Radykalne miasta. Przez Amerykę Łacińską w poszukiwaniu nowej architektury - Justin McGuirk

Radykalne miasta. Przez Amerykę Łacińską w poszukiwaniu nowej architektury

0,0

"Jedna z 10 najlepszych książek o mieście 2014 roku" wg The Guardian
Jak wyglądają dzisiaj modernistyczne miasta przyszłości? Czego architekci mogą nauczyć się od mieszkańców slumsów?

W połowie XX wieku europejskie marzenie o modernistycznej utopii przeniosło się do Ameryki Łacińskiej i odtąd to miejsce jest poligonem doświadczalnym dla najbardziej nowatorskich i odważnych pomysłów urbanistycznych. W “Radyklanych miastach” Justin McGuirk pokazuje efekty realizacji tych idei: modelowe chilijskie osiedle socjalne powstałe z połówek domów, których budowę ukończyć mają sami mieszkańcy; słynny wieżowiec Torre David w Caracas, wypełniony nie przestrzenią biur oraz banków, ale zorganizowaną społecznością dzikich lokatorów; czy też argentyńską komunę Túpac Amaru, której charyzmatyczna przywódczyni zapewniła najbiedniejszym dostęp do luksusowych basenów. Od Meksyku, przez Wenezuelę, Brazylię, po Argentynę – radykalne miasta najbardziej zurbanizowanego kontynentu na świecie rodzą ekstremalne warunki mieszkaniowe: gigantyczne osiedla i rozlewające się w nieskończoność slumsy. McGuirk przygląda się codziennemu życiu mieszkających tam ludzi; przedstawia także architektów, aktywistów, odważnych polityków i społecznych działaczy, których próby rozwiązania problemu biedy i nierówności społecznych doprowadziły do rewolucyjnych rozwiązań, a tym samym całkowicie zrewitalizowały przestrzeń miejską.
Justin McGuirk – pisarz i kurator, niegdyś redaktor czasopisma „Icon”, szef wydawnictwa Strelka Press. Jego artykuły o architekturze publikuje „Guardian”, a także „Observer”, „Times”, „Domus”, „Art Review” i wiele innych periodyków. W 2012 roku otrzymał Złotego Lwa na Biennale w Wenecji za wystawę stworzoną wspólnie z biurem architektonicznym Urban-Think Tank.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Justin McGuirk

RADYKALNE MIASTA

PRZEZ AMERYKĘ ŁACIŃSKĄ W POSZUKIWANIU NOWEJ ARCHITEKTURY

FUNDACJA BĘC ZMIANA
RES PUBLICA

Justin McGuirk

Radykalne miasta. Przez Amerykę Łacińską

w poszukiwaniu nowej architektury

Warszawa 2015

ISBN (do uzupełnienia)

First published in English as Radical Cities:

Across Latin America in Search of a New Architecture

by Verso 2014

© Justin McGuirk 2014

© for this edition: Marcin Wawrzyńczak,

Fundacja Bęc Zmiana, Fundacja Res Publica

Photos courtesy of Armando Salas Portugal,

Tomás García Puente, Cristóbal Palma, Thelma Vilas Boas,

Tuca Vieira, Iwan Baan, Michael Hudler, Daniel Schwartz,

El Tiempo Bogotá, Antanas Mockus

Tłumaczenie: Marcin Wawrzyńczak

Redakcja merytoryczna: Piotr Juskowiak

Koordynacja: Ela Petruk

Adiustacja: Aleksandra Motyka | tessera.org.pl

Korekta, skład i łamanie: Anna Papiernik | tessera.org.pl

Opracowanie zdjęć: Paweł Wójcik | tessera.org.pl

Projekt graficzny i typograficzny: Marcin Hernas | tessera.org.pl

Wydawca

Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana

ul. Mokotowska 65 / 7, 00-533 Warszawa

www.beczmiana.pl | bec@beczmiana.pl

Zamówienia

www.sklep.beczmiana.pl | sklep@beczmiana.pl

Współwydawca

Fundacja Res Publica im. H. Krzeczkowskiego

ul. Gałczyńskiego 5, 00-362 Warszawa

www.publica.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

Virtualo Sp. z o.o.

konwersja.virtualo.pl

1.png

Przedmowa do wydania polskiego
KUBA SNOPEK

 

Cieszę się, że książka Justina McGuirka, autora od wielu lat dobrze znanego zachodniemu czytelnikowi, została przetłumaczona na język polski. Nie będąc architektem, lecz dziennikarzem, McGuirk formułuje ważne opinie na temat kondycji współczesnego miasta i architektury. Zyskał dzięki nim opinię krytyka i obserwatora architektury, który nad wyraz wnikliwie analizuje współczesne trendy kształtujące nasze miasta, po czym zrozumiałym dla każdego językiem tłumaczy je szerokiej publiczności. Publikował w opiniotwórczym „Guardianie”, redagował znamienity magazyn „Icon”, znany jest także jako komentator popularnego bloga Dezeen.com. Choć pisze o wielu różnych tematach i regionach świata, wszystkie jego opowieści łączy wyrazista lewicowa perspektywa, budująca spójną narrację o demokratycznym mieście, o architekturze społecznie zaangażowanej i sprawiedliwej.

W 2012 roku, razem ze znanym fotografem architektury Iwanem Baanem i wenezuelską grupą projektową Urban- Think Tank, Justin McGuirk zdobył Złotego Lwa na Weneckim Biennale Architektury – najwyższy dowód uznania architektonicznego świata. Nagrodzona wystawa poświęcona była znajdującemu się w Caracas fascynującemu wieżowcowi Torre David – ekstremalnemu przykładowi architektury na wpół formalnej, na wpół spontanicznej. Ten zjawiskowy budynek i jego wartość doskonale opisane są w Radykalnych miastach. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że nagroda przyznana temu właśnie pawilonowi zwróciła oczy całego świata (a nawet wykreowała architektoniczną modę) na region Ameryki Łacińskiej. Od pewnego już czasu architekci i miejscy aktywiści nieśmiało patrzyli w stronę São Paulo, Kurytyby czy Bogoty, lecz dopiero oficjalne wyrazy uznania dla pracy McGuirka, Baana i Urban- Think Tank szeroko otworzyły drzwi na ten kontynent. Duża liczba prac poświęconych temu regionowi na następnym biennale w Wenecji, a także nagroda dla pawilonu Chile w 2014 roku, mogą być tego dowodem.

Bez względu jednak na modę trzeba przyznać, że z punktu widzenia tworzenia nowych idei miejskich Ameryka Łacińska jest regionem niezwykle istotnym. Stereotypowo postrzegamy miasta Ameryki Południowej i Środkowej jako siedliska biedy, niebezpieczne epicentra rozwarstwienia społecznego, niesprawiedliwości i przestępczości. To jednak tylko część prawdy. Wymienione patologie oczywiście występują w São Paulo, Meksyku czy Hawanie (wymieniam jedynie miasta, które zdarzyło mi się odwiedzić i pracować z lokalnymi architektami oraz aktywistami), ale nie można patrzeć na te miejsca, nie dostrzegając wszystkich niesamowitych projektów, które owym stereotypom się przeciwstawiają. Współcześni architekci Ameryki Łacińskiej posiedli niezwykłą umiejętność identyfikowania istoty trapiących ich miasta problemów oraz współpracowania z mieszkańcami. A co jeszcze ważniejsze, mają nawyk twórczego redefiniowania frazy „projekt architektoniczny” oraz tego, co kryje się pod nazwą ich własnej profesji. Wiele z tych projektów McGuirk opisuje w Radykalnych miastach, pokazując ich społeczne tło, a także przedstawiając czytelnikowi konkretnych ludzi stojących za każdą z miejskich transformacji.

Przypomina mi to trochę sytuację znaną nam ze współczesnej Polski: wśród najbardziej przełomowych projektów miejskich ostatnich kilku lat można znaleźć zarówno tradycyjnie rozumianą architekturę, zaprojektowaną przez architektów profesjonalistów, jak i wszelkiego rodzaju interwencje, za które odpowiadają różnorakie fundacje, aktywiści, entuzjaści, lokalni politycy czy nawet społeczności internetowe. Myślę, że polski czytelnik znajdzie takie paralele i wiele z opisanych przez McGuirka projektów uzna za inspirujące.

Cieszę się, że ta książka ukaże się po polsku właśnie teraz, kiedy ogólnopolska dyskusja na temat miasta i ruchów miejskich zaczęła nabierać życia. Radykalne miasta mogą być w tej dyskusji interesującym głosem, zastrzykiem energii z zupełnie nieoczekiwanej strony. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że miasta amerykańskie nie mają zupełnie nic wspólnego z polskimi. Różnią je przecież historia, klimat, skala, poziom zamożności i przestępczości – praktycznie wszystko. Ale da się także znaleźć podobieństwa. Inaczej niż miasta zachodniej Europy, z którymi lubimy porównywać Wrocław, Trójmiasto czy Warszawę, miasta Ameryki Łacińskiej nie zostały do końca zdefiniowane. Podobnie jak miasta polskie, nadal poszukują swojej idealnej formy, tożsamości, eksperymentują ze sposobami zarządzania, systemem wewnątrzmiejskiej dyskusji oraz formami transportu. Spoglądanie w stronę miast Ameryki Łacińskiej wydaje się też bardziej uzasadnione, niż na przykład szukanie inspiracji w miastach rosyjskich. Choć te ostatnie dzielą z miastami polskimi kawał wspólnej historii i mają podobną architektoniczną spuściznę, to jednak fenomen, który stanowi esencję polskich miejskich przemian – ruchy oddolne – w miastach rosyjskich, z przyczyn oczywistych, nie ma racji bytu.

Tymczasem, wbrew wszelkim światowym trendom, miasta coraz bardziej demokratyzującej się Ameryki Łacińskiej aż kipią od fascynującej energii. Energii, która potrafi zmienić piekło faweli w dobrosąsiedzką atmosferę; energii, która wykorzystuje zawsze-za-małe środki w najbardziej twórczy sposób; energii, która w jedną noc zaludni wieżowiec i dla dobra ludzi wybuduje w tropikach wyciąg narciarski; energii, która każe, na przekór wszystkiemu, budować biednym rodzinom baseny – tak po prostu, aby spełnić ich marzenia. W Radykalnych miastach opisom tych niesamowitych projektów zawsze towarzyszy refleksja na tematy bardziej ogólne i ponawiane podskórnie pytanie o to, czym jest miasto. Kto powinien je projektować i za nie odpowiadać? Gdzie należy wytyczyć granicę pomiędzy formalną strukturą a spontaniczną magmą oddolnej ludzkiej aktywności? Choć spomiędzy słów McGuirka przeziera południowoamerykańskie słońce, jestem pewien, że wiele z jego pytań ma charakter uniwersalny i będą interesujące również dla polskiego czytelnika.

Polecam Radykalne miasta każdemu, kto zainteresowany jest współczesną dyskusją o miastach; każdemu, kto śledzi różnorakie miejskie tendencje, szuka nowych modeli miejskiej interakcji, interesuje się architekturą w szerszym znaczeniu tego słowa. Klarowny i niekiedy dowcipny styl McGuirka, jego wprawne oko obserwatora architektury i wrodzona wrażliwość na pewno sprawią, że ta książkowa podróż na drugą półkulę okaże się nie tylko wartościowa, ale również przyjemna!

Moskwa, 2 marca 2015

KUBA SNOPEK – polski urbanista i badacz architektury. Absolwent Wydziału Architektury na Uniwersytecie Wrocławskim i moskiewskiego Instytutu „Strelka”, gdzie obecnie pracuje. Zajmuje się projektami badawczymi mieszczącymi się w obszarach planowania miast, mieszkalnictwa i architektury XX wieku. Karierę badawczą rozpoczął w biurze Bjarke Ingels Group, w Moskwie pracował z Remem Koolhaasem, zajmując się zagadnieniami ochrony zabytków. Pisze o architekturze, pracuje jako kurator wystaw i wykładowca. W 2014 roku wraz z Justinem McGuirkiem był kuratorem wystawy Urban Routines, poświęconej związkom pomiędzy życiem codziennym i architekturą Moskwy. Jest autorem książki Bielajewo. Zabytek przyszłości, wydanej przez Fundację Bęc Zmiana w 2014 roku.

Czym jest radykalne miasto?
ARTUR CELIŃSKI

 

Kiedy w Polsce formowały się ruchy miejskie, a wraz z nimi postulaty zmian dotyczących funkcjonowania naszych miast, wśród komentarzy padających z różnych stron nie brakowało określeń o radykalnym charakterze. Trudno było spodziewać się innej reakcji – głos upominający się o spójny rozwój miejskiej społeczności, włączenie mieszkańców w procesy podejmowania istotnych dla nich decyzji politycznych czy uporządkowanie chaosu przestrzennego brzmiał rzeczywiście jak nawoływanie do porzucenia dotychczasowych reguł życia społecznego i politycznego.

