Saga Ognia i Wody. Wielki błękit - Jennifer Donnelly

Saga Ognia i Wody. Wielki błękit

0,0

Głębiny oceanu skrywają wiele tajemnic. Jedną z nich jest świat podwodnych syren, które rządzą królestwami i panują nad wszelkimi morskimi stworzeniami. Córka królowej, Serafina, ma wkrótce przejść przez obrzęd inicjacji i zostać oficjalnie uznana za następczynię tronu. Ma również zostać żoną księcia z sąsiedniego królestwa, aby połączyć silnym sojuszem obie krainy i stawić czoła ewentualnym wrogom. Kiedy nadchodzi wielki dzień, księżniczka staje przed ludem i śpiewa pieśń władzy i siły, opowieść o królestwie Miromary. Niestety najważniejsza chwila jej życia, staje się jednocześnie tą najtragiczniejszą. Czarni najeźdźcy atakują pałac, zabijają ojca Serafiny, a królową ciężko ranią. Syrena musi uciekać, zostawiając za sobą całe dotychczasowe życie i wszystkich, których kocha. Jest przy niej jedynie jej wierna przyjaciółka, Neela. Obie dziewczyny, przerażone niespodziewanym atakiem, nie wiedzą, dokąd powinny się udać. Prześladowcy ciągle depczą im po piętach, ale syreny zyskują także nieoczekiwanych sojuszników. Serafina wciąż wspomina niepokojące sny, przywołujące dawną legendę i zdaje sobie sprawę, że opowiadają one prawdziwą historię. Pewnego dnia stara czarownica przywołuje obie syreny i każe im odnaleźć jeszcze cztery towarzyszki – tylko w grupie będą w stanie przeciwstawić się narastającemu złu i pokonać morskiego potwora. Każda z syren posiada niezwykły dar – czy potrafią nad nim zapanować i wspólnie uratować podwodny świat? 

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Wielki Błękit
Spis treści
Karta redakcyjna
 
Rozdział 1
Rozdział 2
 
Tytuł oryginału: WATERFIRE SAGA. DEEP BLUE
 
Przekład: PATRYK DOBROWOLSKI
Redaktor prowadząca: SYLWIA BURDEK
Redakcja: TERESA ZIELIŃSKA
Korekta: MARZENA KWIETNIEWSKA-TALARCZYK
 
Copyright © 2013 Disney Enterprises, Inc.
Copyright © for Polish translations by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.
Warszawa 2015
All rights reserved.
 
Żaden fragment tej książki nie może być bez zgody wydawcy powielany i przekazywany w żadnej formie, elektronicznej czy fizycznej, w tym kopiowany, nagrywany ani zapisywany w jakimkolwiek systemie przechowywania danych.
 
ISBN 978-83-7983-316-0
 
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.
Al. Jerozolimskie 96, 00-807 Warszawa
tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51
e-mail: wydawnictwo@zielonasowa.pl
www.zielonasowa.pl
 
Konwersja: eLitera s.c.

Rozdział 1

ZBUDŹ SIĘ, MALEŃKA! Na czary Kirke, wołałam cię pięć razy! Masz dzisiaj piasek w uszach?

Serafina obudziła się z głośnym jękiem. Jej długie miedziane włosy falowały w nieładzie nad twarzą. W jej ciemnozielonych oczach widniał strach. To coś w klatce... Nadal słyszała śmiech i złowrogie ryczenie. Czuła jego przebiegłość i wściekłość. Syrena rozejrzała się niespokojnie w obawie, że potwór znajduje się tuż obok, ale wkrótce przekonała się, że jest inaczej.

W pokoju była tylko jej matka, która prawdę mówiąc, była niewiele mniej przerażająca.

– Ze wszystkich dni akurat dzisiaj musisz się wylegiwać w łóżku? Dziś wieczorem odbędzie się Dokimi. Tyle masz jeszcze do zrobienia!

La serenissima regina Isabella, królowa krainy Miromara, pływała od okna do okna, rozsuwając rolety.

Przez szklane szyby do pokoju wpadły promienie światła, budząc rozsiane po pomieszczeniu kosmate rurkoczułkowce. Stworzenia rozkwitły w jednej chwili i pomalowały ściany na żółto, kobaltowo oraz na kolor fuksji. Złociste promienie ogrzały także kępy wodorostów na podłodze, które lśniły w wysokim pozłacanym lustrze i odbijały się od gładkich ścian z koralowców. Spod łóżka czmychnęła zwinięta w kłębek niewielka zielona ośmiornica, której nie spodobał się nadmiar światła. Był to pupil Serafiny o imieniu Sylvestre.

