Spirit Animals. Tom I. Zwierzoduchy - Brandon Mull

Spirit Animals. Tom I. Zwierzoduchy

0,0

Siedem wciągających powieści oraz ekscytująca gra tworzą świat, w którym dzieci będą chciały na zawsze zamieszkać!

Czworo dzieci, mieszkających w dużej odległości od siebie, przechodzi ten sam rytuał pod okiem nieznajomych odzianych w płaszcze. Z czterech nagłych strumieni światła wyłaniają się cztery niezwykłe bestie – wilk, lampart, panda i sokół. W jednej chwili los dzieci – i całego świata – zmienia się na zawsze...
Wkrocz do świata Erdas, w którym każde dziecko w pewnym wieku odkrywa, czy posiada swego zwierzoducha – rzadką więź pomiędzy człowiekiem i zwierzęciem, która obojgu nadaje wielką moc. Z odległej i dawno zapomnianej krainy nadchodzi mroczna potęga, która pustoszy świat. Los Erdas zależy teraz od czworga młodych bohaterów… oraz od ciebie.
Fenomenalne połączenie książki fantasy i gry typu RPG – odkryj swojego zwierzoducha i przeżyj niesamowite przygody już wiosną 2014 roku!

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
SA_LOGO_grey.jpg

TOM 1

ZWIERZODUCHY

Brandon Mull

przekład: Michał Kubiak

wilga
Erdas_Map_WIDER_gray.jpg

Dla Sadie, która kocha zwierzęta.

Dla Fluffy’ego, Buffy’ego i Mango,

które są zwierzętami.

– B.M.

SA_elements_claw_GOLD.jpg

1
Briggan

Gdyby tylko miał wybór, Conor nigdy by się nie zgodził spędzić dnia swoich najważniejszych urodzin w życiu na ubieraniu Devina Trunswicka. Szczerze mówiąc, z własnej woli nie pomógłby Devinowi w niczym.

Ale Devin był najstarszym synem Erica, earla Trunswicku, Conor zaś był trzecim synem Fenraya, pasterza owiec. Fenray zadłużył się u earla, więc Conor pomagał ojcu odpracować dług jako służący Devina. Zaczął służbę przed rokiem; miała ona potrwać jeszcze przynajmniej dwa lata.

Conor wiedział, że jeśli nie zapnie prawidłowo każdej ze skomplikowanych sprzączek z tyłu płaszcza Devina, odzienie będzie zwisało krzywo, co z kolei spowoduje, że Devin całymi tygodniami nie da mu o tym zapomnieć. Delikatny materiał płaszcza był bardzo ozdobny, lecz niezbyt praktyczny. W razie burzy – Conor był tego pewien – Devin będzie żałował, że nie ma na sobie czegoś solidniejszego. I pozbawionego sprzączek. I może zapewniającego odrobinę ciepła.

– Skończyłeś już się z tym grzebać? – dopytywał się zirytowany Devin.

– Wybacz, milordzie – odparł Conor. – Sprzączek jest czterdzieści osiem, a ja jestem właśnie przy czterdziestej.

– Jak długo jeszcze będzie to trwało? Zaraz umrę ze starości! Nie zmyślasz przypadkiem tych liczb?

Conor miał na końcu języka ciętą odpowiedź. Dorastał, licząc owce, więc przypuszczał, że na rachunkach zna się lepiej od Devina. Jednak wykłócanie się ze szlachcicem zazwyczaj oznaczało kłopoty. Conor wiedział, że nie warto tego robić, zwłaszcza że czasami Devin prowokował go celowo.

– Nie zmyślam.

Drzwi otworzyły się z impetem i do komnaty wpadł Dawson, młodszy brat Devina.

– Jeszcze nie skończyłeś się ubierać?!

– To nie moja wina – odparował Devin. – Conor chyba przysnął.

Conor ograniczył się do obrzucenia Dawsona szybkim spojrzeniem. Wiedział, że im prędzej skończy ze sprzączkami, tym prędzej sam będzie mógł się przygotować.

– Przysnął? Dlaczego? – Dawson zachichotał. – Przecież każde twoje słowo jest wprost fascynujące.

Conor powściągnął uśmiech. Młodszy syn earla rzadko przestawał gadać. Często bywał irytujący, ale potrafił też być zabawny.

– Nie śpię.

– To dlaczego jeszcze nie skończyłeś? – zrzędził dalej Devin. – Ile ci zostało?

Conor miał ochotę odpowiedzieć, że dwadzieścia.

– Pięć.

– Myślisz, że uda ci się przywołać zwierzoducha, Devin? – zapytał Dawson.

– Nie wiem, dlaczego niby miałoby mi się nie udać. Dziadek przyzwał mangustę, ojciec rysia.

Tego dnia w Trunswicku odbywała się uroczysta Ceremonia Nektaru. Za mniej niż godzinę te spośród miejscowych dzieci, które skończyły owego miesiąca jedenaście lat, czekała jedyna szansa przyzwania zwierzoducha. Conor miał świadomość, że potomkowie niektórych rodzin łatwiej niż inni nawiązywali więzi ze zwierzętami. Jednak właściwe nazwisko nie dawało żadnej gwarancji, że próba przywołania zakończy się pomyślnie. Tym razem zaledwie troje dzieci miało skosztować magicznego napoju. Ich szanse na powodzenie były słabe. Z całą pewnością nie było więc warto przechwalać się z wyprzedzeniem.

– Jak myślisz, jakie zwierzę ci się trafi? – ciągnął Dawson.

– Nie mam pojęcia – odparł Devin. – A ty jak sądzisz?

– Pewnie przyzwiesz wiewiórkę – powiedział proroczym tonem Dawson.

Devin rzucił się w stronę brata, który odskoczył, ani na chwilę nie przestając chichotać. Dawson był ubrany mniej uroczyście, dzięki czemu szaty nie krępowały mu ruchów. Mimo to Devinowi udało się go złapać, obalić i przycisnąć do podłogi.

– Raczej niedźwiedzia – wysyczał Devin, wbijając łokieć w pierś brata. – Albo dzikiego kota, jak ojciec! Wówczas natychmiast każę mu sprawdzić, jak smakujesz.

Conor starał się cierpliwie czekać. Rozdzielanie braci nie należało do jego obowiązków.

– Możesz też zostać z niczym – odparował dzielnie Dawson.

– Zostanę, ale earlem Trunswicku, twoim panem.

– Chyba że ojciec cię przeżyje.

– Uważaj, co mówisz, młodszy bracie.

– Cieszę się, że nie jestem tobą!

Devin wykręcił nos Dawsona, aż ten zaskomlił, po czym wstał, otrzepał spodnie i rzucił:

– Mnie przynajmniej nie boli nos.

– Conor też napije się dziś Nektaru! – krzyknął Dawson. – I to jemu może się udać przywołać zwierzoducha!

Conor zapragnął stać się niewidzialny. Czy miał nadzieję na przyzwanie zwierzoducha? Naturalnie! Każdy ją miał. To, że w jego rodzinie po raz ostatni przytrafiło się to jakiemuś prawujowi, nie oznaczało przecież, że i jemu się nie powiedzie.

– Jasne. – Devin zaśmiał się pod nosem. – I pewnie córce kowala też się uda?

– Nigdy nie wiadomo – odparł rezolutnie Dawson. Usiadł i zaczął rozcierać obolały nos. – Conor, a ty jakie chciałbyś zwierzę?

Conor wbił wzrok w podłogę, ale ponieważ szlachcic zadał mu bezpośrednie pytanie, musiał odpowiedzieć.

– Zawsze dobrze się rozumiałem z psami. Chciałbym może owczarka.

– Masz wyobraźnię! – Devin się roześmiał. – Pastuch marzy o psie pasterskim!

– Z psami można się bawić – zauważył Dawson.

– Psy są pospolite – stwierdził Devin. – Ile macie psów, Conor?

– Cała moja rodzina? Gdy ostatnio liczyłem, wyszło mi dziesięć.

– A kiedy ostatnio widziałeś swoją rodzinę? – zapytał Dawson.

Conor nie pozwolił, żeby załamał mu się głos, gdy odpowiadał:

– Ponad pół roku temu.

– Będą tu dzisiaj?

– Pewnie będą się bardzo starać. To zależy, czy uda im się oderwać od pracy. – Conor nie chciał po sobie pokazać, jak jest to dla niego ważne, na wypadek gdyby jednak nikt nie przybył.

– Też mi nowość! – prychnął Devin. – Ile jeszcze tych sprzączek?

– Trzy.

Devin odwrócił się na pięcie i rzucił:

– Nie traćmy więcej czasu, bo się spóźnimy.

* * *

Na placu zebrał się imponujący tłum – nie co dzień się zdarzało, żeby syn wielkiego pana próbował przyzwać zwierzoducha. Wydarzenie przyciągnęło zarówno szlachtę, jak i pospólstwo: starych, młodych i całkiem średnich. Grajkowie muzykowali, żołnierze maszerowali, a uliczny sprzedawca zachęcał do kupna kandyzowanych orzechów. Dla earla i jego rodziny wzniesiono specjalną trybunę. Zdaniem Conora plac wyglądał tak, jakby dla wszystkich oprócz niego ogłoszono dziś święto.

Dzień był dość zimny, ale pogodny. Ponad dachami i kominami Trunswicku widać było w oddali zielone wzgórza, za którymi w owej chwili Conor bardzo tęsknił.

Chłopak obserwował już wcześniej parę Ceremonii Nektaru, ale nigdy dotąd nie był świadkiem przyzwania zwierzoducha. Słyszał jednak, że za jego życia udało się to już kilkukrotnie. Ceremonie, które oglądał, nie były specjalnie uroczyste i żadnej z nich nie towarzyszyły takie tłumy. Ani tyle zwierząt.

Powszechnie wierzono, że obecność różnych zwierząt podczas próby zwiększała szanse na przyzwanie zwierzoducha. Jeśli to była prawda, Devin miał szczęście. Wokół zebrano nie tylko zwierzęta domowe i gospodarskie. Conor dostrzegł również ptaki o egzotycznym upierzeniu, klatki z dzikimi kotami, zagrodę pełną jeleni i łosi, kojec z trójką borsuków oraz czarnego niedźwiedzia w żelaznej obroży przykutej łańcuchem do słupa. Było nawet zwierzę, o którym Conor dotąd jedynie słyszał – wielbłąd o dwóch kudłatych garbach.

