Ryba Ludojad

0,0

Ryba Ludojad to wybór felietonów Macieja Rybińskiego opublikowanych w „Rzeczypospolitej” w latach 2008–2009. Każdy z nich odnosi się do ciągle aktualnych postaw i zjawisk społecznych. Autorem wyboru jest Dominik Zdort, dziennikarz prasowy i telewizyjny, szef działu Opinie w „Rzeczpospolitej”.

 

Mam prawo uważać się za obywatela idealnego. Bez zbędnej skromności – wzorowy obywatel III RP to ja. Nie zajmuję miejsca w przedszkolu. Nie chodzę do szkoły i nie podwyższam budżetu na edukację. Nie jestem studentem i nie żądam stypendium. Nie pracuję w budżetówce i nie pobieram żadnej pensji, nawet trzynastej. Nie domagam się podwyżek. Nie należę do związków zawodowych. Nie palę opon i nie rzucam petard. Nie demonstruję. Nie jestem chłopem i nie zużywam subwencji europejskich. Nie mam przywilejów KRUS. Nie biorę zasiłku dla bezrobotnych. Nie jestem rencistą ani emerytem. Żyję, więc nie należy mi się zasiłek pogrzebowy. Owszem, płacę podatki i różne składki. Daniny. Pogłówne, podymne, od okien, kopytkowe. VAT. Akcyzę na papierosy i alkohol. Obliczyłem sobie, że tylko dzięki pielęgnowaniu przeze mnie cnoty obywatelskiej, jaką jest picie i palenie, posłowie mogą dostawać godziwe diety…

A tak ja mam swoje sushi – a jak mnie sushi, to zaraz lecę wspierać budżet. A oni mają swoje. Za moje. Ale niech tam. Gdyby wszyscy byli tacy jak ja, Polska byłaby mocarstwem ekonomicznym całkiem idyllicznym. Wszyscy by nam zazdrościli, nie tylko Bangladesz i Somalia. Ja mam też inne zalety. Jestem samowystarczalny duchowo. Nie muszę oglądać TVN 24, żeby się dowiedzieć, co się dzieje, bo sam mogę sobie takie wiadomości napisać, sam mogę je ocenzurować i sam przeczytać. W zależności od nastroju i okoliczności, albo optymistyczne i mobilizujące albo ponure i dołujące.

Dla każdego coś miłego.

(fragment felietonu Informacje na wakacje z 30 czerwca 2009 r.)

Dodaj komentarz


Świetna pozycja dla fanów redaktora Zdorta. Błyskotliwie i ironicznie opisuje nasze realia dając wytchnienie od serwisów informacyjnych wieszczących krach ekonomiczny i moralny. Zawsze jak czytam jego teksty, to przed oczami staje mi Jeremy Clarkson, ale inteligentniejszy i dużo bardziej subtelny.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj


Ryba Ludojad

Maciej Rybiński

 

Wybór i opracowanie:

Dominik Zdort

 

Redakcja techniczna:

Ewa Czyżowska

 

Łamanie:

Edycja

 

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2011

 

ISBN 978-83-7595-345-9

ISBN wersji cyfrowej 978-83-7595-527-9

 

Wydawnictwo M

ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków

 

tel. 12-431-25-50; fax 12-431-25-75

e-mail: mwydawnictwo@mwydawnictwo.pl

www.mwydawnictwo.pl

www.ksiegarniakatolicka.pl

 

Mój tata pisze i czyta

 

To, że mam innego tatę niż inne dzieci, zauważyłam, kiedy miałam siedem lat. Nauczycielka zapytała dzieci w klasie, co robią ich ojcowie. Jeden był inżynierem i budował mosty, drugi miał fabrykę, w której produkował wędliny. W końcu przyszła kolej na mnie. Długo się zastanawiałam, nim odpowiedziałam: „Mój tata pisze i czyta”. Dzieci wybuchły śmiechem wraz z nauczycielką, która mnie poinformowała, że to nie jest zawód.

Bardzo się wtedy wstydziłam za tatę. Nie rozumiałam, dlaczego tak jak inni ojcowie nie wychodził do biura z teczką w ręku, by przewracać tam papierki z lewej na prawą, albo chociaż nie zamiatał ulicy, jak starszy pan, którego codziennie mijałam w drodze do szkoły. Zamiast tego siedział przy maszynie do pisania i stukał nieprzerwanie w klawisze. „Co on tam pisze?” – zastanawiałam się. 

 

Głowiłam się także, skąd tata tyle wiedział. Na każde pytanie znał odpowiedź. Kiedy nie rozumiałam czegoś w szkole, wracałam do domu i pytałam go. Z wyjątkiem matematyki, nigdy się nie mylił. Czasami jeździł nawet do szkoły i pouczał moje nauczycielki. „Ta twoja wychowawczyni jest idiotką i robi wam wodę z mózgu” – mówił. Bardzo mi to imponowało. Wpajał mi od początku, że to, co mi mówią inni, nie zawsze jest prawdą. „Myśl samodzielnie” – przekonywał. 

Tata nie szanował żadnych autorytetów, nie lubił porządku i podporządkowywania się. Było to bardzo fajne i bardzo demoralizujące. Zapewniło mi długoletnią niechęć zespołu nauczycielskiego. Ale nauczyło mnie też krytycznego myślenia. Bo tata był człowiekiem całkowicie niezależnym. Dla niego wolność była największym dobrem. Nie zmieniał poglądów w zależności od koniunktury i wysokości wynagrodzenia. Nie poddawał się presji większości i poprawności politycznej. I dzięki niemu ja też tego robić nie potrafię.

Nigdy nie zapomnę, jak przywiózł mojej nauczycielce w liceum w Bonn Quo vadis? Sienkiewicza, by się dokształciła i przestała wmawiać młodzieży, że Szczypiorski to najwspanialszy polski pisarz. 

A jak gotował! Wciąż pamiętam metaliczny dźwięk garnków i zapachy unoszące się w naszej kuchni, kiedy wracałam ze szkoły do domu. I ojca w fartuchu podlewającego jakąś pieczeń w piekarniku. Może to była kaczka z pomarańczami, a może polędwica w cieście, którą tak lubił? To on nauczył mnie gotować. I miłości do dobrej kuchni, szczególnie francuskiej, jeszcze zanim zdążyłam ją poznać podczas moich podróży. Do dziś żałuję, że nie pomyślałam o tym, by poprosić go o przepis na zupę gulaszową, która tak mi smakowała i którą przyrządzał każdej zimy.

 

Brakuje mi też naszych wspólnych wieczorów, spędzonych na dyskusjach, czasami o zupełnie absurdalnych rzeczach. Tatę wszystko interesowało. Od stoicyzmu po latające spodki. Nasze mieszkanie zawsze było zawalone książkami. Było ich tyle, że nie mieściły się na regałach. A tata wszystkie je znał na pamięć. Czytał ciągle i wszędzie, nawet przy jedzeniu, co mamę bardzo irytowało. Podobnie jak jego zamiłowanie do bluesa, którym mnie zaraził. Potrafiliśmy godzinami słuchać płyt i zachwycać się muzyką. Mama wtedy uciekała. Leadbelly, B.B. King i Screaming Jay Hawkins w połączeniu z naszym buczeniem byli dla niej nie do zniesienia.

Ale najbardziej brakuje mi taty poczucia humoru. Śmiech zawsze rozlegał się w naszym domu. Tata nie tylko pisał felietony, on je opowiadał. Każdy posiłek był zakrapiany anegdotami, których znał tysiące, na każdą okazję. Przewijały się w nich różne ciekawe postacie, które kiedyś spotkał na swej drodze. Uwielbiał żydowskie szmoncesy i folklor warszawski. Czasami podczas obiadu czytał mi z opowiadań Wiecha, powodując, że ze śmiechu nie mogłam jeść.

Dopiero dziś zdaję sobie sprawę, jak wiele czerpałam z tych wspólnych chwil i jak wielki miał na mnie wpływ. Przez niego nie potrafię się dziś oprzeć słodyczom i uwielbiam oglądać zawody w curlingu w telewizji. Nie wspominając o zamiłowaniu do powieści Singera i tanich horrorów z wampirami i żywymi trupami. I to niekoniecznie w tej kolejności.   

Wspomnienia tych wspólnych chwil zostaną ze mną na zawsze, tak jak taty felietony. 

 

Aleksandra Rybińska, córka

 
 

Moje sushi

 

Mam prawo uważać się za obywatela idealnego. Bez zbędnej skromności – wzorowy obywatel III RP to ja. Nie zajmuję miejsca w przedszkolu. Nie chodzę do szkoły i nie podwyższam budżetu na edukację. Nie jestem studentem i nie żądam stypendium. Nie pracuję w budżetówce i nie pobieram żadnej pensji, nawet trzynastej. Nie domagam się podwyżek. Nie należę do związków zawodowych. Nie palę opon i nie rzucam petard. Nie demonstruję. Nie jestem chłopem i nie zużywam subwencji europejskich. Nie mam przywilejów KRUS. Nie biorę zasiłku dla bezrobotnych. Nie jestem rencistą ani emerytem.

Żyję, więc nie należy mi się zasiłek pogrzebowy. Owszem, płacę podatki i różne składki. Daniny. Pogłówne, podymne, od okien, kopytkowe. VAT. Akcyzę na papierosy i alkohol. Obliczyłem sobie, że tylko dzięki pielęgnowaniu przeze mnie cnoty obywatelskiej, jaką jest picie i palenie, posłowie mogą dostawać godziwe diety. Gdybym posłuchał fałszywych wezwań do wstrzemięźliwości – które tylko dlatego są wydawane, bo wszyscy wiedzą, iż są nieskuteczne – Ziobro z Dornem, zamiast spotykać się na sushi, staliby w kolejce do kuchni Brata Alberta. U kapucynów.

 

A tak ja mam swoje sushi – a jak mnie sushi, to zaraz lecę wspierać budżet. A oni mają swoje. Za moje. Ale niech tam. Gdyby wszyscy byli tacy jak ja, Polska byłaby mocarstwem ekonomicznym całkiem idyllicznym. Wszyscy by nam zazdrościli, nie tylko Bangladesz i Somalia.

Ja mam też inne zalety. Jestem samowystarczalny duchowo. Nie muszę oglądać TVN 24, żeby się dowiedzieć, co się dzieje, bo sam mogę sobie takie wiadomości napisać, sam mogę je ocenzurować i sam przeczytać. W zależności od nastroju i okoliczności – albo optymistyczne i mobilizujące, albo ponure i dołujące. Dla każdego coś miłego.

 fragment felietonu „Informacje na wakacje” z 30 czerwca 2009 r.

 

I ELITY Z NOMINACJI

 
 

Rozważania monarchistyczne 

 
 

W sobotę wielki dzień dla Polski. Przyjeżdża do Warszawy królowa popu. Król popu już nie przyjedzie. Umarł. Szkoda. Z pozostałej arystokracji światowej nie możemy też liczyć na króla oszustów Madoffa. Wtrącono go do lochów. 

W ogóle pogłowie królów zostało w ostatnich czasach mocno przetrzebione. Nie ma już jak przed wojną króla szelek albo jak za PRL – króla szczypiorku. Możemy co najwyżej liczyć na wizytę podupadłego, jak wszyscy, Moguła Medialnego. Marnie. 

Jeszcze niedawno baronowie SLD mogliby wpaść na pomysł podejmowania na zamku baronów narkotykowych. Niestety, okazało się, że narkotyki to jednak pewniejszy interes niż polityka. Na co wskazuje choćby fakt, że Donald Tusk osiągnął wiele, ale nie dorobił się tytułu króla tenorów. Kandydatem na tę funkcję jest nadal Andrzej Olechowski, ale coś za cienko śpiewa. A baronowie SLD ulegli całkowitej pauperyzacji. W Niemczech mają chociaż papieża krytyki literackiej, ale u nas dali mu zaledwie stopień majora. 

 

Pozostała nam królowa popu. Wprawdzie mnie jako wychowanka PRL nieco razi to określenie. Jak słyszę o popie, to automatycznie myślę o sekretarzu POP (czyli podstawowej organizacji partyjnej), bez względu na płeć. Chociaż, śledząc światopoglądową i wręcz fundamentalno-cywilizacyjną dyskusję, czy w ogóle wpuszczać do Polski królową popu i czy wpuszczać ją akurat 15 sierpnia, wyobrażam sobie łatwo, że zwolennicy majestatu się umawiają, że na pewno zaszczycą zebranie POP frekwencją, podczas kiedy antymonarchistyczni demokraci ogłaszają bojkot, śpiewając „Nie będzie POP pluł nam w twarz”. 

W ten sposób wizyta sędziwej monarchini modernizmu muzycznego i obyczajowego stała się – jak w Wizycie starszej pani Dürrenmatta – zarzewiem dezintegracji ideowej i moralnej. Polska okazała się za ciasna, aby pomieścić jednocześnie królową popu, Królową Korony Polskiej i jeszcze rocznicę cudu nad Wisłą, co to własną piersią żeśmy bolszewika odparli. 

Jestem przekonanym monarchistą od czasu, kiedy usłyszałem opinię jednego z brytyjskich lordów, że król w Anglii jest po to, aby nikt inny nie mógł w Anglii być królem. To piękne i mądre zdanie. My mamy bezkrólewie, całą moc kandydatów na królów i królików i jeszcze przyjeżdża królowa popu – nie żeby nas zabawić śpiewem, ale, jak się dowiaduję z mediów, żeby objąć rządy dusz i pchnąć nas w stronę postępu. Króla nie ma, ale błaznów nadwornych ci u nas dostatek. 

14 sierpnia 2009 r.

 

Odpowiednie dać rzeczy słowo

 

W opisie rzeczywistości najważniejszy jest dobór słów. Dobór słów zależy nie tylko od zasobu, jakim dysponuje autor opisu, ale także od stanu jego świadomości. 

Od duszy, jak się kiedyś mówiło. I od jej możliwości poznawczych. Duszy, a nie jej narzędzia. Ktoś, kto ma duszę sklepikarza, opisze świat, a także jego poszczególne części i wydarzenia inaczej niż poeta czy filozof. Innymi słowy, każdy opis świata jest w rzeczywistości opisem własnym autora i obrazem jego duchowości. 

Widać tę rozmaitość wyraźnie w powodzi opisów udziału prezydenta Rosji Władimira Putina w obchodach 70. rocznicy wybuchu wojny, znaczenia, rangi i konsekwencji tego wydarzenia. Duch kramarstwa unosi się nad częścią tych komentarzy. Niektóre wypowiedzi polityków, a i publicystów, skojarzyły mi się z bardzo dawnym rysunkiem Andrzeja Czeczota – latający talerz zwieńczony od dołu zwieraczem odbytu, zgrabna kupa na polu pod spodem i dwóch chłopków z komentarzem: dobre i to. Pewnie, że tak. Mógł Putin nie przyjechać, mógł przyjechać, obrazić się i wyjechać, mógł też obrazić dotkliwie gospodarzy. Czyli nas. Niczego takiego nie zrobił, zostając w oczach politycznych sklepikarzy, śledzących każde skrzywienie jego ust, Ostatnim Bohaterem II Wojny Światowej. 

 

Na poziomie, na jaki nas stać, poziomie gazu i tuszy wieprzowych, jest to w porządku. Nie znaczy jednak, że przybliża nas do zrozumienia sensu, znaczenia i tej wizyty, i wszystkiego, co ją poprzedziło. Dogmat powiada, że Rosji nie można zrozumieć. Ale trzeba się przynajmniej starać. Von Clausewitz powiedział, że wojna jest przedłużeniem polityki innymi metodami. Rosja Putina, śladami Rosji Stalina, odwróciła tę definicję. Dla niej polityka jest przedłużeniem wojny innymi metodami. Każdej polityki, handlowej, gazowej, surowcowej i także historycznej. 

Rosja nie układa się z realnie istniejącym światem, tylko prowadzi z nim wojnę z zastosowaniem odmiennych sposobów. Zrozumienie tej prawdy byłoby bardzo pomocne w strategii obronnej, nie tylko w Polsce. Ale do tego trzeba by wyjść zza kramarskiej lady, z dusznej pakamery na świeże powietrze. Ale nie namawiam, bo od sklepikarzy nie można wymagać zbyt wiele. 

4 września 2009 r.

 

Michnik gra na trąbie, choć nie umie 

 

W minionym tygodniu spotkały mnie dwa miłe wyróżnienia. Miesięcznik „Gentleman” wpisał mnie na listę 100 najbardziej wpływowych dżentelmenów w Polsce, przyznając tytuł najdowcipniejszego komentatora współczesności, a Adam Michnik w „Gazecie Wyborczej” umieścił mnie w spisie swoich typów. Znowu znalazłem się w sytuacji, jak wiele lat temu w Bonn, kiedy na jakimś przyjęciu, w toalecie urzędu kanclerskiego powiedziałem do Klausa Kinkela: 

- Przed chwilą ściskałem dłoń kanclerza, teraz sikam obok ministra spraw zagranicznych. Sam nie wiem, którą okoliczność cenić bardziej. 

Dziś skłaniam się ku laniu, toteż wydaje mi się, że zaszczytniejsze i bardziej pochlebne od tytułu wpływowego dżentelmena jest osadzenie mnie przez Michnika w gronie jego osobistych wrogów. Pod warunkiem że Michnik nadal nie będzie miał realnej możliwości osadzenia nas gdzie indziej.

 

Lista Michnika

 

W ankiecie, jaką wypełniałem dla „Gentlemana”, podałem moją ulubioną definicję dżentelmena. Jest to facet, który potrafi grać na trąbie, ale nie gra. 

W świetle tej definicji Adam Michnik nie jest dżentelmenem ani od przodu, ani od tyłu. Gra na trąbie, choć nie umie. Aby naśladować Kisiela, trzeba mieć choć szczątkowe poczucie humoru. W odniesieniu do własnej osoby jest to poczucie śmieszności. Taki zdrowy rodzaj autorefleksji. 

Niestety, ideolodzy, dogmatycy, kaznodzieje uliczni i guru sekt są zawsze, nieodmiennie śmiertelnie poważni. Wszystkie próby naśladowania żartów ludzi wolnych i umysłowo niezależnych, obciążone i ograniczone doraźnym celem propagandowym, kończą się żałośnie. Tak i w tym przypadku, gdy nieudolne naśladowanie sporządzonej w stanie wojennym przez Kisiela listy partyjnych propagandzistów na usługach Jaruzelskiego i Kiszczaka (bądź co bądź ludzi honoru) doprowadziło Michnika do umieszczenia obok siebie Marka Barańskiego i Ryszarda Bugaja. Chociażby. 

A przecież dla zachowania choćby pozorów obiektywizmu Adam Michnik mógłby dodać do tej listy kogoś ze swego otoczenia. Choćby Lesława Maleszkę – „Ketmana”, do ubiegłego tygodnia redaktora tekstów publicystycznych w „Gazecie Wyborczej”. Jak się na liście pomyślanej jako spis szumowin umieszcza Bronisława Wildsteina, to dla Maleszki też powinno się znaleźć miejsce.

W ogóle Nadredaktor mógłby na chwilę zleźć z cokołu, napić się wyjątkowo zimnej wody i popatrzeć, jakie to też typy wyhodował na własnym łonie. W tym samym numerze „Gazety Wyborczej” ukazały się obszerne analizy psychologiczno-polityczne autorów najgłośniejszej dziś książki historycznej Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. 

 

Jak sobie radzić ze sprzecznościami

 

Autorami sylwetki Gontarczyka są Wojciech Czuchnowski i Adam Leszczyński. Oto fragment, ciurkiem jak leci. „W rodzinnym Żyrardowie, gdzie pod koniec lat 80. kończył liceum, Gontarczyk nie został zapamiętany z aktywności społecznej czy politycznej. Dopiero podczas studiów na Wydziale Nauk Politycznych UW wstąpił do korporacji akademickiej Res Publica. 

I to właśnie ruch korporancki – według samego Gontarczyka – jest formacją, która najmocniej ukształtowała jego światopogląd. W 1938 r. Związek Polskich Korporacji Akademickich uchwalił rezolucję, w której czytamy m.in «Ustawodawstwo polskie winno pozbawić Żydów wszelkich praw politycznych. Podobnie ustawowo musi być odjęta żydostwu możność oddziaływania na dusze społeczeństwa polskiego, tak w dziedzinie prasy, radia i teatru, jak i nauczania»”.

I wszystko jasne. Pogromca „Bolka”, lustrator zawołany uchylał się od pracy społeczno-politycznej w końcu lat 80., ale w 1938 był już walczącym antysemitą. Szkoda, z punktu widzenia „Gazety”, że Lech Wałęsa nie jest z pochodzenia Żydem. Dopiero wtedy można by przenieść całą dyskusję o faktach i dokumentach na właściwy i pewny grunt. 

