Puszka - Barbara Kosmowska

Puszka

0,0

Puszka dawno przestała być maminą „Pusią”. Czy tego żałuje? Czy żałujemy ukochanej zabawki, którą już nie wypada się bawić? Pewnie tak, bo wchodzenie w dorosłość wcale nie jest łatwe. Bohaterka Puszki o tym wie. Musi przejść przez mrok rodzinnych tajemnic, przeżyć gorycz pozornej przyjaźni, odkryć samą siebie. Musi też odpowiedzieć na pytania, których, poza własnym sumieniem, nikt jej nie zada. 
To opowieść o wrażliwym poznawaniu świata, który jest tuż obok, ale aby go poznać, trzeba przebić mur. Nie głową. Sercem.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Puszka

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Taniec hiszpańskich sandałów
Gołębie rozmowy
Niebo bez księżyca
Gorzka Piramida rozkoszy
Świat bez zasłonek
Jestem Miłka i też mam psa
Pirackie stokrotki i arytmetyka świata
Film o miłości
Brylanty i polityka
Serce na wirażu
Dlaczego mozzarella staje ością w gardle?
Angina wszechczasów
Mendelejew i rogaliki
Kiedy się nie jest Meg Ryan
Propozycja nie do odrzucenia
Święto dobrej wiadomości
Kiedy bezy tracą smak
Kolejna cegła w murze
Zimowy demakijaż
Na gigancie
Świąteczne dekoracje
Fotel z widokiem na choinkę
Miłość pod choinką
Dolina Charlotty
Królewna kłamczucha
Wyprawa na Marsa
Adres, pod którym mieszka miłość
Spacer po czekoladowym lesie
Epilog Czerwiec
titlepage
Taniec hiszpańskich sandałów

Warszawskie mieszkanie Puszki jest przestronne.

– Zbyt duże – wzdycha. Jak zawsze, gdy zostaje w nim sama. Teraz czeka na Klarę. Powinna już tu być. Kiedy tylko pojawi się w drzwiach, natychmiast wielka przestrzeń domowej pustki skurczy się jak ten kolorowy golfik po praniu w czterdziestu stopniach. Klara zawsze wnosi z sobą taką eksplozję słów, że potrafiłaby wypełnić nimi cały Pałac Kultury, nie tylko trzy pokoje z kuchnią.

Tego chyba też jej zazdroszczę – myśli Puszka i czuje się niezręcznie. Bo „też” dotyczy i wyglądu Klary, i jej mocnego charakteru, a najbardziej Michała, który od niedawna stał się największą ozdobą jej przyjaciółki. Wprawdzie Michał uchodzi za milczka, ale ma to „coś”, jak twierdzą wszystkie klasowe dziewczyny. Zdaniem Puszki tym „czymś” jest jego uśmiech.

Obserwacyjny szlak prowadzi od okna w gabinecie mamy do okien kuchennych, z których najlepiej widać, kto zmierza w stronę starej kamienicy.

Puszkę irytuje pani Kłopotek, pojawiająca się zamiast Klary na podwórzu. I pan Maruga, ten co maluje włosy na czarno, choć od kilku lat jest bardziej siwy niż wszystkie znane Puszce gołębie. A zna je doskonale. Nawet z imienia, do czego jednak nikomu by się nie przyznała.

Para ptaków przez moment wiruje nad parapetem, zasłaniając widok.

– Gdy stąd wyjadę na rok, zapomnicie o mnie – wzdycha do szyby.

Czekanie bywa okropne. To taki test na cierpliwość, a Puszka nie znosi żadnych testów, bo im zwyczajnie nie ufa. Poza tym może być cierpliwa zawsze, ale nie dzisiaj, kiedy trzeba wreszcie powiedzieć Klarze o rozstaniu. O tym fatalnym pomyśle mamy, która chyba zapomniała, że nie zostawia się jedynaczki z obcą kobietą! Że ona, Puszka, nie jest jakąś puszką sardynek czy ciasteczek wiedeńskich, tylko Osobą. Taką pisaną wielką literą.

