Rozstanie to nie koniec świata - Susan J.Elliott

Rozstanie to nie koniec świata

0,0

Poznaj skuteczną strategię pogodzenia się z uczuciem straty po rozstaniu, odzyskania pewności siebie i otworzenia się na prawdziwą miłość.

To już koniec. Bardzo cierpisz. Teraz pewnie wydaje ci się to nieprawdopodobne, ale po rozstaniu możesz ułożyć sobie życie od nowa. Nie próbuj odzyskać byłego partnera. Nie odkładaj  swoich potrzeb na bok i nie rób wszystkiego, by znowu cię pokochał. Zapomnij o tym! Rozstanie jest doskonałą szansą na zmianę twojego życia na lepsze.

Rozstanie to nie koniec świata to wypróbowany poradnik, który pomoże ci przetrwać bolesne zakończenie związku uczuciowego, a nawet rozwód. Susan Elliott pomogła tysiącom osób odmienić na lepsze ich życie uczuciowe. Teraz pokaże i tobie, na co powinnaś poświęcić swoją energię.

Jej plan składa się z czterech punktów:
1.    Jak i po co całkowicie zerwać kontakt ze swoim byłym.
2.    Jak przepracować uczucie straty, pokonać lęk i odzyskać swoje życie.
3.    Jak pozbyć się starych schematów, które prowadzą do nieudanych   związków.
4.    Co robić, kiedy nie możesz przestać myśleć o swoim byłym, wysyłać do niego sms-ów, wydzwaniać do niego, sprawdzać jego status na portalach
społecznościowych i krążyć pod jego domem.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Tytuł oryginału: Getting Past Your Breakup. How to Turn a Devastating Loss Into the Best Thing That Ever Happened to You

Copyright © 2009 by Susan J. Elliott

All rights reserved.

First published in the United Status by Da Capo Press,
a member of the Perseus Book Group

Copyright for the Polish Edition © 2014 Burda Publishing Polska

Sp. z o.o. Spółka Komandytowa

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42
faks 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redakcja: Joanna Zioło

Korekta: Małgorzata Grudnik-Zwolińska, Maria Talar

Projekt okładki: Panna Cotta

Zdjęcie na okładce: Fotolia

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN: 978-83-7778-773-1

ISBN: 978-83-7778-827-1

Skład i łamanie: Katka, Warszawa

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie

w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Dla moich dzieci:

Christophera, Michaela, Nicholasa i Giny

Sukcesem jest budowanie fundamentów
z kamieni, którymi w ciebie rzucają.

DAVID BRINKLEY

Przedmowa:
moja historia

Skarb, jakim jest życie, odkryjemy dopiero wtedy, gdy zejdziemy w otchłań. Leży on tam, gdzie się potkniesz.

JOSEPH CAMPBELL

Historia mojego dzieciństwa i moich związków może się wydawać dość ekstremalna, ale chcę ją opowiedzieć, byście uwierzyli, że skoro mnie się udało, to i wam się uda. Dziś moje życie jest nie tylko dobre – daje mi wiele radości. Jestem zdrowa, szczęśliwa i silna. Wykonałam pracę, której i od was będę oczekiwać. Wiem, że to trudne, ale możecie mi wierzyć: warto.

Kiedy odeszłam od męża, przez jakieś dwadzieścia cztery godziny byłam pewna, że postąpiłam słusznie. Od dawna czułam się nieszczęśliwa w małżeństwie: ciągle się kłóciliśmy i byłam przekonana, że mąż mnie zdradza. Przez lata znosiłam jego krytykę, ale relacje między nami pogorszyły się jeszcze bardziej, gdy moja firma zbankrutowała i nagle straciłam pracę.

Szef dał mi dobre referencje. Przez kilka pierwszych dni starałam się myśleć optymistycznie. Napisałam CV, kupiłam elegancką garsonkę i zaczęłam szukać nowej pracy. Co wieczór mój mąż wracał, oczekując wysprzątanego domu i gotowej kolacji, bo przecież „cały dzień siedziałam i nic nie robiłam”. Nie chciałam się z nim kłócić, więc zrezygnowałam z szukania pracy i przez parę następnych dni siedziałam w domu, gotowałam i sprzątałam. Wtedy przyczepił się do tego, że gotuję zbyt „powszednie” potrawy i nie piorę jego ubrań. Zaczęłam więc przyrządzać wymyślne dania i codziennie robić pranie, ale wtedy on zaczął narzekać, że zamiast aktywnie szukać pracy, „bawię się w dom”.

Tego rodzaju patowa sytuacja nie była w naszym związku niczym nowym, ponieważ jednak nie mogłam odreagować jej w pracy, zaczęła mi działać na nerwy. Martwiłam się o nasze finanse i swoją przyszłość zawodową i nie potrzebowałam niczyich kazań o gotowaniu czy praniu. Któregoś dnia wydawało mi się, że znalazłam złoty środek. Rano poszłam na rozmowę w sprawie pracy, a po powrocie do domu wyszorowałam podłogi. Kiedy wyschły, odebrałam dzieci ze szkoły i kupiłam mężowi jego ulubione danie na wynos. Podsumowując: szukałam pracy, zrobiłam porządki, spędziłam trochę czasu z synami i miałam dla męża kolację niespodziankę. Byłam pewna, że zachowałam się jak żona idealna.

