Samotność Anioła Zagłady. Adam - Robert J. Szmidt

Samotność Anioła Zagłady. Adam

0,0

Dramatyczna podróż przez postapokaliptyczny krajobraz Stanów Zjednoczonych.

Adam Sawyer to pod wieloma względami wybraniec – ma bronić Amerykanów przed wojną atomową, a gdyby jednak wybuchła, przez udział w tajnym projekcie „Arka”, przyczynić się do odrodzenia życia na Ziemi. Przyszłość wydaje się określona, bezpieczna, wręcz pewna… dopóki wojna rzeczywiście nie wybucha.

Okrutny los sprawia, że po kilku latach kriogenicznego snu Adam rusza do odległego centrum „Arki”, które jest dla niego jedyną szansa na przetrwanie. Samotna podróż przez wyludnioną Amerykę to jednocześnie wyprawa w głąb siebie, a także nieustanna walka z nieubłaganymi siłami natury i najskrytszymi lękami. Obie drogi prowadzą jednak do odkrycia prawdy po stokroć gorszej od wszystkiego, z czym zetknął się człowiek.

Czy Adam zdoła ją udźwignąć?

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

SAMOTNOŚĆ ANIOŁA ZAGŁADY. ADAM

 

 

– Poziom szósty, stanowisko kontroli. Proszę przygotować się do procedury skanowania.

Anielski głos dobiegający z ukrytych głośników miał naprawdę nieziemskie brzmienie.

Lata temu poznałem kobietę, która użyczyła go systemowi komputerowemu naszej bazy. Annabelle przez parę dekad pracowała w najpopularniejszej agencji oferującej mieszkańcom Kalifornii seks przez telefon. Kilkadziesiąt lat doświadczenia w tym fachu zrobiło swoje. Wielu mężczyzn przeszłoby przez ogień wszystkich kręgów piekieł, i to na bosaka, byle raz jeszcze ją usłyszeć. Wielu, ale na pewno nie ja. Zbyt długo mieszkałem nad jej apartamentem, zbyt wiele widziałem, by ten cudownie brzmiący alt nadal wprawiał mnie w ekstazę. Była matką trójki dzieciaków, babką kolejnej piątki, dzisiaj może nawet i prababką. Miała skórę czarną jak smoła, lecz idę o zakład, że tak samo, jeśli nie bardziej, mroczna była jej dusza. Inne cechy charakterystyczne? Proszę bardzo: pięć stóp wzrostu w kapeluszu przy wadze przeciętnego hipopotama.

– Porucznik Adam Sawyer, kod dostępu 143-05-49-as-i4-03-04 – wyrecytowałem po raz tysięczny moją kwestię z tej sceny i ułożyłem głowę na wyprofilowanym czytniku skanera siatkówki oka. Dłonie trafiły w tym czasie na sensory porównujące linie papilarne. Czysta rutyna, ale mimo kilku lat powtarzania tej praktyki ledwie wyczuwalne ukłucia próbników DNA wciąż drażniły skórę. Spojrzałem na pozbawioną wyrazu twarz oficera dyżurnego. Dane już spływały na jego monitor – jak przedwczoraj, tydzień, miesiąc i rok temu. Na dobrą sprawę znaliśmy się z Frankiem tak dobrze, że mógłby mnie przepuścić w ciemno, bez tego biurokratycznego cyrku. Wiedział o mnie więcej niż ja sam – czyż to nie jemu zawdzięczałem bezpieczne powroty na kwaterę, ilekroć urwał mi się film? Ale regulamin rzecz święta, zwłaszcza w wojsku, zwłaszcza tutaj. Żołnierzu, nie pytaj, powiadają… Więc nie pytam, choć nakłuwane zbyt często opuszki swędzą jak wszyscy diabli.

Kontrolka przy drzwiach zmieniła kolor na zielony i mogłem wreszcie dostać się do śluzy. Tylko parę kroków dzieliło mnie od lśniącego kuszącą bielą walcowatego wnętrza kabiny. Nie wszedłem jednak do windy, lecz zaczekałem na Susan, która właśnie rozpoczynała procedury bezpieczeństwa. Gdy dołączyła do mnie, uniosłem rękę w kierunku pancernej szyby, dwa razy otwarta dłoń, kciuk wysunięty w górę. Jutro o dziesiątej? W odpowiedzi otrzymałem lekkie skinienie głowy, a chwilę później zobaczyłem ten znajomy, szelmowski uśmiech na żółtej, płaskiej i skośnookiej twarzy. Nie tylko administracja ma swoje kody. Drzwi otworzyły się z cichym sykiem, ale już wiedziałem, co będę robił z Frankiem po zakończeniu zmiany.

– Dzięki – szepnęła mi do ucha Sue, zanim ruszyliśmy w dół.

Uśmiechnąłem się. Osiemdziesiąt siedem pięter to niby niewiele, raptem minuta w jedną stronę i tyle samo w drugą, ale musiałaby czekać w cholernie ciasnej, hermetycznej śluzie na powrót kabiny. I nie samotność byłaby dla niej najgorsza. Choć bardzo starała się to ukryć, wiedziałem, że panicznie boi się małych, zamkniętych przestrzeni.

– Nie ma za co – odszepnąłem. – W końcu czego się nie robi dla… partnera.

Przesłała mi całusa i odwróciła się do drzwi. Kabina już wyhamowywała. Z cichym sykiem pneumatyczne drzwi wypuściły nas do jasno oświetlonego, ale wciąż klaustrofobicznie wąskiego korytarza. Przepuściłem Sue i ruszyłem za nią w seledynową światłość. Ponoć wybitni psycholodzy stawali na głowie, aby kolorystyka oraz wystrój centrali działały uspokajająco na służących tutaj ludzi, lecz nie tylko ja miałem wrażenie, że w tym miejscu teoria dramatycznie rozmija się z praktyką.

Jeszcze jedna identyfikacja poprzedzona słodkim głosem Annabelle i mogliśmy odetchnąć pełną piersią w przestronnej sterowni. Przekazanie kluczy, kilka sprośnych uwag, podpisy na rozkładzie jazdy, przyjacielskie klepnięcie w ramię i chłopcy z poprzedniej zmiany ruszyli do windy.

– Kawa? – zapytała jak zwykle Susan.

– Kawa – odpowiedziałem zgodnie z rutyną.

Jednym z nielicznych przywilejów Aniołów Zagłady była prawdziwa kawa Blue Mountain. Rolls-royce w swoim gatunku. Bogata w kofeinę i we wszystko, co niezdrowe. Zupełnie inna od tej lury, którą serwowano w kantynach na powierzchni. Dlatego zawsze rozpoczynaliśmy dyżur od kubka czarnego jak smoła, aromatycznego napoju.

Usiadłem w fotelu i uruchomiłem procedurę sprawdzającą. Najpierw obowiązek, później przyjemność. Ekran zapłonął rzędami opalizujących zielono cyfr. Kontrola przebiegała sprawnie, jak zawsze. O ile dobrze pamiętam, podczas mojej zmiany doszło tylko do dwu awarii. Nic szczególnego – wyciek paliwa z nieszczelnego przewodu i drobne uszkodzenie modułu chwytaka. Dzisiejszy test wszystkich szesnastu wyrzutni wypadł śpiewająco. Stalowe cygara rozmieszczone w silosach oddalonych o ponad dwadzieścia mil od foteli, w których siedzieliśmy, spokojnie czekały na rozkazy.

– Twoja dzienna dawka trucizny. – Zanim usłyszałem te słowa, poczułem zniewalający aromat kawy.

– Dzięki.

Zgodnie z rytuałem nie ruszałem jeszcze kubka, który Susan postawiła na podstawce obok mojego stanowiska.

Najpierw obowiązek, później przyjemność, jako się rzekło.

– Porucznik Adam Sawyer, dwudziesty pierwszy kwietnia, godzina zero jeden, jeden, jeden, zmiana Delta. Melduję wykonanie wszystkich procedur otwarcia, pełne sprawdzenie systemu, brak sygnałów o uszkodzeniach i awariach. Następna kontrola wyrzutni i raport o godzinie zero trzy, jeden, jeden.

Kolejne naciśnięcie klawisza zakończyło procedurę przejmowania dyżuru. Teraz miałem prawo do pierwszego łyka kawy. Sięgnąłem ostrożnie po gorący napar i przeniosłem go na konsolę przed sobą. Spojrzałem na Sue – była gotowa do fazy drugiej.

– Odpalenie na trzy – powiedziałem, unosząc półlitrowy zielony kubek z logo naszej jednostki, które pojawiało się na kamionkowej powierzchni pod wpływem ciepła. Posępny anioł z gorejącym mieczem stał już na globie opasanym czarną wstęgą. – Jeden, dwa – odliczaliśmy razem – i…

Światło w sterowni przygasło i w kolejnym rozbłysku nabrało krwawej barwy rubinu. Niespełna sekundę później rozległy się równocześnie wycie syren i rozpaczliwy krzyk Susan. Spojrzałem na nią. Włączenie alarmu tak ją zaskoczyło, że oblała się wrzątkiem.

– Założę się, że to ten skurwysyn Lee – powiedziałem na tyle głośno, by mnie usłyszała, sięgając do wyłącznika. Ciche kliknięcie i wszystko wróciło do normy. Jasne światło zalało centralę i zapanowała przyjemna cisza. – Gnojki mają nas na podglądzie – dodałem. – Pewnie założył się z wartownikami o dwa dolce, że rozlejesz kawę, i teraz tarzają się razem po podłodze…

Uśmiechnąłem się do obiektywu kamery i pokazałem jeden z obraźliwych gestów, które wszyscy na górze, a zwłaszcza Frank, doskonale zrozumieli. Domysły domysłami, ale procedura alarmowa była jasna i nie pozwalała na najmniejsze nawet odstępstwa w żadnej sytuacji. Rozpocząłem więc z niechęcią kolejną turę dopiero co zakończonej kontroli stanu wyrzutni i rakiet. Susan zgodnie z instrukcją zajęła się w tym czasie łącznością i rozkazami. Miałem za sobą czternaście silosów, gdy nieoczekiwanie odezwała się do mnie:

– Adam… – Mimo że głos Sue zabrzmiał płaczliwie, nie przerwałem pracy; tak niewiele zostało do końca. Ona jednak nie dała za wygraną. Powtórzyła moje imię, tym razem głośniej. Ale ja finalizowałem właśnie piętnastkę i nadal nie zamierzałem przerwać kontroli. Za trzecim razem krzyknęła, co zmusiło mnie w końcu do oderwania oczu od ekranów. Wyglądała strasznie, była o wiele bledsza od farby powlekającej ściany sterowni. – Tom, myślę, że powinieneś rzucić na to okiem – powiedziała cicho, wskazując na ekran terminalu.

Zauważyłem, że ze zdenerwowania zamiast prawdziwego imienia użyła przezwiska, które zawdzięczałem cholernemu przyjacielowi, kapitanowi Frankowi, na zawsze „Fiutkowi”, Lee, w cywilu wielkiemu miłośnikowi prozy Marka Twaina. Tom Sawyer… Bardzo śmieszne. Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę moje pochodzenie…

– Jak tylko skończę… – Brakowało może dwudziestu sekund do wyświetlenia ostatnich danych.

– Kurwa! – To lakoniczne, acz dosadne stwierdzenie w ustach Susan Tanner miało moc solidnego trzęsienia ziemi. Pieprzyć Mercallego, to była ósemka w skali Richtera, jeśli nie dziewiątka. Znałem kobietę już trzy lata, i to naprawdę dobrze, Frank powiedziałby nawet, że dogłębnie, a jeszcze przy mnie nie zaklęła. Najmocniejsze słowo, jakie kiedykolwiek padło z jej ust, mieściło się w sferze tolerancji wyjątkowo grzecznego pięciolatka. Skoro teraz użyła słowa powszechnie uważanego za obraźliwe, musiało zdarzyć się coś naprawdę niezwykłego. Przełączyłem się na główny kanał, choć było to ewidentne złamanie regulaminu.

– O kurwa… – powiedziałem do siebie, powtarzając bezwiednie przekleństwo rzucone przez Susan.

Na ekranie mojego monitora pojawił się rząd szesnastu wielkich i czarnych jak smoła cyfr. Sięgnąłem machinalnie do książki szyfrów, by potwierdzić odebranie i identyfikację rozkazu, ale wierzcie mi, nie musiałem tego robić, żeby wiedzieć, co oznaczają. Kolejne przekleństwo Sue potwierdziło moje najgorsze przypuszczenia. Spojrzałem na nią – siedziała w fotelu z wielką brązową plamą na kombinezonie i z otwartymi szeroko ustami gapiła się na monitor.

– Sue… – Nie zareagowała na moje słowa, więc podniosłem głos: – Susan!

Dopiero teraz odwróciła głowę w moim kierunku, lecz nadal nie zamknęła ust.

– Znasz procedury – powiedziałem najłagodniej, jak tylko potrafiłem.

Potaknęła mechanicznie, ale nie zrobiła nic więcej.

– Susan! – Tym razem postanowiłem odezwać się ostrzej. – Myliłem się, to nie sprawka Franka. Nie panikuj. Mamy do czynienia z najzwyklejszymi w świecie niezapowiedzianymi manewrami. Nikt nie wyda rozkazu ataku. Musimy tylko uzbroić głowice i przygotować rakiety do ewentualnego startu. E-wen-tu-al-ne-go.

– Akurat – wyszeptała powątpiewająco, ale w końcu zabrała się do roboty.

Rzuciłem okiem na status bazy. Defcon 2, jeden krok od wojny. Aktywacja wszystkich wyrzutni rakiet, tysięcy pieprzonych głowic najbardziej morderczej broni, jaką znała ludzkość. Od razu do pełnej gotowości bojowej, bez procedur potwierdzenia, bez rozkazów zwrotnych. Prosto pod klucz. Każdego wieczora i ranka modliłem się, aby nigdy nie było mi dane ujrzeć tych właśnie cholernych cyfr, które ostatni żołnierz widział całe wieki temu, chyba jeszcze podczas kryzysu kubańskiego.

– Podasz mi odczyty, jak tylko skończę procedurę sprawdzającą – przypomniałem.

Jej zadaniem było wpisywanie kodów aktywujących, ja zajmowałem się resztą. Doprowadzenie naszych wyrzutni do pełnej gotowości bojowej powinno trwać mniej niż dwie minuty.

– Porucznik Adam Sawyer, dwudziesty pierwszy kwietnia, godzina zero jeden, jeden, pięć, zmiana Delta. Wszystkie wyrzutnie gotowe do odpalenia – potwierdziłem do mikrofonów wykonanie rozkazu, gdy ostatnia kontrolka zapłonęła na zielono.

Teraz mogliśmy tylko czekać. Nie powiem, że była to komfortowa sytuacja. Zazwyczaj podczas alarmów ćwiczebnych nie używaliśmy prawdziwych kodów startowych, co pozwalało na spokojniejsze przeprowadzanie procedur. Z drugiej jednak strony cholernie ułatwiało przełamanie się, mieliśmy bowiem niezachwianą pewność, że naciskając czerwony guzik, nie rozpętamy piekła na Ziemi. Sztabowcy twierdzili od lat, że takie zabawy nie są w stanie odwzorować warunków bojowych i dlatego należy koniecznie je zmienić. Żeby wszystkie alarmy, w tym próbne, wyglądały jak ten dzisiejszy…

Wiedziałem o tym, jak chyba wszyscy w naszej bazie, i chociaż nie dotarła do nas żadna wiadomość o zmianie procedur, liczyłem w skrytości ducha, że ktoś gdzieś na górze, może nawet w Białym Domu, wpadł na pomysł, iż czas „realnie” przetestować sprawność systemów obrony. Tak… Zważywszy na przebieg zdarzeń, wydawało mi się to całkiem prawdopodobne. W dwa tysiące osiemnastym, tuż po zakończeniu kryzysu tajwańskiego, przeprowadzono podobne ćwiczenia. Podmieniono wtedy w tajemnicy przed personelem baz rakietowych, z wyjątkiem najwyższego dowództwa, wszystkie kody dostępu i przeprowadzono alarm bojowy, do odpalenia rakiet włącznie, symulując eskalację istniejącego w rzeczywistości konfliktu. Po pięciu dobach niewyobrażalnego stresu, po czterdziestu godzinach utrzymywania Defcon 2, karmieni obrazami miliona chińskich żołnierzy wyruszających w morze, ludzie zamknięci w bazach rakietowych nie mogli mieć złudzeń – oni wiedzieli, co oznacza ten rozkaz. Podobno tylko szesnaście procent zespołów dyżurujących zdecydowało się na użycie kluczy. Szesnaście procent… I to długo po upływie regulaminowych dwóch minut.

To był moment zwrotny dla strategów z Pentagonu. Pamiętałem doskonale, jaka burza rozpętała się w Waszyngtonie, gdy te dane ujrzały światło dzienne. Poleciały głowy, wiele głów. Mówiono nawet o zautomatyzowaniu całego systemu, ale ówczesna prezydent miała jaja, nie uległa naciskom doradców i po burzliwych debatach postanowiono zachować status quo. Nadal człowiek miał zdecydować o zagładzie swojego gatunku. Do dzisiaj uważałem to za słuszne, lecz…

Spojrzałem znów na Susan. Była blada, bardzo blada, za moment mogła się załamać.

– Sue, pamiętasz dwa tysiące jedenasty? – zapytałem.

Skinęła głową.

– Wydaje mi się, że dzisiaj mamy do czynienia z czymś podobnym.

Zerknęła na mnie i zobaczyłem wyraźnie, że drżą jej kąciki ust.

– Myślisz… że to test? – Nie zapanowała do końca nad głosem, choć bardzo się starała.

– Nie myślę. Ja to wiem. – Musiałem ją uspokoić za wszelką cenę. – Kto mógłby nas zaatakować bez ostrzeżenia? Chińczycy? Rosjanie? Po jaką cholerę? Przecież to nie dwudziesty wiek…

– Nie, to nie dwudziesty wiek…

Spodziewałem się, że uczepi się każdej myśli, która pozwoli jej odrzucić powagę sytuacji, i nie pomyliłem się.