Idąc przez ciżbę gapiów ku centrum placu, Conor czuł się niepewnie. Nie miał pojęcia, co zrobić z rękami: skrzyżować je na piersi czy też pozwolić im swobodnie zwisać? Przyglądał się zebranym ludziom, starając się pamiętać, że wzrok większości z nich i tak jest skupiony na Devinie.

Nagle wśród tłumu dostrzegł matkę – machała do niego. U jej boku stali obaj jego bracia, siostra i ojciec. Mieli ze sobą nawet Wojaka, ulubionego owczarka Conora. Zjawili się wszyscy!

Widok najbliższych osłabił nieco jego strach i równocześnie wzbudził w nim na nowo tęsknotę za domem, za wędrówkami po łąkach i gajach, za kąpielami w strumieniach. Brakowało mu prostej, uczciwej pracy na świeżym powietrzu: rąbania drew, strzyżenia owiec czy karmienia psów. Jego rodzinny dom był mały, ale przytulny – w niczym nie przypominał zamku earla, pełnego przeciągów. Conor pomachał do matki.

Przyszły władca Trunswicku szedł pierwszy do ławki stojącej pośrodku placu. Czekała już tam Abby, córka kowala. Siedziała sztywno. Wyglądało na to, że czuje się przytłoczona sytuacją. Miała na sobie najlepszą sukienkę, która jednak wydawała się śmiesznie uboga w porównaniu nawet z najprostszymi szatami matki czy siostry Devina. Conor miał świadomość, że przy synu earla sam również musi wyglądać mało strojnie.

Conor dostrzegł przy ławce dwoje członków Greencloaks, czyli Zielonych Płaszczy. W kobiecie rozpoznał Isillę, której siwiejące włosy opadały na twarz niczym srebrzysty woal. Na jej ramieniu siedziała Frida, oswojony czyżyk. Isilla przewodziła zazwyczaj Ceremonii Nektaru; to właśnie ona podała napój obu braciom Conora.

Mężczyzny towarzyszącego Isilli Conor nie znał. Był on wysoki, szczupły i szeroki w ramionach. Jego ogorzała twarz i spłowiała na słońcu zieleń płaszcza zdradzały, że większość czasu spędzał pod gołym niebem. Skórę miał ciemniejszą niż ludzie z otaczającego go tłumu, jakby pochodził z północnego wschodu Nilo lub południowego zachodu Zhong. Tutaj, w samym środku Eury był to niezwykły widok. Zwierzęcia mężczyzny Conor nigdzie nie dostrzegł, lecz zauważył jego tatuaż, częściowo zakryty rękawem szaty. Poczuł dreszcz podniecenia. Tatuaż oznaczał, że zwierzoduch obcego był uśpiony na jego ramieniu.

Abby wstała i dygnęła przed nadchodzącym Devinem. Następca earla usiadł na ławce i skinieniem dał Conorowi znak, żeby ten podążył za jego przykładem. Conor i Abby zajęli posłusznie miejsca.

Isilla uniosła ręce, żeby uciszyć tłum. Jej towarzysz cofnął się nieco, pozostawiając ją w centrum uwagi.

Conor się zastanawiał, po co ten mężczyzna tu przybył. Doszedł do wniosku, że musiał być gościem specjalnym w związku z wysoką pozycją społeczną Devina.

– Posłuchaj, dobry ludu Trunswicku! – zaczęła przeszywającym głosem Isilla. – Oto zgromadziliśmy się tu dziś w obecności ludzi i zwierząt, by wziąć udział w najświętszym z rytuałów Erdas. Kiedy człek i zwierz jednością się stają, ich moc ulega pomnożeniu. Przybyliśmy tu, by ujrzeć, czy Nektar ujawni ów potencjał w którymś z tych trzech kandydatów: Devinie Trunswicku, Abby, córce Gralla, i Conorze, synu Fenraya.

Wiwaty, które się rozległy na wzmiankę o Devinie, niemal zupełnie zagłuszyły dwa następne imiona. Conor wcale się tym nie przejął. Wiedział, że jeśli zachowa spokój, wkrótce będzie po wszystkim.

Isilla się pochyliła i podniosła zakorkowaną butelkę, pokrytą skórą ozdobioną skomplikowanymi wzorami. Uniosła naczynie nad głowę, żeby pokazać je zebranym. Potem wyjęła korek.

– Devinie Trunswicku, zbliż się – powiedziała, a z tłumu dobiegły radosne gwizdy i oklaski.

Powszechnie wierzono, że osoba jako pierwsza kosztująca Nektaru miała największe szanse na przyzwanie zwierzoducha, więc ten przywilej przypadł Devinowi. Chłopak podszedł do Isilli. Kobieta uniosła palec do ust i wrzawa natychmiast ucichła. Syn earla przyklęknął, a wtedy Conor zdał sobie sprawę, że rzadko miał okazję oglądać go w tej pozycji. Eurańscy szlachcice klękali tylko przed eurańskimi szlachcicami o wyższej pozycji. Członkowie Zielonych Płaszczy nie klękali przed nikim.

– Przyjmij Nektar Ninani.

Kiedy wylot butli dotknął ust Devina, Conor odczuł mimowolne podniecenie. Być może za chwilę pierwszy raz w życiu stanie się świadkiem przyzwania zwierzoducha! Bo chyba Nektar nie mógł zawieść w obecności tak wielu zwierząt? Conor był bardzo ciekaw, kogo przyzwie Devin.

Devin przełknął łyk Nektaru. Isilla cofnęła się o krok. Na placu zapadła głęboka cisza. Devin zamknął oczy i wzniósł twarz ku niebu. Minęła krótka chwila, ale nic się nie wydarzyło. Ktoś w tłumie zakasłał. Nadal nie działo się nic niezwykłego. Zdumiony Devin uniósł powieki i rozejrzał się wokół.

Conor słyszał, że zwierzoduch zjawia się albo natychmiast po wypiciu Nektaru, albo nie zjawia się nigdy.

Devin wstał i obrócił się dokoła, przepatrując tłum i otoczenie. Nie dostrzegł nawet śladu niczego niezwykłego.

Przez tłum przeszedł pomruk.

Isilla się zawahała, zerknęła w stronę trybuny. Conor podążył za jej spojrzeniem. Ponury earl siedział na tronie, w pobliżu leżał jego ryś. Choć earlowi udało się przywołać zwierzoducha, nigdy nie zdecydował się przywdziać zielonego płaszcza.

Isilla popatrzyła na swojego ciemnoskórego towarzysza. Ten skinął lekko głową.

– Dziękuję, Devinie – zaintonowała. – Abby, córko Gralla, zbliż się.

Devin wyglądał tak, jakby zrobiło mu się niedobrze. Jego oczy miały pusty wyraz, ale postawa zdradzała poczucie upokorzenia. Ukradkiem zerknął na ojca i zaraz spuścił wzrok. Kiedy na powrót uniósł głowę, jego spojrzenie było już przepojone wstydem, który szybko zamienił się we wściekłość.

Conor odwrócił oczy – lepiej przez jakiś czas nie przyciągać uwagi Devina.

Abby wypiła łyk Nektaru i jak się spodziewał Conor, kompletnie nic się nie stało. Dziewczyna wróciła na ławkę.

– Conorze, synu Fenraya, zbliż się.

Słysząc swoje imię, Conor poczuł nerwowy dreszcz. Wątpił we własne szanse, skoro Devinowi nie udało się przywołać zwierzoducha. Jednak nadal wszystko mogło się zdarzyć.

Nigdy dotąd Conor nie czuł na sobie tak wielu spojrzeń. Wstając z miejsca, starał się ignorować tłum i skupić wyłącznie na Isilli. Jednak nie za bardzo mu to wychodziło.

Nawet jeśli nic się nie wydarzy, ciekawie będzie się dowiedzieć, jak smakuje Nektar. Najstarszy z braci Fenray porównał napój do kwaśnego mleka koziego, ale Wallace lubił się drażnić z Conorem. Drugiemu bratu, Garlinowi, Nektar przypominał cydr. Conor oblizał usta. Bez względu na jego smak skosztowanie Nektaru będzie oficjalnie oznaczać koniec dzieciństwa Conora.

Chłopak uklęknął przed Isillą, która spojrzała na niego z dziwnym uśmiechem i skrywaną ciekawością w oczach. Czy na innych kandydatów patrzyła w taki sam sposób?

– Przyjmij Nektar Ninani.

Conor przytknął wargi do podanego naczynia. Nektar był gęsty niczym syrop i bardzo słodki, jak owoce zanurzone w miodzie. Wprost rozpływał mu się w ustach. Conor przełknął łyk. Napój był przewyborny! Smakował lepiej niż wszystko, czego dotąd próbował.

Isilla odsunęła butlę, zanim chłopak zdążył ukradkiem wypić drugi łyk. Miał nigdy więcej nie kosztować tego magicznego napoju. Wstał, żeby wrócić na ławkę, i wtedy poczuł w klatce piersiowej piekące mrowienie.

Wszystkie zwierzęta jednocześnie dały głos: ptaki się rozkrzyczały, dzikie koty zaniosły się miauczeniem, niedźwiedź zaryczał, łoś zachrapał, a wielbłąd prychnął i zatupał.

Ziemia poczęła drżeć. Niebo pociemniało tak, jakby słońce przesłoniła nagle chmura. Potem półmrok rozdarł oślepiający błysk, przypominający piorun. Tylko że pojawił się on znacznie bliżej niż wszystkie pioruny, które Conor dotąd widział – nawet wtedy, gdy wdrapał się na wzgórze, a błyskawica roztrzaskała tuż obok drzewo rosnące na szczycie.

Gapie wydali chóralne westchnienie i zaszemrali. Conor, oślepiony błyskiem, mrugał, starając się odzyskać wzrok. Z wnętrza jego klatki piersiowej aż po palce rąk i nóg rozeszło się uczucie gorąca. Pomimo niezwykłości chwili poczuł nagle ogromną radość.

Wtedy właśnie zobaczył wilka.

Conor widywał wcześniej wilki, podobnie zresztą jak każdy pasterz w okolicy. Watahy podkradły im ze stada niejedną owcę, a do tego zabiły trzy z jego ulubionych psów. To właśnie z powodu przetrzebienia stada przez drapieżniki ojciec chłopaka popadł w długi. No i była jeszcze ta noc przed dwoma laty, kiedy to Conor wraz z braćmi odpierał ataki watahy wyjątkowo zuchwałych wilków, które próbowały porwać owce z ich zagrody na hali.