– Nie mogłabyś zrobić tego za pomocą magii śpiewu, mamo? – spytała Serafina chrapliwym z niewyspania głosem. – Albo poprosić o pomoc Tavię?

– Kazałam Tavii przygotować ci śniadanie – odparła Isabella. – I NIE, nie mogę używać magii śpiewu do rozsuwania rolet. Mówiłam ci już milion razy...

– Nigdy nie marnuj magii na rzeczy przyziemne – dokończyła syrena.

– Właśnie. A teraz wstawaj. Cesarz z cesarzową już przybyli. Twoje pomocnice czekają w westybulu, canta magus wkrótce przybędzie na próbę magii śpiewu, a ty leżysz nadal leniwie jak morska gąbka – żaliła się królowa. To mówiąc, odpędziła od okna ławicę fioletowych wargaczy i wyjrzała na zewnątrz. – Morze jest dziś tak spokojne, że widzę stąd niebo. Miejmy nadzieję, że nie rozpęta się burza i nie zmąci wód.

– Mamo, co ty tu w ogóle robisz? Nie masz czasem królestwa do rządzenia? – spytała Serafina w przekonaniu, że matka nie odwiedziła jej, by pogawędzić o pogodzie.

– Masz rację, dziękuję – odrzekła cierpko Isabella. – Ale postanowiłam na godzinę powierzyć sprawy królestwa twemu nader odpowiedzialnemu wujkowi Vallerio.

Królowa przeszła na drugą stronę pokoju, do łóżka Serafiny. Szara suknia z morskiego jedwabiu wirowała za nią, srebrne łuski połyskiwały, a gęste włosy były upięte na szczycie głowy.

– Tylko popatrz na te wszystkie muszle! – zawołała, marszcząc brwi. Królowa zmierzyła krytycznym wzrokiem stertę białych muszelek leżących obok łóżka córki. – Słuchałaś do późnej nocy, prawda?

– Musiałam! – broniła się Serafina. – Za tydzień muszę przygotować muszlę z Rozwoju Moruadh.

– Nic dziwnego, że nie mogłam zerwać cię z łóżka – rzekła Isabella, podnosząc jedną z muszli i przykładając ją do ucha. – Podboje Merrovingów na terenach Pustkowi Thiry, autor: profesor Giovanni Bolla – powtórzyła, po czym odrzuciła muszlę na bok. – Mam nadzieję, że na to akurat nie straciłaś zbyt wiele czasu. Bolla to głupiec. Przywódca w wygodnym fotelu. Uważa, że lud opafagów został powstrzymany przez groźbę sankcji. Wierutne brednie, opafagowie to kanibale, a ci mają gdzieś traktaty. Moruadh wysłali niegdyś do nich posłańca z informacją, że zostaną na nich nałożone sankcje. Został pożarty.

Serafina westchnęła z niezadowoleniem.

– I dlatego tu jesteś? Nie sądzisz, że trochę za wcześnie na lekcję polityki?

– Na politykę nigdy nie jest za wcześnie – upomniała Isabella. – Chodziło o okrążenie przez żołnierzy Miromary, acqua guerrieri. Właśnie to pogrążyło opafagów. Siła, nie dyplomacja. Zapamiętaj to, Sero. Nigdy nie siadaj do negocjacji z kanibalami, bo szybko możesz się znaleźć w karcie dań.

– Będę pamiętać, mamo – odrzekła Serafina, przewracając oczami.

Syrena usiadła na łóżku, które było gigantyczną muszlą przegrzebka, a następnie rozciągnęła się na nim jak długa. Jedna połowa łóżka była gęsto porośnięta różowymi ukwiałami. To na niej spała. Drugą część stanowił baldachim zamocowany na szczytach czterech muszli wieżyczników. Brzegi baldachimu były pieczołowicie wyrzeźbione i wyłożone szkłem morskim oraz bursztynem. Zwisały z niego zasłony z bujnych wodorostów, między którymi przemykały maleńkie babki i pasiaste błękitne liry.

Gąbczaste odnóża ukwiałów złapały Serafinę, gdy się podniosła. Syrena włożyła białą szatę z morskiego jedwabiu, zdobioną złotą nitką, muszlami ostryg i perłami. Jej jasne łuski koloru świeżej miedzi lśniły w podwodnym mroku. Pokrywały jej ogon i tors i doskonale pasowały do ciemnomiedzianych włosów Serafiny. Takie ubarwienie odziedziczyła po ojcu, principe concorte Bastiaanie, synu szlachetnego Domu Kaden w morzu Marmara. Jej silne i gibkie płetwy miały barwę delikatnego koralowego różu z zielonymi akcentami. Była sprężystą syreną i poruszała się z wdziękiem głębinowej szybkopływaczki. Miała oliwkową cerę, zwykle nieskazitelną, lecz tego ranka była nieco bledsza, a pod oczami miała ciemne worki.