– Pomyśl logicznie, Sue. Od czasu wojny z Iranem mamy cholernie nudną służbę. Sześć pieprzonych lat totalnego spokoju. Korea stała się oazą zjednoczonej szczęśliwości, Rosja jest zbyt zajęta liczeniem pieniędzy zarobionych na złożach Syberii, a Chiny wciąż nie przetrawiły Tajwanu.

– Wiesz, Adamie… – Moje słowa wreszcie zaczęły do niej docierać. – Przed wyjściem oglądałam wiadomości. Jutro jedziemy z dzieciakami Helen do Disneylandu w Anaheim, chciałam zobaczyć prognozy pogody. Na CNN nie było żadnej wzmianki o konflikcie czy wzroście napięcia…

– Sama widzisz. – Pozwoliłem sobie na łagodny uśmiech, choć nie byłem w nastroju do żartów. – Podejdźmy do tego spokojnie, Sue. Zobaczysz, za chwilę dostaniemy odwołanie tego kurewskiego alarmu.

Tym razem nie miałem racji. Odwołanie nie przyszło. Nie minęło dwadzieścia sekund, a wszystkie ekrany ożyły, wypełniając się kolejnymi rzędami cyfr. Nie wierzyłem własnym oczom.

Defcon 1!

Do silosów popłynęły z powierzchni potwierdzenia celów, kody dla poszczególnych głowic, na koniec dostaliśmy rozkazy natychmiastowego odpalenia. Teraz i ja poczułem zimny pot ściekający po plecach.

– Przechodzimy na taktyczny – wydałem polecenie, obawiając się, że Susan go nie wykona, ale ku mojemu zdziwieniu główny ekran natychmiast wypełnił się liniami i symbolami. – Klucz. – Rozpiąłem kombinezon i zerwałem łańcuszek, na którym miałem zawieszoną kartę magnetyczną zwaną potocznie, na pamiątkę dawnych czasów, „kluczem”. Trzymając ją w ręce, popatrzyłem na Susan. Wahała się, lecz gdy skinąłem głową, sięgnęła trzęsącymi się rękami do zamka błyskawicznego. – Odpalenie na trzy – powtórzyłem komendę, której nigdy nie chciałem wypowiadać na poważnie.

– Na trzy – padła krótka odpowiedź.

– Jeden.

– Jeden… – powtórzyła za mną, jakby cierpiała na echolalię.

– Dwa.

– Dwa… – Jej głos wyraźnie zadrżał.

– Trzy. – Mimo że przeciągnąłem klucz przez czytnik, ekran monitora pozostał czarny. Spojrzałem na Susan. Trzymała kartę w szczelinie, ale nie wykonała ostatniego ruchu. – Sue! – powiedziałem, starając się, aby zabrzmiało to nagląco. – Wykonaj rozkaz!

Pokręciła głową.

– Oszalałaś?! – Teraz już krzyczałem. – Odmawiasz wykonania rozkazu?!

– To nie może być prawda…

– Nie nam to oceniać! Wykonaj rozkaz!

– Nie! – odparła krótko i stanowczo.

Poczułem, że tracę nad nią kontrolę.

– Susan, nie wiem, co ci się roi w głowie, ale wiedz jedno: ci na górze wyprują z nas… a zwłaszcza z ciebie wszystkie flaki, kiedy dowiedzą się, że zawiodłaś.

– Jeśli wykonam rozkaz, skażę na śmierć miliony ludzi. Setki milionów…

– Jeśli to nie są manewry, właśnie skazujesz na śmierć setki milionów Amerykanów!

– To nie tak, Adamie… Jeśli to prawdziwa wojna, odpalenie naszych rakiet nie uratuje ani jednego istnienia. Ja po prostu nie mogę…

Niech to szlag. Reakcja jak z podręcznika. Lata szkoleń, a i tak nie wytrzymała napięcia i świadomości, że uczestniczy w zniszczeniu wszelkiego życia na planecie. Musiałem zagrać va banque, choć prawdę powiedziawszy, też znajdowałem się blisko granicy wytrzymałości.

– Sue, powiedz szczerze: ufasz mi?

– Tak.

– Zatem posłuchaj uważnie, co ci powiem. Nie mamy pewności, czy to prawdziwy alarm czy tylko niestandardowe ćwiczenia, prawda?

– Prawda – powtórzyła jak automat.

– Właśnie. – Zaczerpnąłem głęboko powietrza i poszedłem za ciosem: – Jestem pewien, że bierzemy udział w teście podobnym do tego z dwa tysiące jedenastego. A nawet jeśli się mylę, aktywując kody odpalenia, wcale nie bierzesz na siebie odpowiedzialności za to, co nastąpi. Po pierwsze, nie ty podjęłaś tę decyzję…

– Naprawdę? – Choć miała opuszczoną głowę, widziałem, jak kąciki jej ust wędrują w górę.

– Susan, wiesz równie dobrze jak ja, że na pięćdziesiąt dwa bunkry dowodzenia tylko szesnaście ma połączenie z wyrzutniami rakiet. I nikt nie wie, które z nich w danym momencie sterują całym systemem. Dobrze mówię?

– Dobrze. – Nadal na mnie nie patrzyła, ale zauważyłem, że napięcie ustępuje z jej twarzy.

Połknęła haczyk. Punkt dla mnie. Żeby wygrać, musiałem delikatnie doprowadzić sprawę do finału.

– Wyniki testu z czasów kryzysu tajwańskiego dowiodły, że mało kto podejmie się zgładzenia milionów ludzi. Dlatego dowództwo postanowiło skorzystać z opcji plutonu egzekucyjnego. Pamiętasz tę zasadę? Kilkunastu żołnierzy strzela, ale tylko dwóch, trzech używa ostrej amunicji. Nikt nie ma pewności, że zabił. Wszyscy mają za to nadzieję, że ktoś inny był katem. – Mówiąc te słowa, zaczynałem błogosławić człowieka, który wpadł na tak szatański pomysł. – Susan, podobnie jest z nami. Pewnie nawet nie ma znaczenia, czy użyjesz swojej karty czy nie. Rakiety i tak polecą. My tylko dbamy o gotowość bojową naszych silosów, kody są dublowane, nadejdą z paru miejsc równocześnie. Jeśli to prawdziwa wojna, twój sprzeciw się nie liczy, ale jeśli to ćwiczenia, właśnie marnujesz sobie życie. Wypieprzą cię na zbity pysk, a ja pewnie polecę zaraz za tobą. Zero odprawy, zero szans na przyzwoitą robotę, wilczy bilet na długie lata, pod warunkiem że nie wsadzą nas do więzienia za zdradę. Naprawdę tego chcesz? Marzy ci się spanie w kartonach gdzieś w East LA?

– Może masz rację…

– Mam rację, Susan – przerwałem jej bez ceregieli.

Wreszcie spojrzała na mnie. Zauważyłem, że ma łzy w oczach.

– Odpalamy na trzy – powtórzyłem rozkaz.

– Na trzy – potwierdziła.

– Raz.

– Dwa.

– Trzy. – Tym razem nasze głosy zlały się w jedno.

Znikające linie kodu na monitorach potwierdzały wykonanie rozkazu. Zabrało nam to sześć minut dwadzieścia sekund, a więc ponad trzy razy dłużej, niż zakładał regulamin.

Lepiej późno niż wcale, powiadają.

Otarłem pot z czoła. Mimo pracującej pełną parą klimatyzacji nagle w centrali zrobiło się duszno. Miałem cholerną nadzieję, że za sekundę zobaczę komunikat obwieszczający koniec ćwiczeń. A jeśli nie… Ja też chciałem wierzyć, że byliśmy tylko pionkami w tej grze, że ci na górze zadecydowali o wszystkim, a nam przyszło jedynie odgrywać rolę statystów. Chociaż użyłem klucza, chociaż namówiłem do tego Sue, nie dopuszczałem do siebie myśli, że oto wypuściliśmy na wolność szesnastu lśniących, smukłych jeźdźców apokalipsy.

– Amen – rozległ się szept Susan, ledwie zapadła cisza.

Oboje wpatrywaliśmy się w ekran taktyczny. Na razie nic się nie działo, oczami wyobraźni widziałem jednak na połyskującej matowo czerni potwierdzenie zdania testu, gdy wtem na górnej krawędzi mapy pojawiły się trójkątne symbole. Jeden, drugi, piąty, szybko straciłem rachubę. Naprzeciw nim mknęły z centrum mapy nie mniej liczne znaczki.

– Nadal sądzisz, że to ćwiczenia? – szepnęła Sue.

– Nie wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Nic już nie wiem.

– Mamy potwierdzenie, czyje to rakiety? – zapytała.

Sprawdziłem odczyty trajektorii.

– Idą znad bieguna i od wschodu. To Rosjanie.

– Rosjanie?

Tym razem nie odpowiedziałem. Wpatrywałem się w ekran, który przypominał mi obraz z archaicznej gry wideo, jaką mieliśmy wieki temu w Kansas City. Nie pamiętałem dokładnie jej tytułu. Missile Command czy jakoś tak… W każdym razie człowiek projektujący grafikę naszego ekranu taktycznego musiał być fanem tej gry. Linie przedstawiające tory nadlatujących rakiet wydłużały się wolno, lecz nieustannie. Zbyt wolno. Nasze pociski przechwytujące powinny je dopaść jeszcze nad terytorium Kanady. Sto, może nawet dwieście mil od granicy. Czekałem na wynik tego starcia, zaciskając nerwowo dłonie na wytartych oparciach fotela.

Tymczasem nadlatujące z północy punkty rozmnożyły się nagle. Wcześniej trudno było zliczyć wędrujące po mapie symbole, teraz pomimo wielkich rozmiarów ekranu nakładały się na siebie. Wiedziałem, co to oznacza. SS-26 w pełni zasługiwały na złą sławę, jaką się cieszyły. Komputery ukryte w ich korpusach zdążyły odpalić mrowie samonaprowadzających się głowic i jeszcze większą liczbę pozorowanych celów, zanim same rakiety znalazły się w polu rażenia pocisków przeciwrakietowych. Dosłownie kilka sekund później na ekranie pojawiły się pierwsze białe plamki wskazujące miejsca eksplozji ognia zaporowego. Utworzyły one migający, przerywany pas ciągnący się przez cały kontynent, od Atlantyku po Pacyfik. Zniknęły w nich setki kresek oznaczających trajektorie lotu wrogich rakiet. Te, które pozostały, czerwone, były śladami po międzykontynentalnych pociskach mknących w stratosferze ku niewidzialnym dla nas celom na południowej półkuli.

Biel wypełniająca górną część ekranu powoli bladła i zobaczyłem, że pomimo ogromnych strat, jakie zadaliśmy przeciwnikowi, część głowic nadal leci w kierunku naszej granicy. Nie był to już jednak rój. Atak przetrwało zaledwie parę setek z wielu tysięcy śmiercionośnych zabawek, jakie przed chwilą widziałem, ale nawet tak mała ich liczba wciąż zapowiadała zagładę milionów ludzi. Nawet po wzięciu poprawki, że wiele z nich mogło być atrapami. Oblizałem spierzchnięte wargi i zleciłem komputerowi przeliczenie namiarów. Nacisnąłem enter i w tej samej chwili z głośników popłynęła muzyka. Ballada dinozaura rockowej sceny, Bruce’a Springsteena. Born in the USA. Spojrzałem zdziwiony na Susan. Odpowiedziała mi bladym uśmiechem.

– Seattle. KTWA. Gwiazda Północy, moja ulubiona stacja.

Przypomniałem sobie, że Sue pochodzi z zabitej dechami dziury leżącej niedaleko Seattle. Nie starałem się nigdy zapamiętać nazwy tej na wpół indiańskiej wioski, której chyba nikt poza samymi mieszkańcami nie potrafił poprawnie wymówić. Skinąłem głową na znak, że rozumiem.

– Potem przełączę na Kansas City – szepnęła, jakby nie chciała zagłuszyć muzyki.

– Daj trochę głośniej – poprosiłem, obserwując ekran.

Głowice powoli zbliżały się do linii oznaczającej granicę. Za moment do akcji włączą się baterie starych, dobrych custerów, na których oparliśmy nasze wewnętrzne linie obrony – laserowe systemy miało tylko kilka najważniejszych baz – ale nie wątpiłem, że ta walka jest już przegrana. Inteligentne głowice, które przetrwały nuklearną nawałnicę nad Kanadą, spokojnie poradzą sobie z bronią konwencjonalną. Zanim spiker zaczął zapowiadać następny utwór, na miejscu napisu „Seattle” pojawił się biały krąg oznaczający detonację ładunku i pole jego rażenia.

– Seattle dwie kilotony, trineutrino – poinformował nas uroczy głos Annabelle płynący z głośników. Ciekawe, co ta stara dziwka myślała, nagrywając te komunikaty? – „Seattle” jedna megatona, nuklearna.

Spojrzałem zdziwiony na radio. Pomimo potwierdzonego ataku dwiema głowicami, pomimo użycia trineutrina, nadal słyszałem muzykę i szczebioczący głos jakiejś nastolatki zamawiającej utwór dla swojego chłopaka. Zerknąłem na Susan tylko po to, by zobaczyć, że znów siedzi z opuszczoną głową.

Tymczasem na mapie pojawiało się coraz więcej białych plam. Annabelle nie nadążała z wymienianiem atakowanych miejsc, uaktywniane przez komputer komunikaty nakładały się na siebie. Z danych telemetrycznych wynikało, że przez ogień zaporowy drugiej fali obrony przedarło się sto czternaście obiektów, trajektorie wskazywały na sześćdziesiąt trzy cele w dwudziestu stanach. Piętnaście procent z nich, może nieco więcej, da się jeszcze zniszczyć na szczeblu lokalnym. Słuchając raportów o kolejnych trafieniach, zastanawiałem się, ile miast uda nam się jeszcze ocalić.

Ta gra miała proste zasady: odpalasz wszystko, co masz, licząc na to, że przeciwnik nie zdoła strącić wystarczającej liczby głowic, i czekasz na kontrę, mając nadzieję, że uda ci się zneutralizować więcej nadlatujących pocisków.

Proste, skuteczne, bezsensowne.

Realne, jak widać.

Z jednym wyjątkiem.

Od północy nadciągało kolejne mrowie białych linii. Były jeszcze daleko, docierały dopiero do Cieśniny Hudsona, tylko kilka przekroczyło żółtą linię granicy prowincji Manitoba. Pieprzone komputery zupełnie pogłupiały, pomyślałem. Druga fala?

W tej samej chwili, zgodnie ze znanymi mi procedurami, na samej krawędzi mapy zrobiło się biało i natychmiast zapomniałem o usterce systemu. Ruscy też się bronili. Kolejne miliony słońc rozbłysły nad biegunem, ale to już nie miało znaczenia. Nic nie powstrzyma śmierci niesionej w tytanowych stożkach głowic trineutrinowych, po tysiąckroć silniejszych niż cały moskiewski i pekiński szmelc…

– Chicago jedna kilotona, trineutrino, Chicago dwie megatony, nuklearna, Chicago brak klasyfikacji… – komputerowo przetworzony głos Annabelle kontynuował tymczasem monotonną wyliczankę, w miarę jak głowice docierały do kolejnych celów, a muzyka wciąż wypełniała centrum dowodzenia.

– Jesteś pewna, że to ta stacja? – zapytałem skołowany.

Sue skinęła głową, zresztą jakby w odpowiedzi na moje pytanie zagrano dżingla rozgłośni i wyraźnie usłyszałem jej nazwę.

– Sprawdź Chicago – poleciłem dziewczynie i zamiast kolejnego nagrania usłyszałem szumy i trzaski.

– Mam – rzuciła kilka sekund później. – CRKO!

Zniszczone Chicago nadal nadawało. Pomimo iż fala nuklearnych eksplozji dotarła już do środkowych stanów i minęła Kansas.

– Wiesz, co to znaczy?! – krzyknąłem do Susan.

Pokręciła wolno głową.

– Ćwiczenia! To są tylko pierdolone ćwiczenia! Nie ma żadnej wojny! Ktoś zrobił z nas wała.

Roześmiała się, najpierw ostrożnie, a potem na cały głos.

– A ja już myślałam, że rozwaliliśmy ten cholerny świat.

– Pierdolone gry wojenne… – Rozsiadłem się wygodnie na fotelu i podłożyłem ręce pod głowę.

Ulżyło mi.

O kurwa, jak mi ulżyło.

Spoglądałem na ekran pokryty białymi cętkami aż po granicę z Meksykiem, a potem przeniosłem wzrok na setki linii zbliżających się od północy i śmiać mi się zachciało. Dopiero teraz zacząłem kojarzyć fakty, które wcześniej, w stresie, umknęły mojej uwadze. Nie było stratosferycznych gigaeksplozji, którymi wróg powinien oślepić nasze systemy obronne. Nie było ataku od strony morza, a przecież okręty podwodne wciąż stanowiły istotny element rosyjskich ofensywnych sił atomowych. To one powinny uderzyć pierwsze, niszcząc nasze systemy obronne i nabrzeżne miasta. Dokładnie tak, jak robił to teraz komputer, w tej fazie symulacji. Linie biegnące ze wschodu i zachodu były o wiele krótsze, ale znajdowały się znacznie bliżej naszych granic niż nadciągający od północy rój, równie liczny jak pierwsza fala. Kto wymyślał takie ściemy? Zostaliśmy zaatakowani w pełnej skali, odpowiedzieliśmy totalnym kontratakiem. Koniec, kropka. Niby skąd Ruscy mieliby wytrzasnąć drugie tyle rakiet do powtórnego uderzenia? Teraz nie miałem już żadnych wątpliwości. To tylko pierdolony pozorowany atak.

– Devlin to kawał skurwiela – powiedziałem. – Jeśli nie postawi nam wszystkim kolejki jutro rano, osobiście powieszę go na maszcie flagowym na jego zajebiście wykrochmalonym czterogwiazdkowym krawacie. Susan, daj głośniej ten kawałek i zrób nową kawę.

