Ród wyklętych - Maggie Moon

Ród wyklętych

0,0

Nie wszystko rzucone w ogień spłonie.

Noel Debrett powraca.

Zara wie, a raczej przeczuwa, że się zbliża.

Przy pomocy przyjaciół stara się wrócić do normalnego życia i rozwiązać tajemnicę śmierci młodszej siostry Zoe. Tymczasem na prestiżowej Akademii Sztuki w Londynie dochodzi do tragedii. Gdy prywatne śledztwo młodej malarki odsłania kolejny szokujący sekret rodu Debrettów, dla Zary zaczyna się walka, w której stawką jest jej życie.

Czy mroczny klan arystokratów znów da o sobie znać?

Maggie Moon zadebiutowała w 2013 roku thrillerem „Posiadłość”. Z zawodu tłumacz, na co dzień zajmuje się również pisaniem artykułów oraz redagowaniem stron internetowych. Do swoich największych inspiracji literackich zalicza Edgara Allana Poe, Colette oraz współczesną amerykańską pisarkę Tess Gerritsen. W swoich powieściach stara się łączyć fascynację wiktoriańską Anglią z elementami literatury sensacyjnej.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Książkę dedykuję mojemu pierwszemu
i najważniejszemu czytelnikowi, mamie,
w podziękowaniu za wszystko.

 

 

 

 

 

 

 

 

Klara została królową krainy pełnej błyszczących lasów gwiazdkowych, przezroczystych pałaców marcepanowych, słowem, najpiękniejszych i najcudowniejszych rzeczy, które się widzi, jeśli się patrzeć umie.

 

E.T.A. Hoffmann, Dziadek do orzechów i Mysi Król

PROLOG

Dwa lata wcześniej

 

 

 

 

Piętro uśpionego budynku wypełniała nieznośna cisza.

Siedząca na szezlongu pod oknem brunetka z napięciem wpatrywała się w drzwi. Dźwięk przekręcanego klucza wciąż brzęczał jej w uszach. Wiedzieli. Czego się zresztą spodziewała? Nie potrzebowali wyjaśnień. Skoro odważyła się raz, spróbuje ponownie.

Potoczyła wzrokiem po komnacie. Pamiętała czasy, w których ten pokój, rozległe pomieszczenie wypełnione wygodnymi, rzeźbionymi meblami, był ostoją bezpieczeństwa i spokoju. To właśnie tu spędziła najszczęśliwsze chwile swojego życia, zanim jej beztroski śmiech przerodził się w okrzyk bólu.

Teraz panujący w nim półmrok przywodził na myśl starożytną kryptę skrywającą mitycznego potwora, kreaturę, na którą nikt nie chce patrzeć, ale którą trzeba więzić. Drgnęła, gdy na korytarzu zadudniły kroki. Po przytłaczającej ciszy wydały się głośne niczym wystrzał. Zaraz tu przyjdzie. Znowu. Spojrzała na sufit. W komnacie znajdującej się piętro wyżej rozległ się głośny kobiecy płacz. Słysząc to, zmarszczyła brwi. Przed jej oczami pojawił się obraz tamtego dnia.

Dnia, który zmienił wszystko.

Wieczór był spokojny. W zasadzie niczym nie różnił się od setki pozostałych, które potrafiła przywołać. Zwyczajne zakończenie dnia pełnego niewinnych rozrywek, nauki gry na fortepianie oraz godzin spędzonych na szkicowaniu twarzy mamy. Utrzymujące się od kilku dni deszcze w końcu ustały, co wprawiło ją w wyśmienity nastrój. W końcu mogła wyjść na spacer.

Kolacja była wyjątkowo smaczna. Wszystko w jadalni, począwszy od jej ojca, rodziny i całej służby, wydawało się zwykłe, codzienne. Coś jednak było nie tak. Lekka, niewidzialna mgiełka oczekiwania unosiła się nad nimi niczym zjawa. Mężczyźni wymieniali się spojrzeniami, uśmiechając się porozumiewawczo. Ona zaś jadła z apetytem, nie zawracając sobie tym głowy. Na moment zatrzymała wzrok na twarzy brata. Niczego nie tknął. Nie patrzył na nią, był jakby nieobecny. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się, czy zna powód jego strapienia. Kiedy kwadrans później wracała do siebie, jego skupiona mina nie zaprzątała już jej myśli. Wspinała się po schodach, nie mając pojęcia, że za pół godziny będzie wić się z bólu, upokorzona i bezbronna.

Pamiętała, że idąc korytarzem, czuła na sobie czyjś wzrok. Miała wrażenie, że spojrzenia dziesiątek oczu ślizgają się po jej ciele, jakby wszyscy i wszystko w posiadłości wiedzieli, co ma się w najbliższym czasie wydarzyć. Wszyscy poza nią.

Westchnęła głęboko, przypominając sobie, jak wtedy wyglądało jej życie. Do tamtej pory całe jej piętnastoletnie istnienie wypełniała beztroska i radość. Otaczano ją opieką, rozpościerając miłość i poczucie bezpieczeństwa jak wielkie skrzydła. Czuła się ważna i wyjątkowa. Mała księżniczka i strzegący jej rycerze. Teraz już wiedziała, że wcale nie była ważna. Była cenna.

Kroki ustały tuż pod jej drzwiami. Stał tam, nasłuchując. Nienawidził jej. Zdawał sobie sprawę z tego, że wie, zna całą prawdę o nim. Wolał, by była kimś innym. Brzydził ją tak samo jak ona jego.

Przeniosła wzrok na las za szybą. Widok drzew, potężnych i wiekowych, był dla niej ukojeniem. Gdyby była taka jak one, równie silna i nieugięta, nigdy nie spotkałoby ją tak bolesne rozczarowanie. Ona była jak polny kwiat, walczący o życie z każdym podmuchem wiatru.

Ktoś ponownie wsadził klucz do zamka. Wzdrygnęła się, czując pęd powietrza poruszonego otwieranymi drzwiami. Do pomieszczenia wsunęła się szczupła postać, wpuszczając do środka intensywny zapach brandy. Dobrze go znała. Ten sam aromat roznosił się w salonie i gabinecie jej wuja. Młody mężczyzna stanął na progu, pozwalając, by część jego sylwetki ginęła w mroku korytarza. Do połowy wypalone świece dawały rozpraszające światło, przez co na pięknej twarzy dziewczyny utworzyły się zniekształcające jej rysy cienie.

Był zły.

Dostrzegła to od razu po sposobie, w jaki zaciskał pięści. Uważali, że nie stara się tak, jak powinien. Według niej starał się aż za bardzo, ale jej zdanie nie miało znaczenia. Lada moment przeniosą ją na drugie piętro. Tam będzie wegetować jak kokon, którego jedynym zadaniem jest wypuszczenie z siebie nowego motyla. Tym właśnie była, inkubatorem przetrzymującym kolejną przeklętą istotę. Sama czuła się jak sucha, powyginana łodyga niezdolna do puszczenia młodych pędów.

Mężczyzna zatrzasnął drzwi i oparł ręce na ich drewnie. Długie, puszyste jak u kobiety włosy spływały na ramiona, które podnosiły się i opadały, kiedy dysząc ze złości, próbował się uspokoić. Znów to samo, pomyślała, patrząc, jak idzie w jej kierunku.

Musiał już wiedzieć o jej próbie ucieczki. Świadomość, że mogła zbiec, zanim dopełniłby swojego rodowego obowiązku, musiała być nieznośna. Ciszę przerywał jedynie płacz kobiety, który narastając, zdawał się przesączać przez sufit.

Mężczyzna podszedł bliżej, zauważając ślady łez na gładkich policzkach. Kiedy jednak podniosła wzrok, w jej oczach dostrzegł jedynie pogardę. Czuł, jak narasta w nim gniew, jak kiełkuje i rozsadza całe ciało. Na razie wszystko szło na marne, nie było żadnych efektów. Presja była ogromna, może nawet zbyt wielka.

Poczuła dotyk chłodnej dłoni na swoim ciele. Chociaż targnęły nią mdłości, pozostała na miejscu. Niech się pomęczy, pomyślała, dlaczego miałaby mu cokolwiek ułatwiać?

Przesunął palcami po jej rozpuszczonych włosach, by już po chwili szarpnąć za nie, zmuszając ją, by się podniosła. Jak zwykle. Nigdy nie był delikatny. Nie próbował jej współczuć, zupełnie tak, jakby chwile ich wspólnego dzieciństwa w ogóle nie istniały, jakby przez piętnaście lat nie byli najbliższymi sobie ludźmi. Nie interesował go jej ból. Miała cierpieć tak samo jak on. Zaczęła się szamotać, choć wiedziała, że to nie ma sensu. Był silny. Złość i poniżenie napędzały wszystkie jego ruchy. Drażnił go już sam fakt, że się nie bała, że walczyła jedynie z wściekłości, nigdy ze strachu.