Współautor tego tekstu Wojciech Czuchnowski jest wybitnym specjalistą od moralnie słusznych manipulacji. Dwa lata temu, kiedy redakcja krakowskiego „Dziennika Polskiego” jako pierwsza w Polsce przeprowadziła lustrację swoich dziennikarzy, Czuchnowski oburzył się, przypominając, że zarząd Jagiellonii, wydawcy dziennika, składa się z dziennikarzy aktywnych w PRL, zaś wiceprezes Tomasz Domalewski był członkiem PZPR. Kiedy okazało się, że Domalewski nigdy w partii nie był, Czuchnowski tłumaczył, że taką wiadomość powziął od anonimowego informatora. Ładne, co? 

Roman Daszczyński z kolei zajął się duchową sylwetką Sławomira Cenckiewicza. Składają się na nią dwa najważniejsze elementy. Po pierwsze – tradycyjnie katolickie przekonania religijne, co naturalnie musi Cenckiewicza całkowicie dezawuować jako historyka, a po drugie – sprawy rodzinne. Dziadek Cenckiewicza był ubekiem i denuncjatorem, czego jego wnuk, mając takie możliwości, nie ukrył. Nie powyrywał kartek, nie zniszczył dokumentów. Ujawnił. Jest oczywiste, że człowiek o tak zbrodniczym charakterze nie cofnie się przed niczym.

Swoją drogą, o ile pamiętam, już nie tylko analizowanie, ale nawet wspominanie o parantelach rodzinnych rozmaitych osobistości, niezamieszanych w popieranie lustracji i badanie dokumentów IPN, na czele z Adamem Michnikiem, jest podłością i rynsztokiem. Ale „Gazeta” nie z takimi sprzecznościami sobie radziła.

Co łączy Cenckiewicza i Gontarczyka? Przeświadczenie, że rewolucja francuska była dziełem masonerii. Tu akurat obaj historycy się mylą, chyba że masoni też mieli dość płacenia ceł za wino na rogatkach Paryża. W Paryżu wino było trzykrotnie droższe niż za murami. Rewolucja wybuchła naprawdę 11 lipca 1789 roku, kiedy dwaj łotrzykowie, Monnier i Darbon, spalili rogatkę celną w okolicach Rue St. Lazare. 

Cło na wina, a nie ideały oświecenia były powodem powstania. Przez dwa lata rocznicę rewolucji obchodzono 11 lipca, dopiero potem Zgromadzenie Narodowe uznało, że to nie wypada i przeniosło święto na 14 lipca, dzień zburzenia Bastylii. 

 

Pierwszy stopień do piekła

 

Parę lat temu, kiedy występowałem w kabarecie Pod Egidą u Janka Pietrzaka, przez kilka przedstawień zbierałem spory aplauz za dowcip tej treści: „Buchalter z Wieliczki po powrocie do domu zastał żonę w łóżku z kochankiem. «Gazeta Wyborcza» potępiła męża za dziką lustrację”. 

Było to wiele lat temu i nic się nie zmieniło. Buchalter ciągle zastaje żonę z kochankiem, a „Wyborcza” nadal go potępia. Teraz to potępienie zostało nawet, mówiąc zgodnie z nowymi kanonami poprawnej polszczyzny, ubogacone. Buduje się przekonanie, że wszelkie badanie przeszłości, a już zwłaszcza ogłaszanie efektów tego badania nie jest rezultatem przemożnego wpływu i na jednostki, i na społeczeństwa jednego z najpotężniejszych czynników życia – ciekawości. Pragnienia wiedzy. Ciekawość, pierwszy stopień do piekła, więc lustrację napędza spisek, zmowa, działanie ciemnych i wstecznych sił. Nazwiska znane redakcji. Oczywiście „Gazety Wyborczej”. 

A co z prawdą? Prawda została już dawno zlustrowana i wypadła negatywnie. Nie nadaje się na dzisiejsze czasy. Jest za mało relatywna.

 

3 czerwca 2008 r.

 

22 Lipca, dawniej E.Wedel,dziś Rywin u Michnika

 

Za chwilę 22 lipca. Dzień rocznic. Przede wszystkim rocznica ogłoszenia w Chełmie Lubelskim napisanego i wydrukowanego w Moskwie Manifestu PKWN. Jak to się zwyczajowo pisało – dzięki manifestowi, obaleniu kapitalizmu, nacjonalizacji środków produkcji i wprowadzeniu planowania centralnego odbudowano kraj ze zniszczeń wojennych. Mniej szczęśliwe kraje, w których nie ogłoszono manifestu i nie obalono kapitalizmu, pozostały nieodbudowane do dziś.

 

Dalej – 22 lipca to też data przekazania w roku 1955 ludowi pracującemu Warszawy daru narodu radzieckiego, Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, który dziś, po 53 latach jest już zabytkiem idealizmu, otoczonym współczesnymi świątyniami rozpasanej konsumpcji.

 

Utrata niewinności

 

Najświeższa to 6. rocznica pamiętnej wizyty Rywina u Michnika. Historycznie byłoby piękne, gdyby obaj panowie spotkali się wtedy w Pałacu Kultury. Ta rozmowa miałaby rangę symbolu, bo coś mi się tak wydaje, że bez manifestu lipcowego, obalenia kapitalizmu, bez PRL i jej moralnych skutków Grupa Trzymająca się Władzy nie handlowałaby ustawami. Afera Rywina była socjalistyczna w formie, choć kapitalistyczna w treści. Trudno przecenić znaczenie tej skromnej wizyty producenta filmowego u naczelnego redaktora popularnej gazety. Żadne odwiedziny ówczesnego premiera Millera u ówczesnego prezydenta Kwaśniewskiego nie wywołały ani takiego wstrząsu, ani takich dramatycznych skutków. Dla społeczeństwa miało to takie samo mniej więcej znaczenie jak dla dziecka (wierzącego, że bocian przynosi dzieci i składa je w kapuście) podglądanie rodziców, niekoniecznie własnych, którzy robią to, jeśli można się tak wyrazić, własnoręcznie.

Przełom światopoglądowy. Utrata niewinności. Wierzyliśmy po 1989 roku, że klasa polityczna, elity zaprzątnięte są dbałością o dobro państwa i narodu, że łamią sobie głowę, jak najlepiej i najszybciej dojść do doskonałości, a jeśli się żrą, to w idealistycznym uniesieniu. Zdawało się nam też, że gremia decyzyjne w sprawach państwa pochodzą z wyboru, że przyszłość Polski rozstrzyga się między wybrańcami narodu w parlamencie. A tu się okazało, że idzie o wpływy i pieniądze, a realna władza jest zupełnie gdzie indziej. Nie na Wiejskiej, tylko na Czerskiej.

 

Na wagę żywca

 

Zapominanie jest higieną umysłu, także higieną moralną. Mało kto po 64 latach pamięta manifest lipcowy, poza redaktorami „Trybuny”. Ale po sześciu latach zapomnieliśmy też o Rywinie i Michniku. O fundamencie III RP. Może to i dobrze, bo pamiętając, musielibyśmy być społeczeństwem cyników, cwaniaków i łajdaków.

Wprawdzie taka powszechna postawa nie wywoływałaby ani irytacji, ani szyderstw Europy, ale nie byłoby wcale łatwiej żyć w atmosferze rozważań, jakie posłanka Iwona Śledzińska-Katarasińska, autorka ustaw medialnych, wykazuje podobieństwa do Lwa Rywina i czy była już na konsultacjach u Michnika. Prawdę mówiąc, na Rywina wypadają ze cztery Śledzińskie-Katarasińskie. Ale to tylko na wagę żywca. Michnik natomiast wciąż ten sam i trzyma się mocno wraz z władzą.

Zapomnieliśmy, udało nam się przenieść dziecięcą wiarę przez wodospady komisji Nałęcza, ulokowaliśmy nasze idealistyczne nadzieje gdzie indziej i znowu wierzymy, że wielkie łby awangardy opuchnięte są od myślenia o dobru pospólnym, ozory obłożone od pytlowania o lepszej przyszłości, oczy wybałuszone od wypatrywania światełka w tunelu, a kieszenie wypchane projektami naprawy.

Ech, dzieci, dzieci. Ockniecie się chyba dopiero, jak nie dostaniecie deseru i jeszcze wam wytłumaczą językiem tamtej rozmowy, że jesteście wszyscy synami kobiety lekkich obyczajów i wnukami Koryntu.

 

Michnik też Rywin

 

Zdrowa atmosfera tamtych dni przechowała się najlepiej, jak w przypadku wielu epok zamierzchłych, w dowcipach. Tak mnie korci, żeby poprzypominać, a jak już korci, to ulegnę. Zwłaszcza że to moje dowcipy, a lubię sobie poodgrzewać.

Przychodzi Rywin do Michnika, a tam tłok jak cholera, bo wszyscy byli już wcześniej.

Przychodzi Rywin do Michnika, a Michnik mówi, żeby przyszedł innym razem, bo magnetofon mu się popsuł.

Przychodzi Rywin do Michnika, a Michnik też Rywin.Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy nie zlicytowała taśmy z nagraniem rozmowy Adama Michnika z Lwem Rywinem. Straty szpitali dziecięcych były niepowetowane, bo taśma mogła osiągnąć przebicie 17,5 miliona dolarów. Po przesłuchaniu Michnika i Rapaczyńskiej prokurator przesłuchał magnetofon Sony. Magnetofon odpowiadał po japońsku i zasłaniał się swoją instrukcją.

Rząd apelował do obywateli, aby ktokolwiek lub kto bądź nagrał cokolwiek lub co bądź, przekazał to „Gazecie Wyborczej” w celu przeprowadzenia dziennikarskiego śledztwa.

Na skutek intryg nie powstała obywatelska, pozaparlamentarna i wolna od wszelkich nacisków komisja śledcza dla zbadania afery Lwa Rywina w składzie: Adam Michnik, Leszek Miller, Robert Kwiatkowski, Aleksandra Jakubowska, Włodzimierz Czarzasty i Lew Rywin. Powodem niepowodzenia były kontrowersje, kto jest bardziej wiarygodny i ma większy autorytet – Michnik czy Rywin.

 

Władza trzyma się sama

 

Lwie, dobrze ryknąłeś – mówi do lwa Demetriusz w Śnie nocy letniej Szekspira. Nasz lew nie ryknął, tylko mamrotał, że odmawia odpowiedzi. Do tego trzeba mieć charakter. Tak zachowywali się pierwsi chrześcijanie w obliczu lwów. Teraz Lew zachował się tak samo w obliczu chrześcijan. Brawo! Ostateczne wyjaśnienie afery Rywina jest proste – Rywin sam przyszedł do Michnika, nie czekając, aż zostanie wezwany.

Zdawało się nam, że przyszłość Polski rozstrzyga się między wybrańcami narodu w Sejmie. A okazało się, że realna władza jest nie na Wiejskiej, tylko na Czerskiej.

Aparat telefoniczny przekazany przez Rywina prokuraturze odmówił zeznań, powołując się na drugą poprawkę do Konstytucji USA.

Anita Błochowiak, która wyjaśniła, że pionowe korytarze prowadzą do toalety, została wpisana przez Ministerstwo Zdrowia na listę polityków refundowanych.

Nowa doktryna prawa karnego sformułowana przez komisję Nałęcza – prywatność osób podejrzanych o popełnienie przestępstwa podlega szczególnej ochronie, gdyż stanowi tajemnicę państwową. Doktryna obowiązuje też dziś.

Wobec licznych spekulacji na temat składu personalnego grupy trzymającej władzę, władza uznała za konieczne złożenie oświadczenia, że nikt jej nie trzyma. Władza, oświadczyła władza, trzyma się sama.

Skończyło się tak, że cała afera Rywina nie została wyjaśniona, a naprawdę winni – Zbigniew Ziobro i Jan Rokita – uszli słusznej karze za mataczenie przy stawianiu pytań w czasie obrad komisji Nałęcza. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Czego jak czego, ale rocznic do obchodzenia nam nie zabraknie, także w XXI stuleciu.

 

21 lipca 2008 r.

 

Krauzego lekceważyć nie można

 

Jestem człowiekiem bardzo ufnym. Każdemu wierzę jak bratu. A już zwłaszcza politykom, ze szczególnym uwzględnieniem ludzi sprawujących władzę.

Jak to mówiono o przywódcach w świetlanych czasach Józefa Wissarionowicza: im widnieje.

Oni wiedzą lepiej. Od tego są. Mają informację, opłacają niezależnych ekspertów i specjalistów sporządzających uczciwe raporty, w których przedstawiają to, co jest naprawdę, a nie to, co ktoś chciałby usłyszeć. Politycy dźwigają z wysiłkiem odpowiedzialność, więc nie mogą się ani mylić, ani już zwłaszcza kłamać.

Zresztą po co mieliby kłamać? Kłamstwo ma krótkie nogi, tak jak korupcja ma długie ręce. Oczywiście wyobraźnia ludowa pokazuje polityka jako kalekę, wybryk natury na małych nóżkach, takich do kolan, z długimi rękoma ciągnącymi się po ziemi. Tymczasem zdrowy, czerstwy polityk nogi ma jak słupy Herkulesa, ręce krótkie trzyma we własnych kieszeniach, i to zaszytych, a wzrokiem bystrym świat przewierca od krańca do krańca, czuwając nad dobrem wspólnym i pomyślnością kraju.

 

Fala uchodźców z Zachodu 

 

Z takim ufnym stosunkiem do naszych przodujących polityków dość obojętnie patrzyłem na konwulsje giełd światowych, na spadki i upadki. Niech na całym świecie kryzys, ważna jest premiera fizys. Wierzyłem, że nas to nie dotyczy. W końcu politycy i ich eksperci zapewniali mnie, że polska gospodarka jest okazem zdrowia. PKB rośnie jak na drożdżach.

Nie ma powodu do obaw, nie mówiąc już o panice. Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej. Wprawdzie złotówka spada, bo inwestorzy zagraniczni wycofują swoje aktywa, ale to ciemni frajerzy. Jak się kryzys globalny pogłębi, zostaną z tymi swoimi dolarami i euro w garści jak dudki, a my będziemy się śmieli w kułak i tarzali w dobrobycie.

Trochę mnie tylko niepokoiło, że kiedy już do tego dojdzie, możemy mieć falę uchodźców z Zachodu. Szwajcarscy bankierzy, niemieccy fabrykanci albo francuscy artyści będą uciekać przed nędzą do Polski i składać podania o zasiłki. Przemyśliwałem nawet o zorganizowaniu dla uchodźców ekonomicznych kursów garncarstwa, wycinanek łowickich i rzeźbienia świątków, żeby sobie mogli zarobić.

I tak sobie żyłem spokojnie, umacniany co dzień w wierze, że żaden kryzys nas nie dosięgnie, kiedy przyszła ta straszna wiadomość. Jak grom z jasnego nieba – Ryszard Krauze się wyprzedaje. Na pierwszy ogień poszły dzieła sztuki. Obrazy. Lada chwila możemy się spodziewać sprzedaży zastawy stołowej, sztućców i porcelany. Sam Krauze został dotknięty kryzysem. Człowiek, który mimo prześladowań, jakim poddał go krwawy reżim Kaczyńskiego (Jarosława), kupił dla ojczyzny tereny roponośne w Kazachstanie, musi teraz wyprzedawać dobra rodowe.

 

Marne 4 miliony 

 

Straszne. Dlaczego nikt go wcześniej nie ostrzegł, że będzie wstrząs, że idzie kryzys? Widocznie prokurator Janusz Kaczmarek też, tak jak ja, uwierzył rządowi, że Polski to nie dotyczy, nie widział więc powodu, żeby ostrzegać. A skoro Polski nie dotyczy, nie dotyczy i Krauzego.

Obrazy poszły za marne 4 miliony złotych. „Peanuts”, jak mówią Amerykanie. Z 4 milionami nikt nie przetrwa kryzysu. Najlepszą cenę na aukcji dzieł Krauzego przejętych po Art B uzyskał podwójny portret rodzeństwa Włodków pędzla Jana Matejki: 1 milion 300 tysięcy. Aż szkoda, że Krauze nie był właścicielem Bitwy pod Grunwaldem, przebicie na pewno byłoby wyższe. Można by pogodniej patrzeć w przyszłość.

No i co teraz rząd zrobi z tym sygnałem nadciągającej katastrofy? Chyba go nie zlekceważy. Krauzego lekceważyć nie można, pamiętam, jak rządzący dziś politycy bronili go przed siepaczami z CBA. Barometr polskiej gospodarki poszedł w dół, bo przecież jest ona, podobnie jak rosyjska, zbudowana wokół kilku czołowych postaci wielkich biznesmenów. Oligarchów, jak mówią zawistnicy.

Rosyjska jeszcze się trzyma, jak widać, skoro Abramowicz nie wyprzedaje piłkarzy z klubu Chelsea, a nasza zaczyna się chwiać od samej góry i wstrząsy zaraz dosięgną fundamentów. Co podkopuje moją przynajmniej wiarę, że ujdziemy kryzysowi. Trzeba się przygotować na najgorsze i już dziś godzę się z myślą, że będę musiał sprzedać puste butelki.

 

Licencja pilota 

 

Jest jeszcze jeden objaw kryzysu, tym razem instytucjonalnego. Okazało się, że po dziesięcioleciach funkcjonowania Szkoły Orląt w Dęblinie, po wydaniu grubej forsy na szkolenie lotników mamy tylko jednego pilota, który potrafi prowadzić samolot. Ale właśnie jest niezdrów, jak to na jesieni, pewnie grypa albo migdałki, i naczelnym instytucjom państwa grozi paraliż. Zamiast samolotem do Brukseli prezydent będzie mógł się przelecieć piechotą po brukselkę na bazar.

Ale temu kryzysowi da się zaradzić. Można przy okazji pogodzić dobre z pożytecznym. Interes państwa z interesem gospodarki. Podobno Ryszard Krauze ma licencję pilota. Niech leci z prezydentem. W ten sposób kryzys zostanie zażegnany, a nasz wzorcowy biznesmen, symbol polskiego kapitalizmu, trochę sobie dorobi i nie będzie się musiał wyprzedawać z ubrań. Pewność i zaufanie – taka musi być dewiza na te trudne czasy.

 

13 października 2008 r.

 

Uśmiech Włodzimierza Iljicza Lenina

 

Doszły mnie słuchy z Moskwy, że tamtejsi uczeni głowią się, z jakiego powodu mumia Lenina w mauzoleum ostatnio się uśmiecha. Są na ten temat różne teorie: jest zadowolona z rezultatów wyborów prezydenckich, cieszy się, że Gazprom spłaca byłemu kanclerzowi Schröderowi pieniądze wyłożone przez cesarski sztab generalny na podróż sztabu bolszewików do Sankt Petersburga, raduje ją, że imperialiści nadal gotowi są na sprzedaż Rosji sznurka, na którym się ich powiesi, a wreszcie najprostsza: Lenin czuje wiosnę.

Ja mam własną teorię. Mumia się uśmiecha, bo doszły ją słuchy, że wysuwany przez Lenina postulat organizatorskiej roli prasy jest dziś w Polsce realizowany nie mniej ochoczo niż w samej Rosji.

 

Konwulsje czytelnika

 

Wysłuchałem w radiu dyskusji o przyczynach kryzysu na rynku prasy codziennej i powodach spadku nakładów. Wymieniano różne powody. Głównie cywilizacyjne zmiany i postęp technologiczny. Za spadek czytelnictwa obwiniano konkurencję telewizji i przede wszystkim rozwój Internetu. O jednym tylko nie było w ogóle mowy: o zawartości gazet, od których ludzie się odwracają. To trochę tak, jakby rozważać powody spadku konsumpcji wódki (gdyby kiedyś do niego doszło), pomijając najprostszy fakt, że to fuzel produkowany z odpadów tartacznych, po którym łeb pęka, wnętrzności wyłażą na wierzch i pojawiają się konwulsje.

Uczeni mężowie od mediów, prasoznawcy, a także praktycy gazetowi w ogóle nie biorą pod uwagę tego, że gazeta jest towarem dokładnie takim samym jak śledzie. I jeśli ma trudności na rynku, to być może dlatego, że nie odpowiada oczekiwaniom konsumentów, a nie dlatego, że zdobywamy kosmos, globalizujemy się sieciowo, a papier toaletowy jest powszechnie dostępny. Tego ostatniego czynnika też nie należy lekceważyć, niedostatek papieru toaletowego poważnie stymulował czytelnictwo gazet, co kiedyś bardzo ładnie zilustrował Andrzej Czeczot, rysując faceta zmierzającego do wygódki z „Trybuną Ludu” w ręku. Podpis głosił: „Codzienne święto twojej gazety”. Antoni Słonimski zwracał uwagę, że gazety jak najsłuszniej nazywa się strawą duchową, ponieważ wcześniej czy później stykają się one ze strawą cielesną.