Za oknem mały dramat. Pani Kłopotek lekko się potknęła i wypadła jej z ręki laska. Na szczęście pan Maruga już ją podnosi, trwa to wieczność, bo taki z niego staruszek-niezguła. Udało się! Laska trafia do rąk właścicielki i Puszka oddycha z ulgą. Wspaniałomyślnie wybacza emerytom, że uprzedzili jej przyjaciółkę, choć nikt na nich nie czeka. Nikt nie podbiegnie do drzwi, żeby im otworzyć. Wstydzi się teraz trochę, że miała cokolwiek za złe tej sędziwej parze sąsiadów. Bo to przecież samotnicy, rozbitkowie na wysepce życia, jak mawiała często mama. Puszka uśmiecha się do nich zza firanki, pomimo że tego nie widzą, i nareszcie odzyskuje humor.

Klara nadchodzi od strony ostatnich małych sklepików, które jakimś cudem przetrwały wojnę z hipermarketami. Stoją sobie na bocznej ulicy i przyciągają wzrok przechodniów wystawami pełnymi śmiesznych produktów.

O! Już mija cukiernię, tę samą, w której obie zostawiają swoje tygodniówki, a za moment jej hiszpańskie sandałki będą stepowały po stromych schodach klatki.

Puszka pędem zrywa się do biegu na przełaj przez salon, aby jak najszybciej uciszyć dzwonek nieporadnie udający kukułkę.

Klara wygląda pięknie. Uśmiecha się tak szeroko, jakby na wejściu spodziewała się stada fotoreporterów i tysiąca kamer. Uśmiech znika, gdy zamiast fleszy wita ją w progu Puszka. W domowym dresie i rozczochrana.

– Wyglądasz jak nasza pani Fikołek! – mówi na powitanie z lekką naganą. Klara nie znosi sali gimnastycznej i boiska, a kobieta od WF-u nie znosi Klary. – Mów wreszcie, co się dzieje! – Ciekawość bierze górę nad niechęcią do dresu. – Wprawdzie uwielbiam niespodzianki, ale jak mogłaś cokolwiek przede mną ukrywać?! – Nos przyjaciółki nieładnie się marszczy i Puszka zaczyna żałować, że przez dwa tygodnie milczała na temat swej ponurej przyszłości. Taka to już przyjaźń z Klarą, że ona zawsze ma rację i wzbudza w ludziach poczucie winy. – Co to za wielka tajemnica, o której nie można zwyczajnie, przez telefon... – Klara wodzi wzrokiem po wysokich ścianach. – Łoooł! Wielkie to wasze mieszkanie! Po co wam tyle tego? – pyta po raz setny, zadzierając głowę do wysokiego sufitu. – Metraż się tylko marnuje – ocenia głosem rzeczoznawcy, szukając odpowiedniego miejsca do rozmowy.

Tym razem jej wybór pada na kanapę w salonie. Wygodnie się na niej rozsiada i pozwala Puszce na kilka szybkich, zachwyconych spojrzeń.

– Zaczynaj, bo cierpię, kiedy czegoś nie wiem, a cierpię, konkretnie, od wczoraj.

– Afera w domu? – domyśla się Puszka.

– Draka jakich mało. O hondę Michała.

– Znowu jeździliście?! – Puszka zapomina na chwilę o własnych kłopotach. Najchętniej słuchałaby z zapartym tchem relacji z kolejnej motorowej randki. Ze wszystkich randek Klary, ale tylko tych z Michałem, który poza zniewalającym uśmiechem ma osiemnaście lat i nowiutki motocykl. Prezent od rodziców za finał w olimpiadzie z fizyki.

– To było szaleństwo! – Klara na samo wspomnienie motorowych wyczynów aż kraśnieje. – Wszyscy się na nas gapili, jak pędziliśmy przez miasto niczym wysłannicy piekieł! Ja w nowym kasku i w tej czarnej, skórzanej kurteczce od Ewy Minge, wiesz której...