– Co się stało? – spytała Isabella, zauważywszy bladą twarz córki. – Jesteś biała jak brzuch rekina. Rozchorowałaś się?

– Nie spałam dobrze. Miałam koszmary – przyznała Serafina, obwiązując szatę pasem. – Widziałam coś okropnego w klatce. To był jakiś potwór. Chciał się wydostać, a ja musiałam go powstrzymać, ale nie wiedziałam jak. – Kiedy mówiła, powróciły do niej obrazy ze snu, realistyczne i przerażające.

– Zwykłe nocne koszmary, ot co. Złe sny biorą się z nerwów – uznała lekceważąco Isabella.

– Były tam iele, rzeczne czarownice. Wołały, żebym do nich dołączyła – ciągnęła Serafina. – Kiedyś opowiadałaś mi o nich historie. Mówiłaś, że to najpotężniejsze z syren i że kiedy kogoś wzywają, trzeba ich usłuchać. Pamiętasz?

Mama uśmiechnęła się, co należało do rzadkości.

– Tak, ale nie mogę uwierzyć, że to zapamiętałaś – odrzekła. – Opowiadałam ci takie rzeczy, kiedy byłaś malutką syrenką, żebyś była grzeczna. Mówiłam, że jeśli nie będziesz grzeczna, iele mogą cię wezwać i zatkać ci uszy. Miałaś się zachowywać jak na principessę z Domu Moruadh przystało. To było tylko bicie morskiej piany.

Serafina wiedziała, że rzeczne czarownice są zmyślone, ale jej sen wydawał się taki rzeczywisty.

– Były tam, tuż obok. Przede mną. Tak blisko, że mogłabym ich dosięgnąć – upierała się, lecz po chwili ugryzła się w język. – Ale oczywiście to nieprawda. Zresztą mam dzisiaj ważniejsze rzeczy na głowie.

– To prawda. Czy twoja pieśń magii śpiewu jest gotowa? – spytała Isabella.

– A więc to dlatego tu jesteś – rzuciła oschle Serafina. – Nie przyszłaś życzyć mi powodzenia, pogadać o fryzurze czy koronnym księciu, czy o czymkolwiek innym, co normalna mama chciałaby omówić z córką. Jesteś tu po to, żeby się upewnić, że nie zepsuję mojej pieśni.

Isabella spojrzała na Serafinę wściekłymi błękitnymi oczami.

– Nie potrzebujesz szczęścia. Fryzura to zbytek. Liczy się twoja pieśń magii śpiewu. Musi wypaść doskonale, Sero.

To musi być doskonałe. Sera pracowała tak ciężko nad wszystkim, wliczając naukę, rzucanie zaklęć, zawody jeździeckie, jednak nieważne, jak bardzo się starała, mama zawsze oczekiwała czegoś więcej.

– Nie muszę ci przypominać, że będą cię obserwować dworzanie Miromary i Matali – rzekła Isabella. – Nie możesz sobie pozwolić na najdrobniejszy błąd. Myślę, że nie powinnaś się obawiać, pod warunkiem że opanujesz nerwy. Pamiętaj, że to nie bitwa ani klincz w parlamencie. To tylko Dokimi.

– Racja, mamo. Tylko Dokimi – powtórzyła Serafina z opadniętymi płetwami. – To tylko ceremonia, podczas której Alitheia akceptuje moją krew albo mnie zabija. Muszę tylko zaśpiewać pieśń magii śpiewu równie dobrze jak canta magus. Muszę tylko złożyć zaręczynowe ślubowanie i obiecać, że pewnego dnia dam królestwu córkę. To nic, czym można się zamartwiać. Nic a nic.

Zapadła niezręczna cisza, którą pierwsza przerwała Isabella.

– Pewnego dnia – zaczęła – sama miałam problem z opanowaniem nerwów. Było to wtedy, gdy moi starsi ministrowie zjednoczyli się przeciw mnie w pewnej kwestii handlowej i...

Serafina przerwała jej stanowczo.

– Mamo, czy choć raz możesz się zachowywać jak mama? I zapomnieć, że jesteś reginą?

Isabella uśmiechnęła się ze smutkiem.

– Nie, Sero. Niestety, nie mogę.

Jej głos, zwykle pełen animuszu, dziś przepełniało zmartwienie.

– Czy coś się stało? – spytała Serafina, która nagle posmutniała. – O co chodzi? Czy Matalowie dotarli bezpiecznie?