Kiedy tego wieczoru mąż wrócił do domu, stwierdził, że na podłogach zostały smugi i że specjalnie to zrobiłam, aby mi zabronił myć podłogę. Zdumiona, próbowałam mu wytłumaczyć, że to wcale nie było moim celem. Przypomniały mi się krytyczne uwagi mojej mamy z okresu, gdy byłam dzieckiem. Mawiała, że celowo robię coś źle, żeby wymigać się od obowiązków. Teraz, słysząc podobne oskarżenie, z uporem powtarzałam, że to nieprawda. Mąż obrzucił mnie wyzwiskami, a ja zrewanżowałam się tym samym. Jak to zwykle u nas kłótnia przerodziła się w awanturę i oboje zagroziliśmy, że odejdziemy.

Następnego dnia powiedziałam mu, że to już koniec i że ma się wynosić. Wyśmiał mnie i oznajmił, że poprzedniego wieczoru to ja wywołałam awanturę. Zawsze gdy się kłóciliśmy, była to moja „wina”. Przeważnie mu wierzyłam, ale tym razem było mi wszystko jedno. Po prostu miałam już dosyć. Włożyłam do pudła jego rzeczy i postawiłam je na stole w kuchni razem z liścikiem, by je zabrał i się wynosił. Nie protestował. Złapał pudło i wypadł z domu. Poczułam natychmiastową ulgę – bardzo się ucieszyłam, że jestem sama.

Jednakże rano czułam się rozbita. Początkowo myślałam, że jestem chora, ale szybko uświadomiłam sobie, że fizycznie nic mi nie dolega. Zwlokłam się z łóżka i wyprawiłam dzieci do szkoły. Czułam coś więcej niż zwykły smutek. Próbowałam czymś się zająć, żeby nie myśleć o zbliżającej się katastrofie. Z każdą godziną coraz częściej spoglądałam na telefon. Wczesnym popołudniem co parę minut podnosiłam słuchawkę, żeby sprawdzić, czy telefon działa.

Kiedy chłopcy wrócili ze szkoły i zaczęli się bawić, usmażyłam kurczaka. Zamiast dżinsów i T-shirtu włożyłam spódnicę i bluzkę, mocno wytuszowałam rzęsy i zaczesałam włosy na bok. W głębi ducha miałam nadzieję, że mąż przyjdzie, zobaczy gotową kolację, wysprzątany dom, piękną żonę i grzeczne dzieci i zapragnie wrócić. Co takiego? Tak długo próbowałam wyrwać się z tego związku. Skąd takie absurdalne myśli?

Minęło parę dni. Mąż nie dzwonił i nie przychodził, a ja przestałam spać i jeść. Czułam oszołomienie, lęk, przygnębienie i nie mogłam przestać o nim myśleć. Zamiast skupić się na naszych kłótniach, wspominałam tylko dobre chwile. Rozpaczliwie za nim tęskniłam. Zrozumiałam, że popełniłam straszliwy błąd.

Próbowałam się z nim skontaktować, chciałam porozmawiać. Nie reagował na wiadomości, które mu zostawiłam w poczcie głosowej.

Któregoś popołudnia nieoczekiwanie zjawił się w domu. Wziął parę rzeczy i spytał o chłopców. Początkowo rozmowa szła nam opornie, ale w końcu wybuchnęłam: „Proszę, wróć!”. Zaczęłam płakać i błagać, żeby wrócił. Uśmiechnął się szyderczo i ruszył do wyjścia. Pobiegłam za nim, próbowałam go objąć, wciąż błagając, żeby został. Mocno mnie odepchnął i wyszedł. Usiadłam na schodach. Czułam się upokorzona. Zaczęłam histerycznie szlochać. Jeśli nie uda mi się przekonać go do powrotu, moje życie straci sens.

Rano postanowiłam wysprzątać cały dom, znaleźć pracę i ugotować wykwintną kolację. Zamiast prosić go o powrót, po prostu mu pokażę, jak bardzo się staram. Udobrucham go, będąc dobrą żoną, dobrą matką i dobrym pracownikiem. Tego dnia postanowiłam zacząć życie od nowa i odzyskać męża.

Zrobiłam dzieciom śniadanie i zabrałam się do porządków. Nie było bałaganu, ale ja chciałam, żeby dom aż lśnił czystością.

Zmyłam naczynia po śniadaniu, wyjęłam z opakowania nową żółtą gąbkę, nalałam na nią płynu do czyszczenia i zaczęłam sprzątać. Kiedy szorowałam kuchenny blat, uświadomiłam sobie, że już wcześniej był czysty. Przypomniałam sobie, że jak byłam młodą dziewczyną, mogłam wyszorować cały dom od piwnicy aż po strych, ale mojej matki i tak nie zadowoliłam, zawsze znalazła jeszcze jakiś pyłek. To samo powtórzyło się w moim małżeństwie. Zadałam sobie pytanie: „Kiedy będzie wystarczająco czysto?”, i sama na nie odpowiedziałam: „Nie mam pojęcia”.

Szorowałam blat, a łzy płynęły mi po twarzy. „Czy jest już wystarczająco czysto? Dobrze się spisałam?”. Moje mamrotanie przeszło w powarkiwanie, a potem we wrzask: „Kiedy będzie wystarczająco czysto?! Kiedy wreszcie dobrze się spiszę?!”. Nagle padłam na podłogę.

Nie mogłam się ruszyć. Przygniotła mnie świadomość, że nie wiem, kim jestem ani czego chcę. Nie wiedziałam nawet, czy chcę, by wszystko było „wystarczająco czyste”. Znałam rodziny szczęśliwe w swoich nieposprzątanych domach. Nikogo tam nie strofowano ani nie krytykowano za bałagan. Może chciałam być właśnie taka. Może chciałam być człowiekiem, któremu po prostu nie zależy. A może mi zależało, ale wolałam zatrudnić sprzątaczkę. Tymczasem szorowałam nieskazitelnie czysty blat nie dlatego, że aż tak ceniłam porządek, ale dlatego, że próbowałam zdobyć uznanie ludzi, którzy nie byli zdolni mi go okazać.

Co lubiłam? Co myślałam o tym wszystkim? Kiedy przestałam mieć własne zdanie?

Nagle powróciło moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa. Miałam wtedy trzy albo cztery lata. Przyśniło mi się, że „źli ludzie” mnie zabierają, i gwałtownie wybudziłam się z tego koszmaru. Wychowywałam się w domach zastępczych i często w moich snach pojawiały się potwory w ciemnych ubraniach, które wyciągały mnie z łóżka.

Kiedy dorastałam, moi rodzice zastępczy nieraz przebąkiwali, że nie będą mogli mnie adoptować. Czasami odwiedzałam swoją matkę biologiczną. Widywałam swoich dwóch braci i bawiłam się z najstarszym Edwardem. Nie wiedziałam, gdzie byłoby mi lepiej: w domu rodzinnym czy zastępczym. Wydawało mi się, że nie pasuję do żadnej z tych rodzin. Czekałam, aż ktoś mi podpowie, co powinnam zrobić i dokąd pójść.

Pewnego dnia, gdy miałam siedem lat, weszłam do pokoju gościnnego w biurze Katolickiej Organizacji Charytatywnej. Na krześle siedziała moja matka, a obok – mój brat. Edward bawił się w kącie pokoju. Podeszłam do niego, a on bez słowa podał mi zabawkę. Nie rozmawialiśmy, ale co jakiś czas uśmiechaliśmy się do siebie. Miał nieco smutne spojrzenie. Czułam, że jesteśmy ulepieni z tej samej gliny. Nie miałam pojęcia, że to nasze ostatnie spotkanie. Krótko potem matka oddała mnie do adopcji.

Przez lata spotykałyśmy się w tym biurze. Kiedy po raz ostatni wracałam stamtąd metrem, wyobrażałam sobie swoje życie poza systemem domów zastępczych. Bardzo się cieszyłam, że wreszcie stanę się „normalnym” amerykańskim dzieciakiem. Tamtego wieczoru poszliśmy do restauracji, żeby uczcić początek mojego nowego życia. Urodziłam się na nowo w wieku ośmiu lat! Byłam taka przejęta.

Niestety wkrótce czar prysł. W domu nie wszystko dobrze się układało. Mój nowy ojciec sporo pił. Kiedy żona czuła od niego alkohol, wpadała w szał. Jeśli nie reagował, groziła, że się utopi w rzece albo zamknie się w łazience i połknie wszystkie leki z apteczki. Z przerażeniem słuchałam, jak moja przybrana matka – jedyna, jaką miałam – straszy, że się zabije. Nawet jeśli obywało się bez tych dramatycznych gróźb, to kłótnie ciągnęły się godzinami, aż ojciec wychodził z domu. Wtedy matka przenosiła swój gniew na nas, a my chowaliśmy się albo staraliśmy się wysprzątać dom, żeby przestała się na nas wściekać.

Zdarzały się i dobre dni, gdy rodzice żyli w zgodzie. Wszyscy zapominali o tych strasznych awanturach, szliśmy do kina, restauracji albo zostawaliśmy w domu i graliśmy w karty. Niestety po jakimś czasie ojciec znowu zaczynał pić, spokój burzyły wrzaski matki i piekło rozpętywało się od nowa. Kiedy miałam dziesięć lat, uważałam, że spokojna noc to jedynie przerwa w ciągu awantur. W wieku dwunastu lat zrozumiałam, że nic nie jest takie, jakie się wydaje. Gdy skończyłam czternaście lat, byłam zupełnie zagubiona.

Wpływ rodziców i przeżyć z wczesnego okresu życia stał się widoczny, gdy zaczęłam interesować się chłopcami. Podobali mi się albo porywczy jak moja matka, albo nieobecni jak mój ojciec. Mając osiemnaście lat, związałam się z chłopakiem, który nie tylko stosował przemoc, ale i stanowił dla mnie śmiertelne zagrożenie. Po pijanemu mógł mnie zabić. Wiele razy podbił mi oko, dusił, aż traciłam przytomność, a kiedyś zamknął mnie na dwa dni w szafie. Gdy mnie wypuścił, wybiegłam z domu, a wtedy próbował mnie przejechać moim samochodem. Moje życie, i tak już tragiczne, przemieniło się w horror.

W końcu udało mi się bezpiecznie od niego odejść. Wkrótce zaczęłam spotykać się z kolegą, który został moim pierwszym mężem. Znowu goniłam za „normalnym” życiem i byłam gotowa zrobić wszystko, by stać się normalnym człowiekiem. Wierzyłam, że jeśli ktoś mnie pokocha, będę normalna i szczęśliwa.

Leżąc na podłodze i gapiąc się w sufit, zaczęłam sobie uświadamiać, że kurczowo czepiałam się martwego małżeństwa, aby tylko uniknąć bolesnych wspomnień. Schemat mojego związku – na przemian zrywanie i godzenie się – chronił mnie przed opuszczeniem, przemocą i rozpaczą. W próżni spowodowanej rozstaniem i utratą pracy pojawiła się lawina koszmarnych myśli, emocji, wspomnień i niedokończonych spraw. Nie mogłam sobie poradzić z ogromem tych uczuć, to wszystko mnie przytłaczało. Potrzebowałam pomocy. I to szybko. Zadzwoniłam do psychoterapeutki i wykrzyczałam w słuchawkę całą swoją rozpacz. Miała pacjentów zapisanych na parę kolejnych tygodni, ale zgodziła się, żebym przyszła następnego dnia.

Przyjechałam prawie godzinę za wcześnie. Siedziałam w samochodzie na parkingu, przemarznięta do szpiku kości, i zastanawiałam się, czy dobrze robię. W końcu przyszła pora wizyty. Psychoterapeutka była niska, szczupła i młoda. Miała zadarty nosek, pogodny uśmiech i rudawe włosy ściągnięte w koński ogon, który kołysał się przy każdym ruchu głową. Nie wiedziałam, jak taka mała osóbka może mi pomóc. Wskazała na krzesło naprzeciwko siebie i spytała, w jakim celu przyszłam. Drżącym głosem, czując się jak dziecko, powiedziałam, że popełniłam straszliwy błąd, doprowadzając do rozpadu swojego małżeństwa. Rozdzierająco szlochając, mówiłam przez pół godziny. W końcu mi przerwała i spytała, co się stało z moją twarzą.

Z moją twarzą?

Moje życie legło w gruzach, a ona się martwiła o moją twarz? Początkowo próbowałam to zignorować i zaczęłam mówić o czym innym, ale ona dalej komentowała mój wygląd – że mam wymięte ubranie, a zlepione w strąki włosy opadają mi na poszarzałą twarz. Nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć, a wtedy ona rzeczowym tonem stwierdziła, że widzi przed sobą kobietę pozbawioną poczucia wartości i szacunku dla samej siebie. Nie miałam niskiego poczucia wartości – byłam go całkowicie pozbawiona. Odparłam, że nie zależy mi na poczuciu wartości. Chciałam tylko odbudować swoje małżeństwo. Wcześniej bardzo chciałam rozstać się z mężem, ale kiedy to nastąpiło, załamałam się i uznałam, że postąpiłam źle. Zawyłam: „Co mam robić!”.

Przez chwilę milczała. Potem wychyliła się do przodu i powiedziała: „Ta reakcja to oznaka lęku przed porzuceniem”.

Lęk przed porzuceniem.

Nigdy wcześniej nie słyszałam tego określenia, ale instynktownie wiedziałam, że „lęk przed porzuceniem” podsumowuje wszystkie problemy w moim życiu. A skoro istniała nazwa mojego stanu, to z pewnością było i lekarstwo. Nadal nie wiedziałam, co myśleć o tej terapeutce, ale byłam skłonna jej wysłuchać. Dała mi kilka książek na temat urazów psychicznych, przemocy, współuzależnienia i rodzin z problemem alkoholowym. Co prawda nie wierzyłam, że te książki zawierają odpowiedzi na moje pytania, niemniej obiecałam, że je przeczytam.