Powalił ją, przyduszając głowę do poduszki. Był tak rozjuszony, że wtargnął w nią, rozrywając materiał koszuli nocnej. Tym razem się uda, pomyślał, a jego ojciec w końcu będzie dumny. Przestanie mówić o tym drugim, o mężczyźnie, którego nigdy nie widział, ale którego imię było w tym domu powtarzane niemalże z czcią.

Kiedy skończył, odetchnął głęboko i zeskoczył na podłogę. Wciąż był zły, ale część swojego gniewu udało mu się wyładować. Rozczochrane włosy opadały mu na twarz, wyglądał jak wielki kocur, który dorwał mysz. Poprawił spodnie i wyszedł z komnaty, trzaskając drzwiami.

Dziewczyna leżała w wilgotnej pościeli. Podkuliła nogi, objęła się ramionami i zamknęła oczy. Nie czuła bólu. W zasadzie nie czuła już nic. Musi uciec. Ta jedyna myśl kołatała w jej głowie jak wielki młot. Jeśli tu dłużej zostanie, zwariuje. Zwariuje jak pozostałe.

Podniosła opuchnięte powieki i skierowała wzrok na stojący pod ścianą zegar. Czas. On był jej jedynym sprzymierzeńcem. Odwiedziny mężczyzny nie trwały już tak długo. Czasami wystarczyło po prostu patrzeć w sufit i myśleć o czymś innym.

Drgnęła. Nie, nigdy nie mogła tak naprawdę się odgrodzić. Nawet gdy wychodził, czuła się z nim związana, jakby wciąż stał obok, nie spuszczając z niej wzroku. Odzyskanie bezpiecznej przestrzeni, kąta w posiadłości, w którym mogłaby się schronić, stało się jej marzeniem. Gdyby chociaż pokonywał dłuższą drogę, gdyby nie dostawał jej tak łatwo. Potwór jednak wciąż był blisko, przyczajony, nienasycony, stale gotowy do ataku.

Był przecież jej bratem.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Teraźniejszość

 

 

 

 

Profesorowie muszą mieć jakiś tajny grafik, pomyślała Zara, bębniąc długimi palcami w blat. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że czwórka z nich sprzymierzyła się przeciwko jednej grupie dokładnie w tym samym czasie? Oczami wyobraźni widziała wielki plan, który, rozwinięty w ich pokojach, odsłaniał powbijane pinezki – mękę danego kierunku. Im więcej tych kolorowych główek, tym lepiej. A niech ich boli, są studentami, muszą umieć wszystko.

Zara przeglądała harmonogram zaliczeń i prac semestralnych, siedząc wygodnie na trzeszczącym krześle. Z każdą kolejną minutą jej względnie dobry humor pryskał, a stojąca obok kawa stygła, pozostawiając na powierzchni mętniejący kożuszek mleka. Powariowali, nie ma innego wyjaśnienia, pomyślała. Jakby życie w akademii nie było dostatecznie nieznośne.

Słysząc stukot obcasów, podniosła wzrok i wbiła go w szybę baru fast food. Z prawej nadchodziła drobna postać z pochyloną głową. Burzę poskręcanych, kasztanowych włosów ujarzmiała jedynie cienka, czarna opaska. Zara uśmiechnęła się, widząc nadchodzącego z przeciwległej strony Franka. Tak samo jak Dora nie patrzył przed siebie, stukał w klawisze telefonu ze skupioną miną. Zderzenie nastąpi za trzy, dwa, jeden…

Oboje błyskawicznie podnieśli wzrok. Zrobili krok w tył, zdobywając się na taksujące spojrzenia. Frank otworzył drzwi, przez które przeszła Dora, przewracając oczami. Zara pomachała do niej, szczerząc zęby w uśmiechu. Brak oznak sympatii pomiędzy nimi był dla niej czymś codziennym. I tak są na siebie skazani, pomyślała, robiąc miejsce przyjaciołom. Dora usiadła najbliżej malarki, posyłając Frankowi spojrzenie tryumfu. Przez ostatnie miesiące robiła tak dzień w dzień, kiedy tylko pojawiał się na horyzoncie. Zara pokręciła głową. Jej zdaniem było to jak znaczenie terenu. Równie dobrze mogła na nią nasikać. Chłopak rozpiął kurtkę i witając się z Zarą, zdobył się na zmęczony uśmiech. Dora uniosła brwi, widząc zmieszanie na twarzy przyjaciółki. Już wcześniej zauważyła, że Zara robiła, co mogła, by nie spojrzeć Frankowi w oczy. Ten padł na krzesło naprzeciw dziewczyn i kładąc czarną tubę na podłodze, ogarnął wzrokiem pomieszczenie.

W barze unosił się zapach smażonego kurczaka i ziołowej panierki, z której to miejsce słynęło. Na ścianach pokrytych nijakim odcieniem fioletu wisiały tanie reprodukcje w plastikowych antyramach. Kafle w szaro-żółtą szachownicę były w niektórych miejscach przetarte, a sztuczne rośliny, poustawiane w wazonach pod oknem, wyblakłe od słońca. Mimo swojego wystroju bar zawsze wypełniał tłum gości, którzy wśród śmiechów i dźwięków wesołej muzyki relaksowali się, chrupiąc skrzydełka kurczaka.

Zara wetknęła kartkę przed oczy przyjaciółki.

– Widziałaś? Poligon. Do tego Wench aż w dwóch komisjach.

Dora machnęła na to ręką.

– Mamy połowę marca. Nie chcę o tym myśleć przynajmniej do maja.

– My już musimy – rzucił Frank. – Profesor Hilary zażyczył sobie szkicu pracy semestralnej do końca kwietnia. Oni nas nie uczą. Oni nas tresują.

– Zacząłeś już?

– Powiedzmy. – Spojrzał w stronę tuby. – Na razie się nie lubimy.

– Aż tak źle ci idzie? Tobie? – zadrwiła Dora, unosząc jedną brew.

– Apokalipsa świętego Jana. Coś ci to mówi?

Pokręciła głową. Frank popatrzył na jej potargane wiatrem włosy.

– A powinno.

– Dostałam kolejny list od Watersa – zaczęła Zara, widząc, że przyjaciółka szykuje się do kontrataku.

– I co? Kiedy wraca? – Dora niechętnie oderwała spojrzenie od rozbawionej twarzy Franka.

– Nie mam pojęcia. Jak zwykle nic na ten temat. Nie wiem, gdzie teraz jest, ale ostatni list zalatywał nieco curry i czosnkiem. Zastanawia mnie, czy on tu w ogóle wróci.

Od października zeszłego roku Zara wymieniała korespondencję z Johnem Watersem. Malarz wysłał jej pierwszy list, tłumacząc, że adres dostał od tragicznie zmarłego Carté. Nikt nie miał pojęcia, dlaczego wybrał akurat taką drogę komunikacji. Drogą dedukcji Dora doszła do wniosku, że Waters musi być zdziadziałym czubkiem, który nienawidzi współczesnych wynalazków, takich jak chociażby telefon. Od tamtego czasu pisał do niej, umawiając się na spotkanie i omówienie wystawy, które wciąż przekładał.

– Idę zamówić – oznajmił Frank, spoglądając w stronę wiszącego na ścianie menu. – Pani coś sobie życzy?

Dora zacisnęła wargi.

– Nie lubię posmaku cudzej śliny w jedzeniu.

– Zara?

– Nie, dzięki, widzisz, jakoś nie mam apetytu.

Frank wzruszył ramionami i podszedł do lady.

– Wiem, że proszę o sojusz psa z kotem, ale nie możecie być dla siebie odrobinę milsi? – spytała Zara, kiedy Frank był już daleko.

– Wątpię – odparła Dora z miną dyplomaty. – Ten człowiek za bardzo mnie irytuje.

– Niby czym?

Dora pokręciła głową i zmieniła temat.

– Mam pomysł. Co ty na to, żeby wpaść do mnie wieczorem? Piwniczka mojego taty pęka w szwach. Stoczymy się jak za starych, dobrych czasów, kiedy to pan Charlston nie deptał nam po piętach.

Zara uśmiechnęła się szeroko.

– Kuszące, ale dzisiaj nie mogę. Jestem zajęta. – Zabrzmiało to jak słaba wymówka. Dora wydęła usta z niezadowoleniem. – Wiem, wiem, ostatnio ciągle nie mam czasu. Wynagrodzę ci to. Obiecuję, że najbliższy weekend spędzę tylko z tobą. Rzucimy się wtedy na tę piwniczkę i na twoją kolekcję filmów niezależnych.

Dora nie do końca dała się udobruchać, ale pozioma zmarszczka na jej czole jakby się wygładziła.

– Nie jesteście razem, prawda? – szepnęła, kierując wzrok w stronę Franka.

Zara wybałuszyła oczy, czując nieprzyjemne mrowienie na plecach. Nie wie, nie może wiedzieć. Jeśli tak skrzętnie ukrywa to przed samą sobą, to nikt inny nie miał szans. W maskowaniu uczuć Zara Dormer była mistrzynią.

– Wyobrażasz sobie mnie w związku?

– Widać, że was do siebie ciągnie.

Zara upiła łyk zimnej już kawy, zastanawiając się, jak zmienić tor rozmowy. Czy Dora coś podejrzewa? Chyba powinna jej powiedzieć. Jak jednak zmusić się do wykrztuszenia słów, do których nie ma najmniejszej ochoty przyznać się przed samą sobą?

– Nie wiem – stwierdziła.

– W takim razie zdradź mi, co ty w nim widzisz. To boleśnie przeciętny człowiek.

Zara odwróciła głowę. Frank lawirował między stolikami, niosąc tacę uginającą się pod ciężarem śmieciowego jedzenia. Z ust sterczały mu dwie frytki.

– Nie – odparła, uśmiechając się mimowolnie. – Jest czymś więcej.

– Coś przegapiłem? – spytał Frank, pojawiając się obok ich stolika.

– Kilka etapów w ewolucji – warknęła Dora.

Zara posłała jej mordercze spojrzenie. Dziewczyna uniosła ręce w geście poddania.

– Dobrze by było, żeby Waters już wrócił. Wiadomość o mojej planowanej wystawie rozniosła się prawie tak szybko, jak ta o pożarze w Charlottshire.

Frank skamieniał, ociekający keczupem hamburger zastygł mu w połowie drogi do ust. Kątem oka zerknął na Dorę. To były te jedyne momenty, w których zawierali przymierze, milczące porozumienie, że nie będą kontynuować tematu. Nigdy. Nie po tym, co wydarzyło się już tutaj, w Londynie. Zamieszanie wywołane przez ojca Carrie wciąż ciągnęło się w mediach. Jak na sygnał za oknem przejechał policyjny samochód. Cała trójka spojrzała w tamtą stronę.

Nie, nie zapomnieli. To przecież niemożliwe. Robili jednak, co mogli, by tamte wydarzenia uczynić wspomnieniem dogasającym niczym płomień wypalonej świecy. Kilku dodatkowych ochroniarzy w akademii nie pozwalało im jednak uciec od ponurych myśli.

Zara zmarszczyła brwi. I po co to wszystko, pomyślała. Na uczelni nie było już niczego, co Debrettowie uznaliby za cenne. Wiedziała, kogo zwykle szukali, dlatego obecność strażników jedynie ją irytowała.

Frank przełknął ogromny kęs hamburgera, po czym odchrząknął.

– Temat zaliczenia semestralnego u Hilary’ego to jedna barwa – sto odcieni. Mamy namalować postać, używając teoretycznie jednego koloru.

– To nawet ciekawe. – Dora nie wykazałaby tak żywego zainteresowania, gdyby radiowóz nie przykuł ich uwagi.

– Ja wybrałem zielony. Ma dużo fajnych odcieni. Poza tym idzie wiosna – spojrzał na pochmurne niebo za oknem – przynajmniej kalendarzowo.

Dora zerknęła na zamyśloną Zarę. Nie musiała pytać. Wiedziała, jakim torem podążały jej myśli. Policja, ciała, posiadłość, piwnica.

On.

– Pokaż no ten harmonogram. – Wyrwała jej kartkę z ręki. – Pani Wench i profesor Wells jednego dnia? Rektorzy nas nienawidzą. Boże, jeśli szatan istnieje, to siedzi w ciele starej Wench.

Frank skończył już swój olbrzymi lunch i teraz ze zniecierpliwieniem spoglądał na kartonik zimnych frytek Zary.

– Taa, nienawidzą nas. – Zara odebrała kartkę i złożywszy ją, schowała do nowej czarnej torby. Większość jej ulubionych rzeczy została spalona przez Vincenta, o czym po raz kolejny pomyślała tego dnia.

– Pójdziesz ze mną na pchli targ? – spytała, starając się odpędzić niechciane myśli.

– Jasne – Frank i Dora odpowiedzieli chórem, po czym oboje wydęli usta.

Zara podniosła wzrok, zauważając ich obrażone miny.

– Dora. Mówiłam do Dory.

– Kiedy?

– Może jutro.

– Po zajęciach?

– Nie, raczej podczas przerwy. Po zajęciach idę do pracowni. Wiesz, podoba mi się ta praca i nie chciałabym jej stracić. Stary Kraft to interesujący człowiek. Mało sympatyczny, co prawda, ale w jego wieku to chyba wybaczalne. Frank, kurczę, jeśli chcesz te frytki, to sobie po prostu weź.

Wysunięta w kierunku jedzenia Zary ręka Franka zastygła nad tacą. Widząc uniesione brwi dziewczyny, chwycił łapczywie kartonik, przysuwając go bliżej siebie.

Rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Zara oderwała wzrok od twarzy Franka i spojrzała w tamtą stronę. Czarne, sięgające ramion włosy mignęły jej przed oczami. Zachłysnęła się. Jej ciało zareagowało instynktownie chęcią ucieczki, którą z trudem pohamowała. Setka myśli i uczuć wlała się do jej umysłu, boleśnie przypominając o posiadłości. Wstrzymała oddech, zaciskając dłonie na pasku torby.

Dopiero po chwili zauważyła twarz nastolatka, który zamykając za sobą drzwi, pomachał grupce siedzących w oddali licealistów. Przyglądając się, jak zmierza w ich kierunku, spostrzegła, że jego włosy były długie tylko z jedynej strony, z drugiej zaś sterczały, wygolone prawie do samej skóry. Kolczyki w jego uszach nagle wydały jej się tak rażące, że nie mogła uwierzyć, że nie zauważyła ich od razu.

Przeczesała dłonią włosy, znajdując ich krótszy koniec. Doskonale pamiętała, jak odciął ich pukiel. Miała być następna, miała trafić do jego kolekcji.

Przeniosła wzrok na swoją torbę, myśląc o harmonogramie. Życie toczy się dalej, świat zawsze idzie do przodu. Bez względu na wszystko. Akademia dalej funkcjonuje, znów przyszedł marzec, znów siedzi bezpieczna w towarzystwie przyjaciół. A jednak coś się zmieniło. W niej samej, w ludziach, których znała. Wspomnienie tamtych chwil paliło ją jak wrzątek.

Gdy wróciła z warsztatów, wszystko wydawało jej się okrutnie codzienne. Jej dom, rodzice, studia. Gdyby nie wróciła, wciąż byłoby tak samo, z nią czy bez niej. Świat nigdy nie staje w miejscu, ludzie rodzą się i umierają, i nikt nie widzi powodu, dla którego miałby robić z tego jakieś wielkie wydarzenie.

Frank i Dora udawali, że nie widzą jej nieobecnego wzroku. Oboje trzymali się swojej strategii. Milczeli. Poświęcili wiele godzin na dyskusje, by wiedzieć, że wdawanie się w nie niczego nie zmieniało.

– On żyje. Prawda? – spytała Zara, nie podnosząc wzroku.

– Tak.

– Nie.

Studenci wymienili spojrzenia.

– Nie żyje, daj spokój – zapierał się Frank. – To, że nie znaleźli jego zwłok, o niczym nie świadczy. Pewnie spalił się na proch. Wiesz, jak oni żyją, nie mają kartotek dentystycznych, żeby porównać zęby.

Dora pokręciła głową i wychyliła się do przodu.

– Wszyscy wiemy, jaka jest prawda. Trudno to do siebie dopuścić, ale żyje. – Ściszyła głos tak, że Frank musiał pochylić głowę, by ją lepiej słyszeć. – Nie wiem, jak to zrobił, musiałby być jakimś pieprzonym zombie. Jedno jest jednak pewne. Już nic ci nie zrobi. Sama wiesz, jak teraz wygląda sytuacja Debrettów. Jego jest jeszcze gorsza. Jeśli ma trochę oleju w głowie, wie, że nie może się pokazać.

Zara położyła sobie dłoń na karku. Czuła, że to nie koniec, że koszmar dopiero się zaczyna. Nie miała jednak ochoty na kontynuowanie tematu.

– Tak. Chyba masz rację.

Frank i Dora wyprostowali się, rzucając sobie ukradkowe spojrzenia. Zara wyciągnęła telefon, spoglądając na godzinę.

– Dobra, to ja lecę.

– Gdzie?

– Mam coś do załatwienia.

– A konkretnie?

Cmoknęła z niecierpliwością.

– A co, pan Charlston pisze książkę?

Zapadła cisza. Zara była wyraźnie podenerwowana, chociaż Dora nie mogła pozbyć się wrażenia, że w ostatnim czasie jej nastawienie do Franka bardzo się zmieniło.

– To ja też już pójdę. – Zaczęła zapinać guziki płaszcza. – Widzimy się jutro w katedrze?

– Niestety. Wells-terminator da nam popalić.

Frank zapiął kurtkę i milcząc, zebrał ze stołu tace. Kiedy oddalił się w stronę pojemnika na śmieci, Dora przysunęła się bliżej.

– Wszystko okej? – spytała. – Wiem, że przy nim udajesz, że nic cię to nie obchodzi, ale ja to co innego. Przy mnie nie musisz być twarda.

– Nic mi nie jest. – Zara unikała jej wzroku. – Nie lubię o tym myśleć.

Wychodząc, raz jeszcze spojrzała w stronę czarnowłosego chłopaka, który w tym momencie robił zdjęcia telefonem komórkowym dwóm wystawiającym języki koleżankom.

Przeszli przez ulicę, wymieniając się uwagami na temat nowej fryzury pani Wench, zgodni, że upodabnia ją do natki pietruszki. Zatrzymując się pod nieczynną w tej chwili piekarnią, Zara pogrzebała w torbie, upewniając się, że wszystko jest na swoim miejscu. To był jej nowy rytuał. Od tamtego wydarzenia musiała mieć pewność, że ma nad wszystkim kontrolę.

– Dobra. Idę. Do jutra.

– Może iść z tobą? – zaproponował Frank.

– Słuchajcie! – Zara przełożyła torbę przez ramię, uwalniając długie, rozpuszczone włosy spod uścisku paska. – To, że jakiś świr przeżył i prawdopodobnie o mnie nie zapomniał, nie wpędzi mnie w paranoję. Będę chodzić tam, gdzie chcę i kiedy chcę. Sama. Wystarczająco mi już zabrał. Nie pozwolę odebrać sobie wolności. Poza tym skoro przez pół roku mnie nie dopadł, to może znalazł sobie lepsze rzeczy do roboty. Ratowanie swojego tyłka, chociażby.

Zapadło chwilowe milczenie.

– Racja. – Dora uściskała przyjaciółkę.

Frank wykonał ruch pomiędzy chęcią wystawienia dłoni a objęciem malarki. Cholera, wciąż nie mam pojęcia, jak się z tobą żegnać, pomyślał. Zara pomachała mu, wybawiając go z niezręcznej sytuacji, po czym oddaliła się, znikając za rogiem.

– Jak myślisz, dokąd idzie? – spytał, wpatrując się w ulicę, w którą skręciła.

– Bo ja wiem. Ma swoje sprawy. Sekta i takie tam.

– Nie podejrzewałem cię o poczucie humoru.

– Stoję tu z tobą, więc muszę je mieć.

Frank zmarszczył brwi.

– To co? Idziemy za nią?

Dora otworzyła szerzej oczy.

– I zaryzykujemy, że nas zauważy, tracąc tym samym jej zaufanie tylko dlatego, że jakiś czubek już raz próbował ją zabić, a ona po raz pierwszy od trzech miesięcy wspomniała o nim na głos? – spytała, patrząc na jego skupioną minę. – Idziemy.

Ruszyli do przodu, wychylając się po chwili za rogiem. Plecy Zary zniknęły w wąskiej uliczce. Dora dała znak, by szli dalej. Skradali się jeszcze przez dobre pół godziny, przyspieszając lub udając, że kryją się za ścianami, drzewami lub budkami telefonicznymi. Frank pomyślał, że obserwująca ich osoba mogłaby spokojnie uznać, że patrzy na parę uciekinierów ze szpitala psychiatrycznego.

– Jezu, co my robimy? – szepnął, kiedy postać Zary pojawiła się na pasach.

– Cicho. Patrz, skręca. Czemu skręca? Żeby dostać się na Fort Chimneys, powinna iść prosto.

Dora poprawiła kołnierz zielonego płaszcza i przyspieszając, przeszła na drugą stronę ulicy. Frank dołączył do niej, rozpinając kurtkę. Ich oczom ukazało się morze drewnianych straganów, uginających się pod ciężarem zniczy i kwiatów.

– Stój – rozkazała.

Frank zatrzymał się, widząc, jak Zara przekracza bramę cmentarza.

– Co jest? Nie idziemy dalej? – Był lekko zdyszany, ciągłe kucanie i podbieganie nie było najlepszym pomysłem po tonie jedzenia, którą pochłonął.

Dora oderwała spojrzenie od czarnych powiewających włosów Zary. Jej czoło wygładziło się, jakby właśnie coś zrozumiała.

– Nie. Spadamy. Nie mamy tu czego szukać.

ROZDZIAŁ DRUGI

Kilka miesięcy wcześniej

 

 

 

 

Siedmioletni Simon nie wierzył własnym oczom.

Zeskoczył z piętrowego łóżka i poczłapał do okna, wdrapując się po chwili na parapet. Spodenki jego granatowej piżamy w samoloty ślizgały się po chłodnej, wypolerowanej powierzchni. Wyciągnął szyję, starając się lepiej dostrzec to, co działo się na zewnątrz.

Zaledwie kilka minut temu obudziło go znajome wycie wilków. Zaspany, podniósł się, przecierając oczy. Tata mówił mu, że teraz wilków będzie mniej, ale nie chciał wytłumaczyć dlaczego. Śpiący na dolnym piętrze łóżka brat zachrapał głośno. Simon rozejrzał się po pokoju, zastanawiając się, ile jeszcze czasu zostało do śniadania. Właśnie wtedy jego wzrok przykuła postać za oknem. Zsunął się na dywan i podreptał pod parapet. O tej porze mógł tam wypatrzeć jedynie ducha.

Wiedział, że nie powinien się ich bać. Jego rodzice setki razy tłumaczyli mu, że duchy nie istnieją. Mieszkając jednak całe życie przy cmentarzu, nie mógł im wierzyć. Wyobraźnia podpowiadała mu zupełnie co innego. Co z tego, że tata mówił mu, że jest już dużym chłopcem? Duchy istnieją, koniec i kropka. Oboje o tym wiedzieli. Tacie, oczywiście, nie wypadało się do tego przyznać. Dorosłym w ogóle nie wypada się przyznawać, że w coś wierzą, pomyślał.

Simon był pewny, że to, na co patrzy, to zjawa. Wystarczyło zobaczyć, co ma na sobie. Chłopiec widział już podobnie ubranych mężczyzn. Rok temu był z babcią w muzeum i właśnie tacy panowie spoglądali na niego z wielkich obrazów w ciężkich, złotych ramach.

Coś mu jednak nie pasowało. Zjawa stała przed grobowcem, wydając się zwykłym, materialnym człowiekiem. Simon przetarł oczy. Stała. Niewiele wiedział o duchach, ale ten głupi Mike z drugiej klasy zapewniał go, że unoszą się w powietrzu. Na pewno nie stoją, nie mają przecież nóg. Raz jeszcze przetarł oczy. Nie, ten duch na pewno stoi, widać to jak na dłoni. Cmentarz znajdował się tuż przy lesie, po drugiej stronie ulicy, jednak jasna, księżycowa noc pozwalała chłopcu obserwować postać za żelazną bramą. Zjawa nie poruszyła się nawet wtedy, gdy wiatr targnął jej włosami. To mógł być jakiś duży pan, pomyślał Simon, przyglądając się muskularnej posturze. Chciał jednak wierzyć, że to duch i że jutro w szkole Mike zblednie, jak o tym usłyszy.

Przysunął się bliżej okna, kładąc dłonie na zimnej szybie. Jego oddech skraplał się na jej powierzchni. Stojąca na cmentarzu postać uklęknęła, długie włosy całkowicie zasłoniły twarz. Siedmiolatek zastanawiał się właśnie, czy Mike mówił coś o tym, że duchy potrafią klękać, gdy zjawa podniosła się i spojrzała prosto w okna domku Simona. Chłopiec wybałuszył oczy, po czym skulił się, obejmując głowę rękami. Widzi go, więc pewnie rzuci na niego jakąś klątwę. Przynajmniej tak mówił Mike.

Kiedy zdobył się na prawdziwie męską odwagę i ponownie wyjrzał za okno, postać odchodziła już w głąb cmentarza. Mgła unosząca się tuż nad ziemią obejmowała nagrobki niczym pajęczyna. Simon obserwował, jak duch wspina się po bramie i zeskakuje po drugiej stronie. Nie, duchy z całą pewnością tak nie robią. Powinien przez nią przeniknąć czy coś. Chłopiec poczuł ukłucie żalu. Czyli jednak rodzice mieli rację, znowu, pomyślał z rozczarowaniem.

Zmrużył powieki. Skulony mężczyzna nie ruszał się, jakby nie mógł lub nie chciał się podnieść. Dopiero po kilku sekundach wstał i powiewając połami płaszcza, zatopił się w mroku lasu, znikając chłopcu z oczu.

*

Noel Debrett był wycieńczony. Przez ostatnie dni wędrował, nie zwracając uwagi na to, dokąd i po co idzie. Nie mógł zostać, to było oczywiste. Nie po tym, co się stało. Gorzkie wspomnienie ostatnich dni odbiło się na jego pięknej twarzy grymasem zimnej furii. Wyraz księżycowych oczu zdawał się pusty. Wiedział, że musi odejść, nie mógł jednak opuścić miasta bez pożegnania Vincenta. W jego głowie po raz setny pojawił się ten sam obraz, wspomnienie dnia, który odmienił wszystko.

Oczami wyobraźni widział siebie, jak przechodząc ukrytym korytarzem z piwnicy do swojej komnaty, staje obok okna, wyglądając na to, co dzieje się na dziedzińcu. Dwa radiowozy, karetka i ogromny wóz strażacki. Wszędzie pełno ludzi, biegają tam i z powrotem, nikt nie ma kontroli nad chaosem. Nic dziwnego, zostali skierowaniu tu, do posiadłości Debrettów, do świątyni tego miasta. Kłęby dymu unoszą się wkoło budynku, jakby posiadłość była ogromnym smokiem, który na widok tych wszystkich współczesnych ludzi dyszy ze złości. Kiedy wzrok Noela pada na rudowłosego chłopaka wynoszącego ją do karetki, jego źrenice rozszerzają się. Nie rusza się, wygląda, jakby była martwa. Miała być martwa, wtedy już na zawsze byłaby jego. Ta myśl prawie doprowadza go do obłędu. Obserwuje chłopaka, wyobrażając sobie, że to on obejmuje jej nieżywe ciało, że dotyka jej jak swojej kochanki. Po chwili jednak coś innego przykuwa jego uwagę, coś, przez co fantazja o młodej malarce rozmywa się niczym poranna mgła.

Dwóch mężczyzn wychodzi z lasu. Podtrzymują nosze, na których pod czarną płachtą spoczywa podłużny kształt. Podmuch wiatru podwiewa skrawek nakrycia, odsłaniając przerażającą tajemnicę. Noel musi złapać się parapetu, żeby nie upaść. Poznaje te włosy. Jasne, falowane, pokryte wstążkami zastygłej krwi. Łapie oddech, czując, że robi mu się słabo. Mężczyźni zanoszą ciało jego brata do ciemnego samochodu, przy którym stoją Foxy Jane i obejmujący ją Jamie. Ciałem Noela targa wściekłość. Oddycha przez usta, księżycowe oczy wypełnia najczystsza żądza mordu. Prawie traci panowanie nad sobą, chce ich wszystkich złapać, zabić, rozerwać z dzikim wrzaskiem. Nie Vincent, tylko nie jego młodszy brat!

Ostatkiem sił udaje mu się uspokoić. Dopadnie ich. Jeszcze nie wie kiedy i gdzie, ale może im to obiecać. Krótkie spojrzenie w stronę policjantów podchodzących do tych bękartów uzmysławia mu, że nie może tam zostać. Ale to nie koniec. Jeszcze nie.

Odchodzi od okna, czując tak rozrywający ból, że ma ochotę krzyczeć. Rozgląda się po komnacie, układając w myślach plan. Musi stąd uciec. Zaraz wszystkiego się dowiedzą. To pomieszczenie będzie pierwszym, które przeszukają. Podchodzi do komody, wyciąga nowe ubrania. Dostrzega swoje odbicie w lustrze. Jego twarz szpecą czarne smugi sadzy, włosy pokrywa szara warstwa pyłu. Nie może tego tak zostawić, jego wygląd jest zbyt ważny. Błyskawicznie doprowadza się do porządku i wychodzi z komnaty.

Na korytarzu jest pusto. Cisza trzeciego piętra rozbrzmiewa mu w uszach, odbijając echo jego szybko bijącego serca. Kilka razy woła Cornelię, ale nikt mu nie odpowiada. Wraca do środka. Chowa klucz do kieszeni i zbierając brudne ubrania, odsuwa draperie za swoim łożem i znika w ukrytych drzwiach. Teraz musi już tylko czekać. Policja powinna zastać komnatę tak, jak ją przygotował. Wciąż ma nad wszystkim kontrolę. Na tę myśl oddycha głęboko.

Mija kilka godzin. W końcu na korytarzu robi się głośno. Głosy ludzi zlewają się w jeden gwar, ich tony mieszają się, tworząc niezrozumiały hałas. Dwóch mężczyzn wchodzi do środka, ostrożnie uchylając drzwi. Noel zastyga, nasłuchując.

– Przecież tutaj go nie będzie – mówi jeden z nich, od niechcenia otwierając mahoniową szafę. – Tylko idiota chowałby się we własnym pokoju.

– Zamknij się, James. Mamy szukać śladów – odpowiada mu drugi.

– Śladów. Jasne. – Rozlega się skrzypienie drzwi, ktoś zamyka szafę. – Są też inne rozkazy.

Drugi policjant posyła mu krótkie spojrzenie. Ma rację. Inne rozkazy. Jak najszybciej przeszukać posiadłość, zawiadomić o tym, że młody Debrett zbiegł, i odejść. Reszta nie zależy już od nich. Poza tym nie mają jeszcze stuprocentowej pewności, że przeżył, a jego szczątków nie znajdą w zawalonej piwnicy.

W końcu mężczyźni wychodzą, zgłaszając coś przez krótkofalówkę. Noel siada pod ścianą, wiedząc, że jeszcze przez kilka godzin nie będzie mógł opuścić kryjówki. Chociaż jego sytuacja nie jest godna pozazdroszczenia, uśmiecha się. W każdym innym przypadku policja wywróciłaby to pomieszczenie do góry nogami, znajdując wszystkie ukryte przejścia. Nie tym razem. Teraz ktoś daje im „inne rozkazy”.

Kiedy Noel wysuwa się spod draperii, za oknem jest już ciemno. Wychodzi na korytarz, mrużąc oczy od światła świec.

– Panie Debrett?

Odwraca się. W jego kierunku zmierza jedna z pokojówek.

– Szukają pana.

Sally, drobna dziewczyna o krótkich, jasnych włosach, zatrzymuje się w bezpiecznej odległości i spogląda przez ramię. Już wie, że go szukają, i woli być ostrożna. Noel odchyla głowę, uśmiechając się nonszalancko.

– Wiem, wiem, moja droga – robi krok w jej stronę – zaraz do nich dołączę. Pozwolisz najpierw ze mną? Chciałbym coś ci pokazać, zanim wytłumaczę to małe nieporozumienie.

Sally z niepokojem przygryza usta, by już po chwili, pod wpływem jego spojrzenia, uśmiechnąć się szeroko.

– Oczywiście. Czego tylko pan sobie życzy.

Noel wyciąga do niej dłoń, którą ta chętnie chwyta. Wchodzą do jego komnaty. Sally staje na palcach, sięgając drżącymi wargami jego ust. Debrett zamyka drzwi, po czym podnosi ręce i błyskawicznie zakleszcza je wokół drobnej szyi. Zaskoczona dziewczyna próbuje walczyć, ale z jej rozszerzonych strachem oczu zaczyna już uchodzić życie. Noel uśmiecha się pod nosem, czując, jak nogi Sally się uginają, jak bezwładne ciało poddaje się jego sile. Po chwili jest już po wszystkim.

Podnosi ją i kładzie na łóżku. Chociaż jest ciemno, doskonale widzi jej zastygłą w grymasie strachu twarz, jej nieruchome ciało. Za chwilę będzie już zimne, ciepła, krążąca do tej pory krew stężeje, powodując zasinienie skóry. Noel wyjmuje z kieszeni przygotowaną wcześniej karteczkę i wsuwa ją do ust pokojówki. Jedno muśnięcie jej warg wystarcza, by jego ciałem wstrząsnął dreszcz. Musi się jednak opanować. To nie czas ani miejsce. Wychodzi na korytarz i zamyka drzwi na klucz. Kieruje się do swojego gabinetu, by tam zniknąć w niewidocznym przejściu. Teraz musi przeczekać. Kilka godzin, może dzień, nie więcej. Potem opuści posiadłość, dom swoich przodków, by dołączyć do reszty. Chociaż zna adres, nie wie, jak się tam dostać, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Nie ma jednak innego wyjścia. Świadomość, że nie może być na pogrzebie Vincenta, dodatkowo podsyca jego nienawiść.

Wspomnienie tamtego dnia spowodowało kolejne już ukłucie bólu. Noel szedł przed siebie, czując, że opada z sił. Nie wiedział, gdzie jest. Już dawno minął Charlottshire, tamtejsze lasy były mu doskonale znane. Dla ochrony przed wilkami ich drzewa otoczono przy ziemi fladrami. To było niebezpieczne, ale nie miał innego wyjścia. Szukają go. Wędrował nocą, obawiając się, że niecodzienne ubranie mogłoby zwrócić czyjąś uwagę.

Przeszedł przez pole, mijając lśniące w poświacie księżyca mokradła. W oddali dostrzegł pierwsze budynki nieznanego sobie miasta. Zatrzymał się na chwilę, ogarniając wzrokiem okolicę. Spokój nocy świadczył o tym, że miejscowość nie była zbyt duża. Senną ciszę od czasu do czasu przerywało samotne szczekanie uwiązanych na łańcuchach psów. Noel wziął głęboki oddech, wdychając rześkie nocne powietrze. Nie zauważając nikogo w pobliżu, ruszył do przodu, wkraczając do miasteczka.

Wszedł w jedną z uliczek, z uniesioną brodą. Pomimo wyczerpania nie stracił godności, znosił wszystko z piekielną wytrwałością. Bez względu na to, co go czeka, musi zachować spokój.

– Ej, ty! Panienka!

Dwóch pijanych mężczyzn wypadło zza rogu i pojawiło się obok arystokraty.

– Skąd się urwałeś? Z parady? – Chrapliwy śmiech przerodził się w głośny kaszel.

– O co ty go pytasz, człowieku! E, ty, dawaj forsę!

Noel nie zareagował. Mężczyźni przez chwilę dotrzymywali mu kroku, bełkocząc pod nosem. W końcu, nie dorównując mu tempem, zatoczyli się na najbliżej zaparkowany samochód i zostali w tyle. Źli, że nie wyciągnęli od niego pieniędzy, zaczęli rzucać w jego stronę kamieniami i pustymi puszkami po piwie, ale widząc, że nie trafiły celu, zaklęli i odeszli. Debrett nawet się nie obejrzał. Nie zasługiwali na jego uwagę. Byli zbyt pijani, by go zaatakować, a jutro nie będą o niczym pamiętać. Obraz dziwnie ubranego, długowłosego mężczyzny uznają za pijackie majaki.

Cisza uśpionej uliczki stawała się nie do zniesienia. Noel wciąż od nowa roztrząsał dzień pożaru, zastanawiając się, co zrobił źle, gdzie popełnił błąd. Na myśl o martwym Vincencie jego umysł zalewała fala potwornego bólu. Czy nie obiecywał go chronić? Czy nie miał być takim starszym bratem, jakiego sam stracił? Teraz nie miał już niczego, nie było nikogo, kogo mógłby chronić i kto rozumiałby go tak dobrze jak Vincent.

Zacisnął pięści, uświadamiając sobie, że wciąż trzyma jej kosmyk, pukiel długich, czarnych włosów. Podniósł go na wysokość swoich oczu. Przypomniał sobie drżenie jej ciała, gdy go odciął, grymas strachu rozkosznie wykrzywiający jej twarz.

– Twink, nie szarp tak!

Słysząc czyjś głos, przykucnął i schował się za samochodem. Młoda kobieta wyszła zza zakrętu, prowadząc na smyczy kudłatego psa. Oczy Noela rozbłysły, gdy obserwując oddalający się brązowy warkocz, w jego głowie zarysował się plan.

Mylił się, wciąż coś posiada, wciąż zostało mu coś do zrobienia. Podniósł się i powoli ruszył w kierunku słabo oświetlonego domku. Kosmyk włosów powiewał w jego dłoni niczym czarna, żałobna wstążka. Schowaj się, Zaro Dormer, pomyślał. Schowaj się dobrze.

Idę po ciebie.

ROZDZIAŁ TRZECI

Teraźniejszość

 

 

 

 

Dora wdrapała się na ostatni stopień katedry, sapiąc i przeklinając w duchu brak kondycji. Najwyższy czas zapisać się na siłownię albo chociaż pobiegać od czasu do czasu. Stanęła na szczycie, wyrównując oddech. Tak, trzeba by nad sobą popracować, pomyślała, zdejmując kwiecistą apaszkę. Rozejrzała się po kwadratowym piętrze, wyławiając wzrokiem swoją grupę. Długie, czarne włosy mignęły jej między studentami. Zmarszczyła brwi. Jeśli Zara pojawiła się aż tak punktualnie, coś się musiało stać. Zrobiła dwa kroki, zanim przyjaciółka dźgnęła ją palcem w czoło.

– Nigdy, przenigdy tego nie rób!

Dora rozpięła guziki płaszcza, starając się wyglądać na zdziwioną.

– Czego konkretnie?

– Nie udawaj. Naprawdę myśleliście, że was nie zauważę? Cholera, nie jestem jakimś potrzebującym nadzoru bachorem!

– Na swoją obronę powiem, że to była wina rudego.

Zara przewróciła oczami.

– Nie obchodzi mnie czyja. Poza tym jeśli się zgodziłaś…

– Słuchaj – przerwała Dora, przewieszając płaszcz przez ramię. – Zrobiłabyś to samo, gdyby chodziło o mnie lub o niego.

– Jasne – wymamrotała Zara. Odwróciła się i pomaszerowała w stronę sali. – Szybko się obudziliście. Minęło już pół roku.

– Zgadza się, ale dopiero wczoraj to zrobiłaś.

– Niby co?

– Dopuściłaś do siebie myśl, że on żyje i może ci zagrażać.

Zara zatrzymała się możliwie najdalej od grupki studentów. Zamilkła, argument Dory był zbyt celny, by go odeprzeć.

– Nie róbcie tego. Nigdy więcej – wycedziła w końcu.

– Poszłaś do Zoe, prawda?

Zara kiwnęła głową, obserwując Catherine tulącą się do Lance’a. Jego upodobanie do zielonych swetrów nie przestawało jej irytować. Od śmierci Carrie byli nierozłączni, chwilami jednak sprawiali wrażenie, jakby gryzły ich wyrzuty sumienia.

– Czemu nie chciałaś tego powiedzieć? Kurczę, robisz jakieś tajemnice, a później się dziwisz, że się martwimy.

– Bo mówiąc, że mam coś do załatwienia, mam na myśli randkę z Debrettem.

Na dźwięk tego nazwiska Dora zmarszczyła brwi.

– To nie jest śmieszne – stwierdziła.

Zara westchnęła.

– Frank nic nie wie. Nie mówiłam mu o Zoe i wolałabym, żeby tak zostało.

– Ale mnie chyba możesz mówić takie rzeczy. Swoją drogą, skąd wiedziałaś, że idziemy za tobą? Ani razu się nie obejrzałaś.

– Wiem, kiedy ktoś mnie śledzi.

– Rozumiem, że nie byliśmy pierwsi.

Dora zauważyła, że kącik ust Zary drgnął.

– Powiedzmy. Matko! – zaśmiała się, chociaż zdecydowanie nie było jej do śmiechu. – Chyba mi odbija. Czasami mam wrażenie, że ktoś za mną łazi.

Na schodach rozległy się kroki. Długobrody mężczyzna w staromodnym garniturze w szkocką kratę pojawił się przed nimi i otworzył salę. Weszły jako ostatnie i usiadły możliwie najdalej.

– Państwo wybaczą, proszę się rozgościć, wykład zaczniemy z opóźnieniem. Rektor, pan Brooks, ma do mnie sprawę.

Pan Wells omiótł studentów taksującym spojrzeniem, po czym zniknął za drzwiami. Zara wyciągnęła skoroszyt ze startą okładką i opierając łokcie na ławce, spojrzała na Dorę.

– Wtorki o szesnastej – zaczęła, dając jej do zrozumienia, że tamten temat uznaje za zakończony. – W te dni zawsze jestem na cmentarzu. Bez względu na wszystko.

Dora związała włosy. Wiedziała, że milcząc, więcej z niej wyciągnie.

– Odkąd pamiętam, czytałam Zoe we wtorki. Wiesz, bajki, opowiadania, takie tam. Czemu akurat w te dni? Nie mam pojęcia. Po szkole przychodziła do mojego pokoju z książką pod pachą. Domagała się tego nawet wtedy, gdy już sama nauczyła się czytać. Zanim zginęła, byłyśmy w trakcie O czym szumią wierzby. Pogrzeb odbył się w piątek, we wtorek po prostu zabrałam książkę i poszłam jej przeczytać do końca. Tak już zostało.

Wyjrzała za okno. Grupa innych studentów siedziała w przylegającym do akademii parku, rozproszona wokół zabytkowego pomnika. Szkicując, starali się przytrzymywać kartki, które wyrywał im wiatr. W jednym z nich Zara rozpoznała Franka. Siedział na swojej kurtce, ze skupieniem wpatrując się w rzeźbę. Niechętnie oderwała spojrzenie.

– Wiem, że gdyby Zoe nadal żyła, dzisiaj byłaby nienawidzącą wszystkiego i wszystkich nastolatką, a bajki czytane przez siostrę byłyby ostatnią rzeczą, na jaką miałaby ochotę. Nie zdążyła jednak dorosnąć, więc mogę udawać, że aż tak wiele się nie zmieniło.

– Ona… Znaczy, no – odchrząknęła. – Nie umarła tak sama.

– Zamordował ją.

Groza tych słów poraziła Dorę.

– Kto?

Zara skierowała na nią rozdrażniony wzrok.

– Nie wiem. Policja nigdy nie złapała sprawcy.

Drzwi sali otworzyły się ponownie, ukazując potężną sylwetkę profesora Wellsa. Pomimo swojego wieku wciąż prezentował się dumnie i władczo, budząc popłoch wśród studentów akademii. Studentki wyprostowały się błyskawicznie, nie chcąc zirytować wykładowcy swoimi szeptami. Zaczął się wykład, Dora skuliła się i zaczęła bazgrać na marginesie.

Zara nie potrafiła się skupić. Ostatnio faktycznie czuła, że ktoś ją obserwuje, śledzi każdy jej krok. Nie wiedziała jednak, na ile to prawda, a na ile jej nowe urojenie.

Była jednak pewna tego, co widziała wczoraj na cmentarzu.

Jej oko zarejestrowało to jedynie przez sekundę, szybki ruch, znikający mankiet czarnej marynarki. Owszem, mógł to być ktoś odwiedzający swoich bliskich, niezdający sobie sprawy, że prawie doprowadził ją do zawału. Złe przeczucia jednak i tym razem wzięły górę.

W przerwie między zajęciami Dora nalegała, by pójść do biblioteki. Zara ociągała się, ale skusiła ją obietnica dużej kawy w drodze powrotnej. Mijając niosącego popsutą sztalugę studenta, weszły do ogromnego pomieszczenia. Rzędy jasnych, wypolerowanych stołów odbijały od siebie światło wielkich żyrandoli, zwisających spomiędzy galerii, na której wśród morza regałów spacerowali studenci.

– Dzień dobry, mam książkę zamówioną na nazwisko Millbo. – Dora położyła na kontuarze swoją legitymację, nie zwracając uwagi na oddalającą się Zarę.

– Chwileczkę.

Młody mężczyzna w wełnianej czapce, spod której sterczały końcówki brązowych włosów, kiwnął głową i zniknął na zapleczu.

Patrząc za nim, pociągnęła przyjaciółkę za rękaw.

– Widziałaś? – szepnęła.

– Co?

– Tego kolesia.

Zara rozejrzała się dookoła.

– Którego?

Kiedy mężczyzna wrócił, niosąc opasły tom, Dora szturchnęła ją łokciem.

– Proszę. Stare wydanie, niestety, reszta jest już wypożyczona.

– W porządku.

– To chyba pierwsza wypożyczona przez panią książka – powiedział, wpatrzony w jej kartę. – Przynajmniej tak mam zaznaczone.

Dora usłyszała ciche parsknięcie Zary.

– Tak. Zwykle korzystam z innej biblioteki.

– Równie dobrze zaopatrzonej w tematykę malarską?

– Tak – szła w zaparte. – Oczywiście, że tak.

Mężczyzna uniósł dłonie.

– W takim razie przepraszam. Jestem tu nowy i staram się ogarnąć bałagan zostawiony przez pana Kingsleya i pannę Apps.

Dora oparła się o kontuar.

– Nowy? Mogę pana wprowadzić w życie akademii. Jesteśmy już na czwartym roku.

Zara przewróciła oczami. Nie, błagam, tylko nie tutaj, pomyślała. Niech chociaż to miejsce będzie wolne od twoich zalotów do wszystkiego, co nosi okulary i brodę.

– To raczej zbędne, ale dziękuję. Proszę wybaczyć, że się nie przedstawiłem. Nazywam się William Parker.

Uścisnęli sobie dłonie. William przeniósł wzrok na Zarę.

– A twoja koleżanka?

– Zara. Raczej małomówna – dodała Dora, uśmiechając się zalotnie.

– Za to przynajmniej coś czyta – wtrąciła Zara, kierując na nich wzrok.

W niebieskich oczach Willa mignęło zainteresowanie. Wyciągnął rękę, ale widząc, że Zara patrzy gdzie indziej, położył ją z powrotem na kontuarze.

– Mogę coś jeszcze dla was zrobić?

– Co się stało z panem Kingsleyem?

– Zwolnił pół etatu. Nie młodnieje, ale akademia nie chce go wyrzucić. Tacy ludzie jak on to skarb. A panna Apps wzięła popołudniowe zmiany. Jeśli nie jestem już wam potrzebny, to wracam do swoich zajęć.

– Na razie nie – zaszczebiotała Dora. – Ale zbliża się gorący okres, książki będą naszymi nowymi przyjaciółmi. Jeszcze tu wrócimy.

Tego się właśnie obawiam, pomyślała Zara, obserwując rozpromienioną twarz przyjaciółki.

– W takim razie do zobaczenia.

– Do zobaczenia, Will – rzuciła Dora, podnosząc książkę z taką gracją, na jaką pozwolił jej ciężar tomu. Zdawała się nie zwracać uwagi na to, że mężczyzna nie spuszczał wzroku z jej przyjaciółki.

Zara uniosła dłoń w geście pożegnania, beznamiętnie obserwując, jak bibliotekarz w końcu znika na zapleczu.

– Mój Boże, widziałaś? – Dora z zachwytem spojrzała przez ramię.

– Nic specjalnego.

– I to mówi amatorka rudych dziwaków. – Pokręciła głową. – Przyznaj, nie lubisz facetów z zarostem.

Zara wzruszyła ramionami.

– Może, ta bródka była głupia.

– Dodawała mu uroku. No i te okulary. Typ intelektualisty. W sam raz dla mnie.

– Rozumiem, że od dzisiaj staniesz się molem książkowym?

– Niekoniecznie. Może jednak zacznę więcej czasu spędzać w bibliotece. Zamiast uczyć się w domu, mogę uczyć się tutaj.

– Gapiąc się w międzyczasie na tego faceta – dokończyła Zara, drapiąc się po głowie. – Kawa?

– Jezu, jak ty dzisiaj marudzisz! Chodźmy.

*

Było już kilka minut po osiemnastej, kiedy zeszły na parter, wolnym krokiem zmierzając do wyjścia. Długie, wyczerpujące wykłady zdawały się wlec w nieskończoność. Zara zawiązała brązowy szalik, czekając, aż przyjaciółka włoży na siebie płaszcz. Skierowały się w stronę parkingu.

– Potrzymaj – poprosiła Dora, wręczając jej pęk kluczy. Wyjęła z kieszeni paczkę papierosów.

Słysząc śmiech, Zara spojrzała przez ramię. Grupka studentów zmierzała w stronę bramy, przepychając się i żartując. Beztroska, jaka biła z ich postawy, wydała jej się nie na miejscu. Byli bogaci, zdolni i przede wszystkim nie czuli potrzeby, by spoglądać za siebie w obawie przed jakimkolwiek niebezpieczeństwem. Zazdrościła im tej swobody. Zara zdążyła znienawidzić wszystkie odosobnione przejścia między budynkami, które jeszcze kilka miesięcy temu traktowała jak kryjówkę przed szyderczymi spojrzeniami. Teraz nawet zapewniające przyjemny cień arkady wydawały się ponure i obce.

– Idziemy?

Dora wypuściła kłębek dymu, zarzucając teczkę z pracami na ramię. Zara skinęła głową. Skręciły w lewo, mijając bramę wjazdową.

– Wybierasz się do Krafta?

– Tak.

Rzuciła studentom ostatnie spojrzenie, po czym westchnęła.

– Jestem wyczerpana. Mam nadzieję, że nie będzie marudził.

– Mówiłaś, że jest interesujący.

– Co nie znaczy, że sympatyczny. Czasem zachowuje się jak stary dziad.

– Może dlatego, że to jest stary dziad. – Dora podeszła do samochodu, nowej srebrnej hondy, i nacisnęła na kluczyki z pilotem. Światła pojazdu zamigotały i zgasły. Odwróciła się, dogaszając papierosa.

– Podrzucić cię?

– Nie. Mam ochotę się przejść. Za długo siedziałam w jednej pozycji. Poza tym to w przeciwnym kierunku.

– Na pewno? To żaden problem.

– Dam sobie radę.

Dora rzuciła niedopałek na ziemię i przygniotła go obcasem.

– Okej. To do jutra.

Wrzuciła teczkę na tylne siedzenie i sama usiadła za kierownicą. Zara pomachała jej i przeszła na drugą stronę ulicy. W miarę jak dźwięk silnika milkł, jej pewność siebie malała. Chociaż zewsząd otaczał ją tłum przechodniów zmierzających to w jedną, to w drugą stronę, poczuła się osamotniona i bezbronna. Ostatnio te dwa uczucia towarzyszyły jej na każdym kroku. Poprawiła torbę i ruszyła przed siebie.

Wieczór był chłodny, tworząca się mgła opadała coraz niżej. Pomimo zbliżającego się kwietnia drzewa wciąż straszyły bezlistnymi gałęziami, a dzieci biegały po ulicach w kolorowych czapkach. Zara maszerowała już dobre pół godziny, kiedy ktoś trącił ją w ramię. Odwracając się, czuła, jak szybko wali jej serce. Starszy pan przeprosił za swoją niezdarność i zniknął w gęstniejącym tłumie. Mijający ją ludzie wracali z pracy, maszerując jak nakręcone marionetki. Zara Dormer nie wyróżniała się z tłumu: zwykła, bezbarwna, niezapadająca w pamięć.

A jednak coś w niej zwróciło jego uwagę, obudziło chore żądze. Nagle poczuła na sobie jego wzrok, spojrzenie okrągłych, księżycowych oczu. Rozejrzała się, wyciągając szyję. To niemożliwe, aby Noel Debrett przechadzał się teraz po centrum Londynu, kiedy wszystkie stacje informacyjne pokazywały jego zdjęcie, ostrzegając przed zagrożeniem. W ogóle nie cieszył jej fakt, że to z niego zrobiono kozła ofiarnego. To musiało go rozwścieczyć, teraz nie miał już nic do stracenia. Może zrobić, co chce i z kim chce.

Zatrzymała się. Miała wrażenie, że jego palce znów zaciskają się wokół jej szyi, odbierając nie tylko życie, ale i poczucie bezpieczeństwa, jakie jej rodzice budowali przez lata. Mimo przerażenia pamiętała tę bliskość, niechciany dotyk jego skóry. I ta żądza w jego oczach, kiedy patrzył na nią, sycąc wzrok bezsilnością swojej ofiary. Nie była słaba. To on zrobił z niej owieczkę, podskakującą na każdy niespodziewany dźwięk. Przestań, pomyślała. Nie nakręcaj się.

Wyprostowała się, przybierając obojętny wyraz twarzy, i ruszyła do przodu, pragnąc jak najszybciej znaleźć się w sklepie Krafta. Żałowała swojej brawury. Gdyby nie twoja pieprzona duma, byłabyś tam już dawno, pijąc gorącą herbatę. Dlaczego po prostu nie możesz przyjąć propozycji Dory? Karcąc się w myślach, maszerowała do przodu szybkim, sprężystym krokiem. Złość na siebie pomagała zagłuszyć niechciane myśli. Krzykliwe wystawy sieciówek z ubraniami rozpraszały jej uwagę. Szmery rozmów, klaksony samochodów i stukanie obcasów zlewało się w jedną plamę, brzęcząc Zarze w uszach jak rój pszczół.

W końcu pojawiła się w wąskiej uliczce, pamiętającej jeszcze czasy królowej Wiktorii. Poza kilkoma sklepami monopolowymi znajdował się tam zakład weterynaryjny i pracownia pana Krafta. Sklep nie rzucał się w oczy, rozmazane litery na szybie witryny nie zwracały niczyjej uwagi. Brązowe drzwi z łuszczącą się farbą były śmiesznie niskie. Nic nie zachęcało do wejścia do środka. Jedynie kilka obrazów w pozłacanych ramach na wystawie oraz mdłe światło zakurzonego abażura mogły świadczyć o tym, że wewnątrz ktoś jeszcze prowadzi interes. Weszła do środka przy akompaniamencie brzdęknięcia dzwonka.

– Panie Kraft? To ja.

Zapach farb i pasty do polerowania dosięgnął jej nosa.

– Zara? Chodź szybko, musisz to zobaczyć!

Zdjęła kurtkę i kładąc ją na drewnianym kontuarze, zaczęła lawirować między sztalugami. Pojawiła się na zapleczu, dostrzegając zgarbione plecy pochylające się nad szarym pudełkiem.

– Co to jest, panie Kraft?

Mężczyzna przywołał ją gestem pulchnej reki, nie odwracając się za siebie. Podeszła bliżej. Pudełko okazało się być zdobioną szkatułką, tak zakurzoną, że trudno było zgadnąć, jakiego rzeczywiście jest koloru.

– Panie Kraft?

Właściciel sklepu otworzył ją powoli z takim namaszczeniem, jakby zdejmował z ołtarza liturgiczny kielich. W środku, na zardzewiałej sprężynce zaczęła się kręcić jasnowłosa baletnica o brzydkiej twarzy. Fałszywe dźwięki Dla Elizy Beethovena rozlały się po pomieszczeniu, zagłuszając szmer ściennego zegara.

– Znalazłem ją dzisiaj na strychu. To pozytywka mojej żony. Wiedziałem, że gdzieś musi być – rzekł z przejęciem.

Zara uniosła brwi. Nigdy przedtem nie myślała o tym, że ma dom, wydawało jej się, że na stałe przyrósł do tego miejsca. W zasadzie nie widziała go jeszcze nigdy poza sklepem. Przychodził wcześnie rano i wychodził długo po niej. Był jak relikt dawnych czasów zamknięty w gablocie współczesności.

– Śliczna – skłamała, oddalając się.

– A tak swoją drogą, spóźniłaś się, moja panno.

Pan Kraft wyprostował się, co dodało mu zaledwie kilka centymetrów. Niski i pulchny, wpatrywał się w Zarę surowym spojrzeniem brązowych oczu. Nie dała się jednak zwieść. Zawsze kiedy rozmawiali, patrzył na nią w ten sposób, chłodno, z dystansem pracownik – pracodawca. Wystarczyło jednak, żeby się odwróciła, a jego wzrok łagodniał. Przyglądał jej się wtedy z troską, zadowolony z obecności drugiej osoby.

– Wiem. Przepraszam. Wykład trochę się przedłużył.

Kraft pokiwał palcem.

– Żeby mi to było ostatni raz.

– Jak zawsze, panie Kraft, jak zawsze.

– Po co wam te wykłady, akademie? Talent albo się ma, albo nie.

Zara skinęła głową. Uśmiechnęła się jednak, gdy mężczyzna odwrócił się plecami.

– Duży ruch?

– Duży, duży. Jaki duży? Ten sklep to prawie muzeum, ze mną jako swoim najstarszym eksponatem. Jeśli dwóch klientów pojawi się w ciągu dnia, mamy sukces.

– Rozumiem. Idę do kasy.

Zara odwiesiła kurtkę na ukryty w kącie wieszak i wsunęła się za kontuar. Otworzyła saszetkę z dziennym utargiem. Jak zwykle wynosił zaledwie kilka funtów. Jak Kraftowi udawało się utrzymać swój mały sklepik? Zakład nie przynosił żadnych zysków, a mimo to mężczyzna opłacał go, swój dom i miał jeszcze na jej pensję, chociaż, jak ostatnio zauważyła, w ogóle nie była mu potrzebna.

Zwalista postać pojawiała się obok, sapiąc ze zmęczenia. Zarze zrobiło się go żal. Kto w dzisiejszych czasach potrzebuje oprawy do obrazów, panie Kraft? Kogo zachwycają stare, antyczne przedmioty? Współcześni ludzie muszą mieć wszystko nowoczesne, na czasie, najlepsze. Nikt nie patrzy wstecz. Przeszłość to przeszłość. Po co zakopywać się wśród staroci, przypominających o tym, co minęło? Pan też jest przeszłością, pomyślała, obserwując, jak Kraft wsuwa okrągłe okulary na budyniowaty nos i zaczyna przecierać pudełko szkatułki. Zara również uwielbiała antyki i może dlatego wybrał ją do tej pracy. Słowo przeszłość było dla niej synonimem czegoś lepszego, czasów, w których była szczęśliwa, w których wszystko wyglądało inaczej.

W gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami, myślała, patrząc na pracodawcę. Mimo różnicy wieku żyjemy dniem wczorajszym, wypatrując ludzi, którzy odeszli. Zara oparła łokcie na kontuarze, spoglądając na portret zmarłej żony pana Krafta. Żyjemy życiem, które straciliśmy, nie potrafiąc spojrzeć w przyszłość, jakbyśmy i my zostali pochowani razem z tymi, którzy umarli. Jesteśmy tchórzami, panie Kraft, czy nam się to podoba, czy nie.

Ród wyklętych

Wydanie pierwsze, ISBN 978-83-8083-111-7

 

© Maggie Moon i Novae Res s.c. 2016

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

 

REDAKCJA: Katarzyna Kusojć

KOREKTA: Alicja Januszkiewicz

OKŁADKA: Krzysztof Urbański

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE

al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

 

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

 

Wydawnictwo Novae Res jest partnerem

Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.