Syrena wiedziała, że na podróżujących mało uczęszczanymi wodami czyhają bandy oprychów. Najgorsi z nich, nazywani Praedatori, byli znani z tego, że kradną wszystko, co ma jakąkolwiek wartość: od pieniędzy, klejnotów i broni aż po koniki morskie, na których jechali podróżni.

– Matalowie czują się świetnie – zapewniła Isabella. – Przybyli zeszłej nocy. Tavia się z nimi widziała. Mówią, że są bardzo zmęczeni. Kto by nie był? Droga z Oceanu Indyjskiego do Adriatyku jest bardzo długa.

Serafina poczuła ulgę. W matalskim orszaku podróżowali nie tylko książę koronny z rodziną, cesarz i cesarzowa, ale także Neela, kuzynka księcia koronnego. Neela była najlepszą przyjaciółką Serafiny i ta bardzo za nią tęskniła. Choć Sera zawsze była otoczona garstką dworzan, czuła się wiecznie samotna. W towarzystwie służących i dworzan nie mogła sobie pozwolić na opuszczenie gardy. Dopiero przy Neeli nie musiała nikogo udawać.

– Desiderio wyjechał im naprzeciw? – spytała.

Isabella się zawahała.

– Tak się składa, że przywitał ich twój ojciec – odparła po chwili.

– Dlaczego? Myślałam, że Des miał to zrobić. – Serafina była zbita z tropu. Wiedziała, że jej brat nie mógł się doczekać spotkania z Matalami. On i Mahdi, książę koronny, byli starymi przyjaciółmi.

– Desiderio został oddelegowany do zachodnich granic. Wraz z czterema regimentami acqua guerrieri – oznajmiła bez ogródek Isabella.

Serafina nie wierzyła własnym uszom. Bała się o swojego brata.

– Co takiego? – zawołała. – Kiedy?

– Późną nocą. Na rozkaz twojego wuja.

Brat Isabelli Vallerio był głównodowodzącym armii Miromary i ustępował autorytetem tylko jej samej.

– Dlaczego? – zaniepokoiła się Sera. Regiment liczył trzy tysiące żołnierzy. Zagrożenie zachodnich granic musiało być więc bardzo poważne, skoro wuj posłał ich aż tylu.

– Doszły nas słuchy o kolejnym najeździe. Zaatakowano wioskę Acqua Bella w pobliżu wyspy Sardynii.

– Ile jeńców pojmano? – spytała Serafina, obawiając się odpowiedzi.

– Ponad dwa tysiące. – Isabella odwróciła się, ale Sera zdążyła jeszcze dostrzec w oczach matki łzy.

Najazdy zaczęły się przed rokiem. Do tej pory celem ataków padło sześć miromarskich wiosek. Nikt nie wiedział, dlaczego ich mieszkańców brano w niewolę ani też kto stoi za napadami. Wyglądało to tak, jakby po prostu znikali.

– Czy tym razem byli jacyś świadkowie? – drążyła Serafina. – Wiecie, kto to zrobił?

Isabella opanowała się i odwróciła w stronę córki.

– Nie wiemy. Modlę się do bogów o odpowiedź. Twój brat uważa, że to sprawka terragogów.

– Ludzi? Niemożliwe. Mamy czary, które nas przed nimi chronią. Znamy je od czasu stworzenia syren, od czterech tysięcy lat. Nie zagrożą nam. Nigdy nie byli w stanie – powiedziała Serafina.

Syrena zadrżała na myśl, co by się stało, gdyby ludzie nauczyli się odwracać ich zaklęcia. Syreny byłyby wyławiane tysiącami za pomocą okrutnych sieci. Handlowano by nimi. Terragogowie trzymaliby je w akwariach dla własnej przyjemności, a ich populacja zostałaby zdziesiątkowana, tak jak to się stało z tuńczykami czy dorszami. Ani na lądzie, ani w morzu nie było stworzenia bardziej chciwego od terragogów. Nawet bezduszni opafagowie zabierali tylko to, co zdołali zjeść. Gogowie brali wszystko.

– Nie wydaje mi się, że to ludzie – przyznała Isabella. – Tak też powiedziałam twojemu bratu. Jednak w pobliżu Acqua Bella zaobserwowano wielki holownik, a Desiderio jest przekonany, że statek musi mieć jakiś związek ze sprawą. Twój wuj uważa, że za najazdami stoją Ondalińczycy i szykują się do ataku na Ceruleę. Dlatego postanowił wysłać regiment w kierunku zachodniej granicy jako demonstrację siły.

Były to otrzeźwiające wieści. Ondalina, królestwo arktycznych syren, była odwiecznym wrogiem Miromary. Przed stu laty zakończyła się między nimi wojna, którą Ondalina przegrała i od tego czasu przestrzegała postanowień rozejmu.

