Samotni - Håkan Nesser

Samotni

0,0

Wszystko zaczyna się w 1969 roku. Sześcioro młodych ludzi przyjeżdża do Uppsali. Tu krzyżują się ich drogi i w ciągu kilku lat zawiązuje się między nimi swego rodzaju przyjaźń. Razem kupują autobus i wybierają się w podróż po Europie Wschodniej. Te wakacje zmieniają wszystko w ich życiu. W niedługim czasie jedna z tych osób ginie tragicznie w wąwozie Gåsa niedaleko Kymlinge.       

Dokładnie trzydzieści pięć lat później policja odnajduje w tym samym miejscu zwłoki kolejnej osoby. Czy to zwykły przypadek? Zemsta po latach? Co łączy obie te sprawy? Rozwiązanie tej zagadki to kolejne wyzwanie dla Gunnara Barbarottiego i Evy Backman.

Samotni to czwarta część cyklu Håkana Nessera o inspektorze Gunnarze Barbarottim, wyrafinowanym sceptyku szukającym czasami wskazówek w Piśmie Świętym. Inspektorowi Barbarottiemu przyjdzie się zmierzyć z nowego rodzaju niebezpieczeństwem i koniecznością przewartościowania wielu spraw. A zwłaszcza swojej starej umowy z Bogiem.

Håkan Nesser (ur. 1950) jeden z najpopularniejszych szwedzkich pisarzy. Największą popularność przyniósł mu składający się z dziesięciu części cykl powieści kryminalnych o komisarzu Van Veeterenie. Większość książek z tej serii stała się podstawą scenariuszy filmowych. Nesser trzykrotnie otrzymał nagrodę za najlepszy szwedzki kryminał, a jego książki przetłumaczono na ponad dwadzieścia języków.

Dodaj komentarz


Barbarotti znowu w akcji. Historia kryminalna umieszczona w tej powieści jest dość skomplikowana i niejeden czytelnik będzie miał wrażenie, że autor lekko z tym przedobrzył. Nie przeszkadza to jednak zbytnio w czytaniu (raczej pochłanianiu) tej książki. Wprawdzie początek nie zachęca za bardzo do lektury, ale potem już jest tak jak w innych kryminałach z tej serii (a nawet lepiej). Autor przemyca w powieści trochę rozmyślań.


Kolejna książka o perypetiach komisarza Barbarottiego. Niestety ta powieść nieco mnie rozczarowała. Autor moim zdaniem trochę przedobrzył w kombinowaniu historii kryminalnej. Ogólnie nie jest źle, ale w porównaniu z poprzednimi powieściami autora z tym bohaterem ta konkretna opowieść wypada nieco blado. Nie jest to też kryminał z prawdziwego zdarzenia. Spotkamy tu kilka tematów do rozmyślań i poznajemy kilka prawd o naturze człowieka.


Czwarta już część cyklu, którego głównym bohaterem jest inspektor kryminalny Gunnar Barbarotti. Dobra powieść, trzymająca w napięciu, choć historia w niej zawarta toczy się niespiesznym tempem, co początkowo można uznać za nudne. Całość utrzymana jest w znanym już stylu i klimacie powieści autora. Fani Nessera, jak i skandynawskich kryminałów nie powinni czuć się rozczarowani, zwłaszcza gdy przejdzie się już „trudny” początek.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

no image

no image

Tytuł oryginału

DE ENSAMMA

Redakcja

Ewa Jastrun

Projekt okładki

Magda Kuc

Zdjęcie na okładce

www.shutterstock.com

Skład i łamanie

Paulina Labus

Korekta

Małgorzata Denys

© Håkan Nesser, 2010

First published by Albert Bonniers Förlag, Stockholm, Sweden

Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Group Agency, Stockholm, Sweden

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2012

Wydanie I

ISBN 978-83-7554-465-7

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o. virtualo.eu

no image

Miejscowości Kymlinge i jej okolic nie ma na mapie, niektóre zaś realia akademickie i wojskowe zostały zmienione zgodnie z wymogami sytuacji. Poza tym niniejsza książka to pod wieloma względami prawdziwa historia.

