomocą w takiej chwili… Odetchnęłam głęboko i wyciągnęłam do niej rękę.

– Ależ oczywiście – zapewniłam. W Szkocji rozstałyśmy się w gniewie, ale kiedyś bardzo ją lubiłam i nie zamierzałam zmarnować okazji, by naprawić nasze stosunki.

Splotła swoje krótkie silne palce z moimi, które uścisnęła mocno, i ten prosty gest sprawił, że raptem było po wszystkim. Nie trzeba przepraszać ani prosić o wybaczenie. Ona nigdy nie musiała nosić maski, tak jak Jamie. Nieco skośne jak u kota niebieskie oczy, takie same jak brata, zdradzały jej uczucia i myśli. Znała teraz prawdę o tym, kim jestem, i wiedziała, że zawsze kochałam i będę kochać jej brata całym sercem i duszą, pomijając tę drobną niedogodność, iż obecnie jestem żoną innego mężczyzny.

Jej pierś zafalowała pod wpływem westchnienia, przymknęła na moment powieki, po czym spojrzała na mnie z uśmiechem. Tylko wargi odrobinę drżały.

– No to pięknie – podsumowała krótko pani Figg.

Zmrużyła oczy i obróciła się wokół własnej osi, oceniając rozmiary katastrofy. Balustrada u szczytu schodów została oderwana, a połamane poręcze, zadrapania na ścianie i krwawe smugi znaczyły drogę, jaką poruszał się William. Na podłodze walały się odłamki kryształowego żyrandola, mieniąc się świątecznie w strudze blasku, napływającego z otwartych na oścież drzwi wejściowych, pękniętych w kilku miejscach i chwiejących się niebezpiecznie na jednym zawiasie.

– Merde na grzance – wymamrotała pani Figg, po czym odwróciła się do mnie gwałtownie, mrużąc jeszcze bardziej paciorkowate oczy. – Gdzie jego lordowska mość?

– A – powiedziałam.

Już widziałam, że łatwo nie pójdzie. Zachowując najwyższą rezerwę w stosunku do większości ludzi, pani Figg była szczerze oddana Johnowi. Z pewnością nie ucieszy jej wieść, że został porwany przez…

– A właśnie, skoro już o tym mowa, to gdzie jest mój brat? – wtrąciła Jenny, rozglądając się dookoła, jakby się spodziewała, że Jamie wygramoli się nagle spod kanapy.

– O – wykrztusiłam. – Hmm… Cóż… – Zapowiadało się trudniej, niż przypuszczałam. Ponieważ…

– I gdzie mój słodki William? – zapytała pani Figg, węsząc w powietrzu. – Był tu, czuję smród tej jego wody kolońskiej, którą skrapia bieliznę. – Z dezaprobatą trąciła czubkiem buta kawał tynku, który odpadł od ściany.

Zaczerpnęłam głęboki haust powietrza, próbując nie tracić resztek zdrowego rozsądku.

– Pani Figg – powiedziałam – czy byłaby pani uprzejma zaparzyć nam wszystkim herbaty?

Usiadłyśmy w salonie, pani Figg zaś krążyła między nim a kuchnią, doglądając gotującej się zupy żółwiowej.

– Szkoda byłoby przypalić żółwika, nie ma co – oznajmiła z powagą, stawiając na stoliku imbryk w żółtym watowanym kubraczku. – Głównie ze względu na ilość sherry, jaką jego lordowska mość lubi w tej zupie. Poszła prawie cała butelka tego zacnego trunku, więc byłaby to niepowetowana strata.

Wnętrzności natychmiast wywróciły mi się na drugą stronę. Zupa żółwiowa z dodatkiem sporej ilości sherry wybitnie kojarzyła mi się z Jamiem, gorączkowym delirium i sposobem, w jaki kołyszący się na falach statek wspomaga akt miłosny. Z kolei kontemplowanie tych wspomnień z pewnością w najmniejszym stopniu nie pomagało skupieniu przed czekającą mnie nieuchronnie rozmową. Potarłam garbek nosa w nadziei rozproszenia niechcianych myśli. Powietrze w domu nadal zdawało się naelektryzowane.

– Skoro już mowa o sherry – przemówiłam – bądź też jakimkolwiek innym gatunku mocnego alkoholu, jaki miałaby pani pod ręką, pani Figg…

Spojrzała na mnie z namysłem, skinęła głową i sięgnęła po stojącą na kredensie karafkę.

– Brandy jest mocniejsza – powiedziała, stawiając ją przede mną.

Jenny przyjrzała mi się uważnie, po czym wzięła karafkę i nalała do mojej filiżanki solidną miarkę alkoholu. Podobnie do swojej.

– Na wszelki wypadek – oznajmiła, unosząc znacząco brew. Przez chwilę byłyśmy zajęte popijaniem z filiżanek. Wydawało mi się, że będzie potrzeba czegoś skuteczniejszego niż wzmocniona brandy herbatka, by ukoić moje skołatane ostatnimi wydarzeniami nerwy – na przykład laudanum albo wielkiej porcji czystej szkockiej whisky – ale gorący, aromatyczny napój bezsprzecznie mi pomógł. Przyjemne ciepło rozlało się po całym ciele.

– O wiele lepiej, prawda? – Jenny odstawiła filiżankę i spojrzała na mnie z wyczekiwaniem.

– Może być. – Odetchnęłam i przedstawiłam jej précis porannych wydarzeń.

Oczy Jenny niepokojąco przypominały oczy Jamiego. Wysłuchawszy mnie w milczeniu, zamrugała raz, drugi i potrząsnęła głową, jakby chciała sobie w niej przejaśnić.

– Zatem Jamie wyjechał z twoim lordem Johnem, ściga ich armia brytyjska, wysoki, gotujący się z wściekłości chłopak, którego spotkałam na schodach, jest synem Jamiego – o tak, to oczywiste, ślepy by zauważył – a w mieście roi się od brytyjskich żołnierzy. Czy to już wszystko?

– To niezupełnie mój lord John – odparłam. – Ale owszem, sytuacja mniej więcej tak właśnie wygląda. Domyślam się, że to Jamie powiedział ci o Williamie?

– Zgadza się. – Uśmiechnęła się do mnie szeroko znad filiżanki z herbatą. – Bardzo się uradowałam. Co jednak trapi tego chłopaka? Sprawiał wrażenie, że nie ustąpiłby z drogi niedźwiedziowi.

– Co ja słyszę? – przerwała nam pani Figg. Głośno postawiła na stoliku tacę ze srebrnym dzbanuszkiem na mleko i cukiernicą, która zachwiała się niebezpiecznie. – Czyim synem jest William?

Upiłam łyk herbaty na uspokojenie. Pani Figg wiedziała, że byłam żoną niejakiego Jamesa Frasera, teoretycznie po nim owdowiałą. Na tym wszakże jej wiedza się kończyła.

– Otóż – zaczęłam, gdy udało mi się już wydobyć głos – widziała tu pani zapewne przed chwilą wysokiego rudowłosego dżentelmena?

– Owszem. – Pani Figg mierzyła mnie niezbyt przychylnym spojrzeniem.

– Czy dobrze mu się pani przypatrzyła?

– Nie zwróciłam specjalnej uwagi na jego twarz, gdy stanął w drzwiach, pytając o panią, ale za to dokładnie widziałam jego plecy, kiedy przepchnął się obok mnie i popędził na górę.

– Prawdopodobnie z tej perspektywy podobieństwo mniej rzuca się w oczy. – Znów upiłam solidny łyk herbaty. – Otóż – powtórzyłam – ów dżentelmen nazywa się James Fraser i jest moim… ee… moim… – Nie mogłam użyć określenia „pierwszy mąż”, podobnie jak i „ostatni” ani też, niestety, „najnowszy”. Zdecydowałam się więc na wersję najprostszą. – Moim mężem. A także… ojcem Williama.

Pani Figg bezgłośnie poruszała ustami. Cofnęła się powoli i z miękkim sapnięciem opadła na otomanę do robótek ręcznych.

– Czy William o tym wie? – zapytała po chwili namysłu.

– Teraz już tak – odrzekłam, nieznacznym ruchem wskazując na zniszczenia dokonane na schodach, doskonale widoczne z salonu, w którym siedziałyśmy.

– Merde na… To znaczy, Baranku Boży, miej nas w swojej opiece. – Drugi mąż pani Figg był pastorem metodystów, stąd te jej pobożne wtręty, tyle że pierwszy był francuskim hazardzistą. Wbiła we mnie wzrok niczym parę sztyletów. – Pani jest jego matką?

Zakrztusiłam się łykiem herbaty.

– Nie – odparłam, ocierając brodę lnianą serwetką. – To nie jest aż tak skomplikowane. – Było dokładnie na odwrót, ale nie zamierzałam wyjaśniać, skąd się wziął Willie, ani pani Figg, ani Jenny. Jamie wyznał jej zresztą, kim była matka Williama, wątpiłam jednak, czy opisał okoliczności, w jakich owa kobieta, Geneva Dunsany, zwabiła go do swojego łoża, grożąc rodzinie jego siostry. Żaden prawdziwy mężczyzna nie zechce przyznać, że dał się skutecznie zaszantażować osiemnastoletniemu dziewczęciu.

– Lord John został prawnym opiekunem Williama po śmierci dziadka chłopaka, wówczas też ożenił się z lady Isobel Dunsany, siostrą matki Williego. Wychowywała ona siostrzeńca, gdyż jego matka zmarła przy porodzie. Oboje z lordem Johnem byli dla niego czułymi rodzicami. Isobel osierociła chłopca, gdy miał jakieś jedenaście lat.

Pani Figg przyjęła te wyjaśnienia ze zrozumieniem, nie dała się jednak odciągnąć od głównego wątku.

– James Fraser – powiedziała, postukując palcami w kolano i kiwając oskarżycielsko głową do Jenny. – Jakim cudem on żyje? Doszły nas słuchy, że utonął. – Przeniosła na mnie pełen potępienia wzrok. – Myślałam, że jego lordowska mość rzuci się do morza, kiedy się o tym dowiedział.

Zadrżałam na to wspomnienie i na moment zamknęłam oczy. Choć nadal czułam ciepły dotyk Jamiego, a serce radowało się jego niedawnym widokiem, trudno mi było nie przeżywać na nowo straszliwego bólu, z jakim przyjęłam wieść o jego śmierci w odmętach.

– Mogę oświecić panią przynajmniej w tej kwestii.

Otworzyłam oczy i ujrzałam, że Jenny wrzuca kostkę cukru do świeżo nalanej herbaty, kiwając głową do pani Figg.

– Ja i mój brat mieliśmy wypłynąć z Brestu statkiem zwącym się „Euterpe” zaczęła opowieść. – Ale kapitan, złodziej o czarnym sercu, wyszedł z portu bez nas. No i doigrał się – orzekła, marszcząc brwi.

W istocie. „Euterpe” zatonęła podczas sztormu na Atlantyku, nikt nie zdołał się uratować. Tak przynajmniej powiedziano mnie i Johnowi Greyowi.

– Jamie znalazł dla nas inny statek, który wysadził nas na ląd w Wirginii. Musieliśmy posuwać się w górę wybrzeża już to wozem konnym, już to łodzią, pilnując, by trzymać się z dala od żołnierzy. Te igiełki przeciw chorobie morskiej, które dałaś Jamiemu, zdziałały cuda – wtrąciła skierowaną do mnie pochwałę. – Pokazał mi, jak mam je wkłuwać. Wczoraj przybyliśmy do Filadelfii – ciągnęła – i nocą niczym para złodziei zakradliśmy się do miasta. Skierowaliśmy się prosto do drukarni Fergusa. Dobry Boże, dziesiątki razy myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi!

Uśmiechnęła się na to wspomnienie, a mnie uderzyła zmiana, jaka w niej zaszła. Na jej twarzy wciąż widniał cień smutku, była chuda i zmęczona podróżą, lecz potworne napięcie, związane z długim umieraniem jej męża Iana, zelżało. Znów miała rumieńce i jasne spojrzenie, jakie widziałam u niej przy naszym poznaniu przed trzydziestu laty. Pomyślałam, że odnalazła wreszcie spokój, i poczułam wdzięczność kojącą mą duszę.

– …Jamie stuka do tylnego wejścia, lecz nikt się nie odzywa, choć przez szpary w okiennicach widzimy blask ognia. No więc stuka ponownie, tym razem do rytmu – Jenny zabębniła lekko w blat stolika, bump-ba-da-bump-ba-da-bump-bump-bump, a mnie ścisnęło się serce, bo rozpoznałam temat z Samotnego jeźdźca, którego nauczyła go Brianna. – Po pewnym czasie – ciągnęła – kobiecy głos krzyknął głośno: „Kto tam?!”, na co Jamie odpowiedział po gaelicku: „Twój ojciec, moja córko, a zarazem zdrożony, zziębnięty, mokry i bardzo głodny człowiek”. Albowiem lało jak z cebra i oboje byliśmy przemoczeni do suchej nitki.

Odchyliła się do tyłu, wyraźnie rada z opowieści.

– Wtedy drzwi uchyliły się odrobinę i ukazała się Marsali z wielgachnym pistoletem, a za nią jej dwie dziewczyny w groźnej postawie archaniołów, z drewnianymi pałkami w rękach, gotowe przejechać złodziejowi po piszczelach. Jak tylko zobaczyły Jamiego, wszystkie trzy wrzasnęły tak głośno, że umarły by się obudził, rzuciły się na niego i wciągnęły do środka, paplając jedna przez drugą, wykrzykując powitania i pytając, czy aby nie jest duchem i czemu się nie utopił, i właśnie wtedy dowiedzieliśmy się, że „Euterpe” zatonęła. – Przeżegnała się, kręcąc głową. – Biedacy, niech spoczywają w spokoju.

Ja również uczyniłam znak krzyża i pochwyciłam przy tym kose spojrzenie pani Figg; nie wiedziała, że jestem papistką.

– Oczywiście ja także weszłam do środka – mówiła dalej Jenny – i stałam niezauważona, podczas gdy wszyscy dawaj się przekrzykiwać i latać po całym domu w poszukiwaniu suchego przyodziewku i gorących napojów. Rozglądałam się dokoła, bo jeszcze nigdy nie byłam w drukarni i zapach papieru, ołowiu i farby drukarskiej był dla mnie nowością, aż tu nagle czyjaś rączka ciągnie mnie za spódnicę i śliczny chłopaczek zagaduje: „A kim pani jest, madame? Czy chciałaby się pani napić cydru?”.

– Henri-Christian – mruknęłam, uśmiechając się na wspomnienie najmłodszego dziecka Marsali, a Jenny przytaknęła.

– „Jestem twoją babcią, synku, mam na imię Janet”, powiadam, a jego oczy robią się okrągłe jak spodki, wrzeszczy piskliwie i rzuca się na mnie, obejmując za nogi tak mocno, że tracę równowagę i upadam na kanapę. Mam na tyłku siniak wielkości twojej dłoni – zwróciła się do mnie półgębkiem.

Poczułam, że napięcie, którego istnienia sobie nie uświadamiałam, nieco ze mnie opadło. Jenny wiedziała, rzecz jasna, że Henri-Christian urodził się karłem, ale wiedzieć, a przekonać się na własne oczy to nie to samo. Najwyraźniej jednak nie dla niej.

Pani Figg przysłuchiwała się tej relacji z zainteresowaniem, zachowując jednakowoż rezerwę. Na wzmiankę o drukarni wyraźnie się nastroszyła.

– Ci ludzie… Marsali jest w takim razie pani córką, ma’am? – Czytałam w jej myślach. Cała Filadelfia wiedziała, że Jamie jest rebeliantem, a co za tym idzie, pewnie ja także. To właśnie groźba natychmiastowego aresztowania mnie w związku z zamieszkami po rzekomej śmierci Jamiego skłoniła Johna, aby nalegać na nasze małżeństwo. Wzmianka o istnieniu drukarni w okupowanej przez Brytyjczyków Filadelfii prowokowała pytania, co takiego jest mianowicie drukowane i przez kogo.

– Nie, jej mąż jest adoptowanym synem mojego brata – wytłumaczyła Jenny. – Ja jednak wychowywałam Fergusa od małego, więc jest również moim przybranym synem. Tak my, górale szkoccy, rozumiemy więzi pokrewieństwa.

Pani Figg zamrugała nerwowo. Do tej pory dzielnie usiłowała porządkować w pamięci listę kolejnych postaci, teraz jednak dała sobie z tym spokój i tylko energicznie pokręciła głową, zamiatając przy tym różowymi wstążkami u czepka.

– W takim razie dokąd, u diabła, to znaczy, na Boga, udał się pani brat ze szlachetnym lordem? – zadała pytanie. – Czyżby do wspomnianej drukarni?

– Wątpię – odparłam. – Prawdopodobnie wyjechał z miasta, wykorzystując Johna, to znaczy jego lordowską mość, jako zakładnika, aby w razie czego bezpiecznie ominąć posterunki. Zapewne puści go wolno, gdy oddalą się na znaczną odległość.

Pani Figg mruknęłą z dezaprobatą.

– A może skieruje się do Valley Forge i odda go w ręce rebeliantów.

– O, nie wydaje mi się – wtrąciła pocieszająco Jenny. – Na co im on, sama powiedz?

Pani Figg żachnęła się z oburzenia, że ktoś mógłby nie cenić jego lordowskiej mości tak wysoko jak ona, lecz po chwili dąsania się uznała, że to całkiem możliwe.

– Nie miał na sobie munduru, prawda, proszę pani? – zapytała mnie, marszcząc brwi. Potrząsnęłam głową. John nie był w służbie czynnej. Miał status dyplomaty, choć ściśle biorąc, nie przestał być podpułkownikiem w pułku swego brata, w związku z czym zdarzało mu się wkładać mundur z okazji ceremonialnych lub gdy chciał wywrzeć szczególne wrażenie, lecz oficjalnie wystąpił z armii i w zwykłym ubraniu byłby raczej wzięty za cywila, a nie za byłego żołnierza, stąd też wątpliwe, by zainteresowały się nim wojska generała Waszyngtona, stacjonujące w Valley Forge.

Zresztą nie sądziłam, by Jamie tam właśnie się udał. Wiedziałam bez cienia wątpliwości, że wróci tutaj. Po mnie.

Ta myśl rozkwitła w mym podbrzuszu i rozlała się falą gorąca po całym ciele, więc szybko nachyliłam twarz nad filiżanką, by ukryć jaskrawy rumieniec.

Jamie żyje. Pieściłam te słowa, tuliłam je w sercu. Żyje. Choć radowała mnie wizyta Jenny, a zwłaszcza wyciągnięcie w moją stronę gałązki oliwnej, w istocie pragnęłam pobiec na górę, zamknąć się w swojej sypialni i oparłszy się mocno o ścianę, przeżywać wciąż na nowo każdą sekundę, jaka nastąpiła po tym, gdy wszedł do pokoju, wziął mnie w ramiona i całował, przyciskając do ściany, a jego obecność, raptem tak zwyczajna, choć przecież nieoczekiwana, oszołomiła mnie tak silnie, że zakręciło mi się w głowie i byłabym upadła, gdyby mnie nie podtrzymał.

On żyje, powtarzałam w duchu. Żyje.

Nic innego nie miało znaczenia. Chociaż przemknęło mi krótko przez myśl, jak też postąpił z Johnem.

4. Nie zadawaj pytań, na które nie chcesz poznać odpowiedzi

W lasach, godzinę drogi od Filadelfii

John Grey z rezygnacją przyjmował myśl o śmierci. Spodziewał się jej od momentu, gdy wypalił: „Poznałem cieleśnie twoją żonę”. Zadawał sobie tylko pytanie, czy Fraser go zastrzeli, pchnie nożem, czy też raczej udusi gołymi rękami.

To, że zraniony małżonek popatrzy na niego bez emocji i spyta krótko: „Naprawdę? Dlaczego?”, było nie tylko nieoczekiwane, lecz także… haniebne. Bezsprzecznie obraźliwe.

– Dlaczego? – powtórzył John Grey z niedowierzaniem. – Czy powiedziałeś: dlaczego?

– W rzeczy samej. I chętnie posłucham odpowiedzi.

Teraz, kiedy Grey otworzył oboje oczu, dostrzegał, że zewnętrzny spokój Frasera nie jest wcale tak niezachwiany, jak się wydawało. Na skroni pulsowała mu żyłka i przeniósł ciężar z nogi na nogę, jak człowiek, który spodziewa się burdy w gospodzie; nie chce wprawdzie używać przemocy, lecz sposobi się na tę okoliczność. Grey poczuł się przez to dziwnie uspokojony.

– Co masz na myśli mówiąc: dlaczego, do jasnej cholery? – spytał z nagłą irytacją. – I jakim cudem nie jesteś martwy, co?

– Sam często się nad tym zastanawiam – odrzekł Fraser uprzejmie. – Domyślam się, że byłeś pewien, iż nie żyję?

– Owszem, tak samo zresztą twoja żona! Czy zdajesz sobie sprawę, jak tragicznym ciosem była dla niej wiadomość o twojej śmierci?

Ciemnobłękitne oczy zwęziły się odrobinę.

– Czy sugerujesz, że przeżyła to tak ciężko, iż postradała zmysły i siłą wciągnęła cię do swojego łoża? Ponieważ – ciągnął, nie dając wzburzonemu Greyowi czasu na odpowiedź – o ile nie mylę się całkowicie co do zalet twego charakteru, jedynie przemoc mogłaby cię skłonić do podjęcia takiego działania. A może jednak jestem w błędzie?

Oczy pozostały zwężone. Grey wpatrywał się w nie bez mrugnięcia. Po chwili przymknął powieki i mocno potarł twarz obiema rękami, jak człowiek obudzony z koszmaru. Opuścił ręce i otworzył oczy.

– Nie mylisz się – odrzekł przez zaciśnięte zęby. – A jednak jesteś w błędzie.

Fraser uniósł krzaczaste brwi, zdaniem Greya prawdziwie zdumiony.

– Poszedłeś do niej, ponieważ… Wskutek pożądania? – spytał podniesionym głosem. – A ona cię wpuściła? Za nic w to nie uwierzę!

Rumieniec piął się po opalonej szyi jak pnącze róży. Grey nieraz widywał już tę reakcję i lekkomyślnie uznał, że najlepszą – i jedyną – obroną będzie pierwszemu stracić opanowanie. Uchwycił się tego z prawdziwą ulgą.

– Myśleliśmy, że nie żyjesz, ty cholerny głupku! – wykrzyknął z furią. – Oboje byliśmy o tym przekonani! Miałeś być martwy! Pewnego wieczora wypiliśmy stanowczo za dużo… naprawdę przesadziliśmy… Rozmawialiśmy o tobie i… Cholera, nie kochaliśmy się wcale ze sobą, oboje pieprzyliśmy się z tobą!

Na twarzy Frasera odmalowała się kompletna konsternacja, bezgłośnie otworzył usta. Przez ułamek sekundy Grey rozkoszował się tym widokiem, po czym pięść wielka jak bochen trafiła go pod żebro i runął w tył, przeszedł chwiejnie kilka kroków i zwalił się ciężko na ziemię. Leżał bez tchu wśród zeschłych liści, łowiąc ustami powietrze jak ryba wyrzucona na piasek.

Niech będzie, pomyślał. A zatem gołe ręce.

W tej samej chwili ręce chwyciły go za kołnierz i mocnym szarpnięciem postawiły na nogi. Udało mu się utrzymać pion, płuca dostały pierwszy haust powietrza. Twarz Frasera znajdowała się o kilka centymetrów od jego twarzy. Tak blisko, że nie mógł rozeznać jej wyrazu, widział jedynie dwoje nabiegłych krwią niebieskich oczu, z których wyzierało szaleństwo. To wystarczyło. Czuł się teraz całkiem spokojny. To nie potrwa długo.

– Opowiesz mi szczegółowo, co wtedy zaszło, ty mały brudny zboczeńcu – szepnął Fraser, owiewając Greya gorącym, cuchnącym piwem oddechem. Potrząsnął go lekko za ramiona. – Przytoczysz każde słowo. Każdy gest. Wszystko.

Grey odzyskał już mowę.

– Nie – odparł z uporem. – No dalej, możesz mnie zabić.

Fraser potrząsnął nim tak silnie, że zęby zagrzechotały boleśnie i ugryzł się w język. Wydał zduszony jęk, a cios, którego nie przewidział, trafił go w lewe oko. Znowu upadł na ziemię, przed oczami zatańczyła feeria barw i czarnych punkcików, w nozdrza uderzył przenikliwy odór rozkładu i pleśni. Fraser jeszcze raz szarpnął go za kołnierz i postawił na nogi, po czym znieruchomiał, próbując się prawdopodobnie zastanowić, jak dalej poprowadzić proces wiwisekcji.

Grey miał w uszach szum krwi i ciężkie dyszenie Frasera, niczego więc nie usłyszał, kiedy jednak ostrożnie odemknął zdrowe oko, by ocenić, skąd przyjdzie kolejny cios, dostrzegł nieznajomego mężczyznę. Zza pobliskiego drzewa wychylał się potężnie zbudowany brudny włóczęga w wystrzępionej koszuli, gapiąc się na nich tępo.

– Jethro! – krzyknął, zaciskając dłonie na strzelbie.

Z zarośli wyłoniła się grupa mężczyzn. Kilku miało na sobie obszarpane mundury, ale większość ubrania cywilne, chociaż z dodatkiem dziwacznych „wolnościowych” czapek, zrobionych z wełny na drutach, ciasno dopasowanych na czołach i uszach. W załzawionych oczach Greya prezentowali się jak groźni bliźniacy.

Żony, których dziełem były zapewne owe nakrycia głowy, wydziergały na otokach hasła: WOLNOŚĆ i NIEPODLEGŁOŚĆ, aczkolwiek jedna szczególnie krwiożercza osóbka opatrzyła mężowską czapkę rozkazem: ZABIJ! Grey spostrzegł, że jej właściciel jest mężczyzną drobnej budowy i wzrostu, w okularach o połamanych oprawkach.

Na dźwięk kroków Fraser znieruchomiał, po czym odwrócił się jak niedźwiedź osaczony przez sforę psów. Psy przystanęły raptownie w bezpiecznej odległości.

Grey przycisnął rękę do wątroby, która wedle jego mniemania prawdopodobnie była pęknięta, i ciężko dyszał. Wiedział, że musi jak najprędzej odzyskać oddech i mowę.

– Ktoś ty?! – zawołał jeden z mężczyzn, wojowniczo dziabiąc Jamiego końcem długiego kija.

– Pułkownik James Fraser, karabinierzy Morgana – odrzekł chłodno Fraser, ignorując zaczepkę. – A ty?

Na twarzy mężczyzny odmalował się niepokój, szybko jednak pokryty chełpliwością w głosie.

– Kapral Jethro Woodbine, zwiadowcy Dunninga – odpowiedział szorstko. Skinął głową w stronę swych towarzyszy, którzy natychmiast otoczyli polanę. – Kim jest pański jeniec?

Grey poczuł skurcz żołądka, bolesny, zważywszy na żałosny stan wątroby. Nie czekając, aż Jamie się odezwie, odrzekł przez zaciśnięte zęby:

– Jestem lord John Grey, choć to wcale nie twój interes. – Myśli skakały mu po głowie jak pchły, usiłował bowiem wykalkulować, czy szanse na przeżycie są większe z Jamiem Fraserem, czy raczej z bandą obszarpańców. Jeszcze przed chwilą był pogodzony z myślą, że zginie z ręki Jamiego, lecz jak to często bywa, zamysł wydawał się bardziej atrakcyjny niż jego realizacja.

Odpowiedź wprawiła chyba mężczyzn w zakłopotanie, zaczęli bowiem szeptać i popatrywać na niego z powątpiewaniem.