– Jak dobrze wiesz, Ondalińczycy trzy miesiące temu zerwali permutavi – ciągnęła Isabella. – Twój wuj podejrzewa, że admirał Kolfinn postąpił tak, żeby zapobiec twoim zaślubinom z matalskim księciem koronnym, a sam zaoferował Matalom własną córkę Astrid. Sojusz z Matalami jest dla Ondalińczyków równie cenny jak dla nas.

Serafinę zmartwiły knowania wroga, ale jednocześnie poczuła się doceniona przez mamę, że ta dyskutuje z nią na takie tematy.

– Może powinniśmy przełożyć Dokimi – zasugerowała. – Mogłabyś zamiast tego zwołać Radę Sześciu i przestrzec Ondalinę. Cesarz Bilaal jest już na miejscu. Musiałabyś tylko wezwać prezydenta Atlantyki, starszego Qin i królową Słodkowody.

Na strapionej twarzy Isabelli pojawiło się zniecierpliwienie i Serafina zrozumiała, że powiedziała za dużo.

– Dokimi nie może zostać przełożone. Od niego zależy stabilność naszego królestwa. Księżyc jest w pełni, a poziom wód wysoki. Wszystko zostało przygotowane. Chwila zwłoki może przechylić szalę na rzecz Kolfinna – skwitowała Isabella.

Serafina była zdesperowana. Tak bardzo pragnęła akceptacji ze strony matki. Spróbowała jeszcze raz:

– A jeśli wyślemy na zachodnią granicę następny regiment? W nocy słuchałam jednej muszli... – to mówiąc, gorączkowo przeszukiwała leżące na podłodze muszle. – O, mam, Dyskurs o obronie. Dowiedziałam się, że sama manifestacja siły może odeprzeć wroga, a także...

– Nie nauczysz się rządzenia królestwem, słuchając muszli – przerwała jej matka.

– Ależ mamo, manifestacja siły zadziałała na opafagów na Pustkowiach. Sama o tym mówiłaś pięć minut temu!

– To prawda, ale to była zupełnie inna sytuacja. Cerulea nie była wtedy zagrożona, więc Moruadh mogła sobie pozwolić na wysłanie wojsk z miasta na Pustkowia. Mam nadzieję, że masz świadomość, że obecnie w stolicy stacjonuje sześć regimentów, a do tej pory wysłaliśmy na zachodnią granicę aż cztery. Jeśli oddelegujemy kolejny, zostanie nam tylko jeden.

– Tak, ale...

– A co, jeśli najeźdźcy, którzy napadają na nasze wioski, zaatakują Ceruleę, a my będziemy mieć do dyspozycji jeden regiment guerrieri do obrony nas oraz Matalów?

– Mamy przecież twoją straż przyboczną, Janicarich – rzekła Serafina, lecz jej głos osłabł, podobnie jak nadzieje na to, że zrobi na matce jakiekolwiek wrażenie.

Isabella machnęła ręką.

– Nie więcej niż tysiąc żołnierzy. Tylu nie wystarczy, by skutecznie odeprzeć atak. Myśl, Serafino, myśl. Rządzenie jest jak gra w szachy. Niebezpieczeństwo może nadejść z różnych stron, zarówno od pionka, jak i od królowej. Musisz grać szachownicą, nie jedną figurą. Dzielą cię tylko godziny od zostania oficjalną spadkobierczynią tronu Miromary. Musisz nauczyć się myślenia!

– Ale ja myślę! Na bogów, mamo! Dlaczego zawsze jesteś dla mnie taka okrutna? – Syrena podniosła głos.

– Bo twoi wrogowie będą po tysiąckroć okrutniejsi! – odparła równie głośno Isabella.

Między matką a córką znowu zapadła bolesna cisza, przerwana gorączkowym waleniem do drzwi.

– Wejść! – warknęła Isabella.

Wrota komnaty Serafiny otworzyły się i do środka wpłynął jeden z paziów Valleria, ukłonił się syrenom, po czym zwrócił się do królowej:

– Mój pan Vallerio przysłał mnie, by przyprowadzić Waszą Miłość do prywatnej komnaty.

– Z jakiego powodu?

– Mamy wieści o kolejnym najeździe.

Isabella zacisnęła pięści.

– Powiedz swemu panu, że zaraz tam będę.

Serafina ruszyła za mamą.

– Pójdę z tobą – rzekła.

Isabella pokręciła głową.

– Przygotuj się na wieczór – poleciła oschle. – Musisz dobrze wypaść. Potrzebujemy tego sojuszu z Matalami jak niczego innego. Jeszcze bardziej niż do tej pory.