Lektura była bolesna, ale zaskakująca. Nigdy dotąd nie czytałam poradników i nie sądziłam, że literatura tego typu może do mnie przemówić. Jako dziecko, które wychowało się w domach zastępczych, a potem w rodzinie adopcyjnej, zawsze i wszędzie czułam się nieprzystosowana, co moja terapeutka określiła „krańcowym wyalienowaniem”. Po raz pierwszy w życiu poczułam nadzieję i zrozumiałam, że może jednak uda mi się naprawić to, co uważałam za trwale uszkodzone.

Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mój mąż częściowo ponosi odpowiedzialność za nasze problemy. Nadal tkwiłam w przekonaniu, że tylko ja jestem winna wszystkiego, co poszło nie tak w naszym małżeństwie. Później terapeutka wyjaśniła mi, że „swój ciągnie do swego” i że wady i problemy partnera zazwyczaj idą w parze z naszymi. Ludzie wybierają partnerów o podobnym stopniu „uszkodzenia” i w ten sposób zaczyna się taniec dysfunkcji, którego kroki oboje świetnie znają. Dlatego jedna osoba nie może być o wiele zdrowsza od drugiej. Zdrowi ludzie nie tańczą z chorymi.

Mimo wszystko nadal gorąco wierzyłam, że jeśli znajdę w tych książkach coś, co wytłumaczy mi zachowanie męża, to zbliżę się do mężczyzny, którego kocham, ojca moich dzieci, i sprowadzę go z powrotem do domu.

Przeczytałam więc te książki, a potem zaczęłam pisać do niego listy. Czasami go denerwowały. Kiedy indziej reagował bardzo miło, przeprowadzaliśmy długie, pełne dramatyzmu rozmowy, które zwykle kończyły się w łóżku. Czasami przychodził. Oboje byliśmy skołowani i razem płakaliśmy. Niekiedy wydzieraliśmy się na siebie, wyzywaliśmy od najgorszych, a nawet dochodziło do rękoczynów. Nasz związek był chaotyczny, ale za każdym razem, gdy się widzieliśmy, miałam nadzieję, że wreszcie pogodzimy się na dobre. Nadal czekałam, aż ktoś rozwieje moje wątpliwości.

Terapia nie pomagała mi skleić małżeństwa. Terapeutka radziła, żebym przestała kontaktować się z mężem i pozwalała mu tylko na spotkania z dziećmi. Zachęcała mnie, bym prowadziła dziennik i pisała do męża listy, ale ich nie wysyłała. Proponowała też, żebym przyjrzała się całemu swojemu życiu i dostrzegła przemoc, porzucenie i inne nadużycia ze strony ludzi. Jeśli chciałam wyrwać się z kręgu przemocy i wychować dzieci na zdrowych ludzi, powinnam przyjrzeć się swojemu życiu, uświadomić sobie, gdzie popełniłam błąd, i go naprawić.

W tym celu musiałam rzucić się w otchłań i doświadczyć cierpienia.

Pierwszy miesiąc okazał się najstraszniejszy. Myślałam, że nie dam rady. Kiedy otworzyłam puszkę Pandory, wylały się z niej wszystkie żale i ból. Nie mogłam uwierzyć, że z takiego koszmaru może wyniknąć coś dobrego. Co gorsza, mój mąż nie próbował się kryć ze swoim romansem ze znajomą z pracy, bo w jego samochodzie znalazłam list miłosny od niej.

Któregoś dnia przyjechał odwiedzić chłopców. Właśnie wracałam z pracy. Zobaczyłam, że bawią się w ogródku za domem, weszłam do środka, żeby zmienić buty, a chwilę później mąż stanął obok mnie i zaczął wrzeszczeć, że się z nim nie przywitałam. Nie wiedziałam, jak zareagować. Siedziałam w milczeniu i wkładałam buty. Wkurzył się jeszcze bardziej. Przemaszerował przez pokój i mnie spoliczkował. I tym razem nie zareagowałam, jedynie cicho, ale stanowczo powiedziałam: „Wyjdź”. Następnego dnia spotkałam się z prawnikiem, złożyłam papiery rozwodowe i załatwiłam zakaz zbliżania się. Mąż próbował go podważyć, więc doszło do rozprawy sądowej.

Wiedziałam, że w ten sposób chciał mnie zastraszyć. Pewnie myślał, że nie dam rady, i rzeczywiście – stara „ja” nie poradziłaby sobie w tej sytuacji. Problem polegał na tym, że nigdy nikomu się nie postawiłam i nie byłam pewna, czy mi się uda. W dniu rozprawy weszłam do sądu na trzęsących się nogach, trzymając się poręczy, żeby nie upaść.

Kiedy wywołano nasze nazwiska, mój adwokat wezwał mnie na miejsce dla świadka i wypytał o wszystkie przypadki przemocy w domu. Początkowo mówiłam tak cicho, że ledwo mnie było słychać, ale nagle przypomniały mi się słowa terapeutki: Nikt nie ma prawa stosować przemocy wobec innych. Wcześniej nie wiedziałam o tym. Zawsze myślałam, że zmuszałam innych do stosowania przemocy, bo jestem beznadziejna.