 

Kwiat partyjnego dziennikarstwa

 

Moim skromnym zdaniem najpoważniejszą przyczyną kryzysu czytelnictwa gazet, zwłaszcza niektórych, jest jednak zamiana ról. Mamy całe tabuny publicystów i komentatorów, których ambicją nie jest już opisywanie rzeczywistości, wyjaśnianie imponderabiliów polityki, wskazywanie konsekwencji zjawisk i wydarzeń, tylko bezpośrednie wpływanie na ich bieg. Część dziennikarzy stała się po prostu politykami, na ogół partyjnymi.

Leninowska zasada organizatorskiej roli prasy uległa poszerzeniu. Już nie tylko organizuje się społeczeństwo ku dobremu – to stało się trudne, bo większość społeczeństwa gazet nie czyta – ale, być może jako kompensację, organizuje się rząd, opozycję, koalicje, programy partyjne, ustawodawstwo. To z tego tak się cieszy Włodzimierz Iljicz w sarkofagu.

W gruncie rzeczy kwiat polskiego dziennikarstwa to są politycy, często znacznie bardziej wpływowi od polityków zawodowych. Tutaj ostrzeżenie dla polityków ulegających apelom, wezwaniom, nakazom i manipulacjom prasowym: wasi bezpartyjni towarzysze podróży z gazet nie ponoszą żadnego ryzyka. Są, poza mediami publicznymi, nieodwoływalni i nie poddają się ocenie wyborców. Mogą pisać głupstwa, ale nie mogą ich robić, a jedyne ryzyko – spadek nakładów – ponoszą ich wydawcy, zazwyczaj biznesmeni tak samo nastawieni na zysk jak handlarze włoszczyzną, tylko bardzo ograniczeni lękiem przed oskarżeniami o tłumienie wolności słowa.

Bezpośrednie dłubanie przez media w polityce bez zachowywania nawet pozorów obiektywizmu to jest nasza polska specjalność. Polska specyfika. Nasz wkład w Europę. Historyczny już tytuł z „Polityki”, powtórzony potem przez „Gazetę Wyborczą” – „Tusku, musisz!” – nie mógłby się ukazać ani we Francji, ani w Niemczech, ani w Wielkiej Brytanii. Być może tam redaktorzy gazet bardziej są obłudni, ale niewykluczone, że mają jednak inne ambicje.

 

„Wyborcza” wie lepiej

 

„Dziennik”, który z powodu 25-procentowego spadku sprzedaży ogłasza, że jest wysoko opiniotwórczy, opublikował niedawno tekst Jana Wróbla zatytułowany Kaczyńskiemu jużdziękujemy. Jest to żądanie, aby PiS oczyścił szeregi partyjne z Kaczyńskiego i wybrał sobie innego przewodniczącego. Liczba mnoga użyta w tym tytule sugeruje, że Kaczyńskiego w PiS ma już dość rodzina Wróblów albo redakcja gazety. Ani jedna zbiorowość, ani nawet druga nie jest jednak na tyle znacząca, żeby o jej preferencjach informować opinię publiczną w sposób tak bezwzględny. Byłoby to nawet zabawne (Kaczor Wróblowi niejednaki, Wróbel Kaczorowi nie wyrówna…), gdyby nie to, że to nie jednorazowy wygłup, tylko nasza polska norma.

Gazety roją się od demiurgów przestawiających pionki na politycznej szachownicy z łatwością wprawdzie, ale bez wdzięku. I co tu się dziwić, że coraz mniej ludzi chce to czytać.

Ludzie, potencjalni czytelnicy (może nie wszyscy, ale większość), zapewne nie lubią też, gdy się ich traktuje jak kretynów. Parę dni temu przeczytałem w „Gazecie Wyborczej” tytuł PO z PSL mają w Sejmie większość konstytucyjną. Już myślałem, że przegapiłem przystąpienie PiS do PO, a SLD do PSL, a tu okazało się, że to tylko teoretycznie. Tusk z Pawlakiem mieliby taką większość, gdyby odbyły się nowe wybory, a ich rezultaty odpowiadały badaniu opinii publicznej przeprowadzonemu na próbie 1059 osób.

Ten tytuł i cały wywód, jak byłoby pięknie, jest ilustracją marzeń redaktorów politycznych. Po co wybory, kampanie, programy, skład Sejmu powinien być ustalany przez „Gazetę Wyborczą” i w razie potrzeby zmieniany doraźnie z tygodnia na tydzień. Oto organizatorska rola prasy w stanie czystym.

 

Uśmiech Donalda

 

Takie uczucie déjà vu nie opuszcza mnie już od pewnego czasu. Weźmy rewelacyjne odkrycie „Gazety Wyborczej”, że Centralne Biuro Antykorupcyjne zaludnione jest przez funkcjonariuszy cierpiących na odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne. Gazeta opublikowała listę pracowników CBA, którzy znają braci Fieldów, o przepraszam, braci Kaczyńskich, wyrażając z tego powodu oburzenie. Teraz w zupełnie innym świetle widać porównanie Jarosława Kaczyńskiego do Władysława Gomułki, tak przenikliwie dokonane przez Stefana Niesiołowskiego.

Prasa to potęga. Liderzy Platformy zareagowali na tę demaskację jak pies Pawłowa, oświadczając, że Mariusz Kamiński tylko dlatego szefuje jeszcze CBA, ponieważ prawo nie pozwala go odwołać. A to nie można prawa zmienić? Przecież macie na piśmie, w poważnej gazecie, wyliczenie, że dysponujecie większością konstytucyjną. Któż się oprze takiemu świadectwu? Nakłady spadają, ale nawet jeśli gazety będą się ukazywać w jednym egzemplarzu, tylko dla premiera (ad usum Donaldi), nie zaniechają robienia polityki. Wtedy Lenin przestanie się uśmiechać dyskretnie. Będzie chichotał.

 

6 kwietnia 2008 r.

 

Obwiniony – zatopiony

 

Różne są, poczynając od Arystotelesa, a kończąc na Marksie, definicje polityki. Wszystkie mają jedną wadę – są teoretyczne.

Zostały wymyślone nie na podstawie obserwacji polityki istniejącej realnie, dotyczą jakiegoś bytu idealnego, więc nie mają zastosowania praktycznego. 

Mnie tymczasem pilna, codzienna obserwacja polityki – a w każdym razie tego, co w Polsce uchodzi za politykę – przywiodła do ukucia nowej definicji. Własnej, którą – mam nadzieję niepłonną – potomni będą kiedyś przywoływać jako definicję Rybińskiego. Młodzież będzie się tego uczyć w szkołach, jeśli edukacja dojdzie w drodze ciągłego reformowania do stanu, w którym oświata powszechna za cel mieć będzie przygotowywanie do życia w społeczeństwie. Nie żadnym abstrakcyjnym, tylko w społeczeństwie polskim. 

Otóż moja definicja brzmi następująco: polityka to sztuka szukania i znajdowania winnych. To jedyna logiczna i absolutnie poprawna definicja, ponieważ wszystko w polityce – polskiej na pewno, a być może innych też – zaczyna się od wytypowania, określenia i ogłoszenia winnego. Reszta, łącznie ze zdobyciem i utrzymaniem władzy, to tylko konsekwencja zręcznego i przekonywającego ogół wyłonienia z ogromnej rzeszy kandydatów jednostki lub zbiorowości odpowiedzialnej za wszystko. Za wszystko zło. 

 

W świetle tej definicji dyktatura polega na monopolizacji, zawłaszczeniu prawa do typowania winnych. Satrapia jest wtedy, gdy każdy, kto próbuje bronić wytypowanego przed zarzucaniem mu winy, sam automatycznie staje się winny. Natomiast w demokracji prawo do wybierania winnych przysługuje na zasadzie równości absolutnie każdemu. Wybory wygrywa ten, czyjego winni są też faworytami większości wyborców. Albo staną się nimi sztuką publicznej perswazji. 

Popatrzcie na programy i praktyczną działalność wszystkich partii funkcjonujących w Sejmie. Zajmują się one mało lub wcale szukaniem odpowiedzi na niezadawane zresztą pytania, co zrobić, aby było lepiej (od tego mamy dziś Unię Europejską i jej dyrektywy), tylko mówią lub krzyczą, zależnie od temperamentu, kogo trzeba usunąć, by działo się nam czarownie. 

Mamy teraz kolejny konkurs na winnych. Rozgrywka toczy się o to, czy naród uzna za winnych autorów poprawek do ustawy hazardowej i organizatorów przetargu na stocznie czy też Mariusza Kamińskiego z agentem Tomaszem i całym CBA, a właściwie braci Kaczyńskich i PiS. Tu nie ma miejsca na jakieś subtelności. Obwiniony – zatopiony, jak w grze w okręty. Taką grą będzie komisja śledcza. Wesołej zabawy, Polacy. 

 

17 października 2009 r.

 

Człowiek platformerski człowiekowi pisowskiemu wilkiem

 

Z opóźnieniem, z poślizgiem, ale spełniła się wreszcie wizja i marzenie teoretyków oraz fundatorów komunizmu. Kucharki rządzą państwem, a polityka jest esencją życia. Wszelkiego życia. Publicznego, prywatnego, rodzinnego, towarzyskiego i zawodowego.

Każdą wypowiedzią, każdym poglądem, każdą oceną zajmujemy stanowisko polityczne. Nie ma zjawiska, sprawy, problemu, do których można mieć stosunek po prostu racjonalny. Nawet jeśli nie ma się takiego zamiaru, posiadanie indywidualnego stanowiska wolnej jednostki jest niemożliwe. Staje się ono od razu deklaracją poparcia dla jednej strony przeżerającego całą strukturę społeczną konfliktu politycznego, manifestacją przynależności, a już co najmniej – ideowej sympatii. Drogi ucieczki nie ma, chyba że w milczenie, a i tak otoczenie chciałoby wiedzieć, przeciwko komu albo za kim się milczy.

 

Po czyjej stronie

 

Polacy, a także ich instytucje publiczne, takie jak media, dzielą się dziś wyłącznie na tuskolubów i kaczorofilów. Kaczorożerców i tuskofobów. Polak jest dziś albo Homo platformersis, albo Homo pisiorensis, ale nigdy, w żadnym razie Homo sapiens. Znaleźliśmy się, ewolucyjnie, na wyższym stopniu rozwoju.

Jest to sytuacja znacznie ułatwiająca debatę publiczną i życie intelektualne. Nie trzeba już myśleć. Nie trzeba się nad niczym zastanawiać. Jeden wysiłek w życiu mniej. Natrafiwszy na myśl, osąd czy rację w jakiejkolwiek sprawie, wzniosłej lub przyziemnej, aby ustalić swój do niej stosunek, należy najpierw rozeznać, w czyim jest to interesie: PiS czy Platformy. Rządu czy opozycji.

W przestrzeni przeżartej polityką innych interesów nie ma i być nie może. Obojętne, czy chodzi o konflikt gruziński, czy o projekt budowy kolejki linowej na iglicę Pałacu Kultury, stosunek do tych spraw jest opowiedzeniem się albo po stronie premiera, albo po stronie prezydenta. Możliwość opowiedzenia się po stronie Polski albo interesu publicznego została raz na zawsze zlikwidowana.

 

Lupus politicus

 

Uczestnicy debat publicznych spoza kręgu zawodowych funkcjonariuszy partyjnych zostali w ciągu ostatnich kilku lat sklasyfikowani jak insekty i – przekłuci szpilkami – wpakowani do odpowiednich gablotek. Z tej klasyfikacji nie ma niemal wyjścia. Cokolwiek by powiedzieli lub napisali, mówią i piszą nie jako oddzielne indywidualności, tylko jako przedstawiciele gatunku. Członkowie wyimaginowanego, ale tak potrzebnego kolektywu.

To znacznie upraszcza dyskusję. Nie ma już potrzeby polemizowania z argumentami. Wystarczy polemika z człowiekiem, o którym wiadomo od dawna, że sam jest niesłuszny. A czy ktoś niesłuszny z zasady może mieć rację? Nigdy. No to nie ma się co przejmować i zajmować.

Rozważania i polemiki historyczne podlegają tym samym zasadom. Fakty historyczne, tak jak ludzie, nie są obiektywne, tylko politycznie zorientowane. Są fakty platformerskie i fakty pisowskie i niepokój powinno budzić tylko to, że pisowskich jest więcej.

Polemiki historyczne nie dotyczą dziejów przeszłych, tylko sporów współczesnych. Prowadzi to do zjawisk wręcz porażających. Z głosów w dyskusji o filmie na temat Westerplatte wynika, że został on zaplanowany jako manifest historyczny Platformy Obywatelskiej, a wszyscy, którzy projekt skrytykowali, są ludźmi PiS. I to mimo krytycznego stanowiska premiera Tuska i ministra kultury Zdrojewskiego.

 

Homo platformersis homini pisiorensis lupus. Lupus politicus.

 

Kaczor wiedział, nie powiedział

 

Wspaniałym przykładem obowiązującej kultury politycznej i dyscypliny umysłowej jest ujawnienie notatki Zbigniewa Siemiątkowskiego o rzekomych tajnych więzieniach CIA. Jeśli istniały, to za zgodą prezydenta Kwaśniewskiego i premiera Millera. A co zostało w tej sprawie wysunięte na plan pierwszy, jako najbardziej zbrodnicze i niemoralne? A to, że notatkę czytali Kaczyńscy i nie puścili pary. Kaczor wiedział, nie powiedział i powinien stanąć przed Trybunałem Stanu. Kwaśniewski z Millerem nie, bo już i tak się nie liczą.

A co tu zrobić z projektem rządu dotyczącym odebrania esbekom przywilejów emerytalnych? Czy przypadkiem, szanowni tuskolubowie i kaczorożercy, rząd nie przenosi się do innej gablotki? A co gorsza werdykty, czy poszczególny esbek pomagał, czy szkodził opozycji, ma wydawać IPN, ta straszna bolszewicka instytucja dzieląca Polaków i szczująca jednych na drugich.

Nie wiem, jak Polak upolityczniony sobie z tym poradzi. Pewnie dialektycznie. Okaże się, że Kaczyńscy popierają esbeków, których uważają za ludzi honoru.

Bo w to, że mamy do czynienia z końcem ery politycznego prostactwa i publicystycznej tępoty, jakoś nie wierzę.

 

8 września 2008 r.

 

Monopluralizm

 

Długo się zastanawiałem, po co Platforma Obywatelska dokonuje czy próbuje dokonywać zmian w systemie prawnym państwa zmierzających do podporządkowania rządowi ustrojowo niezależnych instytucji. 

Takich jak NIK czy NBP. Pozbawienia prerogatyw prezydenta tylko dlatego, że nie jest związany z PO. Zmiany zasad funkcjonowania – jak w przypadku IPN. Albo wreszcie, kiedy poddanie instytucji (przynajmniej formalnie) niezależnej rządowi jest niemożliwe – likwidacja, jak w przypadku TVP i PR. Kombinowałem sobie naiwnie, że to jest krótkowzroczność, bo rząd może się zmienić po następnych wyborach, a nowe zasady podległości instytucjonalnej pozostaną. 

 

Ale na szczęście przyszedł (do „Rzeczpospolitej”) Waldemar Kuczyński z artykułem Polska chorobliwa dwupartyjność i mnie oświecił. Zmiany ustrojowe, które wprowadza i do których dąży Platforma, stały się zrozumiałe. Na razie, przejściowo, mamy system dwupartyjny, PO i PiS, ale docelowo, przynajmniej w mniemaniu Kuczyńskiego – a przypuszczam, że nie tylko jego – system powinien być stanowczo jednopartyjny. Jedno państwo, jedna wizja, jedna partia. 

W tej chwili na przeszkodzie realizacji tej wizji, do której tęskni większość Polaków, stoją małe ugrupowania, SLD i Stronnictwo Demokratyczne, upierające się nierozsądnie przy swojej odrębności. A przecież powinny przystąpić do Platformy, poprzeć ją bez zastrzeżeń i zagwarantować sobie status stronnictw sojuszniczych, kiedy już kierownicza rola PO w państwie i wiodąca w społeczeństwie zostanie zapisana w konstytucji. 

A powinna zostać wpisana, bo PO jest jedynym puklerzem (przynajmniej mamy coś, co może zastąpić tarczę obiecaną przez Amerykanów) przeciwko PiS, zajadle nienawistnemu (w diagnozie Kuczyńskiego) wrogowi Rzeczypospolitej i konstytucji, dążącemu do zmiany porządku politycznego. Kuczyński nie przytacza wprawdzie żadnych dowodów na usiłowania PiS zmiany ustroju (poza nazwą IV RP), ale wychodzi ze słusznego założenia, że to każdy wie. Zwłaszcza każdy głupi. 

 

Tymi narzędziami są polityka historyczna, lustracja, likwidacja WSI i obrona wartości. To są wszystko maczugi jaskiniowców służące do rozwalenia błogostanu Kuczyńskiego i innych światłych Polaków. Drobne poprawki ustrojowe, po których prezesa NIK i szefa NBP będzie mianował premier (pod warunkiem że będzie się nazywał Tusk), a specjalny Urząd Prawdy (jedynej) przypilnuje, aby głos jej wrogów nie był słyszalny, zapobiegną katastrofie dwupartyjności. 

Stworzymy dla dobra ludzi nowy, idealny ustrój – monopluralizm, a Waldemar Kuczyński będzie głównym inspektorem centralizmu demokratycznego. Do tego tęsknimy 22 lipca i we wszystkie inne dni w roku. 

 

24 lipca 2009 r.

 

Między nami, Polakami

 

W ostatnich badaniach opinii publicznej, które widziałem, Sejm uzyskał 73 proc. ocen negatywnych. Niewykluczone, że po ostatniej awanturze w czasie obrad Komisji Regulaminowej odsetek opinii negatywnych o naszym parlamencie osiągnął poziom ultymatywny i doskonały. 100 procent ocen negatywnych, zakładając, że wśród pytanych nie ma posłów i ich rodzin. 

Te badania potwierdzałyby powszechne wrażenie, że polska klasa polityczna ostatecznie oderwała się od społeczeństwa, jest bytem samodzielnym, samorządnym i niezależnym, i że politykom do istnienia i funkcjonowania w ogóle nie są potrzebne państwo ani naród, ani nawet opinia publiczna, na którą tak chętnie się powołują. Potrzebne politykom są wyłącznie niektóre instytucje uzasadniające nie tylko ich istnienie, ale i wyjątkowość. 

Nastąpił ostateczny rozdział polityki i polityków od społeczeństwa. W pewnym sensie mamy więc powtórkę z PRL, dość osobliwą w warunkach demokracji, gdzie nie istnieją już takie atrybuty autonomii politycznej jak kierownicza rola partii czy gwarancje prawne i pozaprawne sprawowania władzy po wiek wieków. 

 

Obce plemię

 

Wystarczy popatrzeć na działalność legislacyjną rządu, ze szczególnym uwzględnieniem zawetowanej ustawy medialnej, żeby się przekonać, iż milczącym założeniem nowych regulacji jest trwałość układów partyjnych i koalicyjnych. Podporządkowanie mediów publicznych rządowi zapisane w prawie ma przecież wtedy sens, kiedy się wierzy, że ten rząd przetrwa nie tylko do następnych wyborów, ale przez dziesięciolecia, nawet pokolenia. Piękna wiara. Jak powiedział książę heski do generała Millera pod Częstochową, taką wiarę mieli tylko pierwsi chrześcijanie. 

 

Polacy, zdaje się, gremialnie zaaprobowali odrębność polityków. Nie wdając się w takie mało znaczące szczegóły jak przynależność partyjna, która na ogół demonstruje się całkowitym brakiem samodzielności, zatratą jakiejkolwiek indywidualności i prezentowaniem zachowań stadnych, Polacy pomału zaczynają uważać uczestników polityki, posłów i osoby towarzyszące za przedstawicieli obcego plemienia, które najechało Polskę. Za Obcych. Za jaskiniowców z maczugami, których ogląda się z pewnym pobłażaniem tylko dlatego, że rozbijają głowy sobie nawzajem, a nie przechodniom na ulicy. Do przechodniów krzywią się w grymasie przypominającym uśmiech. 