– Mamo, proszę...

Było jednak za późno. Isabella opuściła już sypialnię Sery.

Odeszła.

Rozdział 2

GDY DRZWI ZAMKNĘŁY się za Isabellą, Serafina z trudem powstrzymała łzy.

Prawie każda rozmowa z mamą kończyła się krępującą ciszą lub krzykami. Była do tego przyzwyczajona, ale mimo wszystko czuła ból.

Sera poczuła na ramieniu cienką mackę, a kolejna okręciła jej się wokół szyi. Trzecia wsunęła się pod ramię. Sylvestre zawsze doskonale dostosowywał się do nastrojów swojej pani i teraz przybrał niebieską ze zmartwienia barwę. Syrena oparła się o jego głowę.

– Tak bardzo się denerwuję przed Dokimi – rzekła. – Mama nie chce tego słuchać, ale może Neela zechce. Muszę z kimś porozmawiać. A jeśli Alitheia urwie mi głowę? A jeśli zepsuję zaklęcie magii śpiewu? A jeśli Mahdi nie zechce...

Serafina nie mogła znieść tej ostatniej myśli, która przerażała ją jeszcze bardziej niż czekające na nią zadania.

– Serafino, dziecko drogie, gdzie jesteś? Przybyła twoja fryzjerka! – zawołała z westybulu Tavia, jej opiekunka. Na dźwięk jej głosu Sylvestre zerwał się jak rażony piorunem. Nie było już czasu na zamartwianie się. Sera musiała wziąć się do pracy. Czekała na nią Tavia, czekała canta magus, a także cały dwór.

– Już idę! – odpowiedziała.

Ruszyła w kierunku drzwi, ale po chwili się zatrzymała. Wiedziała, że gdy je otworzy, przestanie być Serafiną i stanie się Jej Miłością, Jej Wysokością i Najpokorniejszą Principessą. Tym właśnie była.

Nie znosiła egzaltowanej dworskiej atmosfery, szeptów, ukradkowych spojrzeń, nieszczerych uśmiechów. Na dworze musiała ubierać się stosownie do sytuacji, pływać z gracją, nigdy nie podnosić głosu. Uśmiechać się i potakiwać, kiedy wolałaby pojeździć na Clio czy przemierzać ruiny reggii, prastarego pałacu Moruadh. Nienawidziła dławiącego uczucia wyczekiwania, nieustannej presji, by być doskonałą, a także znaczących spojrzeń i ostrych komentarzy, gdy jej się to nie udawało.

– Dwie minuty – wyszeptała.

Machnęła ogonem i przeniosła się na drugi koniec pokoju. Pchnęła szklane drzwi i wypłynęła na balkon, płosząc przy tym odpoczywające przy balustradzie dwie małe rybki z gatunku kurek. Z balkonu roztaczał się widok na stolicę.

Cerulea była miastem rozległym i rozwijającym się. Kilka stuleci wcześniej była pierwszą syrenią osadą i od tego czasu przeistoczyła się w prawdziwe centrum życia kulturalnego. Starożytne, potężne miasto zbudowano z błękitnego kwarcu wydobywanego głęboko pod morskim dnem. O tej porze dnia promienie słońca przebijały się przez Diabelski Ogon, obronny ciernisty pierścień wiszący nad miastem, i odbijały się od dachów, sprawiając, że te lśniły.

Pierwotny pałac został wzniesiony w centrum Cerulei. Kilka wieków wcześniej zapadł się jego dach, więc przebudowano go i przeniesiono na podwodną górę. Pałac był barokową budowlą z korali, kwarcu i masy perłowej przeznaczoną dla rodziny królewskiej i jej dworu. Ruiny reggii pozostawiono nienaruszone w granicach miasta, by przypominać o historii.

Serafina powiodła wzrokiem po wijących się uliczkach Cerulei prowadzących do wieżyczek Kolegio, wokół których spacerowali ubrani na czarno profesorowie. Popatrzyła na ogromny ostrokon, po czym przeniosła wzrok na Złoty Sążeń – dzielnicę, w której znajdowały się wysokie budynki, modne restauracje i drogie sklepy. Jeszcze dalej, poza murami miasta, widniało Kolisseo z dwiema powiewającymi flagami: Miromary – czerwona gałąź koralowca na białym tle, oraz Matali – stojący smok trzymający srebrno-niebieskie jajo. Kolisseo to właśnie miejsce, gdzie już za kilka godzin Sera miała przejść ceremonię Dokimi przed obliczem dworu, władców Matali oraz ludu Miromary...

...i Mahdiego.