– Jasne.

– Szkoda tylko, że Michał jeździ wolniej niż Kamil. Musi więcej trenować.

– Kamil? – Puszka wydaje się nieobecna. Najwyraźniej wciąż ma przed oczami pędzącego wysłannika piekieł.

– Mówię, że Michał! – W relację Klary wkrada się zniecierpliwienie. – Już ja nad nim popracuję. Będzie zasuwał niczym Gollob – obiecuje tonem surowego trenera. Na jej twarz powraca uśmiech.

– Gołąb?

– Przestań mieszać, bo wyjdzie na to, że jesteś głąb!

– A w domu? O co poszło? – próbuje ustalić Puszka. Jest zaniepokojona, bo od roku ze wstrętem, ale konsekwentnie, dostarcza Klarze potrzebnego alibi.

– Nie panikuj. – Klara macha lekceważąco ręką. – To drobiazg. Ktoś doniósł mamie, że z Michała wielki kaskader. A to ja kocham szybkość, nie on! – oświadcza z dumą. – Teraz mam szlabanik. Nic nowego...

– Nie możesz się z nim spotykać?

– Oficjalnie, że tak powiem, nie mogę. Nieoficjalnie zobaczymy się dzisiaj.

Puszka wzdycha boleśnie. Rozstanie z Michałem musi być gorsze nawet od zamieszkania z babcią. Jest tego pewna.

– ...a potem rodzinka spada na wczasy, zostaję sama... I co robię? Pakuję namiot, wskakuję na siodełko i gonimy nad Wisłę! – Podnosi triumfujący wzrok na Puszkę, która chciałaby się ucieszyć z takiego obrotu spraw, ale nie potrafi. Coś jej w tym przeszkadza. Potakuje więc tylko głową i wpada w smutne zamyślenie. – No, mów wreszcie, co to za hicior, przez który o mało sandałów nie pogubiłam. Hiszpańskich – dodaje znacząco.

Sandałki z hiszpańskim wdziękiem opadają ze stóp Klary, a jej opalone nogi wędrują na poręcz sofy.

– Chyba się domyślam, o co chodzi. – Klara przygląda się Puszce z aprobatą. Rzadko tak na nią patrzy. – W końcu mnie posłuchałaś i postawiłaś na swoim...

– Na jakim „swoim”? – pyta Puszka trochę nieprzytomnie.

– No, że jedziesz z nami! Pod te namioty... Twoja mama dawno powinna wiedzieć, że nie masz pięciu lat.

Uwielbia przypominać Puszce, że obie nie mają już pięciu lat, śliniaka z biedronką i kokardek w loczkach. Za chwilę doda: „Czas na adrenalinę, kochana, bo inaczej nie wyskoczysz z paputków!”.

– Czas na adrenalinę, kochana – dodaje głośno Klara. Jak na zamówienie. – Czułam, że stało się coś szczególnego, gdy zadzwoniłaś! – starannie dobiera słowa. Lubi mówić jak prezenterki telewizyjne. – Pomyślałam: „Puszka nareszcie wie, czego oczekuje od życia!”. Szepnęłam już nawet Michałowi, żeby zaprosił pod namioty Roberta, tego, co do niedawna chodził z Agatą... On jest w sam raz! Wprawdzie motocykla jeszcze nie ma, ale za to dziewczyny już nie ma...

– Nie jadę pod żadne namioty – przerywa Puszka i odwraca twarz od przyjaciółki. Jest podwójnie przygnębiona. Musi wyjaśnić Klarze, że sprawy stoją dużo gorzej, żeby nie powiedzieć – fatalnie.

Bo o planowanych wakacjach nawet mamie nie wspomniała. Po co, skoro niedawno wyszły na jaw drobne oszustwa Klary i mama straciła do niej zaufanie. A jak mama traci do kogoś zaufanie, to nie tak łatwo je ponownie odzyskać. Wiedział o tym najlepiej ojciec Puszki, ale to stara historia i z zupełnie innej bajki.

No więc niebieski namiot będzie przez całe lato zawalał dno rodzinnego lamusa, nikomu niepotrzebny. A Puszka, też nikomu niepotrzebna, zapakuje swe nastoletnie życie do plecaka, aby je przewieźć pod dach nieznanej matki swego nieznanego taty. Będzie mieszkała pod obcym adresem, na obcej ulicy. Będzie chodziła do szkoły, której nigdy nie widziała. I co najgorsze, otoczą ją nowi znajomi, którzy nie są jej żadnymi znajomymi. A jeśli do tego okaże się, że pod dachem nieznanej matki nieznanego taty nie ma nawet internetu, to Puszka śmiało może powiedzieć, że mama znalazła dla swej jedynaczki ostatnią bezludną wyspę.

Klara nie patrzy już na Puszkę z podziwem. Czeka, a od jej wzroku nie można uciec w żadne bezpieczne kłamstwo.

– Wyjeżdżam stąd. Muszę – mówi, siląc się na obojętność.

Za oknem słychać gołębie. Ich gruchanie brzmi irytująco.

– Jak to wyjeżdżasz? Wyprowadzacie się? – Klarze po raz pierwszy brakuje słów.

– Ja się wyprowadzam. Znikam na rok.

Puszka czuje się tak, jakby popełniła okropną gafę. Jakby przegrała jakiś ważny turniej na oczach całego świata, a przecież patrzy na nią tylko para oczu przyjaciółki.

– Uciekasz z domu?! – wykrzykuje. – Naprawdę???

Jest zachwycona. Wiadomo! Być na gigancie to dla Klary mistrzostwo świata. A Puszki przecież nie stać nawet na porządną awanturę z matką.

W pokoju zapada milczenie. Puszka cieszy się wrażeniem, jakie zrobiła na Klarze. Nieważne, że niezasłużonym, że za chwilę jej podziw zamieni się w kupkę wzgardy i lekceważenia. Na razie zachwyt trwa, a Klara nigdy tak na Puszkę nie patrzy. Mama spogląda na nią czasami takim wzrokiem. Klara nigdy.

Korci ją, żeby temu szacunkowi ulec, powiedzieć: „Uciekam” tajemniczym szeptem, jakim zwierzają się sobie dorosłe kobiety.

Nie jestem Klarą – myśli z rozpaczą. – Nie potrafię nawet przyzwoicie skłamać, a co dopiero uciec... I pewnie dlatego zasługuję na bezludną wyspę...

– To nie jest żaden gigant. – Puszka spogląda w stronę okna. Na parapecie przysiadła Minutka, szybka i energiczna gołębica. – Mama wygrała roczne stypendium. Jedzie do Japonii pisać o swoich kobietach. A ja do babci. Nawet jej nie znam...

– To wykluczone! – Klara jest przerażona. Siada na sofie z miną najwyższego oburzenia. Jej telewizyjny głos nabiera niebezpiecznej barwy pretensji, i nie dba już o dobre maniery. – Nie mam zamiaru siedzieć z Izką! – krzyczy. – Z tym tortem urodzinowym nafaszerowanym arszenikiem!

Znowu zapada milczenie, jeśli nie liczyć małej awantury pomiędzy Minutką a jej stałym wrogiem, Panem Budzikiem, z którym walczy teraz o krawędź parapetu.

– No i w ogóle... – Klarze musi być głupio, że najpierw pomyślała o sobie. – Bez ciebie to już nie ta klasa... – pospiesznie ratuje sytuację. – Kto się zgłosi na ochotnika z wypracowaniem? Bo nie Grażka! Kto poprowadzi naszą gazetę? Bo nie Wiki! A ja tak lubiłam te twoje złośliwe felietony...

– Nawet ich nie czytałaś – przypomina Puszka.