Politycy uważają społeczeństwo za bandę durniów, która przełknie każdy wygłoszony idiotyzm. Społeczeństwo rewanżuje się przekonaniem, że politycy to gromada cymbałów, którzy z niedostatku rozumu wygłaszają dyrdymały 

 

Oczywiście, to wyobcowanie trudno dostrzec, gdy ogląda się polską rzeczywistość przez pryzmat poglądów tych może 100, może 200 tysięcy biedainteligentów tworzących awangardę opinii publicznej, których byt jest uzależniony nie tyle od państwa, ile od aktualnej kamaryli kontrolującej państwową kasę. A ponieważ, jak wiemy od klasyków, byt określa świadomość, wybory tej najbardziej krzykliwej i widocznej grupy społeczeństwa są rezultatem kalkulacji. Która horda pozwoli wydoić więcej, lepiej i łatwiej, która da kość do obgryzienia. Która ładniej uzasadnia złudzenia.

 

Miłe złudzenia

 

Mamy nowy rodzaj symbiozy polityków ze społeczeństwem. Politycy uważają społeczeństwo za bandę durniów, za mięso wyborcze, które przełknie każdy wygłoszony idiotyzm bez większych protestów i nigdy się nie zorientuje, że jest robione w bambuko. Społeczeństwo rewanżuje się przekonaniem, że politycy to gromada cymbałów i nieudaczników, którzy nie z cynizmu, ale po prostu z niedostatku rozumu wygłaszają dyrdymały obrażające inteligencję nawet jednostek cofniętych w rozwoju o kilka stuleci. Wszyscy żyją sobie razem, a nawet osobno, w błogim przekonaniu, że stanowią koronę stworzenia pokaraną koniecznością kontaktu ze środowiskiem upadłym, marnym i niegodnym. Społeczeństwo z politykami, politycy ze społeczeństwem. 

Obawiam się, że obie strony się mylą. Ostatnio od kilku osób poważnie zatroskanych biegiem rzeczy słyszałem opinię, że w polityce znów mamy do czynienia z doborem negatywnym. Że znów kariery robią mierni, bierni, ale wierni, że poziom naszych polityków, zarówno moralny, jak i umysłowy, daleko odbiega od średniej krajowej Polaka. I że zebrane do kupy genetyczne uwarunkowania rozwoju aktywistów poszczególnych partii w procesie ewolucyjnym walki o byt polityczny doprowadziły do stworzenia mutantów. Ślepych, głuchych i ryjących w nawozie historii. 

Polacy są natomiast lepsi od swoich polityków i tylko niechęć tych dobrych Polaków do angażowania się w tak brudny i obarczony powszechną odrazą interes jak polityka powoduje staczanie się życia publicznego coraz głębiej w rynsztok. To miłe, ale jednak tylko złudzenie. 

 

Tacy sami

 

Ani Polacy nie są lepsi od swoich polityków, ani politycy nie są lepsi od zwykłych Polaków. Jesteśmy tacy sami. Dokładnie. Polityka nie zrobiła się groteskowa i chwilami ohydna z powodu różnic gatunkowych. Przeciwnie, jest taka, bo taka właśnie jest dla nas najwłaściwsza. Jest matrycą naszych obywatelskich poglądów, sentymentów, temperamentu i poziomu umysłowego. Jest przykrojona na naszą miarę i jestem przekonany, więcej, wiem na pewno, że pierwszy lepszy Polak zabrany z ulicy i wsadzony do Sejmu, w ciągu dwóch tygodni pozbyłby się wszelkich idealizmów, miazmatów z poczciwych lektur szkolnych i zacząłby zachowywać się jak wszyscy. To znaczy strugać głupka i chama. Nie pod presją sejmowego środowiska, tylko realizując swoją polskość. Polskość z najgłębszych pokładów narodowego charakteru. 

Politycy to krew z krwi i kość z kości naszej. Są dokładnie tacy sami jak wszyscy i żadne personalne zmiany na drabinie władzy tego nie odmienią. Tak po prostu jest. Polityka, jaką obserwujemy ostatnio i na jaką się zżymamy, jest emanacją mentalności powszechnej. A irytujemy się, bo nam się nigdy nic nie podoba, co też jest cechą wspólną polityków i całej reszty. 

 

Modelowy Polak

 

Nie wierzycie, to przeprowadźcie eksperyment myślowy. Co by się stało, gdyby zamienić miejscami rząd z zarządem PZPN. Gdyby Listkiewicz został premierem, „Fryzjer” ministrem zdrowia, a Kolator sprawiedliwości, Tusk poszedł na prezesa od piłki, Ewa Kopacz zajęła się organizacją meczów ekstraklasy, a Zbigniew Ćwiąkalski sędziowaniem i dyscypliną. Otóż nic by się nie stało. Nic by się nie zmieniło. Ani w PZPN, ani w polityce. Wszystko zostałoby po staremu. Dlaczego? Bo związek piłki jest polski, dokładnie tak samo jak rząd. Polski, czyli nasz, narodowy. 

Popatrzcie sobie na mojego ulubionego ostatnio polityka Zbigniewa Chlebowskiego, szefa Klubu PO. Toż to Polak modelowy. Gdyby trzeba było wysłać do Sèvres pod Paryżem kogoś, kto byłby tam wystawiony w gablotce jako wzorzec Polaka, posłałbym Chlebowskiego. Zażywny, rumiany, w tupeciku blond. Kaleczy język polski tak jak wszyscy. Używa siekiery do nakręcania zegarka. Dowcipy ma jak z przedwojennej „Muchy”. Wygłasza cudze opinie tonem Sybilli natchnionej przez Apollona. Jest za, a nawet przeciw. Jest śmiertelnie z tym wszystkim nudny i tak płaski, że już nawet nie musi się obawiać, że przejedzie go walec historii. Jest nasz. 

Tacy Chlebowscy łażą tłumnie po supermarketach, siedzą po kawiarniach, leżą na piasku w kurortach i gapią się na telewizor. To my. A nas nigdy nie zabraknie. 

 

28 lipca 2008 r.

 

Świat ułudy

 

Postanowiłem napisać felieton o Niczym. O Niczym, a nie o niczym. Zwracam uwagę na tę różnicę. O niczym pisze w Polsce wielu, prawdę mówiąc, większość. O Niczym, które jest być może fundamentem naszego bytu, nie pisze nikt. Co stanowi tylko potwierdzenie, że Nicość jest wszechobecna. 

Bardzo wiele osób zwierza mi się obecnie ze swoich problemów z poznaniem rzeczywistości. Wyznając realizm obiektywny – to, co istnieje, istnieje, to, co zachodzi, to zachodzi – nie mogą pogodzić postrzeganego i doznawanego świata ze swoim światopoglądem i poczuciem moralnym. Obserwują wydarzenia i zjawiska, zadając sobie coraz częściej pytanie – czy to jest możliwe, czy to się dzieje naprawdę? Czy naprawdę rozmaite autorytety chcą usunąć z urzędu prezydenta, poddając go badaniom psychiatrycznym, i czy to możliwe, że dla większego obiektywizmu tych badań powierzy się ich przeprowadzenie zasłużonym specjalistom z Instytutu Imienia W.P. Serbskiego w Moskwie, którzy orzekną schizofrenię bezobjawową? 

 

Za zasłoną 

 

Większość ludzi radzi sobie z tym dyskomfortem poznawczym tak jak ja w dzieciństwie, kiedy występowałem w Aidzie Verdiego na scenie warszawskiej Romy jako dziecko teatralne. Czasy były trudne, powojenne, dyrekcji nie było stać ani na słonia, ani nawet na konie, zadowoliła się dzieckiem. Stałem na scenie wyzłoconej do imentu, pod niebem gwiaździstym, wśród marmurowych kolumn, klejnotów, diademów, wachlarzy ze strusich piór, w jakimś idealnym, bajkowym świecie, a w czasie antraktów buszowałem za kulisami, gdzie cały ten blichtr pokazywał swoją drugą stronę. Sękate, nieheblowane deski, dyktę i paździerze, szare płótno w plątaninie jakichś sznurów i lin, gdzie pachniało kurzem i mysimi bobkami. Mając do wyboru, który z tych dwóch światów uznać za prawdziwy, zewnętrzny i wspaniały czy ukryty i marny, zdecydowałem się na tę drugą opcję. Tak robi większość, choć nie występowała w dzieciństwie w operowym przepychu. Oglądając świat, są przekonani, że gdzieś z tyłu, za sceną, jacyś anonimowi maszyniści poruszają sznurami, wprawiając w ruch całą skomplikowaną machinę polityki i życia społecznego łącznie z jej marionetkami, konstrukcję, która jest tylko dekoracją, zasłoną ukrywającą prawdziwe życie. 

Jest to bardzo kusząca, bardzo ułatwiająca pogodzenie z doznawanym metoda poznawcza, ale daleko niewystarczająca. Nie w dzisiejszych czasach. Skąd wiemy, że to, co zachodzi, zachodzi rzeczywiście? Że ludzie mówią to, co mówią, że czynią to, co czynią, skąd dowiadujemy się, czy mówią mądrze czy głupio, czy czynią wzniośle bądź nisko? 

 

Filozofia i telewizja 

 

Odpowiedź nasuwa się sama – wiemy z telewizji. To jest zdanie fundamentalne. Obalające wszystkie wypracowane przez wieki i tabuny filozofów teorie poznania. Albo, wedle racjonalistów, poznajemy świat w sensie epistemologicznym bezpośrednio, albo, wedle subiektywnych idealistów, nie jesteśmy w stanie poznać go w ogóle, odbierając tylko wrażenie zmysłowe świata. Pośrednictwa telewizji w procesie poznania żadna szkoła filozoficzna nie przewidywała i nawet nie powstała żadna taka szkoła, żaden nurt współczesny. Wzajemnymi relacjami między poznaniem i telewizją zajmuje się socjologia, odcięta od filozofii i sprowadzona do statystyki. 

Telewizja jest wielkim wynalazkiem technicznym, ale i potężnym instrumentem filozofii. Niezauważenie telewizji – w każdym razie w Polsce, ale przypuszczam, że podobnie jest w wielu innych krajach – udało się praktycznie obalić wielkie odkrycie Karla Poppera o nieważności wszelkich, najpiękniejszych nawet, teorii w przypadku istnienia jednego, pojedynczego faktu, który jest z nimi sprzeczny. 

