Randka z wrogiem - Ludwika Zachariasiewicz

Randka z wrogiem

0,0

Książka stanowi zapis wspomnień Ludwiki Zachariasiewicz, kobiety, która podczas wojny była damą do towarzystwa dla Niemców, a później Rosjan. Jej świadectwo dotyczące zarówno walki podziemnej podczas II wojny, jak i czasów tuż po jej zakończeniu, ukazuje niejednoznaczne postawy oraz trudności w odnalezieniu się w nowej Polsce. Wyjątkowa bezpośredniość i szczerość relacji pozwala na odkrycie przed czytelnikami takich aspektów mechanizmów wojennych i totalitarnych, o których mówi się rzadko lub nie wspomina się o nich wcale. Dziś nie sposób oceniać takich decyzji, jak polecanie przez dowódców AK młodziutkim dziewczynom, by pełniły dwuznaczne role przy wrogu w sytuacjach, w których to poradzić sobie mogły tylko dzięki sprytowi i kokieterii, ale nie wiadomo jakim kosztem. Wspomnienie Ludwiki Zachariasiewicz pomaga uzmysłowić, że „nie święci garnki lepią”, a aktorami doniosłych historycznych wydarzeń bywają zwykli ludzie. Jest w tej opowieści wiele momentów, w których autorka jawi się jako bohaterka. Jeśli byśmy w jednym z tych momentów przerwali narrację, trafiłaby do panteonu chwały, pozostając na zawsze heroiną. Są jednak też takie fragmenty, które odsłaniają jej ludzkie słabości i wówczas z bohaterki staje się negatywną postacią lub przynajmniej nie-niezłomną. A potem znów bywa bohaterką.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
182781.jpg

© Ludwika Zachariasiewicz

© Ośrodek KARTA, 2017

© for this edition by Wydawnictwo Naukowe PWN, 2017

Ośrodek KARTA

ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawa

tel. 22 848 07 12, faks 22 646 65 11

ok@karta.org.pl

www.karta.org.pl

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

ul. Gottlieba Daimlera 2, 02-460 Warszawa

tel. 22 69 54 321; faks 22 69 54 288

infolinia 801 33 33 88

pwn@pwn.com.pl

www.pwn.pl

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2017r., (wyd.I)

Warszawa 2017

Koordynator serii: Aleksandra Janiszewska

Opracowanie i redakcja: Aleksandra Janiszewska

Posłowie: dr hab. Janusz Marszalec

Koordynator działań wydawniczych: Dąbrówka Mirońska

Korekta: Maria Krawczyk

Projekt okładki do serii: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Fotografia na okładce: Ludwika Zachariasiewicz, Łuck, 1938. Fot. archiwum rodzinne

Produkcja: Iwona Mariola Keppel

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Naukowego PWN: Michał Latusek / konwersja.virtualo.pl

Książka powstała jako kompilacja tekstów własnych Autorki oraz zapisu wielogodzinnych rozmów Ludwiki Zachariasiewicz z Alicją Wancerz-Gluzą, nagranych w dwóch turach – w 1995 oraz 2011 roku.

ISBN 978-83-01-19225-9

WYWIAD

Wyjechałam na stałe do dziadków. Jeszcze przyjeżdżałam do Warszawy, mimo rozkazu, że mam siedzieć w Wołominie i się nie ruszać, bo nie wiadomo, jak się front ruszy i czy nie zostanę odcięta. Niedługo potem w Warszawie zaczęło się powstanie. Już nie spotkałam się z Józkiem. Miał gdzieś wtedy inne zadanie. Nie wiedziałam, kiedy będzie powstanie, nie czekałam na godzinę „W”, bo inaczej, mimo wszystko, pewnie zostałabym z Józkiem. Oni znali to moje niezdyscyplinowanie, tę moją totalną beztroskę – i dlatego chyba mi nie powiedzieli. Powstanie zastało mnie w Wołominie. Strasznie tęskniłam za Józkiem, rozpaczliwie. Z Wołomina w pogodny dzień widać było dymy z Warszawy, a on tam był… Tak pragnęłam umrzeć z tej rozpaczy, że gdyby mnie jakaś kulka trafiła niechcący, tobym przyjęła ją z radością.