Od czasu gdy widziała go po raz ostatni, minęły dwa lata. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie jego twarz: ciemne oczy, nieśmiały uśmiech i poważny wyraz twarzy. W przyszłości mieli wziąć ślub, a tego wieczoru miały się odbyć ich zaręczyny. Był to żenujący zwyczaj, ale Serafina cieszyła się, że Mahdi będzie jej mężem. Nadal miała w pamięci ostatnie słowa, jakie od niego usłyszała, tuż przed jego powrotem do Matali.

– To mój wybór – wyszeptał wtedy, trzymając ją za rękę. – Mój. Nie ich.

Serafina otworzyła zielone oczy, które zasnuwała mgła zmartwienia. Po jego pierwszej wizycie dostawała prywatne wiadomości w muszlach przekazywane przez zaufanego posłańca. Za każdym razem, gdy otrzymywała muszlę, biegła do swego pokoju i przykładała ją do ucha, stęskniona za głosem ukochanego. Jednak po roku prywatne muszle przestały przychodzić, a zastąpiły je oficjalne. Głos Mahdiego wydawał się w nich sztuczny i formalny.

Mniej więcej w tym samym okresie Serafina zaczęła słyszeć różne rzeczy na jego temat. Niektórzy twierdzili, że stał się imprezowiczem i spędzał całe noce na ulicach miast, zmienił towarzystwo i wydał fortunę na wierzchowce do gry w caballabong. Nie wiedziała, czy powinna wierzyć plotkom. A jeśli były prawdziwe? A jeśli naprawdę się zmienił?

– Serafino, musisz natychmiast wyjść! Thalassa będzie tu lada chwila, a wiesz, że ona nie lubi, gdy każe jej się czekać! – zawołała Tavia.

– Już idę! – odrzekła Serafina, wracając do sypialni.

Serafina...

– Na wielką boginię Nerię, mówiłam, że idę!

Córko Moruadh, tyś jedną z nas...

Serafina zamarła w bezruchu. To nie był głos Tavii i nie dobiegał zza zamkniętych drzwi. Źródło dźwięku znajdowało się tuż za nią.

– Kto tam? – spytała, obracając się.

Początek końca, nadszedł twój czas...

– Giovanna, czy to ty? Donatella?

Nie było odpowiedzi. Bo w pokoju nie było nikogo prócz niej samej.

Nagle kątem oka dostrzegła gwałtowny ruch po lewej stronie. Syrena wstrzymała oddech, po czym westchnęła z ulgą. To tylko lustro, wewnątrz którego spacerowała vitrina.

Lustro było wysokie i bardzo stare.

Robaki wygryzły dziury w jego pozłacanej ramie, a szkło pokryte było czarnymi plamami. Zostało znalezione w rozbitym statku gogów i było domem duchów zwanych vitrinami. Były to dusze pięknych, próżnych istot ludzkich, które spędzały zbyt wiele czasu na przeglądaniu się w nim. Lustro stało się ich więzieniem. Ich ciała zestarzały się i umarły, ale dusze przetrwały zaklęte na zawsze w szklanej pułapce.

W lustrze Serafiny mieszkali pewna hrabina, przystojny młody książę, trzy kurtyzany, aktor i arcybiskup. Postaci te często z nią rozmawiały. Teraz w lustrze Serafina widziała wspomnianą hrabinę.

Sera zapukała w ramę. Kobieta w szkle uniosła ciężką suknię i podbiegła ku niej. Zatrzymała się kilka centymetrów od szklanej powierzchni. Miała na sobie wysoką, misternie wykonaną białą perukę. Jej twarz była upudrowana, a usta pomalowane szminką. Wyglądała na przestraszoną.

– Ktoś jest tu wśród nas, principesso – wyszeptała, zerkając za ramię. – Ktoś obcy.

W jednej chwili obie dostrzegły w oddali nieruchomą, ciemną postać. Serafina wiedziała, że lustra są podwodnymi przejściami, które wprawna osoba jest w stanie otworzyć. Jednak tylko najpotężniejsi magowie mają zdolność podróżowania ich srebrnymi drogami. Serafina nie znała nikogo o takiej mocy. Nawet Thalassa tego nie potrafiła. Na oczach Serafiny i hrabiny postać zaczęła się do nich zbliżać.

– To nie jest vitrina – syknęła kobieta. – Skoro się tu dostała, musi być sposób, żeby zniknęła. Odsuń się od lustra! Szybko!

Kiedy nieznajoma się zbliżyła, Serafina rozpoznała w niej rzeczną syrenę z ogonem w brązowo-szare cętki. Syrena ta miała na sobie pelerynę z piór czarnych rybołowów z kołnierzem wykonanym z wijących się jelenich rogów, który wystawał wysoko ponad jej głowę. Włosy jej były siwe, a oczy patrzyły przenikliwie. Rzucała zaklęcie.