Wyłączyłem fonię systemu – głos Anabelle był teraz ostatnim, jakiego chciałem słuchać. Właśnie zapowiedziano temat przewodni z Syna gladiatora. Mój ulubiony, mocny, choć przy tym balladowy utwór, który od trzech tygodni okupował pierwsze miejsca list przebojów. Sue dopiero wstawała, więc sięgnąłem po ledwie ciepłą kawę i pociągnąłem spory łyk, patrząc od niechcenia na ekran, na którym kolejna fala rakiet zbliżała się do naszej północnej granicy, tym razem nieatakowana przez nikogo, bo też niby kto miałby je atakować, skoro odpaliliśmy wszystko, co Wuj Sam trzymał za pazuchą. Jak przed chwilą, na mapie znów pojawiły się białe cętki eksplozji, także po kanadyjskiej stronie. Nie wyłączając stratosferycznych gigantów.

I znowu Seattle, Toronto, Boston, Detroit…

Słowa refrenu zniknęły w statycznym szumie w tym samym momencie, gdy biała plama pojawiła się na napisie „Chicago”.

– Co jest…? – Teraz ja zakrztusiłem się kawą.

Odstawiłem kubek i rzuciłem się do radia równocześnie z Sue. Zacząłem nerwowo przełączać kanały. Seattle milczało jak zaklęte. Nowy Jork wciąż nadawał. Spojrzałem na ekran – kilkanaście kresek kończyło się niedaleko czerwonej kropki oznaczającej centrum miasta. Dwie prowadzące ze wschodu, znad Atlantyku, praktycznie dotarły już do celu. Tuż przed przecięciem linii wybrzeża nagle wytrysnęły z nich pęki odnóg. Szlag by to! Podkręciłem głośność na maksimum. Relacja z wczorajszych rozgrywek NBA zniknęła z eteru dokładnie w chwili, gdy na ekranie zakwitł wielopłatkowy blady kwiat. Pozostał jedynie statyczny, zagłuszający wszystko szum.

– Rozumiesz coś z tego, Tom?

Nie odpowiedziałem. Rzuciłem za to okiem na prawą stronę ekranu. Daleko nad Pacyfikiem pojawiły się pierwsze symbole oznaczające rakiety Państwa Środka.

Ktoś, gdzieś, właśnie w tej chwili postanowił zakończyć definitywnie sprawę przeludnienia, walki o prymat religijny, gospodarczy i militarny. Kim był ten człowiek, nie wiedziałem. Jedno tylko było stuprocentowo pewne: mieliśmy do czynienia z kurewskim podstępem Rosjan. Musiałem przyznać, że doskonale zagrali, likwidując w niepojęty dla mnie sposób nasze systemy obrony. Nie było żadnej pierwszej fali. Odpaliliśmy rakiety przeciw fantomom widzianym tylko przez komputery NORAD-u. Zmasowany ogień zaporowy nie zniszczył ani jednej z nadlatujących rakiet, bo ich tam nie było. Co więcej, każdy postronny obserwator tego konfliktu przyzna, że pierwsi uderzyliśmy na przeciwnika z zaskoczenia.

Ale czy ktokolwiek przeżyje wojnę, aby móc zeznawać w tej sprawie?

Poważnie w to wątpiłem.

Druga fala rosyjskich rakiet trafiała ze stuprocentową skutecznością. Tym razem, zgodnie z moimi przewidywaniami, także okręty podwodne uderzyły na wszystkie cele, od Alaski po Meksyk. Nikt i nic nie mogło im przeszkodzić w dokonaniu dzieła zniszczenia. Wyprztykaliśmy się nawet z custerów. Nadszedł dzień zagłady, już za kilka chwil na całym kontynencie nie będzie nawet jednej żywej bakterii.

Żeby tylko na kontynencie…

Przełączyłem widok na tryb globalny.

Nic. Tylko szum. Straciliśmy wszystkie satelity. Spróbowałem przejść na pasmo awaryjne. Dopiero za trzecim razem udało mi się chwycić przekaz. Obraz był zniekształcony i strasznie ziarnisty, ale mimo to wyraźnie poświadczał, że nieliczne urządzenia szpiegowskie umieszczone na najwyższych orbitach, już w przestrzeni kosmicznej, przetrwały tę fazę ataku. Świat był już ślepy i głuchy, lecz my wciąż mogliśmy obserwować jego zagładę.

Z tej odległości nie widziałem szczegółów, jednakże nie były mi one do niczego potrzebne. Po zmianie długości fali Europa zaświeciła bielą od Gibraltaru aż po Kaukaz. Podobnie Chiny, Indie, Bliski Wschód… Nawet niezmierzona pustka Syberii zniknęła pod dziesiątkami opalizujących kręgów. Wyglądało na to, że za naszym przykładem każde mocarstwo odpaliło wszystko, co miało na stanie. Jednego tylko nie potrafiłem zrozumieć. Z tego, co nam przez lata wpajano – a czego potwierdzenie widziałem teraz na każdym ekranie – wynikało jasno, że Rosja nie ma systemów obrony przeciwrakietowej zdolnych powstrzymać nasze totalne uderzenie. Wymiana ciosów na pełną skalę była dla niej samobójczym posunięciem. Dlaczego więc zaatakowała, wiedząc, że podstęp, który pozbawił terytorium USA obrony, nie zdoła powstrzymać pocisków balistycznych z głowicami milion razy bardziej niszczycielskimi niż każda broń, jakiej kiedykolwiek przeciw nim użyto? Przykład irańskich miast wyjałowionych błyskiem trineutrinowych głowic sprawił, że świat stał się lepszym miejscem na niemal sześć lat. I zdawać by się mogło, że widząc skutki działania nowej broni, wszyscy atomowi krzykacze pochowali głęboko swoje zabawki…

W tym momencie wpadłem na szalony pomysł. Czy to możliwe, by ktoś włamał się do naszego systemu? Do komputerów w Górze Grzmotów? Gówniarz, który chciał zagrać w gry wojenne, jak na tym starym filmie? Nie, to niedorzeczność, systemy obrony od lat nie miały połączeń ze światem. Im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym mocniejszego nabierałem przekonania, że to, co obserwuję na podglądzie globalnym, nie ma najmniejszego sensu.

Nagle obraz zamigotał i zniknął. Zrezygnowałem z ponownego namierzania sygnału. Spojrzałem za to na ekran taktyczny. Większą część kontynentu pokrywała głęboka czerń. W tej fazie ataku mogliśmy odbierać jedynie szacunkowe dane przeliczane z sieci lokalnych czujników i sejsmografów. Mój wzrok automatycznie powędrował ku miejscu, gdzie lśnił mały czerwony punkt. Nasza baza. W jej kierunku leciały trzy głowice.

Pierwsza przeszła nad nami, kierując się na pobliskie San Diego. Druga szła bokiem, zapewne mknąc ku jakiemuś sobie tylko znanemu celowi; jeśli nawet wybuchnie, to za sąsiadującym z nami pasmem gór albo już w Meksyku. Pozostawała jeszcze trzecia. Biała plamka przykrywająca czerwoną kropkę zbiegła się z odległym pomrukiem i lekkim, aczkolwiek dobrze wyczuwalnym wstrząsem. Światła zgasły na moment, ale zaraz włączyły się generatory awaryjne. Wszystkie dane z ekranów zniknęły.

Przeszliśmy na zamknięty obieg wewnętrzny.

– Tom? – Zadziwiająco spokojny głos Susan wyrwał mnie z zamyślenia.

– Tak?

– Co teraz z nami będzie? – zapytała, wpatrując się we mnie jak w święty obrazek.

Przełknąłem nerwowo ślinę i posłałem jej uśmiech. Wypadł gorzej niż źle.

– Powiedz mi: Co teraz z nami będzie? – powtórzyła pytanie, na które nie było prostej odpowiedzi.

– A co ma być? Musimy sprawdzić procedury przewidziane na taką sytuację. Wejdź do głównej bazy danych i wprowadź kod… – sprawdziłem w książce – November, Oscar, Tango, Beta, sześć, sześć, sześć.

– November, Oscar, Tango, Beta, sześć, sześć, sześć – potwierdziła mechanicznie, wprowadzając dane do terminalu.

Swoją drogą, ktoś miał poczucie humoru, nadając instrukcji awaryjnej taki właśnie kryptonim. „Number of the Beast is… 666”. A może to tylko moja podświadomość zaczynała już płatać figle.

Spojrzałem na ekran. Przez moment nic się nie działo. Potem pojawiło się logo Strategicznego Dowództwa Sił Rakietowych i dwie opcje: „Procedury kontrolne” oraz „Sytuacje alarmowe”. Ta druga musiała się pojawić po wprowadzeniu kodów uzbrajających głowice, a może już po odpaleniu. Ciężko było zgadnąć. Widzieliśmy ją po raz pierwszy.

Wybrałem „Sytuacje alarmowe”. Teraz czekał mnie żmudny proces przebrnięcia przez kolejne zabezpieczenia zakładane chyba tylko po to, by programiści mogli z czystym sumieniem skasować potrójne honoraria. Wreszcie dotarłem do katalogu zawierającego instrukcje dla załóg na wypadek wybuchu konfliktu nuklearnego na skalę planetarną.

Czytałem przez dłuższą chwilę, w milczeniu otwierając kolejne katalogi i pliki. Susan czekała cierpliwie, aż skończę. Gdy odsunąłem ekran czytnika, podeszła do mojego stanowiska.

– Jakie wiadomości? – zapytała, stając za moimi plecami.

– Raczej dobre. – Popatrzyłem w jej zapłakane i wylęknione oczy. – Nie zgadniesz, ale sukinsyny miały plan nawet na taką okazję. Nie zginiemy, Sue. Pod tymi pomieszczeniami – wskazałem podłogę – mieści się kompleks kriogeniczny z dwiema komorami dla załogi, czyli dla nas. Możemy przespać najbliższe dziesięć lat, spowalniając funkcje życiowe ponaddwudziestokrotnie, aż stopień skażenia opadnie do minimum.

– No to mamy szczęście… – szepnęła Susan, gdy sięgałem do przełącznika. – Ale co dalej?

Zatrzymałem się w pół ruchu.

– Słyszałaś o programie Arka?

– Co nieco… Ludzie w bazie gadali o nim, ale traktowałam to wszystko raczej jako plotki niż coś konkretnego.

– Tutaj jest całe dossier tego projektu. Nie uwierzysz, ale teraz jesteśmy jego częścią.

– My? – zapytała mocno zdziwiona.

– Tak, my. Skurwiele przygotowali się na wszystko. Nasza baza, jak i pięćdziesiąt jeden pozostałych stanowisk odpalania rakiet, jest częścią systemu, który pozwoli odbudować życie na Ziemi. W dziesiątkach podziemnych magazynów na terenie kraju ukryto wyselekcjonowane nasiona roślin. W zabezpieczonych przed atakiem podziemnych laboratoriach zgromadzono materiał genetyczny pozwalający na klonowanie niemal wszystkich znanych gatunków zwierząt. My natomiast, droga Sue, jesteśmy kandydatami na nowych Adama i Ewę.

– To jakaś paranoja…

– Może dla ciebie, ale z pewnością nie dla tych, którzy to wymyślali. Za dziesięć lat nad Zjednoczonymi Kontynentami Ziemi będą powiewać jedynie gwiaździste sztandary. Nie będzie granic, nie będzie narodów, nie będzie wojen. O ile nasi szanowni przeciwnicy nie mieli podobnych wynalazków. Ale sądząc z tego, co tu napisano, raczej nie byli jeszcze gotowi na konfrontację…

– Sądzisz, że tam, na górze…

– Tak, Sue – przerwałem jej, wiedząc, co za chwilę powie. Wbrew pozorom sam byłem bliski załamania i choć działanie adrenaliny, nawet wspomaganej kawą, powoli mijało, bałem się momentu, w którym słabość weźmie nade mną górę. – Nie ma tam nikogo, kto zdoła przeżyć następny dzień.

– Nikogo… – szepnęła, siadając.

– Nikogo – powiedziałem. Wprawdzie na myśl przyszła mi załoga ISS, ale… Nie, nawet oni nie mieli szansy przy tej skali konfliktu. – Według danych – wskazałem na czytnik – jedna dziesiąta tego, co na nas zrzucono, wystarczyłaby do całkowitego wyeliminowania czynnika ludzkiego z powierzchni Ameryki Północnej. – Kurwa, co ja mówię?! Jakiego czynnika ludzkiego? Ludzi! Pieprzonych ludzi z krwi i kości, wszystkich tych, których kiedykolwiek znałem, których ona znała. – Jeśli się nie mylę, obecnie ostatni żywi członkowie kochającej pokój międzynarodowej społeczności z antypodów spuszczają sobie na głowy kolejne kilotony trineutrina i klasyczne głowice wodorowe. Europa i Azja świeciły jak bożonarodzeniowe choinki na globalnym, kiedy ostatni raz na niego spoglądałem, Afryka nie liczyła się w tym konflikcie, ale jeśli dobrze znam życie, nasi rosyjscy przyjaciele nie zapomnieli o strefach wpływów konkurencji na tym kontynencie, tak jak my zadbaliśmy, żeby nikt nigdy więcej nie usłyszał rosyjskiego na Czarnym Lądzie. Ameryka Południowa… – Wzruszyłem ramionami, przypomniawszy sobie przemykającą nad bazą głowicę. – Może chociaż Oceania przetrwa, lecz w to też wątpię. Za dużo tam było wysuniętych baz wojskowych. Także naszych. To koniec. Broń neutronowa była ponoć czysta, ale trineutrino to nie krok, ale skok za horyzont w tej kategorii. Promieniowanie milion razy bardziej zabójcze od wszystkiego, co znaliśmy. Maksimum efektu przy zerowych zniszczeniach. Jeden durny wybuch oznacza eksterminację wszelkich form życia w promieniu dziesiątek, a nawet setek kilometrów od punktu zero. Nawet najtwardsze bakterie, choć potrafiły przetrwać w pustce kosmicznej i w głębi oceanu, zdychają w bólach, kiedy spotkają na swojej drodze choć jedną cząsteczkę trineutrino… – Przerwałem, czując absurdalność tej przemowy. – Wiesz, Sue, co jest w tym wszystkim najbardziej pokręcone? Chociaż doprowadziliśmy w końcu do Armagedonu, według tego planu – stuknąłem palcem w ekran – według tych dokumentów, mamy jeszcze szanse. Za trzy, może pięć lat warunki unormują się na tyle, że zautomatyzowane elementy programu Arka będą mogły rozpocząć prace nad formowaniem biosfery nowej Ziemi. Po następnych kilku latach, gdy ta jego faza dobiegnie końca, zostaniemy obudzeni. My i pozostałe załogi. W sumie tysiąc siedemset osiemdziesiąt osób, wliczając nową Górę Grzmotów, Stratosferę i Atlantydę. Potem dojdzie do tego personel ośrodków sztabowych i bunkrów rządowych. Czyli następne piętnaście setek wyselekcjonowanych ludzi. Razem daje to ponad trzy tysiące ojców i matek założycieli. Oto cała nowa ludzkość. – Wskazałem znów na monitor – Jeśli chcesz, możesz poznać nazwiska wszystkich ocalonych. Mam tu nawet ich zdjęcia.

– Bunkier rządowy? – zapytała z nieobecnym wzrokiem. – Tam są ci, którzy to zaplanowali…

– Tak, na pewno. – Nie od razu zrozumiałem, co powiedziała. Wstałem spokojnie z fotela i dopiłem kawę. Robiłem, co mogłem, żeby się teraz nie rozsypać. – Sądzę, że spotkamy ich wkrótce po przebudzeniu.

– Nie zasłużyli na to, by żyć… – Wypowiedziała te słowa takim tonem, że poczułem ciarki na plecach. Wreszcie dotarło do mnie, o czym naprawdę mówi. W tej samej chwili Susan wybuchnęła płaczem.

– Nie sądzisz chyba, że to oni z rozmysłem ściągnęli na nas taką katastrofę? – odparłem łagodnie. – Widziałaś, co się stało. Myślisz, że w kolegium połączonych sztabów znalazłby się ktoś, kto poświęciłby życie setek milionów Amerykanów w tak bezsensownym akcie desperacji?

– Prawdę mówiąc…

– Widziałaś to tutaj, na ekranie – wpadłem jej w słowo. – Rosjanie pozbawili nas obrony, oszukując system komputerowy, a potem uderzyli, wysyłając wszystko, co mieli… Jakoś włamali się do systemów obrony i prawie nas dostali… Może liczyli na to, że te szesnaście procent da im w finale szanse… – Teraz to do mnie dotarło. Tak, miałem przed sobą brakujące ogniwo, które usuwało z nuklearnej łamigłówki wszystkie znaki zapytania. Na to skurwiele mogli liczyć. Na brak pełnej odpowiedzi. – Ale nie skrewiliśmy, zdołaliśmy odpalić, co trzeba.

Milczała, choć przestała płakać.

– Sue, nie jesteśmy mordercami, broniliśmy się. Broniliśmy naszego kraju.

– Ale go nie obroniliśmy… – Westchnęła, a jej oczy znów zalśniły od łez. – Helen, dzieciaki, Disneyland…

Nie tylko Helen i jej bliźniaki, pomyślałem. Wszyscy, których znaliśmy. Których ty znałaś i kochałaś. Bo ja… Ze mną sprawa wyglądała nieco inaczej. Ja wciąż miałem obok siebie jedyną osobę, którą naprawdę kochałem. Wszystko, na czym mi kiedykolwiek zależało, było ze mną tutaj, pod ziemią. Nawet Frank, jedyny człowiek, który zasłużył w moich oczach na miano przyjaciela, zasuwał teraz do jakiejś komory pod terenem bazy, jak wszyscy żołnierze z nocnej zmiany. Ale Sue miała rodzinę i mnóstwo przyjaciół… I wszyscy zostali tam, na powierzchni.

Ją zwerbowano już po nowelizacji ustawy.

Ona mogła mieć rodzinę.