Teraz miał przed sobą największego wilka, jakiego w życiu widział. Niezwykłe zwierzę stało z uniesionym łbem, pozwalając się podziwiać. Miało długie kończyny, było dobrze odkarmione, a okrywało je najwspanialsze, biało-szare futro, jakie Conor był w stanie sobie wyobrazić. Dostrzegł także ostre pazury przy potężnych łapach, groźne kły i przeszywający wzrok intensywnie niebieskich, wręcz kobaltowych oczu.

Niebieskich oczu?

W całej historii Erdas tylko jeden wilk miał takie oczy.

Conor spojrzał na flagę z godłem Eury, zwisającą z trybuny. Na tle koloru głębokiego błękitu widniał wilk Briggan, o przenikliwych oczach, zdradzających inteligencję – Bestia będąca patronem Eury.

Wilk spokojnie podszedł do Conora i zatrzymał się tuż przed nim, po czym usiadł, niczym tresowany pies spełniający rozkaz swego pana. Łeb siedzącego zwierzoducha sięgał znacznie powyżej pasa chłopaka. Conor musiał z całych sił napiąć mięśnie, żeby oprzeć się impulsowi i nie odskoczyć. W innych okolicznościach nie stałby bezczynnie, tylko uciekłby albo starałby się odstraszyć drapieżnika krzykiem. Złapałby może kamień albo solidny kostur, żeby się bronić. Tym razem jednak nie było to przypadkowe spotkanie w dziczy. Conor czuł, jak całe ciało go mrowi i niemal wibruje, a setki ludzi wbijają w niego spojrzenie.

Wilk ukazał się znikąd!

Patrzył teraz na chłopaka z wyrazem spokojnej pewności siebie. Wydawał się całkowicie kontrolować swoją potęgę fizyczną i dzikość.

Conora przepełniła mieszanina onieśmielenia i zaskoczenia, gdy się zorientował, że drapieżnik okazuje mu tyle respektu. Spojrzenie jego niebieskich oczu pozwalało domyślać się intelektu i zrozumienia, jakich nie powinno posiadać żadne zwierzę.

Wilk wyraźnie na coś czekał.

Conor wyciągnął przed siebie drżącą dłoń, a wtedy zwierzoduch polizał ją ciepłym, różowym językiem. Pod jego elektryzującym dotykiem mrowienie w piersi chłopaka natychmiast ustało. Przez chwilę Conor czuł taką odwagę, jasność umysłu i świadomość otoczenia, jakich nigdy dotąd nie zaznał. Wyostrzonymi nagle zmysłami złowił zapach wilka i w jakiś sposób uświadomił sobie, że ma przed sobą basiora, który uważa go za równego sobie.

Potem ów moment rozszerzonej świadomości minął.

Mimo siedzącego przed nim żywego dowodu na to, co właściwie zaszło, wagę sytuacji uzmysłowił chłopakowi dopiero wyraz twarzy Devina Trunswicka – Conor nigdy dotąd nie był obiektem tak jawnej furii i zazdrości.

Przywołał zwierzoducha! I to nie byle jakiego. Wilka! Nikt nigdy przecież nie przyzwał wilka! Briggan był jedną z Wielkich Bestii, a zwierzoduchy nigdy nie należały do tych samych gatunków co Wielkie Bestie. Wszyscy wiedzieli, że to się po prostu nie zdarza.

A jednak się stało. Niezaprzeczalnie, w sposób niewytłumaczalny, ale się stało. Dłoń Conora lizał w pełni wyrośnięty wilk, wilk o niebieskich oczach.

Zadziwiony tłum trwał w ciszy. Earl nachylił się z uwagą. Devin wrzał z wściekłości, a na twarzy Dawsona widniał uśmiech pełen zaskoczenia.

Obcy w zielonym płaszczu zbliżył się do Conora i ujął go za rękę.

– Mam na imię Tarik – powiedział cicho. – Przebyłem długą drogę, żeby cię odnaleźć. Trzymaj się blisko mnie, a nie pozwolę, żeby spotkała cię jakakolwiek krzywda. Nie będę nalegał, żebyś przyjął nasze śluby, póki nie będziesz gotów. Teraz jednak musisz mnie wysłuchać. Wiele od ciebie zależy.

Oszołomiony Conor pokiwał głową. Wydarzyło się tak wiele, że nie zdążył jeszcze tego przetrawić.

Ciemnoskóry mężczyzna w zielonym płaszczu uniósł wysoko dłoń Conora.

– Dobry ludu Trunswicku! – przemówił gromkim głosem. – Wieść o dzisiejszym dniu odezwie się echem na całej Erdas! W godzinie największej potrzeby powrócił do nas Briggan!

SA_elements_claw_GOLD.jpg

2
Uraza

Abeke skradała się wśród wysokiej trawy. Poruszała się powoli i cicho, stawiając ostrożne kroki i trzymając się nisko, tak jak nauczył ją ojciec. Nagły ruch lub hałas mógł spłoszyć zwierzynę, a wówczas dziewczyna nie miałaby już czasu podejść innej. Z powodu suszy w wiosce Abeke brakowało pożywienia, a ponieważ nie wyglądało na to, aby pogoda miała się wkrótce zmienić, liczył się każdy kęs.

Antylopa ze spuszczonym łbem skubała źdźbła suchej trawy. Zwierzę było młode, ale Abeke była przekonana, że mimo to uciekłoby jej bez trudu i musiałaby wracać z pustymi rękoma.

Zatrzymała się i oparła strzałę na cięciwie. W chwili kiedy napinała łuk, łęczysko skrzypnęło i antylopa poderwała gwałtownie wzrok. Strzała była jednak celna. Trafiła zwierzę w bok, przebijając serce i płuca. Antylopa zachwiała się krótko i upadła.

Abeke uklękła obok powalonego zwierzęcia i odezwała się cicho:

– Przykro mi, że odebrałam ci życie, przyjacielu. Ale nasza wioska potrzebuje twojego mięsa. Podeszłam blisko i strzeliłam celnie, żebyś nie cierpiał. Więc proszę, wybacz mi.

Potem spojrzała w górę, na połać jasnego nieba. Słońce zdążyło przesunąć się bardziej, niż sądziła. Jak długo podchodziła zwierzynę? Na szczęście trafiła jej się zdobycz, którą mogła unieść. Przewiesiła antylopę przez ramię i szybkim krokiem ruszyła w drogę powrotną do domu.

Słońce piekło spękaną, brązową równinę. Kępy zarośli były wysuszone i kruche, krzewy więdły z pragnienia. W oddali widać było kilka samotnych baobabów o grubych pniach i rozległych koronach, zamglonych przez fale gorącego powietrza, unoszące się nad sawanną.

Abeke miała oczy i uszy otwarte. Ludzie nie należeli wprawdzie do ulubionych ofiar wielkich kotów, jednak teraz, gdy wszystkim brakowało pożywienia, nie można było lekceważyć tych drapieżników. Poza tym wielkie koty nie były jedynymi niebezpiecznymi zwierzętami polującymi na sawannie Nilo. Opuszczenie granic palisady otaczającej wioskę zawsze oznaczało ryzyko.

Im dłużej Abeke szła, tym cięższa wydawała jej się antylopa. Jednak dziewczyna starała się ignorować zmęczenie i słoneczny skwar. Zawsze była silna, a do tego wysoka jak na swój wiek. A teraz skrzydeł dodawała jej myśl, że pokaże swoją zdobycz ojcu.

W jej wiosce polowanie było zazwyczaj zajęciem mężczyzn. Kobiety rzadko wypuszczały się same poza osadę. Ustrzelona antylopa będzie więc nie lada niespodzianką oraz doskonałym sposobem upamiętnienia dnia jedenastych imienin Abeke.

Soama, siostra Abeke, była może piękniejsza, potrafiła również lepiej śpiewać, tańczyć i tkać. Może była nawet bardziej utalentowaną rzemieślniczką. Ale nigdy nic nie upolowała.

Zaledwie nieco ponad rok temu, podczas swoich jedenastych imienin Soama obdarowała mieszkańców osady wyszywanym paciorkami gobelinem, przedstawiającym czaple w locie nad stawem. Wielu ludzi wówczas mówiło, że nie widzieli dotąd podobnego dzieła rąk tak młodej dziewczyny. Ale czy gobelin można było zjeść podczas pory głodu? Czy paciorkowy staw mógł ugasić pragnienie? Czy sztuczne czaple mogły uleczyć bóle wywołane głodem?

Abeke nie mogła powściągnąć uśmiechu. Nie słyszała, żeby dotąd jakiekolwiek dziecko obdarowało osadę upolowaną zwierzyną. Czy wioska naprawdę potrzebowała kolejnego ozdobnego dzbana z gliny? Skąd mieszkańcy mieliby wziąć wodę do trzymania w dzbanie? Za to ten dar Abeke miał konkretne zastosowanie.

Abeke podkradała się do palisady chyłkiem, bo chciała uniknąć wzroku wartowników. Weszła do osady tak samo, jak wcześniej wyszła – przez uszkodzone i obluzowane deski, znajdujące się w ogrodzeniu od strony wąwozu. Musiała się wdrapać na ścianę parowu, co nie było łatwe, zwłaszcza z antylopą zawieszoną na plecach.

Miała niewiele czasu, więc zignorowała ciekawskie spojrzenia sąsiadów i pospieszyła do domu. Jak większość pozostałych zabudowań osady, jej chata miała okrągłą podstawę, kamienne ściany oraz stożkowaty dach, kryty trzcinową strzechą. Abeke wpadła do środka i zastała tam czekającą na nią siostrę. Soama wyglądała przepięknie. Miała na sobie pomarańczowy zawój i szal wyszywany paciorkami.

– Abeke! Gdzieś ty była? Czy ojciec wie, że wróciłaś?

– Poszłam zapolować – wyjaśniła z dumą Abeke, nadal czując na ramionach ciężar antylopy. – Sama.

– Wyszłaś poza osadę? Poza bramę?

– A gdzie indziej znalazłabym antylopy?

Soama zakryła oczy dłonią o brązowej skórze.

– Abeke, dlaczego ty zawsze musisz być taka dziwna? Zniknęłaś ze wsi. Ojciec się martwił! Spóźnisz się na swój obrzęd więzi.

– Wszystko będzie dobrze – zapewniła siostrę Abeke. – Pospieszę się. Nie jestem tak wybredna jak ty. Poza tym nikt, kto zobaczy moją zdobycz, nie będzie narzekał.

Za jej plecami otworzyły się drzwi. Abeke się odwróciła i ujrzała ojca – mężczyznę wysokiego, o szczupłej, muskularnej sylwetce i ogolonej głowie. Jego oczy nie miały przyjaznego wyrazu.

– Abeke! Chinwe mi powiedziała, że wróciłaś. Zacząłem już zbierać grupę, żeby wyruszyć na poszukiwania.

– Chciałam podarować osadzie piękny prezent z okazji moich imienin – wyjaśniła Abeke. – Przyniosłam antylopę.

Ojciec zamknął oczy. Przez moment ciężko oddychał, a kiedy się odezwał, było jasne, że z trudem panuje nad tonem głosu.

– Abeke, dzisiaj jest ważny dzień. Spóźniłaś się i cała jesteś pokryta kurzem i krwią. Twoje zniknięcie wywołało wrzawę w całej wsi. Gdzie twój rozum? Gdzie twoja godność?

Dziewczyna poczuła, jak rozpierająca ją duma opada, a chwila szczęścia nabiera gorzkiego smaku. Przez moment nie potrafiła nawet znaleźć odpowiedzi, do oczu napłynęły jej łzy.

– Ale… nic mi się przecież nie stało. Sam wiesz, że świetnie poluję. To miała być niespodzianka.

Ojciec pokręcił głową z dezaprobatą.

– To było samolubne i głupie. Nie możesz podarować wiosce antylopy, to przecież dowód twojego występku! Jak by to świadczyło o tobie, o naszej rodzinie? Jaką lekcję wyniosłyby z tego inne dzieci? Twoim darem będzie dzban, który zrobiłaś.

– Dzban jest przecież brzydki! – wykrzyknęła zrozpaczona Abeke. – Nawet małpa potrafiłaby wykonać lepszy. Nie mam talentu do lepienia garnków.

– Nawet nie próbujesz lepić porządnych garnków. Wróciłaś z polowania żywa, ze zdobyczą. To dowód nie tylko na to, że umiesz polować, lecz także na to, że nie potrafisz podejmować mądrych decyzji. O twojej karze porozmawiamy później, teraz musisz się przygotować. Idę powiedzieć pozostałym, że twój obrzęd więzi jednak się odbędzie. Pozwól, żeby Soama ci pomogła. Gdybyś częściej brała z niej przykład, rzadziej przynosiłabyś nam wstyd.

Abeke była niepocieszona.

– Tak, ojcze – szepnęła.

Gdy zamknęły się za nim drzwi, zdjęła antylopę przytroczoną do pleców i położyła ją na klepisku. Dopiero teraz zauważyła, że ojciec miał rację – rzeczywiście cała była oblepiona kurzem i krwią. Bez emocji przyglądała się swojej wspaniałej zdobyczy, która przyniosła jej tylko wstyd.

Abeke ledwo mogła powstrzymać łzy napływające do oczu. Ten dzień, ten jeden dzień miał należeć do niej! To Soama zawsze była najważniejsza, najbardziej rozsądna, najpiękniejsza i najbardziej utalentowana. Ale dziś to Abeke miała skosztować Nektaru Ninani. Czy uda jej się przyzwać zwierzoducha? Pewnie nie. Jednak tego dnia miała stać się kobietą, pełnoprawną obywatelką osady. Dlatego chciała, żeby jej podarunek był szczególny.

Zatęskniła za matką, która zawsze rozumiała ją najlepiej. Ale jej mama nigdy nie była silna, aż w końcu pokonała ją choroba.

Abeke poddała się emocjom i zaniosła szlochem.

– Nie mamy na to czasu – skarciła ją Soama. – Jesteś spóźniona. Poza tym i tak już wyglądasz okropnie.

Abeke zacisnęła zęby i zwalczyła przypływ wspomnień. Nie chciała przecież, żeby siostra była świadkiem chwili jej słabości.

– Co mam robić? – zapytała.

Soama podeszła i otarła łzy z jej policzków.

– Może jednak powinnaś się rozpłakać. Nie mamy dość wody, żeby cię obmyć.

– Już nie płaczę.

– Umyję cię.

Abeke stała się uległa jak lalka. Nie narzekała ani na szczotkę drapiącą skórę, ani na ledwie wilgotną szmatkę. Nie wypowiadała żadnych uwag na temat swojego stroju ani ozdób. Pozwoliła, żeby Soama zajęła się wszystkim. Starała się tylko nie patrzeć na upolowaną antylopę.

Gdy wyszła z chaty, przekonała się, że cała wieś już na nią czeka – za drzwiami ciągnął się długi szpaler współmieszkańców, tworzących ścieżkę. Mimo wszystko to był jej dzień, choć Abeke już na tym nie zależało. Ale przynajmniej inni będą mieli święto.

Ojciec przyglądał jej się surowo, podobnie jak większość mężczyzn. Część kobiet miała w oczach odrazę, inne – jedynie litość. Kilkoro spośród młodszych dzieci chichotało.

Abeke szła alejką między mieszkańcami wioski, boleśnie świadoma zawodu, jaki im sprawiła. Pragnęła uciec i pozwolić, żeby pożarł ją lew. Zamiast tego ściskała u boku okropny dzban i kroczyła z wysoko uniesioną głową. Nie uśmiechała się, twarz miała bez wyrazu.

Wijąca się między ludźmi ścieżka prowadziła ją ku jej przeznaczeniu. Współplemieńcy, których minęła Abeke, ruszali za nią, podążając na plac w środku osady. Tam, na końcu alejki czekała Chinwe. Kobieta miała na ramionach niedbale narzucony zielony płaszcz, który wkładała tylko na obrzęd więzi. Na jej szczupłej nodze widniał tatuaż przedstawiający antylopę gnu.

Kiedy Abeke się zbliżyła, Chinwe rozpoczęła zaśpiew. Mieszkańcy wsi jak echo powtarzali każdą frazę w starodawnym, plemiennym języku. Podobnie jak pozostali, Abeke nie wiedziała, co oznacza większość tych słów, ale taka była tradycja.

Kiedy stanęła przed Chinwe, uklękła. Na nagich kolanach poczuła ziarnka piasku. Nie przerywając śpiewu, Chinwe zanurzyła niewielką czarkę w dużym naczyniu i spojrzała na klęczącą dziewczynę. Nie wydawała się rozgniewana ani rozczarowana. Wyglądała tak samo jak zawsze podczas odprawiania obrzędu więzi – była spokojna i może nieco znudzona.

Chinwe podała Abeke czarkę. Na jej dnie widniała odrobina bezbarwnego płynu, przypominającego wodę, ale o wiele gęstszego. Abeke go wypiła. Nektar smakował jak zimna zupa, jaką jej matka przygotowywała z miażdżonych orzechów. Był słodszy, ale poza tym uderzająco podobny w smaku. Wspomnienie matki napełniło oczy Abeke łzami. Oddała czarkę Chinwe, przyglądając się jej ciekawie. Czy to naprawdę był Nektar? A może Chinwe zastąpiła go zupą z korzonków i orzechów?

Chinwe odebrała naczynie i śpiewała dalej.

Abeke poczuła się dziwnie. Było to coś w rodzaju zawrotu głowy i jednocześnie przypływu energii. Czy wszyscy czuli się tak samo? Jej zmysły nagle się wyostrzyły. Do jej nozdrzy dotarł niesiony wiatrem zapach rychłego deszczu. Słyszała z osobna każdy śpiewający głos. Wiedziała, kto fałszuje. Wyraźnie wyłapała głosy ojca i siostry.

Wtem niebo zasnuła ciemność. Rozległ się grzmot.

Śpiew urwał się nagle. Wszyscy spojrzeli w górę.

Dotąd tylko raz Abeke widziała przyzwanie zwierzoducha. Udało się to chłopakowi Hano, którego prawujem był stary Tancerz Deszczu. Abeke miała wówczas sześć lat. Nie przypominała sobie, żeby podczas tamtego obrzędu pojawiły się pioruny. Wręcz przeciwnie – za Hano ukazała się łagodna jasność, z której wyłonił się mrówkojad.

Tym razem światło nie miało nic z delikatności. Mrok rozdarła oślepiająca – jaśniejsza niż ognisko – kolumna blasku, rzucając wokół długie cienie. Kilka osób krzyknęło. Kiedy rozbłysk znikł, pojawił się lampart.

Abeke patrzyła osłupiała, czując, jak skóra ją mrowi od stóp do głów. Lamparcica była duża i smukła, rozmiarami niemal dorównywała lwom. Jej lśniące futro było bez skazy. Abeke wiedziała, że gdyby spotkała to zwierzę w dziczy, ten widok byłby ostatnim w jej życiu.

Nikt się nie odzywał.

Gdy lamparcica ruszyła, pod jej skórą zagrały struny mięśni. Z niemal płynną gracją zbliżyła się do Abeke, po czym otarła się o jej nogę. W tej samej chwili mrowienie w ciele dziewczyny ustało.

Abeke instynktownie napięła mięśnie. Osada nagle wydała jej się obca i ciasna. Dziewczyna poczuła potrzebę ucieczki. Co by się stało, gdyby skoczyła…? Miała wrażenie, że gdyby tylko zechciała, mogłaby jednym susem znaleźć się na dachu najbliższego domu. Pragnęła być wolna, biec po sawannie, tropić, polować i się wspinać.

Lamparcica otarła się o jej biodro, czym wyrwała ją z oszołomienia wywołanego przypływem instynktu. Abeke się wyprostowała. Ledwie mogła uwierzyć w to, co się działo. Stojące obok niej zwierzę mogłoby ją zabić jednym zaciśnięciem szczęk.

– Ona wygląda jak Uraza – powiedziało któreś z dzieci, przerywając ciszę.

Po tych słowach rozległy się szepty.

Lamparcica oddaliła się od Abeke na kilka kroków, prawie jakby straciła zainteresowanie, zaraz jednak ponownie na nią spojrzała. Kocica rzeczywiście przypominała Urazę! Miała nawet te legendarne fioletowe oczy, lśniące niczym ametysty. Ale to było przecież niemożliwe. Dotychczas nikomu nie udało się przywołać lamparta. Zdarzały się gepardy, ale nie lamparty ani lwy, a już na pewno nie lamparcice o fioletowych oczach.

Rozległ się pomruk grzmotu i zaczął padać deszcz, który szybko zamienił się w ulewę. Ludzie zadarli głowy i stali z otwartymi ustami i rozłożonymi ramionami. Dało się słyszeć śmiechy i radosne okrzyki. Ktoś złapał Abeke za nadgarstek. To Chinwe, na której ustach gościł rzadki uśmiech.

– Chyba znaleźliśmy nową Tancerkę Deszczu – powiedziała, ucieszona.

Stary Tancerz Deszczu zmarł ponad dwa lata temu. Od tamego czasu w wiosce Okaihee nie padało. Kilka mniejszych burz przeszło w pobliżu, ale w obrębie osady nie spadła ani jedna kropla. Parę niezawodnych studni wyschło. Ciągle dyskutowano, jak przełamać tę klątwę.

– Tancerkę Deszczu? – zdumiała się Abeke.

– Trudno byłoby zaprzeczyć – potwierdziła Chinwe.

Podszedł do nich ojciec Abeke, niespokojnym wzrokiem mierząc lamparcicę.

– Powinniśmy się schować pod dachem.

Abeke przyjrzała mu się spod powiek, przymrużonych dla ochrony przed deszczem.

– Trudno w to wszystko uwierzyć, prawda? – zapytała.

– Naprawdę trudno.

Wydawało się, że ojciec jest myślami gdzie indziej. Czyżby nadal był na nią zły?

– Twoja córka zakończyła suszę, Pojalo – powiedziała Chinwe.

– Na to wygląda.

– I przyzwała lamparcicę. Może nawet tę jedyną.

Ojciec Abeke pokiwał głową z namysłem.

– Zaginiona strażniczka Nilo… Chinwe, co to oznacza?

– Nie mam pojęcia – przyznała kobieta. – To sprzeczne z… Będę musiała porozmawiać z kimś, kto patrzy głębiej ode mnie.

Pojalo nadal się przyglądał lamparcicy.

– Czy ona jest niebezpieczna?

Chinwe wzruszyła ramionami.

– Jak każde dzikie stworzenie. Ale to jej zwierzoduch.

Ojciec popatrzył na Abeke. Na jego łysej głowie rozpryskiwały się krople ulewy.

– Deszcz nadrabia zaległości. Chodźmy.

Piękny zawój Abeke był już całkiem przemoczony. Dziewczyna starała się nadążyć za krokami ojca oraz zrozumieć, dlaczego wydawał się on niezadowolony.

– Jesteś rozczarowany? – zaryzykowała pytanie.

Pojalo się zatrzymał i nie zważając na ulewę, ujął córkę za ramię.

– Jestem zaskoczony. Powinienem się cieszyć, że przyzwałaś zwierzoducha, ale przecież przyzwałaś lamparta! I to nie byle jakiego: kocica przypomina naszą legendarną strażniczkę. Zawsze byłaś inna, Abeke, co bywało i dobre, i złe, ale ten wyczyn przebił wszystko. Czy twoje zwierzę przyniesie ci dobro czy zło? Co przyniesie innym? Nie wiem, co mam o tym myśleć.

Lamparcica dała wyraz swemu niezadowoleniu warknięciem, ale nie nazbyt groźnym. Ojciec Abeke się odwrócił i ruszył w stronę chaty. Kocica podążała tuż za nim.

U wejścia do domu czekał na nich nieznajomy. Miał on na sobie eurańskie odzienie: buty, spodnie i niebieski płaszcz z postawionym na czas deszczu kapturem, który zakrywał rysy jego twarzy.

Pojalo zatrzymał się przed nim.

– Kim jesteś?

– Mam na imię Zerif – odparł żywo mężczyzna. – Przybyłem tu z daleka. Twoja córka dokonała niemożliwego, dokładnie tak, jak przepowiedziała to Yumaris Tajemnicza, jedna z najmądrzejszych kobiet na całej Erdas. To, co się tu dzisiaj stało, zmieni losy świata. Jestem tu po to, aby pomóc.

– W takim razie wejdź – powiedział ojciec Abeke. – Mam na imię Pojalo.

Cała trójka przekroczyła próg chaty, lamparcica zaś miękko wślizgnęła się za nimi.

W środku czekała na nich Soama. Jej strój był ledwie wilgotny – musiała się pospiesznie skryć w chacie przed deszczem.

– Oto i ona – odezwała się, mierząc lamparcicę ostrożnym spojrzeniem. – Czy ja śnię?

– Czy nie jest wspaniała? – Abeke miała nadzieję, że zrobiła wrażenie na siostrze.

Lamparcica szybko obwąchała izbę, po czym przysiadła obok Abeke, a ona się schyliła i pogłaskała wilgotne futro kocicy, którego zapach wcale jej nie przeszkadzał.

– Nie czuję się przy niej bezpiecznie – stwierdziła Soama, wzrokiem szukając pomocy u ojca. – Czy ona musi być z nami w chacie?

– Jej miejsce jest przy mnie – odparła natychmiast Abeke.

Nieznajomy zdjął kaptur. Był w średnim wieku, jego skóra miała jasnobrązowy odcień, równo przycięta bródka zasłaniała jedynie podbródek.

– Może ja będę mógł pomóc. To wszystko wydaje się pewnie zagmatwane. Kiedy zbudziłaś się dziś rano, Abeke, zapewne się nie spodziewałaś, że zmienisz przyszłość Erdas.

– Skąd pochodzisz, Zerifie? – zapytał Pojalo.

– Wędrowcy tacy jak ja pochodzą ze wszystkich zakątków świata.

– Czy należysz do Zielonych Płaszczy? – Abeke wyczuwała, że pomimo braku charakterystycznego stroju mężczyznę cechuje pewność siebie godna członka tej organizacji.

– Jestem jednym z Naznaczonych, lecz nie przywdziałem zielonego płaszcza. Ci, którzy złożyli śluby, są moimi towarzyszami. Jednak skupiam się na sprawach związanych z Wielkimi Bestiami. Czy słyszeliście wieści o bitwach na zachodzie Nilo?

– Tylko pogłoski – odparł Pojalo. – O obcych najeźdźcach. Ostatnio głównym naszym zmartwieniem był brak wody i jedzenia.

– Te pogłoski są jak jęki tamy mającej niedługo pęknąć – powiedział Zerif. – Wojna ogarnie wkrótce nie tylko całe Nilo, lecz także całą Erdas. Poległe Bestie powracają. Twoja córka przywołała jedną z nich. A to miejsce znajduje się w samym środku konfliktu.

Pojalo spojrzał na lamparcicę z niepokojem.

– Wydawało nam się, że ona wygląda jak…

– Nie „jak” – poprawił go Zerif. – Abeke przyzwała Urazę.

– Ale w jaki sposób…? – szepnęła Soama. Jej szeroko rozwarte oczy były pełne strachu.

– Na to pytanie nie ma odpowiedzi – odparł Zerif. – Ważne jest to, co Abeke teraz zrobi. Proponuję swoją pomoc. Musicie działać szybko, bo lamparcica ściągnie na Abeke wielu wrogów.

– O czym ty mówisz? – zapytał Pojalo. – Abeke jest naszą nową Tancerką Deszczu i jest nam bardzo potrzebna.

– Jej moc sprowadzi znacznie więcej niż tylko deszcz – powiedział ponuro Zerif.

Abeke zmarszczyła czoło. Nieznajomy miał wobec niej jakieś plany, a ojciec wydawał się chętnie go słuchać. Czyżby chciał się jej pozbyć? Czy wykazywałby podobny zapał, gdyby to Soama przyzwała lamparcicę?

Zerif dwoma palcami pogładził swoją bródkę.

– Mamy wiele do zrobienia. Najpierw najważniejsze. Zapewne zauważyliście, że Uraza jest niespokojna. Proponuję, żebyście albo oddali jej tę antylopę, albo wynieśli ją z chaty.

SA_elements_claw_GOLD.jpg

3
Jhi

Meilin siedziała na poduszce przed zwierciadłem, starannie nakładając makijaż. Zazwyczaj pozwalała, żeby służące malowały ją z okazji świąt lub przyjęć, jednak dzisiejszy dzień był szczególnie ważny, dlatego też chciała wyglądać naprawdę dobrze. A jeśli chciała, żeby coś zostało zrobione naprawdę dobrze, musiała to zrobić sama.

Gdy skończyła podkreślać kształt oczu, oceniła swoje odbicie w lustrze. Wyglądała jak dzieło sztuki pokryte malunkiem stanowiącym samodzielne dzieło sztuki. Wszyscy zawsze jej mówili, że jest oszałamiająco piękna. Nigdy nie potrzebowała makijażu, żeby usłyszeć komplementy. Teraz jednak emanowała wdziękiem przewyższającym nawet jej naturalną urodę.

Każdy umiałby delikatnie umalować twarz i podkreślić usta mocną czerwienią. Meilin znała jednak kilka sztuczek, o których jej służące nie miały pojęcia. Potrafiła odpowiednio wymodelować różem policzki, nałożyć złote cienie wokół oczu oraz nadać fryzurze pozory niedbałości, dzięki czemu włosy wyglądały jeszcze bardziej powabnie.

Meilin przećwiczyła nieśmiały uśmiech, przeszła następnie do uśmiechu zachwytu, wyrazu zaskoczenia, w końcu zaś – grymasu niezadowolenia. Wygładziła miękkie, jedwabne szaty i w duchu uznała, że jest gotowa.

Rozległo się delikatne pukanie do drzwi.

– Czy wszystko w porządku, pani?! – zawołał słodki, wysoki głos. – Czy mogę w czymś pomóc?

W ten uprzejmy sposób Kusha informowała Meilin, że ceremonia Dnia Więzi została przerwana, a najważniejsi dygnitarze z całej prowincji czekają już tylko na nią.

– Jestem prawie gotowa – odpowiedziała Meilin. – Wyjdę za chwilkę.

Nie chciała kazać gościom czekać zbyt długo – to byłoby niegrzeczne. Zaplanowała jedynie małe spóźnienie. Dzięki temu zyskiwała pewność, że gdy się pojawi, oczy wszystkich będą zwrócone tylko na nią.

Pozostali kandydaci zdążyli już skosztować Nektaru. Na Meilin czekało honorowe miejsce, miała przejść obrzęd na końcu. Ostatnia osoba pijąca Nektar miała największe szanse na przyzwanie zwierzoducha – wszyscy o tym wiedzieli.

Jako córka generała Tenga, jednego z pięciu najwyższych rangą dowódców armii Zhong, Meilin od urodzenia miała zapewniony ten przywilej wśród kandydatów podczas cokwartalnej uroczystości Dnia Więzi. Fakt, że była jedynym dzieckiem generała, czynił jej pozycję jeszcze ważniejszą. Nie miała brata, który mógłby odebrać jej dziedzictwo.

Matka Meilin przyzwała zwierzoducha, podobnie jak każde z czworga jej dziadków oraz każde z ośmiorga pradziadków. Jej ojciec, dziadek oraz dwaj pradziadowie byli generałami. Najmniej znaczni z pozostałych byli niezwykle wpływowymi kupcami. Tylko ród cesarza mógł się szczycić świetniejszym pochodzeniem.

Ojciec Meilin nie przywołał zwierzoducha, ale nawet mimo to zdobył w wojsku rangę wyższą niż którykolwiek z jego przodków. Był niezwykłym człowiekiem, nikt nie mógł dorównać mu sprytem, spostrzegawczością ani też siłą raz rozbudzonego gniewu. Zeszłej nocy przepowiedział, że Meilin uda się przyzwać zwierzoducha. Dziewczyna nie wiedziała, czy ojciec odwiedził wróżbitę, czy też sam miał wizję, ale był pewien swoich słów. Przecież generał Teng nigdy się nie mylił.

Meilin wzięła swoją parasolkę, wykonaną z papieru i malowaną w piękne wzory, służącą jedynie do ozdoby. Oparła ją na ramieniu i po raz ostatni spojrzała w lustro.

W tej samej chwili w drzwi załomotała czyjaś ciężka pięść, wyrywając dziewczynę z kontemplacji. To nie mogła być żadna ze służących.

– Słucham?

– Czy jesteś ubrana? – zapytał męski głos.

– Tak.

Drzwi się otworzyły i do środka wszedł generał Chin w galowym mundurze, najbliższy ze współpracowników jej ojca. Jak bardzo się spóźniała?

– O co chodzi, generale?

– Przepraszam za to najście – odparł mężczyzna, po czym urwał i oblizał wargi. Wydawał się zaniepokojony, niemal niepewny. – Mam… niefortunne wieści. Rozpoczęła się inwazja na Zhong. Musimy przyspieszyć ceremonię, a następnie opuścić to miejsce.

– Inwazja?

– Z pewnością słyszałaś o potyczkach na południowym wschodzie.

– Naturalnie. – Ojciec nie miał przed Meilin wielu tajemnic. Jednak obecnie nie przewidywał poważniejszego zagrożenia.

– Właśnie otrzymaliśmy doniesienie, że potyczki stanowiły jedynie wstęp do większego najazdu. Twój ojciec poczynił przygotowania na podobną okoliczność, jednak nasi wrogowie mają więcej ludzi i środków, niż nawet on mógł przypuszczać. – Generał urwał, głośno przełknął ślinę. – Miasto Shar Liwao zostało zajęte. Znajdujemy się oficjalnie w stanie wojny.

Meilin nie mogła wydobyć z siebie głosu. Prawie nie mieściło jej się w głowie, że to, co mówił generał Chin, może być prawdą. Shar Liwao było jednym z największych miast leżących poza obrębem Muru, stanowiło ważny port dla całego Zhong. Czy w taki sposób rozpoczynały się wojny? W dzień, który powinien być szczęśliwy?

Meilin nagle źle się poczuła i zapragnęła zostać sama. Wiedziała, że jej ojciec będzie musiał wkrótce wyjechać. Zhong było potężnym państwem, a na całej Erdas nie znano lepszego generała, więc raczej nic mu się nie stanie. Ojciec mówił jednak, że na wojnie nie ma nic pewnego, że jedna zabłąkana strzała może powalić największego bohatera. Podczas wojny nikt nie mógł się czuć bezpiecznie.

– Całe miasto jest w rękach wrogów? – Meilin musiała to wiedzieć.

– Tak. Nadal zbieramy meldunki. Wiadomo, że atak nadszedł szybko jak błyskawica, napastnikami zaś są buntownicy z Zhong oraz obcy najeźdźcy.

– W takim razie daruję sobie ceremonię. Mogę przejść ją później.

– Nie, wieści dopiero nadeszły, ludzie nic jeszcze nie wiedzą. Chcemy, aby na razie tak zostało. Nie wspominaj o ataku. Wszystko musi przebiegać spokojnie i normalnie.

Meilin pokiwała głową.

– W porządku, zrobię to, co do mnie należy. Ale to sytuacja krytyczna. Ojciec powinien już jechać.

– Nalega na to, aby zobaczyć, jak przyjmujesz Nektar.

Meilin wyszła z domu wraz z generałem Chinem. Zignorowała pytania służek, które natychmiast podążyły za nią.

Posiadłość jej ojca przylegała do placu paradnego, więc nie musiała iść daleko. Otworzyła parasolkę i ruszyła centralną alejką w stronę podium.

Tysiące ludzi wyciągało szyje, żeby lepiej widzieć córkę Tenga. U jej boku szedł generał Chin, połyskując medalami. Słychać było radosne okrzyki tłumu. Nikt ze zgromadzonych nie miał pojęcia, jakie niebawem spadną na nich wieści.

W pobliżu podium widzowie zajmowali miejsca siedzące. Pieniądze i status zapewniały im wygodę i lepszą widoczność. Kiedy Meilin zbliżyła się do sceny, nawet dygnitarze, kupcy i urzędnicy rządowi nagrodzili ją oklaskami na stojąco.

Meilin zmusiła się do przybrania najbardziej naturalnego uśmiechu. Skinieniami głowy witała znane twarze, ale wszystko wokół wydawało jej się kruche i fałszywe. Zastanawiała się, czy widzowie potrafią przejrzeć jej maskę.

Z boku alejki ktoś wykrzyknął jej imię. Był to Yenni, chłopak z jej szkoły. Jego ojciec był urzędnikiem w prowincji. Yenni nie ukrywał swoich uczuć do Meilin, choć była ona od niego niemal trzy lata młodsza. Dziewczyna obdarzyła go nieśmiałym uśmiechem, a on poczerwieniał z radości i uśmiechnął się szeroko.

Meilin nigdy nie całowała się z chłopakiem, choć wielu okazywało jej zainteresowanie. Nienawidziła czuć się jak trofeum. Była nie tylko córką bogatego i cieszącego się popularnością generała, lecz także atrakcyjną i wyrafinowaną dziewczyną. Żaden z interesujących się nią chłopców tak naprawdę jej nie znał. Była dla nich tylko zdobyczą i w żaden sposób nie dało się stwierdzić, na czym naprawdę im zależało.

Meilin się zastanawiała, jak by zareagowali, gdyby zdradziła im swój sekret. Wbrew ich wyobrażeniom pod tradycyjnym makijażem i drogimi jedwabiami nie krył się wydelikacony kwiatuszek. Meilin – oczywiście – miała doskonałe maniery, nauczyła się malować, podawać herbatę i pielęgnować ogród, recytować poezję i śpiewać. Jednak jej ulubionym zajęciem była walka wręcz.

Zaczęło się niewinnie. Meilin miała wówczas pięć lat. Jej ojciec był nie tylko dowódcą, lecz także człowiekiem praktycznym – chciał, żeby jego córka poznała podstawy samoobrony. Miał dostęp do najlepszych żołnierzy w całym Zhong, więc polecił im z nią ćwiczyć. Nawet nie przypuszczał, jak wielki talent w tym zakresie wykaże Meilin ani jak bardzo polubi sztuki walki.

Każdego roku dziewczyna przechodziła coraz bardziej zaawansowany trening. W tajemnicy stawała się z wolna synem, którego jej ojciec nigdy nie miał. Potrafiła walczyć nożem, kijem i włócznią, strzelać z łuku, kuszy i procy. Jej ulubioną dyscypliną była jednak walka bez broni. Zaledwie sześć tygodni po swoich jedenastych urodzinach Meilin przewyższała taktyką każdego przeciwnika, może z wyjątkiem największych mistrzów. Była szczupła, ale silna, więc po osiągnięciu pełnego wzrostu powinna stać się prawdziwie niebezpieczną wojowniczką.

Meilin miała nadzieję, że zwierzoduch dopełni i jeszcze wzmocni jej umiejętności bojowe. Wiedziała, że silna więź ze zwierzęciem może zapewnić człowiekowi najróżniejsze moce. Wsparcie właściwego zwierzoducha sprawiało, że dobrzy żołnierze stawali się wielkimi wojownikami, wielcy wojownicy zaś przechodzili do legendy.

A jaki gatunek odpowiadałby jej najbardziej? Ojciec nazywał ją tycim tygryskiem. Tygrys mógłby być. Albo może pantera śnieżna… Byk mógłby dać jej wielką siłę… Jednak starała się nie nastawiać na nic konkretnego.

Tłum obserwował dziewczynę z entuzjazmem. Tylko najwyżsi rangą dygnitarze zdawali sobie sprawę z nadchodzącej wojny. Wkrótce ich uwagę pochłaniać miały sprawy ważniejsze niż tylko Ceremonie Nektaru.

Meilin dotarła do podium, złożyła parasolkę i oddała ją służce. W przednim rzędzie wypatrzyła swojego ojca w paradnym mundurze. Skłoniła mu się grzecznie i dostrzegła w jego oczach aprobatę – podziwiał jej opanowanie i pewność siebie.

Na scenie i wokół niej ustawiono wiele klatek ze zwierzętami. Wśród tej prawdziwie królewskiej menażerii były orangutany, tygrysy, pandy, lisy, aligatory, żurawie, pawiany, pytony, strusie, woły i bawoły domowe, a nawet para młodych słoni. Rodzinna prowincja Meilin zazwyczaj dbała o zapewnienie dużej liczby zwierząt, lecz ten Dzień Więzi uświetniła największa różnorodność gatunków, jaką Meilin dotąd widziała. Zatroszczył się o to jej ojciec.

Na podium czekał już Sheyu, przywódca miejscowych Zielonych Płaszczy. Ubrany był w proste szaty. Ponieważ nigdzie nie było widać jego pantery mglistej, musiała pozostawać w uśpieniu. Meilin pamiętała, że Sheyu nosił tatuaż zwierzoducha na klatce piersiowej.

Jej ojciec miał wobec Zielonych Płaszczy mieszane uczucia. Szanował członków tej organizacji, ale uważał, że mają oni zbyt wiele władzy i związków z zagranicą. Nie podobało mu się, że sprawowali całkowitą kontrolę nad Nektarem i wykorzystywali to, aby nieustannie wtrącać się do wszystkiego, i to na całej Erdas.

Meilin w duchu przyznawała, że robili na niej wrażenie. Powód był prosty: armie Zhong nie przyjmowały w swe szeregi kobiet, a wśród Zielonych Płaszczy nie było podobnych zastrzeżeń – oceniali oni ludzi wyłącznie według zdolności.

Meilin zauważyła na podium jakąś kobietę. Zarówno rysy jej twarzy, jak i strój świadczyły o tym, że przybyła z odległych krain. We włosy miała wplecione pióra, co zdradzało jej amayańskie pochodzenie. Niska, szczupła nieznajoma stała boso, wydawała się krucha. U jej stóp siedział wielobarwny, egzotyczny ptak.

Sheyu przywołał Meilin gestem. Dziewczyna się zbliżyła, pamiętając, żeby nie odwracać twarzy od publiczności – kandydaci odwracający się plecami do widzów zawsze sprawiali na niej wrażenie amatorów.

Sheyu przenikliwym tonem wypowiedział ceremonialną formułę, tę samą co zwykle. Meilin obiecała sobie, że zachowa spokój, nawet jeśli jej ojciec jednak się mylił i na jej wezwanie nie przybędzie żadne zwierzę. Skoro on poradził sobie w życiu bez zwierzoducha, i jej to się uda.

Sheyu uniósł do ust Meilin jadeitowe naczynie, żeby wypiła łyk. Ciepły płyn zaskoczył ją gorzkim smakiem. Nie bez trudu powściągnęła odruch wymiotny, zmusiła się do uśmiechu i przełknęła napój. Przez jedną niepewną chwilę bała się, że smak Nektaru przyprawi ją o zadławienie. Potem jej żołądek wypełniło gorąco. Kiedy zaczęło promieniować do kończyn, usłyszała dzwonienie w uszach.

Niebo było bezchmurne, ale słońce raptownie ściemniało. Nagle pojawił się oślepiający błysk. Na podium obok Meilin znalazła się panda. Zwierzę było duże jak na swój gatunek. Miało niepokojące, srebrzyste oczy, zupełnie jak Jhi na Wielkiej Pieczęci Zhong.

Panda podeszła do Meilin, uniosła się na tylnych łapach, a przednie oparła o klatkę piersiową dziewczyny. Żar w jej wnętrzu natychmiast ustał. Przez chwilę Meilin czuła jedynie głębokie odprężenie. Nie grała już roli przed tłumem widzów, po prostu była sobą. Wygrzewała się w słonecznym cieple i cieszyła się delikatnymi powiewami wiatru.

Potem ten stan minął.

Meilin przyglądała się swojemu zwierzoduchowi ze zdumieniem. Wielka panda? Nikt nigdy nie przywoływał pand, ponieważ pandą i jednocześnie Wielką Bestią, jedną z Poległych, była Jhi. W odległym kącie placu paradnego stał duży posąg Jhi – ogromnej i nieco przy tym śmiesznej. Panda była w zasadzie przeciwieństwem tygrysa, sprawiała wrażenie uroczej i głupiutkiej. Nie było w niej nic groźnego ani imponującego. Jakich niby mocy miałaby udzielić wojownikowi? Umiejętności jedzenia bambusa?

Widzowie nie wydali z siebie żadnego dźwięku. Meilin odnalazła wzrok ojca. W jego oczach ujrzała szok.

Podeszła do niej Amayanka.

– Mam na imię Lenori – powiedziała cicho. – Jestem tu po to, aby ci pomóc.

– Należysz do Zielonych Płaszczy?

– Nie noszę płaszcza, ale tak, należę. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, czego dokonałaś?

– Wiem, że przyzwanie pandy nie powinno w ogóle być możliwe.

– Właśnie. – Lenori ujęła dziewczynę za rękę i uniosła ją wysoko. – Meilin wypełniła zapomnianą przez wielu przepowiednię! Poległa Jhi powróciła na Erdas! Wszyscy…

Kobieta nie zdążyła dokończyć zdania. Przeszkodził jej dźwięk dzwonów alarmowych i huk gongów, używanych wyłącznie w wypadku zagrożenia. Meilin uważnie zlustrowała plac. Czyżby alarm miał coś wspólnego z inwazją? Nie, to nie miało przecież sensu. Shar Liwao znajdowało się daleko, za Murem Zhong. W chwili kiedy przypomniała sobie o konieczności zachowania kamiennej twarzy, zabrzmiały wielkie rogi – ich niskie dźwięki ostrzegały przed nieuchronnym niebezpieczeństwem.

Zebrani na placu poczęli kręcić się niespokojnie, rozległy się okrzyki przestrachu. Meilin stała bez ruchu, pozornie opanowana, ponieważ zdawała sobie sprawę, że wzrok wielu osób nadal spoczywa tylko na niej. Wiedziała, że alarm nie mógł być jedynie ćwiczeniem, skoro rozległ się ryk rogów. Zdarzyło się coś bardzo złego. Czyżby czuła zapach dymu? Jednak za wysokimi ścianami otaczającymi plac paradny trudno było cokolwiek dojrzeć.

Potem rozległy się krzyki. W tylnej części placu, za pilnie strzeżonymi miejscami dla dygnitarzy rozpętały się starcia. Mężczyźni i kobiety w tłumie zrzucali płaszcze, wiele osób przyzywało swoje zwierzoduchy. Na przypadkowych gapiów poczęły spadać ciosy mieczy i toporów. Kiedy widzowie rzucili się do ucieczki, przez sam ich środek zaszarżował byk. W powietrzu zatoczyły łuk trzy strzały i wbiły się w podium.

Meilin zignorowała strzały, choć jedna utkwiła tak blisko, że dziewczyna mogła ją złamać kopnięciem. Przecież inwazja miała przebiegać daleko stąd, za Murem! Meilin słyszała wprawdzie o zamieszkach w odległych miastach, ale nigdy nic podobnego nie zdarzyło się w Jano Rion. Miasto było jednym z najpotężniejszych w całym Zhong i stanowiło wzór dla innych.

Z błyskiem światła Sheyu uwolnił swojego zwierzoducha. Pantera mglista dziko ryknęła, a on sam naciągnął rękawicę z czterema ostrzami. Drugą ręką złapał i szarpnął Meilin za ramię, żeby zmusić ją do marszu.

– Musieli przyjść po ciebie! – krzyknął.

Meilin niepewnym krokiem podążyła za nim w stronę kulis sceny, wyciągając jednocześnie szyję, aby obserwować plac paradny. Strażnicy związali rebeliantów walką. Ścierały się miecze i włócznie, topory huczały, uderzając o tarcze. Niektóre ciosy trafiały w cel. Zewsząd dobiegały krzyki mężczyzn i kobiet.

Meilin wiele słyszała od ojca o bitwach, ale nigdy dotąd nie widziała niczyjej śmierci. Teraz, w ciągu kilku sekund zobaczyła więcej, niż była w stanie znieść. Zanim zeskoczyła z podium, dostrzegła jeszcze, jak Kusha, jej główna służka, osuwa się na kolana ze strzałą wbitą w plecy.

Ojciec pomógł Meilin odzyskać równowagę. U jego boku czekał generał Chin wraz z Lenori.

– Szybko – ponaglał Teng. – Musimy się dostać do wieży i ocenić sytuację w mieście.

Jego słowa pobudziły Meilin do działania.

– Słusznie – powiedziała dziewczyna i się obejrzała, akurat, żeby zobaczyć, jak jej panda bez odrobiny wdzięku sturlała się ze sceny. Przynajmniej jej nic się nie stało.

Czy rana Kushy była śmiertelna? Strzała w jej plecach wyglądała groźnie…

Ojciec biegł w stronę drzwi znajdujących się za sceną. Meilin była tuż za nim, a Sheyu trzymał się blisko niej. Z jednej strony pędziło już kilku uzbrojonych buntowników, chcących odciąć im drogę ucieczki. Wraz z nimi zbliżały się ruda panda mała, sporych rozmiarów pies i kozica o wysokich, skręconych rogach.

Generałowie Teng i Chin jednocześnie dobyli mieczy, zmienili kierunek i z furią natarli na napastników. Sheyu naciągnął drugą rękawicę z ostrzami i skoczył do walki razem ze swoją panterą.

Meilin chciała do nich dołączyć, ale w przeciwieństwie do rebeliantów była bez broni. Gorączkowo rozglądała się za jakimś orężem, ale żadnego nie znalazła.

Generał Chin wraz z jej ojcem związali napastników walką, demonstrując tę samą wprawę i pewność siebie co w sali ćwiczeń. Walczyli w parze, odpierając ataki, powalając kolejnych wrogów i nieustannie udzielając sobie wzajemnie pomocy. Sheyu i jego pantera zanurkowali w grupkę buntowników i zwijali się w unikach, umykając ciosom o włos i z niezwykłą skutecznością tnąc wokół: pantera – pazurami, a Sheyu – sztyletami.

Lenori ciągnęła Meilin do drzwi, a Jhi cały czas trzymała się blisko. Gdy naparła kolejna banda buntowników, Sheyu razem z generałami odskoczyli i ponownie skierowali się ku murowi.

Generał Chin, krwawiąc z rany w ramieniu, otworzył drzwi w murze własnym kluczem.

– Szybko! – krzyknął.

Grupa przeszła przez drzwi i generał je zamknął.

Ojciec Meilin ruszył biegiem, prowadząc pozostałych przez korytarz znajdujący się wewnątrz muru okalającego plac paradny. Grube ściany tłumiły tumult dochodzący z zewnątrz, więc ich kroki odbijały się w przejściu głośnym echem. Meilin obejrzała się przez ramię i zobaczyła, że ptak Lenori podskakuje i podfruwa, dotrzymując ludziom kroku, panda zaś zamyka tyły, biegnąc niespiesznie i tylko na tyle szybko, żeby zanadto się nie oddalić.

Meilin wiedziała, dokąd się kieruje jej ojciec. Posterunek obserwacyjny w rogu placu paradnego stanowił jeden z najwyżej położonych punktów w całym Jano Rion. Z tej wysokości mogli zobaczyć nie tylko rozległe miasto, lecz także jego okolice, dzięki czemu generał mógł najlepiej ocenić sytuację.

Podczas biegu Meilin powstrzymała się od zadawania pytań. Zachowałaby się inaczej, gdyby była z ojcem sama. Zdawała sobie jednak sprawę, że w towarzystwie udzieliłby jej tylko tych informacji, które uzna za stosowne.

Na widok zbliżającego się dowódcy żołnierze stojący u stóp wieży wyprostowali się i zasalutowali. Generał oddał salut i wszedł na platformę.

– Co to takiego? – zapytała z wahaniem Lenori.

– Pomysłowe urządzenie – wyjaśnił Sheyu. – Dzięki przeciwwagom platforma wzniesie się na szczyt wieży.

Wszyscy stanęli na platformie. Panda nie okazała żadnego wahania. Kiedy wznosili się w górę, Meilin spojrzała w jej srebrne oczy i zauważyła, że pomimo panującego wokół chaosu panda wydawała się pogodnie spokojna oraz w jakiś dziwny sposób świadoma. Meilin pierwsza odwróciła wzrok.