– Czy można mówić o tym, co najgłębsze w człowieku? – zapytał Regener. Czy to ma sens?

– Nie wiem – odparł Marr. – Możliwe.

Erik Steinbeck, Z perspektywy ogrodnika

Prolog, wrzesień 1958

Obudziły go głosy kłócących się ludzi.

Nie byli to ojciec i matka. Oni nigdy się nie kłócili. Nie można się kłócić w świętej rodzinie, powtarzał ojciec, śmiejąc się przy tym w ten poważny sposób, który sprawiał, że nigdy nie było wiadomo, czy żartuje, czy mówi serio.

Nie była to również Vivianne ani żadna inna żyjąca istota. Głosy rozbrzmiewały w nim samym.

Zrób to, mówił jeden. Należy im się. Są niesprawiedliwi.

Nie rób tego, odpowiadał drugi. Dostaniesz lanie. On zauważy.

Dziwne, że można się obudzić przez głosy, których tak naprawdę nie ma, pomyślał. Spojrzał na zegarek. Było dopiero wpół do siódmej. Dwadzieścia minut wcześniej, niż zazwyczaj wstawał. To też było dziwne. Właściwie nigdy nie budził się sam. Najczęściej musiała budzić go matka, w dodatku kilka razy.

To dlatego, że dziś był wyjątkowy dzień.

Oczywiście. I z powodu tego, o czym myślał wczoraj wieczorem. Przed zaśnięciem myślał o tym, o co kłóciły się głosy. Na pewno też mu się to śniło, musiało tak być, chociaż nie pamiętał. Leżał jeszcze chwilę, próbując zapaść z powrotem w sen, ale się nie udało.

Usiadł na łóżku. Zrobię to, pomyślał.

Może nic się nie stanie, ale jestem taki zły. To niesprawiedliwe, a kiedy coś jest niesprawiedliwe, nie można tego tak zostawić, jak mawia ojciec.

Daj spokój, przekonywał drugi głos. On zauważy, a wtedy jak to niby wytłumaczysz?

Nie zauważy, zapewniał pierwszy. Nie bądź takim cholernym tchórzem. Jeśli tego nie zrobisz, będziesz żałował i wstydził się swojego tchórzostwa. A przecież to taka pierdółka.

Wręcz przeciwnie, odpowiadał drugi. Będziesz żałował, jeśli to zrobisz. A to nie jest żadna pierdółka.

Ale ten głos, który chciał go powstrzymać, nie był już taki silny. Był właściwie ledwo szeptem. Wstał i podszedł do krzesła, na którym wisiało jego ubranie. Pogrzebał w kieszeni błękitnego kardigana.

Tak, pudełko tabletek tam było. Proste jak drut, pomyślał. To będzie proste jak drut, a prawdopodobieństwo, że go złapią, jest mniejsze niż pierdnięcie komara. Tak też mawiał ojciec. Inni mówili: „ruch skrzydeł motyla”, ale ojciec zawsze mówił „pierdnięcie komara”.

Drugi głos próbował coś wypiszczeć, ale był tak cichy, że już go nie słyszał. Cichszy niż… właśnie tak, nie mógł powstrzymać chichotu… pierdnięcie komara.

Wszedł do łazienki i poczuł, że coś go drażni w środku. Decyzja była jak rozgrzana kula w jego głowie.

I

1

Rickard Berglund był pod wieloma względami racjonalnym młodym człowiekiem, ale wyjątkowo nie znosił wtorków.

Nie zawsze tak było. Racjonalność pewnie zawsze była jego cechą, ale pod koniec lat pięćdziesiątych – zanim jeszcze wszedł o szczebel wyżej, kończąc podstawówkę Stava i zaczynając szkołę realną [1] w Töreboda – z wtorkami było zgoła inaczej. Opromieniał je swoisty blask. Przynajmniej późną zimą i wiosną. Powód, a raczej powody były proste: wtorek był dniem, kiedy w skrzynce lądował komiks Donald i spółka, i był też dniem, kiedy mama częstowała go semlą z gorącym mlekiem, gdy przychodził do domu w czasie przerwy śniadaniowej.