– Jedno jest pewne – powiedziałem. – Nie cierpieli. A my zabiliśmy wszystkich, którzy zesłali na nich śmierć. Zabiliśmy ich żony, matki, dzieci, kochanki, psy, koty i kanarki. To my, Sue, tylko my, jesteśmy Aniołami Zagłady, nie zapominaj o tym. A za kilka lat, kiedy wrócimy na powierzchnię, stworzymy nowy świat, w którym już nikt nigdy nie będzie musiał nikogo zabijać.

– Nie wciskaj mi tych propagandowych gówien… – próbowała mi przerwać i słusznie, bo pieprzyłem jak potłuczony.

– Przysięgam ci, Sue, na wszystko, co jest mi drogie, że to będzie lepszy świat – powiedziałem nie tylko po to, by ją uspokoić. Chciałem wierzyć, że odrodzona Ziemia w końcu dostanie szansę na odtworzenie nowej, lepszej ludzkości.

Wziąłem ją za rękę i poprowadziłem do windy, w duszy błogosławiąc faceta, który miał tyle rozsądku, że przewidział, iż w obliczu tak ciężkiego stresu załogi stacji bojowych muszą przejść załamanie nerwowe. Zresztą to, że przewidział, nie było może niczym niezwykłym. Najważniejsze, że znalazł sposób, by temu zaradzić. Przynajmniej teoretycznie. Od momentu uruchomienia alarmu w powietrzu, którym oddychaliśmy, znajdowały się środki uspokajające. Wyczytałem tę informację niedawno, w przeglądanych plikach dotyczących sytuacji alarmowych. Tylko dzięki rozpylonym farmaceutykom Sue całkowicie się nie rozkleiła. Tylko one sprawiły, że i ja jeszcze trzymałem się na nogach.

Używając dwóch kluczy, aktywowaliśmy awaryjny panel kontrolny. Po wpisaniu kodu zaczerpniętego z baz danych Arki winda ruszyła w dół, chociaż nasze piętro było ostatnim, jakie zaznaczono na tablicy w kabinie. Jazda nie trwała długo, zaledwie kilka sekund, a po otwarciu drzwi ogarnęły nas półmrok i chłód.

Światła na tym poziomie zapalały się, w miarę jak szliśmy przez zapchane sprzętem korytarze. Nie był to może imponujący kompleks, ale zgromadzono w nim tak wiele nowoczesnej aparatury, że niejeden ogromny instytut badawczy oddałby za nią kilkuletnie dotacje. Na samym środku centralnej sali stały dwie komory kriogeniczne. Wysokie na osiem stóp, z przezroczystymi pokrywami wyglądały jak dekoracje z wysokobudżetowego filmu fantastycznonaukowego. Susan, wciąż pociągając nosem, usiadła w głębokim fotelu przy centralnej konsoli, a ja włączyłem zasilanie i przeprowadziłem testy kontrolne. Wszystko było w najlepszym porządku. Wnętrza przetrwalni rozjarzyły się jasnym, aseptycznym światłem.

– Wszystkie systemy gotowe do rozpoczęcia procesu usypiania. – Głos, który popłynął z komputera, był równie seksowny jak ten, który towarzyszył nam na każdym kroku w bazie, ale z pewnością nie należał do Annabelle. – Proszę zdjąć ubranie i udać się do strefy odkażania.

Wykonałem posłusznie wszystkie polecenia płynące z głośników i piętnaście minut później stałem obok Sue przed otwartymi wrotami komór. Oboje byliśmy chemicznie czyści i spokojni.

– Panie mają pierwszeństwo – powiedziałem, wskazując na nią. – Wybieraj uważnie, bo przez najbliższych dziesięć lat nie uda ci się zmienić pościeli.

Uśmiechnęła się do mnie i objęła ramionami. Była o głowę niższa, więc musiałem się pochylić, by ją pocałować.

– To, żebyś miał o czym śnić – szepnęła, oddając pocałunek, a ja odwdzięczyłem się jej czymś więcej. Potem musieliśmy przejść raz jeszcze całą procedurę odkażania. Komputery nigdy nie zrozumieją natury człowieka.

 

 

Wspinaczka na szczyt wzgórza po osypującym się zboczu nie należy do najłatwiejszych zadań. Wprawdzie w tych okolicach nigdy nie było zbyt wiele roślinności, ale nawet rzadko rosnące krzewy albo kępki trawy dawały wędrowcowi jakieś oparcie. Teraz jednak nie mogłem na to liczyć. Pozostało więc mozolne wspinanie się zakosami po miejscach o jak najmniejszym kącie nachylenia. Trwało to trochę dłużej, ale dawało gwarancję dotarcia na szczyt bez wielu siniaków i otarć skóry, o czym zdążyłem się już boleśnie przekonać. Brakowało mi jeszcze kilkudziesięciu metrów, by osiągnąć cel, a już byłem krańcowo zmęczony. Przygotowania do wyjazdu zabrały mi niemal cały dzień, potem doszła nieprzespana noc tuż obok Susan i wymarsz o poranku.

Jeszcze krok, jeszcze dwa. Wykonywałem automatyczne ruchy, gdyż ból przemęczonych mięśni był zbyt silny, aby świadomie podejmować kolejne próby podniesienia stopy. Wreszcie dotarłem na szczyt. Usiadłem i osuszyłem bandaną pot z czoła. Porównałem widok z elektronicznym pozycjonerem i odczytem kompasu. Przez lornetkę przyjrzałem się widocznym w oddali zabudowaniom i prostej jak strzała dwupasmówce biegnącej na zachód środkiem szerokiej doliny. Według mapy była to niewielka osada Yoshua Tree, a szosa prowadziła do nieco większej miejscowości Twentynine Palms. Zgodnie z moimi oczekiwaniami jezdnia była niemal całkowicie pusta. Przy tak małej gęstości zaludnienia nie spodziewałem się na niej poważniejszych przeszkód. W zasięgu wzroku naliczyłem może trzy wraki. Ale gdyby nawet było ich więcej, mógłbym wybrać jeden z objazdów, skręcając w którąś z polnych dróg przecinających raz po raz kamienistą równinę ciągnącą się wzdłuż linii wzgórz i niknącego na horyzoncie pasa asfaltu. Zaznaczyłem na ekranie pozycjonera najdogodniejszą trasę do lokalnej dwudziestki dziewiątki i zlustrowałem z przyzwyczajenia horyzont.

Krajobraz tych okolic nie zmienił się prawie wcale. Nawet zabójcze promieniowanie trineutrinowe nie było w stanie rozwodnić błękitu kalifornijskiego nieba. A czerwonawa ziemia, jałowa i pylista, od wieków rodziła wyłącznie skąpą roślinność, która była albo rdzawobrązowa, albo wręcz posępnie szara. Jedynym wyjątkiem, jaki przychodził mi na myśl, były słynne drzewka Jozuego, od których wzięła nazwę osada w dole, ale ich, pomimo ścisłej ochrony, nie widywało się zbyt wiele w tej okolicy. Nawet przed atakiem.

Rzuciłem okiem w dół zbocza, po którym tak mozolnie piąłem się jeszcze przed chwilą. Quad stał u podnóża wzniesienia, tam gdzie go zostawiłem, bo gdzież by mógł stać. Jestem chyba jedynym człowiekiem, który łazi dzisiaj po tym przeklętym przez Boga i ludzi kontynencie. Jeśli nie po całym świecie.

Duża chmura zasłoniła palącą tarczę słońca, przynosząc chwilę ulgi zaczerwienionej skórze. Położyłem się na nierównej powierzchni wyschniętej ziemi i rozprostowałem kości. Odpoczywałem z przymkniętymi oczyma, pozwalając, aby chłodny wietrzyk buszował mi we włosach. Cholernie zmęczyła mnie ta wspinaczka…

 

 

…Obudził mnie sygnał alarmowy. Mała czerwona plamka rozrywająca nerw wzrokowy nawet przez powieki. Próbowałem ją podświadomie ignorować, ale błyski stawały się coraz jaśniejsze. Zaczynały sprawiać mi ból. Wreszcie przemogłem się i otworzyłem oczy. Za oszronioną szybą panował mrok, jedynie umieszczona na niewielkim panelu czerwona dioda przerywała tę ciemność w miarowych sekundowych odstępach.

Sygnał alarmowy? Jaki znowu sygnał alarmowy? Przecież ja… No właśnie, co ja robię w tej zimnej i ciemnej trumnie? Wspomnienia wracały powoli, ale były znacznie boleśniejsze niż rytmiczne ukłucia rubinowego światła. Wojna, program Arka, dziesięcioletni sen. Wszystko to wyłaniało się z mojej pamięci stopniowo, na wpół realnie, jak zapamiętany z dzieciństwa koszmar. Wyszarpnąłem rękę z mocowania i sięgnąłem do zamka, zrywając dziesiątki przewodzików fizykoterapeutycznych, które przez cały czas hibernacji utrzymywały moje mięśnie w stanie aktywności. Jedno pociągnięcie wystarczyło, by pokrywa z cichym sykiem odjechała na bok, wpuszczając do środka o wiele cieplejsze powietrze. Szron z szyby topił się błyskawicznie, a krople wody głośno kapały na podłogę, zakłócając wszechobecną ciszę.

Poczułem się znów jak wtedy na lotnisku, gdy pierwszy raz wysiadałem z samolotu w strefie podzwrotnikowej. Tyle że lata temu, biegnąc po pasie startowym, nie myślałem wcale o wysokiej temperaturze i wilgotności powietrza. Bardziej interesowało mnie, czy świszczące wokół pociski nie zamienią mojego ciała w krwawy ochłap – jeden z tych, które wypełniają powracające do kraju worki na zwłoki. Dopiero wiele dni później zrozumiałem, że pocisk, który słyszysz, nie ma szansy cię zabić. Śmierć przychodzi skrycie, niosąc niezmierzony chłód… Dotknąłem lodowatej skóry na czole, poczułem na niej mnóstwo kropelek potu. A może była to woda, ostatnia pamiątka po mrozie komory kriogenicznej? Wzdrygnąłem się, czując spływające po plecach strumyczki. To przywróciło mi zdolność racjonalnego myślenia.

Dioda. Czerwona dioda. Czy tak wygląda standardowa procedura wybudzania? Chyba nie. Według zapisów w dokumentacji to raczej jakiś… Alarm! Coś spowodowało alarm! Na tyle poważny, że automat medyczny zdecydował się na rozpoczęcie procedur wybudzania.

Zdjęcie elektrod i pozostałych przewodów łączących mnie z komorą trwało kilka sekund. Wychodząc z kabiny, zrywałem je z siebie dziesiątkami, ale i tak nie zdołałem odłączyć wszystkich. Ostre szarpnięcia w okolicy karku i przy nerkach dobitnie świadczyły, że ciało powraca do życia. Nie przejmowałem się, czy strużki cieknące mi po plecach to pot, woda czy krew. Miałem większy kłopot.

Zabrałem z półki opakowane próżniowo szlafrok i zestaw bielizny. Rozerwałem foliową torbę, biegnąc niezgrabnie po chłodnych panelach w kierunku niewielkiego pomieszczenia sterowni. Otwarcie drzwi uruchamiało system komputerowy. Zalogowałem się od razu – wystarczyło podać kod wypisany na kartce leżącej obok konsoli terminalu. Sam ją tam położyłem przed zaśnięciem, wiedząc, że po tak długim śnie mogę mieć problemy z pamięcią.

Moje obawy okazały się jednak płonne. Pamiętałem każdy kod, wszystkie hasła. Pamiętałem nawet, jak się nazywam.

Zupełnie jakby wszystko wydarzyło się wczoraj.

– Witam, poruczniku Sawyer – obcy, mechaniczny, ale jakże miły głos powitał mnie zaraz po wprowadzeniu ostatniego hasła.

– Podaj przyczyny alarmu – wpisałem szybko pierwsze polecenie.

– Brak zasilania w komputerze sterującym komorą numer dwa spowodowany błędem krytycznym systemu. – Głos płynący z głośników był tak beznamiętny, że aż nieludzki.

Zrobiło mi się zimno, gdy usłyszałem te słowa. Komora numer dwa to Susan…

– Stan komory?

– Nieaktywna od szesnastu godzin.

– Stan obiektu? – Szlag by trafił tego, kto pisał te procedury; nie byliśmy krzesłami ani fraktalami, tylko żywymi ludźmi.

– Brak danych.

– Włącz wszystkie światła na tym poziomie.

I stała się jasność.

Wyskoczyłem ze sterowni i pobiegłem w kierunku zamkniętej komory kriogenicznej. Szyba była wciąż oszroniona, niewiele więc mogłem zobaczyć przez kryształki pokrywającego ją lodu. Wbiłem kod do zamka, ale ani drgnął. Komora nie miała przecież zasilania. Szesnaście godzin. Jeśli Susan nie wybudziła się z hibernacji, miałem jeszcze szanse. Część urządzeń medycznych, którymi nie sterowały bezpośrednio komputery centrali, mogła nadal działać. We wnętrzu szczelnie zamkniętej komory wciąż utrzymywała się niska temperatura, a organizm pogrążony w letargu nie potrzebował tak wiele tlenu. Właśnie. Ile go mogło jeszcze tam zostać?

Szarpnąłem bezmyślnie zamek; bez skutku. Rozejrzałem się po sali, niestety nie zauważyłem niczego, czym mógłbym roztrzaskać pokrywę. Stanowiska medyczne były ciasno zabudowane i wyglądały naprawdę solidnie. Krzesło ze sterowni! Tak, to mogło zadziałać. Nie miałem czasu do stracenia.

Złapałem mebel w obie ręce, ale zanim zrobiłem dwa kroki, wyślizgnął mi się z wciąż sztywnych palców. Zacisnąłem dłonie, parę razy, mocno, aż pobielały mi kostki. Tym razem uchwyt był pewniejszy. Podbiegłem do komory i już brałem zamach, by uderzyć w obłą pokrywę, gdy zdałem sobie sprawę, że rozbite szkło, o ile ta przezroczysta masa jest szkłem i uda mi się ją rozbić, poleci wprost na nagie ciało Susan. Nie, musi istnieć inny sposób. Myśl, Sawyer, myśl… A gdyby tak podmienić źródła zasilania komór. Ja już się przecież obudziłem, mogłem podłączyć kable ze sprawnej komory…

Raz jeszcze pobiegłem do sterowni. Sprawdziłem schematy pracującego komputera i komory numer jeden. Znalazłem wszystkie podłączenia. Nie trwało to dłużej niż minutę. Zasilanie dało się podłączyć, zamieniając przewody energetyczne w gniazdach przy samej komorze. Zresetowałem komputer i rzuciłem się ku hibernatorom. Zanim system zdążył się ponownie zalogować, wydarłem wtyczki z gniazd drżącymi, wciąż zdrętwiałymi palcami i podłączyłem nowe kable do dwójki. Ciche mruczenie obwodów spowodowało, że poczułem przyśpieszone bicie serca.

Dopadłem do zamka i wprowadziłem kod.

– Awaryjne otwieranie komory w toku – poinformował mnie znajomy głos. – Brak odczytu funkcji życiowych obiektu numer dwa. Zespół reanimacyjny proszony do sali hibernacyjnej.

– Zespół reanimacyjny? – Zatkało mnie. – Skąd ja ci, durna kurwo, wezmę zespół reanimacyjny?!

Szarpnąłem uchwyt, zaciskając oczy, i otworzyłem pokrywę komory na całą szerokość. Ze środka buchnęła para i… ten zapach, którego nie sposób pomylić z czymkolwiek innym. Sue nie żyła, i to od znacznie dłuższego czasu niż wspomniane szesnaście godzin. Czułem to pomimo chłodu, ale nie chciałem widzieć. Nie otworzyłem oczu. Pieprzony komputer sfiksował już dawno i zabił jedyną bliską mi osobę. Szesnaście godzin temu system odkrył jedynie swoją pomyłkę.

– Żeby to wszystko szlag trafił! – Zatrzasnąłem pokrywę i ruszyłem do sterowni.

Na terminalu paliło się na czerwono kilkanaście lampek, a co chwilę dołączała do nich kolejna. Cały system siadał. Moje działanie tylko przyśpieszyło reakcję łańcuchową. Usiadłem przed monitorem i zacząłem sprawdzać zapisy.

Tysiąc dwieście piętnasty dzień hibernacji. Od wojny upłynęły dopiero trzy lata. W zasadzie trzy z drobnym kawałkiem. Zaledwie trzecia część okresu, który mieliśmy przetrwać w komorach. Nie była to informacja, która by mnie ucieszyła. Następne też nie były wesołe.

Przed szesnastoma godzinami, po awarii kolejnego bloku, komputer centralny stwierdził, że istnieje realne zagrożenie dla życia kolejnego obiektu, i rozpoczął procedurę wybudzania. Nie dlatego, że Sue mogła potrzebować pomocy, ale by uprzedzić możliwą awarię drugiej komory. Możliwą, choć prawdę mówiąc, bardzo wątpliwą. Reszty zniszczenia dokonałem własnoręcznie – przełączając zasilanie, sprawiłem, że obawy maszyny nabrały podstaw. Uszkodziłem komputer sterujący komorą numer jeden i tym samym pozbawiłem się szansy na ponowny zimny sen.

Zacząłem przeglądać wcześniejsze zapisy, szukając przyczyny krytycznego błędu, który rozpoczął całe zamieszanie.

I znalazłem…

Według logu cztery miesiące po naszym zamrożeniu komputer medyczny wykrył anomalię w funkcjonowaniu obiektu umieszczonego w komorze numer dwa. Niektóre pomiary nie odpowiadały normom. Aparatura rejestrowała dziwne wyniki, których komputery nie potrafiły zinterpretować – podwójny rytm pracy serca, podwójny puls. Program medyczny kilkakrotnie resetował system, interpretując te dane jako błędy odczytu, ale za każdym razem sytuacja się powtarzała. Aparatura, nieprzygotowana na taką ewentualność, przełączała się na kolejne obwody zapasowe, aż wyczerpała ich limit i zdefiniowała zaistniałą sytuację jako błąd krytyczny systemu. Komputer po prawie trzech latach bezradnego kręcenia się w kółko zdecydował wreszcie o odłączeniu zasilania uszkodzonej komory, by chronić za wszelką cenę obiekt numer jeden, czyli mnie.

To, co najbardziej zaawansowanemu komputerowi na świecie zabrało tyle czasu, ja rozwiązałem w okamgnieniu. Nie musiałem nawet przeglądać wyników badań krwi i setek analiz, jakie maszyny robiły nam nieustannie. Wiedziałem, skąd wziął się ten drugi puls, drugie bicie serca.

Sue była w ciąży.

Odsunąłem się od konsoli komputera i spojrzałem na widniejącą w głębi hali komorę. Gdybym nie posunął się wtedy tak daleko. Gdyby nie te pierdolone środki uspokajające… Zazwyczaj byliśmy dobrze zabezpieczeni. Sue nie chciała mieć dziecka przed ukończeniem służby i przejściem do pracy w administracji. Uważała, że nie skończy się to niczym dobrym. Wręcz bała się ciąży. Ja też uważałem, że założenie rodziny na tym etapie nie byłoby najlepszym pomysłem. Jedyny raz poszliśmy na żywioł tutaj, na dole, tuż przed zaśnięciem. Nie pomyśleliśmy nawet o tym, jakie konsekwencje może mieć to zbliżenie. W ogóle nie myśleliśmy, unosząc się w oparach chemii i ciesząc ostatnimi chwilami bycia razem…

Poczułem zimny dreszcz, gdy zdałem sobie sprawę, że dając życie naszemu dziecku, skazałem je tym samym na pewną śmierć.

Gdybym wiedział.

Gdybym tylko wiedział…

Siedziałem w mroku sterowni bez jednego ruchu. Odeszła mi ochota na podróż, na przetrwanie, na dalsze życie. Potem wyszedłem tylko raz, na chwilę. Przyniosłem z szatni służbowy pistolet i położyłem go przed sobą na konsoli. Wodząc palcem po matowej, zimnej powierzchni lufy, skalkulowałem wszystko na chłodno i wybrałem jedyną możliwość pozwalającą mi zapłacić za ten błąd, niedopatrzenie, głupotę… Jakkolwiek to zwać.

Mdły smak oliwy i chłód metalu łaskoczącego podniebienie miały być ostatnimi wrażeniami, jakie zabiorę z tego świata. Stało się jednak inaczej. Pociągnąłem za spust, zaciskając z całych sił powieki. Usłyszałem metaliczny szczęk kurka, trzask opadającej iglicy, ale strzał nie padł. Zdziwiony wyjąłem lufę z ust, splunąłem, by pozbyć się choć odrobiny tłustego niesmaku, i sprawdziłem broń. Wszystko było w porządku. Bezpiecznik odblokowany, magazynek pełen, nabój w komorze. Odwiodłem kurek i wymierzyłem w najbliższą ścianę. Spust był twardy, ale poddał się po chwili.

Tym razem nie dosłyszałem charakterystycznego trzasku iglicy.

Huk wystrzału zabrzmiał w zamkniętym pomieszczeniu znacznie głośniej, niż się spodziewałem, wręcz ogłuszająco. Szarpnięcie też okazało się zbyt mocne dla zdrętwiałej ręki. Podbita odrzutem dłoń zawędrowała aż do czoła. Nie kontrowałem, może przez zaskoczenie, a może już mi na niczym nie zależało. W każdym razie, gdy podnosiłem się z zimnej podłogi, oszołomiony bólem pulsującym w uszach i z długą na kilka cali raną zdobiącą czoło, wiedziałem już, że jest mi pisane coś zupełnie innego.

Wybiłem sobie z głowy samobójstwo. W przenośni i dosłownie. Skoro na górze zadecydowano – a jako osoba wierząca nie mogłem odrzucić ingerencji siły wyższej – że jeszcze nie czas na mnie, postanowiłem, acz niechętnie, poddać się wyrokom nieba. Wprawdzie przystawiłem sobie broń do twarzy raz jeszcze, ale już bez tej determinacji, która popchnęłaby mnie do naciśnięcia spustu.

W gruncie rzeczy już zginąłem. Zdecydowałem o własnej śmierci. Pociągnąłem za spust naładowanej broni. Bez opcji plutonu egzekucyjnego.

Tak to sobie tłumaczyłem, obracając w palcach łuskę pocisku, który nie wypalił mi dziury w podniebieniu i nie przerobił mózgu na szarą papkę przed wydostaniem się na wolność przez sklepienie czaszki. Patrząc na nią, widząc to drugie, naprawdę niewielkie wgłębienie na spłonce, poczułem ulgę. Zrobiło mi się też lżej na sumieniu.

Chociaż niewiele lżej…

 

 

Nieco ponad trzy lata. Tyle spałem. Przeliczyłem to sobie dokładniej. Jeśli wierzyć raportom naukowym dołączonym do plików programu Arka, tam na górze powinno już być bezpiecznie. Najprawdopodobniej, bo całkowitej pewności żaden teoretyk mieć nie mógł.

Głowice trineutrinowe nie mają wielkiej mocy, nie powodują więc niemal zniszczeń fizycznych, nawet jeśli ich eksplozje nastąpią tuż nad celem. Ludzie wskutek dziesiątków lat polityki atomowego odstraszania przyzwyczaili się do gigantycznej, liczonej w megatonach mocy bomb jądrowych i wodorowych. Tymczasem przy zastosowaniu nowej technologii do zabicia wszystkich mieszkańców Nowego Jorku wystarczy niespełna siedemnastokilogramowy ładunek trineutrina, którego energię można ocenić tradycyjną metodą na półtorej kilotony. W dodatku eksplozje tych głowic następowały zazwyczaj na wysokości setek metrów nad celem i fala uderzeniowa mogła co najwyżej powybijać szyby w punkcie zero, jeśli ktoś przypadkiem zostawił otwarte okno, a i to nie było pewne. Samo promieniowanie, zwłaszcza w wypadku najnowszych generacji broni, utrzymuje się naprawdę krótko, oczywiście w porównaniu z tradycyjnymi eksplozjami nuklearnymi, i choć potrafi w ułamku sekundy zabić każdą opartą na białku formę życia, jaka znajdzie się w polu rażenia, powinno zaniknąć po upływie czterdziestu miesięcy. Tak przynajmniej głosiły teorie. Dysponowaliśmy tą bronią od niecałej dekady, po raz pierwszy użyliśmy jej sześć, przepraszam, dziewięć lat temu, a Teheran wciąż świecił nocami, kiedy wchodziłem z Sue do hibernatora. Tyle że tamte głowice miały się do trzeciej generacji jak proca do armaty. Nie wiem, kto wynalazł to świństwo – plotki głosiły, że to efekt badań nad strąconymi w dwudziestym wieku latającymi talerzami – ale w ciągu ostatnich paru lat udoskonaliliśmy je znacznie, zwiększając moc ładunków ponadstukrotnie i zmniejszając czas skażenia promieniotwórczego do minimum. Problem polegał na tym, że dane te odnosiły się do naszej broni. Rosjanie dysponowali trineutrinem od niespełna roku – licząc do dnia ataku – i dlatego, choć zabrzmi to makabrycznie, miałem nadzieję, że ich agenci wykradli plany naszych najnowszych głowic. Jeśli nie, moje kości będą świecić najczystszym seledynem już kilka minut po otwarciu włazu, jak resztki mieszkańców wysterylizowanego Teheranu. Istniało też inne, aczkolwiek na szczęście mniej prawdopodobne zagrożenie. Stara dobra broń atomowa. Rosjanie i Chińczycy nie zdążyli się całkowicie przezbroić. Mogli mieć na składzie jeszcze kilkaset, może nawet tysiąc tradycyjnych głowic nuklearnych. Ile z nich zostało przeznaczonych dla nas, tego nie wiedziałem, ale sądziłem, że raczej niewiele. Według znanych mi raportów wywiadu i analityków kolegium połączonych sztabów większość „brudnych” głowic powinna spaść na Europę, Azję i rejon Bliskiego Wschodu. Ameryce pozostawiono to, co najlepsze i najskuteczniejsze. A w tym wypadku z jakością szła też w parze ilość, co widziałem na własne oczy.

Szybko okazało się, że mogę łatwo dotrzeć do interesujących mnie danych. Musiałem tylko sprawdzić zapisy dotyczące drugiej fali. Nasze systemy obserwacyjne dalekiego zasięgu skonstruowano tak, by miały szansę przetrwać przynajmniej pierwszą fazę ataku, i gdyby nawet zostały zniszczone później, byłoby dość czasu na przekazanie kompletu danych do awaryjnych centrów łączności. A tych nam nie brakowało – była choćby podmorska zautomatyzowana stacja zwana przez sztab Atlantydą.

Zleciłem wyłączenie całego systemu medycznego, by zapobiec powolnej agonii kolejnych bloków komputera, i rozejrzałem się za moimi rzeczami. Znalazłem je w torbach próżniowych wiszących grzecznie w szatni. Tuż obok poplamionego kawą oliwkowego kombinezonu Sue. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie powinienem jej ubrać, ale samo wspomnienie woni, jaka wydobyła się z komory, wystarczyło, abym porzucił tę myśl.

Włożyłem pachnący nowością drelich i wjechałem windą na wyższy poziom.

Uaktywnienie anten nie stanowiło problemu. W głębokich szybach na zboczach gór Little San Bernardino mieliśmy wiele zapasowych zestawów łączności i balonów ze sprzętem pomiarowym. Co najmniej trzy z nich zachowały się po ataku w doskonałym stanie i po chwili do komputera centrum zaczęły napływać dane o zanieczyszczeniu powietrza, promieniowaniu wtórnym i całej reszcie możliwych skażeń. Ja w tym czasie przeglądałem zapisy z baz danych. Odtwarzałem przebieg wydarzeń, jakie nastąpiły po kontrataku i uderzeniu drugiej fali rakiet międzykontynentalnych.

Nie pomyliłem się wiele w szacunkach dotyczących użycia broni starszych generacji. Tylko siedemdziesiąt cztery głowice, które wybuchły nad terytorium Stanów, miały tradycyjne ładunki nuklearne bądź wodorowe. Dalsze sześć to stumegatonowe giganty, które eksplodowały na wysokości wielu kilometrów, lecz ich zadaniem nie było niszczenie miast, tylko elektroniki, a także oślepienie i tak już nieaktywnych systemów obrony. Impuls elektromagnetyczny, stara i kurewsko skuteczna taktyka, zwłaszcza wobec przeciwnika, który nawet do podtarcia tyłka potrzebuje garści chipów. Reszta, a było tego tysiąc osiemset sześćdziesiąt pięć głowic, pokryła cały kraj mozaiką wzajemnie nakładających się eksplozji o sile od jednej do trzech kiloton. Na mapie nie było jednego wolnego skrawka, tylko jasne kręgi na kręgach wśród innych kręgów. Trineutrinowy szajs w ciągu paru chwil przerobił dumny naród amerykański na nawóz. Przy takiej dawce promieniowania Armagedon trwał nie dłużej niż kwadrans. Może pół godziny, zważywszy na rzadko zaludnione, znacznie oddalone od epicentrów eksplozji tereny na południu. Nie, poprawiłem się w myślach, pół godziny to za mało, ale nawet górnicy z najgłębszych pokładów kopalni nie mogli przetrwać na dole zbyt długo. Brak zasilania oznaczał brak powietrza. Ci, którzy nie podusili się na końcach chodników i nie poginęli w zawałach, ruszyli ku szybom. Wspinali się ku pewnej śmierci. I umierali jako ostatni wolni obywatele tego kraju. Wątpiłem, czy którykolwiek zdołał w ogóle dotrzeć w pobliże powierzchni.

Jedyne ośrodki militarne, które mogły przetrwać tę fazę wojny, zostały poczęstowane tradycyjnymi głowicami penetrującymi. Dawna Góra Grzmotów musiała być dzisiaj, z tego, co widziałem na ekranach, kraterem pełnym dymiącej lawy. Nie wiedziałem, czemu wszyscy wrogowie uparli się, aby zniszczyć akurat tę bazę. Przecież nawet dzieci wiedziały, że tam gdzie wpuszcza się wycieczki, nie ma wielu tajemnic, a prawdziwy ośrodek dowodzenia mieści się pod milionami kilometrów sześciennych skały, ale niemal sto mil dalej na południe. Niemniej zarówno Rosjanie, jak i Chińczycy uznali, że warto na wszelki wypadek zamknąć dla zwiedzających i tę atrakcję. Osiem kolejnych eksplozji podziemnych.

I na koniec dwadzieścia pięć skośnookich megaton na właz. Jedna z dwóch największych wodorówek, jakie zetknęły się z amerykańską ziemią.

Nie powiem: Świeć, Panie, nad ich duszami… bo same muszą teraz nieźle świecić.

Nieco inaczej rzecz się miała ze stanowiskami połączonymi w sieć Arki. Wszystkie bazy skonstruowano tak, by prawdziwe centra dowodzenia i stanowiska ogniowe znajdowały się w odpowiedniej odległości od wyrzutni. Większość z nich, prócz obowiązkowego trineutrina, dostała bezpośrednie trafienie klasyczną głowicą penetrującą, jednakże nie były to pociski wielkiej mocy. Wróg chyba zdawał sobie sprawę, że jego rakiety dotrą tutaj długo po odpaleniu naszych i może jedynie spróbować przysmażyć dupy tym, którzy je wyekspediowali. Eksplozja w naszej bazie zagroziła wyłącznie strukturze zewnętrznej centralnego bunkra. Wprawdzie zaczopowane zostały wszystkie szyby i korytarze od strony powierzchni, ale z mojego stanowiska wciąż miałem do wyboru dwa wyjścia awaryjne, oba prowadzące do wąwozów sąsiadujących z doliną, w której umiejscowiono bazę. Podobnie było z czterdziestoma sześcioma innymi lokacjami przypisanymi do sieci Arka. Tylko sześć stanowisk ogniowych, które wcześniej musiały zostać namierzone przez obce wywiady, naprawdę dostało za swoje. Ale nawet przy środkach, jakich przeciw nim użyto, istniało duże prawdopodobieństwo, że hibernatory nadal funkcjonują i gwarantują przeżycie załogom przynajmniej do czasu, gdy po Wielkim Przebudzeniu ekipy ratownicze przebiją się wreszcie przez wszystkie czopy.

Ciekawie wyglądała też sprawa z Waszyngtonem. Z zapisu wynikało, że przyszłe pokolenia zamieszkujące tamte okolice nie będą miały problemu z żużlem. Czternaście eksplozji, nie licząc wtórnych efektów ataku na Baltimore i dziesięciu megaton wodoru zdetonowanych wprost nad kopułą Kongresu. Nie tylko my nie kochaliśmy naszej władzy, jak się okazało. Mogłem jedynie żałować, że niemal wszystkie szczury zdążyły opuścić tonący okręt. W systemie istniały dane wskazujące, że zarówno prezydent, jak i setki jego najwierniejszych pretorianów przenieśli się na pokłady Arki. Zawsze twierdziłem, że w Gabinecie Owalnym zasiada niezły farciarz. W chwili rozpoczęcia pozorowanego ataku znajdował się na pokładzie Air Force One – wracał z delegacjami obu izb Kongresu z wizytacji nowo otwartej bazy okrętów podwodnych na Wschodnim Wybrzeżu. Dzięki temu uniknął pewnej śmierci. Wszystkie znane ośrodki i bunkry dowodzenia godzinę później zamieniły się w radioaktywne tygle. Wszystkie prócz starego, dobrego Twin Rivers, do którego farciarz Joe miał najbliżej.

Stare powiedzenie mówi: najciemniej jest pod latarnią. Supertajny bunkier z lat sześćdziesiątych, następca kurortu Green Grayers, pokazano prasie już trzy dekady temu. Jako ostatni relikt zimnej wojny. Tylko głupiec nadal utrzymywałby to muzeum na liście celów. A nasi wrogowie za głupców się nie uważali. My to wiedzieliśmy i dlatego, głęboko pod ujawnionym centrum dowodzenia przeznaczonym jeszcze dla JFK, budowano latami w największej tajemnicy drugi, znacznie obszerniejszy kompleks korytarzy i bunkrów. Znajdował się on zaledwie sześćdziesiąt kilometrów w linii prostej od Manhattanu. W połowie drogi do Filadelfii. Obie metropolie zarobiły swoje, ale na ten rejon spadła tylko jedna głowica. Wprawdzie dość silna, bo trzykilotonowa, ale eksplozja trineutrina na wysokości czterech tysięcy stóp nie naruszyła nawet jednej cegiełki klinkierowej na fasadzie budynku, pod którym mieściło się główne wejście do kompleksu bunkrów projektu Arka. Projektu tak kurewsko tajnego, że dopiero po ataku prawdy o nim dowiedzieli się ci, którzy w nim uczestniczyli.

Na przykład ja.

Lepiej późno niż wcale, powiadają…

Tyle, jeśli chodzi o samą wojnę. Zebrane przez ostatnie godziny dane pozwoliły mi na podjęcie decyzji. Wyjście na zewnątrz wydawało się absolutnie bezpieczne. Promieniowanie tła było wciąż podwyższone, ale nie stanowiło bezpośredniego zagrożenia dla życia, jeśli oczywiście będę unikał skażonych tradycyjną bronią stref, ale te z łatwością mogłem ominąć, trzymając się wytyczonej trasy. Droga była daleka, ale i prosta. Cel: Twin Rivers i bunkry projektu Arka. Jedyne miejsce, gdzie być może zdołam przetrwać siedem lat pozostałych do Odrodzenia.

Wszystkie stanowiska ogniowe, takie jak baza, w której służyłem, zostały totalnie zabezpieczone i nikt z zewnątrz nie zdołałby do nich przeniknąć, zwłaszcza teraz, po ataku, kiedy większość bunkrów została odcięta metrami szybkowiążącego betonu albo zaryglowana na głucho od środka. Ale centrum Arki w Twin Rivers posiadało uchyloną furtkę bezpieczeństwa dla takich wtajemniczonych desperatów jak ja, na wypadek gdyby utracili możliwość przetrwania na własnym terenie. Miałem w ręku mapę, kody dostępu do sektora awaryjnego, a radiacja na zewnątrz opadła już znacznie poniżej niebezpiecznego poziomu.

To tylko trzy tysiące mil w linii prostej.

Nie więcej niż tydzień spokojnej jazdy…

Do dyspozycji miałem masywnego quada w wersji zrobionej specjalnie na potrzeby wojska. Jedną z dwóch podobnych maszyn pozostawionych w hangarze na końcu tunelu ewakuacyjnego. Wyglądał jak opancerzone skrzyżowanie motocykla z łazikiem. Staroć nieziemska, ale po chwili namysłu przyznałem, że to najrozsądniejszy z możliwych wyborów. To była naprawdę niezła maszyna – mniejsza od samochodu, o dużej mocy, mogąca pokonywać przeszkody, na których tradycyjne terenówki wysiadają. Tyle że trzeba było w niej zamontować na powrót całą elektronikę. No i jeździła na benzynę.

W trzech kontenerach umieszczonych nad tylnymi kołami i za siedzeniem znalazłem zestaw pierwszej pomocy, wiadro odżywek w pastylkach i całą masę niepotrzebnych rzeczy, które tylko jajogłowy idiota zza biurka mógł uznać za wyposażenie ratunkowe. Gdyby nie okoliczności, najbardziej rozbawiłoby mnie pudło prezerwatyw. Dziesięć paczek, każda po trzy sztuki. Ciekawe, co by z nimi zrobili Paul Andrews i Gene Pollock, gdyby ta wojna wybuchła na ich zmianie?

Po oczyszczeniu wszystkich toreb z niepotrzebnego szmelcu i przełożeniu najpotrzebniejszych zapasów z maszyny przeznaczonej dla Sue byłem gotów do drogi. Podprowadziłem quada do wylotu korytarza ewakuacyjnego, ale przed opuszczeniem kompleksu postanowiłem zjechać jeszcze na chwilę do sekcji kriogenicznej. Zabrałem wielki gwiaździsty sztandar, który też znalazł się w jukach, i wszedłem do walcowatej kabiny. Jazda trwała jak poprzednio zaledwie kilka sekund. Idąc w kierunku komór, rozwijałem czerwono-biało-granatowy materiał. Miał ponad trzy metry długości, powinien wystarczyć do owinięcia tak wątłego ciała.

Przewiązałem twarz bandaną, zasłaniając nos, i chwyciłem krawędź pokrywy komory numer dwa. Gdy przyciągnąłem ją do siebie, znów zapaliły się światła i ostry blask poraził moje oczy…

 

 

…rozpalona tarcza słońca wynurzyła się zza chmury, świecąc mi prosto w twarz. Rozejrzałem się półprzytomnie. Leżałem wciąż na wzniesieniu opodal Yoshua Tree z lornetką w dłoni. Cholerne zmęczenie. Niby wszystko jest okej. Stymulacja mięśni w komorze kriogenicznej działała bez zarzutu, ale organizmu nie da się tak łatwo oszukać. Zabiegi fizykoterapeutyczne podczas snu usunęły mi zbędną tkankę tłuszczową i rozwinęły, acz bez zbytniej przesady, muskulaturę, ale lata bezruchu też zrobiły swoje. Nie miałem kondycji. Męczyłem się niemiłosiernie już po chwili sporego wysiłku. Minie jeszcze trochę czasu, zanim dojdę do formy. Cieszyło mnie tylko to, że dzięki stymulacji nie odczuwałem bólu wywołanego zakwasami.

Wstałem z twardej ziemi, otrzepałem bandaną tył kombinezonu i ruszyłem w dół zbocza. Spałem nie dłużej niż kwadrans. Wolno przesuwająca się po niebie chmura, ta sama, którą zapamiętałem sprzed zaśnięcia, wciąż wisiała nad drugą stroną doliny. To właśnie wychodzące zza niej słońce mnie obudziło.

Schodzenie było o wiele łatwiejsze, ześlizgiwałem się po kilkanaście jardów za każdym uniesieniem nogi. Musiałem dbać jedynie o to, by nie stracić równowagi i nie stoczyć się na sam dół, pociągając przy okazji lawinę kamyczków i grudek wyschniętej na wiór ziemi. Martwa roślinność nie mogła już powstrzymać erozji tego wzgórza.

W niespełna minutę znalazłem się przy czterokołowcu. Wyjąłem z pojemnika manierkę i kilka tabletek odżywczych. Chłodna, odkażana woda i te właśnie kondensaty jeszcze przez jakiś czas będą dla mnie jedynym dostępnym pożywieniem. Wątpiłem, by zachowała się w tych stronach jakaś nieprzeterminowana żywność. Trzy lata to szmat czasu, a w dobie taniej masówki nie opłacało się produkować niczego tak trwałego. Konserwanty tylko potęgowały ten efekt. Szybki obrót, szybki zysk. Szybka śmierć… Na szczęście zapas tabletek, jaki pozostawiono mi w pojemnikach, mógł zaspokoić potrzeby dwu osób nawet przez kilkanaście tygodni. Jeden człowiek, ostrożnie korzystając z tego zestawu, mógł żywić się nimi nawet przez pół roku. Czyste marnotrawstwo, zważywszy na to, że za tydzień, góra dwa powinienem spać w kolejnej komorze kriogenicznej.

Stare, wyniesione jeszcze z dzieciństwa przyzwyczajenie kazało mi jednak zachować całość zaopatrzenia i dlatego nie zostawiłem pojemnika Susan, choć już przed wyruszeniem z bazy zdawałem sobie sprawę, że jest zbędny.

Samo życie.

Przezorny zawsze ubezpieczony.

Usiadłem za kierownicą i przekręciłem kluczyk. Silnik zaskoczył bez problemu. Maszyna była praktycznie nieużywana, prawdę mówiąc, przeszła chyba tylko testy na hamowni, bo licznik wciąż wskazywał zerowy przebieg. W każdym razie quad nadal pachniał nowością. Zupełnie jak mój pierwszy wóz. Wyśniony czerwony pontiac trans am, nagroda za egzaminy końcowe w college’u, którą sprawiłem sobie sam, wydając całoroczne oszczędności z pracy w warsztacie przy stacji benzynowej obleśnego Freda Chapmana. Musclecar, że mucha nie siada. Jeden z ostatnich, jakie opuściły linię produkcyjną. Od dwa tysiące dziesiątego już ich nie robili…

Poczekałem, aż rozbłyśnie ekran umieszczonego pod kierownicą terminalu komputerowego, podpiąłem do niego mapnik i przesłałem dane zapisane na szczycie wzgórza. Założyłem kask i okulary, a po chwili zastanowienia również maskę chroniącą nos i usta. Jazda po bezdrożach mogła się okazać mniej bezpieczna, niż przypuszczałem, ale dzięki temu nadrobię co najmniej dwie mile i uniknę przejazdu przez najbliższe miasteczko.

Wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał stawić czoło martwej rzeczywistości, ale wolałem, by odbyło się to w bliżej nieokreślonej przyszłości. Yoshua Tree było pierwszą miejscowością, jaką musiałem minąć po wyjechaniu z kanionów Little San Bernardino.

 

 

Do następnego miasteczka, noszącego malowniczą nazwę Twentynine Palms, dotarłem w niespełna pół godziny. Prosta i pusta szosa ciągnąca się środkiem płaskiej jak stół doliny pozwalała na rozwinięcie maksymalnej prędkości quada, ale powiedzmy sobie szczerze, z pełnym obciążeniem wyciągał zaledwie czterdzieści mil na godzinę. Konstruktorzy tego cudeńka postawili na stabilność jazdy po bezdrożach, rezygnując z przyśpieszenia. Kto normalny chciałby pędzić po wertepach, ryzykując złamanie karku? Na pewno nie ja.

Zatrzymałem się kilkaset jardów przed pierwszymi zabudowaniami i rzuciłem okiem na plan, żeby sprawdzić, czy dam radę ominąć centrum. Według odczytu nie było tu klasycznej obwodnicy, ale sieć polnych dróg oplatających pobliskie farmy mogła mnie doprowadzić wprost do wylotu Amboy Road. Tym sposobem mogłem spokojnie objechać wysunięte na północ przedmieścia i dotrzeć polami do drogi stanowej prowadzącej przez przełęcz Sheep Hole aż do międzystanowej czterdziestki.

Według przewodnika było to wyjątkowe zadupie, jedynym miejscem wartym zobaczenia wydawały się ogromne instalacje odsalające położone już za górami. Czyż nie takiej właśnie okolicy potrzebowałem do oswojenia się z martwym światem?

 

 

Dziesięć minut później skręciłem z szerokiej autostrady na północ, na asfaltową i zadziwiająco dobrze utrzymaną Mantonya Road, wkraczając w samo serce krainy, w której kiedyś królowały drzewka Jozuego. Dzisiaj po tych zadziwiających roślinach nie pozostał nawet ślad. Tylko kilka czarnych, poznaczonych kępkami rdzawych igieł i niemiłosiernie powykręcanych kikutów sterczało z pylistej pomarańczowej równiny, znacząc miejsca, w których drzewa te umierały, stojąc. Zanim dotarłem do następnego zakrętu, minąłem zaledwie trzy domy. Przejeżdżałem obok nich, skupiając wzrok na równiutkiej żółtej linii oddzielającej pasy ruchu i starając się nie spoglądać w stronę czarnych studni okien. Zupełnie jakbym obawiał się ujrzeć w nich widmowe twarze mieszkańców. Ludzi, których śmierć…

Nie, to nie ja ich zabiłem.

Nie ja.

Mapa sugerowała, że do Amboy Road można dotrzeć, trzymając się wyłącznie takich właśnie bocznych dróg. Mantonya doprowadziła mnie do przecznicy zwanej Two Miles Road, którą dojechałem aż do przedmieść miasteczka. Tutaj ponownie skręciłem na północ, w znacznie gorszą, szutrową uliczkę noszącą dumną nazwę Sunrise Road albo Hillcrest Drive. Nie byłem pewien, która jest właściwa, gdyż w tym miejscu mapnik pokazywał obie nazwy na przemian. W każdym razie dzięki niej miałem szansę spokojnie przedostać się do koryta wyschniętej rzeki, które zupełnym bezludziem prowadziło wprost do Mesa Drive, długiej piaszczystej trasy wiodącej przez pobliskie pasmo wzgórz do pierwszego celu mojej podróży.

Godzinę później, przy zjeździe na farmę niejakiego pana Briggsa seniora, zrobiłem sobie krótki postój. Staruszek mieszkał w ciekawym miejscu, na wzgórzach, tam gdzie Mesa Drive zaczynała skręcać szerokim łukiem, by zejść w dolinę. Posiadłość miał nielichą. Właściwy dom, otoczony wiekowymi, a dziś martwymi wiązami, stał milę od ostatniej asfaltowej szosy, a to, co początkowo wziąłem za inną farmę, było w rzeczywistości barakami na maszyny rolnicze i podręcznym składem nawozów. Korzystając z milczącej zgody właściciela, postanowiłem rozejrzeć się po tym przybytku. Przydałoby się uzupełnić zapasy benzyny. Wprawdzie według instrukcji bak plus dwa kanistry powinny wystarczyć na ponad trzysta mil nieprzerwanej jazdy po równinnym terenie, ale strzeżonego, jak powiadają, sam Pan Bóg strzeże.

Zgodnie z moimi oczekiwaniami stary pan Briggs był zapobiegliwym farmerem i posiadał wkopany w ziemię kilkusetgalonowy zbiornik na ropę oraz drugi, równie wielki, na benzynę – tak przynajmniej głosiły wypłowiałe napisy na wysłużonych dystrybutorach. Teraz musiałem tylko sprawdzić, czy przed śmiercią zadbał o ich napełnienie.

Wiedziałem, że elektryczne pompy nie mogą w tych warunkach zadziałać, ale pomyślałem, że dzięki swobodnemu dostępowi do włazów nie powinienem mieć zbyt wielkich problemów z wydobyciem paru wiader paliwa. W pobliskim magazynie znalazłem kawał liny i różnej wielkości naczynia, które mogły posłużyć jako czerpaki. Najpierw wybrałem wiaderko o średnicy zbliżonej do szerokości otworu, ale po chwili zdecydowałem, że coś węższego sprawi o wiele mniej kłopotu przy wyciąganiu. Mniejszą łyżką szybciej się najesz, zwykła mawiać siostra Stapleton i miała sporo racji.

Zaopatrzony w potrzebny sprzęt zabrałem się do odśrubowywania grubego kołnierza. Naoliwione solidnie nakrętki puściły dość szybko, mimo iż nie były używane od paru lat, a izolowana lekko już sparciałą gumą klapa odskoczyła z głośnym cmoknięciem, odsłaniając mroczne wnętrze. Niestety zapach, a w zasadzie odrażający smród rozkładu, jaki wydobył się ze zbiornika, w niczym nie przypominał dusznych oparów paliwa.

Szlag by to!

Wyruszając, nie wziąłem pod uwagę bardzo ważnego czynnika. Broń trineutrinowa, zachwalana jako jedna z najczystszych na świecie, nie tylko eliminowała z niesamowitą precyzją tak zwany czynnik ludzki, ale wpływała także destrukcyjnie na wiele substancji chemicznych i biologicznych. Jednym z efektów tak silnego napromieniowania – pusty łeb, przecież czytałem o tym! – była częściowa degradacja substancji organicznych. Wzbogacana biokomponentami benzyna też się do nich zaliczała. A zapobiegliwy pan Briggs korzystał wyłącznie z najtańszych paliw. Jak chyba wszyscy w tym kraju, prócz armii rzecz jasna.

W bazie, niedaleko wylotu korytarza, tuż przy szybach wind, znajdowały się nienaruszone podziemne zbiorniki paliwa, czystej benzyny bezołowiowej. Całkiem spore, jak pamiętam, ale powrót tam nie wydawał mi się sensownym rozwiązaniem. Ile dodatkowych kanistrów mogłem zabrać na quada? Miałem dwa pięciogalonowe i mógłbym pomieścić drugie tyle, jeśli zrezygnowałbym z większości zabranych rzeczy. A to nadal nie rozwiązywało mojego problemu. Co najwyżej odwlekało jego nieuchronne nadejście o sto kilkadziesiąt mil. Przez dłuższą chwilę starałem się przypomnieć sobie, czy w instrukcjach pisano o sposobach oczyszczenia potraktowanego promieniowaniem paliwa, lecz nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Sądząc po fetorze, który wydobywał się z wąskiego szybu zbiornika, to coś tam w dole nie nadawało się do niczego.

– Kurwa twoja była mać! – Cisnąłem wiaderkiem o ścianę baraku i kopnąłem podstawę obłego dystrybutora, który pamiętał chyba czasy wielkiego kryzysu, ale tego pierwszego.

I co teraz?

Wracając do czterokołowca, nie znalazłem odpowiedzi na pytanie, jak uzupełnię paliwo. Na myśl o niszczycielskim działaniu promieniowania odruchowo sprawdziłem dozymetr. Jego odczyt nie wykazywał jednak śladów podniesionej radiacji, podobnie jak ten pozostawiony na pojeździe. W sumie miałem ich na quadzie sześć – wszystkie, jakie znalazłem w hangarze – rozmieszczonych tak, by w każdej chwili móc sprawdzić, czy nie łykam śmiertelnej dawki. Nieźle jak na faceta, który nie tak dawno spuścił na głowy Bogu ducha winnych ludzi kilkaset pierdyliardów działek promieniowania trineutrinowego najnowszej generacji. Wystarczająco dużo, by zarezerwowano dla mnie kocioł najgorętszej smoły tam, dokąd nieuchronnie zmierzałem.

Odruchowo dotknąłem kabury, w której spoczywał pistolet. Drugi raz nie odmówi posłuszeństwa, nie ma prawa. Palec wskazujący dotarł do krawędzi grubej, wyprawionej skóry, korcąc mnie do lekkiego pociągnięcia.

A kto powiedział, że to ja uaktywniłem spust odpalający rakiety?

Brawo, trzymaj się tej myśli, chłopie.

Zacisnąłem dłoń w pięść. Chwała anonimowemu geniuszowi za jego opcję plutonu egzekucyjnego. Jakkolwiek by ten pomysł wydawał się bzdurny przed wojną, teraz pozwalał mi na zachowanie zdrowych zmysłów. Prawdę mówiąc, czepiałem się go niemal maniakalnie, rozpamiętując każdą sekundę tamtego alarmu i szukając najmniejszego dowodu na to, że nie mieliśmy połączenia z systemem, że wbrew naszywce zdobiącej moją lewą pierś, nie byłem jednym z prawdziwych Aniołów Zagłady.

Jeśli mam być szczery, nie udało mi się znaleźć niczego naprawdę przekonującego. To jednak nie zmieniało mojego nastawienia do problemu.

Dowód musiał się znaleźć, prędzej czy później.

To tylko kwestia czasu.

Sprawdziłem raz jeszcze stan paliwa w baku. Do tej pory, a przejechałem około sześćdziesięciu mil, spaliłem jedną czwartą zbiornika. Szlag! To znaczy, że instrukcja kłamała. Mogłem pokonać jakieś… góra dwie setki, zanim na dobre rozprostuję nogi. Wyciągnąłem mapnik i zacząłem przeliczać trasę. Przez przełęcz mogłem się dostać do trasy kolejowej. Droga ta wychodziła wprost na węzeł kolejowy Amboy. Powinien być nietknięty. Według odczytów najbliższa eksplozja, na szczęście trineutrinowa, miała miejsce nad Barstow, jakieś osiemdziesiąt mil na północny wschód. Dalej czekało mnie ponad sto mil jazdy przez podobne zadupia do autostrady numer piętnaście. Potem granica stanu i kasyna Vegas. Jeśli dobrze liczyłem, powinienem wjechać na Strip z pustymi kanistrami, ale mając jeszcze prawie całą rezerwę w baku. To była pocieszająca wiadomość. Miałem też w zanadrzu gorszą. Po wizycie w światowej stolicy hazardu czekało mnie przekwalifikowanie się na klona Lance’a Armstronga albo opcja „Run, Forrest, run!”.

O ile, rzecz jasna, nie znajdę po drodze nadającego się do użytku paliwa bądź lepszego środka transportu.

 

 

Nie wymyśliłem nic przez następne sześć godzin.

Tak jak sądziłem, przejazd przez teren farmy, za co przed wojną mógłbym dostać kulkę od zdenerwowanego właściciela, doprowadził mnie bez przeszkód do drogi na przełęcz. Potem, starając się jechać jak najbardziej ekonomicznie, dotarłem bez przeszkód w pobliże wspomnianego szlaku kolejowego. Było już kwadrans po czwartej, kiedy zobaczyłem w oddali charakterystyczny krater stanowiący wielką atrakcję turystyczną tej okolicy, a chwilę później prostą czarną kreskę przecinającą piaszczystą równinę w głębi doliny.

Przede mną rozciągał się fantastyczny widok na Amboy.

Nigdy wcześniej nie zapuszczałem się w te okolice. Dlatego rozciągające się na wschód od szosy bezkresne żółte równiny, na których wydobywano sól, i kontrastujący z ich wyschniętą, płaską powierzchnią cętkowany skalisty stożek dawno wygasłego wulkanu, który wznosił się z ogromnego pola zastygłej lawy po drugiej stronie drogi, tam gdzie powoli chyliło się słońce, sprawiły, że zapomniałem na chwilę o tym, iż wokół mnie nie tylko skały są teraz martwe.

Niestety tylko na chwilę.

Wkrótce na mojej drodze miało stanąć Amboy.

Według mapy była to jedynie niewielka osada, miejsce, w którym historyczna szosa numer sześćdziesiąt sześć przecina na pustyni Mojave linię kolejową łączącą Los Angeles z Nevadą, a w dalszej perspektywie ze Wschodnim Wybrzeżem. Nie zamierzałem się tam zatrzymywać. Chciałem przejechać przez torowisko, kilka mil dalej skręcić w widokową trasę zwaną w przewodnikach turystycznych Kelbaker Road i w miarę możliwości dotrzeć przed zmierzchem do piętnastki. Tam, przy autostradzie, mogłem zrobić sobie odpoczynek, a może nawet przenocować. Na przykład obok jednego z kasyn przy granicy stanów…

 

 

Niebo było czyste, a słońce wisiało jeszcze wysoko, więc miejsce katastrofy zobaczyłem z dużej odległości. Zatrzymałem czterokołowca na szczycie niewielkiego wzniesienia i wyciągnąłem lornetkę. W dolinie, przez którą przebiegała linia kolejowa, stały dwa pociągi – cholernie długi skład towarowy wypełniony kontenerami i srebrzysta gąsienica Amtraka na sąsiednim torze. W zasadzie słowo „stały” nie oddawało w pełni tego, co widziałem. Może powinienem raczej użyć sformułowania „znajdowały się”, wiele wagonów bowiem nie trzymało pionu. Niektóre, zwłaszcza te należące do ekspresu, nosiły ślady poważnych uszkodzeń. Kilka było całkowicie zmiażdżonych. Cztery lokomotywy pociągu towarowego wypadły z szyn i leżały na żółtawej ziemi jak porzucone dziecięce zabawki. Na ich zielonkawych, pasiastych kadłubach widniały wyraźne ślady ognia.

Z tej odległości nie mogłem dostrzec, co spowodowało katastrofę, miałem jednak pewność, że nie była ona bezpośrednim skutkiem eksplozji nuklearnej albo trineutrinowej. Promieniowanie, także na tym zapomnianym przez Boga i ludzi skrawku ziemi, musiało być zabójcze, ale w takiej odległości od najbliższego punktu zero nie na tyle wysokie, by wszyscy zginęli od razu. Potwierdzały to wozy strażackie i policyjne, które zauważyłem przy bliższym, zablokowanym przejeździe. Chłopcy z Amboy, a może raczej ludzie z pobliskich kopalń próbowali ratować nieszczęsne ofiary katastrofy kolejowej, która zbiegła się w czasie z atakiem nuklearnym. Być może w ferworze walki o ludzkie życie nawet nie zauważyli ataku. Chociaż w środku nocy trudno przeoczyć błysk miliona słońc… nawet tak odległy.

Wiedzieli o nim czy nie, przed promieniowaniem nie było ucieczki. Widziałem przez lornetkę ułożone w równych rzędach ciała ofiar katastrofy. Widziałem też te, które leżały w nieładzie. Wiele z nich miało na sobie jaskrawe kombinezony służb ratowniczych.

Wciąż miałem wybór, choć drugi, nieco dalszy przejazd przez tory także był zablokowany; stała na nim końcówka ogromnego towarowego węża. Linia transkontynentalna biegła w tym miejscu po idealnej równinie na przestrzeni najbliższych dwu, trzech mil, tak przynajmniej wynikało z danych na mapniku. Mogłem więc bez większego trudu ominąć miejsce katastrofy. Nie musiałem pakować się dokładnie w jej środek, ale wymagałoby to przejścia na tryb terenowy i zużycie sporej ilości benzyny. Zdecydowałem w ciągu sekundy, spojrzawszy na wskaźnik poziomu paliwa.

Czas poznać ludzi, których…

Nie, to nie ja ich zabiłem…

Do cholery, przecież nie ja wysłałem pociski, które spadły na Amerykę! Nie ja zabiłem tych wszystkich niewinnych ludzi! Ja tylko pomściłem ich śmierć! Byłem Aniołem Zagłady, to prawda, ale wyłącznie dla wroga!

 

 

Ktoś zdążył rozczepić wagony blokujące przejazd kolejowy i odciągnąć jeden z nich – zapewne za pomocą któregoś z ciężkich wozów strażackich – na tyle, by udrożnić ratownikom przejazd na drugą stronę torów. Skorzystałem z tego wyłomu i jadąc powoli, ominąłem powyginany stos blach, który kiedyś był luksusowym wagonem sypialnym pierwszej klasy. Zwolniłem jeszcze bardziej na torowisku. Wielki, antyczny beczkowóz tarasował niemal całą wolną przestrzeń. Jaskrawa czerwień lakieru nie straciła na intensywności, mimo że wóz spędził na otwartej przestrzeni ponad trzy lata. Nie wiedziałem, czy kierowca celowo zaparkował go w sposób uniemożliwiający przejazd, czy po prostu z czasem puściły hamulce i pozbawiony kontroli pojazd stoczył się w to miejsce, zanim powietrze uszło ze wszystkich opon. Ale roztrząsanie tego problemu szybko zeszło na dalszy plan, jako że musiałem się w końcu zatrzymać… Pomiędzy wozem strażackim a końcem najbliższego wagonu leżały ciała. Kilka zaledwie, ale nie było szansy, żebym przejechał na drugą stronę torów, nie zahaczając o co najmniej jedno z nich.

Siedząc na quadzie, widziałem miejsce, w którym zgromadzili się ocalali z katastrofy ludzie, i to, w które znoszono ciała zabitych. Czarne, pękate worki leżały w równych rzędach tuż przy szosie do Amboy, ale kawałek dalej, na równinie ciągnącej się aż do wypłowiałych drewnianych zabudowań, walały się dziesiątki zwłok. Zobaczyłem też, co było przyczyną wypadku. Pomiędzy lokomotywą Amtraka a początkiem składu towarowego stał zmiażdżony wagon inspekcyjny. Przez moment zastanawiałem się, czy za całym tym zamieszaniem nie stał przypadkiem impuls elektromagnetyczny, który musiał także zniszczyć komputerowy system sterowania ruchem na kolei. Automatyczne nastawnie, pozbawione sygnałów z centrali, mogły, a nawet musiały oszaleć. Błędny impuls zmienił o jedną przekładnię za dużo, żółty wagonik trafił nie na ten tor, co trzeba, i… bum. Katastrofa nastąpiła dosłownie sekundy po eksplozjach nad Barstow i Vegas.

To była pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, ale już chwilę później wiedziałem, że wydarzenia musiały mieć zupełnie inny przebieg. Amboy to dziura, nie utrzymywano tutaj straży pożarnej – jedno spojrzenie na napisy zdobiące drzwi blokującego przejazd beczkowozu potwierdziły moje podejrzenia. Zatem wypadek nastąpił przynajmniej godzinę przed atakiem, może nawet wcześniej, choć z pewnością nie przed jedenastą, bo usłyszałbym coś w ostatnich wiadomościach, zanim wyszedłem na dyżur. Ratownicy zdążyli dojechać z okolicznych kopalń, akcja ratunkowa trwała w najlepsze. Część zabitych trafiła już do worków na zwłoki. W zmontowanym naprędce szpitalu polowym opatrywano dziesiątki rannych – wśród leżących bezładnie ciał widziałem wyraźnie białe fartuchy, stojaki z kroplówkami, nosze.

Ci, którzy pośpieszyli na ratunek ofiarom, musieli widzieć błyski najbliższych eksplozji na nocnym niebie, choć następowały daleko, na dodatek za górami. Na pewno jednak nie zdawali sobie sprawy, co te błyski zwiastują. Już pierwszy wybuch oznaczał utratę wszelkiej łączności, jaką posiadali. Choć tutejszy sprzęt strażacki wyglądał naprawdę staro, wątpiłem, by na wyposażeniu znajdowały się wciąż aparaty Morse’a. Ci ludzie nie mogli wiedzieć, dlaczego nagle słabną, czują ból we wszystkich stawach, czemu bez ostrzeżenia wymiotują. Umierali razem z ofiarami katastrofy, ale walczyli o ich życie do końca. Niektórzy, co widać było po gumowych, szczelnych strojach przeciwchemicznych, zdali sobie w końcu sprawę z zagrożenia, ale mylnie je zinterpretowali. Być może sądzili, że w rozbitych kontenerach przewożono jakieś toksyny. Zabezpieczyli się, dopiero gdy pierwsi z ratowników zaczęli umierać.

Zapewne…

Mogłem się tego wszystkiego jedynie domyślać.

Wiedziałem jednak na sto procent, że przed promieniowaniem trineutrinowym może ochronić wyłącznie wielusetmetrowa warstwa litej skały albo ołowiu. Nie cieniutkie jak papier powlekane gumą płótno. Zresztą, gdyby nawet była to wystarczająca osłona, jak długo mogli wytrzymać w jej wnętrzu? Tydzień? Dwa? Przecież nawet na takim zadupiu można by pomarzyć o swobodnym oddychaniu na otwartej przestrzeni dopiero po upływie dwóch lat, a dokładniej mówiąc, dwudziestu dziewięciu miesięcy. Rzecz jasna prócz tych miejsc, które poczęstowano klasycznymi ładunkami nuklearnymi. Ale takich okolic, o czym wiedziałem z danych odczytanych w bazie, było na szczęście niewiele, choć dla tych ludzi, bohaterskich mieszkańców Amboy i pasażerów pociągu, nie miało to najmniejszego znaczenia.

Zsiadłem z czterokołowca, choć nogi miałem jak z waty. Zdjąłem rękawice i odpiąłem pasek przytrzymujący kask, lecz na tym poprzestałem. Przy wozie strażackim leżały cztery ciała. Wszystkie w żółtych hermetycznych kombinezonach ochronnych. Ci ludzie obawiali się wirusów, może broni chemicznej, a zabiła ich czysta fizyka.

Przyklęknąłem przy jednym z nich, tym, który siedział oparty o przednie koło, i zajrzałem ostrożnie przez wizjer hełmu do wnętrza kombinezonu. Niestety niewiele mogłem zobaczyć. Ślady torsji zaschły na wewnętrznej stronie przezroczystego tworzywa przesłaniającego twarz. Sprawdziłem pozostałych – wszystkie hełmy nosiły ślady podobnych zabrudzeń. Wstałem i rozejrzałem się uważniej po okolicy. Za wagonem, w odległości kilkudziesięciu kroków od przejazdu, nie było żadnych zwłok. Musiałbym przejść aż do szosy, by dotrzeć do najbliższych ofiar katastrofy, ułożonych w równe rzędy i zapakowanych w czarne foliowe worki. Ale nie miałem zamiaru tego robić. Tym bardziej nie widziałem sensu w wyprawie pod zabudowania, gdzie spoczywały dziesiątki, jeśli nie setki tych, którzy przeżyli katastrofę.

Sama szosa była czysta, przynajmniej tam, dokąd sięgał mój wzrok. Jedyną przeszkodę miałem tuż przed sobą.

Albo zawrócę i wybiorę trasę przez wyschnięte żółte bezdroża, pomyślałem, co równa się dodatkowemu zużyciu paliwa, albo oczyszczę tu i teraz te kilka jardów drogi. Przejechania po tych ludziach, a właściwie po ich zwłokach, nie brałem nawet pod uwagę. Przesunięcie jednego albo dwóch ciał nie powinno mi sprawić żadnych trudności. I potrwa zaledwie minuty. Miałem tego pełną świadomość, a jednak czułem potworny opór przed podjęciem decyzji. Przed dotknięciem pierwszej ofiary wojny, do której przyłożyłem rękę.

W końcu zdecydowałem się, choć serce biło mi jak oszalałe, i to wcale nie dlatego, że się bałem. Zombie i tym podobne stwory z horrorów zawsze mnie śmieszyły. Brałem też udział w prawdziwej walce, widziałem niejedną śmierć, choć Bóg dał, że aż do ataku sam nikogo nie zabiłem.

To było coś innego, dziwne uczucie, którego nie potrafiłbym opisać. Schylając się, czułem gdzieś tam, w głębi sumienia, że mimo wszystko ponoszę winę za śmierć tego dzielnego człowieka. Miałem wrażenie, że zakłócając jego wieczny, choć przedwczesny spokój, popełniam swoiste świętokradztwo. Musiałem jednak zmierzyć się z tym problemem. Z wszechobecnymi oznakami zagłady. Z otaczającą mnie na każdym kroku śmiercią. Spotkanie z nią tu i teraz wydawało mi się najrozsądniejsze, tym bardziej że każda mila drogi na wschód przybliżała mnie do wielkich miast, gdzie natknę się na szczątki milionów ofiar. I nie będę mógł ich zignorować.

Nie miałem problemu z podniesieniem pierwszego ciała. Było zadziwiająco lekkie, mimo iż kombinezon posiadał wbudowany aparat tlenowy. Chciałem ułożyć martwego strażaka obok jego kolegi, przy burcie wozu, ale ciało było sztywne jak deska. Kiedy nacisnąłem mocniej w pasie, usłyszałem głośne chrupnięcie i nagle poczułem, jak coś przesypuje się wewnątrz kombinezonu. W dłoniach pozostały mi twarde guzy kości, ale zaraz usłyszałem też ich klekot, kiedy spadały jedna po drugiej.

Puściłem elastyczny sarkofag, w którym spoczywał strażak, i patrzyłem z przerażeniem, jak żółty materiał zgina się, układając pod nienaturalnymi kątami, jakby wewnątrz znajdowało się wyłącznie powietrze, a nie żywy kiedyś człowiek. Poczułem mdłości. Gorzki smak wypełnił przełyk, jednak nie zwymiotowałem. Nie miałem czym. Tabletki może i dostarczały energii, ale niewiele miały treści. Usiadłem w miejscu, w którym zamierzałem położyć ciało, i oddychałem głęboko, patrząc na błękitne, poznaczone białymi strzępkami chmur niebo. Byle znaleźć się jak najdalej od tego koszmaru. Choćby myślami.

Palce znów powędrowały do zapięcia kabury.

Tym razem wcale nie bezwiednie.

Nie wiem, jak długo to trwało. Zapewne kilka minut, ale czułem się, jakbym spędził tu całą wieczność. Wieczność, podczas której musiałem podjąć ostateczną decyzję. Oswoić się ze śmiercią, z jej obecnością i ze wszystkimi konsekwencjami, albo ostatecznie przejść na jej stronę.

Odwróciłem głowę w stronę siedzącego obok strażaka i zdecydowałem.

Nie miałem problemu ze zdjęciem żółtego kasku głównie dlatego, że nie został należycie zapięty. Może mężczyzna nie miał na to czasu, a może już zrozumiał, że kombinezon nie uchroni go przed niewidzialną śmiercią. Minęły ponad trzy lata od momentu, gdy postradał życie na tym odludziu. Szmat czasu nawet dla martwego człowieka. Razem z nim zginęły wszystkie bakterie, które mogły doprowadzić do rozkładu ciała, na ogół szybkiego w charakterystycznej dla tych terenów wysokiej temperaturze.

Miałem przed sobą idealną mumię. Karykaturę ludzkiej istoty o szarej, wyschniętej na wiór skórze. Patrząc na wpółotwarte usta i zapadnięte oczodoły, po raz pierwszy naprawdę zdałem sobie sprawę, że nikt na tej planecie nie miał prawa przeżyć.

 

 

Rozmyślałem o wielu rzeczach, jadąc zupełnie pustą szosą przez górzysty teren parku narodowego Mojave. Rozciągająca się po horyzont, poznaczona skalistymi szczytami pustynia była absolutnie martwa. Od milionów lat zaliczała się do najbardziej niegościnnych regionów naszego kontynentu. Ale natura nigdy nie odpuściła. Życie, choć skąpe, potrafiło się tutaj utrzymać. Plamy zieleni, rzadko, bo rzadko, ale zdobiły podnóża posępnych granitowych zboczy. Lecz dzisiaj, mimo że bardzo się starałem, nie potrafiłem dostrzec w tym iście księżycowym krajobrazie ani jednej, najskromniejszej nawet roślinki. Wyłącznym znakiem, że na tej planecie istniało kiedykolwiek życie – jeśli nie liczyć wijącego się przede mną pasa asfaltu – były wyciosane w pobliskich kamieniołomach marmurowe bloki spoczywające wzdłuż drogi tuż za Saltus.

Jadąc kilka godzin przez podobne pustkowia, nagle zdałem sobie sprawę, jak bardzo doskwiera mi brak zieleni. Dałbym wiele za widok jednego, najmniejszego kaktusa albo kępy zwykłej, choćby i pożółkłej trawy. Musiałem pogodzić się z tym, że w blasku palącego słońca będę widział tylko gołe skały, bury piach i nieco ciemniejszą od niego nawierzchnię drogi.

Miałem jednak odrobinę szczęścia. Tamtej feralnej nocy nikt nie wybrał się na przejażdżkę po Kelbaker Road. Aż do Kelso, stacyjki kolejowej zagubionej w samym środku nicości i przytulonej do niej osady składającej się z jednego zaledwie rzędu prostych parterowych domków, nie natrafiłem na żaden wrak.

Zapadał już zmierzch, gdy zatrzymałem się na środku przejazdu, między pokrytymi rdzą szynami, aby zastanowić się nad wyborem dalszej trasy. Kelso mogłem opuścić dwiema drogami. Obie biegły dalej przez pustynię – dłuższa, ale za to łatwiejsza prowadziła prosto do Baker i autostrady, ale jadąc nią, musiałem się liczyć z dodatkowymi czterdziestoma milami podróży, tyle bowiem według mapy mogłem oszczędzić, wybierając szlak wiodący bardziej na wschód i tam łączący się z piętnastką tuż przed granicą stanu. Tyle że krótsza teoretycznie trasa prowadziła przez znacznie bardziej skaliste tereny i byłby to w istocie pozorny skrót. Według mapnika do wylotu na autostradę miałem w linii prostej tylko dwie, może trzy mile więcej, ale zdawałem sobie sprawę, że mogły one urosnąć do kilku godzin dodatkowej jazdy po stokach i krętych dolinach, a na to, podobnie jak na tracenie paliwa w tak odludnej okolicy nie mogłem sobie pozwolić. Po chwili głębokiego namysłu wybrałem więc starą dobrą Kelbaker Road. Drogę dłuższą, ale zdecydowanie łatwiejszą. Schowałem mapnik do juków i ruszyłem, zostawiając za sobą w chmurze wszechobecnego kurzu brzoskwiniowy budynek secesyjnej stacyjki otoczonej wieńcem wysokich palm. A raczej martwych segmentowanych pni, których nie zdobił dziś nawet jeden uschły liść.

 

 

Do autostrady międzystanowej numer 15 dotarłem późną nocą. Było już grubo po dwunastej, gdy w światłach quada pojawiła się tabliczka z nazwą Baker i dopiskiem: „Twoje wrota do Doliny Śmierci”. Zważywszy na okoliczności, był to mocno nieaktualny tekst. Teraz każda dolina na świecie zasługiwała na taką nazwę. Tak czy inaczej, osiągnąłem drugi z wielu zaplanowanych celów na drodze do Twin Rivers.

Zatrzymałem się tuż przed zjazdem na autostradę, obok wypalonego wywróconego osiemnastokołowca. Nawet w środku nocy było tu tyleż ciemno, co duszno i gorąco. Zdjąłem kask z przepoconej głowy i rozczesałem dłonią włosy, klnąc pod nosem, że przed wyjazdem z bazy nie wpadłem na to, by ściąć je na krótko.

Z tego, co zapamiętałem z dawnych wypadów do Vegas, Baker nie należało do większych miejscowości, nawet jak na tę okolicę, ale miało spore centrum handlowe i kilka rozlokowanych wzdłuż trasy międzystanowej motelików dla tych amatorów ruletki i innych uciech, którzy woleli oszczędzić na kosztach pobytu w stolicy hazardu. Nie zamierzałem na razie robić większych zakupów, ale nocleg w prawdziwym łóżku wydawał mi się niezłym pomysłem. Tym bardziej że w promieniu mili znajdowały się co najmniej trzy rozsądne hotele do wyboru.

Zdecydowałem się na „Yucca Lodge” – nie dość, że nie musiałem wjeżdżać do samego miasteczka, to jeszcze pachnący nowością budynek, oddany parę tygodni przed atakiem, wyglądał bardziej niż zachęcająco. Według kilku wpisów ściągniętych z baz danych do mapnika zasługiwał w pełni na trzy gwiazdki, w przeciwieństwie do powszechnie krytykowanego starego „Will’s Fargo” ulokowanego po drugiej stronie autostrady, już w miasteczku, obok najwyższego na świecie termometru – chyba jedynej rzeczy, z jakiej ta miejscowość mogła być naprawdę dumna.

Z daleka „Yucca” wyglądała znacznie lepiej niż z bliska. Przez ostatnie trzy lata nikt tu raczej nie sprzątał, co uzmysłowiłem sobie, zanim jeszcze wybiłem brudną szybę w drzwiach prowadzących do holu recepcji. Na moje szczęście w chwili ataku w motelu nie było kompletu gości, co jasno wynikało z mocno zakurzonej księgi meldunkowej i faktu, że sporo kluczy obciążonych masywnymi brelokami z wizerunkiem rośliny, która użyczyła nazwy temu miejscu, nadal wisiało w boksach. Nie musiałem się obawiać, że będę zmuszony do usunięcia mumii poprzedniego gościa spod prysznica albo co gorsza, z łóżka.

Pokoje miały przeciętny standard. Dwuosobowy kingsize, trzydziestosiedmiocalowy telewizor, szafa w ścianie, maleńka łazienka z kabiną prysznicową i umywalką. Nic ponad niezbędne minimum. W końcu to jedynie przystanek na trasie, nikt tu nie przyjeżdżał na wczasy. Sprawdziłem wszystkie wolne pomieszczenia, zanim wybrałem najodpowiedniejsze dla siebie, ale nie zajęło mi to wiele czasu. Pokój numer 19, trzecie drzwi na prawo od recepcji, wyglądał najczyściej. Przewietrzyłem go dokładnie, otwierając obie pary drzwi i uchylając okno, aby choć częściowo zniknął zapach stęchlizny utrzymujący się w tym małym pomieszczeniu przez kilka ostatnich lat. Wyrzuciłem też całą pościel. W schowku na końcu budynku znalazłem całkiem dobrze wyposażony składzik z nowiusieńką, zapakowaną jeszcze w folię hotelową galanterią. Posłużyła mi nie tylko do zaścielenia łóżka. Koce idealnie pokryły grubą wykładzinę na podłodze, której bez prądu nie zdołałbym odkurzyć do końca świata. Czterokołowiec ustawiłem tuż przed przeszklonymi tylnymi drzwiami wychodzącymi wprost na pustynię. Pokój na parterze wybrałem między innymi dlatego, aby mieć na niego oko. Irracjonalny strach kazał mi przepchać ciężką maszynę wokół budynku, choć byłem jedyną osobą w tym mieście, stanie, kraju… i doskonale o tym wiedziałem. Wysuszone zwłoki recepcjonisty i mumie spoczywające w sarkofagach rozbitych samochodów, które minąłem po drodze do motelu, mówiły same za siebie. Nie potrafiłem jednak pogodzić się z myślą, że nie będę miał w zasięgu wzroku pojazdu, od którego może zależeć moje życie.

Pokój wciąż się wietrzył, a ja, korzystając z wolnej chwili, zastanawiałem się, czy sprawdzić baki wszystkich samochodów w najbliższej okolicy, czy raczej poszperać w gastronomicznej części zajazdu. Wraki nie uciekną, uznałem, a w dzień, przy naturalnym świetle będzie mi się łatwiej do nich dobrać. Wybrałem więc opcję numer dwa.

Nie szukałem jedzenia, choć nie pogardziłem przypadkowo znalezionymi w automacie niewielkimi puszkami orzeszków ziemnych, których termin przydatności minął zaledwie dwa miesiące temu. Ucieszyłem się, ale nie otworzyłem ich od razu. Postanowiłem najpierw sprawdzić w notatkach, czy promieniowanie trineutrinowe nie mogło im zaszkodzić. Za kuchnią odkryłem niewielki bar stylizowany na klasyczny saloon. Napis na drzwiach informował, że był czynny do północy albo do ostatniego gościa. W dniu ataku najwyraźniej nikt nie miał ochoty na późną szklaneczkę szkockiej czy bourbona. Tym lepiej dla mnie. Wywaliłem niezbyt solidny zamek jednym kopnięciem i wszedłem do pogrążonej w mroku przestronnej sali, przyświecając sobie szerokokątną latarką.

Wystrój mieli tutaj stanowczo lepszy niż zaopatrzenie. Na półkach wiszących na tle ogromnego lustra stało zaledwie kilkanaście butelek, z czego więcej niż połowę stanowiły babskie likiery. Zebrałem kilka najrozsądniej wyglądających, a przy tym najpełniejszych, i dokonałem na miejscu małej degustacji. Ani kolor, ani zapach, ani wreszcie smak alkoholi nie różniły się od tego, co wciąż miałem w pamięci. Po paru łykach porzuciłem wszystkie szkockie i rasowego bourbona dla litra najprzedniejszego dzieła niejakiego Jacka Daniel’sa. Raz jeszcze omiotłem wzrokiem kontuar i półki pod nim. Na jednej leżało kilkanaście plastikowych butelek. Woda mineralna. Sięgnąłem po pierwszą z brzegu. Gazowana. Przekręciłem zakrętkę, puściła z cichym chrupnięciem, ale nie usłyszałem charakterystycznego syku. Powąchałem wylot szyjki. Nic. Przy następnej uśmiechnąłem się – na niebieskiej nalepce widniał wielki napis „Noe”, a nad nim na tle żółtego słońca widać było zarys arki. Krystalicznie czysta woda źródlana. Niestety przeterminowana… Spojrzałem pod światło, wydawała się czyściutka. Sprawdzimy, ile jest warta. Wsunąłem pod pachę destylat pana Jaspera Newtona Daniela, pod drugą wetknąłem trzy plastikowe butelki z wodą i ruszyłem do pokoju.

Wietrzenie przyniosło efekt. Zapach świeżej pościeli dominował już nad wciąż uchwytnym smrodkiem, który przywitał mnie po otwarciu drzwi. Jeszcze pół godzinki i powinno być dobrze, zwłaszcza że zamierzałem tej nocy spać przy otwartym oknie.

Zdobyczne orzeszki rzuciłem na łóżko, wodę położyłem na umywalce w łazience, a z Jackiem w ręce usiadłem w bujanym fotelu ustawionym na tarasie przy basenie hotelowym. Zapalone bliźniacze reflektory quada oświetlały kilka leżaków rozrzuconych bezładnie za niewysokim ogrodzeniem. Nieco dalej otwierała się niknąca w mroku niecka owalnego, wykafelkowanego na niebiesko basenu.

Niezbyt silny wieczorny wiatr rozwiewał mi włosy, ale nie był chłodny, wręcz przeciwnie, zdawał się na tyle przyjemny, że zachęcał do zanurzenia w orzeźwiającej wodzie. Cały dzień jechałem w kurzu i upale, skóra w kroczu, na brzuchu i stopach wciąż piekła mnie od potu. Oddałbym wszystko za wannę albo chociaż wiadro czystej wody. Z każdym łykiem ciepłej whiskey czułem większą potrzebę kąpieli.

Wstałem z fotela i przeszedłem wolnym krokiem za płotek, aby stanąć na obramowaniu hotelowego basenu. Trzy lata w tym piekielnym klimacie wystarczyły, żeby tony pyłu wypełniły go niemal po brzegi. Splunąłem pod nogi, prosto w piach. Niektóre marzenia w tym martwym świecie muszą poczekać na realizację. Dzisiaj do umycia musi mi wystarczyć parę litrów „Noego”.

Pociągnąłem ostatni, solidny łyk z butelki i wróciłem do pokoju. Zasunąłem szklane drzwi i sprawdziłem, czy okno jest odpowiednio szeroko uchylone, ale po namyśle wróciłem na taras i wprowadziłem swojego czterokołowego przyjaciela do środka.

Było tu dość miejsca dla mnie i dla pachnącej rozgrzanym olejem maszyny.

 

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W WERSJI PEŁNEJ

 

„Weteran polskiej postapokalipsy ponownie zabiera nas w barwną, pełną przygód i przerażającą podróż przez zniszczony, opuszczony świat. Tym razem jednak jest to historia niezwykle kameralna, nastrojowa, a urzekające i chwilami porażające krajobrazy zagłady oglądamy oczami awanturnika, postnowoczesnego Odysa-barbarzyńcy, niszczyciela światów, który wierzy, że teraz stanie się nowym Adamem. Powieść nabiera dodatkowego, głęboko humanistycznego wyrazu, gdy jego ostateczną motywacją stają się gniew i pragnienie odpłaty po odkryciu ogromu kłamstwa leżącego u podstaw śmierci ludzkości”.

Bartek Biedrzycki – autor Kompleksu 7251

 

„»Głos seksownej kobiety w ciele zimnej maszyny« – absolutny kanon science fiction, a to dopiero początek książki. Pokażcie mi kogoś, kto po czymś takim byłby w stanie oderwać się od lektury i nie przeczytać książki jednym tchem”.

Michał „Meesh” Gołkowski – autor cykli „Stalowe Szczury” i „Stalker”

 

„Zapomnijcie o zasadzie rozpoczynania opowieści od trzęsienia ziemi. Robert J. Szmidt zaczyna Samotność Anioła Zagłady znacznie mocniej, a potem… wcale nie zwalnia tempa.

Supernowoczesny, ale klasyczny w linii Harley-Davidson, autostrady stojące otworem i miasta zmienione w wielkie supermarkety, w których możemy buszować, nie przejmując się kosztami – czy to wizja raju? Na pewno nie w powieści Roberta J. Szmidta, w której podróż przez odmienione wojną totalną Stany Zjednoczone przypomina raczej zwiedzanie przedsionka piekła.

Piekła, którego nie zaludniają klasyczne bandy zabójczych mutantów i kanibali. Niebezpieczeństwa i wyzwania, przed którymi stawia bohatera Robert J. Szmidt, są znacznie bardziej realistyczne. I właśnie oparcie się na realizmie powojennego świata mam za największą zaletę Samotności Anioła Zagłady. A przecież nie jedyną.

To jedna z najlepszych powieści Szmidta, jakie czytałem”.

Paweł Majka – autor powieści Dzielnica obiecana z Uniwersum Metro 2033

 

„Kawał dobrej literatury, którą warto polecić. Powieść (…) piorunująco poruszająca wyobraźnię. Z jednej strony lekka, z drugiej zaś zapierająca dech w piersiach”.

Trzynasty Schron

 

„Szmidt bez wątpienia potrafi pisać dobrą literaturę. Taką, którą się będzie pamiętać, a w czasie czytania – przeżywać”.

Paradoks

 

„W wielu momentach książka przywodziła mi na myśl perełkę literatury amerykańskiej – Drogę Cormaca McCarthy’ego. (…) Oba tytuły zmuszają do podobnej refleksji nad tym, dokąd zmierza ludzkość”.

Outpost

 

Samotność Anioła Zagłady nie jest lekturą łatwą i przyjemną. Zagłada, którą opisuje, nie ma w sobie nic z hollywoodzkiej widowiskowości. Ukazana jest w sposób okrutnie realistyczny, miejscami graniczący z naturalizmem. Akcja zyskuje dynamikę tylko chwilami, szczególnie gdy bohater napotyka na swej drodze nieoczekiwane przeszkody lub… pokusy. Podróż przez pustkę martwego świata okazuje się ostatecznie również wyprawą w głąb wnętrza człowieka. Adam zdradza nam swoje najintymniejsze myśli, dzieli się z nami najbardziej wstydliwymi sekretami, wtajemnicza we wszystko to, co zwykle jest ukryte przed innymi ludźmi. Sięgając po książkę Szmidta, każdy z nas musi być gotowy na konfrontację z podobnymi demonami ukrytymi we własnym wnętrzu”.

Łukasz Orbitowski, Gazeta.pl

 

„Czytając Samotność Anioła Zagłady, łapałem się na tym, że to mi się nie podobało, a to bym zmienił na coś innego. Ale gdy przerywałem lekturę, we łbie kołatała mi się myśl, by jak najszybciej do niej powrócić. A po skończeniu zanurzyć się w refleksyjną zadumę nad tym, z czym miałem do czynienia”.

Trzynasty Schron

 

„Lekkie pióro autora, barwne, niezwykle realistyczne opisy i jakaś magia bijąca od tej książki sprawiają, że człowiek jeszcze bardziej czeka na jego kolejne pozycje. Polecam wszystkim bez wyjątku. Nieważne, czy lubicie postapokaliptyczne klimaty, czy też nie”.

Valkiria.net

 

„Szmidt wykonuje kawał dobrej roboty, podchodząc bardzo twórczo do klasycznego tematu, dzięki czemu dostajemy jednocześnie mocny i nowatorski obraz postapokaliptycznego świata. (…) Robi coś całkiem nieoczekiwanego, zaskakując zupełnie odbiorcę. (…) Wszystkie wspomniane elementy tworzą wspólnie świetną powieść, którą ciężko jest odłożyć przed przeczytaniem ostatniej strony. Książka przykuwa uwagę nie tylko sprawnością języka − Szmidtowi udaje się niemalże wykroczyć poza ramy zwykłej literatury fantastycznoprzygodowej, przemycając wiele wniosków dotyczących natury ludzkiej. I to uważam za największą wartość i siłę Samotności… W moich oczach to najlepsza dotąd książka Szmidta i jedna z najciekawszych zeszłego roku”.

Poltergeist

Spis treści

Strona tytułowa

 

SAMOTNOŚĆ ANIOŁA ZAGŁADY. ADAM

 

Samotność Anioła Zagłady. Ewa

 

O książce

 

Spis treści

Strona redakcyjna

Copyright © by Robert J. Szmidt, 2009, 2015

All rights reserved

 

Copyright © for the Polish e-book edition by

REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2015

 

Informacja o zabezpieczeniach:

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

 

W publikacji wykorzystano czcionkę z rodziny Liberation (https://fedorahosted.org/liberation-fonts/)

 

Redaktor tego wydania: Błażej Kemnitz

 

Projekt, opracowanie graficzne okładki oraz ilustracja na okładce: Tomasz Maroński

 

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Samotność Anioła Zagłady. Adam, wyd. II poprawione, Poznań 2015)

 

ISBN 978-83-7818-380-8

 

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40, fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

 

e-Book: Sławomir Folkman / www.kaladan.pl