Ślepy instynkt - Andreas Winkelmann

Ślepy instynkt

0,0

Mała ośmioletnia niewidoma dziewczynka bawiąca się w ogrodzie zostaje w upalny dzień uprowadzona. W tym czasie jej rodzice – bezrobotny ojciec i matka sprzątaczka – śpią kompletnie pijani, zaś brat, który miał na nią uważać poszedł grać w piłkę z kolegami. Sprawca nie pozostawił po sobie żadnych śladów. Ciała dziewczynki nigdy nie znaleziono. Policja nigdy nie rozwiązała zagadki. Po dziesięciu latach porwana zostaje z zakładu dla upośledzonych dzieci niewidoma ośmioletnia dziewczynka, zadziwiająco podobna do dziecka uprowadzonego przed laty. Sarę porzuciła matka alkoholiczka, zaś ojciec jest nieznany. Prowadząca śledztwo komisarz Franciszka Gottlob łączy ze sobą oba przypadki, podejrzewając, że może chodzić o pedofila, który ujawnił się po latach. Tym razem jednak sprawca pozostawił ślad. Policja znalazła w miejscu, gdzie czatował na dziecko ślady spermy…

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Ślepy instynkt

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
Dedykacja
* * *
PROLOG
Część 1 Dziesięć lat później
1
2
3
4
5
6
7
Część 2
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57
58
59
60
Część 3
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
EPILOG
Od autora
Karta redakcyjna
titlepage

Dla Alexandry,

która zebrała to wszystko w całość
i dlatego wszystkiemu jest winna.

Dziękuję!

Pałka zapałka dwa kije,

Kto się nie schowa, ten kryje.

Liczę do dziesięciu:

Raz, dwa, trzy...

Możesz się kryć,

Gdzie tylko chcesz,

Bo ja na pewno znajdę cię.

Zajrzę do każdej dziury,

Wypatrzę cię w każdej szparze,

Poznam cię łatwo po twarzy.

PROLOG

Po każdym ruchu huśtawki grube liny coraz głębiej wrzynały się w konar czereśni. Jej żałosne skrzypienie było jedynym dźwiękiem, który rozlegał się w to letnie popołudnie. Ciepłe powietrze muskało twarz dziewczynki, szumiało w uszach, rozwiewało długie rude włosy i białą letnią sukienkę. Każdy ruch, przy którym wyciągała stopy w stronę nieba, sprawiał, że doznawała radosnego uczucia nieważkości. A gdy w szczycie upojenia zakręciło jej się w głowie, zwolniła tempo.

W ciszy, która w tym momencie zapadła, dotarło nagle do jej świadomości, że nie jest już sama.

Ktoś tu jest!

Nie musiała go widzieć, bo wyczuwała jego obecność. Wyraźnie czuła, jak bezpieczne do niedawna otoczenie zaczyna się zmieniać, jakby w jej świat wkradło się coś niewymownie złego, co samą swoją obecnością wywołuje chaos. Prawie bezszelestne ruchy, które słyszała za plecami, wywoływały delikatne wibracje powietrza. Drobne włoski na jej karku wyprostowały się i zaczęły drgać. Jeśli ktoś tam się czai, nie wie, że do niej nie można się podkraść w sposób niezauważalny. Ten, kto się tam skrada, jest obcy i nie ma tu nic do roboty!

Myśli kotłowały jej się w jej głowie.

Mama i tata jeszcze śpią, brata nie ma i szybko nie wróci. Dom stoi z dala od wsi i prawie nigdy nikt do nich nie zagląda.

Jeśli tak, to kto się do niej skrada?

Czy w ogóle ktoś tam jest? A może zawiodły ją zbyt wyostrzone zmysły? Czy na końcu się okaże, że to tylko letni wiatr, który obejmuje ją swym powiewem, przedziera się przez konary wysokich drzew i sprawia, że liście zaczynają szeptać?

Jej nadzieje zdusił w zarodku szelest liści leżących na ziemi, który usłyszała chwilę później. Znikły ostatnie wątpliwości. Odczucia to jedna rzecz, słuch to coś innego – on nigdy jej nie zawodzi.

– Jest tam ktoś?! – zawołała. Jej głos nie brzmiał zbyt odważnie, choć bardzo tego chciała.

Szelest liści ustał, a gwałtowny ruch powietrza zdradził jej, że nieznajomy się zatrzymał. Poczuła strach! Dłonie zacisnęła mocno na linach, wsparła się stopami o ziemię i zatrzymała huśtawkę.

Biegnij do domu, natychmiast, podpowiadał jej wewnętrzny głos. Ale nie uczyniła tego. Dla normalnych ludzi byłaby to naturalna reakcja, ale nie dla niej. Do domu ma zbyt daleko, droga jest nierówna. Poza tym wpadła w panikę i na pewno się przewróci.

– Mój tata jest w garażu. Mam go zawołać? – spytała głośno. Uznała, że to sprytne posunięcia. Bez względu na to, kto się zbliża, ostrzegła go.

Nagle wypadki potoczyły się w błyskawicznym tempie.

Wolne do niedawna ruchy powietrza zamieniły się w prawdziwą burzę, która z całą mocą uderzyła w jej ciało i prawie zrzuciła ją z huśtawki. Otwarła usta i chciała krzyknąć, ale na twarzy poczuła wielką dłoń, która zatkała jej usta i zacisnęła nozdrza. Poczuła silny ból i straciła oddech. Obca dłoń śmierdziała rybami. Napastnik objął ją od tyłu drugim ramieniem i mocno do siebie przyciągnął. Kopała nogami w huśtawkę i w powietrze, ale na próżno. Nieznajomy uniósł ją i wyrwał z jej świata.

Powietrza! Brakuje mi powietrza!

Poczuła, że napastnik zrywa z niej ubranie i rzuca ją na ziemię, na miękkie poszycie z liści.

Oddychać i krzyczeć! Muszę nabrać powietrza i krzyczeć!

Pełzała na czworakach, żeby uciec od człowieka, który tak bardzo śmierdział rybami, że ciągle czuła na ustach jego zapach. Nagle coś uderzyło ją mocno w czoło. Była to deska huśtawki, która nadal się kołysała poruszona jej nagłym zeskokiem. Krzyknęła, upadła na plecy i zapadła w ciemność. Wyglądało to tak, jakby głowę zakryła jej nagle falująca, ciemna płachta. W uszach słyszała głośny szum, z czoła spływała jej ciepła krew. Czyjeś silne ręce ciągnęły ją po suchej ziemi. Drapała w nią palcami, łamiąc paznokcie. Nagle napastnik znalazł się nad nią. Przygniótł ją do ziemi, położył dłoń na tył głowy i wcisnął jej twarz w liście, i to tak mocno, że nie mogła ani krzyczeć, ani oddychać.... Liście, wszędzie liście... są nawet w gardle... powietrza... brakuje powietrza...

Część 1
Dziesięć lat później

1

Światła stopniowo gasły we wszystkich pokojach. Okna, jeszcze przed chwilą prezentujące w świetle barwne zasłony, zamieniły się w martwe oczodoły. Po kolei znikały w ciemnościach wypielęgnowane klomby na trawnikach przed budynkiem, jakby to była gra Memory, w której uczestniczą dwaj niewidzialni gracze. Gdy ostatnie okno zostało zamknięte, zapadła cisza.

Jednak dziewczynki i chłopcy, którzy mieszkali na trzech piętrach długiego skrzydła budynku, nie zasnęli od razu. Gdzieniegdzie nadal rozbłyskiwały i gasły pojedyncze światła. Na trzecim piętrze, na samym końcu korytarza ciągnącego się po lewej stronie, jedno z nich paliło się dłużej niż inne. Nie było w nim zasłon, bo w oknie zamiast zwykłej szyby znajdowało się matowe szkło. Pomieszczenie służyło chłopcom jako łaźnia. Prawdopodobnie któryś z nich zapomniał zgasić światło. Nocny stróż naprawił to niedopatrzenie z dziesięciominutowym opóźnieniem.

Nagle zapadły zupełne ciemności. Jego oczy, przywykłe do światła, potrzebowały trochę czasu, żeby się dostosować. W ciągu tych kilku chwil słyszał najdrobniejszy szelest, każdy trzask. Przeszedł go dreszcz. Obejrzał się przez ramię, ale niczego nie zobaczył.

Zwykły ciemny las wcale go nie przerażał. Przeciwnie. Można się w nim ukryć, schronić przed ludzkimi spojrzeniami. Las umożliwia mu też obserwowanie budynku przez długi czas. Może to robić niezauważony. Nie ma tu żadnych środków bezpieczeństwa z wyjątkiem dwumetrowego ogrodzenia z drucianej siatki, ale bez trudu można w niej zrobić dziurę. Specjalne nożyce do cięcia drutu zawsze nosi przy sobie, w kieszeni kurtki.

Strach powoli ustępował, w jego miejsce pojawiło się zdenerwowanie. Jego efektem było nieprzyjemne mrowienie w nogach. Nienawidzi tego uczucia, bo odbiera mu spokój i powoduje bałagan w kartach, które zostały już rozdane. Taki stan nawiedza go często nocą, a gdy już się pojawia i samo układanie dam, waletów i króli nie pomaga, nie może spokojnie siedzieć ani leżeć.

Tak jak teraz!

Dlatego zeskoczył z pnia drzewa leżącego na ziemi. Na jego twardej korze spędził bez ruchu ostatnią godzinę. Przestępował z nogi na nogę, bo od długiego siedzenia trochę mu zesztywniały i prawie stracił w nich czucie. Pod stopami szeleściły mu zeszłoroczne liście. Uniósł ramię, podciągnął rękaw kurtki i spojrzał na cyfrowy zegarek. Nacisnął guziczek i wskazówki rozbłysły niebieskim kolorem. Po zgaszeniu wszystkich świateł w budynku musi odczekać dokładnie godzinę. Do północy. To dużo czasu!

Wymaga to sporo cierpliwości. Całą godzinę musi przesiedzieć bezczynnie. A przecież cierpliwości nie można się nauczyć. Cierpliwość pojawia się i znika. Jednego dnia jest jego przyjacielem, innego dnia udaje, że go nie zna. Bóg jeden wie, że próbował ją oswoić i nadal się w tym wprawia. Niestety, najczęściej bez powodzenia.

Jego największym plusem jest to, że ma czas. Na razie nie czuje żadnej presji. Jeśli nie uda się dziś w nocy, wróci tu następnego dnia, w następnym tygodniu albo jeszcze później. Jeśli nie podda się presji czasu, uniknie ryzyka. Dobrze o tym wie.

Odwrócił głowę, bo zauważył, że w oknie na drugim piętrze zapaliło się światło. W tym oknie!

Wiedział, że wybrana przez niego dziewczynka ma szczególnie rozwiniętą wrażliwość. Czy czuje niebezpieczeństwo? Czy leży teraz przestraszona w swoim łóżeczku z kołdrą podciągnięta pod brodę? Do jej uszu dociera z pewnością każdy najdrobniejszy szmer, ruch elektronów w przewodach. Leży tam i czuje mrowienie w nogach.

Na samą myśl o drżącej ze strachu dziewczynce, która być może wyczuwa jego obecność, ale go nie widzi, ogarnęło go podniecenie.

Nie odwracając wzroku od rozjaśnionego okna, rozpiął pasek od spodni, guzik i zamek błyskawiczny, spuścił spodnie i majtki i ujął swój członek. Stopniowo jego ruchy stawały się coraz szybsze i coraz bardziej gwałtowne. W chwili, gdy w oknie zgasło światło, wydał z siebie zduszony jęk i opadł na kolana.

W tym momencie usłyszał głośne trzepotanie wielkich skrzydeł i pohukiwanie sowy. Zerwał się na równe nogi i rozejrzał nerwowo. Szybko doprowadził się do porządku, podciągnął i zapiął spodnie. Już sama świadomość tego, że obserwowała go sowa, była dla niego bolesna. Poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Rozejrzał się ostrożnie i dopiero po chwili usiadł na pniu drzewa. Skrzyżował nogi, wsadził ręce do kieszeni ciemnej kurtki i zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Oczy są wszędzie, dlatego wszędzie jest widziany. Zatęsknił za własnym światem, w którym to on decyduje, kto może mu się przypatrywać, a kto nie. Tam może być niewidzialny, kiedy tylko chce.

Ma już po dziurki w nosie tego, że ciągle ktoś się na niego gapi!

Przez cały ten czas zdążył już zmarznąć, bo noc była chłodna. Brak ruchu i zmęczenie coraz bardziej dawały o sobie znać. Zbyt długie czekanie jest zabójcze dla motywacji, bo zaczynają narastać wątpliwości. Czy na pewno o wszystkim pomyślał? Czy wszystko jest tak proste i pewne, jak sobie wyobrażał? Może powinien to przełożyć, jeszcze raz przemyśleć, co zamierza?

Po pewnym czasie chłód stał się tak dokuczliwy, że zaczął dygotać na całym ciele. W tym momencie uznał, że czas oczekiwania dobiegł końca. Mimo to został jeszcze dziesięć minut tylko po to, żeby przetestować swoją cierpliwość. Dama na damę, walet na waleta, król na króla. I tak przez dziesięć minut. Rozkładał w pamięci kolejne karty, które przesuwały się cicho po nieistniejącym stole i układały według koloru i rangi. Leżały w absolutnym porządku, co do milimetra.

W końcu wstał, kilka razy się przeciągnął, odetchnął głęboko i ruszył przez las. Tam, gdzie kończą się drzewa i krzewy, wyjdzie na nieosłonięte miejsce. Po chwili się zatrzymał, wyjął z kieszeni kurtki nożyce do cięcia drutu i spokojnie zabrał się do pracy. Kolejno rozcinał poszczególne druty.

Panującą ciszę przeciął dźwięk cięcia metalu. Nożyce są nowe i ostre i tną drut jak zwykły sznurek.

2

Ostatnie pięć minut przed walką lubi najbardziej. To tylko jego czas. Trener, Konrad Leder, którego wszyscy nazywają po prostu Kolle, wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi, a on został sam. To konieczne, bo tylko tak może się skoncentrować i skupić myśli na tym, co najważniejsze.

Te pięć minut spędza w świecie, w którym istnieje tylko on i jego przeciwnik. Jednak czasem pojawia się w nim także Sina. Ona ma dostęp do wszystkich jego światów, a on nie umie się przed nią obronić, nawet gdyby chciał. Wywołuje w nim bolesne poczucie bezradności. Nie ma od niej ucieczki, a brzemię, którego doświadcza, jest tak ciężkie, że jego dusza z trudem oddycha.

Dzisiaj też poczuł jej drobną dłoń na swym ramieniu. Czuł, jak jej cienkie palce uciskają mięśnie jego karku, żeby mu nie zwiotczały. Kiedyś, gdy kładła się obok niego, sprawiało mu to przyjemność. Czuł ciepło i bliskość jej ciała. Był dla niej kimś silnym, jej obrońcą i drogowskazem. A gdy na dodatek wypowiadała to jedno szczególne zdanie, wydawało mu się, że jest niepokonany.

Max, najbezpieczniejsze miejsce na świecie znajduje się za tobą!

Na samo wspomnienie tych słów poczuł się tak jak kiedyś. Niepokonany!

To właśnie w ten sposób największy błąd, jaki popełnił w życiu, stał się zarazem źródłem jego sukcesu.

Z luźno opuszczonymi rękami i szeroko rozstawionymi nogami stanął na środku pokoju i rozejrzał się. Pomieszczenie wyglądało tak samo jak większość do niego podobnych: warstwa białej farby na nieotynkowanej ścianie i neonówki w plastikowych oprawkach. Świeciły tak jasno, że ich jaskrawy blask wydawał się prawie namacalny. Przy bocznej ścianie stały metalowe szafki na ubrania, obok leżanka do masażu, która najlepsze czasy miała już za sobą. Ludzki pot, który przez lata w nią wsiąkał, sprawił, że powierzchnia sztucznej skóry stała się porowata i wypłowiała. W wielu miejscach wystawała spod niej sztuczna pianka uszczelniająca. Po drugiej stronie pokoju wisiało długie, szerokie lustro. Max stanął przed nim. Zaczął przyglądać się swojemu odbiciu. Im dłużej spoglądał na średniego wzrostu umięśnioną postać w niebieskich spodenkach w żółte paski, tym mniej w niej dostrzegał. W końcu zaczął okładać pięściami worek bokserski. Najpierw dwa lekkie uderzenia lewą, potem jeden cios prawą, trochę mocniejszy, ale nie za bardzo. Po każdym uderzeniu to, co widział oczami wyobraźni, stawało się coraz bardziej realne. Jak przepowiadanie przyszłości, z tą tylko różnicą, że on ma na nią wpływ – a przynajmniej próbuje taki wpływ wywierać.

Tym razem postanowił zakończyć walkę w czwartej rundzie. Pośle swojego przeciwnika na deski tuż przed gongiem. Zwycięstwo na punkty nie wchodzi w rachubę. Ludzie kupili bilety na walkę w wadze ciężkiej, która w boksie uważana jest za kategorię królewską. Wszyscy czekają na jednoznaczne rozstrzygnięcie. Nie chcą, żeby to było zwycięstwo na punkty albo na skutek nokautu technicznego. To ma być piorunujący cios, który jego ciężkiego przeciwnika zwali na deski. Na końcu jeden z nich musi stać, drugi leżeć. Tylko wtedy widowisko będzie doskonałe, a kibice zadowoleni.

Niech się nacieszą, pomyślał Max. Jeśli o mnie chodzi, mogę im jeszcze dołożyć trochę krwi.