Niczym mantrę powtarzałam w myślach te słowa i nagle coś się we mnie zmieniło. Uwierzyłam, że terapeutka ma rację. Moje zachowanie całkowicie się zmieniło. Zaczęłam mówić głośniej i bardziej stanowczo. Odwróciłam się i spojrzałam mężowi prosto w oczy.

Ku mojemu zdumieniu jego adwokat szepnął mu coś do ucha, po czym wstał i wycofał sprzeciw. Sędzia powiedział, że mogę usiąść, i wydał stały zakaz zbliżania się.

Po rozprawie dosłownie sfrunęłam ze schodów.

Czułam, że zaczynam życie od nowa. Wiedziałam, że od tej pory nie pozwolę, aby ktokolwiek stosował wobec mnie przemoc. W końcu przejęłam kontrolę nad własnym życiem i powiedziałam: „Dosyć tego! Nie wolno ci tego robić!”. Wytyczanie granic stało się priorytetem w moim życiu i zmieniło wszystko na lepsze.

Rozwód nie był łatwy i dopiero po ponad dwóch latach udało się go sfinalizować. Nadal pracowałam z terapeutką, chodziłam na spotkania grup wsparcia, czytałam poradniki i stawałam się coraz silniejsza. Podczas pierwszych świąt nastąpił u mnie pewien regres, ale dzięki systemowi wsparcia pokonałam go i dalej pracowałam nad sobą.

Przez całe życie nie cierpiałam niepewności i oczekiwałam, że ktoś da mi poczucie bezpieczeństwa. Przez całe życie szukałam kogoś, kto by mnie pokochał i uczynił ze mnie normalnego człowieka. Teraz dowiedziałam się, że pewność siebie muszę odnaleźć w sobie i że sama muszę odkryć i pielęgnować własną normalność.

Było ciężko, ale nie tylko zmierzyłam się z przeszłością, lecz zmieniłam również nastawienie do teraźniejszości i zaczęłam planować przyszłość.

Nauczyłam się mieć przyjaciół, zainteresowania i hobby. Kiedy odkrywałam, co lubię, a czego nie, zaczęłam wyrażać własne zdanie. Im bardziej pracowałam nad sobą i im zdrowsza się stawałam, tym zdrowsi stawali się ludzie w moim życiu.

Im lepiej traktowałam samą siebie, tym lepiej traktowali mnie inni. Kiedy zaczęłam mieć więcej pewności siebie, poznawałam ludzi zdolnych do miłości i takich, na których mogłam polegać.

Nauczyłam się chodzić na randki z mężczyznami i odmawiać. Nauczyłam się wierności samej sobie i przestałam robić wszystko, żeby tylko przypodobać się innym. Zaczęłam zadawać sobie pytanie: „Czy go lubię?”. Jeśli odpowiedź była przecząca, od razu się żegnałam. Moje relacje z mężczyznami nadal nie były udane i przez pierwszych kilka lat wciąż dominował w nich lęk przed porzuceniem, ale z każdej z nich wyciągałam naukę. Zaczęłam postrzegać swoje związki jako źródło wiedzy i inwentaryzowałam je, gdy się kończyły, co pomogło mi zrozumieć, na jakie kwestie w swoim życiu powinnam zwrócić uwagę.

W tamtym okresie podjęłam decyzję, która wcześniej wydawałaby mi się nie do przyjęcia: wolę być sama niż zaakceptować u kogoś coś, co jest nie do zaakceptowania. Już nigdy nie poświęcę siebie dla związku z mężczyzną. Nie zamierzałam być ignorowana, poniżana czy umieszczana na ostatnim miejscu listy priorytetów. Nie zamierzałam akceptować niedopuszczalnego zachowania tylko po to, żeby mieć kogoś u swojego boku. Przez lata bałam się, że nikt mnie nie pokocha. Teraz byłam pewna, że dostanę to, na co się zgodzę, więc nie zamierzałam zgadzać się na mniej, niż zasługuję. Powoli zaczynałam wierzyć, że zasługuję na wszystko, co najlepsze.

Sporo czasu zajęło mi uwierzenie w siebie jako rodzica. Kiedy uczyłam się, co jest zdrowe, a co nie, zaczęło się to przejawiać w moim sposobie wychowywania dzieci. W naszym domu wolno było wytyczać granice, dbaliśmy o siebie i mogliśmy na sobie polegać. Nie przejmowaliśmy się takimi głupstwami jak to, czy stół w kuchni jest wystarczająco czysty. Ważne było tylko, jaką rodziną jesteśmy. Dziś synowie są mi wdzięczni za to, że wyrwałam się z kręgu przemocy i porzucenia. Każdą rozmowę telefoniczną kończą słowami „Kocham cię” i zawsze mnie przytulają na powitanie i pożegnanie. Przychodzą do mnie po radę. Mają do mnie zaufanie, a ja do nich. To cudowni młodzi mężczyźni i jestem z nich bardzo dumna.

Próbując wyleczyć swoje rany, zaczęłam szukać biologicznej rodziny. W każdym pełnym przemocy związku całym sercem tęskniłam za swoim bratem Edwardem. Uważałam, że gdyby był przy mnie, nie stałaby mi się żadna krzywda. Być może go idealizowałam, ale odnosiłam wrażenie, że jest on moją drugą połówką, zagubioną gdzieś w świecie, i bardzo pragnęłam, by wrócił do mojego życia. Zawsze mi się wydawało, że gdybyśmy byli razem, obojgu nam lepiej by się wiodło.

Szukałam go przez parę lat, aż wreszcie dowiedziałam się, że od jakiegoś czasu nie żyje. Mam jeszcze dwóch braci – Billy’ego i Ricky’ego – z którymi odnowiłam kontakt. Gorzko żałuję, że nie mogłam z nimi dorastać i że z tego powodu moje uzdrowienie nigdy nie będzie całkowite. Żałuję też, że nigdy nie poznałam dobrze Edwarda. Poza tym uzdrowiłam swoją przeszłość. Na terapii przepracowałam relacje ze wszystkimi swoimi rodzicami, w końcu udało mi się ich zaakceptować i im wybaczyć. Wybaczyłam im, żeby móc żyć dalej jako zdrowy człowiek.

Kiedy się dowiedziałam, że „swój ciągnie do swego”, wreszcie mogłam dostrzec swoje problemy i przyjrzeć się temu, do jakich ludzi mnie ciągnie i jakim ludziom się podobam. Dało mi to pewność, że mogę kontrolować to, co się dzieje w moim życiu i w moich związkach. Tyle razy wydawało mi się, że jestem gotowa związać się z „tym jedynym”, a tymczasem pakowałam się w związek z mężczyzną mającym ogromne problemy. Analizując te kwestie, zrozumiałam, nad czym jeszcze powinnam popracować, i że muszę zacząć od początku. Niekiedy okazywało się to frustrujące, ale moim celem było wyleczenie się, żebym mogła stworzyć zdrowy związek.

Byłam szczęśliwą singielką, gdy nieoczekiwanie się zakochałam. On też był samotnym rodzicem, wychowywał córeczkę. Szczery, otwarty, miły i troskliwy, uważał, że jestem taka sama. Oboje dobrze czuliśmy się jako single i stwierdziliśmy, że wolimy żyć w samotności niż znowu fundować sobie jakiś dramat. Zmienilibyśmy zdanie tylko wtedy, gdybyśmy poznali osobę o takim samym nastawieniu do życia. Wydawało się nam, że to nigdy nie nastąpi, że nigdy nie znajdziemy człowieka, który będzie cenić nasze życie i dzieci, który będzie popierać naszą potrzebę pozostania sobą w związku uczuciowym.

I nagle się odnaleźliśmy.

Od kilkunastu lat jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Na palcach jednej ręki mogę policzyć poważne kłótnie. Mąż nigdy mnie nie poniżał. Nigdy nie doprowadził mnie do płaczu. Nie zależy mu na tym, by dom był zawsze idealnie wysprzątany. Chce tylko mojego szczęścia i kocha mnie bezwarunkowo. Jesteśmy dobrymi i kochającymi się partnerami zarówno w życiu, jak i w miłości.

Wstęp

W tej książce znajdziesz prosty przepis na to, jak odnaleźć szczęście po zakończeniu związku. Zebrałam w niej wszystkie swoje doświadczenia jako osoba, która przeżyła rozstanie, jako terapeutka, naukowiec i nauczyciel. Pokażę ci, jak przekształciłam niesłychanie bolesne rozstanie w najlepsze, co mi się kiedykolwiek przydarzyło. Ty też możesz tego dokonać. Podzielę się z tobą wszystkim, czego się nauczyłam w szkole i w życiu, wszystkim, co studiowałam i co inni mi opowiedzieli na ten temat w ostatnich dwudziestu latach.

Gdy moje pierwsze małżeństwo się rozpadło, zapragnęłam zacząć pomagać ludziom zmieniać życie i przekonać ich, że jest to możliwe. Ukończyłam szkołę, żeby zostać terapeutką, a później uzyskałam dyplom terapeutki specjalizującej się w leczeniu żałoby. Dzięki badaniom i prowadzeniu grup wsparcia dla osób zmagających się ze stratą, przekonałam się, jak głęboki i pozytywny wpływ ma przepracowanie straty. Ludzie, którzy się z nią zmierzyli – czy chodziło o rozstanie, rozwód, śmierć czy inną nagłą zmianę – zmieniali się w zdumiewający sposób.

Pewnego dnia ktoś mnie zapytał, czy wszystkie moje marzenia się spełniły. Przytaknęłam, ale potem parę dni zastanawiałam się, czy to prawda, bo zostało mi jedno niezrealizowane marzenie. Wychowując się w domach zastępczych, marzyłam o tym, żeby zostać pracownikiem opieki społecznej albo prawnikiem. Kiedy w sądzie w Bronx County ostatecznie oddano mnie do adopcji, sędzia poprosił mnie do swojego gabinetu, gdyż chciał zadać mi kilka pytań. Miałam dopiero osiem lat, ale i tak ten budzący respekt, wypełniony książkami pokój zrobił na mnie ogromne wrażenie. Spytałam, jak dostaje się taką pracę. Sędzia roześmiał się i odparł: „Ciężko pracuj, ucz się i zostań prawnikiem”. W duchu przyrzekłam sobie, że tak właśnie uczynię.

Trzydzieści dwa lata po rozmowie z sędzią spełniłam swoje marzenie i zaczęłam studiować prawo. Potem przeprowadziłam się do Nowego Jorku, mojego rodzinnego miasta. Codziennie wykonywałam swój zawód, ale w najmniej oczekiwanych momentach, gdy ktoś opowiadał mi o swoim rozstaniu albo o próbie wyrwania się z kręgu przemocy, czułam potrzebę podzielenia się własnymi doświadczeniami. Zawsze wtedy klienci zachęcali mnie do tego, mówiąc, że w ten sposób im pomagam. Za każdym razem, kiedy myślałam, że nie powinnam odwoływać się do swoich przeżyć, wydarzało się coś, co znowu mi przypominało o tym zamiarze, albo ktoś mnie przekonywał, że powinnam opowiedzieć swoją historię, by dać nadzieję innym osobom w podobnej sytuacji.

Zaczęłam więc prowadzić seminaria pod tytułem „Jak poradzić sobie z przeszłością” i „Rozstanie to nie koniec świata”. Założyłam bloga, stworzyłam internetową grupę dyskusyjną i biuletyn internetowy. Początkowo blog służył mi tylko do odpowiadania na maile i pytania od uczestników seminariów, ale po paru tygodniach pojawiły się w nim komentarze nie tylko studentów. Wkrótce zyskał wielu zwolenników i na moje seminaria zaczęli przychodzić czytelnicy z całego świata. Stworzyli wspaniałą grupę wsparcia. Rozmawiali ze sobą prywatnie i często razem przyjeżdżali na seminaria. Nowi czytelnicy bloga, przeważnie pogrążeni w głębokiej rozpaczy, są serdecznie witani przez całą społeczność. Zachęcam w nim czytelników, by przekazywali zdobytą wiedzę innym, a oni to czynią. Społeczność ta jest bardzo zżyta i daje wielkie wsparcie tym, którzy są świeżo po rozstaniu.

Moi studenci i czytelnicy często prosili, bym napisała książkę przedstawiającą drogę ku wyzdrowieniu. Opisałam więc swoją podróż i podzieliłam się swoimi doświadczeniami. Koszmarne rozstanie okazało się katalizatorem rozpoczęcia mojego obecnego cudownego życia. Życzę wszystkim tego samego i gorąco wierzę, że każdy może to osiągnąć.

Książka ta, podobnie jak społeczność skupiona wokół bloga, jest dla każdego: dla mężczyzn i kobiet, gejów i osób heteroseksualnych, duchownych i świeckich, młodych i starych. Strata jest powszechnie doświadczanym przeżyciem. Istnieją bardzo konkretne sposoby, by sobie z nią poradzić. Mój poradnik jest przeznaczony dla każdego, kto chce się dowiedzieć, jak pogodzić się z rozpadem związku i zacząć nowe, szczęśliwe życie.

Możesz sobie poradzić z rozstaniem

Rozstanie to nie koniec świata pomoże ci raz na zawsze zmienić na lepsze naturę twoich związków. Mój plan zawiera oryginalną koncepcję „obserwacji, przygotowania i pielęgnowania”. Jeśli chcesz się zmienić na stałe, musisz zacząć obserwować, co się dzieje w tobie i wokół ciebie, musisz przygotować się na zmianę, a następnie pielęgnować jej rezultaty. Pokażę ci krok po kroku, jak tego dokonać.

Większość teorii i technik, które opisuję, wywodzi się z klasycznej i współczesnej myśli psychologicznej, ale sam plan jest zupełnie oryginalny. Z pracy nad sobą i z pracy z innymi dowiedziałam się, że ludzie szybko mają dosyć terapii poprzez rozmowę i ciężkiej pracy nad stratą, jeśli nie mogą ich zrównoważyć jakąś formą rozrywki czy uspokojenia. Pozytywne myślenie i rozmowa z samym sobą działają jakiś czas, ale nie przynoszą trwałych rezultatów, jeśli wielka strata czy cierpienie mają źródło w dzieciństwie. Wszystkie techniki i teorie działają do pewnego momentu, ale mój plan wzmacnia ich skuteczność.

Książka ta jest przeznaczona do kilkukrotnej lektury. Napisałam ją jako podręcznik, do którego możesz wracać, gdy tylko tego potrzebujesz, i z którego możesz korzystać przez wiele miesięcy. Może służyć jako uzupełnienie terapii, programu dwunastu kroków i udziału w grupach wsparcia.