Santa Olivia - Jacqueline Carey

Santa Olivia

0,0

Intrygi, erotyzm, walka o wolność, postmodernista rzeczywistość, w której eksperymenty genetyczne na ludziach stały się faktem. Znakomita powieść z wyjątkową bohaterką.

W Santa Olivia nie ma litości. Nie ma stąd także ucieczki. W odizolowanej strefie buforowej między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem, pozbawieni praw obywatelskich mieszkańcy niewielkiego miasteczka są bezsilni wobec losu. Aż pewnego dnia narodzi się wśród nich ktoś niezwykły – córka Człowieka-Wilka, będącego dziełem inżynierii genetycznej. Człowiek-Wilk miał stać się bronią doskonałą. Stworzono go nadludzko silnym, zabójczo szybkim, niezwykle wytrzymałym. Nigdy nie zaznał uczucia strachu. Nosząca imię na cześć zaginionego ojca, Loup Garron odziedziczyła te cechy.

Widząc przyjaciół i sąsiadów cierpiących z rąk uzbrojonych okupantów, Loup nie potrafi pozostać obojętna. Postanawia pomścić ich krzywdy. Wspierana przez garstkę miejscowych sierot, skryta pod przebraniem, wymierza sprawiedliwość stojącym ponad prawem. Loup wie, że jeśli da się złapać, straci nie tylko wolność, ale również życie.

Pierwszy tom serii.

Dodaj komentarz


Mam mieszane uczucia względem tej książki. Jest ona niemożliwie wręcz przygnębiająca i ponura, brakowało mi w niej opisów, których to było tyle co kot napłakał, postacie natomiast były mało wyraziste, a siły, które cechowały co niektórych były niemożliwie naciągane i po prostu nielogiczne. Z drugiej strony coś w tej książce było, jakiś niewykorzystany potencjał. Pozycja ta była ciekawa, a miejscami nawet wzruszająca. Nie jestem jej w stanie ani polecić, ani odradzić.


Nie zwiedźmy się pozorom. To nie jest paranormal romance mimo że zawiera watek miłosny. Nie jest to też powieść przeznaczona dla młodego czytelnika (z powodu młodych bohaterów). Historia przedstawiona w książce jest całkiem ciekawa i gdyby nie to, że autorka za mocno rozwija wątki poboczne, byłaby godna polecenia. A tak mam mieszane uczucia. Podczas lektury odczuwałem niejaką dwoistość, brak zdecydowania w którym kierunku prowadzić opowieść. A może tak właśnie miało być? Trudno ocenić.


Mimo pozorów nie jest to kolejna pozycja z „rzeki” romansów paranormalnych. Jest wprawdzie w tej powieści obecny wątek miłosny, ale nie zaćmiewa on akcji. Sama historia jest dość oryginalna, choć na pewno nie zachwycająca. Trudno też zakwalifikować powieść do określonego gatunku. Bohaterami są dzieci, ale język prowadzonej opowieści jest za wulgarny. Miasteczko – miejsce akcji sprawia wrażenie jakby było nie z tej ziemi z drugiej strony książka urzeka prawdziwością. Warto przeczytać. Każdy znajdzie tu coś innego.


Ciekawy pomysł, jednak z wykonaniem już ciut gorzej, a przynajmniej mnie nie całkiem przypadło do gustu. Opis wydawcy umieszczony na okładce zapowiada ciekawą zabawę, lecz treść okazuje się mnie interesująca. Autorka niestety zaniedbała główny wątek skupiając się na pobocznych. Głównych bohaterów tez trudno jakoś dogłębniej poznać. Jak dla mnie było średnio. Ani nie polecam, ani nie zachęcam. Kto chce, niech czyta.


Miałam wrażenie jakbym czytała opowiadanie ucznia 1 klasy podstawówki. Nie polecam czytania tej książki.


Dziwna książka, która z pewnością nie przyciągnęła wielu fanów. Pewnie dlatego wydawnictwo nie będzie wydawało kolejnych tomów. W sumie dobrze.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Tytuł oryginału: Santa Olivia

First published in 2009 by Grand Central Publishing, USA.

Copyright © 2009 by Jacqueline Carey

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Copyright for the Polish edition © 2012 by Wydawnictwo Jaguar Sp.J.

Wydanie pierwsze, Warszawa 2012

Cover illustration © Alan Ayers

Cover lettering © James Montalbano/Terminal design

Redakcja: Anna Pawłowicz

Korekta: Urszula Przasnek

ISBN 978-83-7686-150-0

Wszystkie występujące w tej książce postacie oraz przedstawione w niej wydarzenia są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób żyjących bądź zmarłych lub do wydarzeń rzeczywistych jest czysto przypadkowe.

www.piaty-peron.pl

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp.J.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

Tel. 22 646 40 98

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Jeden

Mówili, że figura Matki Boskiej Bolesnej zapłakała krwawym łzami w dniu, gdy zaraza zawitała do Santa Olivia. Mówili, że Bóg odwrócił twarz od rodzaju ludzkiego. Mówili też, że święci pamiętają to, o czym Bóg zdążył zapomnieć, jeśli chodzi o ludzkie cierpienie.

Oczywiście, mówili tak w wielu miejscach w tamtych latach.

Przez długi czas była tylko śmierć i pieprzenie. Mnóstwo śmierci i mnóstwo pieprzenia, i jeszcze więcej śmierci.

Pojawiły się plotki o siłach El Segundo, przypuszczających rajdy wzdłuż całego muru; Santa Anna el Segundo, zbuntowany meksykański generał. Jeśli nawet działo się tak w istocie, nigdy nie widziano ich w pobliżu Santa Olivia. Czego mieliby tu szukać? Nie było tu szpitala. Po drugiej fali zarazy nie było nawet prawdziwego lekarza.

Jednak plotki musiały być prawdziwe, ponieważ żołnierze nadeszli.

W dniu ich przybycia łzy stojącej w sanktuarium figury wyschły, zmieniając się w rdzawe plamy. Megafony wywrzaskiwały ogłoszenia o murze na północy. Nowym murze, mającym zapewnić dodatkową ochronę w połączeniu z murem na południu. O kordonie, mającym powstrzymać rajdy i zabezpieczyć granicę. Ludziom pozwolono zostać lub odejść. W pozostałych miejscach, które znalazły się wewnątrz kordonu, wyglądało to inaczej, przeprowadzono masową ewakuację i wypłacono odszkodowania. Mieszkańcom Santa Olivia, którzy zdecydowali się wyjechać, nie udzielono żadnego wsparcia.

Niektórzy wyjechali.

Większość została. Zostali, ponieważ byli chorzy i umierający, ponieważ straciwszy bliskich, czuli się osamotnieni i zagubieni. Zostali, bo tu był ich dom i nie mieli dokąd pójść, a zaraza i tak była wszędzie. Zostali, bo żołnierze, tak naprawdę, wcale nie chcieli, by wszyscy odeszli, nie chcieli zostać całkiem sami na gorącej, wypalonej ziemi obszaru buforowego rozdzielającego dwa kraje.

Ale to nie był już dom, nie tak jak wcześniej.

Gdy zbiornik wodny został zabezpieczony, pole golfowe zaanektowane w celach rekreacyjnych, gdy buldożery i spycharki przeżuły i wyrównały ziemię, a betoniarki wylały fundamenty i złożony z płyt mur zaczął rosnąć, żołnierze wyjaśnili im sytuację. Spotkanie zorganizowano na rynku. Odbyło się wieczorem. Potężne reflektory zasilano z generatorów, bo sieć elektryczna od dawna nie funkcjonowała w tej części Teksasu. Generał Argyle był na miejscu, mężczyzna w średnim wieku o twarzy jak zaciśnięta pięść. Jego rzecznik wyjaśnił sytuację, krzycząc przez megafon.

– Jesteśmy w stanie wojny!

– To nie jest już część Teksasu ani część Stanów Zjednoczonych Ameryki. Znajdujecie się w strefie buforowej. Nie jesteście już obywatelami Stanów Zjednoczonych. Decydując się zostać, wyraziliście na to zgodę. Miasto Santa Olivia przestaje istnieć. Przebywacie na obszarze należącym do Posterunku Numer 12!

Nikt nie wiedział, co dokładnie miało to oznaczać. Potem usłyszeli coś o zarazie i coś o pladze na południe od starego muru, ale wokół było zbyt wiele śmierci, by ktokolwiek się tym przejmował. Jeśli żołnierze mieli pieniądze, żywność i lekarstwa, a także lekarza, który sam nie umierał, to dobrze. Tak czy inaczej, to miejsce zawsze należało do odosobnionych.

Santa Olivia; Santa Olvidada, reszta świata wkrótce zapomniała o niewielkim miasteczku.

Posterunek Numer 12.

Buczenie generatorów i światło, właśnie to Carmen Garron zapamiętała najlepiej z tej nocy. Miała trzynaście lat, a przez ostatnich sześć bardzo rzadko widywała światło po zapadnięciu zmroku. W miasteczku brakowało prądnic, paliwo oszczędzano, by zasilać chłodnie i inne, naprawdę ważne urządzenia. A teraz i tutaj! Światło jasne i gorące, używane tak beztrosko, rzucało wokół ostre cienie. Podkreślało twarde rysy twarzy generała. Igrało z oznakami choroby widocznymi na twarzach jej wuja i ciotki, na twarzach sąsiadów. Rozświetlało dojrzałe oblicze jej kuzynki Inez, płonęło na policzkach Carmen.

A żołnierze… amerykańscy żołnierze, wyglądali na tak silnych i zdrowych.

Żołnierze podobali się Carmen Garron.

Gdy ukończono baraki i budynki gospodarcze, przybyło ich jeszcze więcej. Ponieważ nie chcieli zawracać sobie głowy problemami mieszkańców miasteczka, poczyniono pewne ustalenia. Z błogosławieństwem armii Dan Garza ogłosił się burmistrzem, a jego ludzie zajęli się kwestią bezpieczeństwa. Spacerowali dumnie po zakurzonych ulicach, nie odpowiadając przed nikim, kto nie nosił munduru. Nie pozwolono im paradować z bronią, na terenie Posterunku mogli posiadać ją wyłącznie żołnierze. Mieli za to metalowe rurki i nie mieli żadnych skrupułów, by rozwalić nimi komuś głowę, jeśli tylko naszła ich taka fantazja. Ludzie szemrali, ale co mogli zrobić? Jak długo utrzymywali porządek, generał się nie wtrącał.

Stary Hektor Salamanka, potentat na lokalnym rynku nieruchomości, również dobił targu. Był cwanym, starym sukinsynem, zbyt kościstym i upartym, by ulec zarazie. Umowa, którą zawarł z wojskowym kwatermistrzem, dotyczyła alkoholu, żywności, generatorów i paliwa. Jego interesy rozkwitły. Mieszczące się w piwniczkach winiarnie zamieniono na bary i burdele, w jego sklepach ludzie mogli kupić najniezbędniejsze artykuły. Jak długo pomagało to utrzymać spokój i sprawiało, że żołnierze byli zadowoleni, generał się nie wtrącał.

Siostra Marta Stearns i ojciec Ramon Perez także zawarli z wojskiem umowę. Siostra Marta była drobną blondynką o przenikliwym spojrzeniu i poczuciu celu, niemającym nic wspólnego z boskim powołaniem. Choć nosiła strój zakonnicy, w rzeczywistości była wychowaną w kościele sierotą i nigdy nie złożyła ślubów. Przystojny ojciec Ramon doskonale o tym wiedział. Sam był zaledwie nowicjuszem noszącym kapłańską koloratkę. Nawzajem dochowywali swoich sekretów. To nie była ich wina. Ojciec Gabriel, ostatni prawdziwy ksiądz w Santa Olivia, zachorował; powiesił się na dzwonnicy, zanim zaraza zdążyła go zabrać.

– Naprzód, cudzołożnicy! – krzyczał, stojąc na krawędzi wąskiego szybu, z pętlą wokół szyi. – Naprzód, póki możecie. Cieszcie się każdą chwilą. Pieprzcie swoje matki, braci, siostry i ojców; pieprzcie się na ulicach jak psy, wy sodomici i kurwy! Czemu nie? Śmierć triumfuje! Bóg odwrócił twarz!

Potem skoczył.

To wyjaśnia, po części, całe to pieprzenie.

Siostrze Marcie i ojcu Ramowi udało się wytargować opiekę medyczną. Raz w tygodniu lekarz z bazy odwiedzał zorganizowaną w zabytkowych murach kościoła bezpłatną klinikę i każdy mógł do niego przyjść. Nauczył siostrę Martę dość, by w pozostałe dni mogła sama zajmować się lżejszymi przypadkami. Zawarli tę umowę z armijnym kapelanem, szczerym koleżką, niemającym zielonego pojęcia, że żadne z nich, tak naprawdę, nie należy do kościoła. Jak długo nie miało to wpływu na opiekę, jaką otoczeni byli jego żołnierze, generał się nie wtrącał.

Generała Argyle’a obchodziły tylko trzy rzeczy. Obchodzili go jego ludzie, a byli to sami mężczyźni, wyłącznie mężczyźni. Mówiono, że w armii służyły kiedyś także kobiety, podobno nawet w randze oficerów, ale były to tylko plotki. Obchodziło go patrolowanie południowego muru i utrzymywanie porządku na powierzonym mu odcinku.

Obchodził go również boks.

Generał – którego pełne imię brzmiało William Peter Argyle – naprawdę kochał boks. Po prostu kochał! Plotka głosiła, że w młodości był obiecującym bokserem w wadze juniorciężkiej i być może nawet była to prawda. Tak czy inaczej, uwielbiał boks i nigdy nie miał go dość. Żołnierze organizowali więc mecze bokserskie w bazie. W trzecią sobotę każdego miesiąca mecz odbywał się na rynku.

Przez pierwszy rok rozgrywano głównie spotkania pokazowe: żołnierze walczyli z żołnierzami. Gdy generała zaczęło to nudzić, zaoferował nagrodę. Wyższa stawka czyniła widowisko bardziej interesującym. Jeśli komuś z miejscowych udałoby się pokonać jednego z jego czempionów, mógł wygrać niezłą sumkę oraz wolne przejście na północ dla siebie i osoby towarzyszącej. Poza kordon, na wolne terytorium Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Wielu próbowało. Żaden nie miał nawet najmniejszych szans, ale mimo wszystko próbowali. Starali się z całych sił, wkładając w to własne serce, pot i krew, walcząc, dopóki nie powalono ich tak, że nie będąc w stanie się podnieść, leżeli, dysząc ciężko, na pokrytych płótnem deskach ringu. To niezwykle cieszyło generała.

– Mężczyźni powinni walczyć i sięgać po to, co jest poza ich zasięgiem – powiedział pewnego razu. – To właśnie czyni ich mężczyznami.

Co sądził o kobietach, nie wiedział nikt.

W armii nie było kobiet. Nie było ich również w bazie, poza kilkoma miejscowymi, zatrudnionymi w ekipie sprzątającej, ale nawet im nie wolno było przebywać na terenie po zapadnięciu zmroku. Żonaci mężczyźni musieli zostawić swoje żony, gdy dostawali przydział w strefie. Ci, którzy mieli dziewczyny lub kochanki, musieli je opuścić, godząc się na rozłąkę, póki ich zmiana nie dobiegnie końca. Samotni zmuszeni byli pogodzić się z faktem, że nie uda im się stworzyć trwałego związku przed końcem tury. Personelowi wojskowemu zabroniono żenić się z mieszkankami Posterunku.

– Dlaczego? – zapytała swojego pierwszego żołnierza-kochanka Carmen Garron. Mając siedemnaście lat, wyglądała na dziewiętnaście i tyle właśnie powiedziała mu, że ma. Jej ciotka i wuj odeszli, zabrani przez zarazę; kuzynka Inez załatwiła jej posadę kelnerki w barze często odwiedzanym przez żołnierzy. Zarobki nie wystarczały nawet na przypadającą na nią połowę opłat za apartament, który dzieliły.

Jej pierwszym kochankiem był inteligentny chłopak skądś ze wschodu, z brązowymi włosami, w okularach, o żylastym ciele zapaśnika.

– Ponieważ… – Przesunął dłonią po jej rozgrzanej, śliskiej od potu skórze. Jego twarz bez okularów wydawała się naga, ale spojrzenie miał ostre i szczere. – …nie chcą, by ludzie dowiedzieli się, że istniejecie. Nie, by mieli pewność. Nie chcą, by ktokolwiek wiedział. Rozumiesz, prawda? To, że kiedyś ten teren był częścią Ameryki?

Carmen wzruszyła ramionami.

– Tak mi się wydaje.

Pogłaskał ją po brzuchu.

– Wierz mi, nie chcą, by ktoś wiedział.

– Dlaczego? – zapytała.

– Bo powiedzieli wszystkim, że w strefie nie pozostali już żadni cywile. – Jego dłoń zsunęła się niżej. – Wszystko, co tu się dzieje, utajniono. Nie wolno nam o tym mówić. A wam nie wolno stąd wyjechać.

Spojrzała na czubek jego głowy, gdy pochylił się, by podążyć ustami za dłonią.

– A co z ofertą generała? Boksem?

Roześmiał się, unosząc wzrok.

– Nikomu nigdy nie uda się zwyciężyć. Poza tym generał Argyle jest nieco szalony.

– Dobrze – powiedziała niepewnie Carmen.

Kochanek spojrzał na nią uważnie.

– Więc rozumiesz?

Malutki ptaszek w jej sercu wydal pojedynczy trel, po czym umarł.

– Tak – powiedziała smutno do swojego pierwszego kochanka Carmen Garron. – Rozumiem.

Wyjechał, gdy jego zmiana dobiegła końca. Po nim był kolejny, który mówił mniej więcej to samo. Nie był aż tak bystry, za to potrafił ją rozśmieszyć. Życie nabrało pewnego rytmu. W dzień praca w barze, w nocy – przez większość nocy – żołnierz. Dawał jej pieniądze, dzięki którym mogła zapłacić swoją część czynszu. Raz w tygodniu odwiedzała klinikę w kościele. Armijny doktor wystawiał jej świadectwo zdrowia i wydawał tygodniowy zapas prezerwatyw. Nie był upoważniony, by zaoferować miejscowym kobietom jakąkolwiek inną formę kontroli urodzeń, bez względu na to, jak bardzo siostra Marta wykłócała się o to.

Trzeci żołnierz był inny.

Był bokserem; właśnie tam ujrzała go po raz pierwszy. Walczy! na umieszczonym na środku rynku ringu, w trzecią sobotę miesiąca, przeciwko miejscowemu o imieniu Ricky Canton. Carmen powinna, jak wszyscy, kibicować miejscowemu pretendentowi, choć nikt nie wierzył w jego zwycięstwo. Zamiast tego nie mogła oderwać wzroku od żołnierza.

Był wysokim chłopakiem, pochodzącym z jakiejś farmy w Minnesocie, z sympatycznym, niewymuszonym uśmiechem i zadawanym jakby od niechcenia lewym sierpowym, który wydawał się znacznie wolniejszy, niż był w rzeczywistości. Wykorzystywał go, by ciskać Rickym Cantonem po całym ringu.

– No, idź! – Inez szturchnęła kuzynkę.

W przerwie między czwartą a piątą rundą Carmen Garron prześlizgnęła się poprzez tłum w okolicę narożnika żołnierza. Dostrzegł ją kątem oka.

– Cześć. – Przełożył muskularną, lśniącą od potu rękę między linami ringu, dotykając jej dłoni rękawicą.

Ptaszek w jej sercu zaćwierkał.

– Cześć – wyszeptała Carmen.

Zajęło to trzy kolejne rundy, ale w końcu Ricky Canton padł na deski i nie zdołał się podnieść. Chłopak z farmy w Minnesocie stanął na środku ringu, pochylając skromnie głowę, gdy sędzia uniósł jego rękę w geście zwycięstwa. Potem wrócił do swojego narożnika i oparł się na linach, nachylając się w stronę Carmen.

– Czy mogę postawić ci drinka? – zapytał. – U Salamanki?

Zarumieniła się.

– Oczywiście.

Miała dwadzieścia lat, była nadal młoda i świeża, a on był jej pierwszym kochankiem – pierwszym prawdziwym kochankiem. Nazywał się Tom Almquist i w samotne noce Carmen szeptała jego imię, powtarzając je niczym słowa modlitwy. Jak jej pierwszy kochanek, był szczery; jak drugi, potrafił ją rozśmieszyć, choć miał spokojne poczucie humoru innego rodzaju. Poza tym był inny.

– Ożenię się z tobą – wyszeptał, przyciskając usta do jej skroni, gdy pękła prezerwatywa. – Nie martw się, znajdę sposób i zrobię to.

– Nie wolno ci! – szepnęła w odpowiedzi Carmen.

Jego szerokie ramiona uniosły się i opadły.

– Nie obchodzi mnie to. Pobierzemy się. – Uśmiechnął się do niej spokojnie, pocieszająco. – Założę się, że schwytamy El Segundo w ciągu pół roku i to wszystko się skończy.

Sprawy potoczyły się jednak inaczej.

Gdyby tak się nie stało, zapewne dotrzymałby słowa. Tom Almquist był zdecydowanym młodym człowiekiem. Kiedy dowiedział się, że Carmen zaszła w ciążę, tylko utwierdził się w swoim postanowieniu. Rozmawiał nawet na ten temat z przełożonym. Ale w dwa tygodnie po tym, jak zyskali pewność, Tom Almquist zginął. Jego oddział wysłano, by zbadał prawdziwość raportów donoszących o wyłomie w murze, dokonanym przez siły El Segundo, jakieś dwadzieścia mil za miasteczkiem. Wyłom rzeczywiście tam był, choć niewielki. Była także prymitywna pułapka, a w niej bomba.

Ptaszek w sercu Carmen Garron zamilkł na długi czas.

Dwa

Nazwała chłopca Tom. Był dobrym dzieckiem, silnym i spokojnym, rzadko grymasił. Jeszcze zanim skończył sześć miesięcy, stało się jasne, że wdał się w ojca; blondwłosy i niebieskooki, prawdopodobnie wyrośnie na postawnego mężczyznę.

Nie było już żołnierzy gotowych pomóc jej opłacić czynsz, ale nadal miała posadę kelnerki. Kościół zaoferował wsparcie z funduszu zapomogowego dla wdów i sierot, sięgając po resztki zasobów z dna świecącej pustkami szkatuły.

– Nie jestem wdową – mruknęła Carmen do siostry Marty Stearns. – I jestem za stara, by być sierotą.

Siostra Marta spojrzała na nią z politowaniem.

– Kochanie, wszystkie jesteśmy sierotami Boga, pieprzonymi wdowami po Chrystusie. Weź te pieniądze.

Figura Matki Boskiej Bolesnej z twarzą poznaczoną śladami łez zdawała się przytakiwać. W niszy obok niewielka statua świętej Oliwii z koszykiem na ramieniu przyglądała się temu szeroko otwartymi, ciemnymi oczami.

– W porządku – powiedziała Carmen.

Smutek nigdy do końca nie zniknął, ale po jakimś czasie nieco przyblakł. Życie toczyło się dalej. Gdy kuzynka Inez poprosiła ją, by się wyprowadziła – obecność dziecka w niewielkim mieszkaniu nie działała pobudzająco na żołnierzy, z którymi Inez się spotykała

– Carmen przeniosła się do małego pokoiku nad barem, w którym pracowała. Żona właściciela, kobieta o imieniu Sonia, dobrym sercu i powykręcanych artretyzmem stawach, zaoferowała się pilnować Toma w czasie, gdy Carmen będzie w pracy.

Czas płynął, Tom podrósł, zmieniając się w radosnego, raczkującego szkraba ze słodkim uśmiechem swego ojca. Po dwóch latach Carmen ponownie zaczęła się umawiać, choć nie z żołnierzami. Spotykała się wyłącznie z miejscowymi chłopcami. Danny Garza, dumny syn mianowanego-dożywotnio-burmistrza, miał do niej słabość. Był przystojnym młodym twardzielem i potrafił być czarujący, jeśli tylko mu na tym zależało, a przez jakiś czas tak właśnie było. Niemniej wpadł w gniew, gdy nie zgodziła się pójść z nim, by obejrzeć sobotnią walkę. Nie oglądała żadnej, odkąd chłopak z Minnesoty pokonał Ricky’ego Cantona.

– Nie – powiedziała Carmen. – Nigdy.

– To nie była prośba. – W jego głosie zabrzmiało coś niepokojącego.

Carmen wzruszyła ramionami.

– Nie.

Kobiety nigdy nie odmawiały Danny’emu Garzie. Gdy Carmen uparcie powtarzała: nie, uderzył ją, wystarczająco mocno, by podbić oko i sprawić, że lewa strona twarzy spuchła, choć nie na tyle mocno, by złamać Carmen kość. Rozpłakała się, jej chłopczyk krzyknął głośno ze strachu.

– Pasujecie do siebie – wysyczał Danny. – Tak czy inaczej, miałem lepsze.

Opuchlizna zeszła, siniec zblakł i zniknął. Danny Garza nie pojawił się więcej, Carmen Garron przestała się umawiać. Lata mijały powoli. W popękanym lustrze nad obskurną umywalką w ciasnej łazience obserwowała, jak jej młodość pomału przemija. Kuzynka Inez zbeształa ją.

– Powinnaś się umawiać – powiedziała. – Znajdź sobie mężczyznę.

– Nie chcę mężczyzny – odparła Carmen.

– Więc znajdź sobie kobietę. – Inez wzruszyła ramionami. – Wszystko jedno. Inaczej zwiędniesz i umrzesz samotnie.

– Mam mężczyznę. Małego mężczyznę, który należy tylko do mnie. – Carmen wzięła Toma na ręce i posadziwszy go sobie na kolanie, zaczęła kołysać. Mając sześć lat, był już na to niemal za ciężki. Chłopiec zacisnął pięści i uniósł je w powietrze niczym zwycięski bokser.

Inez spojrzała na nią.

– Jesteś szalona, mija1.

– Nie – odpowiedziała Carmen. – Tylko smutna.

Tym, czego nie powiedziała, było: czemu się tym przejmować? Kto nas ochroni? Kto będzie miał dość odwagi, by zmierzyć się z siłami, które zawładnęły naszym życiem? Kto może pokonać powracającą falami zabójczą chorobę? Kto zwalczy zagrożenie prześlizgujące się przez mur od południa, by zastawiać wypełnione bombami pułapki? Kto przeciwstawi się rządowi na północy, który uznał, że nie jesteśmy już obywatelami tego kraju. To było jak mecze bokserskie. Nie było żadnej różnicy, nie można było wygrać. Czując odległe ukłucie żalu, pomyślała o swoim pierwszym kochanku, mądrym chłopcu o brązowych włosach, pochodzącym skądś ze wschodu.

Nikomu nigdy nie uda się zwyciężyć.

– To bez znaczenia – powiedziała niepewnie Inez. – Musimy przetrwać.

Dwa tygodnie później Carmen Garron spotkała mężczyznę.

Czekał na ulicy, gdy otwierała drzwi baru, niewyraźna postać w rozmytym świetle wczesnego poranka. Żołnierz, podobny do innych, czarnoskóry, w pustynnym mundurze polowym, z rondem kapelusza opuszczonym nisko i twarzą skrytą w jego cieniu. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak wszyscy, a jednak było w nim coś odmiennego. Czekał cierpliwie, aż skończy odwracać tabliczkę w drzwiach z Zamknięte na Otwarte, a jego bezruch był tym, czym prawdziwy bezruch być powinien. Obserwowała kątem oka, jak wchodzi za nią do środka i wślizguje się do porysowanego boksu. Ruchy miał pewne i oszczędne, nacechowane niezwykłą ekonomią.

– Dzień dobry – powiedział, nie unosząc wzroku. – Co macie?

Carmen wskazała tablicę.

– Na ścianie.

Mogła powiedzieć mu, co podają – zazwyczaj opłacało się być miłą – ale poczuła dziwną potrzebę, nieoczekiwane pragnienie, by spojrzeć na jego twarz. Uniósł głowę, zerkając na nią spod ronda kapelusza niezwykle zmęczonym i całkowicie pozbawionym strachu wzrokiem. Żaden ptaszek nie zaćwierkał, mimo to jej puls gwałtownie przyspieszył.

– Jajecznica z kiełbasą – zamówił, patrząc na umieszczone na ścianie menu. – Duża porcja.

Przyniosła kopiasty talerz. Obserwowała go, gdy jadł, spokojnie i metodycznie. Poza nim w barze nie było nikogo.

– Głodny, co? – zapytała po chwili. – Długi patrol?

Rzucił jej krótkie spojrzenie.

– Tak.

To było… co? Coś w jego oczach. Mrocznych i nieruchomych, jak oczy posągu świętej Oliwii, nieustraszonej świętej-dziecka, która ponad sto lat temu ruszyła na pole bitwy, niosąc koszyk z posiłkiem dla taty-żołnierza i sprawiła, że wojna zamarła.

Przynajmniej tak głosiła legenda.

– Właśnie – powiedziała Carmen. – Słyszałam, jak chłopaki narzekają po powrocie z pościgu za duchem. Jajka z proszku, w bazie, nie zaspokoją takiego głodu. Nasze są prawdziwe, składane przez kury, jak Bóg przykazał.

Jezu, zaczynała paplać. Iskierka rozbawienia przemknęła po jego twarzy, przynajmniej tak jej się zdawało. Nie była do końca pewna.

– Pościgu za duchem?

– Santa Anna – powiedziała. – El Segundo. Tak to nazywacie?

– Ach. – Coś ponownie przemknęło po jego twarzy i tym razem nie było to rozbawienie. – Tak. – Odsunął pusty talerz. – Czy mogę dostać dokładkę?

– Jasne. – Ich palce musnęły się przelotnie, gdy zabierała nakrycie. Dotyk, zaledwie muśnięcie, mimo to Carmen zadrżała. – Jesteś naprawdę głodny.

– Tak.

Grady, właściciel i kucharz w jednej osobie, rozbił kolejną porcję jajek i gderając pod nosem, zabrał się za krojenie kiełbasy. Obserwowała żołnierza. Gdy z bazy zaczęli napływać do środka kolejni goście, rozochoceni i nadal lekko pijani po nocnej hulance, pochylił głowę, starając się nie przyciągać uwagi. Carmen postawiła przed nim talerz z dokładką.

– Proszę.

– Dziękuję. – Jadł mechanicznie, nieco szybciej niż poprzednio, posługując się widelcem tak zręcznie, że nie upuścił nawet najmniejszego okruszka. Pomyślała o tym, jak niewymownie zmęczone wydawały się jego oczy, o tym, że nie wiedział, jak nazywano patrole mające sprawdzać raporty o pojawieniu się sił El Segundo. O tym, jak jego mundur zdawał się nie do końca na niego pasować, jeśli tylko przyjrzało mu się uważnie. Gdy jego talerz był pusty, zatrzymała się przed boksem, w którym siedział, delikatnie kładąc dłoń na jego ramieniu.

– Jezu!

Wyczuła prężące się pod palcami mięśnie. Wydawały się twardsze, pełniejsze i bardziej elastyczne, niż mięśnie mają prawo być. Po raz pierwszy od czasu śmierci Toma Almquista poczuła narastające między nogami pożądanie, gwałtowne i nieoczekiwane. Twarz ją paliła, zacisnęła bezwiednie palce, pragnąc poczuć więcej. Żołnierz, zaskoczony, uniósł wzrok, szeroko otwarte oczy wypełniało zdumienie.

– Czy ty… – Instynktownie zniżyła głos, aż stał się ledwie słyszalny. – Czy masz się gdzie zatrzymać?

Zaprzeczył niemal niedostrzegalnym ruchem głowy.

Carmen skinęła w odpowiedzi.

– Wróć o piątej.

Wrócił. Nie była pewna, czy wróci, jednak przyszedł. Dzwonek zabrzęczał, on stał w drzwiach, opierając się o framugę, z pochyloną głową i twarzą skrytą w cieniu kapelusza, w dziwny sposób wypełniając przestrzeń, bardziej niż wydawało się to naturalne. Carmen rozwiązała fartuch i ruszyła mu na spotkanie, chrząknęła. Grady obrzucił ich znudzonym spojrzeniem i na powrót skupił się na swoim grillu.

– Nie jestem dziwką – powiedziała Carmen.

– Nie pomyślałem, że jesteś – odpowiedział żołnierz-który-nie-był– żołnierzem.

– To tylko miejsce na nocleg – dodała. – Mam syna.

Kiwnięciem głowy dał jej znać, że przyjmuje to do wiadomości.

– Jesteś wdową?

Gorzki śmiech zamarł jej w gardle.

– Czyż nie jesteśmy nimi wszystkie?

Nie poruszył się.

– Tak.

Stał w całkowitym bezruchu. Carmen wyciągnęła rękę. Przyjął ją, ich palce splotły się. Silnie, a zarazem delikatnie. Zbyt silnie; zbyt delikatnie. To było jak obietnica wybawienia, będąca równocześnie zwiastunem smutku. Oczy zapiekły ją, wypełniając się łzami. Obrzucił ją tym samym zmęczonym, pozbawionym strachu spojrzeniem, które wcześniej zwróciło jej uwagę. Poczuła jego zapach, przywodzący na myśl rozgrzaną, spieczoną słońcem ziemię. Serce biło jej szybko, krew pulsowała w żyłach.

– Dlaczego ja to robię? – wyszeptała.

Potrząsnął głową.

– Nie wiem. Nie musisz.

Spojrzała na ich splecione dłonie.

– Jak masz na imię?

– Martin. – Wypowiedział je z dziwną intonacją.

– Tylko Martin? – spytała. Pokiwał głową. Uśmiechnęła się smutno. – Jestem Carmen. Carmen Garron.

Zaprowadziła go na górę. Pokój był skromnie urządzony; stały w nim jej łóżko i niewielkie łóżeczko Toma, stół, para krzeseł i służąca do gotowania płyta, rzadko używana. Przeważnie przynosiła jedzenie z baru. Niemniej miała własną łazienkę i było tu czysto. Martin zdjął kapelusz i ostrożnie powiesił go na oparciu krzesła. Wydawał się bez niego młodszy, jeśli tylko nie patrzyło mu się w oczy.

– Gdzie twój chłopak?

– Na końcu korytarza, z Sonią. Opiekuje się nim, gdy jestem w pracy. Powinnam po niego pójść. – Zawahała się. – Czuj się, jak u siebie w domu. Możesz skorzystać z prysznica, jeśli tylko masz ochotę.

Kąciki jego ust wygięły się ku górze.

– Zrozumiałem aluzję.

Zarumieniła się.

– Nie to miałam na myśli.

– Carmen? – zapytał, gdy stała już w drzwiach. – Czy twój syn będzie wystraszony?

Zatrzymała się i zastanowiła. Żaden mężczyzna nie odwiedził jej pokoju od czasu, gdy Danny Garza ją pobił.

– Możliwe.

Martin skinął głową.

– W takim razie zaczekam.

Poszła odebrać Toma. Czytał książkę z obrazkami pod czujnym spojrzeniem Soni, siedzącej z sękatymi dłońmi opartymi na kolanach; a przynajmniej obracał strony, opowiadając sobie przedstawioną na ilustracjach historię. Gdy weszła do pokoju, uniósł wzrok, spoglądając na nią radośnie.

– Witaj mamo.

– Witaj, mijo. – Pocałowała go w policzek. – Jakieś postępy?

Sonia potrząsnęła głową. Usiłowała nauczyć go czytać, choć jak podejrzewała, cierpiał na jakieś utrudniające naukę zaburzenie. – Wiem, że są odpowiednie metody, ale obawiam się, że to przekracza moje możliwości. Pan Ketterling powinien je znać.

Carmen jeszcze raz pocałowała policzek syna.

– Ketterling to tchórz i pijak. Gapi się lubieżnie na dziewczynki i bije chłopców. Nie zamierzam posyłać Toma do szkoły, póki nie będzie wystarczająco duży, by o siebie zadbać. Chyba że sprawia ci kłopoty?

– Nigdy – odpowiedziała z uśmiechem starsza kobieta. – Strasznie bym za nim tęskniła.

– Idź pocałować ciocię Sonię na do widzenia – poleciła Carmen.

– Mamy dziś specjalnego gościa, który chciałby cię poznać.

– Dobrze. – Żadnego strachu, tylko radosne posłuszeństwo.

Jezu, pomyślała, gdy szli korytarzem. Co ja sobie wyobrażałam?

Jest takim dobrym dzieckiem; nie powinien widzieć tego, co zobaczył z Dannym. Dlaczego zapytałam obcego – jakiegoś pieprzonego dezertera, sądząc po wyglądzie – czy ma się gdzie zatrzymać?

W drzwiach niemal zmieniła zdanie. Tom trzymał ją za rękę, spoglądając na nią z wyrazem bezbrzeżnego zaufania na twarzy. Carmen nacisnęła klamkę.

– To jest Martin – oznajmiła. – Zostanie z nami jakiś czas. Przywitaj się.

– Cześć – powiedział Tom.

Martin, żołnierz-który-nie-był– żołnierzem, przykucnął, z rękami luźno opuszczonymi między kolana.

– Witaj, mały kolego. – Przyglądali się sobie przez chwilę, mężczyzna i chłopiec. Nieoczekiwany uśmiech rozjaśnił twarz Toma, wypełniając ją zadowoleniem. Zachichotał gardłowo, wydając dźwięk przywodzący na myśl zrywające się do lotu stado ptaków. Martin się roześmiał. Wstał, potrząsając głową. – Cóż, wygląda na to, że wszystko w porządku.

– Wydaje mi się, że tak – zgodziła się Carmen.

Trzy

Cholera! – Carmen zaklęła z pasją.

Martin wyszedł spod prysznica owinięty w pasie białym ręcznikiem. Jej ręcznikiem. Wilgotna skóra lśniła, na ciele nie miał nawet grama tłuszczu.

– Przepraszam. – Poparł słowa gestem. – Moje ubranie…

– Tak, tak. – Machnęła dłonią. – Wypiorę je.

Przysunął się o krok, poruszając się z tą dziwną, niedbałą płynnością.

– Nie musisz tego robić.

Zacisnęła dłoń, wbijając paznokcie w ciało. – Nie mam nic przeciw temu.

Och, słodki Jezu, tak bardzo chciała go dotknąć. Pragnęła przesunąć dłońmi po jego śliskiej od kąpieli skórze, poczuć te mięśnie, prężące się pod jej dotykiem. Poczuć go na sobie, pod sobą, wewnątrz siebie.

– Dziękuję. – Dotknął jej przedramienia. – Jesteś bardzo miła. Obawiam się, że nie wytrzymam już długo.

Gapiła się na niego bezmyślnie.

– Sen – wyjaśnił. – Ostatnio bardzo mi go brakowało.

Carmen się zarumieniła.

– Jasne.

Znalazła stare spodnie od pidżamy, należące jeszcze do ojca Toma, i podała mu je. Potem posłała syna na dół, do kuchni, a sama zajęła się praniem munduru; standardowego pustynnego munduru polowego, odpowiedniego do pościgu za duchem. Powiesiła go na rozciągniętej nad wąskim balkonikiem lince, cały czas boleśnie świadoma obecności Martina, jego cholernej o b e c n o ś c i. Na schodach zatupotały kroki. Tommy wrócił, trzymając w dłoni przesiąkniętą tłuszczem papierową torbę z hamburgerami.

– Jedzmy – powiedziała krótko.

Matka i syn obserwowali zdumieni, jak dwa burgery znikają w rekordowym tempie.

– Przepraszam. – Martin zgniótł zatłuszczony papier i ziewnął szeroko. – Jestem wykończony. – Wskazał na podłogę. – Mogę się tu przespać?

– Łóżko jest w porządku, jeśli nie masz nic przeciw temu, by je dzielić. – Udało jej się nie zarumienić, wypowiadając te słowa. Jezu, przecież wcale nie zamierzała go przelecieć, nie z Tommym śpiącym w tym samym pokoju!

Martin przyglądał się jej dłuższą chwilę.

– Jesteś pewna?

– Tak.

– Dobrze – odparł. – Dziękuję.

Pięć minut później spał, zajmując jedną stronę łóżka. Gdy Tommy wspiął się na nie, by mu się przyjrzeć, błyskawicznie otworzył oczy, ale kiedy zobaczył chłopca, uśmiechnął się tylko, zaskakująco słodko, i zamknął je na powrót. Tommy nie poruszył się, obserwując śpiącego mężczyznę, jakby był jakimś egzotycznym zwierzątkiem, które jego mama sprowadziła do domu.

A kim on, do cholery, był, tak naprawdę?

Żołnierzem, dezerterem. Tak, zapewne. Być może. Ale kto dezerteruje z bazy leżącej w samym środku pustkowia? Kordon miał pięćdziesiąt mil szerokości, pięćdziesiąt mil pustyni. Może był na patrolu i po prostu miał już dość. Uciekł, wracając do miasta, bo to było jedyne miejsce, do którego mógł się udać. Może obawiał się, że inni żołnierze mogliby go zadenuncjować.

Dlaczego więc nie wyglądał, jakby się bał?

Dlaczego jego mundur zdawał się nie do końca na niego pasować?

Dlaczego wydawał się tak straszliwie zmęczony i czemu jego mięśnie, prężąc się, skręcały się pod skórą niczym węże. I czemu, o czemu, zaprosiła go do swojego mieszkania?

– Kurwa – mruknęła z niesmakiem Carmen. Spojrzała na Tommy’ego. – Przepraszam, kochanie.

Wieczór nie przyniósł żadnych odpowiedzi. Martin spał w niemal całkowitym bezruchu. Tom położył się do swojego łóżeczka bez słowa protestu. W łazience Carmen umyła twarz i spojrzała w lustro. W wieku dwudziestu sześciu lat wyglądała na zniszczoną życiem, ale nadal piękną kobietę.

– Co ty wyprawiasz? – zapytała swojego odbicia. – Co, do cholery, wydaje ci się, że robisz?

Odbicie milczało. Umyła zęby, założyła nocną koszulę, wróciła do pokoju i wczołgała się na łóżko obok Martina-zagadki.

Obudził się i odwrócił twarzą do niej. W zapadającym zmroku jego oczy błyszczały, ciemne i spokojne. Carmen położyła dłoń na jego nagiej piersi. Skórę miał gładką i chłodną. Przesunął się, by zrobić jej miejsce. Oparła głowę na jego ramieniu. Objął ją jedną ręką. Ciężka, Jezu, jaka ona była ciężka! Ale było to przyjemne uczucie. Poczuła się bezpieczna.

Zasnęła.

Gdy obudziła się rano, łóżko po jego stronie było puste. W jednej chwili otrząsnęła się z oparów snu, czując nagłe ukłucie straty. Usiadła gwałtownie, ale nie; Martin nadal tu był, siedział przy stole z Tommym, ucząc go jakiejś gry w karty.

– Mamusiu. – Twarz Tommy’ego tryskała entuzjazmem. – Martin uczy mnie grać w pokera.

– Wspaniale – powiedziała. – Rekin karciany.

– To mądry chłopak. – Martin pozbierał karty. Złożył talię. – Zatrzymaj je, Tomie. Prezent na pożegnanie.

Twarz chłopca stężała.

– Odchodzisz?

Spojrzał z ukosa na Carmen.

– Byłaś niezwykle miła, ale nie mogę zostać.

– Nie? – Poczuła wzbierający gniew. – A dokąd się wybierasz?

– Machnęła dłonią. – Umówiłeś się na gorącą randkę gdzieś na pustyni? Sądzisz, że uda ci się przedostać na północ? Bez żywności i wody? Myślisz, że zdołasz doczołgać się do muru, a potem się na niego wspiąć?

Coś mignęło w oczach Martina.

– Nie.

– Więc co? – Carmen wstała z łóżka, oparła dłonie na biodrach.

– Południe? – zapytała z niedowierzaniem. – Chcesz iść na południe? Jesteś jakimś szpiegiem, czy co?

Choć przed chwilą był po przeciwnej stronie pokoju, nagle znalazł się tuż przy niej, z jedną dłonią na tyle jej głowy, drugą zakrywając jej usta. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że mógłby jednym szybkim ruchem skręcić jej kark.

– Nie. Cicho.

Tommy wydał stłumiony dźwięk, brzmiący jakby się dusił.

Carmen milczała.

Martin westchnął, opuścił ręce.

– Lepiej, żebyś nie wiedziała. Uwierz mi.

Nabrała głęboko tchu.

– Czy ktoś cię szuka?

Zawahał się.

– Nie. Raczej nie. Nie tutaj, jeszcze nie.

– Więc zostań. – Carmen spojrzała na syna. To było to, czego pragnął, pomimo tego, czego przed chwilą był świadkiem. Nie chciał, by Martin odchodził. Miał to wypisane na twarzy. – Zostań kilka dni. Jesteś zmęczony i głodny, i dokądkolwiek zmierzasz, nie masz żadnych zapasów, które pozwoliłyby ci tam dotrzeć. Ja jestem samotna, a Tommy cię lubi. Zostań na jakiś czas. – Zamilkła na chwilę, potem go przycisnęła. – Chyba że się boisz?

Danny Garza uderzyłby ją za te słowa.

Martin-bez-nazwiska tylko się uśmiechnął, smutnym, pełnym zadumy uśmiechem.

– Bać się? Nie. – Westchnął, przetarł oczy. – Nigdy. – Wyciągnął rękę, czubkami palców delikatnie musnął jej policzek. – Dobrze. Kilka dni.

Jego dotyk zdawał się parzyć.

– W porządku.

Tommy zachichotał.

Myślała o tym przez cały dzień. Myślała o nim. Czas zdawał się płynąć tak cholernie wolno. Kiedy minęła pora lunchu i ruch w barze zmalał, wyszła, by odwiedzić Inez. Zapytała ją, czy może wziąć Tommy’ego na noc.

Inez uniosła brwi.

– Umówiłaś się z kimś?

– Coś w tym guście. – Carmen poczuła, że się rumieni.

– Cholera, dziewczyno! – Inez się roześmiała. – A już cię skreśliłam. Jaki on jest?

To było dobre pytanie.

– Nie wiem. – Carmen wzruszyła ramionami. – Raczej spokojny. Miły – dodała po chwili, nie będąc pewna, czy jest to kłamstwo, czy też nie.

– Uhm? – Inez przyjrzała się jej uważnie. – Cóż, całe szczęście.

Wróciła dokończyć swoją zmianę. Tommy nie był specjalnie uszczęśliwiony, ale posłuchał. Był dobrym chłopcem i nie miał tendencji do narzekania. Odprowadziła go, obiecała mu, że następnego dnia zobaczy się z Martinem. Potem wróciła do swojego pokoju nad barem, gdzie zastała Martina czekającego przy stole. Na blacie stał posiłek, składający się z tortas2 z grillowaną wieprzowiną i dwu butelek dobrze schłodzonego piwa. Musiał kupić je w sklepiku na rogu.

– Cholera. – Łzy wezbrały jej w oczach. – Jasna cholera, Martin!

Zamrugał, jeden, jedyny raz, powoli.

– Pomyślałem, że możesz być głodna.

– Tak. Nie. – Wytarła oczy. – Wezmę prysznic, dobrze?

– W porządku.

Gdy wyszła z łazienki, stał przy oknie, wpatrując się w ulicę na dole. Odwrócił nieznacznie głowę w jej kierunku, promienie zachodzącego słońca podkreślały kontury jego twarzy. Przeszła przez pokój, bosa, ubrana tylko w wytarty szlafrok i objęła go od tylu, w pasie, opierając policzek na jego plecach.

– Kochaj się ze mną – wyszeptała. – Proszę.

Odwrócił się powoli w jej objęciach.

– Jesteś pewna, że tego chcesz?

Zaczęła rozpinać jego świeżo wypraną bluzę.

– Tak.

Było tak jak z innymi mężczyznami, a zarazem zupełnie inaczej. Sam akt był taki sam, ale on był zupełnie inny. Przesunęła ustami po jego szyi, smakując go. Jego skóra smakowała jak każda inna, ale ciało pod nią było twardsze, bardziej napięte. Pocałował ją, usta miał miękkie, ale język zdawał się prężyć od mięśni. To podnieciło ją poza wszelką granicę.

– Jezu! – Przywarła do niego.

Uniósł brwi.

– Podobało ci się?

– Tak. – Szarpała się z jego bluzą. – Tak!

Był delikatny. Gdyby chodziło o jakiegokolwiek innego mężczyznę, powiedziałaby, że zbyt delikatny. Ale w nim, ślizgającym się po jej ciele, w poczuciu jego fizycznej obecności, nie było nic delikatnego; jakby lśniący, śmiertelnie niebezpieczny rekin ocierał się o nią w ciemnej wodzie. Objęła go, przywarła, gdy poruszał się wewnątrz niej, a fale rozkoszy napływały jedna po drugiej. Jego chłodna skóra stała się gorąca. Jego penis poruszał się w niej, jak gdyby został obdarzony własnym życiem. Szczytowała raz za razem, łkając, wtulona w jego ramię, aż zadrżał i znieruchomiał. Przez chwilę, gdy się rozluźnił, poczuła na sobie niezwykły ciężar jego ciała. Potem westchnął i zsunął się na bok.

Carmen leżała, usiłując odzyskać oddech.

– Martin?

– Tak?

– Czym ty, kurwa, jesteś? – zapytała. Nie odpowiedział. – Pytam poważnie. – Wpatrywała się w niego, oparta na łokciu. – Kim jesteś? Czym jesteś?

Wzruszył ramionami.

– Nie wiem.

– Co masz na myśli, mówiąc, nie wiem? – Gwałtownie wypuściła powietrze. – Dobrze. Cholera. Właśnie się pieprzyliśmy. Właśnie wypieprzyłam cię bez prezerwatywy. Cholera. Pozwoliłam ci dojść w środku. A nie znam nawet twojego nazwiska.

– Ach. – Uśmiechnął się kwaśno. – Wszystko w porządku. Jesteś bezpieczna.

– Bezpieczna przed czym?

Przesunął kciukiem po jej wardze. Oparła się narastającej pokusie, by chwycić jego ciemną, muskularną dłoń i possać palec.

– Przede mną.

– Jesteś zdrowy? – zapytała Carmen. – Cóż, to dobrze. Ja też. Ale to nie jest jedyne ryzyko. Nie stać mnie na kolejne dziecko. – Potrząsnęła głową, czując wzbierające w oczach łzy. – Zresztą nie chodzi nawet o to, wiesz? Po prostu… kim ty, kurwa, jesteś? Dlaczego ja to robię? Jezu! Powiedz coś. Cokolwiek. Spraw, żebym poczuła się lepiej. Skąd pochodzisz i dokąd zmierzasz? Gdzie się urodziłeś. Bo wiem, że nie w Ameryce, słyszę to w twoim głosie. Słyszałam tysiące różnych akcentów, a twój nie jest podobny do żadnego z nich.

– Cicho. – Objął ją i przytulił, pozwalając jej się wypłakać. – Przykro mi.

Załkała głośniej.

– Nieprawda. Wcale nie jest ci przykro.

– Jest – odparł. – Nawet nie wiesz…

Uniosła głowę, spoglądając na niego poprzez łzy.

– Czego nie wiem?

– Nie wiesz, jakim darem jesteś dla mnie – powiedział miękko.

– Nie wiesz, jaka jesteś piękna. Jakim darem jest twoje pożądanie.

Carmen pociągnęła nosem, wciągając smarki i łzy.

– Cóż, nic na to, kurwa, nie poradzę!

– Carmen. – Martin ujął jej twarz w silne dłonie, spoglądając na nią spokojnymi, nieulękłymi oczami. – W porządku. Zrobiłaś to, bo miałaś na to ochotę, i jest to dar, którego nigdy wcześniej nie otrzymałem. Mam nadzieję, że przyjąłem go godnie. Ponieważ tym właśnie było to dla mnie, niezwykłym darem. Nie potrafię odpowiedzieć na większość twoich pytań, bo po prostu nie znam odpowiedzi. Rozumiesz?

– Tak mi się wydaje – wymruczała.

– Powiem ci, co wiem. – Pogłaskał ją po policzku, jego dotyk działał kojąco, jednocześnie podniecał. – Nic ci nie będzie. Moglibyśmy pieprzyć się cały dzień, a i tak nie zaszłabyś w ciążę. Jestem sterylny. Jak muł. Więc nie masz się czego bać. Wiem też, gdzie się urodziłem.

– Tak? – Carmen pociągnęła cieknącym nosem.

– Tak. – Uśmiechnął się. – Na wyspie. Małej, jałowej wyspie. Wydaje się pasować, co?

Spojrzała na niego podejrzliwie.

– Jakiej wyspie?

– La Gonâve – odpowiedział.

– Gdzie to jest?

Wzruszył ramionami.

– Należy do Haiti.

– Och, jasna cholera! – Carmen usiadła gwałtownie, otwierając szeroko oczy i podciągając wilgotne prześcieradło do piersi. – Jesteś jednym z pieprzonych Zagubionych Chłopców!

Cztery

Wyciągnęła z szafy stos pożółkłych brukowców i pokazała mu artykuł. Jedli zimne tortas, popijając je ciepłym piwem. Martin roześmiał się na widok mającego wyglądać przerażająco fotomontażu przedstawiającego wilkołaka o sterczących uszach i zaciśniętym do warknięcia pysku, ale nie śmiał się już, gdy czytał.

– Skąd to masz? – zapytał, gdy skończył.

– Od Bena – powiedziała Carmen. – Był żołnierzem, umawiałam się z nim dawno temu, jeszcze zanim spotkałam ojca Tommy’ego.

– Wzruszyła ramionami. – Jego matka miała świra na punkcie tych gazet. Sądzę, że była lekko stuknięta. W bazie żołnierze nie powinni mieć dostępu do prasy z zewnątrz, ale jej jakoś zawsze udawało się mu ją przesyłać. Mówiła, że brukowce drukują masę bzdur, ale opozycjoniści wykorzystują je, by upubliczniać przecieki i inne prawdziwe historie. Jakby to był rodzaj kodu. – Zamilkła na chwilę. – Może wcale nie była tak szalona, jak się wydawało, co?

– Nie wiem – mruknął Martin.

– Ale to prawda? – zapytała. – To, co napisali o Zagubionych Chłopcach?

– Był taki ośrodek na La Gonâve – powiedział powoli. – Założony przez Chińczyków. Tak. Haiti to bardzo biedny kraj. Za odpowiednią sumę gotowi byli zgodzić się na rzeczy, które byłyby nie do pomyślenia nawet w Chinach.

– Jak stworzenie… – Carmen przeleciała artykuł wzrokiem, szukając odpowiedniego zwrotu, po czym wymówiła go dokładnie.

– Ludzkich, genetycznie zmodyfikowanych hybryd.

– Tak.

– Sztuczne wilkołaki, wykreowane w genetycznych laboratoriach – czytała na głos. – Armia trawionych łaknieniem ludzi-wilków, czatująca pod tylnymi drzwiami Ameryki. – Zmarszczyła brwi. – Trawionych łaknieniem?

– Wygłodniałych – mruknął Martin.

Popatrzyła na stojący przed nim pusty talerz.

– Tak, to by się zgadzało.

– Nie jestem cholernym wilkołakiem – powiedział łagodnie. Spojrzała na niego.

– Tak, jasne.

Spokojnie wytrzymał jej wzrok.

– Przeprowadzali wiele eksperymentów. Próbowali różnych rzeczy. Gdy Amerykanie dowiedzieli się o ośrodku i zaatakowali go, naukowcy zniszczyli wszystkie zapiski. Nie wiem, czym dokładnie jestem. Nikt z nas nigdy się nie dowiedział.

– Nas. – Chrząknęła. – Masz na myśli Zagubionych Chłopców? Pokiwał głową.

– Było nas dwudziestu. Mieliśmy mniej więcej po osiem lat, gdy Amerykanie nas zabrali. – Uśmiechnął się nieznacznie. – Doprawdy, trawiona łaknieniem armia.

– Co z wami zrobili? – zapytała Carmen.

– Badali nas. – Wzruszył ramionami. – A przynajmniej zaczęli. Potem uderzyła pierwsza duża fala grypy i wszystko szlag trafił. Ważni naukowcy zostali przeniesieni do prac nad lekarstwem lub szczepionką. – Zamilkł na moment. – Dorastaliśmy w laboratorium – podjął po chwili. – Nie robili już więcej testów genetycznych i nikt nigdy nam nie powiedział, czego dowiedzieli się z tych wcześniejszych. Przydzielili nam mniej ważnych naukowców, przeprowadzających mniej ważne badania. Siła, wytrzymałość, szybkość, metabolizm. Ile jedzenia potrzebujemy – dodał, widząc malujące się na jej twarzy pytania. – Jak długo możemy się bez niego obejść. Jak długo potrafimy wytrzymać bez snu. Czasami rozmawiali o tym przy nas. Stąd wiem, że jestem sterylny. Tak właśnie dowiedzieliśmy się, czym jest strach.

Carmen zamrugała niepewnie.

– Jak to dowiedzieliście się?

– Nie odczuwamy go – powiedział.

– Więc jesteście jakby superodważni? – zapytała. – Wielcy bohaterowie?

– Nie – odparł cierpliwie. – Po prostu nie odczuwamy strachu. Nie możesz być odważna, jeśli nigdy się nie boisz. Henri to rozgryzł. Był najstarszy z nas; był kimś w rodzaju naszego przywódcy. Strach jest mechanizmem służącym przetrwaniu. Powinniśmy bać się tego, co stanowi zagrożenie. Henri domyślił się, że czegoś nam brakuje. Zrozumiał, że oznacza to, że musimy być wyjątkowo ostrożni. Musimy nauczyć się myśleć o tym, czego powinniśmy się bać.

– Dobrze. – Czuła się przytłoczona tym wszystkim. Wstała od stołu i spacerując po pokoju, ciaśniej owinęła się szlafrokiem. – W porządku.

– Carmen.

Uniosła dłoń.

– Daj mi minutę.

Czekał.

Oddychała powoli i głęboko.

– W porządku. Już wiem wystarczająco wiele, żebyś miał przerąbane, jeśli komuś o tym powiem. Ja z kolei mam przerąbane, jeśli zdecydujesz się być wyjątkowo ostrożny i postanowisz mnie uciszyć. Więc równie dobrze możesz opowiedzieć mi całą resztę. Skąd się tutaj wziąłeś? Nawiałeś z laboratorium? Gdzie jest twój koleżka Henri i cała reszta?

– Naprawdę chcesz wiedzieć? – zapytał.

Carmen rozważała to przez chwilę.

– Tak, chcę.

Opowiedział jej.

Opowiedział jej, jak rząd zdecydował, że równie dobrze może ich do czegoś wykorzystać, skoro już trafili mu się tak niezwykli uchodźcy, i zaczął szkolić ich do tego, do czego zostali stworzeni. Mieli wtedy po osiemnaście lat. Szkolono ich na żołnierzy. Stworzono z nich elitarny oddział. Opowiedział jej, czym się zajmowali.

– Byliśmy bardzo dobrzy – stwierdził sucho. – Zbyt dobrzy. Zaczęły pojawiać się plotki. Ludzie zrobili się nerwowi. – Kiwnął głową w stronę leżącej na stole gazety. – Nikt nie powinien wiedzieć o naszym istnieniu.

– Więc zdezerterowałeś? – próbowała zgadnąć.

Potrząsnął głową.

– Nie od razu. Postanowili rozwiązać oddział. Rozdzielić nas.

– Skrzywił się. – Henri to przeczuwał. Powiedział, że jeśli do tego dojdzie, powinniśmy uciekać. Było tam kilku dobrych ludzi, próbujących nam pomóc, ale byliśmy dla siebie jedyną rodziną.

– Zagubieni Chłopcy – mruknęła Carmen. – Więc doszło do tego, że postanowili was rozdzielić?

– Tak.

– Dlaczego uciekłeś tutaj?

Martin uśmiechnął się nieznacznie znad na wpół opróżnionej butelki piwa.

– Jedyna droga prowadziła w to miejsce. Kręciłem się po kordonie od kilku dni. Jakkolwiek mnie zmodyfikowano, zapomniano o wyczuciu kierunku. Potrzebowałem jedzenia i odpoczynku.

– Meksyk – powiedziała. – Zmierzasz do pieprzonego Meksyku.

– Tak bardzo go nienawidzisz? – zapytał z ciekawością. – Połowa miejscowych musi stamtąd pochodzić.

– Tak. – Carmen usiadła. – Viva la Raza!3 Wygadywaliśmy podobne gówniane slogany często, gdy byłam jeszcze dzieckiem. Wiesz, mieliśmy nawet takie naklejki na zderzaki. Ale to było przed wojną. Przed El Segundo. – Zadrżała. – On zabił ojca Tommy’ego. Zabił mnóstwo ludzi.

– Ktoś zabił – zgodził się Martin.

Gapiła się na niego.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Nie sądzę, by on naprawdę istniał – powiedział miękko. – Myślę, że rzeczywiście jest duchem. Czymś, co rząd stworzył jako usprawiedliwienie, by zamknąć granicę i odciąć pomoc dla kraju, który ucierpiał z powodu epidemii jeszcze bardziej niż Ameryka.

– Kto w takim razie podkłada bomby? – zapytała. Martin nie odpowiedział. – Och, cholera. – Potrząsnęła głową. – Nie. Nie.

– Nie wiem na pewno. – Nadal mówił łagodnym tonem. – Taka była teoria Henriego. Był najmądrzejszy z nas.

– Dlatego chcecie się tam dostać?

– To jeden z powodów. Przede wszystkim nie możemy pozostać tutaj. Nigdy na nic nie narzekaliśmy, dopóki nie postanowili nas rozdzielić.

Wtedy zaczęliśmy protestować. W odpowiedzi rząd Stanów Zjednoczonych ogłosił nas swoją własnością. Łupy wojenne. Bo widzisz, nie jesteśmy do końca ludźmi.

– Człowiek-wilk – wymruczała Carmen.

– Możliwe. – Roześmiał się nieoczekiwanie. – A może nie. Kto to może wiedzieć? Henri mówił, że jeśli zależało im głównie na sile, będziemy bardziej mrówkami niż wilkami. Może powinni nazwać nas Myrmidonami4.

– Jak możesz z tego żartować? – zapytała żałośnie.

Martin wzruszył ramionami.

Milczeli, siedząc w przeciągającej się ciszy.

– Chciałabym, żebyś nigdy się tu nie pojawił – powiedziała po chwili Carmen, nie patrząc na niego. – Niepotrzebne mi to całe gówno. Ani trochę.

– Chcesz, żebym odszedł? – zapytał.

Uniosła głowę i przyjrzała mu się. Mimo wszystko nie chciała.

– Zabiłeś jakiegoś biednego żołnierzyka, żeby zdobyć ten mundur?

– Nie – odparł spokojnie. – Ukradłem go. Nikogo nie zabijałem. Westchnęła.

– W porządku. Kim byli Myrmidonowie?

Uśmiechnął się, potem jej opowiedział.

Pięć

W końcu został dłużej, niż pierwotnie zamierzał.

Stało się tak z powodu pożądania płonącego pomiędzy nimi, gwałtownego, trudnego do zaspokojenia. To, czego się dowiedziała, nie miało znaczenia. Człowiek-wilk, człowiek-mrówka; czymkolwiek Martin był, pragnęła go. Nic nie mogła poradzić na nagłe pulsowanie krwi wywołane jego dotykiem, nie mogła nic poradzić, że jej ciało go pragnęło. Nic, kurwa, nie mogła z tym zrobić.

Dla niego było to coś, czego nie doświadczył nigdy z nikim innym.

– Z nikim? – wyszeptała późno w nocy, leżąc z piersiami przyciśniętymi do jego twardego torsu, skórą przylegającą do jego skóry.

Potrząsnął głową.

– Z nikim.

Carmen jęknęła, wbijając paznokcie w jego pośladki.

– Ach, kurwa!

Zwlekał więc z odejściem z tego powodu.

Dni zmieniły się w tygodnie; tygodnie w miesiące. Prócz Inez, tylko Grady i Sonia wiedzieli, że nadal u niej mieszka, a o ich dyskrecję nie musiała się martwić. Nikt go nie szukał. Martin starał się nie przyciągać uwagi, rzadko wychodził, zadowolony z takiego stanu rzeczy, zabijał czas, ucząc Tommy’ego gry w karty. Tommy uwielbiaj go do tego stopnia, że nie protestował, nawet jeśli musiał spędzić noc u Inez. Ostatecznie Martin został wystarczająco długo, by przekonać się, jak bardzo mylił się w pewnej niezwykle ważnej kwestii.

– Jestem w ciąży – powiedziała Carmen.

Spojrzał na nią z niedowierzaniem.

– To niemożliwe.

Wzruszyła ramionami.

– Cóż, może nie powinni przydzielać wam gównianych naukowców, a może to cholerny cud. Odwiedziłam dziś klinikę i wykonałam test, a nie byłam z nikim innym.

Martin roześmiał się krótko, zdumiony.

Carmen spojrzała na niego gniewnie.

– To nie jest śmieszne. Nie przeprowadzają tu aborcji, Martin. To wbrew przepisom.

– Zostanę z tobą – powiedział bez wahania.

Łzy zalśniły w jej oczach.

– Jesteś pewien?

Uśmiechnął się tym swoim zaskakująco słodkim uśmiechem, sprawiając, że serce zabiło jej mocniej.

– Tak.

Znalezienie pracy stanowiło problem. Nie mogli żyć tylko z jej mizernych zarobków. Martin miał nieco gotówki, lecz wiedzieli, że nie wystarczy jej na długo. Praca, w której miałby ciągłą styczność z żołnierzami, nie wchodziła w rachubę, a dotyczyło to niemal każdego zajęcia w miasteczku.

– Pogadaj z Salamanką – doradziła Inez. Carmen powiedziała jej, że Martin jest dezerterem, nie wspomniała jednak o tym, że nie do końca jest człowiekiem. – Zawsze szuka ludzi wystarczająco zdesperowanych, by podjąć się wywożenia śmieci.

Było to najgorsze zajęcie w miasteczku. Zbieranie i wywożenie na ręcznie ciągniętych wózkach odpadów, które należało następnie zakopać lub spalić. Niemniej śmieciarze wypełniali swoje obowiązki bladym świtem i nikt nie zwracał na nich uwagi.

Istniało pewne ryzyko. Gdy się spotkali, Hektor Salamanka przyjrzał się Martinowi zwężonymi oczami.

– Przed czym się ukrywasz, synu? – Zadumał się. – Bo jakoś nie wydaje mi się, żebyś pochodził stąd. Przestraszyłeś się El Segundo i postanowiłeś zdezerterować?

– Tak – zgodził się Martin. – Czy to stanowi jakiś problem?

Stary Salamanka oblizał gadzie usta.

– Połowa płacy. Jeśli cię złapią, ja o niczym nie wiem.

Martin skinął głową.

– W porządku.

Przez dwa miesiące sprawy układały się dobrze. Przez dwa miesiące stanowili coś na kształt rodziny. Martin radził sobie ze śmieciami lepiej niż ktokolwiek inny. Nikt nie zwracał na niego uwagi, monotonia ciężkiej pracy zdawała mu się nie przeszkadzać. Carmen obsługiwała żołnierzy w barze, zastanawiając się, co, do diabła, rośnie w jej brzuchu, zadowolona, że cokolwiek to jest, zostało poczęte w akcie czegoś, coraz bardziej przypominającego prawdziwą miłość. Tommy był po prostu szczęśliwy.

Wszystko zmieniło się tej nocy, gdy odbyła się kolejna walka.

Tommy bardzo chciał ją obejrzeć. Ostatnio zaczęła opowiadać mu o rzeczach, o których mówienie sprawiało jej wcześniej zbyt wiele bólu. O tym, jak poznała jego ojca. Chciał zobaczyć, jak wygląda boks. Błagał i błagał, aż w końcu ustąpiła, zgadzając się pójść, pierwszy raz od czasu śmierci swojego pierwszego prawdziwego kochanka.

W dalszym ciągu była to najlepsza rozrywka w mieście i nadal było darmowe piwo. Stali wśród wiwatującego tłumu, obserwując, jak dysponujący mocnym ciosem, należący do wagi średniej żołnierz, zgrabnie radzi sobie ze zwinnym miejscowym chłopakiem o przezwisku Rączy Ortiz. Tommy siedział na ramionach Martina. W piątej rundzie Rączy popełnił błąd i po ciosie w szczękę padł sztywno na deski; miejscowi jęknęli. Z trybun żołnierzy rozległy się wiwaty. Gdy sędzia skończył już liczyć, Rączy wstał o własnych siłach. Lekko chwiał się na nogach, ale jego twarz miała wyzywający wyraz. Miejscowi krzyknęli radośnie. Generał pokiwał głową w geście aprobaty. Tłum zaczął się rozchodzić, światła przygasły, wyłączono generatory. Martin postawił Tommy’ego na ziemi.

– Martin! – Tommy patrzył na niego z podziwem. – Mógłbyś pokonać tego gościa, prawda?

– Tamtego? – Martin uśmiechnął się. – Tak mi się wydaje, Tomie Garron.

– Każdego! – upierał się Tommy. – Mógłbyś, prawda?

Martin wzruszył ramionami.

– Wielu. Większość.

– Doprawdy? – zapytał znajomy głos. Carmen poczuła, jak żołądek kurczy jej się gwałtownie, lewa strona twarzy zapłonęła zapamiętanym bólem. Uniosła głowę, by napotkać spojrzenie Danny’ego Garzy. Nadal był przystojny, choć zaczynał tyć. Na czole miał przecinającą brew bliznę, której nie pamiętała. Jego oczy patrzyły zimno. Towarzyszył mu młodszy brat, wyrośnięty jak na swój wiek, dwunastoletni Miguel. – Kim jest twój nowy, niepokonany przyjaciel, Carmen?

– Martin – mruknęła.

– Martin – powtórzył Danny. Położył dłoń na głowie Miguela.

– Mój brat zamierza zostać bokserem, gdy dorośnie. Chce wygrać główną nagrodę, bilet do wolnego kraju. Ma cios niczym kopnięcie osła, prawda, Mig? Pokaż mu.

Miguel chrząknął, po czym uderzył Martina w brzuch.

– Auu!

Martin uniósł jedną brew.

– Cholera! – Miguel cofnął się o krok, potrząsając dłonią. – Coś jest nie tak, Danny.

– Rzeczywiście – powiedział zamyślony Danny. – Coś tu nie gra.

To był początek strachu.

Martin nie potrafił go odczuwać, Tommy był zbyt młody, więc Carmen bała się za nich wszystkich. Odczuwała go z przerażającą pewnością przez cztery dni, aż w końcu Danny Garza przyszedł do baru. Wślizgnął się do wolnego boksu, a towarzyszyło mu kilku mięśniaków.

– Wiesz, że jest zdrajcą? – Danny powiedział to takim tonem, jakby rozpoczynał pogawędkę.

Spięła się.

– Czego chcesz, Danny?

Chwycił ją za rękę.

– Wiesz, komu generał ufa w tym mieście? Mojemu ojcu. I powiedział mu coś niezwykle interesującego. Na terenie innego posterunku złapali faceta próbującego prześlizgnąć się przez kordon. General powiedział, że mogą pojawić się kolejni. Więc popytałem w okolicy. Ten twój nowy chłopak nie jest z bazy. Mówią, że pracuje przy śmieciach u Salamanki. – Danny uśmiechnął się, jego paznokcie wbijały się w jej skórę. – Jest nagroda.

Strząsnęła jego dłoń.

– Czego chcesz, Danny?

Oblizał palce i mrugnął do niej.

– Pozwól, że się nad tym zastanowię i odpowiem ci za kilka dni.

Tej nocy Carmen wysłała Tommy’ego do Inez, potem opowiedziała Martinowi o tym, co wydarzyło się w barze.

– Nie możesz tu zostać – powiedziała na koniec. Wpatrywał się w nią bez mrugnięcia, tym swoim nieruchomym, nieustraszonym spojrzeniem. – Martin, nie możesz.

– Mógłbym go zabić – powiedział spokojnie.

– To niczego by nie rozwiązało. – Zadrżała. – On wie. Jego ojciec wie. Faceci, którzy z nim łażą, wiedzą. Salamanka wie, a jeśli Garza słyszeli o nagrodzie, on także wkrótce się o niej dowie. Chcesz listę współpracujących z armią osób, oto ona. Nie możesz zabić ich wszystkich. Wcześniej czy później jeden z nich cię wyda.

Martin milczał.

Wzięła go za ręce i przycisnęła do policzków jego silne dłonie, mocząc je łzami.

– Nie możesz tu zostać!

– Co będzie z tobą? Z tobą, Tommym i dzieckiem?

Carmen westchnęła.

– Jakoś sobie poradzimy.

– Nie podoba mi się to.

– Mnie również – odparła. – Ale oni uważają cię za zdrajcę. Już zdecydowali, że nie masz żadnych praw. Jeśli dasz się złapać, zamkną cię w miejscu, w którym nigdy więcej nie zobaczysz słońca.

– Uśmiechnęła się smutno. – Wiem, że to cię nie przeraża. Ale musisz postąpić tak, jak uczył cię twój kumpel Henri. Musisz pomyśleć o zagrożeniu i musisz uciekać.

Zmarszczył brwi.

– Myślę. A jeśli to pułapka? Dlaczego miałby dawać nam czas na zastanowienie się? Dawać mi czas na ucieczkę?

– Ponieważ Danny Garza jest głupim, pieprzonym mięśniakiem, a oni właśnie tak postępują. – Pozwoliła mu poruszyć dłońmi, otrzeć jej łzy. – Lubią mieć władzę nad ludźmi. Lubią czuć strach swoich ofiar. Jestem przerażona bardziej, niż mogę to wyrazić, a on się tym napawa.

– Nie rozumiem.

– Tak, ty nie potrafisz tego pojąć. – Carmen uśmiechnęła się smutno. – Sądzę, że tak naprawdę, w głębi duszy, wszyscy ci brutale boją się dokładnie tak samo jak my. Danny nie był kiedyś taki zły. Boi się, by ludzie nie pomyśleli, że nie jest równie twardy i bezwzględny, jak jego ojciec. Zachowuje się więc jak kutas i to sprawia, że czuje się lepiej.

Martin przyglądał się jej uważnie.

– Henri zapewne powiedziałby coś podobnego. Sądzę, że by cię polubił.

– Myślisz, że to właśnie jego złapali? – zapytała po chwili wahania.

– Nie. – Potrząsnął głową. – Jest za mądry, by dać się złapać.

– Ty także musisz być mądry. Obiecujesz?

Milczał przez dłuższą chwilę, dłużej niż zazwyczaj.

– Jest takie miejsce w Meksyku, które Henri dla nas wybrał. Czytał o nim w jakimś starym przewodniku. Miejsce o śmiesznej nazwie, nad oceanem pełnym ryb. Huatulco. Uważał, że brzmi miło. Zapiszę to dla ciebie. Jeśli to się kiedyś skończy, jeśli otworzą granicę, mam nadzieję, że przyjedziesz i mnie odszukasz.

– Dziękuję – powiedziała Carmen poprzez łzy.

Następny dzień był dniem długiego pożegnania.

Martin porozmawiał z Tommym o tym, co miało dopiero nastąpić. Kiedy chłopiec pokonał już pierwszą falę smutku, słuchał uważnie.

– Wiesz, że będziesz miał małą siostrę lub brata, prawda? – zapytał go Martin. Tommy pokiwał głową. – Twoja mama będzie potrzebować pomocy, a ty będziesz musiał być najlepszym starszym bratem na świecie.

– Będę – obiecał poważnie chłopiec.

– Wiesz, że jestem inny, prawda?

Kolejne poważne skinienie głową.

– Jesteś najsilniejszym człowiekiem na świecie i nie boisz się niczego.

– Może nie na świecie. – Martin uśmiechnął się nieznacznie.

– Ale masz rację, jeśli chodzi o niebanie się niczego. O to właśnie chodzi, Tomie Garron. Nie bać się niczego to rodzaj głupoty. Rozumiesz?

Chłopiec potrząsnął głową.

– Dobrze. – Martin oparł łokcie na stole. – Czy pogłaskałbyś grzechotnika?

– Oczywiście, że nie.

– Twój mały braciszek, jeśli wda się we mnie, może wpaść na taki pomysł, ponieważ nie będzie odczuwał obawy przed ukąszeniem. Będzie musiał nauczyć się tych wszystkich rzeczy, o których normalni ludzie po prostu wiedzą.

– A co, jeśli to będzie dziewczynka? – zapytał Tommy.

– Bez różnicy. Jeśli będzie taka jak ja, musisz pomóc mamie nauczyć ją, jak być niezwykle ostrożną. Zwłaszcza gdy będzie mała. Musisz nauczyć ją rozpoznawać niebezpieczeństwo, dobrze? Trzymać się z dala od grzechotników i pędzących ulicą ciężarówek, nigdy nie wdawać się w walkę, o której z góry wiadomo, że się ją przegra.

– Ty nigdy nie przegrałbyś żadnej walki.

– Przegrałem jedną wczoraj, synu. – Martin pogłaskał go po policzku. – Ale dopiero twoja matka mi to uświadomiła. Czasami jedynym rozsądnym wyjściem jest odpuścić. Właśnie tego będziesz musiał nauczyć swojego malutkiego brata lub siostrę. Możesz zrobić to dla mnie?

– Tak.

– Dobry chłopiec.

Tommy słuchał uważnie, gdy Martin mówił Carmen o innych rzeczach, o których powinna wiedzieć. O tym, czym dziecko, które nosi, może różnić się od innych dzieci. O odżywianiu. O potrzebie snu. O sile i szybkości. O zasobach energii, które organizm może zmagazynować, by wykorzystać je w chwili potrzeby, i o tym, jak je potem uzupełnić. Spokojnym i cichym tonem wyjaśnił kilka kwestii, których chłopiec nie potrafił do końca zrozumieć z powodu swojego wieku.

Aż w końcu nie zostało już nic więcej do powiedzenia.

Ostatni raz zjedli razem kolację. Carmen wyszła, by przynieść ją z baru. Wróciła, wchodząc po schodach zmęczonym krokiem. Położyła na stole przesiąkniętą tłuszczem, wypełnioną hamburgerami torbę.

– Żadnych śladów Danny’ego Garzy? – zapytał Martin.

Potrząsnęła głową.

– To dobrze.

Jedli w milczeniu. Tommy siedział pochylony, jasne włosy opadały mu na czoło niczym kurtyna, zasłaniając twarz. Naśladował Martina, jedząc ze spokojną, metodyczną precyzją. Potem zagrali kilka partii pokera. Za oknem powoli zapadał zmierzch. Gdzieś z oddali dobiegały odgłosy nocnych zabaw.

– Czas iść spać – powiedziała synowi Carmen.

– Martin? – Tommy uniósł głowę. – Czy będziesz tu jeszcze rano?

– Nie – odpowiedział łagodnie Martin.

Gdy Tommy leżał już w swoim łóżeczku, Martin pogłaskał go po włosach i pocałował w czoło, ofiarowując mu miłość, której nie będzie miał możliwości okazać rosnącemu w łonie Carmen dziecku. Tommy westchnął, zamknął oczy, i choć bardzo starał się nie zasypiać, zapadł w głęboki sen.

Carmen zadrżała.

– Obejmiesz mnie?

– Tak.

Przytuliła się do niego, czerpiąc otuchę z obejmujących ją silnych ramion. Leżąc na łóżku, wspólnie obserwowali, jak zmierzch pomału zmienia się w noc. Gdy dźwięki nocnych hulanek zaczęły milknąć, Carmen westchnęła.

– Powinieneś iść.

– Wiem – powiedział cicho. – Czy wyświadczysz mi uprzejmość?

– Jaką?

– Bez względu na to, czy będzie to chłopiec, czy dziewczynka nazwij dziecko Loup. L-O-U-P. – Błysnął białymi zębami w nieoczekiwanym uśmiechu. – Wiesz, jak nazywają wilkołaka na Haiti? Loup-garou. Loup Garron.

– Lou – mruknęła Carmen.

– Tak, ale pisane tak, jak ci powiedziałem.

– Tak zrobię – obiecała.

Wstał jednym szybkim ruchem, ciemna postać w ciemnym pokoju. Podniosła się i obejmując go mocno, pocałowała ten ostatni raz. Potem odsunęła się i pchnęła go lekko. Wyszedł przez balkon. Jeśli Danny Garza nie był kompletnym idiotą, prawdopodobnie zostawił kogoś na straży, by pilnował drzwi, ale raczej nie spodziewał się, by ktokolwiek wyskoczył na ulicę z drugiego piętra. Martin zawisł na rękach, zakołysał się i opadł w ciemność. Wylądował z cichym, przytłumionym tupnięciem, w przysiadzie. Wyprostował się i spojrzał w górę. Pomachała mu na pożegnanie gestem pełnym smutku. Odwzajemnił go, potem ruszył przed siebie szybko i cicho.

Po chwili zniknął w ciemności.

Odszedł.

Sześć

To jak będzie, Carmen? – Danny Garza uśmiechnął się radośnie.

– Zaproponuj mi coś.

Nalała mu kawy.

– Odszedł.

Jego uśmiech zamarł.

– Jak to odszedł?

– Wrócił do bazy, postanowił zgłosić się dobrowolnie. – Spojrzała na niego. – A co sobie wyobrażałeś, Danny? Był po prostu facetem, który zmęczył się ściganiem ducha. Ta historia o nagrodzie to brednie, mające nakłonić cię do wydania dezertera. – Położyła dłoń na brzuchu. – Wystraszyłeś go, ja jestem w ciąży, on prawdopodobnie wylądował w więzieniu. Dzięki.

Danny zmrużył oczy.

– Nie wierzę ci.

Wzruszyła ramionami.

– Jak sobie chcesz.

Wstał, chwycił ją za rękę i ścisnął mocno.

– Nie okłamuj mnie, dziewczyno.