Przesypał się piasek, czar nabiera mocy,

We wszystkie strony pieśń się roznosi...

Serafina znała ten głos. Słyszała go w swym koszmarze. Należał do rzecznej czarownicy Baby Vrăi.

Choć hrabina nakazała Serafinie się odsunąć, dziewczyna nie była w stanie się poruszyć. Wyglądała, jakby zamarzła z twarzą niemal przyklejoną do zwierciadła.

Vrăja ją wzywała.

– Przyjdź, dziecko – powtarzała.

Serafina uniosła wolno rękę, niczym w transie. Już miała dotknąć lustra, gdy nagle Vrăja przestała śpiewać i odwróciła się w kierunku czegoś, czego Serafina nie widziała. W oczach czarownicy pojawił się strach.

– Nie! – wykrzyknęła. Jej ciało wykrzywiło się w spazmie i potłukło w drobny mak. W miejscu, w którym stała, wiła się setka węgorzy, które wkrótce zanurzyły się w ciekłym srebrze.

Po kilku chwilach w ramie pojawił się terragog, powodując drgania na powierzchni. Był to mężczyzna odziany w czarny strój. Jego jasne włosy były niemal białe i krótko przycięte. Stał odwrócony bokiem do Serafiny i patrzył na ostatnie znikające węgorze. Jeden z nich uciekał wolniej niż pozostałe. Mężczyzna pochwycił go i ugryzł. Stworzenie zaczęło wić się z bólu, a jego krew spływała po brodzie nieznajomego. Mężczyzna połknął węgorza, po czym zwrócił się w stronę lustra.

Serafina zakryła usta ręką. Oczy obcego były całkowicie czarne. Syrena krzyknęła, wycofała się, potknęła o krzesło i upadła na podłogę. Z lustra wyłoniła się ręka mężczyzny, a następnie bark. Kiedy i głowa zaczęła ukazywać się po drugiej stronie, rozległ się głos Tavii.

– Serafina? Co tam się dzieje? – zawołała zza drzwi opiekunka. – Wchodzę!

Mężczyzna zdążył jeszcze rzucić dziewczynie nienawistne spojrzenie i po sekundzie zniknął.

– Co się stało, dziecko? Nic ci nie jest? – spytała Tavia.

Roztrzęsiona Serafina podniosła się z podłogi.

– Ja... Zobaczyłam coś w lustrze. Przestraszyłam się i przewróciłam – rzekła.

Tavia, która miała ciało i odnóża błękitnego kraba, podeszła do lustra. Serafina widziała, że jest już puste. Zarówno rzeczna wiedźma, jak i terragog w czerni zniknęli. Widziała tylko odbicie Tavii.

– Złośliwa vitrina – uznała opiekunka Sery. – Pewnie ją ignorowałaś. Drażni je, kiedy nie poświęca się im uwagi.

– To było coś innego. Te postaci...

– Tak, kochanie? – Tavia zwróciła się do niej.

Straszna czarownica z koszmaru i terragog z przerażającymi czarnymi oczami. Już miała to powiedzieć, gdy zdała sobie sprawę, jak niedorzecznie by to zabrzmiało.

– ...były inne. Nigdy wcześniej ich nie widziałam.

– Czasem tak się zdarza. Większość vitrin pokazuje się od razu, ale czasem można trafić na nieśmiałe osobniki – rzekła Tavia, po czym stuknęła głośno w szkło. – Spokojnie mi tam, dobrze? Inaczej schowam to lustro do szafy! – to mówiąc, ściągnęła z krzesła jedwabny szal i zakryła nim zwierciadło. – To je przestraszy. Vitriny nie cierpią szaf, bo nie ma tam nikogo, kto może im mówić, jakie są piękne.

Następnie Tavia poprawiła wywrócone przez Serafinę krzesło, a po chwili złajała ją za ociąganie się.

– Czeka już na ciebie śniadanie, podobnie jak krawcowa. Musisz przyjść natychmiast! – poleciła.

Serafina rzuciła jeszcze długie, powątpiewające spojrzenie na lustro. Vrăja nie istniała. Była ielą, a te żyły przecież tylko w legendach. A to przejście przez szkło? Zwykłe złudzenie optyczne, halucynacja spowodowana niewyspaniem i stresem przed Dokimi. Czy aby mama nie wspominała, że największym wrogiem Sery są jej nerwy?

– Serafino, nie mam zamiaru cię dłużej wołać! – zniecierpliwiła się Tavia.

Księżniczka uniosła głowę, wypłynęła z pokoju do westybulu i dołączyła do dworek.

 

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki