Riese. Tam gdzie śmierć ma sowie oczy - Jolanta Maria Kaleta

Riese. Tam gdzie śmierć ma sowie oczy

0,0


„Riese. Tam gdzie śmierć ma sowie oczy” Jolanty Marii Kalety to powieść sensacyjna z faktami historycznymi w tle.

Riese znaczy Olbrzym. Taki kryptonim nosił największy projekt górniczo-budowlany, realizowany przez III Rzeszę w latach 1943-1945 w Górach Sowich na Dolnym Śląsku. Jednak jaki był cel jego budowy do dziś nie udało się jednoznacznie wyjaśnić, co sprzyja rodzeniu się mniej lub bardziej sensacyjnych teorii.

Rok 1946. Do Głuszycy, niewielkiej miejscowości zagubionej pośród gór, przybywa mężczyzna podający się za inżyniera z Łodzi i rozpoczyna pracę w zakładach włókienniczych. Wszystko wskazuje na to, że nie jest tym, za kogo chciałby uchodzić, a prawdziwym celem jego przyjazdu są tajemnicze sztolnie wykute we wnętrzu gór podczas wojny. Tym, co one skrywają, interesuje się także UB i NKWD.

Wrocław, rok 1992. Pracująca w komisji badającej zbrodnie stalinowskie sędzia Laura Szeliga, pośród wielu ubeckich teczek natrafia na sprawę z lat1947-48 noszącej kryptonim „Odwetowcy”. Z dokumentów wynika, że dotyczy ona esesmana, który po wojnie pojawił się w Głuszycy w bliżej niewyjaśnionym celu. Ku swemu przerażeniu Laura odkrywa, że nosi on nazwisko jej ojca, który ponoć zmarł, gdy ona była niemowlęciem. Załamana podejmuje trud wyjaśnienia zagadki. Jednak jej rozwiązanie nie jest łatwe z wielu powodów. Laura nabiera także podejrzeń, że sztolnie wykute we wnętrzu Gór Sowich skrywają jakąś straszną tajemnicę, która nadal budzi ogromne emocje i popycha ludzi do zbrodni.

W powieści odnajdziemy dalsze losy bohaterów „W cieniu Olbrzyma”, debiutu literackiego autorki, ale także całkiem nowe wątki i nowych głównych bohaterów. Również charakter powieści jest bardzo daleki od przygody. Wydarzenia – często mające umocowanie w faktach – tworzą mroczny klimat i wzruszają do głębi.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Jolanta Maria Kaleta
„Riese. Tam gdzie śmierć ma sowie oczy”

 

Copyright © by Jolanta Maria Kaleta, 2016

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2016

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie

 może być reprodukowana, powielana i udostępniana w 

jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

 


Skład: Jacek Antoniewski

Projekt okładki: Marta Kamińska

Korekta: Bożena i Janusz Sigismundowie

Ilustracja na okładce: autorstwa Jolanty Marii Kalety


Mapy na wewnętrznej stronie okładki udostępniła firma

INTER-CERA, Kraków, biuro@intercera.pl



ISBN: 978‒83‒7900‒526‒0

 

Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/
e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl


Jolanta Maria Kaleta

 

 



Riese. 
Tam gdzie śmierć ma sowie oczy


 

Wersja Demonstracyjna





psychoskok-bez-napisu-ebook

Wydawnictwo Psychoskok
Konin 2016







 

 

Serdeczne podziękowania dla pułkownika

Jerzego Cery, nestora sowiogórskich

poszukiwań, za pomoc i wsparcie udzielone

podczas pisania tej powieści.


Jolanta Maria Kaleta

 

 

 

  

Las nocą rośnie jak jezior poszum.

Droga kołysze we mchu, we mchu.

Ciężkie kolumny mroku się wznoszą.

Otchłanie puste z ciemności płoszą

krzyk zły, wysoki jak ze snu.

A dołem potok ludzi i wozów

i broni chrzęst we mgle, we mgle.

Spod stóp jak morze wydęte grozą

nieujarzmiona piętrzy się ziemia

i głosy ciemne leżą w przestrzeniach

jak to, co czeka obce i złe.

Las nocą rośnie. Otchłań otwiera

usta ogromne, chłonie i ssie.

To tak jak dziecko, kiedy umiera,

i tak jak ojciec, który żyć musi.

Przeszli, przepadli; dym tylko dusi

i krzyk wysoki we mgle, we mgle.


[K.K. Baczyński, Z lasu]

 

Prolog. Wiosna 1945

 

Chłodna wiosenna noc w Górach Sowich trwała jeszcze w najlepsze, gdy na drodze wiodącej przez Wüstegiersdorf pojawiła się niewielka kolumna samochodów. Składała się z dwóch kubelwagenów i jednej ciężarówki, której resory uginały się pod ciężarem ładunku zapakowanego do wnętrza. Śpiący snem sprawiedliwych mieszkańcy wsi nie zwrócili uwagi na szum silników sunących drogą aut, w ostatnich dniach przyzwyczajeni do wzmożonego ruchu w rejonie budowy ogromnego kompleksu w pobliskich górach, którego przeznaczenia oni jednak nie znali. Zbytnią ciekawość można było przypłacić życiem. Coś stamtąd dniami i nocami wywożono, coś tam przywożono. Kolumny pracujących do niedawna przy budowie jeńców, tych, którzy cudem przeżyli, gnano w niewiadomym kierunku.

Wiosna tego roku przyszła później niż to zwykle miało miejsce w Górach Sowich. Tuż za nią, wielkimi krokami, odmierzany rytmem żołnierskich butów, poprzedzany ponurymi pomrukami wrogiej artylerii, zbliżał się koniec wojny, a wraz z nim klęska Niemiec. I tylko to zaprzątało uwagę mieszkańców Wüstegiersdorf, przerażonych napływającymi wraz z uchodźcami informacjami o okrucieństwach stojącej już za drzwiami Armii Czerwonej.

Zanim ktokolwiek zdołał zauważyć, kolumna samochodów przemknęła przez wieś i skręciła w wąską drogę wiodącą przez las, wprost do miejsca budowy tajemniczych obiektów. Jednak głośny warkot silników, wspinających się pod górę samochodów, zwrócił uwagę mężczyzny skrytego w jednym z opuszczonych już przez więźniów baraków. Błyskawicznie przypadł do ziemi, aby go nie dostrzegli. Wiedział doskonale, że swoją obecność w tym miejscu przypłaciłby życiem. Z ukrycia, wstrzymując oddech, obserwował przebieg wydarzeń. Pierwszy na pobliską polanę wjechał samochód terenowy. Na chwilę zatrzymał się przed olbrzymich rozmiarów otworem wykutym w skale, niczym przed bramą do garażu. Skryty w baraku mężczyzna, z uwagi na egipskie ciemności panujące wokoło, słabo rozpraszane przez przysłonięte tekturą samochodowe reflektory, nie zauważył, kto siedział w środku auta, które po chwili zniknęło we wnętrzu znanej mu budowli. Nie miał zbyt dużo czasu, aby się zastanawiać, z jakiego powodu tak się stało, gdyż po chwili na polanie pojawiła się ciężarówka. Z jej wnętrza wyskoczyli ubrani w mundury SS mężczyźni, a wraz z nimi jakieś chudopachołki w pasiakach. Ci ostatni, pod czujnym okiem uzbrojonych mundurowych, w nadludzkim wysiłku wynosili z ciężarówki i targali do wnętrza obiektu skrzynie wypełnione ciężką zawartością. Gdy wnieśli już ostatnią partię, w głębi sztolni rozległy się strzały. Po czym nastała cisza. Mężczyzna już miał zamiar wychynąć z baraku na zewnątrz, aby lepiej się zorientować w sytuacji, gdy rycząc silnikiem, na polanę wjechał kolejny samochód terenowy. Błyskawicznie wyskoczyło z niego dwóch żołnierzy. Jakie mieli na sobie mundury, z uwagi na ciemnicę panującą wokoło, mężczyzna nie mógł dostrzec. Przyszło mu jednak na myśl, że to także byli esesmani. W nawiercone w skale otwory, zlokalizowane wokół wejścia do sztolni, wprawnie wsunęli ładunki wybuchowe. Jakby nic innego nie robili przez całe życie, spowodowali kontrolowany wybuch, który zamknął i ukrył wejście do sztolni. Gdy opadł pył i kurz, sprawdzili czy prawidłowo wykonali powierzone im zadanie. Jeden z nich wskoczył do wnętrza kubelwagena, a ten drugi wgramolił się do szoferki ciężarówki i odjechali w sobie tylko znanym kierunku. Pozostał po nich jedynie smród spalin i zapach prochu. Oraz tajemnica, którą ukryli we wnętrzu góry.

 

Jeszcze jeden rozkaz

 

Aleksy Fiodorow, postawny mężczyzna o twarzy naznaczonej ospą, pułkownik batalionu NKWD stacjonującego w Schloss Fürstenstein pod Wałbrzychem, z uwagą wczytywał się w informacje spisane przez oficera posługującego się językiem niemieckim, porucznika Gruszkowa, uzyskane od ludności zamieszkującej okolice zamku oraz pracowników, którzy nie opuścili jego murów przed wkroczeniem Armii Czerwonej. Zeznania dotyczyły roli, jaką odgrywał zamek podczas minionej wojny, kiedy to po wyeksmitowaniu ostatniej właścicielki, księżnej Daisy, przejęły go władze III Rzeszy. Z pozoru wszyscy byli zgodni, że na terenie tej zabytkowej budowli, specjalnie w tym celu zmodernizowanej, jak i w jej podziemiach, które wykuto w skale, szykowano kwaterę dla Führera. Potrafili nawet wskazać, gdzie miała być jego sypialnia, łazienka i pokój do pracy. Ponoć windą, niewidziany przez nikogo, mógł wjechać wprost do swych apartamentów. Jednakże z relacji garstki robotników przymusowych, zatrudnionych w okolicy, wyłaniał się zgoła inny obraz. Fiodorow nabrał przekonania, że w zamku prowadzono jakieś tajne badania związane z Wunderwaffe. Lecz pułkownik, jak do tej pory, niczego nie zdołał odnaleźć. Nie tylko żadnej Wunderwaffe, ale nawet złamanego skrzydła samolotu czy fragmentu bomby. Wyjąwszy, oczywiście, pewne ilości drogocennych przedmiotów będących na wyposażeniu zamku, ale za to Stalin nie dawał medali ani nie awansował na wysokie stanowiska. Czasami zsyłał do obozu, jeśli uznał za stosowne. W zaistniałej sytuacji, kiedy drogi koalicji zaczynały się rozchodzić, a niedawni sojusznicy, czyli Amerykanie, wyprodukowali bombę, która dawała im bezwzględną przewagę militarną, wejście w posiadanie osiągnięć niemieckich naukowców na tym polu, było warte medalu i nie tylko. Większość Niemców oraz kilku polskich pracowników przymusowych i byłych jeńców, przesłuchanych na tę okoliczność przez pułkownika Fiodorowa upierała się, że w ostatnich tygodniach wojny do zamku przyjechał najważniejszy człowiek w dziedzinie nowoczesnego uzbrojenia III Rzeszy, a mianowicie generał Waffen-SS Hans Kammler, i zamku już nie opuścił.

–           Gdzie się to czortowo otrodje ukryło? – zadał sobie głośno pytanie, wstając zza solidnego, z pewnością zabytkowego biurka, stojącego w gabinecie, który jeszcze nie tak dawno zajmowała jakaś nazistowska gnida, jak o wszystkich Niemcach myślał pułkownik NKWD. – Przecież przewróciliśmy ten zasrany zamek do góry nogami i nic! Żadnego tajnego przejścia, żadnego schowka! – deliberował głośno, spacerując po gabinecie, który swoimi rozmiarami bardziej przypominał komnatę. Nigdy w życiu, a żył już prawie pięćdziesiąt lat, Fiodorow takiego przepychu nie widział. We wsi Dudarkowa, w powiecie czernichowskim, skąd pochodził, nawet sekretarz gminy takich luksusów nie posiadał. Przez ułamek sekundy przemknęło pułkownikowi przez myśl, że gdyby posiadał, to już dawno skończyłby na Kołymie lub w innym, tego typu, mało sympatycznym miejscu.

Wychylił się na korytarz i wrzasnął do sterczącego przy drzwiach strażnika:

–           Dawać mi tu migiem porucznika Gruszkowa!

Zatrzasnął z hukiem potężne dębowe drzwi i wrócił za biurko. Zdjął pas i rozpiął guzik od munduru pod szyją. Upalne lato dawało się we znaki nawet w tych grubych murach wielowiekowej budowli. Sytuację ratował wiejący od gór rześki wiaterek. Z kieszeni spodni pułkownik wyjął woreczek z machorką i zwitek niemieckiej gazety, których całe sterty zalegały po zamkowych zakamarkach. Wprawnie zrobił skręta i zapalił ze smakiem, plując co chwilę drobinkami tytoniu na posadzkę. Choć żołnierze, jak tylko weszli do zamku, znaleźli kartony z papierosami, i to francuskimi, Fiodorow orzekł, że perfumowanego siana nie będzie palił. Wódkę też wolał radziecką, Stoliczną, a nie te koniaki i wina, po których na drugi dzień tylko łeb trzaskał, jakby się z koniem na kopniaki wymieniał. Jedynie kobiety niemieckie bardziej przypadły mu do smaku, bo z niezrozumiałych dla niego przyczyn miały gładszą skórę na tyłkach niż towarzyszki radzieckie. Bieliznę także miały milszą dla oka i taką delikatną w dotyku. Mówiły, że jedwabna, ale co to ten jedwab, Fiodorow nie miał pojęcia. Nawet kilka par takich gaci z koronkami wcisnął do swego bagażu trofiejnego. Będzie miał na prezenty dla żony i córki, jak wróci z wojny, choć na to się na razie nie zanosiło. Ponoć mieli zagościć w Polsce na dłużej. Marzenia o szczęśliwym dniu powrotu do rodzinnej wsi, przerwało wejście porucznika Gruszkowa, chudego dryblasa, o rumianych bez względu na porę dnia i nocy policzkach, który stukając obcasami butów z wysokimi cholewkami, oznajmił głośno:

–           Melduję się na rozkaz, towarzyszu komisarzu!

Fiodorow posłał mu krytyczne spojrzenie swoich czerwonych z niewyspania lub przepicia oczu, kaprawych, jak za jego plecami mówili podwładni, pod wpływem którego Gruszkow zameldował się jeszcze raz, tym razem poprawnie: – Melduję się na rozkaz, towarzyszu pułkowniku! – Całkiem wyszło mu z głowy, że niedawno Stalin dokonał kolejnej reformy aparatu spraw wewnętrznych, nadając funkcyjnym oficerom NKWD stopnie wojskowe.

–           Mamy zagwozdkę, Grisza. – Pułkownik wstał zza biurka i z szafy przypominającej mu muzealny eksponat w Ermitażu, który zwiedzał jeszcze przed wojną, wyciągnął plik map, które Niemcy porzucili, uciekając w panice. – Donoszą nam, że pod zamkiem powinna się znajdować tajna kwatera niemieckiego generała, co to ma zamiar umknąć sprawiedliwości, skrywając na dodatek bardzo istotną dla naszej socjalistycznej ojczyzny dokumentację. Masz pewność, że tam – spojrzał wymownie na podłogę, mając na myśli podziemia zamkowe – niczego więcej nie ma, ponad to, co znaleźliśmy?

Porucznik Grigorij Gruszkow rozłożył na biurku jedną z niemieckich map, choć ona była mało przydatna do tego, co miał zamiar zrelacjonować swemu przełożonemu.

–           Melduję posłusznie, że znaleźliśmy tylko dwa poziomy podziemnych pomieszczeń – zerkając na mapę raz po raz, wyłuszczył bardzo starannie. – Na pierwszy poziom wchodzi się z Tarasu Rozkoszy albo Flory, czy jakoś tam. – Machnął ręką, gdyż nazwa nijak się miała do obecnej, mocno zdewastowanej rzeczywistości. – Długim tunelem doszliśmy najpierw do czegoś na kształt wartowni, a następnie do windy, którą można wjechać na wyższe kondygnacje zamku. Kawałek dalej znajduje się klatka schodowa, która prowadzi do piwnic.

–           To zapewne ta winda dla Hitlera – domyślił się pułkownik.

–           Nie zdążyli ustrojstwa dokończyć… – Gruszkow raz po raz pociągał nosem, aż w końcu obtarł go rękawem. – Jak opowiadał nam jeden z pracowników, tunel miał być połączony z drugim poziomem podziemi, gdzie miały wjeżdżać pociągi i samochody. Innej możliwości dostania się do zamku miało nie być. Ze względów bezpieczeństwa.

–           W dupach się Niemiaszkom poprzewracało – Fiodorow skwitował krótko, spluwając na posadzkę. – No, a reszta tych podziemi? – wrócił do przepytywania podwładnego.

–           Znajdują się akurat pod tym dziedzińcem. – Porucznik ruchem głowy wskazał okno, z którego można było ujrzeć wspomniane przez niego miejsce. – Do wnętrza prowadzi ta olbrzymia dziura, do której towarzysz pułkownik już raz zaglądał. Jak mówiono, Niemcy planowali zamontować tam windę dla samochodów, o czym zresztą świadczy stan zaawansowania prac – ciągnął dalej, oblizując nerwowo spierzchnięte wargi.

–           I co tam jest, w tych podziemiach? – Fiodorow z ukosa łypnął na Gruszkowa.

–           Mówiąc po naszemu, gawiennoje gawno, towarzyszu pułkowniku – porucznik zdobył się na żart. – Tory kolejowe, lory, łopaty, kilofy, i to mocno zużyte, oraz sterty desek szalunkowych – dodał poważnie, widząc błysk w zezowatym oku swego przełożonego. – Cztery sztolnie połączone systemem obetonowanych komór i chodników – wyliczał dalej, odginając palce, za których paznokciami czerniła się „żałoba”. – Te sztolnie mają wyloty na zewnątrz, na zboczu wzgórza. Zarówno z jednej, jak i z drugiej strony zamku. Jeśli jakieś niedobitki Szkopów pałętały się po podziemiach, to właśnie tamtędy dali nogę. Komory znajdujące się między sztolniami były puste, jeśli nie liczyć porzuconych w panice różnego rodzaju maszyn i narzędzi, śmieci i papierzysk. Natrafiliśmy również na sztolnię o łukowym kształcie, przypominającą tunel naszego moskiewskiego metra, tylko znacznie mniejszą. To tam zapewne miał wjeżdżać ten pociąg. – Otarł nos rękawem i ciągnął dalej: – Prowadziły stamtąd wejścia do kilku bocznych, obetonowanych komór. Te wszystkie podziemia mają jeszcze inne połączenia z powierzchnią, za pomocą dwóch, już nie tak szerokich szybów, bo o średnicy zaledwie sześćdziesięciu centymetrów. Wylot jednego z nich jest obok tych budynków, gdzie śpią nasi żołnierze. Być może stanowiły jedynie wentylację albo drogę transportu dla materiałów budowlanych – dodał na koniec swego wywodu.

–           Jak sądzicie, poruczniku… – Fiodorow chrząknął i zawiesił na podwładnym przenikliwe spojrzenie swoich kaprawych oczu. – Czy mógł się tam ukrywać szwabski generał?

Gruszkow zmarszczył brwi, co miało świadczyć o przebiegającym w jego mózgu procesie myślowym. U niego, na wsi pod Owruczem, ludzie mieszkali w znacznie gorszych warunkach. Nie było betonowych posadzek tylko polepa, dym z komina wylatywał dziurą w poszyciu strzechy, a izbę oświetlało się lampą naftową. Za potrzebą latało za stodołę, a z tych podziemi można było wyjść do pięknego lasu rosnącego wokół zamku.

–           Z całą pewnością mógł – stwierdził autorytatywnie.

–           To gdzie on teraz jest, job twoju mat’?! – Fiodorow wrzasnął tak głośno, że usłyszeli go żołnierze szwendający się po dziedzińcu, nie tylko Gruszkow.

–           Musiał się skryć w innym miejscu… – odparł zalęknionym głosem, unikając karcącego wzroku rozsierdzonego zwierzchnika.

–           Jeśli Niemcy, oprócz tego, co wymieniliście, zbudowali tutaj coś jeszcze – spekulował Fiodorow, wędrując po gabinecie – to wejścia tak zamaskowali, że bez ryzyka zawalenia się tej zabytkowej budowli nam na łeb, nie będziemy potrafili niczego odnaleźć.

–           Z informacji uzyskanych z kilku źródeł wynika, że… – Gruszkow chciał się zrehabilitować w oczach swego przełożonego – istniało połączenie między zamkiem a powstającą w pobliskich górach budowlą o nieznanym przeznaczeniu… Może tam czmychnął?

–           Jak to „o nieznanym przeznaczeniu”? – wtrącił Fiodorow i zawiesił na swoim podwładnym zdumione spojrzenie. – Co ty pieprzysz? Jak można coś budować, nie wiedząc po jaką cholerę?

–           Miejscowi Niemcy zgodnym chórem pieją, że projekt był ściśle tajny, więc jakie było przeznaczenie, oni nie wiedzą. – Gruszkow poczuł strużkę potu cieknącą mu po grzbiecie. Zdał sobie sprawę, że przed paroma dniami popełnił błąd, za który może teraz słono zapłacić. – Do prac wykorzystywali jeńców z obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. – Popchnął sprawę w innym kierunku, licząc, że majora wykołuje i sprawa się nie rypnie. – Kiedy wyzwoliliśmy główny obóz i setki podobozów rozsianych po okolicy, znaleźliśmy tysiące trupów i drugie tyle półżywych, na granicy śmierci ludzi, głównie Żydów oraz Rosjan i Polaków…

–           No ładna, ładna, ja to wszystko wiem i pamiętam – pułkownik przerwał swemu podwładnemu w pół słowa i machnął lekceważąco ręką. Nadal go mdliło na samo wspomnienie tego widoku. Kości obciągnięte skórą. Nawet u nich, w łagrach, ludzie nie byli tak wyniszczeni. – Ale nie opowiadaj mi głupot, Grisza, że ci porządni, tacy drobiazgowi Niemcy nie zostawili żadnej dokumentacji tego, co budowali tutaj, w zamku, i tam, w górach. – Zerknął z naganą na porucznika. Gruszkow na wszelki wypadek uciekł spojrzeniem na czubki swoich zakurzonych butów. – Sam widziałem, na własne oczy, walające się po dziedzińcu zamkowym sterty papierów, które nasi wydobyli z grobowca tych Hochbergów, czy jak im tam… – ciągnął rozsierdzony. Nie znosił takich zagadek. – Co się z tym wszystkim stało? – Wbił w porucznika surowe spojrzenie. – Dupy żeście sobie tym podcierali?

–           Być może zostały odesłane do Moskwy, razem z książkami z tej biblioteki. –Gruszkow ruchem głowy wskazał w stronę okna, z którego było widać budynek bramny.

–           A jeśli nie? – Fiodorow przystanął, przypominając sobie jak przez mgłę dzień, w którym z okien biblioteki wyrzucano wprost na ciężarówkę jakieś książki, cenne, sądząc po wyglądzie.

–           Jeśli nie… – Gruszkow przełknął ślinę. – To kazałem je spalić…

–           Jebiena mat’! – wrzasnął pułkownik i kopnął krzesło, aż przewróciło się z hukiem na przecudnej urody parkiet, mocno wytarty żołnierskimi butami. – Kto tobie, durniu, wydał taki rozkaz?! – ciskając przekleństwami, miotał się po komnacie, raz po raz gromiąc wzrokiem stojącego z rękoma wzdłuż boków porucznika.

–           Te papiery zawierały, zdaje się, inwentaryzację tutejszego biura. Same cyferki… – meldował Gruszkow pokornie, licząc że jakoś się wyślizga od odpowiedzialności. Gorsze przecież rzeczy robili bez rozkazu. – Jeśli chodzi o te góry… – zaczął konfidencjonalnie, aby wzbudzić zainteresowanie swego dowódcy. – Jeden z ocalałych więźniów tutejszego obozu twierdzi, że pracował przez kilka miesięcy przy tamtej budowie i wszystko wie…

–           Więzień, powiadasz… – Fiodorow zacisnął szczęki z wściekłości. – I ty, oficer NKWD, dałeś wiarę więźniowi, który przeżył, choć inni umarli?! – Z politowaniem pokiwał głową. – Sa wsiem ty ochujeł…

–           Ale to nasz – Gruszkow się obruszył. – Ruski. Mówią, że nasi żyli w tych obozach najdłużej.

–           No i co tam jest? – Pułkownik przystanął przed porucznikiem i kołysząc się na stopach, zmierzył go krytycznym wzrokiem.

–           To samo, co tutaj, tylko znacznie więcej. – Gruszkow machnął ręką. – Kilometry sztolni i chodników wydrążonych w skale. Nic nie zostało dokończone, a na odchodnym wysadzili wsio w pizdu

–           Gdzie tak konkretnie to jest? – Fiodorow podszedł do mapy rozłożonej na biurku, a Gruszkow doskoczył za nim.

–           Tutaj! – Brudnym paluchem wskazał pasmo gór widoczne na mapie. – Te góry nazywają się Eulengebirge. A projekt nosił kryptonim Riese

–           Jak?! – pułkownik przerwał mu bezceremonialnie. – Jak mówisz?!

–           Riese… – bąkał Gruszkow. – Tak przynajmniej twierdził ten więzień… Eulengebirge. Rejon Waldenburg…

–           Człowieku! – rozległ się wrzask, jakby Fiodorow nastąpił na minę przeciwpiechotną. – Ty wiesz, co to za obiekt?! Myśmy tego wszędzie szukali, a to jest tutaj! Pod moim nosem! – ciągnął dalej z pretensją w głosie i wsadziwszy ręce do kieszeni spodni, zaczął wędrówkę po swoim gabinecie, stale nazywanym w myślach komnatą. – Niemcy prowadzili tam jakieś badania! Myśmy posłali tam trzy grupy zwiadowcze. Zanim ich Niemcy sztuka po sztuce wymacali, zdążyli przekazać do centrali w Moskwie wstrząsające informacje – Fiodorow zniżył głos, uświadamiając sobie, że wróg nadal czuwa. – Ponoć Niemcy pracowali nad czymś, co może zniszczyć Amerykę. A próby prowadzili właśnie w tej okolicy. – Jeszcze raz wymownie postukał palcem w rozłożoną na biurku mapę.

–           Ten więzień twierdził, że miała to być kwatera dla Hitlera i naczelnego dowództwa… – Gruszkow ośmielił się mieć odmienne zdanie niż przełożony.

–           A nie przyszło ci do tego durnego łba, że Niemcy celowo rozpowszechniali nieprawdziwe informacje, aby prawda nie ujrzała światła dziennego? – Pułkownik wrócił za biurko i zapalił kolejnego skręta. – Trzeba zrobić tak… – zaczął ze wzrokiem utkwionym na mapie. – Weźmiesz ze dwa plutony wojska i pojedziesz do następujących miejscowości: Wüstegiersdorf, Rudolfswaldau, Wüstewaltersdorf i Bad Charlottenbrunn. Aresztujesz wszystkich Niemców, którzy mieli cokolwiek wspólnego z tą budową. Nawet jeśli tylko szorowali wychodki. Masz ich wydobyć choćby spod ziemi i przywieźć do mnie… – ciągnął dalej, w myślach układając szczegóły zadania. – A porucznik Koszkin niech z żołnierzami przeszuka wszystkie te tunele. Co znajdzie, załaduje na ciężarówki i przywiezie do nas. Poniał? – Pułkownik wolał nie wtajemniczać podwładnych na co mogą się tam natknąć, bo sprawa była objęta ścisłą tajemnicą. Poza naczalstwem w Moskwie, on jeden znał sprawę.

–           Da, toczno!– Gruszkow ryknął zadowolony, że mu się upiekło i już miał zamiar odmaszerować.

–           Stój! – wrzasnął Fiodorow, który miał w zanadrzu jeszcze jeden rozkaz do wydania. – A tobie gdzie się tak spieszy? Co zrobiliśmy z tymi dwoma niemieckimi oficerami schwytanymi dwa dni temu? Zdaje się, że jeden z nich gadał po polsku…

–           Melduję posłusznie, że wraz z innymi jeńcami niemieckimi zostali wysłani do obozu. – Gruszkow wyprężył sylwetkę, nie mając śmiałości obetrzeć potu, który cienką strużką spływał mu po skroniach.

–           Do nas? – Fiodorow zerknął wymownie, mając na myśli Kołymę lub Workutę.

–           Chyba nie… – Gruszkow wykręcił się od jednoznacznej odpowiedzi. Nie wiedział, do czego zmierzał pułkownik i jakiej odpowiedzi oczekiwał, więc kluczył. – A mało to obozów w okolicy? – zażartował na wszelki wypadek.

–           Poruczniku Gruszkow – ciągnął dalej Fiodorow i splatając ręce za plecami, ruszył w wędrówkę po komnacie. – Czynię was osobiście odpowiedzialnym za odnalezienie tego Niemca, co to gadał po polsku…

Jeszcze nie zdążył podać podwładnemu szczegółów swego planu, gdy ktoś gwałtownie zapukał do drzwi.

–           Wejść! – wrzasnął i wbił surowe spojrzenie w szeregowego, który stanął w progu. – No co jest? – zapytał zniecierpliwiony. Przychodzili z każdym drobiazgiem, jakby sami nie potrafili podjąć najprostszej nawet decyzji. „Jeszcze trochę i będą pytać, czy babę mogą wydupczyć” – pomyślał ze złością.

–           Melduję, że w pobliżu tego starego zamku… – żołnierz ruchem głowy wskazał okno – kręcą się jacyś podejrzani osobnicy! – wyrzucił z siebie, stając na baczność.

–           Ilu ich jest? – Pułkownik rzucił się do okna i wyjrzał na zewnątrz, choć możliwość ujrzenia zabytkowej, stylizowanej na gotyckie ruiny budowli, była równa zeru. Skryta pośród drzew, pobudowana po drugiej stronie rzeki, stanowiła do wybuchu wojny jedną z większych atrakcji turystycznych regionu. Wszystko, co się tam znajdowało cennego, już żołnierze pułkownika wywieźli.

–           Widziano tylko dwóch.

–           Towarzyszu poruczniku! – Fiodorow zwrócił się do Gruszkowa, który natychmiast przyjął postawę zasadniczą. – Weźcie swój pluton i sprawdźcie, co się tam wyprawia. Może to ten Kammler wychynął z nory, bo żreć mu się zachciało albo mu dupa zmarzła. I żeby mu włos z głowy nie spadł, bo na Kołymę was wyślę! – krzyknął w ślad za wybiegającym porucznikiem.

Kiedy został sam, podszedł do okna i wyjrzał na dziedziniec. Sprawiał upiorne wrażenie, ale major w swoim życiu widywał gorsze rzeczy. Z jednej strony dziedzińca ziała potwornie wielka i głęboka dziura, a po drugiej walały się resztki połamanych mebli, wywleczonych z pałacu wraz z całą masą bliżej niesprecyzowanych śmieci. Już po chwili na podwórzec wybiegli żołnierze wchodzący w skład garnizonu, który od końca wojny stacjonował w zamku Fürstenstein, a którym dowodził pułkownik Fiodorow. Pośród wrzasków i przekleństw, porucznik Gruszkow sprawnie przeprowadził zbiórkę swoich podwładnych, którzy w hełmach i z pepeszami ustawili się w dwuszeregu. Odliczyli, wykonali w prawo zwrot i stukając buciorami o zamkowy bruk, karnie pobiegli w kierunku wskazanym przez swego dowódcę.

Pułkownik przytknął lornetkę do oczu, ale poza wierzchołkami gęsto rosnących drzew i fragmentem zabytkowej budowli, niczego nie mógł dostrzec. Przeklinając pod nosem, wyszedł na korytarz. Klucząc po krętych korytarzach i wdrapując się po schodach, które zdawały się nie mieć końca, dotarł na wieżę. Chwilę z trudem łapał powietrze, spoglądając na roztaczający się wokoło widok. Zapierał dech w piersiach. Czegoś tak pięknego pułkownik jeszcze nie widział. U niego, w rodzinnej Dudarkowej, nawet wieża nieczynnego kościoła katolickiego, który zamieniono po rewolucji na magazyn zbożowy, nie była taka wysoka. Przytknął lornetkę do oczu i wyregulował ostrość. Już po chwili ujrzał – jakby była na wyciągnięcie ręki – wyłaniającą się z lasu wieżę wraz z otaczającymi ją murami. Z całą pewnością należała do tego starego zamku. Podobnie jak ten, w którym stacjonował garnizon, również usytuowany był na wzgórzu. Obydwa zamki rozdzielała zalesiona dolina, której dnem płynęła rzeczka, Pełcznica, jeśli Fiodorow dobrze spamiętał. Jeszcze nie zdążył nasycić oczu widokiem, gdy do jego uszu dobiegły odgłosy strzelaniny. Wymiana ognia trwała ładnych parę minut, ale cały teatr wydarzeń rozgrywał się w gęstym lesie, więc pułkownik nie mógł zaspokoić swojej ciekawości, czy porucznik Gruszkow schwytał osobników szwendających się bezczelnie pod nosem NKWD, czy też nie. Nagle ziemia zadrżała, a po okolicy przetoczył się huk, jakby piorun strzelił gdzieś w najbliższej okolicy. Przez szkła lornetki pułkownik ujrzał, jak tę uroczą zamkową wieżę siła wybuchu uniosła w górę, aby po chwili zamienić w chmurę pyłu i kurzu. Gdy opadła, oczom oficera NKWD ukazał się wysoki słup ognia pochłaniający zabytkową budowlę.

–           Wsio paszło w pizdu– wymamrotał pod nosem, odejmując lornetkę od oczu. – I awans też.

 

 

Koniec Wersji Demonstracyjnej

 

 

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.


Wydawnictwo Psychoskok

psychoskok-bez-napisu-ebook

 

 

 

 

m1m2