To połączenie – duża, świeżo posypana cukrem pudrem semla, pływająca w mleku z cynamonem i cukrem oraz jeszcze nieprzeczytany, wyglądający wręcz na nietknięty ludzką ręką komiks, leżący na lewo od talerza, na ceracie w biało-czerwoną kratę – i sama świadomość zbliżającej się frajdy sprawiały, że najczęściej biegiem pokonywał czterysta metrów dzielące szkołę od białej willi przy Fimbulgatan.

Dopiero później wtorki nabrały innego znaczenia. Szczególnie w latach 1963–1964, kiedy zmienił szkołę i wyrósł z Kaczora Donalda, a jego tata Josef leżał w sanatorium w Adolfshyttan i umierał.

Tego właśnie dnia wsiadał ze swoją mamą Ethel do autobusu i jechał w odwiedziny. Autobus był niebieski, miał wytarte siedzenia i w dziewięciu przypadkach na dziesięć prowadził go spasiony stary Benny’ego Perssona – jego prześladowcy ze szkoły Stava. Kiedy wracali na Fimbulgatan, było już ciemno, lekcje miał nieodrobione, a oczy mamy były czerwone od płaczu, któremu się ukradkiem oddawała, gdy jechali do domu.

Tata jednak nie umarł we wtorek, tylko w nocy z piątku na sobotę. Cichy pogrzeb odbył się mniej więcej tydzień później. Był październik 1964 roku, padało od rana do wieczora.

Może to wcale nie wyjazdy do sanatorium były źródłem jego niechęci do wtorków, trudno powiedzieć. Już w bardzo wczesnym dzieciństwie Rickard Berglund miał zdecydowany pogląd na to, jak wyglądają poszczególne dni. Jaki mają kolor i jaki temperament – choć musiało minąć dobrych parę lat, zanim poznał znaczenie słowa „temperament”. Tak więc soboty były czarne, ale ciepłe, niedziele oczywiście czerwone, tak samo jak w kalendarzu, poniedziałki granatowe i bezpieczne… wtorki za to zawsze miały twardą powierzchnię, szarą, zimną i odpychającą, obcowanie z nimi przypominało czasem wgryzanie się w porcelanowy spodek.

Później była ciemnoniebieska środa, która miała w sobie obietnicę harmonii i ciepła, zwłaszcza pod wieczór, czwartek ze swoim błękitnym uczuciem wolności oraz biały piątek – biel piątku była jednak zupełnie innej natury niż wtorkowa lodowatość.

Nie wiedział, skąd mu się wziął ten wyraźny obraz tygodniowego koła – albo skąd w ogóle wiedział, że chodzi o koło – i czasem się zastanawiał, czy inni odbierają to w taki sam sposób. Nigdy jednak, przynajmniej do dwudziestego roku życia, z nikim o tym nie rozmawiał. Być może ze strachu, że zostanie uznany za człowieka, który ma coś nie tak z głową.

W każdym razie wtorkowa fobia go nie opuszczała. Kiedy, już w liceum, budził się tego dnia w wynajmowanym pokoju przy Östra Järnvägsgatan, towarzyszyło mu przygnębienie, świadomość, że niczego dobrego po najbliższych piętnastu–szesnastu godzinach spodziewać się nie można. Ani w szkole, ani w znikomych relacjach z kolegami. Wtorki były z natury twarde jak kamień i wrogie, jedyne, co można było zrobić, to jakoś przetrwać. Zahartować się i przeżyć.

Może na dłuższą metę mogło to przynieść jakąś korzyść.

Dziś jednak nie był wtorek. Był poniedziałek. Dokładnie 9 czerwca 1969 roku, a szynowy autobus z Enköping z przeciągłym piskiem i szarpnięciem zatrzymał się na torze czwartym stacji Uppsala Central. Było dwadzieścia po jedenastej, Rickard Berglund chwycił zieloną płócienną torbę i wyszedł na skąpany w słońcu peron.

Kilka sekund stał w całkowitym bezruchu, chcąc zachować, wryć sobie w pamięć tę chwilę, tak długo oczekiwaną, kiedy to po raz pierwszy postawił stopę na opiewanej w tylu pieśniach ziemi miasta nauki. Ulf Peder Olrog. Pieśni Gluntarne. Chór Orphei Drängar. Wielka chwila.

Kiedy jednak przyjrzał się tej stopie i jej najbliższemu otoczeniu, z przykrością stwierdził, że nie wygląda to zbyt okazale. Równie dobrze mogła to być czyjakolwiek stopa, postawiona na peronie w Herrljunga, Eslöv czy innej zapadłej wsi w królestwie Szwecji. Mimo woli westchnął. Wzruszył ramionami, poszedł za tłumem wzdłuż peronu i wziął miasto we władanie.

Przynajmniej tak to sobie powiedział. Teraz biorę miasto we władanie. Był to sposób, by trzymać lęk w szachu; myślenie kursywą oznaczało przejęcie władzy nad rzeczywistością. Wiedział, że zna go z jakiejś książki, którą czytał w pierwszej albo drugiej klasie szkoły średniej, ale nie pamiętał ani tytułu, ani autora. Tak czy inaczej, ta prosta metoda działała: kursywowane myśli zwalczają wrogość otoczenia.

Po wyjściu z peronu zatrzymał się raz jeszcze. Spojrzał na pompatyczną, pstrokatą rzeźbę w kamiennym okręgu i pomyślał, że na pewno jest znana. W mieście takim jak Uppsala jest mnóstwo znanych obiektów. Budowli, zabytków, historycznych miejsc, a już niedługo on to wszystko pozna, spokojnie i metodycznie, tutaj nie ma się co spieszyć.

Szedł dalej prosto, przeszedł przez jedną dużą i mocno zatłoczoną ulicę oraz kilka mniejszych i po kilku minutach był nad rzeką. Fyris. Przekroczył drewniany most, zobaczył katedrę i piętrzące się po prawej stare miasto, kiwnął głową z zadowoleniem i skierował się w tamtą stronę.

Każdy człowiek powinien mieć dwa plany: wielki i mały. Wielki ma dotyczyć tego, jak zamierza się przeżyć życie, mały – jak przeżywa się dzień.

To nie było jego własne kursywowane stwierdzenie, niestety nie, autorem był pan Grundenius. Spośród wszystkich mniej lub bardziej specyficznych nauczycieli, jakich spotkał w ciągu trzech lat w liceum Vadsbo, to właśnie Grundenius zrobił na Rickardzie Berglundzie największe wrażenie. Władczy i nieobliczalny, czasem nawet humorzasty, ale zawsze ciekawy jako mówca. Najczęściej zarówno zaskakujący, jak i bystry w swoich spostrzeżeniach i pytaniach. Religia i filozofia. Mówiło się o nim, że skąpi dobrych ocen, ale Rickard z obu przedmiotów miał piątkę z minusem; trudno stwierdzić, czy rzeczywiście na nie zasługiwał. Trudno ocenić własną wartość.

Tak czy inaczej, miał wielki i mały plan. I kiedy tak szedł wzdłuż rzeki w stronę katedry, której ostre iglice zdawały się falować na tle chmur, wielki plan stanął mu przed oczami. Życie. Rickarda Emmanuela Berglunda chwila na ziemi, tak jak to zostało obmyślone i zaplanowane.

Teologia.

To był kamień węgielny. Ziemia, którą dane mu było uprawiać, czy jak to tam nazwać. Nie podjął tej decyzji w jakimś szczególnym momencie, a przynajmniej takiego momentu sobie nie przypominał, była to raczej decyzja, która się w nim krystalizowała, nieubłaganie i nieodwracalnie, przez wiele lat. Może wyssał to już z mlekiem matki, bowiem o tym, że istnieje jakiś bóg, był przekonany przez całe swoje świadome życie, jednak po śmierci ojca zrozumiał również, że nie chodzi o bezpiecznego i przyjaznego Boga z odmawianych w dzieciństwie wieczornych modlitw, lecz kwestia jest bardziej skomplikowana. Dużo bardziej skomplikowana.

Warta zbadania.

Josef Berglund był pastorem w parafii wolnego kościoła Aronsbröderna, wczesnego odłamu Szwedzkiego Związku Misyjnego, ale wspólne modlitwy parafian za swojego pasterza w trudnym dla niego czasie ani trochę nie złagodziły jego cierpień. Modlitwy żony i syna też nie pomogły i głównie ten fakt ukształtował złożony obraz Boga w oczach Rickarda Berglunda.

Dlaczego nie słyszy naszych modlitw?

A jeśli słyszy, dlaczego nie spełnia naszych skromnych próśb? Dlaczego pozwala, by jego wyznawcy cierpieli?

Kiedy przy jakiejś okazji poruszył ten temat w rozmowie z mamą, ona z pełnym przekonaniem stwierdziła, że nie do człowieka należy wyobrażanie sobie głębszego celu i pobudek Jego działań. W żadnym wypadku. Albowiem ludzkie uproszczone rozumienie dobra i zła jest zawsze w szerszej perspektywie skazane na niepowodzenie. Nawet takiego faktu jak cierpienie prostego, bogobojnego pastora nie jesteśmy w stanie należycie rozpatrzyć i ocenić.

Mniej więcej w tym stylu. Ale Rickard Berglund chciał sobie wyobrazić. Pragnął zrozumieć, nawet jeśli matka utrzymywała, że takie ambicje przypominają duchową pychę, i tym stwierdzeniem najczęściej kończyła ich rozmowę. Nie mógł w tej sprawie stanąć przeciwko niej, jeśli potrzeba było walki, buntu przeciwko Bogu, było to przedsięwzięcie, którym musiał się zająć na własną rękę. Rickard i Pan Bóg? Cel jego życia?

Doszedł do ciemnych drzwi. Plac przed katedrą skąpany był w słońcu, ale ciężkie wrota do świątyni były zamknięte na cztery spusty i pogrążone w cieniu. Zdecydował, że nie będzie wchodził – a ściślej mówiąc, podjął tę decyzję jeszcze w pociągu, kiedy układał plan dnia. Było za wcześnie, najpierw chciał popatrzeć z zewnątrz, obejrzeć potężną, trochę niepokojącą architekturę, zlokalizować Dekanhuset, bo w tym budynku mieściła się teologia, to pewnie ten duży gmach na południe od kościoła… a może na zachód? Już myliły mu się kierunki. Ten znacznie mniej groźnie wyglądający kościół po drugiej stronie to bez wątpienia Święta Trójca, potocznie zwana „wiejskim kościołem”. Rickard Berglund widział najważniejsze zabytki Uppsali w albumie Uppsala dawniej i dziś, który dostał w kwietniu od mamy na dwudzieste urodziny. Była taką samą zwolenniczką jego planu jak on i czasami zadziwiała go oczywistość tych widoków na przyszłość. Czy to naprawdę było takie proste? Czy nie powinna istnieć jakaś inna opcja, chociażby po to, by ją odrzucić?

Minął Dekanhuset, okrążył wiejski kościół i zszedł po schodach z małego wzgórza na Drottninggatan. Po prawej stronie górowała okazała biblioteka, a wyżej na wzniesieniu między drzewami dostrzec można było zamek. Na zamkowym wzgórzu Slottsbacken kwitły jeszcze czeremcha i bez, panowała późna, przeciągająca się wiosna. Jak pięknie, pomyślał. Przeciął Drottninggatan, wszedł w Nedre Slottsgatan i w końcu dotarł do cukierni naprzeciwko podłużnego sztucznego stawu. Dzikie kaczki, kilka łabędzi i inne nieznane mu wodne ptaki pływały sobie w błogim wczesnoletnim lenistwie, a przynajmniej tak to wyglądało. Nigdy do końca nie wiadomo. Zamówił kawę w dzbanuszku, kanapkę z serem i gotowaną metkę. Przypomniał sobie, że to także było częścią planu i poczuł zadowolenie, że wszystkie wstępne kroki wykonał z taką łatwością i elegancją. Ani razu nie musiał pytać o drogę i już zaliczył prawie wszystko, co sobie zaplanował: Rzekę Fyris. Katedrę i Teologikum. Muzeum Gustavianum i budynek uniwersytetu. Bibliotekę Carolina Rediviva, widziany z oddali zamek oraz cukiernię z ogródkiem. Zaliczone.

A była dopiero dwunasta piętnaście. Ugryzł kanapkę, wypił łyk kawy i z zewnętrznej kieszeni torby wyciągnął kartę powołania. Zawahał się chwilę, po czym wyjął grubą książkę i położył ją ostrożnie na stole, sprawdziwszy uprzednio, czy nie ma na nim plam. Pisma wybrane. Søren Kierkegaard. W pociągu przeczytał ponad czterdzieści stron, a teraz znów pojawiła się myśl, która przyszła mu do głowy na przystanku autobusowym w Hova. W Hova prawdopodobnie nie było nikogo, kto czytałby Kierkegaarda, a ile takich osób mogło być w Uppsali? Sto? Tysiąc?

A inni? Schopenhauer. Nietzsche. Kant. Nie zapominając o współczesnych filozofach, jak Althusser, Marcuse i cała reszta. Ekscytująca była myśl, że w tym mieście ktoś przy sąsiednim stoliku w cukierni takiej jak ta albo w kolejce do mięsnego mógł być równie dobrze obeznany z Heglem i Sartre’em.

Rickard Berglund miał kanon, listę lektur, obejmującą dzieła pisarzy, z którymi zamierzał zawrzeć znajomość w nadchodzącym roku. Zanim na poważnie zajmie się teologią. Może powinien nawet liznąć Marksa i Lenina, żeby mieć o nich pojęcie. Nic, co ludzkie, nie powinno ci być obce, próbował zaszczepić mu Grundenius… i prawie nic, co nieludzkie. Jeżeli nie poznasz swojego rywala, nigdy go nie pokonasz.

Rickard nie wierzył w komunizm. Wojna prowadzona przez Stany Zjednoczone w Wietnamie była oczywiście pod wieloma względami niesłuszna, ale to tylko część prawdy. Stalin miał na sumieniu więcej istnień niż Hitler, wystarczyło spojrzeć do podręczników historii. Rickard poza tym żywił wręcz fizyczną niechęć do wszelkich demonstracji. Ożywiony tłum, slogany i uproszczona demagogia przerażały go. Z ruchem hippisowskim, muzyką pop i wszystkimi długowłosymi bojownikami o wolność było tak samo. Nie obchodzili go po prostu. Rickard Berglund miał nadzieję – czy też raczej zakładał – że odtrutkę na wszystkie plagi obecnych czasów znajdzie w miejscu przepojonym klasyczną kulturą i tradycją. Alma Mater, gaudeamus igitur… przyjdzie czas, myślał, przyjdzie czas, że zapuści w tym mieście korzenie.

Po raz setny przeczytał lakoniczny tekst na karcie.

Miejsce: AUS. Arméns underofficersskola – wojskowa szkoła podoficerska, Dag Hammarskjölds väg 36, stawić się w wartowni.

Czas: poniedziałek, 9 czerwca, w godzinach 13–21.

Długość kursu: 15 miesięcy. Data zwolnienia: 28 sierpnia 1970.

Kiedy Rickard Berglund próbował wyobrazić sobie ten czas, te wszystkie dni niewiadomej treści i niewiadomego charakteru, czuł, jak coś sznuruje mu gardło. Wydawało się, że jeśli tego nie zwalczy, może się rozsypać.

Może tam nie wytrzyma?

Może po paru tygodniach zwolnią go ze służby i odeślą do domu? Skąd człowiek ma wiedzieć, czy się nadaje? No właśnie.

Albo skierują go do zupełnie innych zadań w zupełnie innej jednostce gdzieś w kraju? To byłby jeszcze większy wstyd. W materiałach informacyjnych napisano, że może się tak zdarzyć. Taki los spotykał od dziesięciu do piętnastu procent przyjętych na kurs sztabowy. A jeśli wyląduje w Boden? Albo w Karlsborgu? Uppsala była jak wygrany los na loterii, grunt, by go nie zmarnować… Westchnął, zdając sobie sprawę, że właśnie w takie ponure tony obiecał sobie nie uderzać.

Plan był bowiem ustalony. Piętnaście miesięcy służby wojskowej w Stabs och sambandsskolan – wojskowej szkole sztabu i łączności, później jakiś czas na teologii, cztery albo pięć lat, to się okaże. Potem święcenia kapłańskie i w drogę, głosić Słowo Boże.

Ni mniej, ni więcej.

A jeśli się wytrzymało jedenaście miesięcy w firmie betoniarskiej Lapidus Betong AB, można chyba znieść wszystko. To wuj Torsten pomógł mu zaczepić się tam trzy dni po maturze i jakkolwiek przedstawiałaby się sprawa oświaty na terenach od Hova do Gullspång, Rickard był jedynym pracownikiem firmy Lapidus, który podczas przerwy na kawę czytał Bunyana i Hjalmara Bergmana.

Prowokowało to czasem takie czy inne docinki, ale to już przeszłość. Zarówno przemysł betoniarski, jak i dom przy Fimbulgatan Rickard zostawił za sobą. A także dziecięcy pokoik, w którym mieszkał, odkąd pamięta. Mama próbowała dziś rano w kuchni zwalczyć płacz, jednak bez powodzenia.

– Zostawiasz mnie samą, Rickard – chlipała Ethel. – Tak być musi, ale pamiętaj, że tu zawsze są dla ciebie otwarte drzwi.

Bez wątpienia przygotowała to sobie wcześniej, a zabrzmiało jak stara maksyma wyhaftowana na makatce nad ławą w kuchni. Odkąd zmarł pastor, odzywała się w tym stylu coraz częściej. Rickard w głębi duszy wstydził się uczucia wolności, jakiego doznał, kiedy tylko wyszedł z domu.

Uczucie wolności, kiedy trzeba iść w kamasze? Nie należało chyba się do tego przyznawać, ale w takim właśnie był nastroju. Dzisiaj życie zaczynało się na poważnie, ot co. Całą wiosnę czekał na ten dzień, a kiedy teraz obserwował te wszystkie nieznane kaczki, nieznane łabędzie i przechadzających się chodnikiem nieznanych ludzi, pomyślał, że nigdy – jakkolwiek ułoży się jego życie, cokolwiek stanie się z wielki planem – nie zapomni tej chwili. Cukierni Fågelsången w Uppsali w samo południe 9 czerwca 1969. Pomyślał sobie, że będzie mógł przychodzić tutaj co roku tego samego dnia, siadywać, filozofować trochę, sięgać myślami wstecz i wybiegać w przyszłość, i…

Strumień jego świadomości został przerwany przez cień, który nagle padł na stół, i przez fakt, że właściciel cienia zasygnalizował swoją obecność dyskretnym chrząknięciem.

– Proszę, proszę. Kierkegaard. Nieźle.

Rickard Berglund podniósł wzrok. Przyglądał się mu wysoki, młody mężczyzna w dżinsach, T-shircie i rozpiętej flanelowej koszuli. Miał ukośną, ciemną grzywkę, która zasłaniała mu połowę twarzy, i uśmiechał się szeroko. Wskazał wolne krzesło przy ścianie.

– Przepraszam. Ale niektórych rzeczy nie mogę nie skomentować. Można usiąść?

Rickard skinął głową i schował kartę.

– To też widziałem.

– Co takiego? Kartę powołania…?

– Tak jest. I domyślam się, że nie do S1?

Przystawił krzesło i usiadł. Założył nogę na nogę i wyjął paczkę papierosów z kieszeni na piersi.

– Chcesz jednego?

– Nie, dzięki. Nie palę.

– Rozsądnie.

Rickard spróbował się uśmiechnąć.

– Jak odgadłeś, że nie mam być w S1?

Jego nowy towarzysz przy stole zapalił papierosa zapalniczką Zippo i wydmuchał chmurę dymu.

– Bo nie wyglądasz na kablociąga.

– Kablociąga?

– Tak na nich mówią. Siódma kompania w S1. Zbyt wielu noblistów to tam nie ma. Zakładam, że masz się zgłosić do AUS. Jesteś tłumaczem czy podoficerem sztabowym?

– Podoficerem – odparł Rickard, przełykając ślinę.

– Ja też. Przepraszam, nie przedstawiłem się. Tomas Winckler.

– Rickard Berglund.

– Byczo. Mam nadzieję, że dadzą nas razem. W towarzystwie ludzi wykształconych czuję się najlepiej.

Wskazał książkę. Rickard poczuł, że się czerwieni.

– Słuchaj… to znaczy, ty też się masz dzisiaj stawić?

Tomas Winkcler skinął głową.

– Jasna sprawa. Jak chcesz, możemy tam pójść razem. Chyba że masz inne plany.

Rickard pokiwał i pokręcił głową jednym niezdecydowanym ruchem. Przyszła kelnerka i postawiła przed Tomasem Wincklerem cynamonowe ciasteczko i filiżankę kawy. Ten zdusił papierosa i roześmiał się.

– Zobaczyłem cię przez okno, kiedy składałem zamówienie – wyjaśnił. – Książkę i papier też. A ponieważ w wojsku ni cholery nie czytają duńskich filozofów, pomyślałem, że może zostaniemy kumplami z woja. Skąd jesteś? W każdym razie nie z Uppsali, prawda?

– Nie.

Jak zwykle trudno było się przyznać do spędzenia całego życia w Hova, jednak pomyślał, że to nie jest moment na mówienie łatwych do zweryfikowania kłamstw.

– Z Hova. Jeśli wiesz, gdzie to jest. I z Mariestad. W Mariestad chodziłem do ogólniaka.

Tomas Winckler kiwnął głową.

– Powinienem był zgadnąć coś koło tego, biorąc pod uwagę dialekt. A w którym zakątku naszego pięknego kraju umieściłbyś mnie?

Rickard zastanowił się.

– Gdzieś na północy?

– Zgadza się.

– Ale nie przesadnie wysoko?

– Zależy, jak spojrzeć.

– Sundsvall?

Tomas Winckler huknął filiżanką.

– Jasna cholera. Teraz to jestem pod wrażeniem. Człowiek tutaj próbuje mówić wykwintną szwedczyzną, a ty go przybijasz gwoździem w idealnym miejscu. Jasna cholera.

– Zwykły fart – zapewnił. – Byłeś już kiedyś w Uppsali?

– Kilka razy. Mam tu rodzinę. A ty?

– Nie – przyznał Rickard. – Właściwie to dzisiaj moja noga postała tu po raz pierwszy. Ale pewnie zostanę i będę się uczył… potem. To dobre miasto, prawda?

– Cudowne – potwierdził Tomas Winckler, odgarniając grzywkę z twarzy. – Przynajmniej dopóki ma się poniżej trzydziestki. A ma się. Czego zamierzasz się uczyć?

– Jeszcze się nie zdecydowałem.

– Serio? Ja też nie. Ale oczywiście zostanę tu kilka lat.

Mój Boże, pomyślał nagle Rickard. Rozmawiam teraz z kimś, kogo będę znał przez resztę swojego życia. Ja, który rok po maturze właściwie nie mówię kolegom ze szkoły cześć.

Tomas Winckler chwycił książkę i zaczął studiować tekst z tyłu okładki.

– Czytałem tylko we fragmentach – oznajmił. – Ale bystry jest ten Duńczyk. Cholernie bystry.

– Dopiero zacząłem – przyznał się Rickard. – A ty co teraz czytasz?

Tomas Winckler zignorował pytanie. Odchylił się na krześle i zapalił zgniecionego papierosa.

– Gdybyś miał opisać się jednym zdaniem – powiedział – jakie by ono było?

– Jedno zdanie?

– Tak.

Rickard Berglund zastanowił się chwilę. W końcu odpowiedział:

– Jestem młodym człowiekiem, który nie znosi wtorków.

Tomas Winckler przyglądał mu się zdumiony. Po czym obaj wybuchnęli śmiechem.