Polskie miasta bardzo długo trzymały się logiki rozwoju definiowanej poprzez wzrost (albo spadek). Wpisywało i niestety wciąż wpisuje się to w sposób oceny skuteczności i efektywności polityk publicznych. Bo jeśli czegoś nie udawało się zapisać jako liczby, to formalnie nie istniało. Mierzymy więc rozwój wzrostem PKB, wysokością średniej płacy albo liczbą mieszkańców. W kulturze miejskiej dzielimy ilość pieniędzy przez liczbę uczestników, a sukces budżetów partycypacyjnych mierzymy wysokością przeznaczonych do podziału funduszy i liczbą zgłoszonych wniosków. Nawet w przypadku zrównoważonego transportu, a konkretniej rozbudowy sieci ścieżek rowerowych, dyskusja częściej dotyczy długości niż spójności tworzonego przez nie systemu miejskiego transportu. Tereny pod rewitalizację wybieramy zaś, patrząc na liczbę popełnianych przestępstw, osób długotrwale bezrobotnych lub pozostających pod opieką pomocy społecznej. To, co najciekawsze – to, co dzieje się między ludźmi i decyduje o jakości tworzącej się wspólnoty, gdzieś nam w tym liczeniu umyka. Jeśli zgadzają się liczby i wskaźniki, możemy spać spokojnie.

Za radykalne można więc uznać w Polsce to, co się liczbom wymyka. Za zbyt radykalne uznali pracownicy Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego sformułowanie celu działań wokół Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu jako „pogłębienie obywatelskości wrocławian i Polaków, ich gotowości do uczestnictwa w życiu miasta i państwa oraz poczucia odpowiedzialności za przyszłość i młode pokolenie”, uznając, że wydadzą pieniądze publiczne tylko na coś, co można zmierzyć. Oficjalnie więc celem ESK jest „zwiększenie uczestnictwa mieszkańców Wrocławia, Dolnego Śląska i Polski w działaniach kulturalnych organizowanych poprzez realizację programu ESK Wrocław 2016”. Logice tej umyka fakt, że zupełnie nielogicznym jest mierzenie czegoś, co z oczywistych przyczyn w roku 2014 musi wynosić zero (bo nie ma działań kulturalnych prowadzonych w ramach programu ESK), a w roku 2016 wynieść może ponad trzy miliony (bo w 2016 wszystkie działania będą prowadzone w ramach programu ESK). Księgowi są zaspokojeni, decydenci bezpieczni, a to, czy rzeczywiście kultura zostanie wykorzystana jako czynnik zmiany społecznej, pozostaje zmartwieniem tylko takich radykałów jak ja.

Niewątpliwie radykalna jest też w Polsce wiara w społeczeństwo obywatelskie. Wszystkie dane na niebie i ziemi wskazują, że ono nie istnieje. Szanowana przez Polaków „Diagnoza społeczna” w swoim ostatnim wydaniu zwraca uwagę, że dopiero w 2013 roku „pojawiły się niewielkie oznaki budowy społeczeństwa obywatelskiego” i „wzrosła również nieco wrażliwość na naruszanie dobra wspólnego”. Wciąż jednak mamy „jedne z najniższych w Europie wskaźniki uogólnionego zaufania, aktywności obywatelskiej, pracy na rzecz społeczności lokalnej i skłonności do zrzeszania się”. W liczbach trudno więc opisać fenomen aktywistów, konsultantów i partycypantów, którzy trwale i konsekwentnie pokazują, że ustawowy zapis mówiący o tym, że mieszkańcy gminy tworzą wspólnotę samorządową, ma znacznie głębszy sens, niż to się naszym lokalnym matematykom wydaje. Chociaż z drugiej strony wcale nie tak trudno podać liczbę spotkań, warsztatów, uczestników, procesów, zjedzonych ciastek i wypitych kaw. Tylko że wówczas ciężko sprawdzić, co jest dialogiem pozorowanym, a co tym radykalnym, czyli realnym.

Na szczęście liczby też mogą być radykalne. Ostatni raport Eurobarometru z 2013 roku, poświęcony dostępowi i uczestnictwu w kulturze, pokazuje na przykład, że w Polsce nie tylko nie wzrósł, ale wręcz spadł poziom uczestnictwa w kulturze. Liczba osób, których uczestnictwo określa się jako „niskie", wzrosła od 2007 roku o dziewiętnaście procent. Badania czytelnictwa pokazują zaś, że „rzeczywistych” czytelników w 2012 roku mieliśmy tylko jedenaście procent. W porównaniu do 2004 roku to spadek o ponad sto procent. Istotne jest jednak, co zrobimy z analizą tych danych. Można uznać, że Polacy tracą zapotrzebowanie na kulturę i mamy do czynienia z postępującym zidioceniem społeczeństwa. Można też pomyśleć, że może znaleźliśmy jakieś źródła kultury, które umykają stosowanym wszem i wobec wskaźnikom. Idiotami w takiej perspektywie są ci, którzy próbują na taką sytuację odpowiedzieć za pomocą jeszcze większej liczby tradycyjnych wskaźników, zamiast starać się zmienić sposoby tworzenia i realizacji polityki kulturalnej. Taką sytuację tworzy obowiązująca Strategia Rozwoju Kapitału Społecznego, która stopień rozwiązywania problemu braku uczestnictwa w uznanych jego formach (teatr, kino, literatura, koncert, wystawa) mierzyć chce odsetkiem Polaków uczestniczących w tychże formach kontaktu z kulturą.

Radykalność liczby dotknęła nas także wtedy, gdy okazało się, że powietrze naszych miast należy do najbardziej zanieczyszczonych w Europie. Grożące nam za to gigantyczne kary ze strony Unii Europejskiej zmuszają dziś decydentów i urzędników do znalezienia szybkiej i efektywnej odpowiedzi. Mówi się o tym, żeby nie wpuszczać starych aut do centrum. Przypominamy sobie o istnieniu korytarzy napowietrzających, które nie tak dawno jeszcze ochoczo zabudowywaliśmy. Chcemy wzmacniać alternatywne do aut środki transportu publicznego. Krótko mówiąc, sięgamy po te wszystkie niegdyś radykalne pomysły, które wypromowali radykalni przecież miejscy aktywiści.

Justin McGuirk również zainteresował się radykalnymi pomysłami. Zebrał i opisał w swojej książce wszystkie te przejawy aktywności i działań, które wydają się świetnym eksperymentem podważającym uznane dotychczas standardy radzenia sobie z powszechnie znanymi problemami. Wprowadza nas w arkana nieformalnych miast i pokazuje, że to, co nieradykalni decydenci uznają za przejawy chaosu, beznadziei i prymitywizmu, nie tylko takie nie jest, ale wręcz przeciwnie – może być nadzieją dla wszystkich na budowę takich miast, które są „smart” bez względu na liczbę zamontowanych w nich czujników ruchu, przepływu i zużycia. McGuirk dostrzega społeczeństwo obywatelskie i partnera do współtworzenia miasta tam, gdzie zwykliśmy widzieć niedouczoną biedotę o silnych więziach plemiennych i słabych kompetencjach obywatelskich. Nie jest wobec opisywanych osób i społeczności bezkrytyczny (choć czasami rzeczywiście czuć w nim nadmierne podniecenie i entuzjazm), ale pokazuje swoim czytelnikom, że zamiast traktować mieszkańców jak hołotę, którą trzeba wyedukować i ucywilizować, możemy po prostu wspólnie z nimi budować miasta. Trzeba jedynie stworzyć im uczciwą przestrzeń i pamiętać, że miasto to nie tylko liczby. A radykalne miasta to w istocie te, które o liczbach zapominają.

ARTUR CELIŃSKI – zastępca redaktora naczelnego „Res Publiki Nowej”, członek redakcji „Magazynu Miasta” i szef zespołu DNA Miasta, politolog. Inicjator i członek Zespołu ds. Miejskich Polityk Kulturalnych działającego przy Narodowym Centrum Kultury. Miejski aktywista – członek Kongresu Ruchów Miejskich. Ekspert w dziedzinie polityki kulturalnej i znaczenia kultury dla rozwoju miast. Promotor innowacji w zarządzaniu politykami publicznymi i wprowadzaniu narzędzi dialogu obywatelskiego.

Radykalne miasta

 

„Ameryka Łacińska to Afryka, Azja i Europa w jednym”.

— FÉLIX GUATTARI Molecular Revolution in Brazil

„»Kim chcecie być?« – zapytał studentów anarchista. »Prawnikami, by odwoływać się do prawa bogatych, które z zasady jest niesprawiedliwe? Lekarzami, by opiekować się bogaczami, a suchotnikom ze slumsów przepisywać pożywną dietę, świeże powietrze i brak wysiłku? Architektami, by projektować bogaczom wygodne domy? Rozejrzyjcie się wokoło i zróbcie rachunek sumienia. Czy nie rozumiecie, że waszym obowiązkiem jest co innego: sprzymierzyć się z wyzyskiwanymi i pracować na rzecz zniszczenia nieznośnego systemu?«”.

— VICTOR SERGE parafraza ulotki autorstwa PIOTRA KROPOTKINA Memoirs of a Revolutionary

Wstęp

 

Sobota, 30 czerwca 1962 roku.

Godzina 9.35.

Prezydent Kennedy przybywa na osiedle mieszkaniowe.

Zwiedzanie osiedla – krótka ceremonia.

Powyższą informację znalazłem w archiwum cyfrowym Johna F. Kennedy’ego, w harmonogramie jego oficjalnej wizyty prezydenckiej w mieście Meksyk z 1962 roku. Powiedziano mi, że zabrano go wtedy do Nonoalco-Tlatelolco, olbrzymiego osiedla mieszkaniowego, największego tego rodzaju miejsca w Ameryce Łacińskiej. I to miało sens. Co innego pokazalibyście w latach 60. amerykańskiemu prezydentowi, żeby pochwalić się postępami modernizacji swojego kraju, jak nie właśnie ciągnące się po horyzont rzędy bloków mieszkalnych? Czyli mechanizację, awans społeczny i potęgę gospodarczą w jednym przekonywającym obrazie.

A jednak moje źródło się myliło. Kilka stron dalej ten sam harmonogram wyjaśnia, że Kennedy tak naprawdę odwiedził osiedle Unidad Independencia, nie Tlatelolco, które było jeszcze wtedy nieukończone. Frustracja gospodarzy wydaje się niemal namacalna. Dwa lata później miasto mogłoby się pochwalić projektem nieskończenie bardziej ambitnym. Fotografie przedstawiające Tlatelolco zaraz po jego ukończeniu w roku 1964 to jedne z najbardziej przemawiających do wyobraźni wizerunków budownictwa socjalnego, jakie w życiu widziałem. Ogromne bloki stoją dumnie, rząd za rzędem, górując nad rozlewającą się w niekontrolowany sposób niską zabudową miasta Meksyk. Ich regularne, do granic powtarzalne fasady przypominają obudowy superkomputerów albo serwerownie avant la lettre.

Oto modernistyczna utopia w skali, o jakiej marzył Le Corbusier, ale nigdy nie zdołał jej zrealizować. Na Tlatelolco, swoiste miasto w mieście, składało się sto trzydzieści budynków z piętnastoma tysiącami mieszkań. W szczytowym okresie mieszkało tu prawie sto tysięcy ludzi. Wydawało się, że miasto Meksyk potrzebuje właśnie takiego rozwiązania, żeby uporać się z problemem przeludnienia wywołanego uprzemysłowieniem i związaną z nim masową migracją ludności wiejskiej. Liczba mieszkańców stolicy kraju wzrosła z nieco ponad miliona w roku 1940 do prawie piętnastu milionów cztery dekady później.

Tlatelolco zaprojektował Mario Pani. Jak wielu wybitnych architektów południowoamerykańskich tego pokolenia kształcił się w Europie, a konkretnie w Paryżu, gdzie studiował na École des Beaux--Arts w latach 20., zanim nasiąknął duchem corbusierowskiego modernizmu. W swoim wcześniejszym projekcie mieszkaniowym, ukończonym w 1948 roku osiedlu Presidente Miguel Alemán, wykorzystał nawet zygzakowate bloki znane z Ville Radieuse, projektu idealnego miasta autorstwa Le Corbusiera. Choć w pewnej mierze pomysły Paniego były wtórne, to urzeczywistniał on idee istniejące dotąd tylko na papierze. Tlatelolco było doprowadzeniem modernistycznego ideału budownictwa socjalnego do jego logicznego – wielu powiedziałoby pewnie: absurdalnego – zwieńczenia. Jeżeli w połowie XX wieku miasto przyszłości miało składać się z rzędów megabloków w otoczeniu parków i ogrodów, to przyszłość wyglądała jak Tlatelolco.

Tak naprawdę Pani planował tam budowę „pięciu do sześciu” podobnych osiedli, na kolejnych trzech milionach metrów kwadratowych. Postulował wyburzenie dużych obszarów miasta Meksyk, aby umożliwić rozkwit nowej wizji. Powołując się do samego końca na Le Corbusiera, nigdy nie przyjął do wiadomości, że szwajcarski geniusz mógł być – by użyć określenia Henriego Lefebvre’a – „dobrym architektem, ale beznadziejnym urbanistą”. W 1964 roku idee Paniego wciąż oznaczały postęp.

W Zapomnianych [Los Olvidados], filmie Luisa Buñuela o rzezimieszkach ze stolicy Meksyku, młodociany przestępca morduje i okrada rywala. Jest to scena pierwotna, przywodząca na myśl Kaina zabijającego Abla, tyle że u Buñuela w tle widzimy stalową konstrukcję nowoczesnego budynku. Czy to dom mieszkalny? Nie da się tego stwierdzić. Tym niemniej wyrastająca z jałowej ziemi przestrzenna rama staje się niewątpliwie symbolem nadchodzącego postępu. W malowanym przez Buñuela bezlitośnie pesymistycznym obrazie życia w mieście Meksyk w 1950 roku przestępczość pokazana została jako nieuchronny skutek biedy. Przelotne ujęcie placu budowy to chyba jedyny moment nadziei w całym filmie: sugeruje zmianę, przychodzący na ratunek modernizm.

To nie Tlatelolco powstaje w Zapomnianych, choć równie dobrze mogłoby chodzić o nie. Zbudowano je na miejscu przeludnionej dzielnicy slumsów, a zamówiony przez rząd projekt Paniego miał z jednej strony zapewnić nowe mieszkania dotychczasowym lokatorom, a z drugiej – przyciągnąć nowych z klasy średniej, by tchnąć w osiedle społeczną różnorodność. Krótko mówiąc, było to klasyczne czyszczenie slumsów. Pani osiągnął podobnie wysoką gęstość zaludnienia co wcześniej – około tysiąca osób na hektar – lecz za pomocą sterylnych, wertykalnych maszyn otoczonych hektarami przestrzeni publicznej. Do jego wizji można mieć różne zastrzeżenia, zarówno urbanistyczne, jak i estetyczne, lecz tak naprawdę jej klęską okazał się ostateczny efekt. Stworzone z myślą o biednych, Tlatelolco stało się w przeważającej mierze domem dla urzędników i pracowników państwowych kolei oraz służby zdrowia. Mieszkańców slumsów jak zwykle przerzucono gdzie indziej. Była to najpoważniejsza porażka projektu, który zasłynął z zupełnie innych powodów.

W samym środku osiedla znajduje się historyczne miejsce. Tam, gdzie dziś widać ruiny piramidy, Aztekowie zostali ostatecznie pokonani przez Hiszpanów; tuż obok stoi zwiastujący nową epokę XVI-wieczny kościół pod wezwaniem Świętego Jakuba. Pani ujął te zabytki w formę rozległego placu, zwanego placem Trzech Kultur, i otoczył je brutalistycznymi blokami mieszkalnymi. Kultury, o których mowa, to kultura przedkolumbijska, kolonialna i nowoczesna, razem tworzące symboliczny zespół – połączenie modernizującego się Meksyku i jego przeszłości. Na architektoniczną alegorię Paniego padł jednak cień tragedii.

W październiku 1968 roku, zaledwie dziesięć dni przed otwarciem letnich igrzysk olimpijskich w stolicy Meksyku, studenci wybrali plac Trzech Kultur na miejsce prodemokratycznej demonstracji, skierowanej przeciwko autorytarnie rządzącemu prezydentowi Gustavowi Díazowi Ordazowi i jednopartyjnemu ustrojowi, który za nim stał. Reagując nerwowo na wszelkie oznaki społecznych niepokojów w przededniu olimpiady, Díaz Ordaz zawezwał wojsko, co doprowadziło do śmierci kilkuset studentów z rąk żołnierzy strzelających z okolicznych bloków. Poeta Octavio Paz opisał to jako powtórkę azteckiego rytuału: „setki chłopców i dziewcząt złożonych w ofierze / na ruinach piramidy”. Był to pierwszy cios w Tlatelolco jako symbol nowoczesnego Meksyku. Drugi to zawalenie się jednego z budynków w efekcie trzęsienia ziemi w 1985 roku. Katastrofę spowodowało najpewniej obchodzenie norm przez firmy budowlane, co jest powszechną bolączką budowanych w całej Ameryce Łacińskiej osiedli mieszkaniowych. Kilkanaście innych budynków trzeba było wyburzyć z powodu naruszenia konstrukcji, a cały kompleks musiał przejść kapitalny remont. W ostatecznym rozrachunku przyniosło to wizji Paniego jeszcze bardziej bolesny uszczerbek.

Od tamtego czasu Tlatelolco zmieniło się niemal nie do poznania. W sklepie mięsnym przy placu, pośród plakatów sławiących korridę i byczych głów – właściciel jest byłym torreadorem – znajdziecie wielkoformatowe fotografie przedstawiające osiedle zaraz po jego zbudowaniu. Teraz nie ma tam już fasad w szachownicę, zostały przykryte grubą betonową skórą. Skorupy te nałożono po trzęsieniu ziemi, aby wzmocnić budynki, i tak dodano kolejną archeologiczną warstwę do miejsca już wypełnionego historycznymi znaczeniami. Niektóre budynki, jeżeli porówna się je z fotografiami wiszącymi u rzeźnika, wyraźnie zmieniły swój kształt, jakby w celu poprawienia ich stabilności odjęto im kilka górnych pięter. Za rogiem jest miejsce pamięci poświęcone ofiarom zawalonego bloku.

Obejrzawszy zdjęcia, czuję, że powinienem coś kupić. Proszę o colę, ale były torreador nie pozwoli mi zabrać butelki; przelewa zawartość do przezroczystej plastikowej torebki i wręcza mi ją wraz ze słomką. Stoję pośrodku placu Trzech Kultur, popijając colę, i przyglądam się temu zderzeniu idei. Po jednej stronie czarna, wulkaniczna skała piramidy i kościoła, po drugiej wielka płyta – różne stopnie mistycyzmu i racjonalizmu, lecz istotnie trzy wyznania wiary. Jest tam tablica upamiętniająca zdobycie Tlatelolco przez Hernána Cortésa w 1521 roku i opisująca „bolesne narodziny mieszanego etnicznie kraju, jakim jest dzisiejszy Meksyk”. Jeżeli ten plac rzeczywiście symbolizuje narodziny narodu, to ukazuje również powstanie i nagły upadek utopijnej wizji nowoczesnego planowania w Meksyku.

Ruszam ku przeciwległemu krańcowi osiedla, od którego dzielą mnie blisko dwa kilometry. Skala Tlatelolco jest wciąż onieśmielająca. Po trzęsieniu ziemi osiedle podupadło, a w latach 90. stało się miejscem niebezpiecznym. Dzisiaj się jednak tego nie czuje. Ogrody są bujne i starannie utrzymane – pod tym względem tropikalny klimat Ameryki Łacińskiej okazał się wyrozumiały dla importowanej z Europy brutalistycznej architektury, łagodząc jej bezlitosny styl. Okolica wydaje się bezpieczna. Wiem, że to bardzo nienaukowe stwierdzenie, ale opieram się na porównaniu z osiedlami innych miast kontynentu, gdzie nikt z miejscowych nie chciał ze mną jechać, a jeśli przyjechał, to bał się wysiąść z samochodu. To jednak tylko akademickie rozważania, bowiem poziom przestępczości niepokoi mieszkańców. Handel narkotykami i walki gangów pozostają nierozwiązanym problemem, a co drugi mieszkaniec był ofiarą albo świadkiem przemocy. Co więcej, wciąż istnieją obawy co do stabilności niektórych budynków.

Brzmi to znajomo. Osiedla mieszkaniowe w Europie i Ameryce Północnej przeżywały te same kłopoty i tak samo odwróciła się od nich opinia publiczna. Chociaż rzadko była to wina samej architektury – częściej chodziło o brak odpowiedniej konserwacji, złe zarządzanie i zaniedbania wynikające z biedy – obciążano nią architektów. Ich grzechy katalogowano i uogólniano: traktowanie ludzi, jakby byli mrówkami, szpecenie miast, zastępowanie różnorodności standaryzacją, powtarzalność, powtarzalność, powtarzalność. Władze uznawały to za „porażkę” i wykorzystywały jako pretekst, by w ogóle zarzucić budownictwo socjalne, oczekując, że sektor prywatny zapełni lukę podażową, i pozwalając, by neoliberalna polityka deweloperów jeszcze bardziej pogłębiła miejskie nierówności. W Londynie, w chwili, gdy piszę te słowa, osiedla mieszkaniowe, stanowiące jedne z najbardziej widocznych symboli państwa opiekuńczego działającego od lat 30., burzy się po to, by zrobić miejsce dla „luksusowych apartamentowców” wznoszonych przez prywatne firmy. Podobnie jak w Ameryce Łacińskiej, biedni zostaną wypchnięci na peryferie albo wręcz poza granice miasta.

Dlaczego więc przypadek Ameryki Łacińskiej jest szczególny? I czego może nas nauczyć? Jak się przekonamy, państwa Ameryki Południowej i Środkowej stały się sceną jednych z największych eksperymentów urbanistycznych w XX stuleciu. Nie zapominajmy też, że Ameryka Łacińska przeżyła doświadczenie masowej urbanizacji na długo przed Chinami i Afryką, gdzie liczba ludności miejskiej rośnie w tempie wywołującym panikę u większości obserwatorów tego procesu. W latach 50. i 60. XX wieku podobną prędkość urbanizacji odnotowano w Brazylii, Meksyku, Wenezueli i Argentynie. Truizmem stało się stwierdzenie, że ponad połowa ludności Ziemi żyje w miastach, lecz w wielu krajach latynoamerykańskich poziom zurbanizowania od dziesięcioleci sięga osiemdziesięciu procent. To właśnie próba radzenia sobie z intensywnością migracji ludności ze wsi do miast skłoniła lokalnych architektów, aby podjęli rękawicę rzuconą światu przez europejskich modernistów. Zestandaryzowane, wytwarzane przemysłowo budownictwo mieszkaniowe było przyszłością, która miała zostać przystosowana do skali Nowego Świata.

Zostawmy na chwilę Le Corbusiera. Jego słynna Jednostka Marsylska [Unité d’Habitation] – najpełniejsza realizacja jego wizji masowego mieszkalnictwa – liczyła jedynie trzysta trzydzieści siedem mieszkań. Pomyślmy raczej o największych archetypowych osiedlach w Europie i Ameryce Północnej. Przychodzi mi do głowy nieszczęsny projekt Pruitt-Igoe w Saint Louis w stanie Missouri. Zaprojektowany w 1952 roku przez Minoru Yamasakiego, liczył łącznie dwa tysiące osiemset siedemdziesiąt mieszkań. Nawet Le Mirail, zbudowane od podstaw modernistyczne miasteczko pod Tuluzą we Francji, zaprojektowane przez Candilisa Josica Woodsa w 1961 roku, składało się zaledwie z pięciu tysięcy sześciuset lokali mieszkalnych. Porównajmy to teraz z niezwykłym osiedlem 23 de Enero autorstwa Carlosa Raúla Villanuevy w Caracas, które w 1957 roku liczyło dziewięć tysięcy mieszkań. Albo z samym Tlatelolco z jego piętnastoma tysiącami lokali mieszkalnych. W kontekście tego ostatniego brytyjski „Architectural Review” pisał: „Mimo lat uodparniania się na kształty niemeyerowskie1 północni Europejczycy wciąż mogą doznawać wstrząsu w zetknięciu z latynoamerykańską brawurą”.

Niezależnie od tej brawury to właśnie w Ameryce Łacińskiej modernistyczna utopia sięgnęła swojego końca. 23 de Enero uosabia dzisiaj wszystkie problemy, które trapią tę ambitną i jednomyślną wizję masowego budownictwa mieszkaniowego. To przeludnione, zmagające się z wysokim poziomem przestępczości osiedle tworzy w istocie wyjętą spod prawa enklawę, gdzie policja zapuszcza się tylko wtedy, gdy naprawdę nie może tego uniknąć. Wokół i pomiędzy „superblokami” wyrósł gąszcz slumsów, organizm, który zdaje się je łączyć na zasadzie symbiotycznej relacji. Takie właśnie hybrydalne formy rozwijają się w miastach Ameryki Łacińskiej, gdzie racjonalistyczna wizja z połowy XX wieku ustępuje przed nieuchronną logiką miasta nieformalnego.

Na początku lat 70. modernistyczna architektura mieszkaniowa była już w dużym stopniu zdyskredytowana w Europie i Ameryce Północnej. Historyk architektury Charles Jencks mówił o zburzeniu osiedla Pruitt-Igoe w 1972 roku jako o końcu modernizmu2. W Ameryce Łacińskiej wyglądało to nieco inaczej, ambitne projekty budownictwa mieszkaniowego były tu realizowane do końca lat 70., często przez wojskowe dyktatury, które w ten sposób nagradzały swych zwolenników. Wydaje mi się, że to zgoła inne, wcześniejsze wydarzenie zaznaczyło koniec ideału budownictwa socjalnego, a wraz z nim koniec panowania architekta jako najważniejszej siły sprawczej w procesie budowy miast.

W 1968 roku peruwiański prezydent Fernando Belaúnde zainicjował we współpracy z Organizacją Narodów Zjednoczonych projekt, który miał na celu rozwiązanie coraz bardziej palącego problemu slumsów [barriadas] w stolicy kraju, Limie. PREVI – Proyecto Experimental de Vivienda [Eksperymentalny Projekt Mieszkalny] – prezentował odmienne założenia, bowiem zamiast ciężkiej artylerii megabloków proponował inteligentne rozwiązania w postaci pojedynczych domów, które mieszkańcy mogli rozbudowywać, w miarę jak powiększała się ich rodzina. Dawało to oczywiście możliwość, jakiej nie może zaoferować mieszkanie w bloku. Pomysł narodził się dzięki badaniom angielskiego architekta Johna Turnera, który przeanalizował barriadas Limy i przekonująco argumentował, by nie postrzegać ich jako slumsów przeznaczonych do wyburzenia, lecz jako kreatywną i sensowną odpowiedź na potrzeby biednych. Po co przenosić ludzi do nowych bloków na obrzeżach miasta, z dala od miejsc pracy i z czynszami, na które nie będzie ich stać? Turner sugerował, wzbudzając tym sporo kontrowersji, że korzystniejsze byłoby, gdyby biedni sami budowali swoje domy. Pomysłodawcy PREVI wyszli mu naprzeciw, proponując rozwiązanie hybrydowe. Oto rząd miał stworzyć bazę w postaci dobrej architektury, zaprojektowanej tak, by mieszkańcy mogli ją dostosowywać do własnych potrzeb – było to połączenie modernizmu ze slumsami.

W projekt PREVI zaangażowane były wybitne postaci, prawdziwy dream team awangardowych architektów z całego świata, między innymi: Anglik James Stirling, Holender Aldo van Eyck, japońscy metaboliści, Charles Correa z Indii czy Christopher Alexander z USA. Z powodów, o których wkrótce, projekt zrealizowany został tylko częściowo, a ostatecznie zarzucony. Do niedawna zapomniany, PREVI pozostaje jednym z wielkich „prawie-momentów” XX-wiecznej architektury. Stanowił on bowiem próbę ocalenia architektury – reanimowania jej jako czynnika zmiany społecznej. Był to jednak ostatni raz, gdy wiodący architekci mieli wspólnie podnieść kwestię budownictwa socjalnego.

Od tego momentu w miastach Ameryki Łacińskiej przyjął się nowy sposób myślenia. Dla wszystkich stało się jasne, że zwyczajnie nie da się budować bloków na tyle szybko, by zaspokoić rosnący popyt, ani na tyle tanio, by nie doprowadzać kolejnych państw do bankructwa. Turner skutecznie przekonywał, że biednym lepiej służy, kiedy sami pilnują swoich interesów i budują własne nieformalne osiedla. „Jak pokazał projekt wenezuelskiego »superbloku«, żadnego państwa, jakkolwiek byłoby bogate, nie stać na całkowite zaspokojenie popytu na mieszkania”, pisał w 1963 roku. Zgodnie z taką realpolitik slumsy nie były problemem, lecz rozwiązaniem. Do podobnego wniosku, co chyba nie powinno dziwić, doszły też same państwa, coraz bardziej niezdolne, albo niechętne, by przeznaczać na budownictwo tak duże środki jak wcześniej. Nie żeby politycy w Ameryce Łacińskiej czytali Turnera czy choćby znali jego nazwisko. Zbiorowy odwrót od paternalistycznego poczucia odpowiedzialności następował na o wiele wyższym poziomie. Słuchając neoliberalnych zaleceń Międzynarodowego Funduszu Walutowego, wiele rządów uznało, że rozwiązaniem problemu mieszkaniowego będzie wolny rynek. Był to ten sam błąd, jaki w Wielkiej Brytanii popełniła Margaret Thatcher, tyle że o wiele poważniejszy w skutkach, bo w miastach latynoamerykańskich deficytu mieszkań nie liczyło się w tysiącach, lecz w milionach.

Wolnorynkowe podejście do miast nasiliło się w latach 60. Stanowisko Turnera można postrzegać w kontekście wystąpienia Jane Jacobs broniącej hałaśliwych ulic Greenwich Village3, studiowania wiosek dogońskich w Mali przez członków Team 10 czy wyśmiewania Le Corbusiera i jego betonowych „kostnic” przez sytuacjonistów. Przykładem takiego podejścia była wystawa Architektura bez architektów przygotowana przez Bernarda Rudofsky’ego w nowojorskim Museum of Modern Art w 1964 roku. Pokazując ponadczasowe piękno architektury wernakularnej, stanowiła ona dowód – jeżeli takowy w ogóle był potrzebny – że przez tysiące lat ludzkość świetnie dawała sobie radę bez architektów. Bo czymże były fawele i barriadas, jeżeli nie produktami tego samego intuicyjnego rzemiosła?

W latach 70. fawele Rio de Janeiro i São Paulo, barrios Caracas, villas miseria Buenos Aires i barriadas Limy zaczęły nabierać nowego wymiaru. Porzuciwszy ideę mieszkania jako prawa, państwa Ameryki Łacińskiej próbowały kontrolować rozwój nieformalnego osadnictwa. Jednym z nowo wprowadzonych rozwiązań było zapewnianie tak zwanej działki z usługami: państwo wytyczało grunt i doprowadzało do niego podstawowe media, a ludzie sami budowali sobie domy. Skoro kwestię zapewniania mieszkań pozostawiono gospodarce wolnorynkowej, coraz mocniej stawiano na niearchitektoniczne sposoby wyciągania ludzi z biedy, na przykład programy pomocy społecznej. Czasy, kiedy architekci, jak Pani czy Villanueva, mogli projektować modernistyczne miasta w mieście, mając pełne poparcie paternalistycznych władz państwowych, dobiegły końca. Ich miejsce zajęli ekonomiści i urzędnicy.

Historię modernistycznego budownictwa socjalnego w Ameryce Łacińskiej przedstawia się często jako dzieje heroicznej porażki – odważnych architektów pracujących dla państw opiekuńczych, które chciały dobrze. W rzeczywistości jednak ich polityka pozostawiała wiele do życzenia. Najgorętszymi zwolennikami budownictwa socjalnego były wojskowe junty, które z krótszymi lub dłuższymi przerwami dzierżyły władzę w Wenezueli, Argentynie, Chile i Brazylii od lat 50. do 80. Kiedy osiedla mieszkaniowe przestały być po prostu narzędziami rozkręcania gospodarki, zaczęto używać ich do przenoszenia dzikich lokatorów z pierwszorzędnych lokalizacji na peryferie, co przyczyniało się do wewnętrznej polaryzacji miast. Można jednak powiedzieć, że do budownictwa socjalnego podchodzono z przekonaniem. To, co nastąpiło potem, oscylowało między zrzeczeniem się odpowiedzialności a kryzysem zarządzania. Nie da się tworzyć uogólnień na temat polityki mieszkaniowej na całym kontynencie, obecne tam podejścia były bowiem równie zróżnicowane jak lokalna polityka i uwarunkowania. Bardziej szczegółowy i zniuansowany obraz wyłoni się z dalszej części tej książki.

Pozwólmy sobie jednak na razie na pewne uogólnienia dotyczące kultury architektonicznej w tym okresie. Powiedziałbym, że gdy budownictwo socjalne przestało być rządowym priorytetem, nie tylko w Ameryce Łacińskiej, ale też w Ameryce Północnej i Europie, architekci stracili swój społeczny cel. Bloki mieszkalne charakterystyczne dla epoki industrializacji ustąpiły biurowcom zwiastującym nadejście gospodarki opartej na usługach. Modernizm został zastąpiony przez postmodernizm, a przezroczyste szkło racjonalizmu stało się nieprzeniknioną lustrzaną fasadą nowej kultury korporacyjnej. Twórcy awangardowi – czyli ci zbyt młodzi lub zbyt akademiccy, by załapać się na boom biurowo-hotelowy – wycofali się w eksperymenty z architekturą jako autonomiczną formą sztuki, inspirowane filozofią dekonstruktywistyczną i skomplikowaną geometrią. Przenieśmy się szybko w czasie, a ujrzymy powstanie oprogramowania komputerowego dla architektów i globalizującą się gospodarkę, i wreszcie – voilà! – narodziny „starchitekta”.

To, co wydarzyło się w pierwszej dekadzie XXI wieku, jest łatwe do wyśmiania i nic w tej materii się nie zmieni, dopóki bardziej wielkoduszna przyszłość nie wskrzesi „starchitektów” jako bohaterów. Epoka „ikony”, niezależnie od tego, czy mówimy o blobach i innych parametrycznych formach, czy o lodowatym minimalizmie, była efektem wejścia czystej architektonicznej formy na globalny rynek. Pożądały jej korporacyjne elity i przeżywający rozkwit przemysł kulturowy. A sami architekci zupełnie bezwstydnie wykorzystali nadarzające się okazje, gdy przyszło do realizacji budynków ich marzeń. Nawet intelektualiści, tacy jak Rem Koolhaas, ogłaszali kulturę ¥€$, zgodnie z którą architekt i jego klient wzajemnie spełniali swoje najdziksze zachcianki – filozofią, która u młodego akolity Koolhaasa, Bjarke’go Ingelsa, wyrażona została hasłem „Tak znaczy więcej” [Yes is more]. Marksistowski krytyk architektury Manfredo Tafuri już w latach 70. narzekał, że kapitalizm pozbawił architekturę jej ideologicznego celu, a jeszcze przecież niczego nie widział. To, co Tafuri już wtedy postrzegał jako „dramat” architektury, osiągnęło swoją kulminację nieco później: „zobaczyć architekturę zobowiązaną do powrotu do czystej formy, do formy bez utopii; w najlepszym przypadku: do uwznioślenia bezużyteczności”4.

Określenie „forma bez utopii” jest kluczem do architektury początku XXI wieku. W latach 60. architektoniczna awangarda była oddana sprawie budownictwa socjalnego – a Europejczycy tacy jak Alison i Peter Smithsonowie wywarli ogromny wpływ na pokolenie latynoamerykańskich architektów budujących mieszkania socjalne na skalę, z jaką Europejczycy nigdy nie mieli do czynienia. Pytanie dotyczy źródeł tego oddania. Chodziło o idealizm, czy też o fakt, że właśnie budownictwo socjalne zapewniało pracę architektom (a adresatem potakującego ¥€$ lat 60. były państwowe agendy do spraw mieszkalnictwa)? Myślę, że o jedno i drugie. Postrzeganie dorobku tych architektów jako zwykłego chałturzenia oznaczałoby zignorowanie ładunku ideologicznego, jaki się w nim wyraźnie zawiera. Dla odmiany szczytem ambicji architektów pierwszej dekady następnego stulecia było zaprojektowanie muzeum.

Nazwijcie to „efektem Bilbao” czy jakkolwiek inaczej chcecie – fak-tem pozostaje, że zainteresowanie architektów skupiło się na muzeum jako narzędziu miejskiej odnowy, nie wspominając o roli, jaką muzeum odgrywało w budowaniu miejskiej marki. Idea architektury zaprzęgniętej w służbę przemysłu kulturowego jest oczywiście szlachetna. Obserwowanie, jak w owych latach w Hiszpanii otwiera się jedno muzeum za drugim – być może po prostu dlatego, że tamtejsza architektura była lepsza i bardziej umiarkowana od tego, co budowało się w Chinach i Dubaju – wzmagało poczucie wiary w rolę architektury jako miejskiego czynnika cywilizującego. Fakt, że Hiszpania doprowadzała się w ten sposób do bankructwa, pokazuje z perspektywy czasu, że system wspierający te wszystkie muzea był słaby. Sam proces kulturowej odnowy opartej na budowie marki nierozerwalnie wiązał się z neoliberalnym podejściem do miasta, to znaczy myśleniem, że najważniejszym zadaniem jest tak naprawdę podniesienie wartości gruntu i zysk. Jeżeli architektura to tylko spekulacja, to czy istnieje lepsze świadectwo tamtego okresu niż trzy i pół miliona pustych mieszkań w Hiszpanii? Oto kapitalistyczny dramat, przed którym przestrzegał nas Tafuri, dramat architektury tworzonej dla architektury: bez ideologii, bez utopii.

Nietrudno dziś winić architektów za służenie gospodarce spektaklu. W dobie kryzysu „starchitekci" stali się łatwym celem, a „spektakl” używanym z rozpędu określeniem. Ta książka zabierze was jednak w miejsca, które na swój sposób są właśnie spektakularne – nawet jako socjalne budownictwo. Pedregulho, zespół mieszkaniowy Affonsa Reidy’ego zbudowany w latach 50. w Rio, ma falistą fasadę, która sama w sobie miała być spektakularna. Była to tropikalna utopia w działaniu. Podobnym spektaklem jest widok ciągnącego się w dal Tlatelolco – ludzkiego dzieła stworzonego na skalę, która graniczy z przerażającą wzniosłością. I Pedregulho, i Tlatelolco mają moc wyrażania politycznej woli w służbie ludu, komunikowania idei modernizacji i prawa do mieszkania. Fakt, że z czasem zaczęły symbolizować coś zupełnie innego – porażkę, jednowymiarowe podejście do urbanistyki, przestępczość – jest lekcją historii. Być może nasza ocena spektaklu oparta jest nie na tym, jak architekci projektują, ale na tym, co projektują. To właśnie społeczny wymiar budownictwa masowego powoduje, że zapominamy o porażkach, a nawet odczuwamy nostalgię.

Niniejsza książka nie jest jednak rewizjonistyczną historią latynoamerykańskiego budownictwa socjalnego. Byłaby na to zdecydowanie zbyt optymistyczna. Jak dotąd starałem się udowodnić, że architektura spektaklu, powalona na kolana przez kryzys finansowy, który wybuchł w 2008 roku, była kulminacją procesu zapoczątkowanego porzuceniem utopii budownictwa socjalnego. Po momencie analogicznym do zburzenia osiedla Pruitt-Igoe – zarzuceniu projektu PREVI, skalaniu Tlatelolco przez masakrę studentów i trzęsienie ziemi oraz degradacji 23 de Enero i niezliczonych innych osiedli na kontynencie do roli slumsów – w Ameryce Łacińskiej nastąpił trzydziestoletni okres, kiedy architekt nie uczestniczył już w próbach odpowiedzi na pytania, jak włączyć do miasta rzesze biedaków. Nie oznacza to, że architektura ze społeczną misją zanikła, bo na poziomie społeczności lokalnych podejmowano wszelkiego rodzaju inicjatywy. W ostatnim dziesięcioleciu w Ameryce Łacińskiej wyrosło jednak nowe pokolenie architektów, którzy przywrócili wiarę w to, że w miastach rozwijającego się świata architekt wciąż ma do odegrania znaczącą rolę. Ta książka traktuje właśnie o tym pokoleniu.

Generacja optymistów

Jako redaktor ukazującego się w połowie pierwszej dekady XXI wieku czasopisma o architekturze niemal co miesiąc mogłem publikować materiał o architekturze chilijskiej. Pojawiło się tam zatrzęsienie muzeuów, budynków uczelnianych i monumentalnych domów mieszkalnych wyrastających dramatycznie tuż przy krawędzi klifu. W końcu wyzwaniem stało się niepublikowanie kolejnego reportażu z kraju rozpościerającego się na skraju kontynentu, gdzie połączono bogactwo oparte na złożach miedzi i architektoniczny talent, by stworzyć obiekty genialnej architektury. Pewien projekt zapowiadał się jednak na coś więcej niż tylko materiał na kolejną zapierającą dech w piersiach rozkładówkę. Chodziło o osiedle mieszkaniowe na północnym krańcu Chile, zaprojektowane przez Alejandra Aravenę i jego biuro Elemental. Było to budownictwo socjalne, wznoszone dla ubogiej społeczności przy mikroskopijnym budżecie. Nowatorskość projektu polegała na tym, że zdawał się on redefiniować formułę budownictwa socjalnego: każda rodzina dostawała tylko pół domu, a drugie pół mogła zbudować na własną rękę, korzystając z gotowej konstrukcji. Rozwiązanie inteligentne, adaptacyjne i – tak jak we wcześniejszym projekcie PREVI – pozwalające ludziom współtworzyć architekturę. Kolejnym niezwykłym aspektem sprawy było to, że projekt został zainicjowany przez samego Aravenę oraz jego wspólnika Andrésa Iacobelliego. Architekci tak długo przekonywali władze, by pozwoliły im wypróbować ten model, aż wreszcie skierowano ich do owej niewielkiej i potrzebującej społeczności na północy kraju. Na początku musieli rozwiązać „drobny” problem finansowania. Cały pomysł, od koncepcji po gotowe dzieło, pochodził w tym przypadku od architektów.

Wkrótce zdałem sobie sprawę, że Aravena nie jest jedynym architektem projektującym budynki socjalne w Ameryce Łacińskiej, ani nawet motorem napędowym tej dziedziny. W Wenezueli pracownia Urban- Think Tank (U-TT), założona przez Wenezuelczyka Alfreda Brillembourga i Austriaka Huberta Klumpnera, budowała „wertykalne sale gimnastyczne” w slumsach Caracas. Budynki te, oferując o wiele więcej możliwości niż ciasne boiska piłkarskie, na miejscu których powstawały, wywarły elektryzujący wpływ na okoliczne społeczności. Kiedy poznałem członków zespołu U-TT, budowali właśnie kolejkę linową do slumsów położonych na wzgórzach, łącząc te nieformalne obszary miasta z centrum i radykalnie zwiększając mobilność mieszkańców slumsów. Ten element miejskiej infrastruktury, pozostający widomą spuścizną rządów Hugo Cháveza, również został zainicjowany przez samych architektów. Jak się przekonamy, jego realizacja wymagała umiejętności przetrwania w miejskiej dżungli i wiązała się z przepychankami politycznymi na wysokim szczeblu.

Jorge Mario Jáuregui, argentyński architekt przebywający na emigracji w Brazylii, przez większą część dwóch ostatnich dekad działał na rzecz poprawy warunków mieszkaniowych i jakości przestrzeni publicznej w slumsach Rio de Janeiro. Jako jeden z aktywnych zwolenników projektu Favela-Bairro Jáuregui podnosił poziom życia w slumsach, na długo zanim stało się to modnym wśród architektów zajęciem. Jego metoda polegała na wykorzystaniu przestrzeni publicznych i publicznego transportu w celu powiązania miasta nieformalnego z formalnym. Główne założenie projektu Favela-Bairro – teza głosząca, że miejska forma jest w stanie zasypywać podziały społeczne – miało się okazać wielce wpływowe.

W Kolumbii natykamy się na jeszcze inną historię. Zamiast walczących o wsparcie architektów-aktywistów widzimy radykalizację klasy politycznej, która sięga po rozwiązania przestrzenne – architekturę – by zapobiec społecznej degradacji. Polityczne osiągnięcia Kolumbii w latach 90. i pierwszej dekadzie obecnego stulecia napędzała niezwykła postać. Matematyk, filozof i dwukrotny burmistrz Bogoty – Antanas Mockus był ekscentrycznym politycznym geniuszem, stosującym nieortodoksyjne metody, by odzyskać kontrolę nad pogrążonym w chaosie miastem. Otrzymawszy pod opiekę stolicę trapioną przez przestępczość, przemoc i uliczne korki, postanowił zaszczepić tam nową kulturę obywatelską. Zredukował liczbę wypadków samochodowych, zatrudniając do kierowania ruchem setki mimów i wprowadzając stylizowane na piłkarskie czerwone kartki, którymi ludzie mogli „karać” kierowców jeżdżących niebezpiecznie albo samolubnie. Obniżył poziom przemocy, inicjując politykę wymiany pistoletów na zabawki i oferując symboliczne szczepienia przeciwko przemocy, jakby była ona chorobą. Metody Mockusa, który lubił pokazywać się w czerwonej pelerynie Superobywatela, więcej zawdzięczały sztuce i performansom niż tradycyjnej polityce. A jednak to właśnie dzięki położonemu przezeń fundamentowi obywatelskiej stabilności kolejni burmistrzowie Bogoty mogli osiągnąć tak wiele w kwestii funkcjonującego tam transportu publicznego i infrastruktury.

Podobnie niezwykłe (choć mniej dziwaczne) rzeczy działy się w drugim największym mieście kraju. W latach 90. Medellín było światową stolicą morderstw. Kilku burmistrzów, zwłaszcza Sergio Fajardo, i innych działaczy społecznych uznało, że mają dość przemocy powodowanej przez zwalczające się kartele narkotykowe i że nowe przestrzenie publiczne, budynki użyteczności publicznej oraz infrastruktura pomogą zawrócić miasto ze złej drogi. Tak też się stało. Tym, co w pewnym sensie wydaje się radykalniejsze od nowych budowli i placów – chociaż robią one duże wrażenie – był fakt, że rozmaici społeczni interesariusze zdołali stworzyć zjednoczony front. Dzisiaj wiele mówi się o rozwiązaniach „oddolnych”, pozwalających wypowiadać się zwykłym obywatelom, lecz transformacja Medellín była efektem „odgórnego” aktywizmu.

Na granicy Meksyku z USA, tam, gdzie Ameryka Łacińska spotyka się z Północną, działa architekt innego rodzaju. Teddy Cruz nie buduje domów, w każdym razie jeszcze nie teraz, ale jego refleksje na temat tej politycznie wrażliwej granicy – gdzie biedacy z Tijuany wznoszą domostwa z drzwi garażowych wyrzuconych w San Diego – uczyniły z niego najbardziej wpływowego myśliciela pokolenia, które opisuję. Zamiast budować, Cruz dokonał teoretyzacji roli architekta-aktywisty, kreśląc obraz nowego rodzaju praktyki architektonicznej, opartej na własnej inicjatywie i zaangażowaniu w brudną sferę polityki – wszystko to oczywiście po to, by zrekompensować błędy popełniane przez instytucje publiczne. Obecnie Cruz próbuje zapoczątkować wspólnotowo zarządzany projekt w San Ysidro, podmiejskiej dzielnicy San Diego, ale jego działanie może się równie dobrze okazać performansem, polegającym na przeprowadzeniu polityków przez granicę wnętrzem kanału burzowego, by lepiej zrozumieli lokalne uwarunkowania kształtowane przez ich własne decyzje.

Gdzie indziej, na północy Argentyny, napotykamy twardy architektoniczny aktywizm, który nie ma nic wspólnego z architektami. W prowincji Jujuy radykalny ruch społeczny zwany Túpac Amaru, kierowany przez charyzmatyczną Milagro Salę z plemienia Kolla5, buduje całe wspólnoty dla biednych. Po raz kolejny niezwykła okazuje się tu nie tylko rola przywódczyni jako katalizatora zmian, lecz także struktury organizacyjne, które powołała do życia, by te wspólnoty stworzyć. Ruch kierowany przez Salę zbudował własne cegielnie i zakłady metalurgiczne, zatrudniając jako robotników budowlanych samych mieszkańców. Ten autonomiczny aktywizm był odpowiedzią na wciąż ponawiane fałszywe obietnice i korupcję polityków. Najbardziej zdumiewające jest być może to, że przywódczyni Túpac Amaru zdołała odwrócić formułę budownictwa socjalnego: zamiast dać ludziom minimum tego, co możliwe, dała im maksimum. Oznaczało to między innymi wielkie baseny i parki dinozaurów – bo czyż istnieje lepszy sposób, by biedny poczuł się bogaty, pyta Sala, niż dać mu do dyspozycji basen? Zdobiący domy wizerunek Che Guevary wieńczy całościową wizję, która pachnie radykalnie socjalistyczną urbanistyką spod znaku Disneya6, lecz mimo to pozostaje imponującym przykładem społecznego aktywizmu.

Są w tej książce inne opowieści o tym, jak biedni biorą sprawy w swoje ręce, stając się miejskimi aktywistami bez pomocy architektów. W Caracas odwiedzimy czterdziestopięciopiętrowy budynek zajęty przez trzy tysiące dzikich lokatorów. Budowa tego wysokościowca, znanego jako Torre David [Wieża Dawida] i przewidzianego na siedzibę banku, została przerwana w połowie lat 90. w następstwie śmierci dewelopera. Budynek stał opuszczony przez dziesięć lat, wtedy postanowiła się tam wprowadzić grupa rodzin ze slumsów, która sprawiła, że symbol nieruchomościowego ekskluzywizmu stał się emblematem redystrybucji. Nowi mieszkańcy zorganizowali się, podciągnęli do nowego domu prąd i wodę, przekształcając porzucony drapacz chmur w wertykalną wioskę. To przemawiająca do wyobraźni historia, ale – ponownie – nie utopia. Pokonywanie codziennie trzydziestu pięter, by dostać się do domu – w Torre David nie ma windy – to cena, jaką płaci się za zamianę slumsu na przedmieściach na penthouse w ścisłym centrum miasta. Torre David to anomalia, efekt splotu wyjątkowych okoliczności, ale to właśnie ten rodzaj hybrydy formalno-nieformalnej, jakiego potrzebują miasta w krajach rozwijających się, by zacząć wyobrażać sobie przyszłość inną od teraźniejszości.

Lekcja Ameryki Łacińskiej

Był taki czas, kiedy w oczach promotorów polityki Konsensusu Waszyngtońskiego Ameryka Łacińska stanowiła synonim niepewności, korupcji i nielegalnych praktyk. Dzisiaj w ten sam sposób możemy myśleć o Wall Street. Tymczasem latynoamerykańskie gospodarki są relatywnie stabilne i szczycą się tempem wzrostu, za które Europa i USA dałyby się pokroić na kawałki, a tamtejsze rządy stanowią bastion postępowej polityki, niezmuszonej jeszcze do rozmontowania państwa opiekuńczego w imię oszczędności. Jednak to w kwestii problematyki miejskiej Ameryka Łacińska może mieć światu najwięcej do zaoferowania. Tempo urbanizacji, jakiego państwa tego kontynentu doświadczyły w połowie XX wieku, i to w warunkach niedoboru, uczyniło z nich idealny poligon doświadczalny dla radykalnych idei w urbanistyce i zarządzaniu miejskim. Bo jeżeli wzrost był paradygmatem poprzedniego stulecia, to niedobór zdaje się zapowiadać jako główne uwarunkowanie obecnego.

W 1955 roku w nowojorskim Museum of Modern Art odbyła się wystawa zatytułowana Architektura latynoamerykańska po roku 1945, przedstawiająca w pigułce okres, kiedy kultura architektoniczna Ameryki Łacińskiej uważana była przez wielu za najciekawszą na świecie. Zorganizowana niedługo po celebracji południowej obfitości – ekspozycji Brazylia buduje z 1943 roku – wystawa pokazywała region modernizujący się z entuzjazmem, którego niejedni mogli mu zazdrościć. Oto poeci żelbetonu. Zgodnie z duchem czasów kuratorzy podkreślali indywidualny geniusz projektantów, a przede wszystkim styl.

Sześćdziesiąt lat później Ameryka Łacińska może udzielić nam o wiele ciekawszej lekcji, dotyczącej raczej strategii niż stylu. Żaden inny region na świecie nie zademonstrował tego rodzaju kolektywnego wysiłku i wyobraźni w radzeniu sobie z chronicznymi symptomami szybkiej i nieplanowanej urbanizacji. Niezależnie od tego, czy mówimy o problemach mieszkalnictwa, przestępczości, transportu, segregacji, czy też braku politycznej partycypacji, kontynent ten stworzył precedensy, które mogłyby mieć transformujący wpływ na inne części rozwijającego się i już rozwiniętego świata.

Weźmy za przykład brazylijskie miasto Porto Alegre, które w roku 1989 wprowadziło ideę budżetu partycypacyjnego (obywatelskiego), umożliwiając mieszkańcom współdecydowanie o tym, jak wydawane są środki publiczne. W ciągu siedmiu lat wydatki na opiekę zdrowotną i edukację wzrosły z trzynastu do czterdziestu procent budżetu. Było to potencjalnie rewolucyjne odwrócenie polityki odgórnej. Jego skuteczność zmalała w ostatnich latach (po zwycięstwie prawicy w wyborach samorządowych w 2004 roku), lecz Porto Alegre jest dzisiaj probierzem zarządzania oddolnego, a zapoczątkowana tam polityka została wprowadzona w ponad stu czterdziestu miastach w kraju i trzech tysiącach na całym świecie. Pozostając w Brazylii, moglibyśmy również wspomnieć o Kurytybie, gdzie w latach 70. i 80. XX stulecia burmistrz Jaime Lerner (architekt) wdrożył serię nieortodoksyjnych rozwiązań, które zmieniły oblicze publicznego transportu i sprawiły, że miasto stało się bardziej – by użyć współczesnego wyrażenia – zrównoważone. Najsłynniejszym z nich był tak zwany Szybki Transport Autobusowy [Bus Rapid Transit], który zrewolucjonizował miejską mobilność, a sama reforma obejmowała również darmowe przejazdy dla mieszkańców slumsów i artykuły spożywcze oferowane w zamian za zbieranie własnych śmieci. Doświadczenie Kurytyby zainspirowało burmistrza Enrique Peñalosę do wprowadzenia w Bogocie systemu komunikacji autobusowej znanego jako TransMilenio, tak jak program edukacji obywatelskiej zainicjowany w tym mieście przez Antanasa Mockusa przetarł szlaki rehabilitacji domeny publicznej, wpływając na istotne przekształcenia w Medellín. Ta wymiana idei pomiędzy Brazylią i Kolumbią, podobnie jak wykorzystanie kolejek linowych w slumsach Caracas, Medellín, a ostatnio Rio, oraz eksperymentalne działania w obszarze mieszkalnictwa podjęte w Chile i Argentynie, są świadectwem programu reform obejmującego cały kontynent. Układają się również w nowy miejski repertuar działań.

Jeżeli jednak istnieje jedna dziedzina, w której doświadczenie latynoamerykańskie może stanowić lekcję globalną, to jest to podejście do miasta nieformalnego. Co rozumiem przez „nieformalne”? Mówiąc krótko – slumsy. Slumsy nie są nieformalne dlatego, że nie posiadają formy, ale z uwagi na to, że istnieją poza prawnymi i ekonomicznymi protokołami kształtującymi miasto formalne. Nie oznacza to wcale, że slumsy są chaotyczne. Może im brakować podstawowych miejskich usług, a jednak działają w ramach własnych, samoregulujących się systemów, dając schronienie milionom ludzi w dobrze zintegrowanych społecznościach i oferując im dostęp do możliwości dawanych przez miasto. Uznanie miasta nieformalnego za istotny element miejskiego ekosystemu było zasadniczym przełomem w polityce urbanistycznej ostatnich dwudziestu lat.

Widzieliśmy już, że paternalistyczne próby narzucenia porządku w mieście z połowy zeszłego stulecia spaliły na panewce. Nie było to wyłącznie efektem braku środków czy woli politycznej, ani nawet jednostronnego podejścia do miejskiego planowania. Wysiłki te skończyły się porażką, ponieważ slumsy stanowiły czynnik zbyt dynamiczny, by dało się go ujarzmić, i były konsekwentnie niedoceniane przez urbanistów i architektów, którzy nie rozumieli ich w dostatecznym stopniu. Geograf Neil Smith ujął rzecz zwięźle, stwierdzając, że miasto nieformalne pojmowano błędnie, ponieważ było postrzegane jako „przedformalne”, jako „przejściowa forma urbanistyczna zmierzająca ku formalizacji”7. To typowy przykład starego myślenia. Dzisiaj architekci i planiści definiują miasto w o wiele mniej sztywny sposób i nie mają ambicji kontrolowania tego, jaką formę ono przybiera. Jak ujmują to członkowie Urban- Think Tank: „Miasto całkowicie zaplanowane […] to mit. To tutaj tkwi historyczny błąd urbanistów, projektantów i architektów, którzy nie są w stanie dostrzec – nie mówiąc już o analizie i twórczym wykorzystaniu – nieformalnych aspektów życia miejskiego, ponieważ brakuje im profesjonalnego słownictwa do ich opisu”.

Ta historyczna porażka spowodowała rezygnację z jednej metafory medycznej na rzecz innej. Jeżeli moderniści byli chirurgami, których zadanie polegało na „usunięciu nowotworu slumsów”, to dominującym tropem naszych czasów staje się „miejska akupunktura”. Igły, a nie skalpele, są narzędziem dzisiejszych urbanistów, stymulujących układ nerwowy miasta za pomocą drobnych interwencji, mogących wywrzeć pozytywny wpływ na organizm jako całość. Miejska akupunktura jest tym, co praktykował Jaime Lerner w Kurytybie, i tym, co robi pracownia U-TT, budując pionowe sale gimnastyczne w biednych dzielnicach Caracas.

Akceptacja miasta nieformalnego jako nieodłącznego elementu kondycji miejskiej – a nie „miasta potencjalnego” – to kluczowa lekcja, jakiej może udzielić światu opisywane tu pokolenie latynoamerykańskich architektów. Wyzwanie, przed którym dzisiaj stoją, nie polega wyłącznie na rehabilitacji slumsów poprzez udostępnienie im miejskich usług i poprawienie jakości życia, lecz na ich integracji z miastem jako całością, na stworzeniu połączeń i przepływów, punktów komunikacji i społecznej inkluzji, które zdołają wymazać linie wykluczenia i konfliktu. Urbanistyka w nieformalnym mieście musi być mądrzejsza niż kiedyś; musi wykazać się elastycznością, by dawać sobie radę z nieoczekiwanymi zmianami. Niewątpliwie oznacza to partycypację żyjących tam społeczności.

W Prawie do miasta Henri Lefebvre przekonywał, że tylko klasy społeczne posiadające „rewolucyjną inicjatywę” mogą rozwiązać problemy podzielonych miast. Obserwowaliśmy już, jak faworyzująca prywatne interesy polityka neoliberalna doprowadziła do społecznej segregacji w mieście. W tym sensie siły neoliberalizmu były rewolucyjne, lecz to samo można powiedzieć o siłach samostanowienia, pozwalających milionom mieszkańców slumsów tworzyć własne społeczności na wielką skalę. Odwrócenie fali segregacji i odbudowanie spójności społecznej jest jednym z wielkich zadań tego stulecia. Architekci i planiści odegrają tu swoją rolę, muszą jednak dać ujście transformacyjnemu potencjałowi mieszkańców dzielnic biedy. Jak przewidywał Lefebvre, tylko klasa robotnicza „może zakończyć segregację ustanowioną w głównej mierze przeciwko niej samej”8.

Politycy latynoamerykańscy okazali się bardzo skuteczni w upodmiotawianiu miasta nieformalnego jako siły politycznej, natomiast niekoniecznie w jego integracji. Innymi słowy, najczęściej traktowali slumsy jako swą bazę wyborczą, a nie jako domy milionów obywateli posiadających prawo do miasta. W tym kontekście przychodzi na myśl były prezydent Brazylii, Luiz Inácio Lula da Silva, którego Partia Pracujących (PT) skrupulatnie wpisywała mieszkańców slumsów na listy wyborców, a zainicjowany przezeń system pożyczek rodzinnych, znany jako Bolsa Familia, pomógł milionom ludzi wydobyć się z biedy, zachęcając ich, by stali się dobrymi konsumentami. Jedno i drugie przysporzyło Partii Pracujących wielkiej popularności. Można by też wspomnieć tu wenezuelskiego przywódcę Hugo Cháveza, którego bolivariańska rewolucja żyła dzięki mieszkańcom dzielnicy biedoty Petare w Caracas, prawdopodobnie największego slumsu świata, i innych bastionów nędzy, mimo że sam Chávez niewiele zrobił, by dać tym ludziom domy lub zintegrować ich ze społeczeństwem.

W tych przypadkach architekci i planiści zachęcali polityków, by poszli dalej – by przyznali mieszkańcom slumsów prawo własności, zbudowali dla nich przestrzenie publiczne albo połączyli slumsy z centrum miasta za pomocą kolejki linowej. Lefebvre miał rację, mówiąc, że „ani architekt, ani socjolog nie posiadają władzy dokonywania cudów. Ani jeden, ani drugi nie wytwarzają stosunków społecznych”. Architekt może jednak tworzyć kanały, za pośrednictwem których stosunki te powstaną w sposób naturalny. Może tworzyć linie komunikacyjne, połączenia tranzytowe i powody, dla których przedstawiciele klasy średniej przemogą w sobie lęk i wybiorą się do slumsów. Pokonanie uprzedzeń i stygmatyzacji to kluczowy warunek osiągnięcia większej spójności społecznej w mieście. Dopóki metody te nie staną się powszechne, posługujących się nimi architektów możemy nazywać aktywistami.

Aktywista

W Źródle Ayn Rand jest słynna scena, kiedy bohater, Howard Roark, archetypowy modernistyczny „nadczłowiek”, czeka, aż zadzwoni telefon. Zalega z czynszem i desperacko pragnie, by klient-bankier zlecił mu pracę. Howard Roark nie jest aktywistą. Ten ostatni nie czeka, aż zadzwoni telefon. Jeżeli istnieje jakiś podstawowy warunek wstępny bycia aktywistą, jest nim bycie aktywnym. Twój klient nie wie o twoim istnieniu, nie stać go na twoje usługi i wcale nie oczekuje od ciebie pomocy, bo jest on miejskim biednym. Bycie architektem-aktywistą oznacza zatem wskazanie trudnego kontekstu, a następnie – przy wsparciu lokalnej społeczności – stworzenie możliwości interwencji; oznacza własną inicjatywę.

Kim zatem jest architekt-aktywista? Słowo „aktywista” zyskało dzisiaj popularność, jaką nie cieszyło się zapewne od lat 70. Może to mieć związek z wyłonieniem się pokolenia protestu, od rewolucjonistów Arabskiej Wiosny po brytyjskich studentów okupujących uniwersytety w proteście przeciwko cięciom budżetowym. Tak naprawdę jednak aktywisty nie definiuje dzisiaj po prostu polityczny protest. Każdy bloger wyrażający cokolwiek ponad szczątkową polityczną opinię, każdy telewizyjny kucharz wzywający do poprawy jakości posiłków w szkolnych stołówkach i każdy przedstawiciel klasy kreatywnej reaktywujący opuszczony magazyn (nawet jeżeli ostatecznym beneficjentem tego działania będzie deweloper) jest aktywistą. Słowem tym określono nawet księcia Karola przy okazji ogłoszenia przez gazetę „Evening Standard” listy najbardziej wpływowych osób londyńskiego rynku nieruchomości, co oznacza, że słowo to utraciło swe radykalne konotacje i dzisiaj odnosi się nawet do reakcyjnych filarów establishmentu prowadzących wsteczne działania przeciwko nowoczesności.

Mimo to wydaje mi się, że określenie „aktywista” wciąż ma sens. Wierzę również, że pomoże nam ono zdefiniować nowe, radykalne podejście do architektury – nie w kategoriach postawy politycznej, lecz jako rodzaju praktyki. W kontekście pomysłów Johna Turnera przekonaliśmy się, że porzucając budownictwo socjalne jako najważniejszy cel miejskiej polityki, elity władzy wylały dziecko z kąpielą. Gdy Henri Lefebvre pisał w Produkcji przestrzeni [La Production de l’es-pace], że „dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek, walka klasowa wpisana jest w przestrzeń”, nieprzypadkowo czynił to w czasie (w 1974 roku), gdy polityczny establishment rezygnował z przestrzeni jako narzędzia zasypywania podziałów społecznych. Budownictwo socjalne oferowało przynajmniej jakąś formę miejskiej sprawiedliwości, nie ma zaś silniejszej linii klasowego podziału niż granica między fawelą i dzielnicą klasy średniej. Proponując rozwiązania projektowe dotyczące slumsów, pokolenie, o którym mowa w tej książce, wraca do idei stosowania metod przestrzennych (niezależnie od tego, czy dotyczą one mieszkalnictwa, transportu, czy też placów publicznych), projektowania po to, by łagodzić problemy społeczne. Ratuje przestrzeń jako narzędzie polityki.

Z definicji oznacza to, że przedstawiciele tego pokolenia są zwierzętami politycznymi. Nie są jednak ani radykalni, ani polityczni w tym znaczeniu, co ich poprzednicy w latach 40., 50. i 60., kiedy to wybitni architekci brazylijscy, tacy jak João Vilanova Artígas czy nawet Oscar Niemeyer, często nosili w kieszeniach legitymacje partii komunistycznej. Nie są komunistami i nie popierają strategii oporu i agitacji czy propagandy w stylu lat 60. (za wyjątkiem ruchu Túpac Amaru, który stosuje obie). Bez względu na to, jakie mają poglądy polityczne, raczej nie będą się z nimi afiszować, bo gdy chodzi o miasto, preferencje partyjne zostawiają na boku. Znają historię na tyle dobrze, by wiedzieć, że zwłaszcza Ameryka Łacińska wycierpiała wiele, oscylując pomiędzy politycznymi ekstremami i przeskakując od socjalizmu marzycieli w rodzaju Chilijczyka Salvadora Allende do rządów bezlitosnych dyktatorów, takich jak generał Pinochet, i wojskowych junt w Argentynie, Peru czy Brazylii, przy czym każdy obejmujący władzę reżim likwidował projekty poprzedniego. Dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, bycie skutecznym miejskim graczem wymaga politycznej zwinności, nawet jeżeli – jak przekonamy się w rozdziale poświęconym Wenezueli Cháveza – niewstąpienie do partii może człowieka wiele kosztować. Jak zwy-kli mawiać założyciele pracowni Urban- Think Tank, „urbanistyka to zamrożona polityka”.

Nadmierna pewność siebie zgubiła modernistów, którzy niczym bohaterowie greckiej tragedii padli ofiarą własnej pychy. Mieli ideologię, mieli odpowiedzi, mieli polityczne poparcie z samego szczytu Olimpu, mieli po swojej stronie historię i technologię. Ale nie chodziło tylko o ideologię – moderniści mieli również styl. Aktywiści nie są tak pewni siebie. Rzeczywistość jest nieprzewidywalna. Można próbować rzeczy kompletnie zwariowanych, nie do pomyślenia kiedyś. Zbudować komuś pół domu? Uruchomić w Caracas kolejkę linową godną szwajcarskich Alp? Budować baseny i parki tematyczne dla biednych? Wykorzystać przestrzeń publiczną, by zrehabilitować najniebezpieczniejsze miasto świata? Przeprowadzić polityków przez granicę amerykańsko-meksykańską kanałem burzowym? To szaleństwo! Ale skuteczne.

Czy przedstawiając aktywistów jako pokorniejszych i sprytniejszych następców modernistów, chcę powiedzieć, że idealizm przerodził się w pragmatyzm? Nie do końca. Z początku tak mi się wydawało. W pewnym sensie Aravena budujący ludziom pół-domy wydawał mi się uosobieniem pragmatyzmu. Prosić ciężko pracujących ludzi, by dokończyli budowę własnego domu? Gdzie tu idealizm? Podobnie architekt-aktywista musi podjąć próbę i znaleźć rozwiązania mieszczące się w budżecie tak małym, że przeciętny architekt poczułby się bezradny, nie wiedząc w ogóle, jak się do rzeczy zabrać. Maksymalne wykorzystanie niewielkich zasobów to chleb powszedni aktywisty. Zarazem nie może on (lub ona) pozwolić sobie na drobiazgowość formalną. Jedyne, co może zagwarantować, to że ostateczny wygląd budynku czy budowli będzie najprawdopodobniej inny od zamierzonego. Rzeczywistość – estetyka slumsów, praktyka wykonawcza, ingerencje polityków – nader często daje o sobie znać. Liczy się efekt, nie estetyka.

Więc tak, pragmatyzm. A jednak nie brakuje tu wcale idealizmu: po prostu nie jest on dogmatyczny. Wolę myśleć o bohaterach mojej książki nie jako pragmatycznych idealistach (idących na kompromisy), lecz idealistycznych pragmatykach. Jako sposób osiągania idealistycznych celów pragmatyzm wymaga więcej wyobraźni. Oznacza to, że tam, gdzie to konieczne, metody muszą być dostosowywane do okoliczności, że elastyczność i myślenie lateralne są podstawą, że nie istnieją jednoznaczne odpowiedzi.

Modernizm szczyci się dumną tradycją buntu, kategorycznego odrzucenia przeszłości. Aktywiści nie są aż tak konfrontacyjni. Mogą nawet odczuwać pewną tęsknotę za utopijnymi wysiłkami modernistów, nigdy jednak nie zalecaliby ich autorytarnych wizji jako leku na dzisiejsze bolączki. Urbanistyka w XXI wieku nie dokonuje się w warunkach tabula rasa; każde rozwiązanie zależy od sytuacji zastanej na początku. Pierwsza reguła architekta-aktywisty jest taka, że miasto nieformalne – slums – stanowi fakt, a zaakceptowanie go jako funkcjonującej, produktywnej części miasta, a nie czegoś, co należy zastąpić innym elementem, to jedyna droga naprzód. Aktywiści są ostrożni. Obserwują zastane warunki, gromadzą dane, a potem eksperymentują. Moderniści zaczynali od wyburzania; aktywiści wychodzą od prototypu.

Co możemy powiedzieć o metodologii aktywistów? Ich podstawowym narzędziem jest sprawczość. Architekt to tutaj twórca działań, a nie tylko form. Forma może być lub nie być istotna, natomiast architekt musi stworzyć możliwość działania. Musi wybrać kontekst (w Ameryce Łacińskiej będzie to zazwyczaj miasto nieformalne), zidentyfikować problem i stworzyć warunki konieczne do przeprowadzenia interwencji – nie dla nich samych czy ewentualnej sławy, ale dla dobra mieszkańców. Niniejsza książka nie traktuje o obiektach, lecz o działaniach. O formach aktywnych, nie biernych: systemach, sieciach, połączeniach, infrastrukturze – wszystkie one są zapewne ważniejsze od oniemiałego mieszkalnictwa modernistów. Jeżeli idealizujemy miejską akupunkturę, to dlatego, że po doświadczeniu modernistycznej inwazji przemawia do nas podejście bardziej fragmentaryczne. A jednak musi istnieć coś, co sprawi, że wszystkie te mikroprojekty stanowić będą coś więcej niż tylko sumę ich poszczególnych części. Jak ujął to niegdyś Jorge Fiori, znakomity wykładowca prestiżowej londyńskiej Szkoły Architektury Towarzystwa Architektonicznego [Architectural Association School of Architecture], „akupunktura ma sens tylko wtedy, gdy istnieje jakieś ciało”, a miasto jest właśnie takim ciałem. Innymi słowy, mikroprojekty wywierają znaczący wpływ, sięgający poza ich własną lokalizację, tylko wtedy, gdy stanowią część większej sieci działań miejskich.

W odróżnieniu od swoich poprzedników architekci, o których mowa, nie są przedstawicielami państwa opiekuńczego i nie mogą liczyć na całkowite poparcie polityczne. Świat jest trochę bardziej skomplikowany: muszą negocjować sprawy miasta, którymi coraz częściej rządzą prywatne interesy. Na początku XXI wieku można być politycznym i jednocześnie wierzyć w rynek jako narzędzie. Architekci opisani w tej książce muszą rozgrywać prywatne interesy przeciwko publicznym, by maksymalnie wykorzystać jedne i drugie. Muszą wpisywać się w plany polityków. Muszą być radykalni, udając, że nie są (nic bardziej nie odstrasza polityka niż idea, że chcesz zrobić coś radykalnego lub ryzykownego). Nigdy nie nazwaliby siebie „architektami-aktywistami”.

Przede wszystkim jednak muszą być ekstrawertykami. To może być jedna z najważniejszych zmian w charakterze pracy architekta XXI wieku. Muszą tworzyć sieci. Potrzebując sojuszników politycznych, zmuszeni są jednocześnie pozyskiwać zaufanie społeczności lokalnych. Może to oznaczać zaangażowanie lokalnych liderów albo dołączenie do meczu ulicznej koszykówki. Na pewno jednak praca w interesie społecznym oznacza, że trzeba mieć obywateli po swojej stronie, bo dni, kiedy po prostu mówiło się ludziom, co jest dla nich dobre, minęły.

Należy podkreślić, że Ameryka Południowa i Środkowa to z pewnością nie jedyne miejsca działania architektów-aktywistów. Niezwykli ludzie inicjują architekturę społeczną także w Afryce i Indiach, a nawet w Europie i Ameryce Północnej. Ameryka Łacińska ma jednak szczególną historię radykalnych eksperymentów miejskich, składającą się na treściowo bogatą i satysfakcjonującą opowieść. Skupienie się na jednym regionie – choćby tak wielkim i zróżnicowanym jak ten – nadaje mojej podróży wewnętrzną spójność. I chociaż proponuję tu subiektywne spojrzenie na konkretną część świata, ufam, że nauki stamtąd płynące są uniwersalne, wpływ będzie globalny, a wnioski dla projektowania jako całości przekroczą granice poszczególnych dyscyplin. W kontekście tego, co powiedziałem wcześniej o rozrzutnej architekturze pierwszej dekady stulecia, wyraźnie widać, że kultura się zmienia. Wyrasta nowe pokolenie architektów z ambicjami, by zmienić porządek rzeczy. Mam nadzieję, że ta opowieść wciągnie ich bez reszty.

Z Buenos Aires do San Salvador de Jujuy
Dyktatorzy i rewolucjoniści

 

W dniu 11 grudnia 2010 roku witrynę internetową argentyńskiego dziennika „La Nación” zdominowało zdjęcie o treści strasznej i wzniosłej. Przedstawiało ono grupę ludzi zgromadzonych wokół leżącego ciała. Ze względu na półmrok większość z nich pogrążona była w ciemnościach, lecz na pierwszym planie, jakby za sprawą reflektora, widać było dwie postaci: półnagi mężczyzna pochylał się nad poległym towarzyszem, którego głowa unurzana była we krwi. Scena przywodziła na myśl Ścięcie św. Jana Chrzciciela Caravaggia – cenę chwili przemocy ujawnionej w półmroku. Tłem był tutaj jednak park przy osiedlu mieszkaniowym Villa Soldati na południowych przedmieściach Buenos Aires. Doszło tam do bitwy pomiędzy mieszkańcami i bezdomnymi imigrantami koczującymi w parku. Tego dnia w efekcie wybuchowej mieszanki napięć społecznych i postawy „byle nie na moim podwórku” [NIMBY – not in my back yard] kilka osób zginęło lub zostało rannych. U źródeł całej sprawy leżała nieskuteczność rządowej polityki mieszkaniowej – sięgająca kilkadziesiąt lat wstecz.

Buenos Aires to miasto politycznego teatru. Polityka partyjna rozgrywa się na ulicach w postaci cotygodniowych demonstracji i wieców tego czy innego ugrupowania – tu związek zawodowy, tam młodzieżówka peronistów. Demonstracje te przebiegają w atmosferze karnawałowej, do wtóru śpiewów i bębnienia, które w innych krajach towarzyszyłyby niedzielnemu przemarszowi kibiców na piłkarski stadion. Porteños, jak nazywa się mieszkańców tego portowego miasta, przeżywają politykę tak samo namiętnie jak sport, zwłaszcza od czasu kryzysu gospodarczego z 2001 roku, który zradykalizował całe pokolenie i uczulił naród na nieudolność polityków. Największy polityczny dramat po załamaniu się finansów publicznych miał miejsce na półtora miesiąca przed bitwą w Villa Soldati. Były prezydent, Néstor Kirchner, mąż urzędującej pani prezydent i człowiek-instytucja, zmarł na atak serca. Naród opłakiwał go głośno i publicznie, szczelnie wypełniając aleje prowadzące do Plaza de Mayo, by oddać jego zwłokom hołd w pałacu prezydenckim Casa Rosada. Uliczne graffiti, w Buenos Aires zwykle polityczne, nabrało charakteru mistycznego: na murach pojawiały się teraz napisy Néstor vive [Néstor żyje].

Kirchner, trzeba mu to przyznać, wierzył w budownictwo socjalne. Po ponad dekadzie neoliberalnej polityki, która doprowadziła kraj do ruiny, władzę przejął człowiek z programem społecznym. W 2004 roku rząd Kirchnera wprowadził w życie pierwszy od piętnastu lat program budownictwa socjalnego, tak zwany Programa Federal; jego celem było zbudowanie w całym kraju w ciągu dwóch lat stu dwudziestu tysięcy domów łącznym kosztem około siedmiu miliardów dolarów. A jednak ani ten, ani kolejne programy – w każdym razie w Buenos Aires – nie zdołały zahamować rozwoju miasta nieformalnego. Tak zwane villas miseria [dzielnice nędzy] oraz slumsy ciągle się rozrastały. Najsłynniejsza z nich to Villa 31, wyróżniająca się nie tyle skalą – mieszka tu około stu dwudziestu tysięcy ludzi – co lokalizacją: mieści się w bogatej dzielnicy Retiro w samym centrum miasta, gdzie pozostaje aż nadto widocznym symbolem niezdolności kolejnych rządów do zapewnienia biednym przyzwoitego dachu nad głową.

Przemoc w Villa Soldati była innym symptomem tego niepowodzenia. Wywołały ją napięcia pomiędzy mieszkańcami osiedla i skłotersami z pobliskiego Parku Indoamerykańskiego, którego nazwa okazała się dziwnie trafna, jako że byli to głównie boliwijscy i paragwajscy Indianie, którzy rozbili tam obozowisko w nadziei, że kiedyś zamienią namioty na domy. Mówiąc w skrócie, było to starcie między już zadomowionymi, którzy nie chcieli, aby „ich” park zamienił się w kolejny slums, i bezdomnymi. Ci ostatni nie mieli okazji skorzystać z państwowych programów masowego budownictwa mieszkaniowego, popularnych w argentyńskiej polityce w latach 70., kiedy wzniesiono osiedle Villa Soldati.

Oglądane z pobliskiego wiaduktu Soldati jawi się jako miejsce dość niezwykłe. Przypomina dystopijny, retrofuturystyczny kopiec termitów wznoszący się ku graniastym wieżom ciśnień wystającym niby peryskopy. Zaprojektowane dla nieco ponad trzech tysięcy mieszkańców osiedle było jednym z wielu podobnych megaprojektów zrealizowanych tuż przed wprowadzeniem wojskowej dyktatury (w 1976 roku) lub w jej trakcie. Najbardziej niesławnym z tych projektów pozostaje Fuerte Apache [Fort Apaczów], którego nazwa najpewniej została zaczerpnięta z amerykańskiego kryminału pod tym samym tytułem9 z 1981 roku – osiedle przewidziane dla czterech tysięcy sześciuset mieszkańców, a dzisiaj stanowiące niebezpieczny slums. Fuerte Apache to niszczejące blokowisko niczym gnijąca modernistyczna kasba10 pełne gangów i narkotykowej przemocy. W tym trudnym otoczeniu urodziła się gwiazda: piłkarz Carlos Tévez, zwany „El Apache”, który zdołał umknąć losowi, i zarabia miliony w Manchesterze City i Juventusie Turyn.

W porównaniu do osiedla Fuerte Apache, gdzie ktoś z zewnątrz może stracić życie, Villa Soldati jest miejscem zaledwie groźnym. Jednak nie wszystkie projekty budownictwa socjalnego z tamtego okresu uległy aż tak drastycznej degradacji. Największe z osiedli w tej części miasta, Villa Lugano, wciąż jest w stanie jak najbardziej nadającym się do użytku. Zaprojektowane w 1975 roku dla sześciu i pół tysiąca mieszkańców, było ucieleśnieniem europejskich idei urbanistycznych z poprzedniej dekady. Inspirowane między innymi dziełami brytyjskich brutalistów, takich jak Alison i Peter Smithsonowie, megabloki Lugano szczycą się na przykład rzędami sklepów uniesionych jedno piętro ponad grunt – wiernym przekładem jednego z ulubionych tropów modernistycznych, czyli „ulic w powietrzu”. W Lugano widać jak na dłoni, dlaczego był to często trop prowadzący na manowce: tutaj uliczny pejzaż zostaje zastąpiony bulwarami pełnymi garażowych drzwi i ślepych ścian.

Należy pamiętać, że osiedla Soldati i Lugano były produktem tego, co z perspektywy czasu jawi się jako złota era. Pomimo politycznego chaosu, w jakim Argentyna pogrążona była przez całe lata 70. – przed wojskowym przewrotem kolejne rządy padały ofiarą niemal corocznych puczów – były to czasy, kiedy establishment wierzył w prawo każdego człowieka do mieszkania. I z pewnością ostatnia dekada, kiedy architekci cieszyli się poparciem elit politycznych. A przede wszystkim ostatnia, kiedy mieli prawo twierdzić, że realizują misję społeczną. Osiedle Villa Lugano mogło być tańszą kopią europejskich idei z lat 60., wciąż jednak stanowiło przykład myślenia architektonicznego najwyższej próby. Jego autorom, pracowni Marull, Pereyra & Ruiz, przyświecała wspaniałomyślna wizja społeczna. Kiedy w bibliotece Centralnego Stowarzyszenia Architektów w Buenos Aires oglądałem oryginalne plany osiedla reprodukowane w spłowiałym periodyku branżowym, odkryłem niektóre spośród artystycznych impresji pokazujących skąpaną w zieleni współczesną cytadelę zaludnioną przez postaci przechadzające się lub czytające gazety – coś w rodzaju londyńskiego Barbican. Cokolwiek przesłodzona wizja, oderwana od rzeczywistości.

Conjunto Piedrabuena

Villa Soldati, Fuerte Apache i Villa Lugano rozciągają się na południowych obrzeżach Buenos Aires wzdłuż arterii prowadzącej na lotnisko. Postanowiłem jednak przyjrzeć się bliżej jeszcze innemu osiedlu położonemu w tej samej okolicy. Conjunto Piedrabuena wzbudziło moje zainteresowanie od pierwszej chwili. Nie chodziło tylko o to, że było monumentalnym reliktem poprzedniej epoki; równie ciekawy był fakt, że nie stanowiło ono kopii europejskiego modernizmu. Sprawiało dziwnie egzotyczne wrażenie. Jego ogromne segmenty ułożone były w gigantyczne łuki, połączone ośmiokątnymi wieżami przypominającymi oko w centrum panoptykonu. Pomimo tej więziennej konotacji było coś pociągającego w tym miejscu i sposobie, w jaki górowało ono nad krajobrazem. Półokrągłe zatoki bloków wykraczały poza modernistyczny schemat prostopadłych linii, były bardziej złożone, oryginalniejsze. Popękane ściany i rdzewiejące żaluzje zmiękczały nieco ciężką wymowę całości, stając się kolejnym przykładem nowoczesnej infrastruktury zmienionej w romantyczną ruinę.

Osiedle Conjunto Piedrabuena, noszące imię argentyńskiego podróżnika i odkrywcy, „Comandante” Luisa Piedrabueny, zostało zaprojektowane pod koniec lat 70. przez renomowane biuro Manteola, Sánchez Gómez, Santos & Solsona. Architektem odpowiedzialnym za projekt był jednak młody Urugwajczyk nazwiskiem Rafael Viñoly, który z czasem miał się stać najlepiej opłacanym architektem latynoamerykańskim. Ten autor wielu korporacyjnych wież ze szkła i stali buduje dziś jeden z największych i najbrzydszych biurowców w Londynie. Pierwotnie ochrzczony przez ulicę „Krótkofalówką”, zyskał przydomek „Fryscraper”11, gdy okazało się, że zaprojektowana przez niego wklęsła fasada skupia i odbija promienie słoneczne z taką mocą, że topią się od nich samochody. Z pewnym niedowierzaniem przyjęto fakt, że ten najbardziej korporacyjny z architektów miał w swym dorobku radykalne projekty budownictwa socjalnego. Z drugiej strony kariera Viñoly’ego doskonale ilustruje, jak zmieniały się priorytety architekta w ciągu ostatnich trzydziestu lat.

W cukierni na parterze jednego z bloków osiedla Piedrabuena spotykam Luciana. Niski, lecz mocno zbudowany, ma dwadzieścia osiem lat i rude włosy ściągnięte w kitkę – wygląda bardziej jak Irlandczyk niż Argentyńczyk. Stojąc na tle lodówki pełnej wymyślnie lukrowanych ciastek, informuje mnie, że mieszka tu od urodzenia razem z przedstawicielami trzech pokoleń swej rodziny. To samo odnosi się do większości tutejszych mieszkańców. Więzi rodzinne w Ameryce Południowej są tradycyjnie silne, a w miejscu takim jak Piedrabuena – izolowanym, położonym na skraju miasta – być może jeszcze silniejsze niż w centrum Buenos Aires. Pod pewnymi względami osiedle to przypomina małe miasteczko i dlatego panują tu bardziej prowincjonalne zwyczaje. Większość rówieśników Luciana przeżyje tu całe swoje życie, a nowych przybyszów spoza „układu rodzinnego” jest niewielu. Same rodziny jednak się rozrastają: w dwóch tysiącach stu mieszkaniach można dzisiaj naliczyć blisko dwadzieścia tysięcy mieszkańców.

Początkowo było to osiedle wojskowo-policyjne. Być może tak to planowano w fazie projektu, lecz gdy w 1980 roku oddawano Piedrabuenę do użytku, wojskowa junta pewnie dzierżyła ster władzy, a mieszkania były jednym ze sposobów kupowania lojalności. W rzeczywistości osiedle nigdy nie zostało ukończone. Staje się to jasne, kiedy wjeżdża się windą na jedną z tych niesamowitych ośmiokątnych wież. Blok ma czternaście pięter, ale winda zatrzymuje się tylko na piątym, ósmym i jedenastym. Z oszczędności tylko tam wybudowano wyjścia z szybu windowego, co oznacza, że większość lokatorów, by dotrzeć do swojego mieszkania, musi maszerować w górę lub dół po schodach. Są to zresztą windy towarowe – osobowych, jak twierdzi Luciano, w ogóle nie zainstalowano.

Kompleks składa się z budynków ułożonych w kształt podków, pomiędzy którymi teraz, w porze letniej, ciągną się niezbyt wypielęgnowane trawniki. Pomysł polegał na tym, by zorganizować osiedle w poszczególne sąsiedztwa, w pewien sposób gromadząc ludzi w serdecznych objęciach architektury. Wewnątrz każdej podkowy wysokościowców znajduje się mniejsza, złożona z bloków czteropiętrowych. Luka pomiędzy tymi koncentrycznymi łukami zabudowy tworzy zacienioną ulicę – nowatorskie rozwiązanie, które, jak się wydaje, sprawdziło się w praktyce. Gdzie indziej znajdziemy u podnóża bloków rampy, które ewidentnie miały służyć jako rodzaj amfiteatralnej widowni dla wydarzeń publicznych. Mogło to być tylko myślenie życzeniowe – placyki te zamieniły się dziś w parkingi – lecz w pobliżu kilku młodzieńców rozpala właśnie ogień pod grillem zaimprowizowanym z beczki po ropie. Pośrodku osiedla ponad główną drogą krzyżują się cztery piesze kładki. Luciano mówi, że właśnie tu kierują się dzieciaki, kiedy goni je policja, ponieważ miejsce to ma cztery różne drogi ucieczki.

Idę, czując na sobie wzrok miejscowych, którzy dostrzegają moją obecność i pewnie zastanawiają się, kim może być ten gość z notatnikiem w ręce. Towarzyszy mi jednak Luciano, mam więc swoje przywileje. Tutaj każdy go zna – każdy zna każdego. Ten mikrokosmos to jego wszechświat, sceneria całego jego życia. A on jest z tego dumny. Na plecach wytatuował sobie widok osiedla. Piedrabuena to nie tylko jego druga skóra; ono po prostu jest jego skórą.

Luciano przedstawia się jako artysta, który – jeśli tylko nie wykonuje rozmaitych fuch, żeby zarobić na życie – kręci krótkie reportaże o osiedlu i zamieszcza je na YouTubie. Kiedy pytam go, jak Piedrabuena zmieniło się za jego życia, przedstawia mi cały katalog stopniowej degradacji. Ostatnio zawaliły się schody. Wcześniej miał miejsce wybuch gazu, który pozbawił większość osiedla ogrzewania i bieżącej wody. Drewniana przypora przy jednym z bloków pokazuje, gdzie się to wydarzyło. Po fasadach niczym pnącza wiją się nowe gazowe przewody, a jednak siedmiuset lokatorów wciąż odciętych jest od sieci.

By cokolwiek tu zmienić, mieszkańcy muszą urządzić awanturę: demonstrują i barykadują drogi. „Ale oni muszą chodzić do pracy”, mówi Luciano. „Nie mają czasu ani energii, by w ten sposób użerać się o każdą podstawową potrzebę”.

Oto zatem opowieść o tym, jak wielkie projekty budownictwa socjalnego zeszły na manowce – nie pod względem architektonicznym, cokolwiek by myśleć o tego rodzaju osiedlach, ale politycznym. Megaprojekty tego rodzaju traktowano jako jednorazowy wydatek, a nie długoterminową inwestycję. A przecież to oczywiste, że trzydzieści lat bez remontów musi prowadzić do degradacji.

Trudno się nie zastanawiać, jaka jest przyszłość tego miejsca – a raczej, kiedy stanie się ona faktem. Wyraźnie widać, że nadchodzi dla niego moment w stylu Pruitt-Igoe, nie wiadomo tylko kiedy. Pod spodem zbiornika wodnego, na szczycie jednej z ośmiokątnych wież mieszczących szyb windowy, zauważam odpadające kawały betonu. Ściany są mocno popękane. Piedrabuena to idealne miejsce dla miłośnika modernistycznych ruin. Nic dziwnego, że młodzi kręcą tu hip-hopowe teledyski. Urok osiedla tworzą po części murale, głównie całkiem znośne kopie arcydzieł światowego malarstwa. Pokazuje mi je Luciano; jest tu Guernica i fala Hokusaia, są cieknące zegary Salvadora Dalego. To prace miejscowego artysty, znanego jako Pepi, który zdążył już przeprowadzić się gdzie indziej. Przed kopią Rozstrzelania powstańców madryckich Goyi Luciano oznajmia: „Normalnie jeżeli człowiek chce obejrzeć ten obraz, musi zapłacić za wstęp do muzeum, ale my możemy sobie tu siedzieć i podziwiać go przy piwie”.

„Idź za pieniędzmi”

Pewnego piątkowego ranka, trzydzieści lat po tym, jak projektował Piedrabuenę, Rafael Viñoly siedzi w swoim londyńskim biurze i próbuje sobie przypomnieć, jak to było. Właśnie przyleciał z Nowego Jorku i wraca tam jeszcze tego samego dnia, co pokazuje, jak zmieniła się profesja architekta od czasu, kiedy zaczynał karierę. Proszę Viñoly’ego, by opisał mi atmosferę końca lat 70. Przedstawiłem sobie Piedrabuenę jako heroiczną porażkę, relikt czasów, w których polityczny idealizm szedł w parze z architektoniczną ideologią. Być może jednak wyobrażam sobie w zbyt różowych barwach okres, kiedy budownictwo socjalne było jednym z politycznych priorytetów, a politycy wciąż ufali architektom. Z dzisiejszego punktu widzenia, gdy stało się jasne, że wolny rynek nie stanowił żadnego rozwiązania, wygląda to jak idealizm. Czyżbym grzeszył naiwnością?

„Był to idealizm w tym sensie, że nie myśleliśmy o markach i znakach towarowych”, mówi Viñoly. „Nie byliśmy świadomi, że te budynki mają być wsparciem dla politycznej reklamy. W owym czasie w Ameryce Łacińskiej, a zwłaszcza w Argentynie, temat ten był używany jako narzędzie polityczne”.