Okładał worek pięściami i tańczył wokół niego. Nogi ślepo go słuchały. Oczyma wyobraźni widział, jak po jego potężnym ciosie Olbrzym z La Spezia pada na deski. Rękawice klaskały regularnie o worek: lewa lewa prawa, lewa lewa prawa – to jego własna odmiana metronomu. Dźwięk tego urządzenia potrafi go zahipnotyzować. Czuje się swobodnie i spokojnie, jest lepszy.

Minęło pięć minut. Zanim Kolle zapukał do drzwi, Max jeszcze raz stanął przed workiem treningowym. Objął miękką skórę obandażowanymi dłońmi w niebieskich rękawicach. Potem dotknął jej czołem. Wyobrażał sobie, że worek pulsuje od jego ciosów. Został w tej pozycji przez kilka sekund i wyobrażał sobie, jak jego przeciwnik leży znokautowany na macie.

Niestety, nie za bardzo mu to wychodziło. Zamiast tego ujrzał Sinę. Była taka, jaką zachował w pamięci po wieczne czasy. Jakby była tylko fotografią, a nie realnym człowiekiem, który poddany jest wpływowi czasu. Brzmi to może brutalnie, ale taka jest prawda. Fotografia to po prostu trochę farby na papierze. Przedstawia statyczną twarz, na której nie zachodzą żadne zmiany. Sina ma na swoim zdjęciu okrągłą twarz z zadartym nosem, która aż po szarozielone oczy obsypana jest piegami. Nad nimi widać jasne rzęsy. Nie są one jednak takie rude jak włosy, tylko przezroczyste, w zależności od tego, pod jakim kątem światło pada na twarz. Są lekko żółte albo z delikatnym odcieniem różu.

Sina!

Nie uśmiechała się. Wyglądała tak, jakby niezbyt pewnie czuła się za jego plecami. Jej twarz wyrażała zdumienie, a może nawet strach. Jeszcze nie wypowiedziała czarodziejskiego zdania!

Rozległo się pukanie do drzwi i Sina znikła. Wraz z nią ulotniła się cała jego koncentracja i skupienie na walce, którą stoczy dziś wieczorem. To niedobrze, naprawdę niedobrze!

Chociaż nie powiedział „wejść”, drzwi się otworzyły i do środka wszedł Kolle.

– Wszystko w porządku? – spytał.

Max, który myślami nadal był gdzie indziej, domyślił się, że jego trener marszczy czoło. Nie musiał nawet na niego patrzeć.

– Max?

Dopiero teraz odwrócił się w jego stronę.

– Wszystko w porządku. Jeśli o mnie chodzi, możemy zacząć nawet teraz.

Kolle podszedł do niego, uniósł jego ręce i jeszcze raz sprawdził, czy rękawice przylegają do dłoni tak, jak powinny. Kolle ma siedemdziesiąt lat i jest od niego o kilka centymetrów niższy. Szare oczy trenera, w których co jakiś czas pojawiały się jasne błyski, spoglądały na Maxa badawczo, zadawały bezgłośne pytania i nie dostawały na nie żadnej odpowiedzi.

W końcu Kolle uznał, że ma powody do zadowolenia. Skinął lekko głową, uniósł dłonie i zwrócił je wewnętrzną powierzchnią w stronę Maxsa.

– W takim razie idziemy. Wszyscy czekają.

Jego głos brzmiał jeszcze bardziej ochryple niż zwykle. Ciężko trenowali i długo przygotowywali się do tej walki. Kolle dużo krzyczy na treningach i teraz Max odnosił wrażenie, że struny głosowe w końcu się na niego obraziły.

Uderzył go rękawicami po dłoniach.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

Część 2

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

35

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

37

Dostępne w wersji pełnej

38

Dostępne w wersji pełnej

39

Dostępne w wersji pełnej

40

Dostępne w wersji pełnej

41

Dostępne w wersji pełnej

42

Dostępne w wersji pełnej

43

Dostępne w wersji pełnej

44

Dostępne w wersji pełnej

45

Dostępne w wersji pełnej

46

Dostępne w wersji pełnej

47

Dostępne w wersji pełnej

48

Dostępne w wersji pełnej

49

Dostępne w wersji pełnej

50

Dostępne w wersji pełnej

51

Dostępne w wersji pełnej

52

Dostępne w wersji pełnej

53

Dostępne w wersji pełnej

54

Dostępne w wersji pełnej

55

Dostępne w wersji pełnej

56

Dostępne w wersji pełnej

57

Dostępne w wersji pełnej

58

Dostępne w wersji pełnej

59

Dostępne w wersji pełnej

60

Dostępne w wersji pełnej

Część 3

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej