Sandy cz. II - Aleksander Janowski

Sandy cz. II

5,0

„Sandy II” to kontynuacja powieści Aleksandra Janowskiego - lektura dla osób o mocnych nerwach. Głównie o pieniądzach, a wiadomo, że tam, gdzie chodzi o miliony dolarów, ludzie życie staje się bezwartościowe. Młody prawnik-finansista, związany z kobietą, która dzięki wujowi obraca się w amerykańskim świecie filmowym, chcąc dorobić, zgadza się na napisanie scenariusza do filmu przygodowego o zamachu terrorystycznym. Zastraszany przez lokalną mafię popada w tarapaty, kiedy okazuje się, że przerwano zdjęcia do filmu.

Taki obrót spraw krzyżuje też szyki lokalnej władzy, która mając chronić plan filmowy, doprowadza do powstania irracjonalnych wypadków, które miały zapewnić jej awans i szerokie horyzonty oraz profity poza małym Rosylin, w którym kręcono sceny filmowe. Również huragan „Sandy”, który nawiedza Nowy Jork i czyni niewiarygodne spustoszenia najniżej położonych terenów, nie okazuje się dziełem przypadku.

Czy jest możliwym, by ktoś dołożył rękę do manipulowania czynnikami atmosferycznymi? Jeśli tak, to po co? Czy planowany w filmie zamach terrorystyczny jest rzeczywiście tylko wymysłem fantazji scenarzysty? Kto działa przeciw komu i czy w dzisiejszym świecie można komukolwiek jeszcze ufać?

Dodaj komentarz


Powieść Aleksandra Janowskiego czyta się z ciekawością i szybko, dlatego autor powinien czym prędzej złożyć do druku kolejną część historii.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Aleksander Janowski
"Sandy cz.II"

 

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2014
Copyright © by Aleksander Janowski, 2014

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

 

Skład: Arkadiusz Woźniak INFOX e-booki
Projekt okładki: Juliusz Kłosowski oraz Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.
Zdjęcie okładki: Juliusz Kłosowski – www.JulisSimo.com

 

ISBN: 978-83-7900-210-8

 

Wydawnictwo Psychoskok
ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl
e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Aleksander Janowski

 

 

Sandy cz. II

 

 

psychoskok-bez-napisu-ebook

Wydawnictwo Psychoskok
Konin

Rozdział I

 

Budyneczek policji w Roslyn świadczył najlepiej o miejscu wydatków na służbę ochrony porządku w budżecie miejskim – jednopiętrowy, bunkropodobny i równie mało obszerny. W sam raz dla czterech mundurowych. Większych kłopotów w mieście nie notowano od lat, Bogu nich będzie dzięki, to i taki stan posiadania wystarczał.

Pisemne apele o zwiększenie funduszy do przełożonych w oddalonym Wielkim Mieście i powoływanie się na niezbite fakty, że w związku ze wzmożonym napływem ludności latynoskiej wzrosła ostatnio liczba drobnych przewinień - napadów na samotne kobiety po zmroku, wyszarpywania torebek czy nocnych kradzieży z włamaniem do samochodów, nie skutkowały w ogóle.

„Nic znów wielkiego i nic, co usprawiedliwiałoby nagłe zwiększenie budżetu policyjnego, a tym samym i zatrudnienie dodatkowych policjantów na etacie. Radźcie sobie sami, w ramach przyznawanych środków„ – nieodmiennie słyszał szef posterunku McDermont na dorocznych odprawach, kiedy udawało mu się podczas uroczystego przyjęcia złapać za guzik Samego Pana Wiceburmistrza, bo o dostępie do Jego Wysokości Mera mógł tylko pomarzyć. Trzeba powiedzieć bez ogródek – wymienione mizerne środki konsekwentnie pomniejszano, gdyż „wystąpiły pilne potrzeby gdzie indziej”, a wy tam „nie macie żadnych naprawdę poważnych problemów”, jak mu wielokrotnie wyjaśniano. Co roku.

Taka polityka finansowa szczególnie irytowała komisarza. Nieraz myślał, by podać się do dymisji i przejść na zasłużoną emeryturę o kilka lat wcześniej, nawet przy zmniejszonych świadczeniach. Natychmiast jednak następowało otrzeźwienie – ukochana jedynaczka ma przed sobą jeszcze trzy lata nauki w uniwersytecie. Otrzymuje wprawdzie stypendium, gdyż jest wyjątkowo uzdolniona do języków, ale widział kto dziewczynę, której by wystarczała skromna zapomoga naukowa? Musi przecież wyglądać i odpowiednio się ubrać, by pokazywać się w swoim środowisku.

 

- Ta koszulina, tato, przy mundurze galowym wymaga zmiany – zauważyło dziecko podczas ostatniej weekendowej wizyty w domu. Tak, ale mała nie wie, że ojciec pobrał wprawdzie przysługujące pieniądze na nowe sorty mundurowe, ale zamiast je wydać na kupno nowych butów, koszuli i krawata, w całości przesłał ukochanej córeczce. Postanowił, że jeszcze roczek może ponosić stare umundurowanie.

Takie to rzeczy. „Małe dzieci, mały kłopot, duże dzieci, duży…” – nie dokończył tej myśli, gdyż uwagę jego przyciągnął dokument z nagłówkiem znanej stacji telewizyjnej. Coś podobnego. „Chyba nie poproszą mnie o wywiad na żywo, przed kamerami?” – mignęła frywolna myśl.

Przysunął do siebie papier. Przeleciał szybko pierwszy paragraf. Nieistotne – wyrazy szacunku i tym podobne wstępne uprzejmości. Trafaret. Czego chcą?

„Wzorem lat ubiegłych, w związku z kręceniem filmu fabularnego oraz reportażu tematycznego w okolicach wieży ciśnień w Roslyn itp., itd. - niecierpliwie przelatywał oczami drobny druk – prosimy o stosowną pomoc przy policyjnym zabezpieczeniu terenu w dniach od… do…. Szczegółowy harmonogram dni zdjęciowych – w załączeniu”.

Podpisano Fred Kinley, producent.

Data, miejsce, podpis.

Czytający rozchmurzył się. Wspaniale mu się współpracowało z sympatyczną i chętną do zabawy ekipą filmową. Kiedy to było? Dwa lata temu? Kręcili wtedy jakieś ckliwe romansidło, typowy wyciskacz łez, ze scenami w starym, porzuconym młynie. Lało się mnóstwo piwa i dobrej whisky, na koszt ekipy zdjęciowej. Naliczono mu kilkanaście godzin nadliczbowych. Płatnych, ponieważ głównie czekano na słońce, które uparcie nie chciało „współpracować”. Fajnie było.

O co chodzi tym razem? „Wyciąg ze scenariusza – w załączeniu”. Gdzie to jest? Osobno spięte dwie kartki. Przeleciał wzrokiem środkowy paragraf – „pozorowane zniszczenie wieży ciśnień przez grupę terrorystów islamskich”.

- Ha! Ha! – zaśmiał się pod starannie wypielęgnowanym wąsem. „Ci to mają fantazję. Terroryści? Islamscy? U nas? Ha! Ha! dobre.

Nabazgrał na marginesie – „Martinez – Singh, do wykonania” i przełożył do stalowego koszyka z napisem „Wychodzące”. Niech chłopaki mają frajdę.

 

***

 

Sekretarz podłożył pod prawy łokieć kapitana kolejny papierek do podpisu.

- Powiem wam, Di Valencia, nigdy nie myślałem, że w tej robocie czeka na mnie taka lawina papierzysk. Pogrzebałaby mnie, gdyby nie wasza pomoc… przyznaję – spojrzał dobrodusznie na górującego nad nim mężczyznę o włoskiej urodzie taniego amanta.

- Od tego jestem, panie kapitanie. Pana poprzednik, przepraszam, to niczego nie chciał czytać i wszystko mu musiałem opowiadać. Taki był „niecytaty” – pozwolił sobie na luźną uwagę.

John Jay Robertson Junior II uniósł brwi. Wiadomo, że poprzednik był ciamajdą, niedojdą i nieudacznikiem, ale personel pomocniczy nie powinien pozwalać sobie na krytykę przełożonych, jacy by nie byli.

- Tu odpis pisma filmowców. Zawiadamiają, że będą kręcili film w Roslyn – urzędnik wskazał na papierek na filmowym druku. „Tamtejszy szef posterunku policji przesłał do nas, zgodnie z nowym rozdzielnikiem.”

- Tak? – ziewnął zwierzchnik. - I czego od nas chcą?

- Taki przypadek już był… ponad dwa lata temu… w Glen Cove – wyjaśnił pomocnik. Jak aktorzy grali w takiej scenie przy młynie, to myśmy musieli na cztery godziny zamknąć drogę dojazdową nad zatokę. Skierowaliśmy ruch w drugą stronę. Lokalni strasznie się wnerwiali, bo to lato było...

- A teraz co kręcą? – dopytywał się kapitan Robertson.

- Tu piszą, że coś o terrorystach - sekretarz podsunął papier bliżej kapitana.

- A co dokładnie? – ożywił się zwierzchnik i już szukał oczami w tekście odpowiedniego fragmentu.

- O tu… „Obiektem zdjęć będzie scena rzekomego wysadzenia wieży ciśnieniowej na wzgórzu północnym nad wiaduktem prowadzącym nad szosą dojazdową do popularnego miejsca wypoczynku weekendowego mieszkańców miasteczka Roslyn i okolic”… - gładko odczytał zapytany. W piątej klasie w szkole podstawowej czytał najładniej ze wszystkich, podczas gdy połowa uczniów zaledwie dukała poszczególne sylaby.

- Wysadzenie wieży, mówisz? – oczy rozbłysły kapitanowi. - Przecież to terroryzm czystej wody.

Sekretarz oniemiał.

- Ale oni … tak na niby… w filmie – wyjąkał wreszcie. - Takie udawanie na ekranie.

- Mało widzieliście w życiu, szeregowy – warknął przełożony. - Dziś wam ukradną sznurek od uwiązanego cielaka, a jutro samego cielaka – wyjaśnił niezrozumiale. - Nosił wilk razy kilka, poniosą i wilka – dorzucił tytułem wyjaśnienia, czym wprawił sekretarza w całkowitą konfuzję. Chłopak pochodził z Nowego Jorku i nie podejrzewał nawet, że cielęta się uwiązuje, a wilki oglądał tylko na ekranie telewizora w programie „National Geographic”.

 

***

 

Tego wielkiego czarnego Jeepa z przyciemnionymi szybami zauważyłem już kilka dni wcześniej. Zawsze też czaił się gdzież w pobliżu czarny ford. Rozejrzałem się uważnie po bliskiej okolicy. Jest, sukinsyn. Nawet się nie kryje. Parkuje bezczelnie przy hydrancie pożarowym, na samym zakazie postoju. Przez ciemne szyby nie dojrzę, czy ktoś siedzi w środku. Niech sobie siedzi, skoro tak chce. Jego sprawa.

Krótki, a pobieżny rachunek mało używanego sumienia nie wykazał na moim koncie poważniejszych grzechów – nie ściga mnie żaden zazdrosny mąż (zawsze unikałem mężatek jak ognia, dlatego właśnie). Nie prześladuje była małżonka z powodu niepłaconych alimentów. Nie uprawiałem bigamii czy innego wielożeństwa, jakkolwiek ponętnie by to brzmiało dla niektórych. Nie szperałem nielegalnie w tajnej bazie danych Pentagonu czy Białego Domu. Nie fałszowałem banknotów z podobiznami amerykańskich prezydentów. Nie włamywałem się do banków przechowujących ich podobizny. Nie miałem żadnych zatargów z partnerami handlowymi, głównie z powodu braku takowych. Nie wyniosłem od byłego pracodawcy pilnie strzeżonych tajemnic handlowych i nie sprzedałem ich rodzimej konkurencji ani Rosjanom czy Chińczykom. Z tych oto wyżej wymienionych przyczyn śpię spokojnie i cieszę się dobrym trawieniem.

Zaparkowałem przy parkometrze, zapłaciłem telefonem komórkowym i spokojnym krokiem skierowałem się do ulubionej greckiej restauracyjki z polską kelnerką i meksykańskimi kucharzami. Mimo to, albo może właśnie dlatego, jedzenie mają znakomite. Właściciel – stary Grek powitał mnie entuzjastycznie. Nie dziwię się - w ciągu ostatnich pięciu lat pozostawiłem u niego majątek, nabierając za to większego wymiaru w pasie. Zauważyłem, że od kiedy nie pracuję regularnie, ważę więcej. Dużo więcej.

Czy mam zamiar zacząć uprawiać biegi, by schudnąć? A może zacznę przyjmować specjalnie zalecane środki na zbicie wagi? Ani mi w głowie. Znam siebie. Wystarczy, że zrezygnuję z węglowodanów, to znaczy, zmniejszę spożycie chleba i artykułów mącznych i strzałka wagi uchylnej w mojej łazience zacznie wyraźnie przesuwać się w lewo. Jestem pewien.

Podleciała urocza i sympatyczna pani Irena, która siedzi w Ameryce ćwierć wieku, co roku spędza miesiąc w swojej starej ojczyźnie, ale tym razem nieodwołalnie wraca do Polski na stałe, bo „tam jest tak pięknie… tak pięknie i ludzie są tacy serdeczni, nie to, co tu…”

- Głowonoga z pary? – spytała o moją ulubioną przystawkę. - Owszem, tak.

- Jak pani tam było? – zagadnąłem nieopatrznie. Grek za barem ostrzegawczo przewrócił oczami.

Kochana pani Irenka chwyciła okazję obydwiema pulchnymi rączkami.

- Ach, mówię panu, ta skarpa wiślana w Płocku… jaki cudny widok na szeroką rzekę… jaki słodki zapach kwitnących lip… A ta wielka katedra na stromym zboczu! Arcydzieło! A stary kościół w Czerwieńsku! Kochany! To trzeba zobaczyć. Lecę… lecę już – zapewniła właściciela i pomknęła po zamówioną potrawę. Nawet nie spytała, czy wiem, gdzie szukać tego... Płocka. Nic to, znajdę w Google. Jeśli nie zapomnę.

Naraz zobaczyłem, jak cała krew odpływa ze śniadej twarzy właściciela, tym bardziej uwypuklając potężny nochal nad siwymi wąsiskami. Czego aż tak się przestraszył?

Dwaj nowi klienci stanęli w drzwiach. W milczeniu. Bez „dzień dobry” czy innego przywitania. Dziwne. Grek za ladą, naraz mniejszy i przygarbiony, chyłkiem śmignął na zaplecze. Co się dzieje? Może wierzyciele przyszli? Knajpka jest zadłużona, właściciel nie zwrócił na czas umówionej sumy i obawia się konsekwencji. Raczej dla niego nieprzyjemnych. Taki bywa ten biznes.

Tymczasem dwaj panowie zatrzymali się przy moim stoliku. Jeden z nich bez żadnej charakteryzacji, od zaraz, mógł zagrać rolę mafijnego bandyty w „Ojcu chrzestnym”. Albo i dwóch… taki był szeroki. Drugi wyglądał prawie normalnie, gdyby nie był aż tak opasły - garnitur, krawat, marynarka, wszystko w dobrym gatunku. Kłujące oczka pod gęstymi brwiami, po obu stronach grubego nochala, nie patrzyły zbyt przyjaźnie. Czarne, przylizane do góry włosy. Złowieszczo jakoś wyglądał. Zamarłem. Komornik? Poborca podatkowy? Do mnie? To chyba jakaś pomyłka?

Małpolud bez słowa sięgnął do kieszeni. Własnej. Wyciągnął czarne, eleganckie pudełko. Otworzył raptownie. Położył przede mną.

- To pana Rolex. Odzyskaliśmy – wyjaśnił jego kompan i usiadł bez zaproszenia na krześle obok mnie. Umięśniony podszedł do drzwi, obrócił na zewnątrz kartonik z napisem „zamknięte” i stanął tam, wyglądając przez szybę na ulicę. Kelnerka oraz właściciel restauracyjki naraz zniknęli. Byłem zdany tylko na siebie.

- Przepraszam, że przeszkadzamy panu w konsumpcji – odezwał się biznesowy garnitur.

- To nie jest mój zegarek – stwierdziłem po obejrzeniu. - Ten jest nowy. Mój był używany.

- Nie jest – zgodził się przymusowy rozmówca. - Ten jest droższy i lepszy. Proszę przyjąć… jako znak dobrej woli. Przepraszamy za tamten incydent.

Błyskawica naraz rozświetliła mroki mojego wystraszonego umysłu. Oślepiająca. Scena w Tilles Center. Postawna szatynka... na nogach… w sukni, śmiało odsłaniającej co trzeba. Niby przypadkowe zderzenie dwóch ciał. Pospolita złodziejka? Zawodówka! Ale mnie podeszła.

- Przez pomyłkę zawłaszczyła też i to – położył na stoliku moje prawo jazdy. - Nie tolerujemy takiego zachowania – zapewnił.

Ale sytuacja! Nikt mi nie uwierzy, jak opowiem.

- Trochę czasu panom to zajęło – wypowiedziałem pierwszą nieskomplikowaną myśl, jaka nawiedziła moją głowę. Schowałem prawko, włożyłem zegarek na rękę. Piękny. Z brylantami!!! Ho, ho! Ciekaw jestem, ile taki okaz wykwintnej sztuki zegarmistrzowskiej kosztuje. Na pewno dużo więcej, niż mój poprzedni. Mają dranie gest.

- Czasem trzeba poczekać na dobrą nowinę – odrzekł sentencjonalnie brunet.

- Jestem wdzięczny. Doceniam. Czego panowie ode mnie chcą? – spytałem nalewając sobie drżącą ręką wody z lodem z wysokiej karafki. Partnerowi stolikowemu nie zaoferowałem.

Nie odpowiedział od razu. Ogarnął spojrzeniem wejście do restauracji, napotkał spojrzenie mięśniaka przy drzwiach, który krótkim skinieniem łysej pały zakomunikował, że wszystko jest ok. Karetka pogotowia przebijała się gdzieś przez gęsty ruch samochodowy, wyjąc przeraźliwie… coraz bliżej. Z kuchni restauracyjnej wypłynął jakiś swąd… czegoś przypalonego…

- Jest interes do zrobienia – obrócił głowę w moim kierunku, patrząc jednak gdzieś powyżej okna. - Przyznam się, że chciałem jak najszybciej skończyć z tą nieprzyjemną sytuacją.

- Jaki? – spytałem wprost.

Rozmówca westchnął, jakby z ulgą.

- Trzydzieści procent twojego honorarium za obecny scenariusz i dwadzieścia pięć za wszystkie przyszłe. W zamian proponujemy ochronę i zapewnienie, że najwyżej płatne scenariusze będą przyznawane tobie w pierwszej kolejności. Mamy takie możliwości.

Wbrew swojej woli, roześmiałem się głośno.

- Panowie mnie z kimś mylą - kątem oka zauważyłem panią Irenkę z tacą ukazującą się na moment w drzwiach do kuchni. Jakaś męska ręka objęła ją wpół i cofnęła gwałtownie w półmrok. Twarz natręta przy moim stoliku stężała. Zniknął gdzieś uprzejmy uśmiech.

- Nie graj z nami w palanta… ty… - zasyczał. Jego partner spojrzał z gotowością, postępując krok w naszym kierunku.

- Ależ ja mam obiecane tylko dwadzieścia kawałków za cały scenariusz - wyjaśniłem pośpiesznie. - Dostałem już siedem… w dwóch ratach… zostało tylko trzynaście – wykalkulowałem samodzielnie. Goryl zatrzymał się trzy kroki przed nami, po czym powrócił na swoje przyokienne stanowisko.

- Dwadzieścia? – z niedowierzaniem zareagował elegancki garnitur - Taką jałmużnę? Z kogo, pacanie, frajera robisz?

- Dwadzieścia. Tyle obiecali. Ani centa więcej. To jest film niskonakładowy i Freddy… to znaczy producent… jest skąpy jak cholera… z nim dogadujcie się – wyjąkałem.

Gwałtowne szarpnięcie za lewy przegub pozbawiło mnie naraz złotego Rolexa.

Gangster zerwał się z miejsca ze wściekłym wyrazem twarzy. Szurnął krzesłem tak, że odleciało pod przeciwną ścianę.

- Ty gnojku zawszony – rzucił mi na pożegnanie. Pogroził pięścią. Góra mięsa przy wejściu usłużnie otworzyła przed nim drzwi. Wyszli w pośpiechu. Goryl, jako ostatni, trzasnął drzwiami tak, że zadzwoniły wszystkie szyby. Uff!

- Ośmiorniczka, świeżutka z wody – wypłynęła z kuchni rozanielona pani Irena, z tacą w ręku. Za nią dostojnie wkroczył Grek z pękatą butelką Metaxy. Naprawdę lubię te knajpkę. Jest taka klimatyczna.

 

***

 

Tęsknota za kobiecym towarzystwem dopadła mnie znienacka i mocno. Zupełnie niespodziewanie, bez żadnych kroków wstępnych. Cynikom wyjaśniam od razu, że zapragnąłem naraz nie samego aktu finalnego tego, co wiecie i rozumiecie, tylko permanentnego towarzystwa płci odmiennej. Kogoś sympatycznego i ciepłego, z zapachem ziołowego szamponu we włosach, szczebiotaniem przy moim boku o kieckach, butach, pieskach, kwiatkach i małych dzieciach oraz ustawianiem swoich żeńskich parafernaliów łazienkowych na mojej wąskiej szklanej półce.

Pragnąłem, by zaśmiewała się przy mnie bez widocznej przyczyny, by można było w każdej chwili ją przygarnąć, wyściskać i pogłaskać, posiedzieć z nią w kinie, przytulić się do ciepłego boku w nocy i patrzeć rano, jak ładnie ugniata policzkiem moją poduszkę, pogrążona we śnie. Owszem, zgoda, po tymże akcie, którego nie musimy nazywać po imieniu, jako wynik tego właśnie ciepłego uczucia przywiązania.

Wiem, wiem… istnieje cała internetowa służba kojarzenia par katolickich, protestanckich, muzułmańskich, żydowskich, buddyjskich… Nie mówię o panienkach na zawołanie. Nie potrzebuję. Mam na myśli potrzebę – koledzy pękliby ze śmiechu – jakiejś bardziej stałej więzi. Żeby ktoś na mnie w domu czekał. Dłużej.

Czy tak wygląda pierwszy objaw starzenia się? „Chłopie, czy nie myślisz o założeniu rodziny?” Przestraszyła mnie ta myśl. Chyba nie – uspokoiłem sam siebie.

W kalendarzyku mam zanotowane adresy i telefony miłych koleżanek z poprzedniej, przedpoprzedniej i jeszcze wcześniejszej pracy, z którymi spędzałem miłe wieczory, z kontynuacją nocną w swoje kawalerce. Sympatyczne, nieskomplikowane, kulturalne, inteligentne.

Wstawały raniutko, pędziły do łazienki, wyskakiwały umalowane i gotowe do nowego szturmu i zdobycia całego świata, cmokały mnie w niegolony policzek i znikały jak sen złoty, pozostawiając po sobie nieuchwytny i nietrwały zapach kobiecej obecności. Znikał zazwyczaj po kilku dniach. Zaczęło mi go brakować. Coś się we mnie zaczynało zmieniać.

Chińczycy, jak opowiadała jedna z tych właśnie koleżanek, w świetle pulsującego na niebiesko zaokiennego neonu, do malowania hieroglifu „spokój”, używają znaku „dach”, pod którym plasują inny symbol –„kobietę”. Miało to oznaczać, że ten, kto ma kobietę pod swoim dachem, uzyskuje spokój.

- Chce dziewczyna szybko wyskoczyć za mąż – pomyślałem o panience sinolog i postanowiłem, że będę jej starannie unikał. Przyrzeczenia dotrzymałem.

- Ty się, chłopie, naprawdę musisz leczyć – powiedzieliby moi koledzy od piwa i bejsbola, ale na szczęście, ze swoich kłopotów nie zamierzam się im zwierzać. Wyśmialiby mnie. Szydercy.

Trzeba się ruszyć do dyskoteki… albo do baru dla samotnych – postanowiłem. Żeglując ostatnio po Internecie napotkałem taki banner – „bar dla samotnych serc - wygodnie i dyskretnie”. Tak, to byłoby dobre – niby obojętnie siedzę sobie przy kontuarze na wysokim stołku i nienatrętnie oglądam kobiecą podaż. Jeśli któraś mi się spodoba, podchodzę i proponuję drinka. Odmowa z miłym uśmiechem nie pociąga za sobą tragedii osobistej. Wygodnie i dyskretnie. Przechodzę do następnego interesującego mnie obiektu. I tak do pożądanego skutku.

Gdzie to było? W Google na pewno. Wstałem z tapczanu, z którego bezmyślnie gapiłem się na jakiś mordobitny serial policyjny, wystukałem odpowiednie hasło w tablecie.

 

 

 

Zapraszamy do skorzystania z oferty naszego wydawnictwa.

Wydawnictwo Psychoskok


psychoskok-bez-napisu-ebook