– Nie ma na sobie munduru – rzekł jeden półgłosem do kolegi. – Chyba nie jest żołnierzem. A skoro tak, to nic on nas nie obchodzi, prawda?

– Przeciwnie, obchodzi – oświadczył Woodbine, odzyskując pewność siebie. – A jeśli pułkownik Fraser wziął go do niewoli, to przypuszczam, że miał dobry powód? – Mimo woli podniósł pytająco głos. Jamie nie odpowiedział, nie spuszczając wzroku z Greya.

– To żołnierz. – Głowy obróciły się gwałtownie, by sprawdzić, kto przemówił. Okazało się, że to niski człowieczek w popękanych okularach, które przytrzymywał ręką, by móc lepiej widzieć Greya. Wodnisto niebieskie oko przyjrzało mu się uważnie i mężczyzna skinął, tym razem z większą pewnością. – To żołnierz – powtórzył. – Widziałem go w Filadelfii, jak siedział w mundurze na ganku domu przy Chestnut Street, tak blisko jak teraz. Jest oficerem – dodał niepotrzebnie.

– Mylisz się, on wcale nie jest żołnierzem – zaprzeczył Fraser, świdrując człowieczka stanowczym spojrzeniem.

– Przecież go widziałem – wymamrotał mężczyzna. – Na własne oczy. Miał złoty galon – dodał niemal niesłyszalnym szeptem, spuszczając wzrok.

– Aha. – Jethro Woodbine zbliżył się do Greya i przyjrzał mu się badawczo. – Czy zechciałby pan to wytłumaczyć, lordzie Grey?

– Lordzie Johnie – odparł Grey opryskliwie i dyskretnie usunął z ust kawałek zeschłego liścia. – Nie jestem członkiem Izby Lordów, jest nim mój starszy brat. Grey to moje nazwisko rodowe. Owszem, byłem kiedyś żołnierzem, nadal mam rangę podpułkownika, ale skończyłem już czynną służbę. Czy to wystarczy, czy też pragnie się pan dowiedzieć, co jadłem dzisiaj na śniadanie?

Celowo starał się ich poróżnić, podjął już bowiem decyzję, choć jeszcze nie w pełni świadomie: wolał się udać z Woodbine’em i znosić jego dalsze nieufne wypytywania niż zostać tutaj, zdany na łaskę Jamiego Frasera. Fraser przyglądał mu się bacznie spod zmrużonych powiek. Grey z trudem zwalczył chęć odwrócenia wzroku.

To szczera prawda – powtarzał wyzywająco w duchu. Powiedziałem ci szczerą prawdę. Więc teraz już wiesz.

A owszem – odpowiadało posępne spojrzenie Frasera. Wydaje ci się, że będę tak sobie z tym żył?

– On nie jest żołnierzem – odezwał się Fraser z uporem, celowo odwracając się plecami do Greya i całą uwagę skupiając na Woodbinie. – Jest moim jeńcem, ponieważ pragnę mu zadać kilka pytań.

– W jakiej sprawie?

– To nie pańska rzecz, panie Woodbine – odparł Jamie cichym, ale groźnym tonem. Jethro Woodbine nie zamierzał jednak pozwolić, by ktokolwiek rozstawiał go po kątach.

– Sam będę decydował, co jest moją rzeczą, a co nie. Sir – dodał po wyraźnej pauzie. – Skąd niby mamy wiedzieć, że jest pan tym, za kogo się podaje, hę? Nie nosi pan munduru. Czy któryś z was, koledzy, zna tego człowieka?

Koledzy, zagadnięci w ten sposób, popatrzyli po sobie niepewnie, parę głów pokręciło się przecząco.

– No cóż – oznajmił ośmielony Woodbine. – Skoro nie potrafi pan dowieść, kim jest pański jeniec, to myślę, że zabierzemy go teraz do obozu i porządnie wypytamy. – Uśmiechnął się nieprzyjemnie pod wpływem myśli, która widocznie przyszła mu nagle do głowy. – Może powinniśmy zabrać także i pana…

Fraser stał nieruchomo, oddychając powoli i przyglądając się Woodbine’owi wzrokiem tygrysa, który ma przed sobą jeża: tak, mógłby go pożreć, ale czy warto narażać się na taką niedogodność?

– Bierzcie go, jeśli chcecie – przemówił, odstępując od Greya. – Mam inne, niecierpiące zwłoki sprawy.

Woodbine spodziewał się sprzeczki; zamrugał, zaskoczony, i uniósł nieco swój kij, ale się nie odezwał, gdy Fraser skierował kroki w stronę lasu. Dotarłszy do linii drzew, Jamie odwrócił się i posłał Greyowi mroczne spojrzenie.

– Jeszcze ze sobą nie skończyliśmy, sir – powiedział.

Grey wyprostował się z wysiłkiem, próbując ignorować obolałą wątrobę i łzy cieknące z podbitego oka.

– Do usług, sir – odwarknął. Fraser spiorunował go wzrokiem i wkroczył między drzewa, zupełnie nie zwracając uwagi na Woodbine’a i jego ludzi. Niektórzy z nich spojrzeli na kaprala, na którego twarzy malowało się niezdecydowanie. Grey go nie podzielał. Zanim wysoka postać Frasera na dobre znikła mu z oczu, przyłożył zwinięte dłonie do ust i krzyknął: – Ni diabła nie jest mi przykro!

5. Młodzieńcze namiętności

Chociaż Jenny z ogromnym zaciekawieniem słuchała opowieści o Williamie i dramatycznych okolicznościach, w jakich dowiedział się, kto jest jego ojcem, jej prawdziwe zainteresowanie tyczyło innego młodzieńca.

– Czy wiesz, gdzie przebywa Młody Ian? – spytała ciekawie. – I czy odnalazł tę młodą kobietę, kwakierkę, o której opowiadał ojcu?

Uspokoiłam się nieco na te słowa; Młody Ian i Rachel Hunter nie znajdowali się, dzięki Bogu, na liście osób mogących stworzyć potencjalnie groźne sytuacje. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

– Tak, odnalazł ją – odrzekłam z uśmiechem. – Co się zaś tyczy tego, gdzie obecnie przebywa… Nie widziałam go od wielu dni, ale to nic nadzwyczajnego, gdyż często wyjeżdża na dość długo. Czasem działa jako zwiadowca Armii Kontynentalnej, chociaż ostatnio rzadko jest taka potrzeba, od dawna bowiem wojsko przebywa na zimowej kwaterze w Valley Forge. Ze względu na Rachel Ian spędza tam jednak sporo czasu.

– Jak to? – zdziwiła się Jenny – A cóż ona tam robi? Czy kwakrzy nie potępiają wojen i przemocy?

– Na ogół tak, ale jej brat Denzell jest lekarzem wojskowym, i to prawdziwym lekarzem, a nie felczerem czy weterynarzem, jacy zazwyczaj trafiają do armii, i od listopada przebywa w Valley Forge. Rachel czasem bywa w Filadelfii. Może swobodnie przekraczać posterunki, więc przynosi ze sobą żywność i inne artykuły pierwszej potrzeby. Głównie jednak pracuje z Dennym, pomaga mu pielęgnować pacjentów, więc widuje się ją tutaj raczej rzadko.

– Opowiedz mi o niej – poprosiła Jenny, nachylając się do mnie z uwagą. – Czy to dobra dziewczyna? Jak sądzisz, czy kocha Młodego Iana? Z tego, co on mi mówił, jest w niej bez pamięci zakochany, lecz jeszcze jej tego nie powiedział, nie wie bowiem, jak ona to przyjmie… Nie jest pewien, czy będzie chciała mieć z nim do czynienia… zważywszy na to, kim jest. – Krótki, zamaszysty gest opisywał całą historię i charakter Młodego Iana, od czasów chłopaka z Highland do wojownika Mohawków. – Dobry Bóg wie, że nigdy nie będzie z niego przyzwoity kwakier, i spodziewam się, że Młody Ian także jest tego świadomy.

Roześmiałam się na tę myśl, choć w gruncie rzeczy sprawa była poważna; nie wiedziałam, jak rada starszych kwakrów może przyjąć propozycję takiego związku, choć byłam skłonna przypuszczać, iż reakcje mogą być pełne rezerwy. Oczywiście nie wiedziałam nic na temat małżeństw kwakrów.

– To bardzo dobra dziewczyna – pośpieszyłam z zapewnieniem. – Szalenie wrażliwa, inteligentna i najwyraźniej zakochana w Ianie, choć nie przypuszczam, żeby mu to wyjawiła.

– Hm… Czy znasz jej rodziców?

– Nie, oboje zmarli, gdy była jeszcze mała. Wychowała ją owdowiała kwakierka, a kiedy Rachel dorosła, zaczęła prowadzić dom bratu. Miała wtedy szesnaście lat.

– Mowa o tej małej kwakierce? – Pani Figg wniosła wazon letnich róż, roztaczających słodki zapach mirry. Jenny wciągnęła haust aromatycznego powietrza i usiadła prosto. – Mercy Woodcock wysoko ją ceni. Dziewczyna odwiedza jej dom zawsze, kiedy przyjeżdża do miasta. Składa wizytę temu młodzieńcowi.

– Młodzieńcowi? – spytała Jenny, ściągając brwi ze zdziwieniem.

– Chodzi o Henry’ego, kuzyna Williama – pośpieszyłam z wyjaśnieniem. – Denzell i ja przeprowadziliśmy na nim w zimie trudną operację. Rachel zna zarówno Williama, jak i Henry’ego; bardzo miło z jej strony, że sprawdza, jak chłopak się czuje. Pani Woodcock wynajmuje mu mieszkanie.

Przypomniało mi się, że sama zamierzałam dziś odwiedzić Henry’ego. Chodziły słuchy o wycofaniu się Brytyjczyków z miasta i musiałam sprawdzić, czy jego stan jest na tyle dobry, by mógł ruszyć w podróż. Gdy zajrzałam do niego przed tygodniem, czuł się nieźle, ale mógł zrobić ledwie kilka kroków, wsparty na ramieniu pani Woodcock.

A co z Mercy Woodcock? – pomyślałam, czując nieprzyjemny skurcz w żołądku. Zarówno dla mnie, jak i dla Johna było całkowicie jasne, że między wolną czarnoskórą kobietą i jej młodym, arystokratycznym lokatorem rozwija się poważne i coraz głębsze uczucie. Poznałam męża Mercy, ciężko rannego, przed rokiem, podczas wyjścia z Fortu Ticonderoga, a ponieważ kontakt się urwał i wszelki słuch o nim zaginął, przypuszczałam, że dostał się do angielskiej niewoli i wkrótce umarł.

Mimo to możliwość cudownego zmartwychwstania Waltera Woodcocka – ostatecznie takie rzeczy się zdarzają, pomyślałam, czując, jak rośnie we mnie bańka radości – była najmniejszym problemem. Nie mogłam sobie wyobrazić, że brat Johna, szalenie stanowczy książę Pardloe, ucieszy się na wieść, iż jego najmłodszy syn zamierza się ożenić z wdową po stolarzu, pomijając już kolor jej skóry.

A skoro mowa o kwakrach, była jeszcze przecież jego córka Dottie, zaręczona z Denzellem Hunterem. Ciekawe, co książę sądzi na ten temat. John, który lubił zakłady, obstawiał wybuch piekielnej awantury.

Potrząsnęłam głową, odganiając niepotrzebne myśli o sprawach, na które nie miałam żadnego wpływu. Podczas mej krótkiej zadumy Jenny i pani Figg wdały się w rozmowę o Williamie i jego nagłym zniknięciu ze sceny.

– Dokąd też on się udał, bardzom ciekawa. – Pani Figg przeniosła zatroskany wzrok na ścianę przy schodach, na której pozostały pobrudzone krwią ślady po pięściach Williama.

– Poszedł poszukać flaszki, bijatyki albo kobiety – oznajmiła Jenny z niezachwianą pewnością żony, siostry i matki kilku synów. – Bądź też wszystkiego naraz.

Aleja Elfretha

Minęło południe, a jedynym odgłosem, jaki dochodził Williama, gdy nieznajoma wiodła go wydeptanymi schodami na górę do swego pokoju, były ściszone kobiece śmiechy i rozmowy. W salonie, przez który przeszli, było pusto, nikt też za nimi nie wyjrzał. William doznał osobliwego wrażenia, że jest niewidzialny. Przyniosło mu ono pociechę; nie mógł znieść samego siebie.

Dziewczyna weszła pierwsza i otworzyła okiennice. Chciał ją poprosić, by je na powrót zamknęła; w jaskrawym blasku słońca czuł się straszliwie odsłonięty i bezbronny. Lecz przecież było lato, a pokój gorący i duszny, William zdążył się już obficie spocić. Wionęło świeże powietrze, ciężkie od zapachu drzewnych soków po niedawnym deszczu. Promienie słońca zalśniły na czubku głowy dziewczyny niczym na gładkiej powierzchni świeżo wyjętego z łupiny kasztana. Odwróciła się do niego z uśmiechem.

– No, wszystko po kolei – oznajmiła z ożywieniem. – Zdejmij kurtkę i kamizelkę, bo się udusisz. – Nie czekając, aż William skorzysta z jej propozycji, podeszła do stojącej na zniszczonym drewnianym blacie miski i nalała do niej wody z dużego dzbana. Gestem przywołała Williama do tej umywalni, pokazując mu leżący tam ręcznik i kawałek mydła. – Przyniosę nam coś do picia, dobrze? – Odeszła, znowu nie czekając na odpowiedź. Bose stopy zatupały na drewnianych stopniach schodów.

William odruchowo zaczął się rozbierać. Tępo rzucił okiem na miskę, ale potem przypomniał sobie, że w lepszych przybytkach oczekiwano, iż to mężczyzna pierwszy obmyje części intymne. Zetknął się już raz wcześniej z tym obyczajem, wówczas jednak to dziewka dokonała za niego aktu ablucji, namydliwszy go tak dokładnie i skutecznie, że nasienie wytrysnęło wprost do miski.

Na to wspomnienie twarz Williama oblekła się rumieńcem. Zaczął rozpinać rozporek tak niecierpliwie, że urwał guzik. Nadal był roztrzęsiony, trawiony gorączką, lecz teraz miało to więcej wspólnego z pożądaniem.

Klnąc pod nosem, szarpał odzież drżącymi palcami, a pokaleczone kostki przywiodły mu na myśl bezceremonialne opuszczenie domu ojca… Nie, nie ojca. Lorda Johna.

– Ty cholerny sukinsynu! – wymamrotał z furią. – Wiedziałeś! Wiedziałeś przez cały ten czas! – Rozwścieczyło go to nawet bardziej niż przerażające wieści o tym, czyim właściwie jest synem. Ojczym, którego tak bardzo kochał, któremu ufał bardziej niż komukolwiek na świecie – lord John przeklęty Grey! – okłamywał go przez całe życie!

Wszyscy go okłamali.

Wszyscy.

Poczuł się tak, jakby załamała się pod nim skorupa zmarzniętego śniegu i nieoczekiwanie wpadł do lodowatej rzeki. Dusił się pod lodem w czarnej otchłani, bezradny, nie mogąc wydobyć głosu, a serce ściskał coraz mocniej śmiertelny chłód.

Dobiegł go z tyłu jakiś szmer, więc instynktownie okręcił się na pięcie, i dopiero przestraszona twarz młodej dziewki uświadomiła mu, że stoi czerwony, zapłakany, z rozpiętym rozporkiem i mokrym przyrodzeniem w ręku.

– Wynoś się – wychrypiał, gorączkowo usiłując uporządkować ubranie.

Nie posłuchała, lecz zbliżyła się do niego, trzymając w jednej ręce karafkę, a w drugiej dwa cynowe kubki.

– Czy dobrze się czujesz? – spytała, zerkając na niego z ukosa. – Chcesz, naleję ci miarkę trunku. A potem mi wszystko opowiesz.

– Nie!

Podeszła jeszcze bliżej, tym razem powoli, niepewnie. Dojrzał przez łzy, że wargi drgnęły jej lekko na widok żałosnego stanu jego męskości.

– Chciałam, żebyś obmył te pokaleczone ręce – wyjaśniła, z trudem tłumiąc śmiech. – Przecież widzę, że prawdziwy z ciebie dżentelmen.

– Nieprawda!

Zamrugała.

– Czy to obraźliwe nazwać cię dżentelmenem?

Ogarnięty nagłą furią rzucił się naprzód na oślep, wytrącając jej przy tym karafkę. Szkło i tanie wino rozprysły się na podłodze, a dziewczyna krzyknęła, gdy czerwone krople pobrudziły jej halkę.

– Ty sukinsynu! – wrzasnęła piskliwie i zamachnąwszy się, rzuciła w niego kubkami. Nie trafiła i naczynia potoczyły się z brzękiem po podłodze. Podbiegła do drzwi, wołając głośno: – Ned! Ned!

Chciał tylko, żeby przestała tak krzyczeć, przestała wzywać na pomoc osiłka, zatrudnionego przez przybytek do ochrony. Zakrył jej usta i odciągnął od drzwi, wolną ręką próbując okiełznać jej dziko wymachujące ramiona.

– Przepraszam, przepraszam! – powtarzał. – Nie chciałem… nie chcę… Ech, do stu tysięcy piorunów! – Niespodziewanie trafiła go łokciem w nos, więc ją wypuścił i cofnął się chwiejnie, zakrywając twarz rękami. Krew skapywała spod palców na podłogę.

Na policzkach dziewczyny zostały czerwone pręgi, oczy miotały iskry gniewu. Cofnęła się, ocierając usta wierzchem dłoni.

– Wynoś się! – wysapała.

Nie musiała mu tego powtarzać. Wybiegł pędem, odepchnął gwałtownie gnającego po schodach mężczyznę i wypadł na ulicę, gdzie dopiero sobie uzmysłowił, że jest w samej koszuli i ma niezapięte spodnie.

– Ellesmere! – wykrzyknął czyjś głos z najwyższym zdumieniem.

Ku swemu przerażeniu spostrzegł, że jest ośrodkiem zainteresowania grupy angielskich oficerów, w tym samego Alexandra Lindsaya.

– Dobry Boże, Ellesmere, co ci się stało? – Sandy pośpieszył mu z pomocą, wyjmując z kieszeni dużą śnieżnobiałą chustkę. Przytknął ją Williamowi do nosa i ścisnąwszy mocno, próbował go skłonić, by odchylił głowę do tyłu.

– Czy zostałeś napadnięty i obrabowany? – zapytał inny. – Boże, co za okropne miejsce!

W ich towarzystwie znalazł natychmiastową pociechę, zarazem jednak odczuł zakłopotanie. Nie należał już teraz do ich grona.

– Więc jak? Czy to był napad rabunkowy? – wypytywał go jeden z oficerów, rozglądając się gorliwie dokoła. – Znajdziemy drani, przysięgam na honor! Odzyskamy twoją własność i damy nauczkę winnym!

Krew ściekała Williamowi po brodzie i szyi. Zakaszlał, czując w ustach jej żelazisty smak, próbując jednocześnie skinąć głową i wzruszyć ramionami. To prawda, został obrabowany. Ale nikt nigdy nie zdoła zwrócić mu tego, co dzisiaj utracił.

6. Pod moją opieką

Dzwon kościoła prezbiteriańskiego wybił wpół do drugiej i mój żołądek zaburczał do wtóru, przypominając mi, że zajęta wieloma sprawami, nie zdążyłam jeszcze zjeść drugiego śniadania.

Jenny przekąsiła wprawdzie coś u Marsali i dzieciaków, ale była gotowa spożyć jajko, gdyby miała taką okazję, więc posłałam panią Figg do kuchni i po niespełna dwudziestu minutach zajadałyśmy już jajka na miękko, smażone sardynki oraz – z braku drożdżowego placka – grube drożdżowe naleśniki posmarowane masłem i miodem, których Jenny nigdy nie widziała na oczy, mimo to rzuciła się na nie skwapliwie.

– Patrzcie no, chłoną słodycz jak gąbka! – dziwowała się, naciskając je widelcem i powoli puszczając. – Całkiem inne niż zwykłe placki! – Zerknęła przez ramię, po czym nachyliła się do mnie i zapytała przyciszonym głosem: – Jak myślisz, czy kucharka objaśni mnie, jak się je robi, kiedy ją o to poproszę?

Przerwało jej energiczne stukanie do uszkodzonych drzwi wejściowych, a kiedy się obejrzałam, dostrzegłam na dywanie długi cień, poprzedzający osobę. Do salonu zajrzał ostrożnie młody brytyjski oficer niższej rangi, speszony zniszczeniami, jakie minął po drodze.

– Czy zastałem podpułkownika Greya? – spytał z nadzieją, patrząc to na mnie, to na Jenny.

– W tej chwili jego lordowska mość jest nieobecny – odparłam, usiłując emanować pewnością siebie. Przelotnie zaciekawiło mnie, ile jeszcze razy będę musiała powtórzyć te słowa – i komu.

– Och. – Młody mężczyzna jeszcze bardziej się speszył. – Czy zechce mi pani wyjawić, dokąd się udał? Pułkownik Graves wysłał mu wiadomość, prosząc, aby podpułkownik Grey stawił się natychmiast u generała Clintona, więc pan generał… e-e, jest ciekaw, czemu jeszcze nie przybył.

– Ach… – zaczęłam, zerkając z ukosa na Jenny. – Obawiam się, że jego lordowska mość otrzymał pilne wezwanie, zanim doszła do niego wiadomość od pułkownika.

John istotnie otrzymał jakiś list dosłownie na chwilę przed tym, jak na scenie w dramatycznych okolicznościach pojawił się Jamie, nieoczekiwanie zmartwychwstały z wodnego grobu. Wsunął go do kieszeni, nie czytając.

Żołnierz wydał cichutkie westchnienie, ale nie dał się zbyć.

– Rozumiem, proszę pani. Jeśli zechce mi pani wyjawić, dokąd udał się lord Grey, to pójdę tam po niego. Koniecznie muszę go przyprowadzić, nie mogę wrócić bez lorda. – Spojrzał na mnie z żalem, po czym uśmiechnął się czarująco. Ja także się uśmiechnęłam, próbując ukryć rosnącą we mnie panikę.

– Ogromnie mi przykro, ale naprawdę nie wiem, gdzie lord się teraz znajduje – powiedziałam, wstając, w nadziei skierowania młodzieńca z powrotem w stronę drzwi.

– Wystarczy, że powie mi pani, dokąd zmierzał, a ja tam pobiegnę i poszukam dalszych wskazówek – odparł z podziwu godnym uporem.

– Niestety, nie powiedział mi tego.

Postąpiłam krok w jego stronę, ale się nie cofnął. Sytuacja stawała się coraz bardziej groteskowa, a zarazem poważna. Zetknęłam się przelotnie z generałem Clintonem na balu podczas Mischianzy przed kilkoma tygodniami – Boże, czy istotnie upłynęły zaledwie tygodnie? Zdawało mi się, że to cała wieczność. Generał był wtedy dla mnie całkiem miły, ale wątpiłam, by przyjął z zadowoleniem moje żałosne wymówki. Najwyższe szarże są znane z wysokiego mniemania o sobie.

– Jak pan wie, jego lordowska mość nie jest już w służbie czynnej – powiedziałam, tracąc powoli nadzieję, że uda mi się pozbyć natręta.

– Owszem, jest, proszę pani. Pułkownik właśnie przesłał mu dziś rano taką wiadomość.

– Jak to? On nie mógł tego zrobić… A może mógł? – zakończyłam niepewnie, czując na plecach zimny dreszcz strachu.

– Czego nie mógł zrobić, proszę pani?

– Oznajmić ni stąd, ni zowąd, że przywraca jego lordowską mość do służby czynnej?

– Oczywiście, że nie, proszę pani – przyznał mi rację żołnierz. – Podpułkownika Greya powołał dowódca jego pułku, książę Pardloe.

– Jezu Chryste Roosevelcie święty – wybąkałam, siadając.

Jenny chwyciła serwetę i zakryła nią usta, wyraźnie tłumiąc śmiech; minęło ćwierć wieku, odkąd ostatni raz słyszała, jak to mówię. Spojrzałam na nią znacząco, ale nie była to pora na wspominki.

– No, dobrze – oznajmiłam z głębokim westchnieniem i popatrzyłam posłańcowi w oczy. – Najlepiej będzie, jak pójdę z panem do generała. – Podniosłam się i dopiero teraz zauważyłam, że – zaskoczona przy przebieraniu – mam na sobie tylko koszulę i luźny szlafrok.

– Pomogę ci się ubrać – wtrąciła Jenny, wstając żwawo od stołu. Obdarzyła żołnierza czarującym uśmiechem i wskazała na rozstawione na nim potrawy: grzanki, marmoladę, miód, smażone sardynki. – Poczęstuj się, żołnierzyku. Szkoda marnować takie dobre jedzenie.

Jenny wystawiła głowę na korytarz i nasłuchiwała, lecz cichy brzęk sztućców i zastawy z chińskiej porcelany oraz głos pani Figg, dochodzący z dołu, świadczyły o tym, że młody żołnierz przyjął jej propozycję. Delikatnie zamknęła drzwi.

– Pójdę z tobą – oznajmiła. – W mieście roi się od żołdaków, nie powinnaś wychodzić samotnie.

– Nic mi… – zaczęłam, ale urwałam, zdjęta niepewnością. Większość brytyjskich oficerów w Filadelfii znała mnie jako lady Grey, żonę Johna, nie oznaczało to jednak wcale, że zwykli szeregowcy posiadali tę wiedzę bądź żywili dla mnie należny szacunek. Ja sama czułam się w tym względzie oszustką, choć było to bez znaczenia. – Dziękuję – powiedziałam. – Będę ci wdzięczna za towarzystwo.

Czułam, że w zaistniałej sytuacji istotnie przyda mi się wsparcie moralne, aczkolwiek zastanawiałam się także, czy powinnam napomknąć Jenny, by zachowała powściągliwość, gdy będę rozmawiać z generałem Clintonem.

– Nie odezwę się ani słówkiem – zapewniła, sapiąc lekko przy ściąganiu wstążek mojego gorsetu. – Jak uważasz, czy powinnaś wyznać mu szczerze, co się stało z lordem Johnem?

– Nie, nie, to wykluczone – odparłam, łapiąc dech. – Dzięki, tyle wystarczy.

– Hm… – Jenny zanurkowała już do garderoby i zajęła się przeglądaniem sukien. – Co powiesz na tę? Ma głęboki dekolt, a twój biust jest nadal całkiem ponętny.

– Nie zamierzam uwodzić tego mężczyzny!

– O, wręcz przeciwnie – odrzekła bez emocji. – Chcesz przynajmniej odwrócić jego uwagę. No bo skoro nie zamierzasz wyjawić mu prawdy… – Zmierzyła mnie uważnym spojrzeniem. – Gdybym była brytyjskim generałem i dowiedziała się, że mój podpułkownik został porwany przez podstępnego, niebezpiecznego Szkota, uznałabym raczej, że coś tu jest mocno nie w porządku.

Nie miałam argumentów, by zbić to rozumowanie, więc tylko wzruszyłam ramionami i wcisnęłam się w bursztynową jedwabną suknię z kremowymi wypustkami przy szwach i kremową marszczoną koronką przy dekolcie.

– O, tak jest doskonale – pochwaliła Jenny, gdy zawiązawszy wstążki na plecach, odstąpiła kilka kroków, by ocenić efekt. – Koronka ma niemal tę samą barwę co twoja skóra, dekolt wydaje się więc przez to jeszcze głębszy.

– Można by pomyśleć, że przez ostatnie trzydzieści lat prowadziłaś salon krawiecki albo dom schadzek, a nie wiejską farmę – zauważyłam z przekąsem, wynikłym z rosnącego zdenerwowania.

– Mam trzy córki, dziewięć wnuczek, a po stronie siostry Iana jest szesnaście kuzynek i ich córek. Nie brak mi więc doświadczenia.

Roześmiałam się na to i Jenny mi zawtórowała. Już po chwili walczyłam ze łzami tak jak i ona – myśl o naszych biednych, utraconych Briannie i Ianie była zbyt bolesna – i rzuciłyśmy się sobie w objęcia, tuląc się mocno, by powstrzymać przypływ rozpaczy.

– Już dobrze – szeptała Jenny, obejmując mnie mocno. – Nie straciłaś swojej dziewczynki. Ona żyje. I Ian jest nadal ze mną. Nigdy mnie nie opuści.

– Wiem – odrzekłam zdławionym głosem. – Wiem. – Wysunęłam się z jej objęć i ukradkiem otarłam łzy, żałośnie pociągając nosem. – Czy masz może chusteczkę?

Trzymała ją właśnie w ręku, ale sięgnęła za pazuchę i wyjęła nową, świeżo upraną i uprasowaną, i podała mi z bladym uśmiechem.

– Jestem babcią – powiedziała i mocno wydmuchała nos. – Zawsze noszę przy sobie zapasową chusteczkę, nawet kilka. No dobrze, a co z twoją fryzurą? Nie możesz przecie wyjść na ulicę w tym stanie.

Podczas gdy Jenny pomagała mi upiąć włosy w porządny kok, schować go pod siateczką i umocować na głowie pleciony słomkowy kapelusz z szerokim rondem, udało mi się jako tako sklecić tekst przemowy, jaką zamierzałam wygłosić przed generałem Clintonem. O ile to możliwe, trzymać się jak najbliżej prawdy. Oto pierwsza zasada skutecznego kłamstwa, choć upłynęło już sporo wody w rzece od dnia, w którym ostatnio byłam zmuszona ją zastosować.

Jak zatem miały się sprawy? Otóż do lorda Johna przybył posłaniec – tak było – przynosząc wiadomość – zrobił to. Nie znałam jej treści – niewątpliwa prawda. Lord John wyszedł w towarzystwie posłańca, nie mówiąc mi, dokąd się udają. Teoretycznie prawda, tyle że był to już inny posłaniec. Nie, nie zauważyłam, w którą stronę skierowali swe kroki; nie, nie widziałam, czy poszli pieszo, czy też pojechali konno – lord John trzymał swojego wierzchowca w stajni Davisona przy Piątej Ulicy, o dwie przecznice od domu.

Opowieść brzmiała dobrze. Gdyby generał Clinton zechciał dalej dociekać, byłam raczej pewna, że znajdzie konia w stajni, z czego wypływa jedyny rozsądny wniosek, iż John przebywa w mieście. Wobec tego zainteresowanie mną jako źródłem informacji stawało się bezcelowe. Mądrzej było rozesłać na poszukiwanie żołnierzy i kazać im przetrząsnąć miejsca, jakie mógł odwiedzić człowiek pokroju lorda Johna Greya.

Przy odrobinie szczęścia, gdy już wszystkie oferowane przez Filadelfię możliwości zostaną wyczerpane, John zdąży wrócić i będzie mógł osobiście odpowiedzieć na przeklęte pytania generała.

– A co z Jamiem? – zagadnęła Jenny z niejaką obawą. – Niemożliwe, żeby wrócił do miasta, co?

– Mam taką nadzieję. – Brakowało mi tchu, i to nie tylko z powodu mocno ściągniętego gorsetu. Czułam, jak serce uderza głucho o fiszbiny.

Jenny zmierzyła mnie długim, badawczym spojrzeniem, zmrużyła oczy i potrząsnęła głową.

– Wcale nie – powiedziała. – Spodziewasz się, że przybiegnie prosto do ciebie. Zresztą masz rację. Jamie tak właśnie postąpi. – Zastanawiała się jeszcze przez chwilę, marszcząc brwi. – Lepiej, żebym tu została – oznajmiła nieoczekiwanie. – Na wypadek gdyby wrócił, kiedy będziesz u generała. Powinien wiedzieć, jak się sprawy mają. Przyznam, że nie ufam kucharce na tyle, by się nie obawiać, że zadźga go długim widelcem, jeśli niespodziewanie stanie w progu kuchni.

Roześmiałam się na to serdecznie, z łatwością wyobrażając sobie szarżę pani Figg na szkockiego górala.

– Poza tym – dorzuciła – ktoś powinien sprzątnąć ten bałagan, a w tym też mam sporo praktyki.

Młody żołnierz powitał z ulgą moje spóźnione przybycie i choć nie chwycił mnie pod łokieć i nie wypchnął pośpiesznie na chodnik, to jednak podał mi ramię i ruszył tak szybkim krokiem, że byłam zmuszona truchtać, aby za nim nadążyć. Do pałacu, w którym znajdowała się kwatera główna Clintona, nie było daleko, ale dzień był bardzo ciepły, dotarłam więc spocona i zdyszana, wilgotne kosmyki włosów wysunęły się spod kapelusza i przylepiły do karku i skroni, a strużki potu, łaskocząc, spływały rowkiem między piersiami.

Mój towarzysz – z wyraźnym westchnieniem ulgi – przekazał mnie innemu żołnierzowi, stojącemu w obszernym, wyłożonym parkietem holu. Wykorzystałam tę chwilę, by otrzepać suknię z kurzu, poprawić i umocować kapelusz oraz dyskretnie obetrzeć twarz i szyję delikatną koronkową chusteczką. Te niezbędne czynności pochłonęły mnie na tyle, że dopiero po chwili spostrzegłam mężczyznę siedzącego pod ścianą na małym rzeźbionym krzesełku.

– Lady Grey – powiedział, wstając, gdy zyskał pewność, że go zauważyłam. – Do usług, ma’am. – Uśmiechnął się lekko, choć oczy pozostały poważne.

– Kapitan Richardson – odrzekłam uprzejmie. – Miło mi.

Nie podałam mu ręki, on zaś się nie ukłonił. Nie było sensu udawać, że nie jesteśmy wrogami, i to zaprzysięgłymi. Przyśpieszył moje małżeństwo z lordem Johnem, wypytując go, czy jakoś szczególnie interesuje się moją osobą, albowiem on, Richardson, zastanawia się nad bezzwłocznym aresztowaniem mnie pod zarzutem szpiegostwa i przekazywania materiałów wywrotowych. Oba zarzuty były akurat prawdziwe, a John, choć mógł tego nie wiedzieć, potraktował poważnie słowa Richardsona i odpowiedziawszy mu uprzejmie, że nie, nie żywi wobec mnie szczególnego zainteresowania – co było na swój sposób prawdą – dwie godziny później zaciągnął mnie do swojego salonu, gdzie w stanie niewyobrażalnego szoku i rozpaczy mechanicznie odpowiadałam „tak” na pytania, których nie słyszałam ani nie potrafiłam zrozumieć.

Nazwisko Richardsona ledwie obiło mi się wtedy o uszy, nie znałam go osobiście. John przedstawił mi go wielce ozięble, gdy Richardson podszedł do nas na wystawnym balu, wydanym przed miesiącem przez damy lojalistki z filadelfijskich wyższych sfer podczas Mischianzy – uroczystości na cześć opuszczającego kolonie generała Howe’a. Dopiero wówczas powiadomił mnie o jego groźbach, przykazując mi jednocześnie, bym go unikała.

– Czy czeka pan na audiencję u generała Clintona? – zapytałam uprzejmie.

Jeśli tak, to obracałam w myśli plan ukradkowego wymknięcia się tylnym wyjściem, podczas gdy generał będzie rozmawiał z podwładnym.

– W rzeczy samej – odrzekł, dodając dwornie: – Pani jednak należy się pierwszeństwo, lady Grey. Moja sprawa może zaczekać.

W jego tonie pobrzmiewały złowrogie nuty, ja jednak skłoniłam grzecznie głowę, wydając nieartykułowany pomruk zgody.

Zaczynało mi świtać, jak to bywa z nadchodzącą nieuchronnie niestrawnością, że moja sytuacja wobec armii brytyjskiej w ogóle, a kapitana Richardsona w szczególności, prezentuje się obecnie zgoła nie najlepiej. Kiedy stanie się powszechnie wiadome, że Jamie jednak żyje, przestanę być lady Johnową Grey. Znów będę żoną Jamesa Frasera, a choć było to oczywiście powodem ekstatycznej radości, z drugiej strony zdejmowało z kapitana kaganiec uprzejmości i szacunku.

Nim zdążyłam się zastanowić nad sensowniejszą odpowiedzią, w holu zjawił się wysoki młody porucznik i zaprowadził mnie do generała. Salon, przerobiony na gabinet Clintona, znajdował się obecnie w stanie względnie uporządkowanego bałaganu: pod ścianami stały skrzynie i popakowane w pęczki nagie drzewce, pod oknem zaś kapral zręcznie składał i pakował proporce i chorągwie. Słyszałam, jak pewnie i całe miasto, że armia brytyjska wycofuje się z Filadelfii. Czyniła to najwyraźniej ze sporym pośpiechem.

Kilku żołnierzy wnosiło i wynosiło rozmaite przedmioty, a po obu stronach biurka siedzieli nieruchomo dwaj mężczyźni.

– Lady Grey – przywitał mnie Clinton. Wydawał się zaskoczony, niemniej jednak szybko wstał i podszedł, nachylając się nad dłonią, którą mu podałam. – Pani najpokorniejszy sługa.

– Dzień dobry panu – odpowiedziałam. Serce biło mi mocno, a teraz jeszcze przyśpieszyło na widok mężczyzny, który podniósł się z krzesła i stanął tuż za generałem. Był w mundurze i wydawał mi się dziwnie znajomy, byłam jednak pewna, że nigdy wcześniej go nie widziałam. Któż to…?

– Bardzo mi przykro, że panią niepokoiłem, lady Grey. Miałem nadzieję, że uda mi się sprawić niespodziankę pani mężowi – mówił generał. – Powiedziano mi jednak, że nie ma go obecnie w domu, czy tak?

– A… tak. Nie ma. – Nieznajomy, pułkownik piechoty, choć w mundurze nadzwyczaj zdobnym złotymi szamerunkami, uniósł brew ze zdziwieniem. Tak dobrze znałam ten gest, że przez moment zakręciło mi się w głowie.

– Pan jest krewnym lorda Johna Greya – wypaliłam, patrząc mu w oczy. Nie mogłam się mylić. Mężczyzna nie nosił peruki, podobnie jak John, choć pod warstwą pudru jego włosy były znacznie ciemniejsze. Kształt czaszki – podłużnej, o delikatnych kościach – był identyczny jak u Johna, tak samo jak i kształt barków. Krótko mówiąc, podobieństwo nie ulegało wątpliwości, tyle że twarz nieznajomego była ogorzała i wymizerowana, poznaczona liniami głębokich zmarszczek, powstałych w wyniku długiej, ciężkiej służby i napięcia związanego z dowodzeniem. Nawet gdyby wystąpił w cywilnym odzieniu, rozpoznałabym w nim starego wiarusa.

Uśmiechnął się, przez co twarz zupełnie się odmieniła. Zatem nie brakowało mu także uroku Johna.

– Jest pani bardzo spostrzegawcza, madam – powiedział i postąpiwszy krok naprzód, gładko przejął moją bezwładną dłoń, składając na niej krótki pocałunek, właściwy dla manier kontynentalnych, po czym szybko się wyprostował i przyjrzał mi się z zainteresowaniem. – Generał Clinton powiada, że jest pani żoną mojego brata.

– Och – odrzekłam, usiłując jak najszybciej odzyskać rezon – a zatem pan zapewne jest Halem! O… proszę mi wybaczyć, wiem, że jest pan księciem, ale obawiam się, że nie pamiętam pańskiego tytułu, wasza wysokość.

– Pardloe – podsunął, nie wypuszczając mojej ręki i uśmiechając się do mnie. – Ale na chrzcie istotnie nadano mi imię Harold, możesz więc go, pani, używać, jeśli taka twoja wola. Witaj w rodzinie, moja droga. Nie miałem pojęcia, że John się ożenił. Domyślam się, że stało się to całkiem niedawno. – Przemawiał do mnie z wielką serdecznością, nie uszło jednak mej uwagi, iż otoczka dobrych manier skrywa najżywszą ciekawość.

– Tak – odrzekłam swobodnie – całkiem niedawno. – Ani mi przez myśl nie przeszło zapytać, czy John powiadomił rodzinę o moim istnieniu; jeśli nawet tak uczynił, to niepodobna się spodziewać, aby list już do nich dotarł. Nie miałam zresztą pojęcia, kim są ci wszyscy ludzie, chociaż słyszałam o Halu, ojcu bratanka Johna, Henry’ego, który… – Ależ to oczywiste, przybył pan odwiedzić Henry’ego! – wykrzyknęłam. – Będzie uradowany, gdy pana zobaczy. Szybko wraca do zdrowia – zapewniłam.

– Widziałem się już z synem – odparł książę. – Z największym uznaniem wyraża się o pani zdolnościach medycznych i opisuje, jak usunęłaś fragmenty jelita i połączyłaś pozostałe dwa końce. Oczywiście pragnąłem go zobaczyć – a także moją córkę – zacisnął na moment wargi, najpewniej Dottie powiadomiła już rodziców o swoich zaręczynach – i ponownie spotkać się z bratem, w istocie jednak do Ameryki wezwał mnie obowiązek. Mój pułk wylądował właśnie w Nowym Jorku.

– Ach tak – bąknęłam. – To… bardzo miło.

John niewątpliwie nie wiedział o przyjeździe brata, nie wspominając już o całym pułku. Mgliście przemknęło mi przez myśl, że powinnam wykorzystać nadarzającą się okazję i dowiedzieć się możliwie jak najwięcej na temat planów generała, ale pora zdawała się niestosowna.

Generał cicho zakasłał.

– Lady Grey, czy wie pani, gdzie przebywa w tej chwili pani małżonek?

Zaskoczenie nieoczekiwanym spotkaniem z Haroldem, księciem Pardloe, sprawiło, że chwilowo wywietrzał mi z głowy prawdziwy powód mojej wizyty u generała. Przypomnienie o nim nieprzyjemnie mnie uderzyło.

– Nie, obawiam się, że nie wiem – odparłam możliwie najspokojniej. – Wspomniałam już o tym pańskiemu adiutantowi. Kilka godzin temu posłaniec przyniósł lordowi Johnowi wiadomość, a następnie obaj wyszli. Mąż nie powiedział mi, niestety, dokąd się udaje.

Kąciki ust generała drgnęły.

– Istotnie – przemówił, nadal uprzejmie – nie powiedział. Pułkownik Graves wysłał posłańca z wiadomością, że lord John zostaje przywrócony do służby i ma się tu niezwłocznie stawić. Nie zrobił tego.

– O – odparłam bezradnie, tak też się czułam. W tych okolicznościach zamierzone przedstawienie wydawało się dobrym pomysłem, więc je odegrałam. – Dobry Boże… Wobec tego… mąż wyszedł z kimś innym.

– I nie wie pani, z kim?

– Nie widziałam, jak wychodzili – zręcznie ominęłam pytanie. – Obawiam się, że nie zostawił żadnej wiadomości, dokąd zamierza się udać.

Generał uniósł krzaczastą brew i spojrzał na Pardloe’a.

– Przypuszczam, że w takim razie jego nieobecność nie potrwa długo – powiedział książę, wzruszając ramionami. – Ostatecznie to nie jest pilna sprawa.

Clinton miał minę, jakby zasadniczo nie zgadzał się z tą opinią, ale zerknąwszy na mnie, zmilczał. Widocznie nie miał jednak czasu do stracenia, bo ukłoniwszy się z gracją, życzył mi miłego dnia.

Gorliwie skorzystałam z okazji pośpiesznego oddalenia się, zatrzymując się tylko na moment, aby zapewnić księcia, jak bardzo jestem rada, że dane mi było go poznać, i zapytać, dokąd jego brat mógłby wysłać słówko…?

– Zatrzymałem się w King’s Arms – odrzekł Pardloe. – Czy mam…

– Nie, nie – zapewniłam pośpiesznie, uprzedzając propozycję odprowadzenia mnie do domu. – Poradzę sobie, dziękuję, mości książę. – Skłoniłam się generałowi, potem bratu Johna i szeleszcząc obficie marszczoną spódnicą, skierowałam się do drzwi.

Kapitana Richardsona nie było już w holu, ale nie miałam czasu zastanawiać się nad tym, dokąd sobie poszedł. Krótko skinęłam głową wartownikowi przy drzwiach i wreszcie wyszłam na świeże powietrze, wdychając je głębokimi haustami, jakbym właśnie opuściła batysferę.

Co teraz? – zastanawiałam się gorączkowo, uskakując przed dwoma chłopaczkami z obręczą, którą toczyli z brzękiem po chodniku, obijając się o nogi żołnierzy, biegających z gorączkowym pośpiechem z paczkami i meblami, które ładowali do wielkiego wozu. Chłopcy musieli być synami któregoś z oficerów Clintona, bo żołnierze tolerowali bez słowa skargi ich uprzykrzoną zabawę.

John dosyć często rozmawiał ze mną o bracie, podkreślając skłonność Hala do arbitralnych osądów. Tego tylko było nam teraz trzeba: wścibskiego arystokraty o autorytarnych zapędach. Zaciekawiło mnie przez moment, czy William był w dobrych stosunkach ze stryjem, bo jeśli tak, to może dałoby się odwrócić uwagę Hala i wykorzystać go w zbożnym celu przemówienia młodzieńcowi… Nie, nie, przecie to oczywisty absurd. Hal nie może się dowiedzieć, przynajmniej na razie, o Jamiem, a wystarczyłoby mu zamienić dwa słowa z Williamem, żeby odkrył jego istnienie, pod warunkiem wszakże, iż Willie zdecydowałby się o tym mówić, wtedy jednak…

– Lady John. – Zamarłam na dźwięk głosu za moimi plecami, co wystarczyło, żeby książę Pardloe zrównał się ze mną. Ujął mnie pod ramię i przytrzymał. – Marnie pani kłamie, moja droga – zauważył z zainteresowaniem. – Ciekaw jestem ogromnie, co stara się pani ukryć.

– Lepiej mi to wychodzi, gdy mam czas się przygotować – warknęłam. – Chociaż tak się składa, że akurat teraz nie kłamię!

Książę roześmiał się. Przysunął się do mnie i badawczo mi się przypatrywał. Oczy miał bladoniebieskie jak John, tyle że w ciemnej oprawie, co przydawało spojrzeniu przenikliwości.

– Być może – zgodził się z rozbawieniem. – Pozostaję jednak w przekonaniu, że nawet jeśli pani nie kłamie, nie mówi mi wszystkiego, co wie.

– Nie mam obowiązku udzielać panu żadnych informacji, sir – oznajmiłam z godnością, usiłując uwolnić ramię. – Proszę mnie puścić.

Uczynił to nie bez ociągania.

– Proszę mi wybaczyć, lady John.

– Z miłą chęcią – odparłam i spróbowałam go obejść. Przesunął się zręcznie i znów zastąpił mi drogę.

– Chcę wiedzieć, gdzie się podział mój brat – zażądał.

– Ja również tego pragnę – odparowałam, usiłując wyminąć natręta.

– Czy wolno mi spytać, dokąd się pani wybiera?

– Do domu. – Wciąż jeszcze czułam się niepewnie, nazywając rezydencję lorda Johna „domem”, lecz przecież innego nie miałam. Nieprawda – rzekł stanowczo cichy głos wewnętrzny – masz Jamiego.

– Dlaczego się pani uśmiecha? – spytał Pardloe, nie kryjąc zdziwienia.

– Ponieważ pomyślałam, że wkrótce znajdę się w domu i zzuję te pantofle – odparłam, natychmiast poważniejąc. – Okropnie mnie cisną.

Kąciki ust księcia drgnęły.

– Proszę pozwolić, lady John, że zaproponuję skorzystanie z mojej lektyki.

– Och, to zupełnie niepotrzebne, naprawdę nie powinnam… – Książę wyjął z kieszeni drewniany gwizdek; na jego przenikliwy świst zza rogu wyłoniło się truchtem, niosąc dużą lektykę, dwóch przysadzistych, muskularnych mężczyzn, tak podobnych, że musieli być braćmi. – Ależ to doprawdy niepotrzebne – powtórzyłam. – Zresztą John wspominał, że cierpisz, panie, na podagrę, zatem lektyka jest ci niezbędna.

Nie spodobały mu się te słowa; wydął wargi i zmrużył powieki.

– Dam sobie radę, madam – odparł krótko i znów chwyciwszy mnie za ramię, pociągnął do lektyki i wepchnął do środka, zsuwając mi przy tym kapelusz na oczy. – Ta dama jest pod moją opieką. Zabierzcie ją do King’s Arms – poinstruował Tralabuma i Tralabima, zatrzaskując drzwiczki. I zanim zdążyłam krzyknąć: „Ściąć mu głowę!”, trzęsąc się, ruszyliśmy gwałtownie w dół High Street.

Złapałam klamkę, zamierzając wyskoczyć w biegu, nawet za cenę siniaków i pokaleczenia, ale arystokratyczny drań zamknął drzwiczki od zewnątrz na haczyk, którego nie mogłam dosięgnąć. Krzyknęłam do tragarzy, żeby się zatrzymali, ale zignorowali mnie kompletnie, gnając po bruku, jakby nieśli ważne wieści z Aix do Ghent.

Dysząc z wściekłości, rozparłam się na siedzeniu i zerwałam z głowy kapelusz. Co ten Pardloe sobie wyobraża? Z tego, co wiedziałam o nim od Johna, oraz z uwag czynionych o ojcu przez dzieci księcia wynikało, że przywykł egzekwować swoją wolę.

– Cóż, jeszcze się policzymy – pomstowałam, dziabiąc rondo kapelusza długą, zakończoną perłą szpilą.

Siatka przytrzymująca włosy zsunęła się wraz z kapeluszem; włożyłam ją do środka i potrząsnęłam głową, a włosy rozsypały mi się na ramionach.

Skręciliśmy w Czwartą Ulicę, wyłożoną raczej kostką niż brukiem, bo wstrząsy nieco osłabły. Mogłam wreszcie puścić przytrzymywane kurczowo siedzenie i zająć się oknem. Gdyby mi się udało je otworzyć, może dosięgłabym haczyka, a gdyby nawet drzwiczki puściły i wypadłabym na ulicę, to i tak położyłoby to kres machinacjom Pardloe’a.

Szybki teoretycznie dawały się rozsunąć, tyle że nie było widać żadnego uchwytu; jedyny sposób polegał na wciśnięciu czubków palców w szczelinę i mozolnym popychaniu. Zabrałam się do tego z ponurą determinacją, nie bacząc na ponowne podskoki lektyki, gdy wtem dobiegł mnie zduszony głos księcia, wykrzykującego tragarzom rozkazy.

– S… stać! Już… nie mogę… – Urwał raptownie i lektyka się zatrzymała, ja zaś przycisnęłam twarz do okienka. Książę stał zgięty wpół pośrodku ulicy, trzymając się pięściami pod boki i próbując złapać oddech. Twarz nabiegła krwią, a wargi były bladosine.

– Postawcie mnie i natychmiast otwórzcie te przeklęte drzwiczki! – ryknęłam przez szybę do jednego z mężczyzn, który zerkał przez ramię z jawnym zaniepokojeniem. Usłuchał mnie i z szelestem wyłoniłam się z lektyki, wsunąwszy wcześniej szpilę od kapelusza za fiszbiny gorsetu. Może będzie mi jeszcze potrzebna. – Niech pan siada, do diabła – poleciłam, zbliżywszy się do Pardloe’a. Potrząsnął głową, ale pozwolił mi zaprowadzić się do lektyki. Zmusiłam go do zajęcia miejsca, lecz uczucie satysfakcji w związku z nagłą zmianą sytuacji szybko zastąpił lęk, że Pardloe zaraz może umrzeć.

Pierwsza myśl – że ma zawał serca – opuściła mnie, gdy usłyszałam, jak oddycha, a raczej usiłuje oddychać. Świszczący oddech astmatyka w czasie ataku nie budził wątpliwości, mimo to na wszelki wypadek zbadałam mu puls. Był szybki, ale regularny, a choć Pardloe obficie się pocił, było to normalne zjawisko, wywołane raczej upałem niż nadmiernym wydzielaniem potu, jakie często towarzyszy zawałowi serca.

Dotknęłam pięści, nadal wbitej w bok ciała.

– Czy coś tu pana boli?

Potrząsnął głową, zakasłał głośno i cofnął rękę.

– Trzeba… mi… – wykrztusił urywanie i zobaczyłam, że próbuje sięgnąć do kieszonki w kurtce od munduru. Wsunęłam w nią dwa palce i wyjęłam emaliowane pudełeczko, w którym znajdowała się maleńka zakorkowana fiolka.

– Co to… Nieważne. – Wyciągnęłam korek, powąchałam i kichnęłam, gdy uderzył mnie w nozdrza ostry zapach amoniaku. – Nie – oznajmiłam stanowczo, zakorkowałam fiolkę i razem z pudełeczkiem włożyłam ją do kieszeni. – To nic nie pomoże. Proszę wydąć wargi i wypuścić powietrze.

Wybałuszył oczy, ale mnie posłuchał; na rozgrzanej, spoconej twarzy poczułam leciutki powiew jego oddechu.

– Dobrze. Proszę się rozluźnić, nie chwytać łapczywie powietrza, po prostu spokojnie je wdychać. Wydech na cztery, uwaga: raz… dwa… trzy… cztery. Wdech na dwa, ten sam rytm… tak. Wydech na cztery… wdech na dwa… Tak, znakomicie. Proszę się nie obawiać, nie udusi się pan, można to z powodzeniem robić cały dzień.

Uśmiechnęłam się do niego zachęcająco, a jemu udało się skinąć. Wyprostowałam się i rozejrzałam dokoła; znajdowaliśmy się w pobliżu Locust Street, nie dalej niż o przecznicę stąd był wyszynk Petermana.

– Pobiegniesz do wyszynku – zwróciłam się do jednego z tragarzy – i przyniesiesz dzbanek mocnej kawy. Książę zapłaci – dodałam, wskazując sapiącego Pardloe’a.

Wokół nas zaczynali gromadzić się gapie. Rozglądałam się nieufnie; znajdowaliśmy się dostatecznie blisko szpitalika doktora Hebdy’ego, aby obawiać się, że wyjdzie sprawdzić, cóż to za zbiegowisko. Tylko tego mi teraz brakowało – szarlatana z instrumentem do upuszczania krwi w gotowości.

– Cierpi pan na astmę, sir – zwróciłam się do księcia. Przykucnęłam, żeby zajrzeć mu w twarz, jednocześnie sprawdzając puls. Poprawił się już i zauważalnie zwolnił, obawiałam się jednak, że wyczuwam rzadki stan zwany pulsem paradoksalnym, czyli zjawisko charakterystyczne dla astmatyków, polegające na tym, że tętno w czasie wydechu przyśpiesza, natomiast przy wdechu zwalnia. Już po chwili wyzbyłam się wszelkich wątpliwości. – Czy wiedział pan o tym?

Skinął głową, nadal wydymając wargi i wypuszczając ze świstem powietrze.

– Tak – wykrztusił i szybko wziął oddech.

– Czy radził się pan w tej sprawie lekarza? – Skinienie. – I to on zalecił panu sal volatile? – Gestem wskazałam fiolkę w kieszeni. Książę potrząsnął głową.

– Przeciw… omdleniu – wyszeptał z wysiłkiem. – Jedyny… środek.

– Racja. – Ujęłam go pod brodę i odchyliłam mu głowę do tyłu, chcąc zbadać źrenice. Na szczęście wyglądały normalnie. Czułam, że atak przechodzi, i książę także to zauważył. Z wolna rozluźnił ramiona, a fioletowy nalot na wargach zniknął. – Nie należy tego używać, kiedy ma pan atak astmy. Kaszel i łzawienie tylko pogorszą sprawę wskutek produkcji flegmy.

– I co tak stoicie i gapicie się jak barany? Niech no kto pobiegnie po doktora! – usłyszałam za plecami ostry kobiecy głos. Skrzywiłam się, a książę to zauważył i pytająco uniósł brew.

– Nie chce pan mieć do czynienia z takim lekarzem, proszę mi wierzyć. – Podniosłam się i odwróciłam w stronę tłumu, intensywnie myśląc.

– Nie, nie, wielkie dzięki, nie potrzebujemy lekarza – powiedziałam z czarującym uśmiechem. – To zwykły atak niestrawności wskutek spożycia nieodpowiedniej potrawy. Zapewniam, że już wszystko w porządku.

– Mnie się widzi, że on wcale dobrze nie wygląda, ma’am – odezwał się z powątpiewaniem inny głos. – Lepiej jednak zawołać doktora.

– A niech zdycha! – wrzasnął nagle ktoś z tłumu. – Pieprzony Brytol!

Przez stale rosnące zbiegowisko przebiegło swoiste drżenie, ja zaś poczułam zimną gulę w żołądku. Do tej pory gapie nie traktowali Pardloe’a jak brytyjskiego żołnierza, tylko ciekawy przypadek zasłabnięcia. Teraz to się zmieniło…

– Sprowadzę lekarza, lady John! – Ku memu przerażeniu przez tłum przepchnął się pan Caulfield, powszechnie znany torys, rozdając na prawo i lewo razy laską ze złotą gałką. – Precz stąd, parszywe szczury!

Nachylił się i zajrzał do lektyki, uchylając kapelusza przed Pardloe’em.

– Do usług, sir. Pomoc zaraz nadejdzie, proszę być spokojnym!

Chwyciłam Caulfielda za rękaw. Dzięki Bogu, gapie byli podzieleni. Część ich buczała i obrzucała mnie i Pardloe’a wyzwiskami, inni jednak, zapewne lojaliści (bądź też zwykli rozsądni ludzie, którzy uważali, że nie przystoi napadać na ulicy na chorego człowieka ze względu na wyznawane poglądy), próbowali łagodzić emocje i przemawiać co bardziej agresywnym do rozumu. Trochę obraźliwych słów poleciało także w drugą stronę.

– Nie, nie! – zawołałam. – Proszę wysłać po lekarza inną osobę. Nie wolno nam zostawić jego wysokości bez ochrony!

– Jego wysokości? – Caulfield zamrugał zdziwiony, z małego etui wyjął pince-nez w złotej oprawie, przyłożył do oczu i przyjrzał się uważniej księciu, który skinął głową krótko, z godnością, nie przerywając przy tym skrupulatnie wykonywanych ćwiczeń oddechowych.

– To książę Pardloe – wyjaśniłam pośpiesznie, nie wypuszczając rękawa Caulfielda. – Wasza wysokość, czy wolno mi przedstawić pana Phineasa Grahama Caulfielda? – Wykonałam nieokreślony gest dłonią, po czym spostrzegłszy tragarza, który nadbiegał galopem z dzbankiem kawy, rzuciłam się do niego w nadziei, że uda mi się udzielić mu instrukcji poza zasięgiem uszu tłumu gapiów. – Dziękuję – wysapałam, odbierając mu dzbanek. – Musimy zabrać stąd księcia, zanim ciżba stanie się agresywna… agresywniejsza – poprawiłam, słysząc trzask kamienia, który trafił w dach lektyki. Pan Caulfield zgiął się wpół.

– Ej! – ryknął tragarz, rozwścieczony atakiem na źródło swego utrzymania. – Cofnąć się, ale już! – Zaciskając duże jak bochny pięści, rzucił się w stronę gapiów, lecz zdążyłam go złapać za połę surduta.

– Zabierzcie stąd księcia – i lektykę! – rozkazałam tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Zanieście go do… do… – Nie do King’s Arms; hotel był znaną twierdzą lojalistów, więc gdyby część gapiów pobiegła za nami, jeszcze bardziej by ich to rozgniewało. Ponadto nie chciałam się znaleźć na łasce księcia w jego kwaterze. – Najlepiej na Chestnut Street numer siedemnaście! – Podjęłam szybką decyzję i sięgnąwszy do sakiewki, wcisnęłam tragarzowi do ręki monetę. – Nie ma ani chwili do stracenia!

Tragarz – na opasce wokół jego rękawa widniał numer 39 – usłuchał bez namysłu i pobiegł do lektyki, wygrażając gapiom pięściami. Ściskając dzbanek z kawą, truchtem pośpieszyłam za nim, chwiejąc się nieco w pantoflach na obcasach.

Deszcz kamieni odbijał się od ścian lektyki, a drugi tragarz – z numerem 40 – wymachiwał rękami, jakby oganiał się od roju uprzykrzonych much, z monotonną regularnością wykrzykując: „Spieprzać stąd! Won!”. Wtórował mu pan Caulfield, aczkolwiek nieco uprzejmiej, nawołując groźnie: „Precz mi stąd!” i „Rozejść się natychmiast!”, i wymierzając laską ciosy w powietrzu w kierunku co bardziej zuchwałych uliczników, którzy wyrywali się naprzód, chcąc z bliska obejrzeć przedstawienie.

– Proszę – wysapałam, nachylając się do okna lektyki. Pardloe żył i oddychał. Uniósł pytająco brew i skinął w kierunku tłumu, ja zaś potrząsnęłam głową i podałam mu dzbanek. – Proszę to wypić – powiedziałam, wciąż jeszcze zadyszana – i kontynuować regularne oddychanie. – Zamknęłam drzwiczki lektyki i nie bez satysfakcji założyłam haczyk, po czym wyprostowałam się i spostrzegłam obok siebie Germaina, najstarszego syna Fergusa.

– Czy znów wpakowałaś się w kłopoty, Grand-mère? – spytał nieporuszony świszczącymi wokół nas kamiennymi pociskami z dodatkiem grud świeżego łajna.

– Owszem, można by tak powiedzieć – odrzekłam. – Ale nie…

Nim zdołałam dokończyć zdanie, Germain odwrócił się do tłumu i ryknął zadziwiająco głośno:

– TO MOJA BABCIA. Niech choćby JEDEN WŁOS spadnie jej z głowy, a… – Niektórzy gapie zaczęli się śmiać, a ja mimowolnie dotknęłam włosów. Całkiem zapomniałam, że nie mam na głowie kapelusza, a moja rozburzona fryzura pozostawia wiele do życzenia. – ...gorzko pożałujecie! – wrzeszczał niezrażony Germain. – Tak, właśnie TY, Shecky Loew! I ty, Joe Grume!

Dwóch wyrostków z grudami łajna w rękach przestąpiło niepewnie z nogi na nogę. Najwidoczniej dobrze znali Germaina.

– I babcia poskarży się na was waszym ojcom! – Ta groźba pomogła chłopakom podjąć właściwą decyzję. Cofnęli się, wypuścili z rąk brązowe pociski i rozglądali się dokoła, jakby nie mieli pojęcia, skąd się tu wzięli. – Chodź, babciu – powiedział Germain, biorąc mnie za rękę.

Tragarze nie czekali na rozwój wypadków, tylko chwycili za drągi i podnieśli lektykę. Wiedząc, że nie nadążyłabym za nimi na obcasach, szybko zzułam pantofle. Podniósłszy wzrok, ujrzałam nadchodzącego pośpiesznie doktora Hebdy’ego w towarzystwie rezolutnej kobiety, która pierwsza wpadła na pomysł, żeby go zawezwać, a teraz, zachwycona swoim wyczynem, podążała ku nam z wyrazem triumfu na rumianym obliczu.

– Dziękuję panu, panie Caulfield! – zawołałam i z pantoflami w ręku pośpieszyłam za lektyką, zamiatając bruk skrajem sukni. Germain został nieco z tyłu, wygrażając tym, którzy chcieliby się puścić za nami w pogoń, lecz z odgłosów, jakie słyszałam za plecami, wywnioskowałam, że chwilowa wrogość zamieniła się w rozbawienie, a choć ścigały nas jeszcze gwizdy i okrzyki, nie towarzyszyły im już cuchnące pociski.

Gdy skręciliśmy za róg, lektyka nieco zwolniła, więc wysforowałam się naprzód i szparko podążałam po gładkim bruku Chestnut Street. Kątem oka spostrzegłam, że Pardloe spoziera przez okno i wygląda już znacznie lepiej. Pusty dzbanek po kawie leżał obok niego na siedzeniu.

– Dokąd się udajemy, madam?! – zawołał na mój widok silniejszym głosem.

– Bez obaw, wasza wysokość! – odkrzyknęłam, nie zwalniając kroku. – Jest pan pod moją opieką!

7. Niezamierzone konsekwencje źle zaplanowanych działań

Jamie przedzierał się przez gęstwinę, nie zważając na parzące pokrzywy i plątaninę siekących boleśnie gałęzi. Cokolwiek weszło mu w drogę, mogło zostać zdeptane.

Dotarłszy do dwóch wierzchowców, spętanych i pasących się spokojnie, wahał się ledwie przez chwilę. Rozwiązał im pęta i klepnąwszy klacz po tłustym zadzie, posłał ją rżącą w zarośla. Jamie nie zamierzał ułatwiać Johnowi Greyowi powrotu do Filadelfii. To, co miał tam załatwić, łatwiej mogło być wykonane bez kłopotliwej obecności lorda.

A co konkretnie miał załatwić? – zastanowił się, dźgając piętami boki rumaka i ściągając lejce, by skierować go w stronę drogi. Z niejakim zaskoczeniem stwierdził, że trzęsą mu się ręce, i mocniej ścisnął wodze, aby to powstrzymać.

Knykcie prawej ręki pulsowały i przeszył go ostry, kłujący ból w miejscu, gdzie brakowało palca, aż syknął przez zaciśnięte zęby.

– Po jakiego diabła mi o tym powiedziałeś, ty cholerny idioto? – wymruczał pod nosem, zmuszając konia do galopu. – Co ci się zdawało, że jak postąpię?

Właśnie tak, jak postąpiłeś – odpowiedział sam sobie. John nie stawiał oporu, nie próbował się bronić. „No dalej, możesz mnie zabić”, powiedział ten cholerny drań. Pod wpływem nowej fali wściekłości Jamie jeszcze mocniej ścisnął lejce, wyobrażając sobie, że kończy z parszywym Greyem. Czy rzeczywiście byłby to zrobił, gdyby nie zjawił się raptem przeklęty Woodbine ze swoim oddziałem?

Nie. Nie zdobyłby się na ten krok. Chociaż przez moment czuł morderczą chęć powrotu i zaduszenia Greya gołymi rękami, to umysł podjął już skuteczną walkę z zaślepiającą go furią i podpowiadał mu odpowiedź na własne pytanie: dlaczego właściwie Grey mu o tym powiedział? Zareagował instynktownie – to oczywiste – i zdzielił gościa w gębę. Wszystko dlatego, że Grey powiedział mu prawdę.

„Oboje pieprzyliśmy się z tobą”. Oddychał mocno, głęboko i tak szybko, że zakręciło mu się w głowie, ale cel został osiągnięty i Jamie przestał się trząść. Zwolnił też galop konia, który gnał ze spłaszczonymi, drgającymi z podniecenia uszami.

– Już w porządku, a bhalaich – powiedział Jamie, oddychając ciężko, ale znacznie wolniej. – Już dobrze.

Przez chwilę wydawało mu się, że zwymiotuje, ale powstrzymał mdłości i poprawił się w siodle.

Wciąż jeszcze czuł to bolesne miejsce, jakie zostawił w jego duszy Jack Randall. Myślał, że tak dobrze się już zabliźniło, iż jest teraz bezpieczny, ale nie, przeklęty John Grey rozorał ranę kilkoma prostymi słowami. „Oboje pieprzyliśmy się z tobą”. Co gorsza, Jamie nie mógł mieć mu tego za złe, a przynajmniej nie powinien, co podpowiadał mu rozum walczący ze ślepą furią, choć jak wiadomo, marna to broń przeciwko temu zjawisku. Grey nie mógł w każdym razie wiedzieć, jakie wrażenie wywarły na Jamiem jego słowa.

Rozum miał jednak swoje zalety. To właśnie on przypomniał Jamiemu o drugim ciosie. Pierwszy był czysto instynktowny, drugi już nie. Myśl o nim wywołała gniew i ból, ale innego rodzaju.

„Poznałem cieleśnie twoją żonę”.

– Ty draniu – szepnął, targając wodze tak silnie, że przestraszony koń podrzucił łbem i zastrzygł uszami. – Dlaczego? Dlaczego mi o tym powiedziałeś, draniu?!

Druga odpowiedź przyszła z opóźnieniem, ale była równie jasna jak pierwsza: Ponieważ ona powiedziałaby mi o tym przy pierwszej nadarzającej się okazji. A on doskonale o tym wiedział. Pomyślał sobie, że skoro, słysząc to, zareaguję przemocą, to lepiej, żebym skierował ją przeciwko niemu.

Tak, ona powiedziałaby mu o tym. Przełknął ślinę. Na pewno mu o tym powie. A on co wtedy zrobi? Co powie?

Znowu zaczął się trząść, w następstwie czego zwolnił i koń szedł niemal stępa, rozglądając się na boki i łowiąc chrapami powietrze.

To nie jej wina, przecież wiem. To wcale nie jest jej wina. Oboje myśleli, że utonął. Wiedział, jak wygląda ta otchłań; spędził w niej kawał życia. Rozumiał też, jak działają rozpacz i mocny alkohol. Ale wizja… czy też jej brak… Jak to się stało? Gdzie? Wiedza, że do tego doszło, była dostatecznie bolesna; niewiedza, jak i dlaczego, prawie nie do zniesienia.

Rumak stanął, lejce zwisały luźno. Jamie siedział pośrodku drogi z zamkniętymi oczami, oddychając, próbując niczego sobie nie wyobrażać, próbując się modlić.

Rozum ma granice, a modlitwa nie. Dobrą chwilę zajęło nakłonienie umysłu do uspokojenia, rezygnacji z jałowych dociekań, żądzy poznania. Po pewnym czasie Jamie uznał, że może jechać dalej, i zebrał lejce w garść.

To wszystko mogło zaczekać. Zanim jednak uczyni cokolwiek, musi zobaczyć się z Claire. Na razie nie miał pojęcia, co powie – albo co zrobi – kiedy ją ujrzy, ale musi się z nią spotkać. Pragnął tego, jak rozbitek po tygodniach na bezludnej wyspie pragnie jedzenia i wody.

Z powodu szumu krwi w uszach John Grey ledwo słyszał rozmowę między członkami oddziału milicji, którzy przeszukawszy go i związawszy mu ręce z przodu, zbili się opodal w ciasną gromadkę i syczeli do siebie rozzłoszczeni jak gęsi na podwórku, rzucając niekiedy ku niemu wrogie spojrzenia.

Nie przejmował się tym. Nie widział na lewe oko i zyskał już niemal pewność, że ma pękniętą wątrobę, ale to także niewiele go obchodziło. Powiedział Jamiemu Fraserowi prawdę – całą cholerną prawdę – i odczuwał te same intensywne emocje, jakie towarzyszą zwycięstwu w bitwie: głębokie aż do szpiku kości poczucie ulgi, że przeżył, podniecenie zmysłów tak silne, jakby się upił winem, roztrzęsienie i całkowita niezdolność do zastanowienia się nad kosztami.

Kolana doznały widać tych samych pobitewnych emocji, bo nagle się pod nim ugięły. Grey usiadł bezceremonialnie na dywanie zeschłych liści i zamknął zdrowe oko.

Po krótkiej przerwie, podczas której czuł jedynie, że stopniowo zwalnia mu tętno, bębnienie w uszach ustało i zdał sobie sprawę, że ktoś woła go po nazwisku.

– Lordzie Grey! – powtórzył głos, tym razem głośniej i na tyle blisko, że poczuł na twarzy ciepły, przesycony zapachem tytoniu oddech.

– Nie nazywam się lord Grey – zaprzeczył z irytacją, otwierając zdrowe oko. – Już wam mówiłem.

– Powiedział pan, że jest lordem Johnem Greyem – odparł rozmówca, marszcząc z niezadowoleniem brodatą gębę. Był to ten sam olbrzym w brudnej myśliwskiej koszuli, który odkrył obecność jego i Frasera na polanie.

– Bo jestem. Jeśli jednak musisz się do mnie odzywać, to zwracaj się per „milordzie” albo „sir”, jak wolisz. Czego chcesz?

Mężczyzna cofnął się nieco z oburzoną miną.

– Skoro pan pyta… sir, to chcemy wiedzieć, czy generał dywizji Charles Grey to pana starszy brat.

– Nie.

– Nie? – Mężczyzna ściągnął krzaczaste brwi. – Czy zna pan generała Charlesa Greya? Czy to pański krewny?

– Tak. Jest moim… – Grey usiłował precyzyjnie określić stopień pokrewieństwa, ale zrezygnował i machnął ręką. – To jeden z moich kuzynów.

Na twarzach mężczyzn, którzy zebrali się dokoła niego, pojawiły się zadowolone uśmiechy, rozległy się pomrukiwania. Woodbine przykucnął przy Greyu z kilkoma złożonymi kartkami papieru w ręku.

– Lordzie John – rzekł dosyć uprzejmym tonem. – Twierdzi pan, że nie jest w czynnej służbie jego królewskiej mości?

– Zgadza się. – Grey zwalczył nieoczekiwaną chęć ziewnięcia. Krążące we krwi podniecenie wyparowało i miał wielką ochotę się położyć.

– Czy zechciałby pan zatem objaśnić treść tych dokumentów, milordzie? Znaleźliśmy je w kieszeni pańskich spodni.

Rozłożył ostrożnie papiery i podsunął je Greyowi pod nos.

John przyjrzał im się zdrowym okiem. U góry znajdowała się notatka adiutanta generała Clintona: zwięzła prośba o jak najszybsze stawienie się w jego kwaterze. Tak, John ją widział, choć zaledwie przelotnie, zaraz bowiem nastąpił katastrofalny powrót Jamiego Frasera, który powstał z martwych, i wszelkie inne sprawy wywietrzały mu z głowy. Pomimo tego, co zdarzyło się później, John nie mógł powstrzymać uśmiechu. Jamie żyje. Przeklęty sukinsyn żyje!

Woodbine odsunął notatkę na bok, ukazując znajdujący się pod spodem dokument. Była to nieduża kartka z czerwoną woskową pieczęcią – natychmiast ją rozpoznał – jego oficerski patent, dowód służby czynnej, który należało mieć zawsze przy sobie. Grey zamrugał z niedowierzaniem, a pajęcze pismo urzędnika zatańczyło mu przed oczami. U dołu, poniżej podpisu króla, widniał jeszcze inny, nagryzmolony zamaszyście czarnym atramentem. Jakże dobrze mu znany…

– Ha! – wykrzyknął Grey. – Ty draniu!

– Mówiłem wam, że to żołnierz – powtarzał niski człowieczek w pękniętych okularach, gapiąc się na Greya z nieprzyjemną pożądliwością. – I to nie jakiś tam zwykły, tylko szpieg! Moglibyśmy go powiesić bez sądu, tu, na polanie!

Ta propozycja wywołała wybuch niekłamanego entuzjazmu, stłumiony z niejakim trudem przez kaprala Woodbine’a, który wstał i zaczął krzyczeć głośniej niż rzecznicy natychmiastowej egzekucji, zmuszając ich tym do wycofania się na tyły, co uczynili, pomrukując gniewnie. Grey siedział, ściskając oburącz patent, a serce waliło mu jak kowalski młot.

Cholernie łatwo mogliby go powiesić. Tak właśnie niespełna przed dwoma laty postąpił Howe z kapitanem Armii Kontynentalnej Hale’em, kiedy przyłapał go, przebranego za cywila, na zbieraniu informacji, a rebelianci z ochotą powitaliby okazję do zemsty. William był świadkiem aresztowania i egzekucji Hale’a i zdał Greyowi relację, szokującą w swym okrucieństwie.

William. Jezu, William! W wirze ostatnich wydarzeń nie poświęcił synowi ani jednej myśli. Obaj z Fraserem dali dyla na dach i spuścili się w dół po rynnie, pozostawiając Williama w holu na piętrze w stanie najwyższego wzburzenia wywołanego niespodziewanymi rewelacjami.

Nie, nie był przecież sam. Była z nim Claire, a myśl o niej odrobinę go uspokoiła. Z pewnością porozmawiała z Williem, ostudziła jego emocje, wyjaśniła… No cóż, może i nie wyjaśniła ani nie ostudziła jego emocji, lecz przynajmniej jeśli Greya powieszą, to William nie zostanie sam na tym strasznym świecie.

– Zabierzemy go do obozu – mówił z uporem Woodbine, i to nie po raz pierwszy. – Jaki pożytek z powieszenia go tu na suchej gałęzi?

– Jednego Brytola mniej? Mnie się to podoba! – odparował ponury olbrzym w stroju myśliwego.

– Ależ, Gershon, ja wcale nie twierdzę, że nie należy mu się stryczek. Powiadam tylko, że nie tu i nie teraz. – Trzymając muszkiet oburącz, kapral Woodbine wolno powiódł wzrokiem po zebranych. – Nie tu i nie teraz – powtórzył z naciskiem. Grey podziwiał w duchu siłę jego charakteru i z trudem powstrzymał się, by samemu nie skinąć głową. – Zabierzemy go do obozu. Słyszeliście wszyscy, co powiedział: generał brygady Charles Grey to jego krewny. Może być, że pułkownik Smith będzie chciał go powiesić w obozie albo jeszcze inaczej: wysłać go do generała Wayne’a. Pamiętaj Paoli!

– Pamiętaj Paoli! – zawtórowały echem urywane okrzyki, a Grey ukradkiem otarł spuchnięte oko brzegiem rękawa; cieknące z niego łzy drażniły mu skórę twarzy. Paoli? Co to jest, do czorta, to Paoli? A przede wszystkim co ma wspólnego z tym, czy, kiedy i jak powinien zostać powieszony? Postanowił na razie o to nie pytać, a gdy szarpnięciem poderwali go na nogi, ruszył z nimi bez słowa skargi.

8. Homo est obligamus aerobe (Człowiek nie może żyć bez powietrza) – Hipokrates

Gdy tragarz otworzył drzwiczki lektyki, oblicze księcia mieniło się groźnym rumieńcem, mnie zaś przemknęło przez myśl, że to nie za sprawą upału.

– Chciał pan, książę, widzieć się z bratem, czyż nie? – zaryzykowałam pytanie, zanim zdążył zaczerpnąć wystarczającą ilość powietrza, by wyjawić, co mu leży na wątrobie, i wskazałam budynek przed nami. – Oto jego dom. – A że Johna w nim akurat nie ma, to w tej chwili nie najważniejsze.

Spojrzał na mnie znacząco, nadal jednak brakowało mu tchu i rozsądnie uznał, że lepiej go oszczędzać. Z irytacją odsunął pomocną dłoń tragarza i sam wygramolił się z lektyki. Zapłacił dwóm osiłkom – na całe szczęście, nie miałam już bowiem przy sobie więcej pieniędzy – i świszcząc oddechem, skłonił się, podając mi ramię. Przyjęłam je, nie chcąc, żeby upadł na twarz w ogrodzie od frontu. Germain, który bez wysiłku dotrzymywał kroku lektyce, trzymał się taktownie z tyłu.

Pani Figg stała w progu, obserwując nas z zainteresowaniem. Częściowo wyłamane drzwi zostały zdjęte i leżały teraz na kozłach obok krzewu kamelii, czekając zapewne na przybycie stolarza, który by je naprawił.

– Wasza wysokość, pozwolę sobie przedstawić panią Mortimerową Figg – zagadnęłam uprzejmie, kiwając głową w jej stronę. – Pani Figg jest gospodynią i kucharką jego lordowskiej mości. Pani Figg, oto jego wysokość książę Pardloe. Brat lorda Johna.

Zobaczyłam, że wargi kobiety układają się w słowa „merde na grzance”, szczęśliwie jednak nie wydały dźwięku. Pomimo swej postury zwinnie zbiegła ze schodów i ujęła Pardloe’a pod drugie ramię, znów bowiem zrobił się fioletowy.

– Proszę wydąć wargi i wypuścić powietrze – przypomniałam. – No już, oddychamy! – Zakrztusił się nieprzyjemnie, ale zaczął oddychać, robiąc przy tym złowrogie miny.

– W imię przedwiecznego Ducha Świętego, co też mu pani zrobiła? – spytała mnie pani Figg oskarżycielskim tonem. – Widzi mi się, że on zaraz kipnie.

– Przede wszystkim uratowałam mu życie – odwarknęłam. – Siup, wasza wysokość! – Z wysiłkiem powlekłyśmy go po schodach. – Następnie ocaliłam przed ukamienowaniem i pobiciem przez rozgniewaną tłuszczę, z bezcenną pomocą Germaina – dodałam, zerkając na chłopaka, który szczerzył zęby w uśmiechu. – Wydaje mi się ponadto, że w tej chwili znów ratuję mu życie – zakończyłam, przystając na chwilę na ganku, by nieco odsapnąć. – Czy mamy wolny pokój, w którym można by położyć gościa? Może u Williama?

– Will… – zaczął książę i zaniósł się okropnym kaszlem, przy czym całkiem zzieleniał.

– Och, byłabym zapomniała – powiedziałam. – William jest pańskim bratankiem. Chwilowo nie ma go w domu. – Spojrzałam groźnie na panią Figg, która prychnęła, ale się nie odezwała. – Proszę oddychać, wasza wysokość.

Znalazłszy się w domu, spostrzegłam, że poczyniono już pewne wysiłki w celu przywrócenia porządku. Szczątki poręczy, fragmenty tynku i inne śmieci leżały zmiecione na kupkę w holu, gdzie na fotelu siedziała Jenny Murray i wybierała z niej niepotłuczone paciorki z zerwanego żyrandola, które wkładała do miski.

– Czego ci potrzeba, Claire? – zagadnęła.

– Wrzątku – odrzekłam, posapując, gdy razem z panią Figg sadzałyśmy Pardloe’a na otomanie. Był szczupły i drobnokościsty jak John, ale swoje ważył. – Pani Figg, proszę przynieść kilka filiżanek, a ty, Jenny, idź po mój kuferek z medykamentami. Wasza wysokość, proszę pilnować rytmu – raz… dwa… trzy… cztery – i oddychać spokojnie, nie haustami. Powolutku, tak, tyle powietrza wystarczy, proszę mi wierzyć.

Twarz Pardloe’a lśniła od potu, drgała, a choć nadal nie tracił opanowania, widziałam po jego oczach, że w miarę zwężania się dróg oddechowych narasta w nim panika.

Zwalczyłam własny strach, w niczym by nam to bowiem nie pomogło. Prawdę mówiąc, istotnie jego życie było zagrożone. Miał ciężki atak astmy, a ludzie umierali od tego, nawet mając dostęp do zastrzyków epinefryny w dużych, dobrze wyposażonych szpitalach. Przyczyną były zawały serca, wywołane stresem i niedotlenieniem, bądź zwyczajne uduszenie.

Pardloe zaciskał dłonie na kolanach, miętosząc przepocone spodnie z moleskinu, na jego szyi widniały grube żyły. Z pewnym trudem oderwałam jedną jego rękę i mocno uścisnęłam. Koniecznie musiałam rozproszyć dławiącą jego umysł czarną panikę, bo inaczej nie miał szansy.

– Proszę popatrzeć na mnie – poleciłam, przybliżając twarz do jego oczu. – Wszystko będzie dobrze. Czy pan mnie słyszy? Jeśli tak, proszę skinąć głową!

Zdobył się na lekkie skinienie. Oddychał, ale stanowczo za szybko; jedynie leciutki powiew muskał mój policzek. Ścisnęłam go mocniej za rękę.

– Wolniej – powiedziałam z największym spokojem, na jaki mogłam się zdobyć w tej trudnej sytuacji. – Proszę oddychać wraz ze mną. Wydymamy wargi… wypuszczamy powietrze…

Zaczęłam wybijać ręką na kolanie Pardloe’a regularny rytm na cztery, możliwie jak najwolniej. Między dwa a trzy zabrakło mu powietrza, ale nie przestał wydymać warg i próbować.

– Wolniej! – powiedziałam ostro, gdy otworzył usta, próbując zaczerpnąć haust powietrza. – Proszę podporządkować się rytmowi – jeden… dwa… wdech!

Słyszałam, że Jenny zbiega po schodach z moim kuferkiem. Pani Figg pobiegła już wcześniej do kuchni, gdzie na ogniu gotował się zawsze kociołek wrzątku… i tak, ona także wracała z trzema filiżankami wiszącymi na palcach jednej ręki i owiniętym grubą ścierką dzbankiem gorącej wody w drugiej.

– …trzy… cztery… przęśl skrzypowata, Jenny… raz… dwa… wydech, dwa… trzy… cztery… słuszną garść do każdej filiżanki… dwa, tak, o właśnie tak… wdech… – Nie spuszczałam z niego wzroku, zmuszałam do oddychania – tylko to utrzymywało otwarte drogi oddechowe. Gdyby zgubił rytm, straciłby zarazem tę odrobinę ciśnienia powietrza, a wówczas zapadłyby się drogi oddechowe i nastąpiłby… Odsunęłam od siebie tę myśl i jeszcze mocniej ścisnęłam go za rękę, recytując jak mantrę swoje polecenia i odliczanie. Przęśl skrzypowata… Czy miałam coś oprócz tego, do stu piorunów?

Niewiele, i dobrze o tym wiedziałam. Gillenia trójlistna, bieluń dziędzierzawa – stanowczo zbyt trujące, a do tego o powolnym działaniu.

– Nard, Jenny – przypomniałam sobie nagle. – Korzeń, trzeba go zmielić. – Pokazałam drugą, potem trzecią filiżankę. – …dwa… trzy… cztery… – Do każdej z nich została wsypana duża garść przęśli i zdążyła już trochę naciągnąć. Gdy napar ostygł na tyle, że można go było wypić, podałam filiżankę pacjentowi, choć prawdziwą skuteczność osiągało się dopiero po półgodzinie zaparzania. – Pani Figg, proszę więcej filiżanek… wdech, raz… dwa… bardzo dobrze…

Ręka Pardloe’a była śliska od potu, ale trzymał mnie z całej siły; poluzowałam nieco uchwyt, bo rozbolały mnie kości. Zauważył to i lekko rozluźnił uścisk. Nachyliłam się do niego i ujęłam rękę w obie dłonie, niby przypadkowo dotykając palcami pulsu.

– Nie umrze pan – powiedziałam cicho, ale z mocą, na jaką mogłam się zdobyć. – Nie pozwolę na to. – W bystrych jasnoniebieskich oczach mignęło coś na kształt cienia uśmiechu, ale z braku powietrza nie mogło być mowy o udzieleniu odpowiedzi. Usta Pardloe’a były nadal sine, a twarz blada jak papier, pomimo wysokiej temperatury.

Filiżanka gorącego naparu z przęśli pomogła na krótko. Roślina ta zawiera epinefrynę i jako taka była najlepszym lekarstwem na astmę, jakie miałam pod ręką, choć zaledwie dziesięciominutowe parzenie nie uwolniło dostatecznej ilości czynnika aktywnego. Mimo to nawet chwilowa ulga poprawiła nieco stan Pardloe’a. Uścisnął mnie lekko wolną ręką.

Wojownik. Zawsze takiego rozpoznam – pomyślałam z uśmiechem.

– Zacznij parzyć jeszcze trzy filiżanki przęśli, dobrze, Jenny? – Jeśli będzie pił napar powoli, a nie mógł inaczej ze względu na krótki oddech, i wypije dużo, to przy szóstej, najdłużej zaparzanej filiżance stymulant osiągnie pożądane stężenie w organizmie. – Pani Figg, proszę wsypać trzy garście przęśli i półtorej garści nardu do pół litra kawy i gotować to przez kwadrans, a potem zostawić do naciągnięcia, dobrze? – Skoro niebezpieczeństwo zgonu zostało oddalone, chciałam mieć pod ręką skoncentrowany wyciąg ephedry. Niewątpliwie nie był to pierwszy atak, a więc zapewne i nie ostatni, i to, kto wie, może już niedługo. Wolałam być na to przygotowana.

Uznawszy, że bezpośrednie zagrożenie życia minęło, zaczęłam przemyśliwać szczegóły diagnozy.

Po delikatnym obliczu Pardloe’a spływały strugi potu. Już wcześniej ściągnęłam z niego kurtkę, kamizelkę i skórzany pas; mokry gors koszuli przylepił się do klatki piersiowej, spodnie w pachwinach były ciemne od potu. Nic dziwnego, zważywszy na upał, wyczyny biegowe i dużą ilość gorącego naparu. Siność znikała powoli z jego warg, na twarzy i rękach nie było śladu obrzęku… Nie miał też rozszerzonych naczyń krwionośnych na szyi, pomimo sporego wysiłku.

I bez stetoskopu słyszałam szmery w płucach, nie widać było jednak chorobliwego poszerzenia klatki piersiowej, która prezentowała się równie dobrze jak u Johna, a nawet była odrobinę węższa. Nie wskazywało to na przewlekłą niewydolność oddechową… Wątpiłam też, by Pardloe cierpiał na niewydolność serca. Kiedy go zobaczyłam, miał zdrową cerę, a teraz ma regularne tętno, wprawdzie szybkie, ale bez trzepotania, bez objawów arytmii…

Uświadomiłam sobie, że Germain zagląda mi przez ramię, wpatrując się z zainteresowaniem w księcia, który ze swej strony ochłonął już na tyle, by leciutko skinąć chłopakowi głową.

– Mmm? – wymruczałam między regularnym odliczaniem oddechów.

– Pomyślałem tylko, Grand-mère, że może ktoś na niego – wskazał Pardloe’a – czeka. Czy nie powinienem zanieść wiadomości, zanim naślą tu na nas żołnierzy? Tragarze będą gadać, prawda?

– Hm. – Rzeczywiście należało się nad tym zastanowić. Na przykład generał Clinton świetnie wiedział, że Pardloe był ostatnio widziany w moim towarzystwie. Nie miałam pojęcia, z kim książę podróżował i czy nadal dowodził swoim pułkiem. Jeżeli tak, to pewnie trwają już gorączkowe poszukiwania. Oficer nie mógł, ot tak, nagle zniknąć.

Germain, wyjątkowo bystry chłopak, miał też rację co do tragarzy. Opaski z numerami na rękawach oznaczały, że pracują dla głównej filadelfijskiej agencji tragarzy. Ludzie generała Clintona znajdą ich po minucie i dowiedzą się, dokąd zanieśli księcia Pardloe.

Jenny, która nadzorowała napar w kolejnych filiżankach, zbliżyła się do pacjenta i podsunęła mu nową do ust, dając mi jednocześnie znak, że przejmie odliczanie oddechów, abym mogła swobodnie porozmawiać z Germainem.

– Kazał zanieść mnie do Kings’a Arms – powiedziałam do chłopaka, zaprowadziwszy go na ganek, by uniknąć niepowołanych uszu. – Spotkałam go w kwaterze generała Clintona w…

– Wiem, gdzie to jest, Grand-mère.

– Nie wątpię. Czy masz jakiś pomysł?

– Tak sobie myślę… – Przeniósł wzrok na wnętrze domu, a potem na mnie. – Jak długo zamierzasz go tu więzić, Grand-mère?

Zatem moje zamysły nie uszły uwadze Germaina. Nie zaskoczyło mnie to; bez wątpienia zdążył poznać przebieg porannych wydarzeń od pani Figg, a wiedząc, kim jest Jamie, prawdopodobnie dopowiedział sobie resztę. Byłam ciekawa, czy widział Williama. Jeżeli tak, to pewnie dowiedział się już wszystkiego. Istniała jednak szansa, że nie, a wobec tego nie było na razie sensu ujawniać tamtej drobnej komplikacji.

– Do powrotu twojego dziadka – odrzekłam. – Albo lorda Johna – dodałam po namyśle. Całym swoim jestestwem pragnęłam, aby Jamie powrócił jak najprędzej. Być może jednak zaistnieje konieczność zatrzymania się poza miastem; w takim wypadku mógłby przysłać do mnie Johna z wiadomościami. – Kiedy tylko pozwolę księciu odejść, natychmiast każe przeczesać miasto w poszukiwaniu brata. Ciągle oczywiście zakładając, że uda mi się utrzymać go przy życiu. – Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęłam, było wszczęcie policyjnej obławy, w którą przypadkiem mógłby zaplątać się Jamie.

Germain podrapał się z namysłem po brodzie; zabawny gest u chłopięcia niemającego jeszcze zarostu, zapewne podpatrzony u ojca.

– To może nie potrwa długo – orzekł. – Grand-père prędko tutaj wróci, wczoraj bardzo pragnął cię zobaczyć.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu i wydymając wargi, przeniósł wzrok na wnętrze domu.

– Nie da się zbyt długo ukrywać jego obecności tutaj – powiedział. – Gdybyś jednak wysłała wiadomość generałowi i może jeszcze słówko do King’s Arms, wyjaśniając, że jego wysokość przebywa u lorda Johna, to z pewnością wstrzymaliby się z poszukiwaniami. A nawet gdyby ktoś pofatygował się tu i zaczął wypytywać, to przypuszczam, że możesz mu podać jakieś ziółka, które sprawią, że się smacznie zdrzemnie, a ty powiesz, że już sobie poszedł. Można by też zamknąć go w szafie… I zakneblować, gdyby się okazało, że już odzyskał głos. – Musiałam przyznać, że Germain odziedziczył po Marsali wybitną zdolność logicznego myślenia i przewidywania.

– Bezbłędnie pomyślane – pochwaliłam, nie komentując szczegółów propozycji ewentualnego czasowego unieszkodliwienia Pardloe’a. – Niezwłocznie się tym zajmę.

Szybko sprawdziłam, jak się miewa książę – czuł się wyraźnie lepiej, choć nadal oddychał z trudem, poświstując – i pomknęłam na górę do gabinetu Johna. Wyjęłam inkaust, pióro i papier i sporządziłam krótkie notatki. Zawahałam się na moment przed podpisaniem i podniósłszy głowę, zauważyłam na komodzie sygnet Johna, którego w pośpiechu zapomniał włożyć.

Poczułam ukłucie w sercu. Radość z ujrzenia Jamiego, niespodziewane przybycie Williama, wzięcie Johna do niewoli i gwałtowne opuszczenie domu przez zdruzgotanego wieściami młodzieńca – dobry Boże, gdzie podziewa się teraz William? – wszystko to sprawiło, że nie poświęciłam Johnowi zbyt wielu myśli.

Powtarzałam sobie, że jest z pewnością bezpieczny. Jamie nie dopuściłby, żeby coś mu się stało. Dalsze rozmyślania przerwało mi bicie zegara na kominku: czwarta godzina.

– Czas szybko płynie, jak się człowiek dobrze bawi – mruknęłam pod nosem i naskrobawszy w miarę podobny podpis Johna, zapaliłam świecę, wylałam kilka kropel wosku na złożone kartki i przypieczętowałam sygnetem ze znakiem półksiężyca. Być może John wróci, zanim listy zostaną doręczone. A Jamie pojawi się przy mnie, kiedy tylko ciemności skryją ziemię i będzie to bezpieczne.

9. Bieg ludzkich spraw

Jamie nie poruszał się drogą samotnie. Z początku jedynie mgliście uświadamiał sobie, że mijają go wozy i konie, słyszał stłumiony szmer rozmów pieszych wędrowców, ale dopiero otrząsnąwszy się z furii, spostrzegł, jak duży panuje ruch. Ujrzał przemieszczającą się w grupie kompanię milicji, pojedynczych jeźdźców, furmanki wypełnione dobytkiem i idące obok nich kobiety i dzieci.

Kiedy zjawił się wczoraj w Filadelfii – Boże, czy naprawdę upłynął dopiero jeden dzień? – rzuciły mu się w oczy grupki ludzi opuszczających miasto i nawet miał zapytać o nich Fergusa, ale zapomniał, zrazu podekscytowany powrotem, a później zaistniałymi okolicznościami.

Jego niepokój wzrósł i dźgnąwszy rumaka ostrogami, zmusił go do szybszego biegu. Do miasta pozostało niespełna dziesięć mil; znajdzie się tam na długo przed zapadnięciem nocy.

A może nawet lepiej, gdyby było już ciemno – pomyślał ponuro. Prościej byłoby wówczas wyjaśnić sobie wszystko z Claire na osobności; czy skutkiem owych wyjaśnień byłoby ciężkie pobicie, czy też miłosne igraszki w łóżku – świadkowie nie byli mu potrzebni.

Ta myśl poraziła go jak zapalenie zapałki Brianny. Jedno słowo – „łóżko” – wystarczyło, żeby zapłonął świeżym gniewem.

 Ifrinn! – wyrzekł głośno i trzasnął pięścią w łęk siodła. Tyle zachodu, żeby się trochę uspokoić, i na darmo, fiuu! – w sekundę wszystko poszło z dymem! A niech to diabli porwą – jego, ją, Johna Greya, wszystko!

– Panie Fraser!

Wzdrygnął się tak, jakby dostał postrzał w plecy, a silnie szarpnięty koń niemal stanął w miejscu, parskając głośno.

– Panie Fraser! – zawołał jeszcze raz zdyszany głos i oczom Jamiego ukazał się Daniel Morgan na niskiej, mocnej kobyle. – Wiedziałem, że to pan, poznałem z daleka! – mówił, krzywiąc w uśmiechu pooraną bliznami twarz. – Nie ma drugiego takiego wielkiego draba, z taką czupryną, a jeżeli jest, to na pewno nie chcę go spotkać!

– Pułkownik Morgan – odrzekł Jamie, w porę spostrzegając mundur z nowymi naszywkami przy kołnierzu. – Udaje się pan na wesele? – Zmusił się do uśmiechu, choć emocje szalały w nim niczym wodospad Niagara.

– Co takiego? A, no tak – roześmiał się Dan, zerkając na dystynkcje. – Phi! Waszyngton cholernie nalega na „stosowny ubiór”. Armia Kontynentalna ma obecnie w swych szeregach więcej generałów niż szeregowych żołnierzy. Wystarczy, że oficer przeżyje dwie bitwy, a od razu dostaje stopień generała. Ale podwyżka żołdu to już zgoła inna rzecz.

Odsunął z czoła kapelusz i zmierzył Jamiego uważnym spojrzeniem.

– Przybył pan dopiero co ze Szkocji? Słyszałem, że towarzyszył pan ciału brygadiera Frasera – przypuszczam, że to pański krewny. – Z żalem potrząsnął głową. – Co za bolesna strata. Dobry człowiek i świetny żołnierz.

– A owszem, w rzeczy samej. Pochowaliśmy go w pobliżu jego domu w Balnain.

Jechali razem, Dan zadawał pytania, Jamie zaś odpowiadał na tyle krótko, na ile pozwalały mu dobre maniery i nieskrywany szacunek dla Morgana. Nie widzieli się od czasu bitwy pod Saratogą, kiedy to Fraser służył w korpusie karabinierów pod jego komendą, i mieli sobie dużo do powiedzenia. Jamie był nawet rad towarzystwu i pytaniom, odrywały bowiem jego umysł od jałowych rozmyślań wprawiających go w bezrozumną furię.

– Obawiam się, że tutaj rozchodzą się nasze ścieżki – powiedział po pewnym czasie. Zbliżali się do rozstajów i jego towarzysz zwolnił nieco tempo jazdy. – Zmierzam do miasta.

– Po co? – zdumiał się Morgan.

– Chcę… zobaczyć się z żoną – odparł nieco bardziej oschle, niż zamierzał, bo na dźwięk słowa „żona” głos zadrżał mu niebezpiecznie.

– Ach tak? A czy ma pan może wolny kwadrans? – Dan szacował go wzrokiem, a Jamie poczuł się bardzo niepewnie. Słońce stało jednak nadal wysoko, a przecież planował wjechać do miasta po zmroku.

– Być może – odparł ostrożnie. – Ale w czym rzecz?

– Jadę spotkać się z przyjacielem i chciałbym, żeby pan go poznał. To bardzo blisko stąd, jazda zajmie nam tylko chwilę. Naprzód! – zawołał Morgan i ostro skręcił w prawo, machnąwszy na Jamiego, by poszedł w jego ślady, co ten, przeklinając się w duchu za głupotę, niechętnie uczynił.

Chestnut Street 17

Kiedy astmatyczny atak minął i książę zaczął oddychać w miarę normalnie, pot ściekał ze mnie równie obficie jak z niego. Nie byłam wprawdzie tak samo zmęczona – książę, półleżąc, spoczywał na krześle, wyczerpany, z przymkniętymi oczami, oddychając powoli i płytko, ale samodzielnie! – niewiele mi jednak brakowało. Lekko kręciło mi się w głowie; nie sposób pomagać komuś w wyrównaniu oddechu, nie łykając przy tym zwiększonej dawki powietrza.

– Proszę, a piuthar-chèile. – Jenny odezwała się półgłosem prosto do mego ucha, a ja, zaskoczona, otworzyłam oczy, orientując się dopiero wtedy, że były zamknięte. Wetknęła mi do ręki szklaneczkę brandy. – W domu nie ma porządnej whisky, ale spodziewam się, że i ten trunek ci pomoże. Czy mam podać łyczek jego wysokości?

– Tak, poproszę – przemówił książę tonem stanowczym, nie zmieniając wszelako pozycji ani nie unosząc powiek. – Dziękuję pani, madam.

– Na pewno mu nie zaszkodzi – odparłam, prostując i rozciągając plecy. – Ani tobie, moja droga. Usiądź i napij się z nami. Pani również, pani Figg.

Obie, Jenny i pani Figg, pracowały niemal tak ciężko jak ja, biegając po całym domu, mieląc, ucierając i zaparzając ziołowe specyfiki, donosząc wilgotne ściereczki do ocierania potu i pomagając mi w liczeniu oddechów, jednym słowem łącząc ze mną siły, by utrzymać księcia przy życiu.

Pani Figg miała bardzo sztywne poglądy na to, co wypada, a co nie, i zasiadanie do popijania brandy wraz z pracodawcą, a co dopiero z gościem z książęcym tytułem, nie mieściło się w jej kanonie, lecz nawet ona musiała przyznać, że okoliczności były wyjątkowe. Ze szklaneczką w ręku przycupnęła zatem na brzeżku otomany przy drzwiach do salonu, skąd mogła swobodnie zawiadywać sprawami domu i odeprzeć ewentualne czyjeś wtargnięcie.

Przez pewien czas nikt się nie odzywał, napawaliśmy się ciszą i spokojem. W dusznym nieruchomym powietrzu wyczuwało się specyficzny rodzaj więzi, jaka łączy ludzi, którzy razem pokonali trudności – choćby i tymczasowo. Stopniowo zaczęłam sobie uświadamiać, że docierają do mnie pomieszane odgłosy z ulicy. Grupy ludzi przemieszczały się pośpiesznie, słychać było turkot kół i naglące pokrzykiwania. Oraz stłumione bicie bębnów.

Pani Figg również je usłyszała. Podniosła głowę tak raptownie, że zadrżały wstążki czepka.

– Słodki Jezusku, zmiłuj się nad nami – wyszeptała, ostrożnie odstawiając opróżnioną szklaneczkę. – Coś się zbliża.

Jenny wzdrygnęła się przestraszona i zerknęła na mnie z obawą.

– Zbliża się? – spytała. – Jak to? Co się zbliża?

– Przypuszczam, że zbliża się Armia Kontynentalna – odpowiedział jej Pardloe. Głowa opadła mu do tyłu i westchnął ciężko. – Dobry Boże… Co to za piękne uczucie móc znowu oddychać. – Oddech miał jeszcze wprawdzie krótki, ale dość lekki. Uniósł szklaneczkę brandy w geście toastu. – Dziękuję, droga… madam. Już wcześniej byłem pani dłużnikiem… ze względu na opiekę nad moim synem, ale teraz…

– Co to znaczy „Armia Kontynentalna”? – przerwałam bez ceregieli i głośno odstawiłam pustą szklaneczkę. Przyśpieszone z powodu ostatnich wydarzeń tętno zdążyło się uspokoić, ale już znowu galopowało.

Pardloe spozierał na mnie spod oka.

– Amerykanie – powiedział łagodnie. – Rebelianci. Kogóż innego mógłbym mieć na myśli?

– A mówiąc, że „się zbliżają”… – zaczęłam niepewnie.

– To nie ja powiedziałem – odparł Pardloe – lecz ta oto niewiasta. – Skinął głową w stronę pani Figg. – Słusznie zresztą. Wojska generała Clintona… wy… wycofują się z Filadelfii… Ośmielam się mniemać… że nadciąga… Wa… Waszyngton.

Jenny prychnęła ze wzgardą, pani Figg natomiast zaklęła dosyć brzydko po francusku, po czym szybko zakryła usta różową pulchną dłonią.

– Och – bąknęłam tępo, gdyż tak właśnie się czułam. Podczas wcześniejszego spotkania z Clintonem byłam tak wzburzona, że logiczna konsekwencja wycofania się wojsk brytyjskich nawet mi nie zaświtała.

Pani Figg wstała z otomany.

– W takim razie lepiej już pójdę i zacznę chować srebra – oznajmiła ze spokojem. – Lady John, w razie czego będę pod krzewem złotokapu obok spiżarni.

– Chwileczkę – powstrzymałam ją podniesieniem ręki. – Nie wydaje mi się, żeby trzeba się było tym zająć już teraz, pani Figg. Armia brytyjska nie wyszła jeszcze z miasta, Amerykanie nie depczą nam na razie po piętach. Przyda się parę sztućców do spożycia kolacji.

Pani Figg wydała niski nieartykułowany dźwięk, ale nie protestowała. Skinęła głową i zebrała opróżnione naczynia.

– Co będą państwo chcieli na kolację? Mam zimną gotowaną szynkę, ale mogłabym też przyrządzić zapiekankę z kurczaka, William ją uwielbia. – Rzuciła puste spojrzenie na korytarz, gdzie krwawe smugi na tapecie przybrały brązową barwę. – Jak pani myśli, czy chłopak przyjdzie na kolację? – William zazwyczaj jadał na mieście, ale zdarzało mu się także spędzać wieczór w domu, zwłaszcza gdy pani Figg przyrządzała swoją zapiekankę.

– Bóg jeden wie – odpowiedziałam. Nie miałam czasu zastanowić się nad skomplikowaną sytuacją z Williamem. Czy istotnie wróci, kiedy nieco ochłonie, by rozmówić się z Johnem? Niejeden raz byłam świadkiem, jak któryś Fraser gotował się z gniewu, z zasady jednak nie chowali urazy długo. Woleli podjąć natychmiastowe działanie. Znacząco spojrzałam na Jenny; oddała mi spojrzenie i oparłszy brodę na nadgarstku, zamyśliła się, postukując palcami o wargi. Posłałam jej ukradkowy uśmiech.

– Gdzie jest mój bratanek? – zainteresował się Pardloe, odrywając w końcu myśli od kolejnego oddechu. – A przede wszystkim… gdzie się podział mój brat?

– Nie wiem – przyznałam szczerze i postawiłam pustą szklaneczkę Pardloe’a na tacy pani Figg. – Bynajmniej nie kłamałam w tej kwestii. Spodziewam się jednak, że wkrótce się tu zjawi. – Otarłam grzbietem dłoni spocone czoło i przygładziłam rozburzone włosy. – Jestem pewna, że John wielce pragnie zobaczyć się z panem, ale…

– O, bardzo w to wątpię – przerwał mi książę. Omiótł mnie wzrokiem, od bosych stóp po fryzurę w nieładzie, i wyraz rozbawienia w jego oczach się pogłębił. – Musi mi pani opowiedzieć… w jakich okolicznościach się pobraliście… kiedy przyjdzie stosowna pora.

– W przypływie desperacji – odrzekłam krótko. – Najpierw jednak położymy waszą wysokość do łóżka. Pani Figg, czy pokój gościnny…

– To zbyteczne – żachnął się Pardloe. – Nie będzie mi… potrzebne… – Próbował wstać z fotela i zabrakło mu tchu. Zbliżyłam się do niego i przeszyłam swoim słynnym pielęgniarskim spojrzeniem.

– Haroldzie – oznajmiłam ze spokojem. – Nie jestem jedynie twoją bratową. – Mnie samej to słowo zazgrzytało w uszach, ale nie dałam tego po sobie poznać. – Jestem także lekarką. Jeżeli nie… O co chodzi? – spytałam zdziwiona. Wpatrywał się we mnie z mieszaniną zaskoczenia i rozbawienia na obliczu. – Pozwoliłeś mi używać swojego imienia, czyż nie?

– Owszem – przyznał. – Wątpię wszakże, by ktoś nazwał mnie… Haroldem, odkąd skończyłem trzy lata. – Uśmiechnął się do mnie czarująco. – Rodzina mówi do mnie Hal.

– Wobec tego ja także będę się tak do ciebie zwracać – odrzekłam z uśmiechem. – A więc, Hal, najpierw weźmiesz odświeżającą kąpiel, a potem położysz się do łóżka.

Roześmiał się, ale krótko, bo znowu zaczął świszczeć. Zakasłał i wbił pięści pod żebra; spojrzał na mnie zaniepokojony, ale szybko doszedł do siebie, odchrząknął i popatrzył mi w oczy.

– Myślałby kto, że jestem trzylatkiem… Bratowa odsyła mnie do… łóżeczka, bez podwieczorku?

Podniósł się z wysiłkiem na nogi. Położyłam mu rękę na klatce piersiowej i pchnęłam go lekko. Był tak słaby, że z impetem usiadł z powrotem, zdumiony i urażony. A także pełen obaw – dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo brak mu sił. Po ciężkim ataku astmy chory zawsze jest osłabiony i wyczerpany.

– Widzisz, Hal? – spytałam łagodnie. – Miewałeś takie ataki już wcześniej, prawda?

– Tak… – przyznał niechętnie – ale…

– Ile czasu przeleżałeś w łóżku po ostatnim?

– Tydzień. – Zacisnął wargi. – Lekarz idiota…

Położyłam mu dłoń na ramieniu i urwał, głównie dlatego, że zabrakło mu tchu.

– Na-razie-musisz-oddychać-wolno-i-rytmicznie – powiedziałam, oddzielając poszczególne słowa. – Posłuchaj mnie uważnie, Hal. Przypomnij sobie, co zaszło dzisiaj po południu, dobrze? Dostałeś ciężkiego ataku na ulicy; gdyby tłum gawiedzi na Czwartej Ulicy zechciał nas zaatakować, byłbyś bezradny… Nie, Hal, nie próbuj zaprzeczać, bo ja też tam byłam. – Patrzyłam mu prosto w oczy. Nie uląkł się, ale milczał. – Potem przejście z ulicy do drzwi domu, paręnaście kroków, nie więcej, wywołało groźny w skutkach atak, status asthmaticus. Czy słyszałeś już kiedyś to określenie?

– Nie – mruknął.

– No to teraz już je znasz i wiesz, co oznacza. Powiadasz, że ostatnim razem tydzień leżałeś w łóżku? Czy tamten atak był równie groźny jak dzisiejszy?

Zaciśnięte wargi tworzyły wąską kreskę, oczy miotały iskry. Przypuszczałam, że większość ludzi nie zwraca się w taki sposób do potomka książęcego rodu, dowódcy własnego pułku. Musisz być dla niego dobra – pomyślałam.

– Przeklęty lekarz… powiedział, że to serce. – Rozprostował palce i powoli rozcierał pierś. – Wiedziałem, że się pomylił.

– Prawdopodobnie masz rację – przyznałam. – Czy to ten sam osobnik, który zaordynował sole trzeźwiące? Jeśli tak, to zwykły szarlatan.

Roześmiał się czy też raczej sapnął.

– O tak, zgadza się. – Urwał i przez moment starał się spokojnie oddychać. – Choć muszę mu oddać… sprawiedliwość. To nie on… dał mi sole. Sam je… zdobyłem. Na wypadek omdlenia… Mówiłem już o tym…

– To prawda. – Usiadłam przy nim i wzięłam go za rękę. Pozwolił mi na to, przyglądając się z zaciekawieniem. Puls był w porządku – wolny i regularny.

– Od kiedy miewasz ataki omdlenia? – zapytałam, zaglądając mu w oczy. Ni śladu zażółcenia czy krwawych wybroczyn, źrenice jednakowe, niepowiększone…

– Od dawna – odrzekł, raptownie zabierając rękę i prostując się w fotelu. – Nie mam czasu rozprawiać o moim zdrowiu, madam. Powinienem…

– Claire – przerwałam tę tyradę, kładąc mu dłoń na klatce piersiowej i przyjaźnie się uśmiechając. – Ty jesteś Hal, a ja Claire. I nigdzie się nie wybierasz, wasza miłość.

– Zabierz tę rękę!

– Kusi mnie, żeby cię usłuchać i pozwolić ci upaść na twarz – oznajmiłam – ale wolę poczekać, aż pani Figg skończy zaparzać tynkturę. Nie chcę, żebyś runął jak długi, dusząc się jak ryba wyrzucona na brzeg. Chcę móc udzielić ci pomocy.

Rzekłszy to, odsunęłam jednak rękę i wyszłam do holu, zanim zdążył pozbierać myśli. Jenny stała w otwartych drzwiach na ulicę, rozglądając się zaniepokojona.

– Co się tam dzieje? – zapytałam.

– Nie wiem – odparła, nie odwracając oczu od dwóch obdartusów biegnących po drugiej stronie ulicy. – Ale ani trochę mi się to nie podoba. Mam złe przeczucia. Jak sądzisz, czy on ma rację?

– Że armia brytyjska opuszcza miasto? Tak. Na to wygląda. A razem z nią prawdopodobnie połowa tutejszych lojalistów. – Doskonale wiedziałam, co Jenny ma na myśli, mówiąc, że ma złe przeczucia. Powietrze było gorące i duszne, ciężkie od brzęczących cykad, a liście ocieniających ulicę kasztanów zwisały smętnie jak ścierki, mimo to w powietrzu coś drgało. Panika? Strach? Podniecenie? Pewnie wszystko naraz, pomyślałam.

– Nie uważasz, że byłoby najlepiej, gdybym teraz poszła do drukarni? – spytała Jenny, marszcząc z troską czoło. – Czy Marsali i dzieciaki nie byliby bezpieczniejsi? W razie jakichś zamieszek…

Potrząsnęłam głową.

– Nie wydaje mi się. To przecież znani patrioci. Jeśli armia brytyjska opuszcza miasto, to niebezpieczeństwo grozi raczej lojalistom. Zostaną pozbawieni ochrony, a rebelianci mogą zechcieć to wykorzystać. Ten dom – przeszedł mnie bardzo nieprzyjemny dreszcz, jakby ktoś niewidzialny powiódł mi zimnym, oślizłym palcem wzdłuż kręgosłupa – należy do lojalistów. – I nie ma nawet drzwi, które można by zamknąć i zabarykadować – mogłabym dodać, ale się powstrzymałam.

Z salonu dobiegło głuche łupnięcie, jakby ktoś zwalił się bezwładnie na podłogę, ale ani ja, ani Jenny nawet nie mrugnęłyśmy powieką. Obu nam nie brakło licznych doświadczeń z upartymi jak muły mężczyznami. Słyszałam ciężkie dyszenie Pardloe’a; gdyby znów zaczął świszczeć, ruszę mu na ratunek.

– Czy to dla ciebie niebezpieczne ukrywać go w tym domu? – spytała Jenny półgłosem, lekko skłaniając głowę. – Może powinnaś raczej uciekać do drukarni.

Skrzywiłam się, próbując ocenić możliwe wyjścia. Liściki przekazane przez Germaina opóźnią wypytywanie, zresztą potrafię zbyć każdego, kto by się tu pojawił. Oznaczało to jednak coś więcej – gdybym potrzebowała pomocy, nie mogę się jej znikąd spodziewać. A pomoc mogłaby się przydać, gdyby na przykład ktoś z wrogiego motłochu na Czwartej Ulicy podsłuchał, dokąd kazałam biec tragarzom. Tamta wrogość ukazała mi się nagle w innym świetle.

Gdyby rebelianci mieli powstać i zwrócić się przeciw bezbronnym nagle lojalistom, a prądy, które wyczuwałam wokół, miały mroczną naturę, to…

– Ktoś może się zjawić na tym progu z beczką smoły i workiem pierza – zauważyła Jenny, w wysoce niepokojący sposób czytając w moich myślach.

– No tak, to nie pomogłoby ani trochę astmie jego wysokości – odparłam, śmiejąc się.

– Czy nie byłoby lepiej oddać go generałowi Clintonowi? – zasugerowała Jenny. – Przeżyłam najście żołdaków, którzy przetrząsali mój dom, podczas gdy poszukiwany mężczyzna z moim nowo narodzonym dzieciątkiem w ramionach ukrywał się na dnie szafy. Nie przypuszczam, żeby wizyta Synów Wolności, którzy zwaliliby się tutaj, szukając wielmożnego księcia, była mniej stresująca dla nerwów, o ile to, co słyszałam o nich od Marsali, chociaż w połowie jest prawdą.

– Prawdopodobnie jest. – Nagle od rzeki doszedł głuchy łoskot wystrzału i obie z Jenny wzdrygnęłyśmy się nerwowo. Na szczęście się nie powtórzył i po chwili odetchnęłam spokojniej. – Problem w tym, że stan księcia nie jest stabilny. Nie mogę ryzykować wiezienia go ulicami pełnymi kurzu i pyłków kwiatów i przekazania pod opiekę lekarza wojskowego albo tego szarlatana Hebdy’ego. Gdyby dostał kolejnego ataku i nikt nie umiałby mu pomóc…

Jenny się skrzywiła.

– Tak, tak, masz rację – przyznała z ociąganiem. – Z tych samych względów nie możesz zostawić go tutaj i uciec do drukarni.

– No właśnie. – Jamie przybędzie tu wkrótce, żeby się ze mną spotkać. Nie mogę opuścić domu.

– Jeśli przyjdzie Jamie i nie znajdzie cię tutaj, to najpierw pobiegnie do drukarni – zauważyła Jenny, a mnie włosy stanęły dęba.

– Czy możesz już wreszcie przestać?!

– O co ci chodzi?! – wykrzyknęła zdumiona.

– Przestań czytać w moich myślach!

– Ach, to. – Uśmiechnęła się szeroko, mrużąc niebieskie oczy. – Wszystko, o czym tylko pomyślisz, Claire, odbija ci się na twarzy. Jestem pewna, że Jamie ci o tym mówił.

Ciemny rumieniec wypełzł z głębin mojego dekoltu i dopiero wtedy przypomniałam sobie, że nadal mam na sobie bursztynową suknię z jedwabiu, mokrą teraz od potu, zakurzoną i brudną. Do tego z mocno ściągniętym gorsetem. Miałam szczerą nadzieję, że nie każda moja myśl uwidacznia się na mej twarzy, ponieważ niektórych informacji wolałabym na razie Jenny nie ujawniać.

– Nie potrafię wprawdzie odczytać wszystkich twoich myśli – przyznała jak na zawołanie, doprowadzając mnie do rozpaczy – ale łatwo odgadnąć, kiedy myślisz o Jamiem.

Uznałam, że wolę nie wiedzieć, jak wtedy wyglądam, i już miałam przeprosić i zajrzeć do księcia, który dyszał i klął nieprzerwanie po niemiecku, gdy wtem ujrzałam pędzącego ulicą chłopaka. Odzież miał w nieładzie i wyglądał, jakby go ścigał sam diabeł.

– Colenso! – zawołałam.

– Co takiego? – zdziwiła się Jenny.

– Nie co, tylko kto. On – odparłam, pokazując okrągłą, zdyszaną postać, kierującą się ku nam. – Colenso Baragwanath. Służący Williama.

Colenso zawsze wyglądał jak krasnoludek, który zeskoczył z kapelusza muchomora; rzucił się teraz do drzwi takim pędem, że obie z Jenny odskoczyłyśmy gwałtownie. Chłopak potknął się na progu i runął jak długi.

– Masz minę, jakby cię diabeł gonił, chłopcze – zauważyła Jenny życzliwie, pomagając mu wstać. – I gdzie podziałeś portki?

Chłopak był bosy i pod kurtką wywróconą na lewą stronę miał jedynie koszulę.

– Zabrali mi – wysapał, łapiąc oddech.

– Kto? – zapytałam, odwracając kurtkę na właściwą stronę.

– Tamci – bąknął, machając bezradnie w kierunku Locust Street. – Zajrzałem do karczmy, żeby zobaczyć, czy nie ma lorda Ellesmere’a, bo czasem tam bywa, i okazało się, że jest tam rojno jak w ulu. Duża grupa mężczyzn przekrzykiwała się jeden przez drugiego, a najwięcej perorował taki jeden olbrzym. Kiedy mnie zobaczyli, podnieśli jeszcze większy krzyk i oskarżyli mnie, że ich szpieguję i powiem o wszystkim wojsku, a potem mnie złapali, wywrócili mi kurtkę na lewą stronę, a jeden krzyknął, że nauczy mnie rozumu, więc ściągnęli mi portki i… i… W każdym razie wyrwałem mu się, upadłem na podłogę, na czworakach popełzłem pod stołami i uciekłem gdzie pieprz rośnie. – Rękawem otarł cieknący nos. – Czy jego lordowska mość jest w domu, ma’am?

– Nie – odparłam. – A czegóż od niego chciałeś?

– Ja nic, ma’am – zapewnił chłopak gorliwie. – Major Findlay go wzywa. Natychmiast.

– Hm, no cóż… Gdziekolwiek się teraz obraca i tak prawdopodobnie wieczorem przyjdzie na kwaterę. Wiesz, gdzie to jest, prawda?

– Tak, ma’am, ale nie wyjdę na ulicę bez portek! – zawołał z mieszaniną godności i lęku, aż Jenny się roześmiała.

– Nie mam ci tego za złe, chłopcze – powiedziała. – Coś ci powiem, mój najstarszy wnuk prawdopodobnie mógłby pożyczyć ci swoje stare spodnie. Zajdę do drukarni – zwróciła się do mnie – wezmę portki i wyjaśnię Marsali, jak się sprawy mają.

– Dobrze – zgodziłam się niechętnie, bo jej obecność mnie uspokajała. – Ale nie zabaw długo. I powiedz jej, żeby nie pisała o tym wszystkim w gazecie!

10. Zstąpienie Ducha Świętego na opornego ucznia

Dan Morgan bynajmniej nie przesadził i wkrótce zjechali z głównej drogi na gruntową, która doprowadziła ich do drewnianej chaty, ukrytej w wiązowym zagajniku. Opodal wielki siwy wałach spętany skubał trawę, siodło i uprząż leżały na ganku. Na moment podniósł łeb i zarżał cicho na widok nowo przybyłych.

Jamie schylił się pod nadprożem i wszedł za Danem do ciemnej, skromnie urządzonej izby, cuchnącej gotowaną kapustą, zjełczałym tłuszczem i przenikliwym odorem uryny. W izbie było tylko jedno okno z okiennicami uchylonymi dla przewietrzenia, a wpadający przez nie blask słońca opromieniał podłużnego kształtu czaszkę potężnego mężczyzny, który siedział przy stole. Podniósł głowę i spojrzał na wchodzących.

– Pułkownik Morgan – powiedział miękkim głosem ze śladem akcentu wirginijskiego. – Czy przynosi mi pan dobre wieści?

– Właśnie to panu przynoszę, generale – odrzekł Dan i popchnął Jamiego bliżej stołu. – Napotkałem tego draba na trakcie i skłoniłem, żeby mi towarzyszył. Oto pułkownik Fraser, o którym panu mówiłem. Dopiero co wrócił ze Szkocji, najlepszy kandydat do objęcia dowodzenia oddziałami Taylora.

Olbrzym wstał od stołu i z uśmiechem wyciągnął rękę; uśmiechał się z zaciśniętymi wargami, jakby w obawie, że coś się przez nie wymknie. Był równie wysoki jak Fraser, przez co Jamie znalazł się dokładnie naprzeciwko bystrych szaroniebieskich oczu, które błyskawicznie go oszacowały.

Przedstawiając się, mocno uścisnęli sobie dłonie.

– Do usług, sir.

– Pański… uniżony sługa, sir.

– Usiądźmy, pułkowniku Fraser. – Potężnie zbudowany syn Wirginii wskazał grubo ciosaną drewnianą ławę. – Mój koń okulał i służący pobiegł poszukać innego wierzchowca. Nie mam pojęcia, ile czasu mu to zajmie, zważywszy, że potrzeba mi solidnego ogiera, by udźwignął mój ciężar, a obecnie o takiego niełatwo. – Nie kryjąc swoich intencji, obrzucił Jamiego uważnym spojrzeniem. – Nie przypuszczam, żeby miał pan ze sobą przyzwoitego konia, sir.

– A owszem, mam. – Jamie z ochotą spełnił dość oczywiste oczekiwania Waszyngtona. – Czy uczyni mi pan zaszczyt, generale, i zechce z niego skorzystać?

Morgan mruknął zniechęcająco i przestąpił z nogi na nogę, zamierzając zaprotestować, ale Jamie zerknął na niego i lekko pokręcił głową. Do Filadelfii nie jest przecież tak daleko, z powodzeniem może tam dotrzeć pieszo.

Waszyngton podziękował mu, nie kryjąc zadowolenia, i obiecał, że koń zostanie zwrócony, gdy tylko pojawi się nowy odpowiedni wierzchowiec.

– W obecnej sytuacji to wyjątkowo istotne, abym mógł się sprawnie przemieszczać, pułkowniku – zauważył, jakby się usprawiedliwiając. – Wie pan oczywiście, że Clinton wycofuje się z Filadelfii?

Jamie poczuł się, jakby dostał obuchem w łeb.

– Jak to… Czy… Nie, sir. Nic o tym nie wiem.

– Właśnie miałem go o tym powiadomić – wtrącił Dan z leciutką irytacją. – Nigdy nie dają mi dojść do słowa, tak to już jest.

– No to teraz ma pan szansę – odrzekł Waszyngton z rozbawieniem. – O ile się pan pośpieszy i zdąży przed przybyciem Lee. Zechciejcie panowie usiąść. Spodziewam się… a, oto i oni. – Z podwórza doszły odgłosy znamionujące przybycie grupy jeźdźców i po chwili w chacie zrobiło się tłoczno od oficerów Armii Kontynentalnej.

Wydawali się wielce zdrożeni, a odziani byli głównie w wymięte, obszarpane części mundurów, uzupełnione strojami myśliwskimi i pumpami z samodziału. Nawet nieliczne kompletne uniformy były znoszone i poplamione błotem. Już przedtem niezbyt ładnie woniejącą izbę wkrótce wypełnił odór niedomytych męskich ciał.

Pośród zgiełku okrzyków powitalnych i poklepywania Jamiemu udało się nagle zlokalizować źródło zapachu uryny. W kącie izby, przyciskając plecy do ściany, stała drobna, chuda kobieta z owiniętym szalem dzieckiem przy piersi, obrzucając intruzów spłoszonym spojrzeniem. Na szalu widoczna była mokra, ciemna plama, lecz kobieta najwidoczniej obawiała się porzucić swój kąt, żeby przewinąć niemowlę, i zamiast tego przestępowała z nogi na nogę, poklepując dziecko, by je uspokoić.

– Pułkownik Fraser! Co za spotkanie! – Okrzyk odwrócił uwagę Jamiego, który ku swojemu zaskoczeniu spostrzegł, że dłoń entuzjastycznie ściska mu Anthony Wayne, powszechnie już znany jako Szalony Anthony, z którym widział się kilka tygodni przed upadkiem Ticonderogi. – Czy pańska żona dobrze się miewa, sir? A pański szanowny siostrzeniec? – pytał rozpromieniony Wayne.

Anthony był niski i krępy, pucołowaty jak wiewiórka, do tego z długim ostrym nosem i oczami, które czasem zdawały się płonąć żywym ogniem. Jamie spostrzegł z ulgą, że obecnie płonie w nich tylko iskra przyjaznego zaciekawienia.

– Dziękuję, sir, wszystko układa się pomyślnie. I…

– Chciałbym wiedzieć, czy żona przebywa może w okolicy? – Wayne zbliżył się i ściszył głos. – Dokucza mi piekielnie zapalenie stawów, a pamiętam, że dokonała cudu z ropniem u podstawy kręgosłupa, kiedy byliśmy jeszcze pod Ti…

– Pułkowniku Fraser, pozwoli pan, że zaznajomię pana z generałem dywizji Charlesem Lee i generałem Nathanaelem Greene’em. – Głos Jerzego Waszyngtona przeciął dywagacje Wayne’a na temat ropnia i stawów, co Jamie przyjął z ulgą.

Nie licząc Waszyngtona, Charles Lee był najlepiej wyposażonym oficerem – miał na sobie kompletny mundur, od naszyjnika po wyglansowane buty. Jamie nigdy wcześniej go nie spotkał, ale w największym tłumie i w każdym stroju rozpoznałby w nim zawodowego żołnierza. Lee wydawał się człowiekiem podejrzliwym, niemniej dosyć serdecznie uścisnął mu dłoń z krótkim „do usług, sir”. Jamie wiedział o nim dwie rzeczy, które wyjawił mu Młody Ian: żona Lee była Indianką z plemienia Mohawków, którzy zwali go Ounewaterika. Ian twierdził, że znaczy to Wrząca Woda.

Stojąc między Szalonym Anthonym a Wrzącą Wodą, Jamie czuł, że kiedy spotkał na trakcie Morgana, powinien był umknąć gdzie pieprz rośnie, ale teraz za późno już było na żale.

– Siadajcie, panowie, nie mamy chwili do stracenia. – Waszyngton zwrócił się do ukrytej w kącie kobiety: – Pani Hardman, czy ma pani coś do picia?

Jamie widział, że kobieta przełyka ślinę, ściskając niemowlę tak mocno, że zapiszczało jak kociak i zaniosło się płaczem. Kilku mężczyzn, niewątpliwie ojców, skrzywiło się na ten przykry dźwięk.

– Nie, przyjacielu – odparła, a Jamie zrozumiał, że należy do kwakrów. – Nic poza wodą ze studni. Czy mam przynieść ci wiadro?

– Nie kłopocz się tym, przyjaciółko Hardman – włączył się cichym głosem Nathanael Greene. – Mam ze sobą dwie flaszki w sakwie przy siodle, to wystarczy. – Powoli zbliżył się do kobiety, tak żeby jej nie przestraszyć, i ujął ją delikatnie pod ramię. – Wyjdźmy na zewnątrz. Nie będziemy im przeszkadzać. – Był potężnie zbudowanym mężczyzną, który wyraźnie kulał, ale jego prosta mowa ją uspokoiła i pozwoliła mu się wyprowadzić, choć co rusz zerkała przez ramię jakby w obawie, że żołnierze zaprószą w chacie ogień.

Po kwadransie nerwowe podniecenie mężczyzn na tyle wzrosło, że Jamie był skłonny podzielać jej niepokój. Wojska Waszyngtona od pół roku tkwiły w Valley Forge, czyniąc intensywne przygotowania i ćwicząc, a generałowie niecierpliwie oczekwiali starcia z wrogiem.

Gorączkowe rozmowy, propozycje, plany – omawiane po wielokroć. Jamie słuchał niezbyt uważnie, myślami będąc w Filadelfii. Dostatecznie dużo usłyszał od Fergusa, by się zorientować, że miasto jest podzielone, między patriotami a lojalistami wybuchają regularne walki, tłumione przez brytyjskich żołnierzy, a lojaliści stanowią mniejszość. Gdy ochrona Brytyjczyków się skończy, znajdą się na łasce rebeliantów, a ci, gnębieni od miesięcy, raczej nie okażą im zmiłowania.

A Claire… Zaschło mu w ustach. W oczach mieszkańców Filadelfii Claire była żoną lorda Johna Greya, powszechnie znanego lojalisty. On, Jamie, osobiście pozbawił ją ochrony męża, zostawiając ją na pastwę losu w mieście, w którym wkrótce mogą wybuchnąć zamieszki.

Kiedy Brytyjczycy wyjdą z Filadelfii? Nikt z obecnych nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.

Z rzadka włączał się do dyskusji, pogrążony w myślach, jak szybko mógłby dotrzeć pieszo do miasta; może powinien zakraść się do stajni i uprowadzić konia, którego tak łatwo pozbył się na rzecz Waszyngtona? Obracał w myśli niepokojące słowa, które wypowiedział Morgan, przedstawiając go Waszyngtonowi. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnął, było…

– A pan, pułkowniku Fraser? – zagadnął Waszyngton. Jamie zamknął oczy i polecił duszę Bogu. – Czy wyświadczyłby mi pan przysługę i przejął dowodzenie batalionem Henry’ego Taylora? Generał Taylor zaniemógł i dwa dni temu zmarł.

– To dla mnie… prawdziwy zaszczyt, sir – wydusił Jamie, zastanawiając się gorączkowo. – Mam jednak pewne niecierpiące zwłoki sprawy… w Filadelfii. Z chęcią podejmę się wyznaczonego mi zadania, kiedy tylko się z nimi uporam… i oczywiście nie omieszkam też przynieść najświeższych wieści o poczynaniach wojsk generała Clintona. – Waszyngton przyglądał mu się surowo podczas pierwszej części przemowy, gdy jednak Jamie wspomniał o Brytyjczykach, Greene i Morgan mruknęli aprobująco, a Wayne gorliwie pokiwał głową.

– Czy uda się panu załatwić swoje sprawy w ciągu trzech dni, pułkowniku?

– Tak, sir!

Do miasta nie może być więcej niż dziesięć mil; dotrze tam w dwie, najwyżej trzy godziny. Zabranie Claire z domu, kiedy już się w nim znajdzie, to nie więcej jak pół minuty.

– Wobec tego doskonale, tymczasowo mianuję pana generałem armii. To…

– Ifrinn!

– Słucham, pułkowniku? – zdumiał się Waszyngton. Dan Morgan, który słyszał już gaelickie przekleństwa Jamiego, w milczeniu potrząsnął głową.

– Dziękuję panu, sir. – Przełknął z trudem, czując, jak oblewa go war.

– Oczywiście Kongres będzie to musiał zatwierdzić – ciągnął Waszyngton, posępniejąc – a nie ma gwarancji, jak postąpią te zadowolone z siebie pasibrzuchy.

– Rozumiem, sir – zapewnił Jamie gorliwie.

Pozostało mu tylko mieć nadzieję. Dan Morgan podał mu flaszkę, z której pociągnął spory łyk, nie sprawdzając nawet, co to za trunek. Pocąc się obficie, skulił się na ławie, żałując, że nie jest niewidzialny.

Jezu, i co teraz? Zamierzał wśliznąć się dyskretnie do miasta i umknąć równie szybko wraz z Claire, po czym skierować się na południe, aby odzyskać swoją prasę drukarską, być może założyć skromny interes w Charlestonie lub Savannah i doczekać tam końca wojny, a potem wrócić do domu, do Ridge. Wiedział oczywiście, że wiąże się to z ryzykiem, bo każdy mężczyzna poniżej sześćdziesiątki mógł zostać wcielony do oddziałów milicji, a gdyby do tego doszło, prawdopodobnie bezpieczniej było być generałem niż dowódcą tych ciurów. Poza tym generał mógł zrezygnować ze służby; ta myśl wielce go pocieszyła.

Jamie przyłapał się na tym, że niezbyt uważnie słucha słów Waszyngtona, natomiast bacznie przygląda się jego obliczu, notując w pamięci szczegóły zachowania, by opowiedzieć o nim później Claire. Żałował, że nie może porozmawiać o tym z Brianną; ona i Roger Mac zastanawiali się czasem, jak to jest poznać kogoś takiego jak Jerzy Waszyngton, choć z punktu widzenia Jamiego, który znał już wiele sławnych osób, najczęściej niosło to ze sobą spore rozczarowanie.

Natomiast Waszyngton wydawał się szalenie kompetentny, słuchał więcej, niż mówił, a jego rzadkie wtręty były niezwykle celne. Emanował pewnością siebie i swobodą, choć było widać, że rozwój wydarzeń mocno go ekscytuje. Dziobata twarz o nieregularnych rysach mogła się nie podobać, niezaprzeczalnie miała jednak prezencję i godność.

Waszyngton ożywiał się coraz bardziej, doszedł nawet do tego, że parę razy się roześmiał, ukazując popsute żółtawe zęby. Jamie był zachwycony; Brianna mówiła mu, że były sztuczne, wykonane z drewna lub kła hipopotama. Jamiemu przypomniał się dziadek: Stary Lis miał szczęki zrobione z buczyny. Podczas kłótni na zamku w Beaufort Jamie wrzucił je kiedyś do ognia – i nagle przeniósł się tam, poczuł dym i zapach pieczeni z dziczyzny, i niepokój, że spotka go śmierć z ręki otaczających go krewnych.

Równie szybko jak znalazł się w Szkocji, powrócił na ławę między Morgana i Lee, mając w nozdrzach odór potu i brudu, i wbrew sobie poczuł przypływ podniecenia.

Czuł się dziwnie, siedząc tak blisko człowieka, którego ledwie znał, a mimo to wiedział o nim więcej niż on sam o sobie.

Zaprawdę, przesiedział wiele wieczorów z Karolem Stuartem, wiedząc – i wierząc w to – co podług Claire z nim się stanie. Chrystus rzekł do niewiernego Tomasza: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”[1]. Jamie był ciekaw, jak nazwać tych, co widzieli i byli zmuszeni żyć z nabytą wiedzą. Słowo „błogosławieni” nie wydawało mu się odpowiednie.

Zanim Waszyngton i reszta odjechali, upłynęła co najmniej godzina, którą Jamie spędził na przemyśliwaniu o tym, żeby wstać, przewrócić stół i uciec – niech Armia Kontynentalna radzi sobie bez niego.

Wiedział doskonale, że armie, w okresach, kiedy nie walczą, przemieszczają się powoli. Waszyngton spodziewał się najwidoczniej, że Brytyjczycy opuszczą Filadelfię najwcześniej za tydzień, być może jeszcze później. Ale Jamie nie mógł przemówić ciału do „rozumu”, miało ono bowiem własną skalę ważności spraw. Potrafił znosić głód, pragnienie, zmęczenie i rany, ale potrzeba spotkania się z Claire była silniejsza niż wszystko.

Działo się tak pewnie za sprawą tego, co Claire i Brianna nazywały zatruciem testosteronem, określenie używane przez nie dla opisania tego wszystkiego, co czynili mężczyźni, a czego nie pojmowały kobiety. Kiedyś będzie ją musiał spytać, co to takiego ten testosteron. Poruszył się niespokojnie na ławie, starając się zmusić do uważniejszego śledzenia słów Waszyngtona.

W końcu rozległo się stukanie do drzwi i do izby wetknął głowę czarnoskóry mężczyzna.

– Gotowe, psze pana – odezwał się z tym samym miękkim akcentem z Wirginii co jego pan.

– Dziękuję, Caesarze. – Waszyngton skinął głową i szybko wstał od stołu. – A zatem zgoda, panowie? Generale Lee, pojedzie pan ze mną. A z wami zobaczę się na farmie Sutfina, o ile nie powiadomię wcześniej o zmianie planów.

Serce Jamiego szarpnęło się w piersi i uczynił ruch, jakby także chciał wstać, ale Morgan go przytrzymał.

– Zaczekaj chwilę, Jamie – poprosił. – Powinieneś się czegoś dowiedzieć o swoim nowym przydziale, prawda?

– Ja… – zaczął Fraser, ale urwał i usiadł.

Czekał, aż Nathanael Greene podziękuje pani Hardman za gościnę i nakłoni ją, by przyjęła niewielki datek od armii. Jamie mógłby się założyć, że wyjęta z sakiewki garść monet jest własnością Greene’a, a nie armii, lecz kobieta przyjęła je bez słowa, a po jej zniszczonej twarzy przemknął nawet nikły cień uśmiechu. Jamie spostrzegł, jak z ulgą opuściła ramiona, gdy drzwi za generałami się zamknęły. Dopiero teraz pojął, że ich obecność mogła narazić ją i dziecko na niebezpieczeństwo, gdyby ktoś postronny, a niekoniecznie życzliwy wypatrzył, że jej dom opuszczają ludzie w mundurach wojsk kontynentalnych.

Zerknęła z namysłem na Jamiego i Dana, lecz ich odzież cywilna stanowiła widocznie mniejsze zagrożenie, bo, uspokojona, odwróciła wzrok.

– Czy czujesz języki ognia, spadające teraz na twoją głowę, Jamie? – zagadnął Dan.

– Co?

– „Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: «Pokój wam!»” – zacytował Dan i uśmiechnął się szeroko na widok zaskoczenia Jamiego. – Moja Abigail umie składać litery i regularnie czytuje mi fragmenty Biblii w nadziei, że mi się przysłuży, choć na razie się to nie spełniło.

Wziął do ręki swój plecak, pogmerał w nim chwilę i wyjął plik złożonych na pół kartek papieru z pozaginanymi rogami, kałamarz i dwa wystrzępione pióra.

– A teraz, kiedy już Ojciec, Syn i Duch Święty zajęli się swoimi sprawami, spiszę ci nazwiska twoich dowódców kompanii i adresy ich kwater, bo to nie jest tak, że wszyscy przebywają w koszarach albo nawet w tej samej miejscowości. Pani Hardman, czy mogę prosić o kropelkę wody do rozrobienia atramentu?

Jamie z trudem zmusił się do uwagi, pocieszając się, że wyjaśnienia nie zajmą zbyt wiele czasu. Istotnie, po upływie kwadransa trzymał już w garści listy adresów i nazwisk, sporządzone starannym pismem Morgana. Do Filadelfii dwie godziny… najwyżej trzy…

– Czy masz przy sobie jakieś pieniądze? – spytał Dan, przystając w progu.

– Ani grosza – przyznał Jamie. Nie miał nawet sakiewki u pasa. Na czas podróży przekazał ją Jenny, lubiła bowiem czynić drobne sprawunki. Dzisiejszego ranka zaś był tak podekscytowany perspektywą ujrzenia Claire, że wybiegł z drukarni jedynie z odzieniem na grzbiecie i paczką ulotek dla Fergusa. Przez chwilę rozmyślał o tym, czy wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie został zauważony na potajemnym spotkaniu z Fergusem i żołnierze – a także William – nie śledziliby go potem do domu lorda Johna, ale szybko dał spokój jałowemu roztrząsaniu.

Morgan znowu pogrzebał w plecaku, wyjął z niego nieduży parciany woreczek i brzęczącą sakiewkę i rzucił Jamiemu.

– Trochę prowiantu na drogę i zaliczka na poczet generalskiej gaży – oznajmił, chichocząc z własnego dowcipu. – W obecnych czasach mundur sporo kosztuje, a żaden krawiec w Filadelfii nie zechce uszyć kontynentalnego. A trzeba wiedzieć, że biada temu, kto pokaże się przed obliczem czcigodnego Jerzego Waszyngtona nieodpowiednio ubrany. Ma bzika na punkcie porządnego umundurowania, powiada, że nie można oczekiwać szacunku, jeśli wygląd nie świadczy o tym, iż się nań zasługuje. Spodziewam się wszakże, że to rzecz ci wiadoma.

Morgan, który w obu bitwach pod Saratogą walczył w koszuli myśliwskiej, z powodu upału zostawił bowiem kurtkę od munduru wiszącą na gałęzi w obozie, uśmiechnął się do Jamiego szeroko, błyskając białawą blizną na górnej wardze, gdzie drasnęła go kula.

– Żegnaj, generale Fraser!

Jamie parsknął śmiechem, niemniej jednak wstał, żeby się pożegnać. Podał Danowi rękę, po czym zebrał papiery ze stołu i wraz z prowiantem i sakiewką włożył do sakwy. Był wdzięczny za jedzenie; z parcianego worka dochodził kuszący zapach suszonego mięsiwa i podpłomyków, wyczuwał też na dnie okrągłe kształty jabłek. Przypomniał sobie, że wybiegł z drukarni bez śniadania.

Wyprostował się i nagle przeszył go ostry ból, promieniujący od środka kręgosłupa przez tył nogi aż do pięty. Jamie sapnął i zwalił się ciężko na ławę, bolesny skurcz jak imadło ściskał mu krzyż i prawy pośladek.

– Jezus Maria Józefie święty, tylko nie teraz – wycedził przez zęby ni to modlitwę, ni przekleństwo. Kiedy uderzył Johna Greya, poczuł, jak coś przeskoczyło mu w krzyżu, ale ogarnięty wściekłością, niespecjalnie się tym wtedy przejął. Chodzenie ani jazda konna nie sprawiały mu szczególnych kłopotów, zwłaszcza że był pogrążony w głębokich rozmyślaniach, teraz jednak, gdy posiedział na niewygodnej ławie i mięśnie ostygły…

Ostrożnie spróbował się podnieść i znowu opadł bezwładnie. Pocąc się z bólu, nachylił się nad stołem, zaciskając pięści i klnąc po gaelicku, wyzbywszy się modlitewnego nastroju.

– Czy dobrze się czujesz, przyjacielu? – Pani domu zbliżyła się do niego i z troską zajrzała mu w oczy.

– Chwileczkę – wydusił, starając się, jak zaleciła mu kiedyś Claire, oddychać powoli i miarowo, póki nie minie skurcz. „Jak przy porodzie”, powiedziała rozbawiona. Ani wtedy, ani tym bardziej teraz nie uważał tego za zabawne.

Ból złagodniał nieco. Jamie wyprostował nogę i kilkakrotnie, z wielką ostrożnością nią poruszył. Nic się nie wydarzyło. Kiedy jednak znowu spróbował wstać, nie mógł rozprostować pleców i straszliwy kłujący ból przeszył prawy pośladek.

– Czy… ma pani może… whisky? Albo rum? – Gdyby tylko zdołał stanąć na nogi… Ale kobieta potrząsnęła głową.

– Przykro mi, przyjacielu. Nie mam nawet cienkiego piwa. Ani mleka dla dzieci – dodała z goryczą. – Wojsko zabrało mi kozy.

Nie sprecyzowała, które wojsko, bo pewnie nie miało to dla niej znaczenia. Wymamrotał wyrazy ubolewania na wypadek, gdyby była to Armia Kontynentalna albo oddział milicji, i umilkł, oddychając z trudem. Zdarzyło się to już trzykrotnie – najpierw przeszywający ból, potem niezdolność do ruchu. Któregoś razu dopiero po czterech dniach mógł jako tako kuśtykać, w innych przypadkach odzyskał sprawność w ciągu dwóch dni, a choć plecy pobolewały go jeszcze potem tygodniami, to jednak mógł chodzić, byle powoli.

– Czy pan chory? Mogę dać syropu z rabarbaru – zaproponowała kobieta. Jamie uśmiechnął się krzywo i pokręcił głową.

– Dziękuję pięknie, ma’am. Chwycił mnie ból w kręgosłupie. Kiedy zelżeje, od razu poczuję się lepiej. – Problem w tym, że dopóki ból trzymał, Jamie był całkowicie bezradny, a gdy wreszcie mu to zaświtało, ogarnęła go lekka panika.

Kobieta tkwiła przy nim w milczeniu, lecz gdy niemowlę zakwiliło, odwróciła się, by wziąć je na ręce. Spod łóżka wypełzła mała, drobna dziewczynka, pięcio-, może sześcioletnia, o ślicznej buzi, i ciekawie mu się przyglądała.

– Czy pan zostanie na kolacji? – spytała cienkim, wyraźnym głosikiem, przyglądając mu się z niekłamanym podziwem. – Widzi mi się, że pan może dużo zjeść…

Po tej wypowiedzi Jamie oszacował jej wiek na osiem, dziewięć lat. Uśmiechnął się do niej mimo bólu, który wciąż mu dokuczał, chociaż zdawał się nieco łagodnieć.

– Nie zabiorę wam jedzenia, a nighean – zapewnił. – Mam nawet w sakwie prowiant, podpłomyki i suszone mięso, możecie je sobie wziąć. – Oczy małej zrobiły się okrągłe jak spodki. – Starczy dla całej rodziny – dorzucił.

Dziewczynka popatrzyła chciwie na sakwę, przełykając napływającą do ust ślinę. Gdy Jamie to usłyszał, serce ścisnęło mu się ze współczucia.

– Pru! – szepnęła nagląco przez ramię. – Jedzenie!

Spod łóżka wygramoliła się druga dziewczynka i stanęła obok siostry. Obie były chude jak patyki, a poza tym mało do siebie podobne.

– Słyszałam – bąknęła i przeniosła poważny wzrok na Jamiego. – Niech pan czasem nie pije syropu z rabarbaru – ostrzegła. – Będzie pan tylko srał jak kot, a jeśli nie znajdzie się ustronne miejsce, to…

– Prudence![2]

Prudence posłusznie zamknęła buzię, choć nadal obserwowała gościa z zaciekawieniem. Jej siostra uklękła, pogmerała pod łóżkiem i wyłoniła się z glinianym, brązowym nocnikiem w ręku, który z powagą zaprezentowała Jamiemu.

– Odwrócimy się plecami, sir, jeśli przymusi pana potrzeba…

– Patience![3]

Zaczerwieniona pani Hardman wzięła nocnik i przegoniła córki do stołu, po czym, upewniwszy się wzrokiem, że istotnie ma pozwolenie Jamiego, wyjęła z sakwy podpłomyki, mięso i jabłka i sprawiedliwie podzieliła na trzy części: dwie większe dla dziewczynek i mniejszą dla siebie, którą odłożyła na bok, na później.

Zostawiła nocnik na podłodze przy łóżku, a kiedy ostrożnie pomogła Jamiemu ułożyć się na twardym posłaniu, zdołał, mrużąc oczy, odczytać białe litery układające się w napis. Uśmiechnął się pod nosem. Była to łacińska sentencja, okalająca naturalistycznie przedstawioną pszczołę, mrugającą z jowialną miną. Iam apis potanda fineo ne.

Jamie widział już kiedyś taki nocnik – dom schadzek w Edynburgu, w którym kiedyś trzymał pokój, miał kolekcję tego rodzaju naczyń, zaopatrzonych w łacińskie sentencje, w większości nieprzyzwoite, a czasem zwyczajnie głupie, tak jak ta. „Nie pij teraz pszczoły” – głosiła, jeśli jednak przeczytać ją fonetycznie po angielsku, przyjmując inny podział na wyrazy, to treść była zgoła inna: I am a pis(s) pot and a fine one. Jestem nocnikiem, i to bardzo ładnym – powtórzył w myśli Jamie, zerknął uważnie na panią Hardman i uznał, że to nie jej dzieło. Nieobecny pan Hardman musi… czy też raczej musiał, zważywszy na rzucające się w oczy ubóstwo – poprawił się w duchu i ukradkiem się przeżegnał – być wykształconym człowiekiem.

Niemowlę obudziło się i poruszało w kołysce, wydając przenikliwe piski jak lisi osesek. Pani Hardman wyjęła dziecko i stopą przysunęła zniszczony mebel bliżej paleniska. Na chwilę położyła niemowlę na łóżku obok Jamiego, jedną ręką rozpinając bluzkę, a drugą odruchowo ratując jabłko, które potoczyło się do krawędzi stołu, trącone łokciem młodszej córki.

Niemowlę cmokało usteczkami, głodne podobnie jak starsze siostry.

– A to będzie, jak mniemam, maleńka Chastity[4]? – spytał Jamie.

Kobieta rozdziawiła usta.

– Skąd pan zna imię mojego dziecka?

Jamie przeniósł wzrok na Prudence i Patience, które w milczeniu, możliwie najprędzej, pochłaniały suszone mięso i pieczywo.

– No cóż, tak wynika z kolejności siedmiu cnót, bo jak dotąd nie spotkałem panny o imieniu Sobriety[5] lub Fortitude[6] – odparł łagodnie. – Maleństwo się zmoczyło, czy ma pani dla niej czystą pieluchę?

Przy palenisku wisiały na sznurku dwie sprane pieluchy. Gdy kobieta wróciła z jedną w ręku, zobaczyła, że Jamie zdążył już rozebrać dziecko i unosząc maleńkie nóżki, wyciera mu mokrą pupę zużytą pieluchą.

– Widzę, że masz dzieci, przyjacielu. – Pani Hardman podziękowała mu skinieniem i wrzuciła brudną pieluchę do wiadra z wodą i octem, które stało w kącie.

– I wnuki – odrzekł Jamie, kiwając żartobliwie palcem przed noskiem małej Chastity. Zagulgotała, entuzjastycznie kopiąc nóżkami. – Nie wspominając już o sześciorgu siostrzeńcach i bratanicach. – Ciekawe, gdzie są Jem i mała Mandy. Czy biedna dziewuszka przestała się tak często przeziębiać? – myślał. Delikatnie połaskotał różową stópkę niemowlęcia, z bólem wspominając prześliczne paluszki Mandy, wysmukłe jak u żabki.

„Takie same jak twoje” – powtarzała mu Claire, wodząc lekko czubkiem paznokcia po aksamitnej podeszwie stopy dziewczynki, przez co duży palec raptownie odskakiwał. Jak ona nazywała tę reakcję?

Ostrożnie spróbował tego samego ze stópką Chastity i z uciechą przyjął rezultat.

– Odruch Babińskiego – powiedział z zadowoleniem, przypomniawszy sobie nagle właściwą nazwę. – Tak właśnie nazywa się ten ruch dużego palca niemowlaka.

Pani Hardman okazała zdumienie, głównie jednak dlatego, że Jamie zręcznie założył i umocował czystą pieluchę i owinął dziecko kocykiem. Zabrała mu z rąk córeczkę i z niepewną miną usiadła na fotelu. Przykryła główkę Chastity wystrzępionym szalem i kołysząc się lekko wraz z nią, zaczęła ją karmić. Nie mogąc się odwrócić, Jamie zamknął oczy, by choć w ten sposób zapewnić jej nieco prywatności.

11. Pamiętaj Paoli!

Mając związane ręce, niepodobna ocierać słonawy pot, który drażnił zranione oko, tak napuchnięte i zaczerwienione, że nie dało się zamknąć powieki. Krople ściekały po policzkach i brodzie, do reszty mącąc wzrok Johna Greya. Lord zamrugał gwałtownie, przez co nie zauważył konara, zagradzającego mu drogę, i runął ciężko na ziemię.

Idący za nim ludzie zatrzymali się raptownie na wąskiej ścieżynie, wpadając na siebie ze szczękiem ekwipunku i broni. Czyjeś silne ręce poderwały Greya i postawiły go z powrotem na nogi, a wysoki, kościsty mężczyzna, wyznaczony na jego strażnika, powiedział obojętnie: „Trzeba uważać, milordzie” i szturchnął go lekko łokciem.

Mimo to Grey postanowił uznać to za objaw zainteresowania. Podziękował mężczyźnie i zapytał, jak się nazywa.

– Ja? – zdziwił się tamten. – Aha. Bumppo. Natty Bumppo. – Po chwili dodał: – Ale ludzie nazywają mnie Sokole Oko.

– Nie dziwię się – mruknął Grey pod nosem. Na ile mógł, nie przerywając marszu, zgiął się w ukłonie i kontynuował pogawędkę. – Do usług, sir. Domyślam się też, że doskonale pan strzela?

– Zdaje mi się, że to dobry domysł, wasza lordowska mość. – W głosie Bumppa słychać było nuty rozbawienia. – A czemu pan pyta? Chciałby pan coś zastrzelić? A może raczej kogoś?

– Mam tajną listę – odrzekł Grey. – Dam panu znać, kiedy będzie już kompletna.

Raczej wyczuł, niż usłyszał, że mężczyzna się śmieje, bo prawie nie wydał dźwięku.

– Niech zgadnę, kto otwiera pańską listę. Ten wielki Szkot, który pana tak urządził?

– O tak, on zajmuje dość wysoką pozycję. – Grey nie mógł się zdecydować, kogo najpierw powinno się zastrzelić: Jamesa Frasera czy też raczej cholernego braciszka. Wziąwszy wszystko pod uwagę, prawdopodobnie jednak Hala. Cóż za ironia, skoro to przez brata zastrzelą właśnie jego. Choć jego oprawcy zdawali się mniemać, że lepsze będzie raczej powieszenie.

Przypomniało mu to nieprzyjemną rozmowę, jaka poprzedziła obecne przedzieranie się przez las wąziutką ścieżką, okoloną gęstwiną jeżyn i nisko zwisających gałęzi, pełną kleszczy oraz uprzykrzonych, boleśnie kąsających gzów, wielkich jak paznokieć kciuka.

– Czy wie pan może, panie Bumppo, co lub też kto zacz ten Paoli? – spytał uprzejmie, przestępując nad zwalonym pniem.

– Pyta pan, co to jest Paoli? – odpowiedział mężczyzna z najwyższym zdumieniem. – Czyżby dopiero niedawno znalazł się pan na tym odludziu?

– W rzeczy samej – przyznał Grey, mając się na baczności.

– Aha – mruknął Bumppo, dostosowując długość kroku do Greya. – No, jedno pewne: to był niesławny atak. Pański krewny – generał dywizji Grey, jak powiadają – zakradł się z żołnierzami do obozu generała Wayne’a. Nie chcąc, by przypadkowo skrzesana iskra zdradziła ich obecność, kazał używać wyłącznie bagnetów, nie karabinów. Napadli Amerykanów i zadźgali we śnie blisko stu ludzi! Z zimną krwią.

– Naprawdę? – Grey daremnie starał się przyrównać tę opowieść do przebiegu niedawnych bitew, o których sam słyszał. – A… Paoli?

– To nazwa pobliskiej karczmy, jej właścicielem jest właśnie Paoli.

– No tak… Ale gdzie owa karczma się znajduje? I kiedy się to wydarzyło?

Bumppo wydął z namysłem wargi.

– We wrześniu, w pobliżu Malvern. Nazywają to rzezią Paoli – dodał z lekkim powątpiewaniem.

– Rzezią? – powtórzył Grey.

Atak na obóz Amerykanów wydarzył się przed jego przybyciem, ale słyszał o nim, z pewnością jednak nikt nie nazywał go rzezią ani też masakrą. William Howe wyrażał się o nim nawet z uznaniem jako o zwycięskiej potyczce, w której niewielka liczba brytyjskich żołnierzy wytrzebiła całą amerykańską dywizję, tracąc przy tym zaledwie siedmiu ludzi.

Bumppo zdawał się podzielać opinię Greya odnośnie do retorycznej raczej natury określenia „rzeź”, jak się wszakże za chwilę okazało, z zupełnie innej przyczyny.

– Wie pan, milordzie, jak to ludzie gadają – zauważył, wzruszając ramionami. – Ja bym tego nie nazwał rzezią, ale to dlatego, że mało kto taką widział, za to ja owszem.

– Widział pan dokonanie rzezi? – Grey mimo woli podniósł wzrok na brodatego olbrzyma.

– Zostałem wychowany przez Indian z plemienia Mohawków – odrzekł Bumppo z dumą. – Rodzicie odumarli mnie, kiedy byłem jeszcze małym szkrabem. Tak, tak, widziałem parę prawdziwych rzezi.

– Ach tak? – bąknął Grey uprzejmie, czując się zobligowany do zachęcenia mężczyzny, by rozwinął wypowiedź, jeśli taka była jego wola. Poza tym czas prędzej zleci, wlekli się już od tylu godzin, a końca mitręgi wciąż jeszcze nie było widać, co oczywiście wcale nie znaczyło, że wyczekiwał go ze szczególną radością…

Dzięki opowieściom Bumppa czas istotnie przyśpieszył i wkrótce Grey, zaskoczony, usłyszał, jak kapral Woodbine, idący na czele pochodu, każe się ludziom zatrzymać na skraju dosyć obszernego obozowiska. Z chęcią skorzystał z chwili odpoczynku; dokuczały mu obtarte do krwi stopy, obute w miejskie pantofle, niestosowne do marszu w terenie.

– Zwiadowco Bumppo – zwrócił się Woodbine do towarzysza Greya. – Zabierzecie kompanię do domu Zeke’a Bowena. Ja dostarczę więźnia do pułkownika Smitha.

Po tym oznajmieniu rozległy się pomruki niezadowolenia, świadczące o rozczarowaniu ludzi, którzy z chęcią przyjrzeliby się egzekucji Greya, mającej w ich mniemaniu nastąpić niebawem, tuż po odstawieniu go do wzmiankowanego pułkownika. Woodbine nie zamierzał się jednak ugiąć i wkrótce oddział odmaszerował, aczkolwiek niechętnie i nie bez stłumionych protestów, pod wodzą Natty’ego Bumppa.

Woodbine odczekał, aż zniknie mu z oczu, po czym wyprostował się, otrzepał znoszony mundur i poprawił przekrzywioną czapkę.

– Ruszamy, podpułkowniku Grey – zakomenderował.

Wspominki Natty’ego Bumppa o skutecznych metodach dokonywania rzezi pozostawiły Greya w przekonaniu, że być może stryczek nie jest wcale najgorszym sposobem pozbawienia kogoś życia. Chociaż osobiście nie był świadkiem żadnej prawdziwej rzezi, to jednak widział wieszanych ludzi, i to całkiem z bliska, a na to wspomnienie natychmiast zaschło mu w gardle. Nadal ciekło mu z oka, choć już nie tak bardzo, za to opuchlizna jeszcze się zwiększyła. Czuł się obolały na całym ciele, piekły go pęcherze na stopach i trochę kręciło mu się w głowie. Mimo to wyprostowany, z dumnie uniesionym podbródkiem, pomaszerował przed kapralem Woodbine’em do obszarpanego płóciennego namiotu.

Pułkownik Smith podniósł głowę znad zaimprowizowanego stołu – deski trzymanej na kolanach – zaskoczony niespodziewanym najściem, choć znacznie mniej od Greya.

Ostatni raz widział on bowiem Watsona Smitha przed dwoma laty w Londynie, w salonie swojej bratowej, jak jadł kanapki z ogórkiem. W mundurze kapitana Królewskiego Pułku Wschodniego Kentu.

– Pan Smith – powiedział, pierwszy odzyskując rezon, i złożył ceremonialny ukłon. – Do usług, sir. – Nie starał się przy tym zamaskować wyczuwalnego w głosie i wyrazie twarzy napięcia. Usiadł bez zaproszenia na wolnym taborecie i popatrzył Smithowi prosto w oczy.

Oficer spłonął lekkim rumieńcem i odchylił się z udawaną swobodą, chcąc wyraźnie odczekać, aż minie pierwsze zaskoczenie, po czym z zaciekawieniem spojrzał prosto na Greya. Smith nie odznaczał się wysokim wzrostem, ale był barczysty i miał świetną prezencję, a Grey wiedział skądinąd, że był bardzo dobrym żołnierzem. Na tyle kompetentnym, by nie odpowiadać bezpośrednio Greyowi, lecz zwrócić się do kaprala Woodbine’a.

– Kapralu, jak to się stało, że ten dżentelmen się tu zjawił?

– To podpułkownik John Grey, sir – odrzekł Woodbine, puchnąc z dumy, że udało mu się pojmać tak ważną personę. Szerokim gestem położył przed Smithem odebrane Greyowi papiery, jak lokaj, który stawia przed monarchą pieczonego bażanta. – Schwytaliśmy go w lasach niedaleko Filadelfii. Nie miał na sobie munduru. Jak pan zresztą widzi, sir… – Odchrząknął dla podkreślenia wagi następnych słów. – I przyznał, że jest kuzynem generała dywizji Charlesa Greya. Pamięta pan, sir – rzeź Paoli.

– Doprawdy? – Smith wziął papiery do ręki, nie powstrzymał się jednak przed spojrzeniem na Greya. – A cóż on tam robił?

– Dostawał baty od pułkownika Frasera, sir – to jeden z oficerów Morgana. Przynajmniej tak twierdził – dodał z mniejszą pewnością w głosie.

Smith miał nieprzeniknioną minę.

– Fraser… Nie sądzę, abym go znał. – Przeniósł wzrok na Greya i po raz pierwszy zwrócił się wprost do niego: – Czy zna pan pułkownika Frasera… pułkowniku Grey?

Długa pauza była wieloznaczna. Cóż, Grey niczego innego nie oczekiwał. Brzegiem rękawa otarł cieknące oko i siedział sztywno wyprostowany.

– Odmawiam odpowiedzi na pańskie pytania, sir. Nie są istotne dla sprawy. Zna pan moje nazwisko, stopień i pułk. Nie musi pan wiedzieć nic więcej.

Smith wpatrywał się w niego zwężonymi oczami. Były bladoszarej barwy w oprawie ciemnych brwi i rzęs, długich jak u kobiety. Grey zwrócił na nie uwagę, gdy spotkał go na podwieczorku, na który przyszedł wraz z Minnie.

Woodbine zakasłał.

– Sir, pułkownik Fraser powiedział, że to jego jeniec. Nie chciał jednak udzielić bliższych wyjaśnień, a kiedy nalegałem, po prostu… sobie poszedł. Dopiero wtedy przeszukaliśmy lorda… ee, obecnego tu pułkownika i znaleźliśmy ukryte papiery.

– Poszedł sobie – powtórzył Smith powoli. – A pan mu na to pozwolił, kapralu?

Woodbine nie był już tak pewny swego, ale Grey widział, że niełatwo go zbić z pantałyku. Spojrzał na Smitha spode łba.

– Nie miałem możliwości go powstrzymać, chyba żebym go zastrzelił. Sir – dodał. Nozdrza Smitha zbielały i Grey odniósł nieodparte wrażenie, że Anglik przywykł do zgoła innych wojskowych obyczajów.

Jego mundur był porządny i dobrze utrzymany, peruka zadbana, za to kwatera pozostawiała wiele do życzenia. Namiot był wprawdzie obszerny, ale służył już w zbyt wielu kampaniach, był w wielu miejscach przetarty i połatany. Co wcale nie było takie złe – pomyślał Grey i przymknąwszy na moment oczy, poddał się pieszczocie wieczornego wietrzyku, którego podmuchy złagodziły nieco duchotę. Coraz mocniej bolała go głowa i nawet chwilowa ulga była pożądana.

– Doskonale, kapralu – powiedział Smith, który jawnie próbował wymyślić jeszcze jakieś pytanie i poniósł sromotną porażkę. – Dobrze się pan spisał – dodał poniewczasie pochwałę.

– Dziękuję, sir. – Woodbine zwlekał z odejściem, jakby szkoda mu było opuszczać przedstawienie. – Jeśli wolno mi spytać, sir, co zamierza pan zrobić z jeńcem?

– O, już ja coś wymyślę, kapralu Woodbine – odrzekł Smith. – Może się pan odmeldować. Dobranoc.

Smith wstał, podszedł do Greya i nachylił się, żeby przyjrzeć się jego pokiereszowanej twarzy. Grey poczuł ostrą, piżmową woń jego potu.

– Czy potrzebuje pan lekarza? – spytał Anglik obojętnie, bez cienia wrogości.

– Nie – odparł Grey. Bolały go silnie żebra i głowa i czuł lekkie mdłości, powątpiewał wszakże, by lekarz coś na to poradził. Przekonał się także, że mając częstszy kontakt z Claire i jej poglądami, znacznie mniej ufał obecnie medykom, a i wcześniej bynajmniej nie przesadzał z zaufaniem.

Smith skinął głową, prostując się, podszedł do zniszczonej wojskowej skrzyni i wyjął z niej dwa powgniatane cynowe kubki i kamionkową flaszkę trunku, który okazał się calvadosem. Nalał dwie solidne miarki i przez chwilę obaj siedzieli w milczeniu, sącząc alkohol.

Tuż po letnim przesileniu na dworze było jeszcze jasno, choć z dobiegających z obozu odgłosów Grey wnosił, że żołnierze szykują się powoli do wieczornych obowiązków. Muł zarżał donośnie, odpowiedział mu chór chrapliwych ryków. Wozy konne, a po nich… czyżby artyleria? Wciągnął głęboko powietrze i węszył; kompania artylerii roztacza specyficzną woń, mieszaninę potu, czarnego prochu i rozgrzanego metalu, o wiele bardziej przenikliwą niż zapach piechoty uzbrojonej w muszkiety.

Doszedł go jednak nie smród uzbrojenia, lecz pyszny zapach pieczonego mięsiwa. Przepłynął przez dziurawe ścianki namiotu, a żołądek Greya natychmiast zareagował głośnym burczeniem; nie jadł nic od śniadania, wypił jedynie piwo przed lunchem, którego nie zdążył spożyć. Kąciki ust Smitha drgnęły, lecz uprzejmie zignorował niestosowny odgłos.

Dopił trunek, ponownie napełnił oba kubki i odchrząknął.

– Nie będę pana nękał pytaniami, skoro nie chce pan na nie odpowiadać – zaczął ostrożnie – jeśli jednak w imię cywilizowanej konwersacji miałby pan ochotę mnie o coś zapytać, to ręczę, że się nie obrażę.

Grey posłał mu cierpki uśmiech.

– Zbytek łaski, sir. Czy chciałby pan usprawiedliwić w moich oczach swe obecne sojusze? Nie jest to, rzecz jasna, koniecznie.

Smith zarumienił się gwałtownie.

– Nie to miałem na myśli, sir – odparł sztywno.

– Wobec tego przepraszam – powiedział Grey i upił łyk trunku. Słodki, mocny jabłecznik łagodził kąsanie głodu i ból żeber, choć zarazem wzmagał mdłości. – Jakie zatem pytania miałbym panu postawić? W jakim stanie znajdują się obecnie wojska kontynentalne? Wydaje mi się, że mógłbym to z łatwością wydedukować na podstawie wyglądu dżentelmenów, którzy wzięli mnie do niewoli, a także… innych przesłanek. – Celowo potoczył wzrokiem po namiocie, zatrzymując się na wyszczerbionym nocniku pod koślawą pryczą, na skrawku brudnawego płótna wystającego z podróżnego kufra w kącie; albo Smith nie miał ordynansa, albo człowiek ten był wyjątkowo niedbały. Grey zatęsknił przez chwilę za Tomem Byrdem, najlepszym służącym, jaki mu się trafił.

Rumieniec Smitha przybladł; roześmiał się krótko, z ironią.

– To prawda, mógłby pan. Nie stanowi to zresztą wielkiego sekretu. Nie, sądziłem raczej, że będzie pan ciekaw, co zamierzam z panem uczynić.

– Ach, to. – Grey odstawił cynowy kubek i ostrożnie potarł czoło, omijając opuchliznę nad okiem. – Szczerze mówiąc, zaskoczony pańskim widokiem całkiem o tym zapomniałem. A także pańską gościnnością – dodał, unosząc kubek. Jego ton nie zdradzał ironii. – Kapral Woodbine i jego podkomendni zdawali się mniemać, że powinienem niezwłocznie zawisnąć na suchej gałęzi, zarówno pod zarzutem szpiegostwa, jak i znacznie poważniejszym, a mianowicie pokrewieństwa z generałem dywizji Charlesem Greyem, który, jak zdążyłem się zorientować, popełnił wcale nie tak dawno pewien potworny czyn w miejscu zwanym Paoli.

Smith zmarszczył brwi.

– Czy zaprzecza pan, że jest szpiegiem?

– Proszę się nie ośmieszać, Smith. Jestem podpułkownikiem. Co takiego miałbym szpiegować w odludnym lesie? Przynajmniej był odludny, póki nie pojawili się Woodbine i jego wesoła kompania – dodał. Jego kubek był pusty; obrócił go parokrotnie w ręku, dziwiąc się, kiedy to się stało. Smith westchnął cicho i znów go napełnił. – Ponadto nie miałem przy sobie żadnych tajnych dokumentów, żadnych notatek o jakimkolwiek znaczeniu, jednym słowem niczego, co świadczyłoby o moim szpiegowaniu.

– Bez wątpienia nauczył się pan na pamięć ważnych informacji, jakie udało się panu zdobyć – rzucił na to Smith z cynicznym rozbawieniem. – Przypominam sobie, że cieszył się pan znakomitą pamięcią. – Parsknął złośliwym śmiechem. – „Tak rzekła Sally różanopalca, ściskając mocniej jego kutasa…”.

Istotnie, Greyowi dopisywała pamięć. Pamiętał więc doskonale kolację, na której gościło liczne grono oficerów z różnych pułków. Kiedy panowie, nieźle podchmieleni, byli już przy porto, Grey zaczął recytować – poproszony o to i nagrodzony gromkim aplauzem – jeden z dłuższych, szalenie nieprzyzwoitych utworów z niesławnego zbioru poezji poświęconej Erosowi Harry’ego Quarry, opublikowanego przed blisko dwudziestu laty i nadal cieszącego się ogromną popularnością wśród wyższych sfer towarzyskich.

– Jakie niby informacje miałbym pozyskiwać jako szpieg? – zapytał, zbyt późno dostrzegając pułapkę. Smith uśmiechnął się z satysfakcją.

– Spodziewa się pan, że mu to wyjawię? – Odpowiedź była przecie oczywista: zebrane w najbliższej okolicy wszystkie siły Waszyngtona miały wkrótce wyruszyć na Filadelfię i prawdopodobnie zaatakować wycofujące się z miasta oddziały generała Clintona.

Grey słusznie uznał pytanie Smitha za retoryczne i zaczął od innej strony, równie niebezpiecznej.

– Woodbine przedstawił panu prawdziwą ocenę okoliczności, w jakich się na mnie natknął – powiedział. – Najwidoczniej pułkownik Fraser nie przyłapał mnie na gorącym uczynku szpiegowania, wówczas bowiem postąpiłby tak samo jak kapral i osobiście mnie aresztował.

– Czy sugeruje pan, że pułkownik Fraser celowo spotkał się z panem, aby przekazać ważne informacje?

Jezu Chryste. Przewidział, że zmiana taktyki może się okazać niebezpieczna, ale nie sądził, że rzuci w ten sposób podejrzenie na Bogu ducha winnego Frasera! Zważywszy na woltę, jaką wykonał sam Smith, taka możliwość byłaby mu szalenie na rękę.

– Oczywiście, że nie – odparł oschle Grey. – Spotkanie, którego świadkiem był kapral Woodbine, było całkiem prywatnej natury.

Smith, który najwidoczniej znał się na metodach przesłuchiwania, uniósł znacząco brwi. Grey, który także co nieco o tym wiedział, rozsiadł się wygodniej, spokojnie sącząc calvados, jakby to wyjaśniało sprawę.

– Prawdopodobnie rzeczywiście pana powieszą, wie pan? – odezwał się Smith po dłuższej chwili. Mówił obojętnie, nie odrywając wzroku od bursztynowego strumyka, który spływał z flaszki do kubków. – Po tym, co Howe uczynił kapitanowi Hale’owi? A zwłaszcza po Paoli. Charles Grey to pański kuzyn, prawda?

– Owszem, drugiego czy też trzeciego stopnia.

Grey go znał, choć nie obracali się w tych samych kręgach towarzyskich ani wojskowych. Kuzyn był raczej zawodowym zabójcą niż żołnierzem, a choć on osobiście wątpił, by rzeź Paoli przebiegła tak, jak została mu opisana – jacy idioci leżeliby na pryczach, czekając, aż zostaną zadźgani bagnetami? Kolumna piechoty nie mogła się przecież wśliznąć do obozu, nie uczyniwszy przy tym najlżejszego hałasu! – to jednak nie zapomniał o bezlitosnej taktyce Charlesa pod Culloden z użyciem bagnetów właśnie.

– Nonsens – powiedział z pewnością w głosie, na jaką mógł się zdobyć. – Cokolwiek da się rzec o najwyższym amerykańskim dowództwie, to jednak wątpię, by składało się wyłącznie z głupców. Moja śmierć nie przyda się na nic, natomiast wymiana może mieć jakąś wartość. Mój brat ma przecież pewne wpływy.

Smith uśmiechnął się nie bez sympatii.

– Argumentacja bez zarzutu, lordzie Johnie, jestem pewien, że generał Waszyngton ją doceni. Na nieszczęście między Kongresem i królem trwa ostry spór w kwestii wymiany jeńców, obecnie zatem nie istnieje takowy mechanizm.

Grey poczuł nieprzyjemne szarpnięcie. Dobrze wiedział, że nie istniały oficjalne kanały wymiany; wszak sam od miesięcy usiłował załatwić sprawę Williama.

Smith wykończył flaszkę jabłecznika, nalewając ostatnie bursztynowe krople do kubka Greya.

– Czytuje pan Biblię, pułkowniku Grey?

Zagadnięty podniósł zdziwiony wzrok.

– Nie mam takiego zwyczaju, chociaż zdarzało mi się czytać... fragmenty. Czemu pan pyta?

– Byłem ciekaw, czy znany jest panu koncept kozła ofiarnego. – Smith zakołysał się na krześle, patrząc na Greya pięknymi, dziewczęcymi oczami, z których dało się wyczytać współczucie, choć pewnie tylko za sprawą calvadosu. – Obawiam się bowiem, że na tym polega pańska główna wartość, pułkowniku. To nie tajemnica, że wojskom kontynentalnym brakuje niemal wszystkiego, zwłaszcza pieniędzy, mundurów i broni, szerzą się dezercje i niewiara w zwycięstwo. Nic nie wpłynęłoby tak świetnie na morale oddziałów – stanowiąc zarazem jasny i mocny przekaz dla generała Clintona – jak proces i publiczna egzekucja wysokiej rangi brytyjskiego oficera, skazanego za szpiegostwo kuzyna niesławnego Charlesa Greya.

Czknął delikatnie i zamrugał, nie odwracając spojrzenia od jeńca.

– Pytał pan, co zamierzam z panem począć.

– Nie, nie pytałem.

Smith to zignorował i wycelował w Greya długi guzowaty paluch.

– Wyślę pana do generała Wayne’a, który – może mi pan wierzyć – wyrył „Paoli” na swym sercu.

– Jakież to musiało być bolesne – skwitował Grey uprzejmie i wychylił kubek.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.


1 Cytaty z Pisma Świętego według Biblii Tysiąclecia. (Przypisy pochodzą od tłumaczki).

2 Prudence (ang.) – rozwaga.

3 Patience (ang.) – cierpliwość.

4 Chastity (ang.) – czystość.

5 Sobriety (ang.) – trzeźwość.

6 Fortitude (ang.) – hart ducha.

 

CZĘŚĆ DRUGA
A tymczasem na ranczu…

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

CZĘŚĆ TRZECIA
Ostrze wykute na nowo z popiołów kuźni

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

CZĘŚĆ CZWARTA
Dzień bitwy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

CZĘŚĆ PIĄTA
Liczenie głów

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

CZĘŚĆ SZÓSTA
Nierozerwalne więzy

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

CZĘŚĆ SIÓDMA
Nim stąd odejdę

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

CZĘŚĆ ÓSMA
Poszukiwanie i ocalenie

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

CZĘŚĆ DZIEWIĄTA
„Thig crioch air an t-saoghal ach mairidh ceol agus gaol”.
 
„Świat może się skończyć, ale miłość i muzyka przetrwają”.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

Podziękowania

Napisanie jednej powieści zajmuje mi na ogół około czterech lat, ze względu na konieczność zebrania materiałów, podróże oraz… no cóż… objętość. W tym czasie MNÓSTWO ludzi rozmawia ze mną i udziela mi cennych wskazówek w wielu dziedzinach, na przykład opisuje, jak osadzić z powrotem gałkę oczną lub jaki bałagan powstaje przy farbowaniu na kolor indygo. Dowiaduję się także od nich wielu zabawnych drobiazgów (okazuje się, że krowy nie przepadają za stokrotkami; kto by powiedział?) oraz dzięki nim pamiętam, kiedy urodzili się bohaterowie moich powieści, jaka jest odległość i w którą stronę od punktu A do punktu B; uczęszczałam do prywatnej szkoły parafialnej, w której zaprzestano nauki geografii w klasie piątej – jest to więc jeden z moich słabych punktów; jeśli zaś chodzi o chronologię w życiu moich bohaterów, to nie ma dla mnie zbyt wielkiego znaczenia, czy któryś z nich ma dziewiętnaście, czy raczej dwadzieścia lat, tymczasem najwyraźniej dla wielu osób ma, i bardzo dobrze.

Obawiam się, że poniżej pominęłam nazwiska wielu osób, które w ciągu ostatnich czterech lat udzieliły mi cennych informacji i pomocy, i bardzo za to przepraszam; zapewniam, że ogromnie sobie was cenię!

Oto osoby, które zapamiętałam i którym dziękuję:

Moi agenci literaccy Russel Galen i Danny Baror – bez których moje powieści nie odniosłyby tak wielkiego międzynarodowego sukcesu, a ja nie miałabym niebywałej przyjemności otwierania kartonów z książkami przełożonymi na język litewski, nie mówiąc już o koreańskim wydaniu Obcej z różowymi bąbelkami na okładce.

Sharon Biggs Waller – która udzieliła mi informacji o rasie kur szkockie przysadziste i zwróciła moją uwagę na te urocze ptaki.

Marte Brengle – która opowiedziała mi o rekonstrukcji twarzy Jerzego Waszyngtona w zakładzie medycyny sądowej, i dr Merih O’Donoghue, od której dowiedziałam się o jego popsutych zębach.

Dr Merih O’Donoghue i jej przyjaciółka oftalmolog – zawdzięczam im uwagi techniczne i szczegółowe informacje, które ułatwiły mi opisanie okropnej historii z okiem lorda Johna. Pomoc naukowa, jaką od nich otrzymałam, w postaci modelu gałki ocznej, zdobi regał z książkami w moim gabinecie i przeraża dziennikarzy, którzy przeprowadzają ze mną wywiady.

Carol i Tracey z My Outlander Purgatory – dziękuję za piękne zdjęcia z terenu incydentu zbrojnego w Paoli, które przypomniały mi słynny okrzyk atakujących rebeliantów „Pamiętaj Paoli!”, i za odkrycie niepopularnego kuzyna lorda Johna.

Tamara Burke – zawdzięczam jej informacje o życiu na farmie, zwłaszcza żywy opis koguta, dzielnie broniącego swoich kur.

Tamara Burke, Joanna Bourne oraz Beth i Matthew Shope – opowiedzieli mi o kwakierskich zwyczajach ślubnych; prowadziliśmy ciekawe rozmowy na temat historii i filozofii Religijnego Towarzystwa Przyjaciół. Śpieszę wyjaśnić, że wszelkie pomyłki w tych kwestiach obciążają wyłącznie mnie.

Catherine MacGregor – gaelicki i francuski, w tym przerażające kołysanki o kochankach z odciętymi głowami; Catherine-Ann MacPhee – gaelicki, frazeologia i idiomy, a także zapoznanie mnie z gaelickim poematem Do znakomitego penisa; Adhamh Ò Broin – nauczyciel gaelickiego, konsultant przy telewizyjnej produkcji Obcej; świadczył szybką pomoc w kwestii okrzyków; Barbara Schnell – zwroty niemieckie i łacińskie. (Jeśli chcecie powiedzieć po łacinie: „Gówno!”, proszę bardzo: Stercus!).

Michael Newton – udzielił zgody na wykorzystanie jego świetnego przekładu Do znakomitego penisa, zamieszczonego w opracowanej przez niego książce The Naughty Little Book of Gaelic, którą szczerze z wielu względów polecam.

Sandra Harrison – uchroniła mnie przed poważnym błędem, informując, że brytyjskie wozy policyjne migają nie czerwonym, lecz niebieskim światłem.

3247 (w przybliżeniu) osób znających francuski i uczących go – poinformowali mnie, że we fragmencie powieści zamieszczonym na Facebooku błędnie napisałam n’est-ce pas.

James Fenimore Cooper – wypożyczył mi Natty’ego Bumppa, którego wspominki o właściwym sposobie dokonywania rzezi umilały lordowi Johnowi drogę do niewoli.

Sandy Parker (zwana Archiwistką) – skrupulatnie śledzi i analizuje #DailyLines (są to króciutkie wyjątki z książki, nad którą aktualnie pracuję, zamieszczane codziennie na Facebooku i Twitterze w celu uprzyjemnienia czytelnikom długiego oczekiwania, aż ją ukończę, a także dotyczące jej artykuły, zdjęcia i ciekawostki).

Zastęp Miłośniczek Genealogii – Sandy Parker, Vicki Pack, Mandy Tidwell i Rita Meistrell – ich dziełem jest to piękne i dokładne drzewo genealogiczne, które widzicie na wyklejkach okładki.

Karen I. Henry – dziękuję za „Friday Fun Facts”, czyli zamieszczany co tydzień na jej blogu Outlandish Observations zbiór zaczerpniętych z moich powieści ciekawostek, opatrzonych zdjęciami, poszerzonych i pogłębionych.

Michelle Moore – dziękuję za grafiki zamieszczane na Twitterze, zabawne kubki do herbaty i mnóstwo innych rzeczy, które taktownie określiłabym mianem „kreatywnego projektowania”.

Loretta Moore – wierna i dyspozycyjna władczyni mojej strony internetowej.

Nikki i Caitlin Rowe – zawdzięczam im projekt i prowadzenie mojego kanału na YouTube (szczerze mówiąc, nie przyszłoby mi do głowy, że jest on potrzebny, ale warto go mieć).

Kristin Matherly – najszybsza twórczyni stron internetowych, jaką znam; dziękuję, za Random Quote Generator i wiele innych pięknych i pożytecznych aplikacji.

Susan Butler – moja asystentka, bez której nie wysłałabym żadnego mejla, nie zrobiłabym tysiąca koniecznych rzeczy i nie pojawiłabym się punktualnie na żadnym spotkaniu.

Janice Millford – Szerpa Everestu mejli i pogromczyni lawin.

Moja przyjaciółka Ann Hunt – dziękuję za ciepłe słowa, wirtualne kwiaty, no i oczywiście za dżin malinowy.

Tytuł rozdziału 13 („Powietrze poranka zasnute jest aniołami”) zaczerpnęłam z poematu Richarda Purdy’ego Wilbura Miłość wzywa nas ku rzeczom tego świata[28].

Tytuł rozdziału 117 „Wśród krzewów dzikich róż” pochodzi z amerykańskiej baśni ludowej (która istnieje w wielu różnych wersjach) o króliku imieniem Brer i dziecku ze smoły.

Natomiast tytuł rozdziału 123 „Quod scripsi, scripsi” zawdzięczam Piłatowi Poncjuszowi.

Joey McGarvey, Kristin Fassler, Ashley Woodfolk, Lisa Barnes oraz cała ekipa wysoce kompetentnych i energicznych pracowników wydawnictwa Random House.

Beatrice Lampe, Andrea Vetterle, Petra Zimmerman i ekipa wydawnicza z Blanvalet (wydawca niemiecki).

Jak zwykle wielkie dzięki moim „Czepialskim”, bez których zapału i poświęcenia książka byłaby znacznie gorsza: Catherine MacGregor, Allene Edwards, Karen Henry, Janet McConnaughey, Susan Butler, a zwłaszcza Barbarze Schnell (mojej nieocenionej tłumaczce na niemiecki) i Kathleeen Lord, adiustatorce i niekwestionowanej królowej przecinka i chronologii; obie zawsze wiedzą, jaka jest odległość od punktu A do punktu B, nawet jeżeli ja wolałabym tego nie ustalać.

Mój mąż Doug Watkins – który mnie wspiera.


28 Przeł. Leszek Elektrowicz.

 

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Spis treści
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Prolog
CZĘŚĆ PIERWSZA
Nexus
1. Stukilowy kamienny ciężar
2. Brudny sukinsyn
3. Kobiety jak zwykle wszystko naprawiają
4. Nie zadawaj pytań, na które nie chcesz poznać odpowiedzi
5. Młodzieńcze namiętności
6. Pod moją opieką
7. Niezamierzone konsekwencje źle zaplanowanych działań
8. Homo est obligamus aerobe (Człowiek nie może żyć bez powietrza) – Hipokrates
9. Bieg ludzkich spraw
10. Zstąpienie Ducha Świętego na opornego ucznia
11. Pamiętaj Paoli!
12. Eine kleine Nachtmusik
13. Powietrze poranka zasnute jest aniołami
14. Początki burzy
15. Przemarsz armii
16. Miejsce na tajemnice
17. Wolność!
18. Bezimienny, bezdomny, ubogi i bardzo pijany
19. Desperackie kroki
20. O kapuście i o królach
21. Przeklęci mężczyźni
22. Zbiera się na burzę
23. Do akcji włącza się pani Figg
24. Miło zażyć chłodu w upale i pociechy w nieszczęściu
25. Daj mi wolność…
CZĘŚĆ DRUGA
A tymczasem na ranczu…
26. Krok w ciemność
27. Nie ma nic trudniejszego, ale kto szuka, ten znajdzie
28. Ciepło, zimno
29. Powrót do Lallybroch
30. Światła, akcja, syreny
31. Błyszczące oczy konia na biegunach
32. „Wedle przysłowia na progu się potknąć jest wróżbą skrytych wewnątrz niebezpieczeństw”
33. Najlepiej spać w zdrowej skórze
34. Azyl
35. An Gearasdan
36. Zapach obcego
37. Cognosco te
38. Numer bestii
39. Duch powieszonego mężczyzny
40. Gościna dla aniołów
41. Sprawy się łączą
42. Z miłością
43. Zjawa
44. Amfisbena
45. Leczenie dusz
46. Słodki Jezu, mam nadzieję…
CZĘŚĆ TRZECIA
Ostrze wykute na nowo z popiołów kuźni
47. Odzież na wojnę
48. Tylko dla zabawy
49. Zasada niepewności
50. Dobry pasterz
51. Żebranie
52. Morfina i sny
53. Niezręczna sytuacja
54. Spotykam brukiew
55. Dziewicze westalki
56. Śmierdzący papista
57. Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy
58. Sztuka zakładania obozów
59. Odkrycie w szeregach
60. Kwakrzy i kwatermistrzowie
61. Kleista substancja
62. Muł cię nie lubi
63. Inny użytek z grubej strzykawki
64. Trzystu i jeden
65. Komary
66. Barwy wojenne
67. Próżno sięgać po to, czego nie ma
CZĘŚĆ CZWARTA
Dzień bitwy
68. Wyjdź w ciemność
69. Pierdnięcie wróbla
70. Wesz w peruce
71. Folie à trois
72. Niepewność i trudne sytuacje
73. Dziwne zachowanie namiotu
74. Coś, co sprawia, że mężczyzna poci się i drży…
75. Jabłoniowy sad
76. Poddać się jest niebezpiecznie
77. Cena palonej sjeny
78. W niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie
79. Południe
80. Pater noster
81. Między grobami
CZĘŚĆ PIĄTA
Liczenie głów
82. Nawet ludzie, którzy chcą iść do nieba, nie chcą umierać, aby się tam dostać
83. Zachód słońca
84. Noc
85. Długa droga do domu
86. Różanopalca jutrzenka nadchodzi w obfitości
87. Wschód księżyca
88. Zapach roquefortu
89. Dziś człek skacze, jutro płacze
90. Mądre dziecko, które zna swego ojca
91. Dobry wynik
92. Nie pozwolę, żebyś dłużej był samotny
93. Dom na Chestnut Street
94. Zgromadzenie w kościele metodystów
Koda w metrum trzy-dwa
CZĘŚĆ SZÓSTA
Nierozerwalne więzy
95. Ciało elektryczne
96. W Szkocji nie brakuje włosów
97. Mężczyzna do męskiej roboty
98. Mur
99. Radar
100. Azaliż to wasze bestie?
101. Jedyna szansa
102. Po rozstaniu
103. Przesilenie
104. Sukkub z Cranesmuir
105. Niezbyt dobry człowiek
106. Braterska pomoc
107. Rodzinny cmentarz
108. Rzeczywistością jest to, co nie znika, kiedy przestajemy w to wierzyć
109. Frotaż
110. Dźwięki, które tworzą ciszę
CZĘŚĆ SIÓDMA
Nim stąd odejdę
111. Masakra w Andrustown
112. Dręczące przywidzenia
113. Dzięki za ryby
114. Wiara to dobra stawka
115. Nocne koszmary
116. Zapolujemy
117. Wśród krzewów dzikich róż
118. Druga zasada termodynamiki
119. „Biedny Yoryku!”
120. Trzaskanie cierni
121. Chodzenie po rozżarzonych węglach
122. Uświęcone miejsce
CZĘŚĆ ÓSMA
Poszukiwanie i ocalenie
123. Quod scripsi, scripsi
124. Złote czcionki
125. Ośmiorniczka wieczoru, przepiękna ośmiorniczka
126. Plan Oglethorpe’a
127. Kanalarstwo
128. Połów żab
129. Inwazja
130. Uniwersalne lekarstwo
131. Urodzony hazardzista
132. Mrzonka
133. Ostatnia deska ratunku
134. Ostatnie obrzędy
135. Amaranthus
136. Sprawa do załatwienia
CZĘŚĆ DZIEWIĄTA
„Thig crioch air an t-saoghal ach mairidh ceol agus gaol”.
„Świat może się skończyć, ale miłość i muzyka przetrwają”.
137. Kwatera w dziczy
138. Wędzidełko Fanny
139. Wyprawa do faktorii
140. Zlegniesz ze mną, kobieto?
141. Najgłębsze uczucie wyraża się w milczeniu
142. Co wychodzi na jaw
143. Interruptus
144. Wizyta w nawiedzonym ogrodzie
145. I dobrze o tym wiesz
Noty autorki
Podziękowania
Drzewo genealogiczne

 

Noty autorki

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.