Kiedy tylko platforma dotarła na szczyt wieży, generał Teng szybko wyprowadził grupę na taras obserwacyjny. Żołnierze, wyposażeni w lunety, zatrzymali się, żeby mu zasalutować.

– Spocznij – rzucił generał.

Zbliżył się dowódca posterunku, jednak ojciec Meilin odprawił go gestem. Wolał samodzielnie dokonać oceny sytuacji. Meilin stała obok niego z szeroko otwartymi oczyma. Ledwo mogła uwierzyć w to, co ujrzała.

W Jano Rion trwała bitwa. W stolicy prowincji, w jednym z największych miast Zhong i poza jego granicami, toczyły się walki. Mury miejskie szturmowały ogromne zastępy wrogów, zalewające równinę wokół niczym fala powodzi. Nacierający buntownicy rozbijali grupki żołnierzy starających się zorganizować obronę. Wielu napastnikom towarzyszyły zwierzęta, wielu dosiadało ich jak wierzchowców. Wszyscy mieli miecze, włócznie, maczugi lub topory. Skąd się wzięli? Dlaczego zaatakowali bez żadnego ostrzeżenia?

Miasto płonęło. Meilin widziała czarny dym bijący w górę co najmniej z kilkunastu miejsc. W płomieniach stała cała akademia, w której ona sama pobierała nauki! Stary budynek liczył sobie kilkaset lat, uczyli się tam jej przodkowie. Teraz Meilin patrzyła na płomienie trawiące budowlę. Po ulicach widocznych w dole przewalały się zacięte potyczki. Dziewczyna wyciągała szyję, żeby zobaczyć więcej, ale budynki i drzewa zasłaniały sporą część placów i zaułków.

Spojrzała w górę, na twarz swojego ojca, obleczoną w stoicką maskę. Ścisnęło jej się serce. Widziała, że ojciec jest w szoku, choć świetnie to ukrywa. Ktoś nieznający go blisko mógłby nie zauważyć głębi jego oszołomienia.

Generał wyciągnął dłoń po lunetę. Uniósł przyrząd do oka i skupił się na kilku miejscach położonych poza granicami miasta, a potem na jego centrum.

– Tak wielu z nich ma zwierzoduchy – mruknął.

Generał Chin miał własną lunetę.

– To najazd bez precedensu. Nikt nie widział tak wielkiej armii od czasu…

– …od czasu Pożeracza – dokończył Teng.

Meilin zamrugała nerwowo. Pożeracz był legendą z przeszłości, potworem z bajek dla dzieci. Dlaczego jej ojciec wspomniał o nim w takiej chwili?

– Skąd oni się wzięli? – zapytał Sheyu. – W jaki sposób taka armia pokonała Mur Zhong bez wiedzy strażników?

Meilin spojrzała na ojca. Sama chciała o to spytać.

– Oni nie noszą mundurów – powiedział Teng. – Nie wygrali więc dzięki liczebności. Musieli się przedostawać przez Mur powoli, stopniowo. Mogło to trwać latami. Wielu z nich wygląda na mieszkańców Zhong, ale nie wszyscy. Na samą myśl o logistyce takiego przedsięwzięcia kręci mi się w głowie. Osobiście uważałbym atak na taką skalę za niemożliwy do przeprowadzenia, a jednak oto są! Siła wojskowa Zhong skupiona jest daleko stąd, wzdłuż Muru. Wielu żołnierzy zdąża w tej chwili ku Shar Liwao, ale jak się okazuje, tam chodziło jedynie o odwrócenie uwagi.

– Co mamy czynić? – zapytał Chin.

– Naszą powinność – odparł generał Teng, po czym podniósł głos. – Zostawcie nas samych.

Strażnicy opuścili posterunek obserwacyjny. Sheyu ujął Lenori za ramię i odwrócił się, żeby podążyć ich śladem.

– Nie wy, Zielone Płaszcze – powiedział generał Teng, a jego głos zabrzmiał jak głuchy warkot.

Trzymał dłoń na ramieniu Meilin, wiedziała więc, że i ona ma zostać.

Sheyu i Lenori podeszli bliżej.

Meilin obserwowała ojca. Wyraz jego twarzy bardzo ją niepokoił. Starała się zdławić dręczący ją strach.

– Jano Rion upadnie – stwierdził rzeczowo generał. – Nie mamy dość ludzi, aby się bronić. Lenori, powiedziałaś, że Meilin przyzwała samą Jhi, żyjący symbol Zhong. Co to oznacza? I co proponujesz?

– Muszę ją zabrać do naszego przywódcy – odparła Lenori. – Jhi nie jest pierwszą Bestią spośród Czworga Poległych, które powróciły w ciągu ostatnich tygodni. Ta wojna ogarnie całą Erdas. Planujemy zjednoczyć Czworo Poległych i walczyć. To nasza jedyna szansa.

Meilin poczuła, jak ojciec mocniej zacisnął dłoń na jej ramieniu.

– Niech tak będzie. – Skinął głową. – Lenori, weź moją córkę. To nie jest teraz miejsce dla niej. Sheyu, upewnij się, proszę, że Meilin i Lenori bezpiecznie dotrą na statek w Xin Kao Dai.

Sheyu oparł pięść na piersi i skłonił głowę.

– To będzie dla mnie zaszczyt.

– Ojcze, ja nie chcę! – wykrzyknęła Meilin. – Proszę, pozwól mi zostać z tobą i bronić naszego domu!

– Nie jesteś tu bezpieczna…

– Gdzie będę bezpieczniejsza niż u boku największego generała na całej Erdas?

– Poza tym – ciągnął stanowczo ojciec, uciszając ją gestem uniesionej ręki – możesz mieć do wykonania ważne zadanie gdzie indziej. – Spojrzał jej w oczy. – Meilin, udaj się do przywódcy Zielonych Płaszczy. Wysłuchaj go, a jeśli jego słowa będą miały sens, a jego droga wyda ci się słuszna, udziel mu wszelkiej pomocy, jakiej wymaga od ciebie obowiązek. Jeśli tak się nie stanie, znajdź lepszą drogę. W obu wypadkach nie zapomnij ani kim jesteś, ani skąd pochodzisz.

– Ale…

Generał Teng pokręcił głową.

– Taka jest moja wola.

Meilin zrozumiała, że rozmowa była skończona, a jej los postanowiony. Gorące łzy zakłuły ją pod powiekami. Zerknęła w dół, na armię nadciągającą w stronę jej domu, a potem na zdrajców siejących zniszczenie na placu paradnym. Jak mogła uciec, porzucając ojca, który musiał stawić czoła zagrożeniu z rozproszoną i w połowie już pokonaną armią?

Popatrzyła na Jhi, a ona odwzajemniła jej spojrzenie ze zrozumieniem i chyba odrobiną litości. A może Meilin tylko wyobraziła sobie empatię wyzierającą z oczu zwierzęcia? Wbiła wzrok w ziemię. Nie potrzebowała teraz zrozumienia, tylko siły, a panda miała nikłe szanse na wzmocnienie jej umiejętności wojowniczki. W dodatku to z jej powodu kobieta z Zielonych Płaszczy zabierała Meilin z domu. I od ojca.

Z klatki schodowej wiodącej na wieżę dobiegł zgiełk. Na ostatni stopień wtoczył się ranny żołnierz.

– Idą na górę! Jest ich zbyt wielu! – wykrzyknął.

Ojciec Meilin skinął głową.

– Zatrzymajcie ich tak długo, jak zdołacie.

Żołnierz się odwrócił i utykając, ponownie zniknął w korytarzu. Słychać było szczęk ścierających się kling i zwierzęce ryki. Generał Chin ustawił się na górze schodów i dobył miecza.

Ojciec Meilin pociągnął za dźwignie opuszczające platformę, po czym wskazał drabinę wiodącą w dół szybu i nakazał:

– Tędy zejdziecie do pierwszego tunelu. Powinno wam się udać prześlizgnąć obok buntowników. Uciekajcie z miasta.

Meilin nie potrafiła dłużej milczeć.

– A co z…

Ojciec ostrym gestem uciął jej słowa.

– Generał Chin i ja upewnimy się, że dotarliście do tunelu, a potem sami znajdziemy drogę ucieczki – powiedział, obdarzając córkę wymuszonym uśmiechem. – Nie pozwolę, aby ta hołota mnie dostała. A teraz już idź.

Nie było dyskusji. Meilin nie zamierzała przynieść ojcu hańby błaganiem ani sprzeczką. Spojrzała mu tylko w oczy i odparła:

– Jak sobie życzysz, ojcze.

Jej opiekunowie zaczęli już schodzić do tunelu. Meilin z pewnym zaskoczeniem zauważyła, że Jhi potrafi sama zejść po drabinie.

W chwili gdy dziewczyna postawiła stopę na pierwszym szczeblu, generał Chin starł się z pierwszym napastnikiem. Tuż przed tym, jak jej głowa zniknęła za krawędzią otworu, Meilin zdążyła jeszcze zobaczyć, jak Chin i jej ojciec cofają się pod naporem licznych buntowników, zastawiając się mieczami.

Nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Gdyby wrogowie zauważuli ich ucieczkę, wysiłki ojca poszłyby na marne. A przecież nadal mogło mu się udać wydostać z miasta – był bardzo przebiegły.

Meilin dołączyła do Lenori, czując, jak do oczu napływają jej łzy. Sheyu wziął ją za rękę i poprowadził wąskim tunelem.

Przekład: Michał Kubiak

Redaktor inicjujący: Marta Lenartowicz

Redaktor prowadzący: Danuta Kownacka

Redakcja: Paulina Kaniewska

Korekta: Marta Krzemińska, Dominika Piotrkowska

Ilustracja na okładce: Angelo Rinaldi

Projekt okładki: SJI Associates

Mapka: Michael Walton

Projekt graficzny: Charice Silverman

Skład i przygotowanie polskiej wersji okładki na podstawie projektu oryginalnego: Stop!Studio

Grupa Wydawnicza Foksal sp. z o.o.

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

tel. 22 826 08 82, faks 22 380 18 01

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-7881-429-0

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.
i Aleksandra Łapińska / Virtualo Sp. z o.o.

Brandon Mull (ur. 1974) imał się różnych zajęć, był m.in. aktorem komediowym, archiwistą i copywriterem. Zasłynął pięciotomową serią Baśniobór, która szturmem wdarła się na listy bestsellerów. Właśnie trwają prace nad jej ekranizacją. W Polsce książki z tej serii ukazały się nakładem wydawnictwa W.A.B. Brandon Mull jest też autorem dwutomowej serii Wojna cukierkowa, wydanej przez wydawnictwo Wilga.