Telewizja nie tylko jest dialektyczna w sensie godzenia sprzeczności. Ona potrafi niewygodny dla całości i harmonii element bez większego trudu zreinterpretować tak, że nagina się do pożądanego kształtu. Fakty, te niewygodne, są dziś jak szpiedzy wroga wzięci do niewoli, którzy po odpowiedniej obróbce zmieniają front. Dziś każdy teoretyczny obraz świata może znieść praktycznie nieskończoną liczbę takich przewerbowanych faktów, jak widać to choćby po wszystkich debatach o PRL, Jaruzelskim, stanie wojennym, lustracji. 

Świetnie się w tym wszystkim poruszają politycy, z których większość, może nawet nieświadomie, stanowią solipsyści w sensie Immanuela Kanta. To znaczy moralni egoiści. Jednostki już się jednak wyemancypowały z tego prymitywnego światopoglądu, już przeszły na wyższy stopień wtajemniczenia, już w pełni realizują poglądy radykalnych solipsystów, takich jak Francis Herbert Bradley, dla których nie ma żadnego realnego powodu, aby jednostka wierzyła w istnienie kogokolwiek lub czegokolwiek poza nią samą. A skoro tak, można wyrządzać innym wszystko, co się tylko chce, nie krzywdząc nikogo. Nie można przecież skrzywdzić kogoś, kto nie istnieje obiektywnie, jest tylko subiektywnym złudzeniem. 

 

Tego felietonu nie ma 

 

„Anything goes” – wszystko jest dozwolone, to zawołanie, okrzyk wojenny współczesnych solipsystów nieświadomych swoich filozoficznych korzeni. Wszystkie twierdzenia, wszystkie wnioski, wszelkie sprzeczności są dozwolone, a więc choćbyśmy nie wiem jak bredzili, nie popełnimy, nawet nie jesteśmy w stanie, popełnić błędów. Ratunek jest jeden – przejść zbiorowo do obozu solipsystów. Przyłączyć się i zwątpić w istnienie ich samych. W końcu skąd wiemy, że politycy istnieją? Od nich samych. Ale czy Niebyt może być świadkiem Bytu? Patrząc zresztą na niektórych, ma się wrażenie koszmaru sennego. I to nie jest wrażenie mylące. 

Powiedzmy sobie szczerze i nie wstydźmy się tego: nic nie istnieje. Nie ma polityków i polityki, nie ma nawet telewizji. Jest wielkie Nic. Tego felietonu też nie ma, mnie nie ma, nie ma „Rzeczpospolitej”. Pochłonęła nas Nicość. „Antyhing goes” w tym najpiękniejszym ze światów, w świecie ułudy. 

 

27 października 2008 r.

 

Elita, która nie jest elitą

 

Przedstawienie na scenie politycznej, jakiego jesteśmy od kilku tygodni świadkami, to czysta amatorszczyzna. Autor anonimowy, reżyser w bufecie. Kasa pusta. I ani jednej głębszej recenzji. Ani jednego recenzenta, którego warto posłuchać. 

 

Z nominacji 

 

W III Rzeczypospolitej elita ducha, zbiorowość intelektualistów posiadających wpływ na społeczeństwo, przestała istnieć publicznie. Jest ignorowana przez elitę polityczną, co najwyżej najwybitniejsze jednostki służą przy odświętnych okazjach do garnirowania szukających popularności polityków. Zastąpiła ją pseudoelita z nominacji, którą można stracić, wykazując zbyt zuchwałą niezależność. Elity władzy stały się samowystarczalne, elitom intelektualnym nie odpowiadają obowiązki dworskie. 

Istnienie elity, w tym wypadku politycznej, zakłada niejako automatycznie obecność nieelity, masy, która nawet w ustroju demokratycznym pełni negatywną funkcję: mianowicie zawęża możliwości działania elity. Ale nieelita polityczna nie jest amorficzną masą, jest społecznością konstytuującą się z wielu innych elit i subelit. 

Tak jest w świecie. W polskiej świadomości społecznej inne elity, poza polityczną, nie istnieją. Elita urodzenia została zlikwidowana w PRL ostatecznie. Elitę intelektualną zepchnięto na margines. Elita gospodarcza jeszcze nie powstała, podobnie jak elita pieniądza, a nad zaczątkami obu ciąży odium podejrzenia o machinacje kryminalne. Powszechnie akceptowanej elity moralnej nie ma, ponieważ nie ma powszechnie akceptowanej moralności publicznej jako porządku spontanicznego. Nie ma u nas nawet elity urzędniczej, ponieważ karuzela stanowisk kręci się zbyt szybko, aby pozwolić na ukształtowanie się jakiejkolwiek trwałej struktury. 

Mamy więc tylko elitę polityczną, która także nie jest elitą, co najwyżej grupą największego wpływu politycznego. Kiedy mówi się u nas o elicie, to zawsze w sensie użytym przez twórcę pojęcia klasy politycznej Gaetano Moscę: „We wszystkich społeczeństwach, od najprymitywniejszych u początków cywilizacji aż po najbardziej postępowe i najpotężniejsze, istnieją dwie klasy, jedna – która rządzi, i jedna – która jest rządzona. Pierwsza jest zawsze mniej liczna, sprawuje wszystkie funkcje polityczne, monopolizuje władzę i korzysta z przywilejów, podczas gdy druga klasa, liczniejsza, odbiera od pierwszej rozkazy i jest przez nią rządzona”. 

 

Amatorzy i aktywiści 

 

W Polsce klasa polityczna występuje nawet w zawężonej jeszcze wersji jako „power elite” (elita władzy) Charlesa Wrighta Millsa czy „ruling class” (klasa rządząca) Vilfredo Pareto. Należą do niej niewątpliwie – i w pierwszym rzędzie – posłowie, wśród których większość stanowią tak zwani posłowie zawodowi. 

Do socjologii pojęcie polityka zawodowego wprowadził Max Weber, rozróżniając polityków na takich, którzy żyją dla uprawiania polityki, i takich, którzy żyją z polityki. Weber sformułował to tak: „Z polityki żyje ten, kto stara się uczynić z niej stałe źródło własnych dochodów. Dla polityki ten, który tego nie robi”. 

Zawodowi politycy (zawodowi posłowie) to jednak nie ci, którzy korzystają z diet, wynagrodzeń partyjnych, pensji – to ci wszyscy, którzy starają się swoje życie i swoje polityczne postępowanie kształtować tak, aby na trwałe żyć z dóbr materialnych dostępnych w sferze polityki. 

Polityk zawodowy to nie to samo co polityk profesjonalny. Profesjonalizm polityczny wymaga specyficznej wiedzy, specjalizacji, znajomości procesów decyzyjnych, zdolności zawierania kompromisów. Ale nie tylko badania przeprowadzone w państwach Unii Europejskiej wykazały, że kariery profesjonalnych polityków przebiegają podobnie. Są to w większości ludzie z akademickim wykształceniem (przeważa prawo publiczne i socjologia), przechodzący wiele szczebli kariery partyjnej i publicznej, w czasie której spełniają wiele ról i zajmują wiele stanowisk, zdobywając doświadczenie. 

 

W kierowniczych gronach polityki w Europie Zachodniej obowiązuje specyficzny „esprit de corps”. Niezależnie od różnic partyjnych istnieje duch wspólnoty, poczucie kolektywnej tożsamości. Obowiązują wzory zachowań i sposób mówienia, nawet stroje. Przestrzegany jest niepisany kodeks etyczny, ograniczający między innymi wewnętrzną konkurencję. W niemieckim Bundestagu istnieje nawet pozaustawowy, dobrowolnie przyjęty kodeks zachowania ze zinstytucjonalizowanymi sankcjami. 

W Polsce elita polityczna – poza jednostkami, które policzyć można na palcach jednej ręki – to amatorzy. Albo gorzej jeszcze – aktywiści. Obserwacja poczynań polskich elit politycznych – to znaczy grup, które roszczą sobie pretensje do takiej przynależności – pozwala postawić pytanie, czy przypadkiem w III Rzeczypospolitej nie spełniło się wielkie marzenie Lenina o państwie, którym zdolna byłaby kierować, w wolnym od gotowania czasie, każda kucharka. Większość naszych polityków wyrosła na platonowskich filozofów – królów w formacie kieszonkowym albo po prostu drobnomieszczańskim. 

Tymczasem elita polityczna nie jest – i nie może być – całkowicie autonomiczna, przynajmniej bez zniszczenia porządku demokratycznego i autodegradacji. Nie może się też konstytuować z reprezentantów grup interesu, bo prowadzi to do reprodukcji konfliktów społecznych i całkowitego zablokowania mechanizmów decyzyjnych. 

 

Jak poprzeczka 

 

Elita władzy potrzebuje innych, akceptowanych powszechnie elit, wyposażonych w pozainstytucjonalny autorytet i wpływy, zdolnych do interwencji w obronie wartości innych niż doraźny interes polityczny. 

Intelektualiści są najbardziej elitarną z elit, najbardziej wpływową i stale obecną w życiu publicznym. Ponieważ nie jest to grupa formalna, o jednakowych poglądach (nie tylko politycznych), jej rolą nie jest wymuszanie realizowania konkretnych rozwiązań, ale raczej nadzór nad elitą polityczną, sygnalizowanie zagrożeń, konsekwencji, wskazywanie kierunków rozwoju i pilnowanie przestrzegania norm moralnych w życiu publicznym. 

Elita intelektualna nie ma monopolu na prawdę i rację. Intelektualiści nie są po to, aby ogłaszać prawdy objawione. Aby rozstrzygać i decydować. Są raczej jak drożdże wywołujące ferment. Jak poprzeczka wyznaczająca poziom. 

U nas życie polityczne jest osobno, a elity intelektualne, jeśli w ogóle coś takiego istnieje, osobno. Spauperyzowana elita ducha milczy najczęściej, zniechęcona brutalnością i ubóstwem myślowym politycznych rozgrywek, lękając się, że zabranie głosu w którejś z ważnych spraw publicznych zakończy się przyklejeniem etykietki z politycznego segregatora. 

Milczenie ludzi fachowych i wrażliwych pozwala elicie politycznej, wspieranej przez intelektualne lokajstwo, licytować się na demagogię, płaską i głupią, na niespełnialne obietnice i absurdalne wizje, przeciwko którym nie podnosi głosu nikt niezależny, niepodejrzewany o partyjne uwikłania, posiadający niekwestionowany autorytet rozumu. Rozum został uśpiony. 

 

8 grudnia 2008 r.