Był taki moment, w którym Niemcy opróżniali Wołomin – wszyscy musieli spakować się i wyjść z tobołkami. Postanowiłam, że przeczekamy w pustym miasteczku. Nie myślałam nawet o swoim zadaniu, tylko po prostu bałam się, że jak znowu rozpoczniemy tułaczkę, to zginiemy. Zostaliśmy więc w pustym Wołominie bez żadnego zabezpieczenia, bez jedzenia. To był ciężki czas, bardzo trudny moment. Cisza i napięcie – ani Niemców, ani Polaków. Mimo wszystko myśmy czekali na polskie wojsko, nie na Rosjan. Chociaż byłam poinstruowana przez zwierzchników z AK, że nadejdą Rosjanie, to tak naprawdę nie chciałam w to uwierzyć. Byłam pewna, że pierwsi wkroczą Polacy.

Front zbliżał się i cofał, po paru dniach ustalił się na dobre – chyba we wrześniu. Pewnego dnia poszłam kopać ziemniaki na podmiejskie pole i wtedy się dowiedziałam, że Sowieci są w miasteczku i zaczęli (tak, jak to zapowiedział mi pułkownik „Adam”) wzywać przez megafony i afisze, aby wszyscy, którzy brali udział w jakiejkolwiek konspiracji, zgłaszali się do nich; żeby składać broń i oficerom prze­kazywać wszelkie posiadane wiadomości. Ogłaszali, że taka jest powinność prawych synów Polski, że należy tak zrobić dla dobra ojczyzny. Teksty na afiszach napisane były po polsku, bez żadnych błędów.

Przyszłam do domu, umyłam ręce upiaszczone od zbierania ziemniaków i powiedziałam:

– Idę się ujawnić do NKWD.

Babcia na to:

– Poczekaj, przecież się nie pali, nic nie wiadomo...

– Nie, nie, muszę się zgłosić, to mój obowiązek.

Babcia była oburzona. Dziadek mniej, bo bardzo mnie kochał i zawsze starał się mnie rozumieć, stawać po mojej stronie. W tych odezwach oczywiście nie padało słowo NKWD, napisane było tylko, że wojska sowieckie, pomagając wojskom polskim, zajęły te tereny i proszą wszystkich o zgłaszanie się do pomocy we wspólnym biciu wroga – Niemców. I tak właśnie babci tłumaczyłam:

– No przecież z Niemcami walczyliśmy!

– Oj dziecko, ci tutaj to też wróg, poczekaj na polskie wojsko.

Ale ja poszłam. Zgłaszać się trzeba było w magistracie. Powiedziałam wartowni­kowi na dole, że jestem z AK i przyszłam się ujawnić. Kazał mi poczekać, zniknął gdzieś i zaraz wrócił. Wprowadził mnie wprost do pokoju, chociaż na korytarzu czekali jacyś ludzie. Rozmawiał ze mną najpierw taki niby-Polak, Dunin-Pawłowski. Mówił po polsku, ale ze wschodnim akcentem. Ubrany był w jakąś dziwną bluzę mundurową, koszulę i krawat. Zaczął mnie szczegółowo wypytywać. Opowiadałam o początkach swojej konspiracji, o tym, że byłam w ZWZ, następnie w AK, że przyjechałam do dziadków i nie zdążyłam już na powstanie. Potem spisałam swój życiorys.

Za chwilę major Pietrow, Rosjanin (ale też mówił po polsku), wypytał mnie o wszystko od początku, a potem przyszło ich już kilku – wprost zaroiło się wokół mnie. Mówili po polsku i po rosyjsku. Pytali bardzo szczegółowo – o moją działalność w Czarnej, czy pamiętam, komu dawałam fałszywe kennkarty (ja na szczęście rzeczywiście nie pamiętałam), jak to było z młodzieżową organizacją w Chełmie Lubelskim, czy mam broń. Wyjaśniali, że są czołówką rosyjską, a zaraz za nimi idzie wojsko polskie. Trwało to kilka godzin. Potem powiedzieli, że wszystko spisali, żebym spokojnie wróciła do domu i przyszła jutro, bo będą chcieli moje zeznanie uzupełnić.

Ujawniłam się pod prawdziwym nazwiskiem – Zachariasiewicz; powiedziałam im, że dokumentów nie mam, bo zostały w Warszawie. Babci już wcześniej powiedziałam, że wracam do własnego nazwiska. W Wołominie bardzo mało ludzi mnie znało, większość tylko z widzenia: mogli mnie zauważyć, gdy przemykałam od dworca do pobliskiego domu dziadków – nikt jednak nie znał mojego konspiracyjnego nazwiska Drzewiecka.

Następnego dnia pytali mnie jeszcze raz o wszystko od początku. Także o to, dlaczego przyszłam.

– Jak to dlaczego? Przecież wzywacie wszystkich, którzy są w podziemiu, wszystkich patriotów, do wspólnej walki z Niemcami. No to się zgłaszam.

– Uważasz, że wszyscy się powinni zgłaszać? A gdybyś spotkała jakiegoś akowca, który nie wie, że trzeba tu przyjść, to powiedziałabyś mu?

Odpowiedziałam, że tak.

Te rozmowy nie wydawały mi się groźne, nie czułam żadnego niebezpieczeństwa. Wyszłam wtedy z poczuciem ulgi, że oni są głupsi, niż myślałam. Spytali o adres i czy mogą mnie odwiedzić, ale tak... towarzysko.

Niedługo potem nasz dom wprost zaroił się od Sowietów.

Babcia miała do mnie ogromne pretensje:

– Miałaś ujawnić się, żeby był święty spokój, co zamierzyłaś zrobić – zrobiłaś. Czego oni tu szukają?

Przychodzili i mówili: „No tak, przyszliśmy do babuszki do dieduszki...”.

Babcia się potwornie złościła:

– A jakaż ja, do ciężkiej, jestem dla nich babuszka, co oni sobie wyobrażają! Jak mam głupią wnuczkę, która się zgłosiła i uważa ich za przyjaciół, to ja jestem im babuszka?!

Próbowałam łagodzić:

– Babciu, no daj im spokój, dlaczego jesteś taka, no przecież nas oswobodzili...

– A głupia, idiotka jesteś...

Zasiadali, chcieli koniecznie, żeby dziadek z nimi pił, ale dziadek był niepijący: „A pijcie sobie sami”.

Ci Sowieci byli dla mnie trochę egzotyczni. Pili strasznie dużo wódki, co mnie przerażało, bo w moim domu alkoholu się w ogóle nie używało. Potrafili zastrzelić wieprza i gorącą jeszcze słoniną tę wódkę zagryzać. Brzydko jedli, mieli brudne paznokcie. To wszystko mnie bardzo raziło. Ja z nimi nigdy nie piłam.

W domu specjalnie o nic nie wypytywali, rozglądali się. W stosunku do mnie nie byli zbyt nachalni ani chamowaci – może to była jakaś ich elita? Znałam trochę język rosyjski – babcia pochodziła z Białorusi i często w domu używała języka białoruskie­go, więc byłam z tą mową osłuchana. Nie potrzebowałam tłumacza, żeby zrozumieć, o czym Rosjanie między sobą rozmawiają. Jednak udawałam, że nic nie rozumiem.

Zaczęli mnie zapraszać do kasyna; chodziłam z nimi wszędzie.

Po paru dniach dwaj właściciele restauracji urządzili bankiet dla oficerów „oswobodzicieli Wołomina”. Spotkałam tam wtedy osoby z konspiracji komunistycz­nej. Jedna kobieta powiedziała do mnie:

– A myśmy panią mieli za akówkę albo jakąś agentkę niemiecką. Proszę, proszę, jak to pozory mylą...

Na to Rosjanie zaczęli się śmiać: „Niet, niet, eto patriotka, eto nasza diewuszka”. I mnie... nie zdekonspirowali, że jestem z AK i się przed nimi ujawniłam. Oni wtedy chyba uważali, że mnie werbują lub nawet – że już zwerbowali. Pewnie chcieli mnie chronić, żeby akowcy się nie dowiedzieli.

Pod koniec przyjęcia odśpiewano Wyklęty powstań ludu ziemi. Strasznie mnie rozśmieszyło, gdy ci dwaj restauratorzy z brzuszkami też wstali i śpiewali.

Ludzie w mieście odsunęli się ode mnie. Żona kapitana Marcinkowskiego, znajomego ojca jeszcze sprzed wojny, który był z nim teraz w obozie jenieckim, nie poznawała mnie na ulicy. To było dla mnie okropnie przykre, ale oczywiście nikomu nic nie tłumaczyłam.

Rosjanie mieli iść na Warszawę i dlatego próbowali wyciągnąć ode mnie jak najwięcej informacji. Często pytali, czy będę chciała z nimi pracować, czy jak Warszawa za parę dni będzie wolna, to pojadę z nimi, pokażę ten mój punkt... Mówiłam, że oczywiście.

– Słuchaj, a będziesz wiedziała jeszcze o innych, a poznasz innych?

– No pewnie, że poznam, bo przecież tych ludzi tyle tam było, tych różnych akowców, że poznam.

– A jak poznasz, to powiesz im, żeby się ujawnili, żeby dalej razem z nami walczyli z Niemcami?

Wyjazd zaproponowali mi już po tygodniu. Co będę robiła w tym Wołominie; w Warszawie pomogę im znaleźć akowców. Wtedy babcia się zbuntowała: „Jak pojedziesz z nimi, to już nie masz po co wracać”.

Nie wiedziałam, co mam robić. Na własną rękę zdecydowałam, że pojadę. Już nie miałam wyjścia. Ujawniłam się, nie mam żadnego kontaktu z pułkownikiem „Adamem” ani z nikim. Warszawa się pali – to było widać z Wołomina, w powstaniu jest Józek, którego tak kocham. Pomyślałam, że może go odnajdę.

Sowieci chyba mi uwierzyli. Zostałam wcielona do jednostki, która się nazywała „choziajstwo (gospodarstwo) połkownika Szkurina”. To była kontrwywiadowcza jednostka NKWD – kilku­nastu żołnierzy i kilku oficerów. Szli, by aresztować i wywozić. Byłam razem z nimi aż do maja. Najpierw staliśmy na Pradze, w różnych miejscach. Potem w Nieporęcie.

„Adam” mnie zapewniał, że będę stale w kontakcie, że będę dostawała instrukcje. Tymczasem nie miałam z AK żadnej łączności. Czułam się oszukana, zostawiona sama sobie. To nie było takie łatwe, bo ja przy tym wszystkim podobałam się mężczyznom, więc byłam nieustannie narażona na różne propozycje z ich strony. Czułam się zagrożona, wystraszona i w dodatku cały czas byłam zakochana w Józku. Najchętniej bym z tego wszystkiego wtedy zrezygnowała, tylko nie miałam wyjścia, nie miałam wyboru.

Na Pradze kwaterowaliśmy u gospodarzy, którzy bardzo przyjaźnie przyjmowali Rosjan, bo nie dla wszystkich było jasne, że to nie wojsko, które wyzwala, ale NKWD. Któregoś dnia córka właścicielki mieszkania przekazała mi, że jakiś kuzyn chce się ze mną spotkać – prosi, żebym przyszła pod wskazany adres. Domyśliłam się, że to kontakt i wybrałam się tam. Na szczęście przysłali kogoś, kogo już znałam z kontaktów z „Adamem”, a nie kogoś obcego, bo mogłabym się pogubić. Zaczęłam już sobie zdawać sprawę, że biorę udział w czymś, co nie jest proste, a już na pewno nie bezpieczne. Tadeusz – łącznik – powiedział, co powinnam mu przekazywać: gdzie Sowieci będą się przemieszczać, jakie mają plany, a najważniejsze – kogo aresztują i gdzie tych ludzi wysyłają; jak tylko dotrę do jakichś nazwisk, to mam je spisywać lub zapamiętywać. Oni będą ze mną w kontakcie. Poczułam się podbudowana, że mnie znaleźli i... jakoś chroniona, że nade mną czuwają. No i najważniejsze – nie byłam sama. Przedtem przemykało mi przez myśl, że może tam w powstaniu wszyscy zginęli, już nic nie ma, a ja się pcham z tymi Rosjanami nie wiadomo po co.

W choziajstwie miałam zawsze oddzielną kwaterę, to znaczy swój pokój. Ubrana byłam po cywilnemu, we własne rzeczy. Nie dostawałam od nich żadnych pienię­dzy, tylko utrzymanie.

Przydzielili mi takiego jakby ordynansa. Maks miał 22−23 lata, wyglądał na Gruzina, był bardzo małomówny. Ale to chyba nie był prosty żołnierz. Zawsze zadbany, ogolony, miał zadbane ręce, czyste paznokcie.

Rano Maks przynosił mi i grzał wodę do mycia. Pytał, czy nie potrzebuję czaju, sprawdzał, czy dostałam posiłek. Sowieci jeden domek przeznaczyli na coś w rodzaju kasyna oficerskiego i tam też jedli; mnie przynoszono jedzenie do pokoju. Widocznie rozmawiali o swoich sprawach, a nie mieli jeszcze do mnie pełnego zaufania. Maks starał się mi dogadzać, kombinował dla mnie lepsze jedzenie, gdzieś tam chodził, przynosił mleko, raz namówił jakąś gospodynię, żeby mi naleśników nasmażyła, a jednocześnie nieustannie mnie pilnował. Czułam się wtedy trochę ich więźniem; zmieniało się to w miarę zdobywania ich zaufania.

Wysłali mnie kiedyś do wioski w kierunku Marek, gdzie podobno byli akowcy. Poszłam z Maksem – on miał mnie niby tylko ubezpieczać, bo Niemcy są wszędzie i strzelają. I rzeczywiście były pojedyncze strzały, a Maks relacjonował potem z zachwytem, jaka to ja jestem odważna. Gdy zaczynali strzelać, on pędził pod mur, a ja spokojnie szłam dalej, bo nie wyobrażałam sobie, że może mi się coś stać. Kazałam mu poczekać na skraju wioski, bo był w mundurze – „żeby nikogo nie spłoszył”, a sama gdzieś tam połaziłam, wróciłam i powiedziałam, że żadnych akowców nie ma, fałszywa pogłoska.

Na Bródnie nic szczególnego się nie działo. Ale front się przesunął i znaleźliśmy się w Nieporęcie. Tam były trudne warunki. Cała miejscowość spalona, zrównana z ziemią; mieszkaliśmy w ziemiankach, których ściany porośnięte były zbożem, tak że myszy harcowały po kocach. Nie wiem, skąd się wzięły te ziemianki, ale chyba jeszcze Niemcy je zbudowali, bo dookoła rozciągnięte zostały zasieki z drutu kolczastego.

Nie było gdzie się ruszyć, bo tylko te ziemianki i spalona wieś. Trochę sypiałam po południu, często coś prałam, bo miałam bardzo mało rzeczy na zmianę. Nie posiadałam żadnych polskich książek. Leżałam na łóżku, a Maks siedział w tej samej ziemiance i godzinami milczał albo coś tam nucił. Nigdy się nie zwierzał, nie wyciągał mnie też na rozmowy. Przeszkadzał mi tą swoją obecnością i milczącą opieką. Ale bałam się cokolwiek zrobić, żeby się go pozbyć.

Pułkownik Szkurin zagroził, że rozstrzela każdego, kto mnie tknie. Na pewno nie z dobroci serca, ani tym bardziej z nadmiaru moralno­ści. Myślał, że ma łączniczkę do akowców – głupią, ale cenną, i nie chciał, żeby mnie skrzywdzili, bo mogłabym się wy­cofać.

W Nieporęcie rozpoczęły się przesłuchania Polaków. I areszto­wania akowców. Stołówka – wię­ksza ziemianka – w ciągu dnia zmienia­ła się w izbę przesłuchań. Czasami usiłowałam tam wejść nieproszona, ale potrafili powiedzieć: teraz nie przeszkadzaj, nielzia!

Wtedy chyba już „oficjalnie” wie­działam, że jestem w NKWD. Jeden kapitan mówił mi na przy­kład, że robi listy osób do wysłania do obozu do Rembertowa. Oni już tak mi ufali, że gdy nie mogli zdążyć ze spisywaniem osób przeznaczonych do transportu, to mnie o to prosili. Mieli trudności z pol­skimi nazwiskami. Potem odtwa­rzałam te nazwiska, notowałam. To był błąd – nie powinnam była zapisywać, ale bałam się, że nie będę w stanie za­pamiętać. W Nieporęcie widziałam ziemianki pilnowane przez żołnierzy z bronią. Widziałam wyprowadzanych stamtąd męż­czyzn rozebranych do bielizny – już samo to mnie szokowało – widać było, że coś się złego z nimi dzieje.

Nie zdawałam sobie sprawy, że ich tam biją, dopóki nie usłyszałam straszliwych krzyków. Nie wiedziałam, że mężczyźni mogą tak krzyczeć... Jednego wyprowadza­ło kiedyś dwóch bojców – słaniał się, nie mógł iść, w postrzępionej bieliźnie, bez butów, a tu błoto, deszcz. Bezpośrednio nie towarzyszyłam przesłuchaniom. Sowieci starali się trzymać mnie pod kloszem. Wówczas nabrałam do nich wstrętu – zrozumiałam, że ich działanie jest obrzydliwie dwulicowe. Na moje potrzeby udawali honorowych żołnierzy, wspierających polski rząd, oczyszczających teren – że oni szukają szpiegów niemieckich, współpracowników Gestapo, a widziałam przecież, że ci niby szpiedzy, to Polacy, akowcy...

Zetknęłam się z całą tą grozą i znów byłam pozostawiona sama sobie. Bardzo to przeżywałam. Widywałam, jak się odbywają śledztwa, bo mnie czasem wołano i pytano, czy znam któregoś z przesłuchiwanych akowców. Zawsze mówiłam, że nie, ale dwa razy w czasie tych konfrontacji dostrzegłam pogardę w oczach zatrzymanych – poznali mnie. To byli chłopcy, z którymi miałam sporadyczne kontakty w czasach, kiedy woziłam broń i rozkazy. To, że babcia mnie potępiała, to nic, ale teraz... Przecież nie mogłam im o sobie powiedzieć, zdekonspirować się!

Zimno, deszcz ze śniegiem. Stale marzłam. Maks przynosił drzewo do tiepłuszki, lecz ciągle było niesamowicie zimno. I tak beznadziejnie. Nie miałam żadnego kontaktu... Pierwszy raz zetknęłam się bezpośrednio z czymś tak strasznym. Oczywiście, wiedziałam, że to się w ogóle wydarza – słyszałam, że biją na Gestapo, torturują, ale to działo się daleko i nie docierało do mnie.

Załamałam się. Zachorowałam na silną anginę z owrzodzeniem gardła i dostałam się do podwarszawskiego szpitala. Sowieckiego, oczywiście. Jechałam z wysoką gorączką, przy­kryta jakimiś wojskowymi płaszczami. Niektórzy z obsługi dziwili się, skąd tu Polaczka, patrzyli na mnie spode łba. Inni uważali, że jestem ich i bardzo się mną opiekowali. Niespodziewanie przyszły mnie odwiedzić dwie panie. Powiedziały naczelnikowi szpitala, że słyszały, że podobno leży tu Polka i chcą podać jedzenie. A więc „moi” musieli cały czas wiedzieć, co się ze mną dzieje! Te panie mówiły, żebym się nie denerwowała i starała się szybko wrócić na miejsce. Pytały, co zrobiłam z wiadomościami i nazwiskami. Przed pójściem do szpitala spaliłam notatki. Przyjęły to z ulgą. Przekazałam im wszystko, co udało mi się zapamiętać. Powiedziały, żeby już nigdy niczego nie notować. Dały mi kontakt do kosmetyczki na Pradze, przy Grochowskiej – miała przyjmować ode mnie bardzo pilne informacje.

Potem pytały naczelnika, czy mogą znów mnie odwiedzić, ale to już tylko dla pozoru, bo więcej się nie zjawiły.

POSTARAJ SIĘ BARDZIEJ

Ze szpitala wróciłam po jakichś dwóch tygodniach. Przyjechał po mnie samocho­dem sam pułkownik Szkurin i zabrał na Pragę, ale już w inne miejsce. Przewieźli wszystkie moje rzeczy – pewnie Maks je spakował. On sam gdzieś się „zgubił”, już się za mną nie włóczył jak cień, chociaż gdy czasem spotkaliśmy się, pytał przyjaźnie, czy nie chcę czegoś lepszego do zjedzenia.

Było mi tam bardzo ciężko, coraz ciężej, w miarę jak już posuwał się front. Wiedziałam przecież od początku, że to nie są nasi sprzymierzeńcy, ale jak na przykład śmiali się, że „zrzuty zostały zestrzelone i nie poszły w ręce Polaczków”, to czułam taką palącą nienawiść, że nie mogłam jej znieść.

Nie byłam jedyną kobietą w tym oddziale. Były jakieś żony funkcjonariuszy, telefonistki; ale nie poznałam ich bliżej.

Bardzo się mną zajmował major Pietrow. Zabierał ze sobą wszędzie. Jeździłam z nim – samochodem, a nawet konną dorożką – pod sam front. Dobrze mówił po polsku. Wyciągał mnie na zwierzenia o moim życiu: „Ależ opowiedz mi troszkę o sobie, ty jesteś Polka, ja jestem Rosjanin, chciałbym wiedzieć, jak się u was w Polsce żyje”. Ja stale wracałam do przedwojennych czasów, a on stale kierował na te konspiracyjne.

– W konspiracji znaliśmy najwyżej dwóch ludzi, to co ja ci mogę powiedzieć, tyle że na punktach czasem kogoś widziałam.

– A przypomnisz sobie kogoś, jak zobaczysz?

– Na pewno sobie przypomnę.

Próbował się początkowo do mnie zbliżyć Dunin-Pawłowski, ale go jakoś tak odepchnęłam. To był na pewno Polak, ale często chodził w ich mundurze. On był przy przesłuchaniach. Rosjanie go nie lubili, szczególnie ci zwykli bojcy – tak się niechętnie o nim wyrażali. Być może rozumieli, że on jest zdrajcą. Taki przydatny, ale się go nie szanuje. To się przejawiało nawet w drobiazgach, jak na przykład przy posiłkach – jak nieśli mu jedzenie, to na końcu, gdy było to oficerskie jedzenie, tuszonka, to dla niego nagle zabrakło albo coś takiego. Do mnie się jednak nie odnosili niechętnie, może myśleli, że jestem po prostu naiwna.

Nie lubiłam Dunina i on mnie też nie lubił, odnosił się z rezerwą, jakby miał za złe, że oni się tak szybko przede mną otworzyli, przyjęli do swego grona. Może bał się o swoje wpływy?

Tymczasem zjawił się kapitan Szachawcow, oficer śledczy. (Po latach, już za Gorba­czowa, zobaczyłam go w telewizji – występował w obronie Stalina: że wszyscy teraz go krytykują, a on miał dużo racji. Poznałam go, niewiele się zmienił mimo upływu lat.) Był bardzo przystojny, kulturalny, grał na fortepianie, recytował poezję Puszkina. Na imię miał Iwan. Podobał mi się i ja też mu się podobałam. Spotykali­śmy się często. W tym natłoku wydarzeń zacierał mi się obraz Józka… Major Pietrow bardzo nas pilnował – żebyśmy nigdy nie byli sami. Zapewne nie chodziło o mnie, tylko żeby Szachawcow się z czymś nie wygadał. A i tak kiedyś przypadkiem mieszkaliśmy razem na jednej kwaterze. Rozmawialiśmy wtedy o wie­lu sprawach. Podawał mi nazwiska osób podejrzanych, które należy obserwować. Pomagałam mu tłumaczyć doniesienia konfidentów. Zaczęłam mówić łamanym rosyjskim, on się cieszył, że żyję ich problemami.

W tym czasie już mnie tak nie pilnowali. Kiedy miałam coś pilnego do przekaza­nia swoim (a w przypadku ważniejszych osób powinnam natychmiast informować o aresztowaniu), chodziłam do tej wskazanej kosmetyczki.

Rosjanie się nawet trochę ze mnie śmiali: ot, Polaczka-pani, do kosmetyczki chodzi nawet włosy myć, a ich dziewczyny to na kwaterach myją. Odpowiadałam, że wojna nie będzie trwać wiecznie i chcę ładnie wyglądać, a o włosy muszę dbać, bo rozjaśnione.

Od Szachawcowa znałam wiele nazwisk, kogo będą przewozić i gdzie. Rzadko jednak mogłam się dowiedzieć, co zeznają aresztowani. Ale czasem udawało się i to. Pietrow miał do mnie zaufanie, a był bardzo impulsywny. Wpadał wzburzony, że nie może nic z „kanalii” wyciągnąć: „Można go nawet zabić, a on i tak nic nie powie”. Albo odwrotnie: „Ot, taki wielki bohater, a coś tam powiedział”.

Czasami stykałam się z biciem, ze skatowanym człowiekiem. Zdenerwowanie musiało się odbijać na mojej twarzy, nie umiałam go ukryć. Sytuacja ciągle mnie przerastała.

Raz czułam, że jestem prowokowana. Wiedziałam, że mają aresztować na przed­mieściach Pragi grupę dziewcząt z jakiejś organizacji. Jakoś dużo na ten temat przy mnie rozmawiali, pytali, co będę w tym czasie robiła, że może do kosmetyczki pójdę. Ja na to – że nie, jeszcze nie mam potrzeby. W końcu wyszłam na spacer.

Następnego dnia wzięli mnie ze sobą.

– Przejedź się z nami, zobaczysz, czy one są naprawdę z AK, czy tylko ktoś doniósł.