– Po co? Przecież mi mówiłaś, o czym piszesz! – Klara raptownie siada na kanapie i chowa twarz w dłoniach. – Co ja teraz zrobię?! – rzuca retorycznie, stłumionym głosem.

Puszka uznaje ten dramatyzm za nieco przesadzony, ale jest wzruszona. Miło pomyśleć, że Klara jednak uczciwie przeżywa zapowiedziane rozstanie.

– Na szczęście Słupsk nie leży na końcu świata – odzywa się pocieszająco. Ogarnia ją nagłe wzruszenie. Nie sądziła, że aż tyle dla Klary znaczy.

– Być może, ale przecież nie powiem starym, że jadę do Słupska zakuwać!

– Wymyślisz coś... Powiesz, że zakuwasz u Majki. – Wzruszenie znika jak Pan Budzik za oknem.

– Starzy nie lubią Majki.

Puszka milczy, rozczarowana i smutna. Nie tak wyobrażała sobie dzisiejszą rozmowę. Gdzie Klary łza? Choćby jedna, która miała upaść na matczyne plany? Gdzie to oczekiwane przytulenie się do Puszki? Mogłyby też pobeczeć sobie razem, obiecując na zmianę, że nie rozdzieli ich żadna odległość i czas, żadne naukowe ambicje i habilitacje, których nikt nie czyta... Żadna obca babcia i rok na wygnaniu.

– Ja bym się nie dała wywalić z własnego mieszkania. – Klara odzyskuje pewność siebie. – W końcu nie masz pięciu lat! Nie jesteś siusiumajtką! – włącza ulubione argumenty. – Poza tym są internaty! To lepsze od domu starców...

– Sama nie wiem.

Puszka uśmiecha się lekko, bo Pan Budzik wreszcie wywalczył upragniony kąt w oknie i woła Budzikową, urzędującą zwykle na parterze. Klara źle interpretuje ten uśmiech.

– Zresztą, co ja się będę wcinać! – Z lekceważeniem wydyma wargi. – Widzę, że ci pasują wiejskie klimaty. Świeże powietrze i swojskie jaja...

– Nie taka znowu wieś, ten Słupsk – mówi wolno Puszka, głucha na ironię przyjaciółki. – Wyobrażę sobie, że to jedna z dzielnic Warszawy... – dzieli się swym planem z Klarą.

– Daj spokój! – Klara patrzy na Puszkę z politowaniem. – Możesz sobie wmówić, że mieszkasz w Nowym Jorku, tylko widok z okna na chlewiki ci tego nie ułatwi! Zamienić stolicę na kozi tyłek! Współczuję ci! – sarka, mocując się z paskiem sandałków.

– Zawsze to jakaś adrenalina – próbuje uratować sytuację Puszka, ale Klara już jej nie słyszy. Zrywa się, przenosząc pełen rozczarowania wzrok na mały zegarek.

– My tu o niczym, a na mnie już czeka Michał!

Klara nerwowo chwyta wielką torbę. Też hiszpańską.

– Pogadaj z matką o internacie. Nie bądź głupia, Puszka! – rzuca w drzwiach.

Sandałki błyskawicznie opuszczają kamienicę i już maszerują brukiem chodnika. Teraz biegną na skróty, podnosząc do lotu gołębią rodzinkę Stuków-Puków. Puszka stoi w oknie do chwili, gdy kwiecista sukienka Klary i jej roztańczone loki znikają za murem sąsiedniego domu.

Za co tak ją lubię? – zastanawia się intensywnie Puszka, odwracając wzrok od szyby. – Wiadomo! – karci się. – Przecież to ona wybrała mnie z tłumu dziewczyn, które prześcigały się w pomysłach, żeby usiąść z Klarą w jednej ławce. Wybrać taką mysz! A wiadomo, każda chciałaby z Klarą chodzić do cukierni i na zakupy. Prowadzać się na przerwach i szeptać o sprawach tak osobistych, że do dziś ich wspomnienie zawstydza. I za to ją lubię, a nawet podziwiam – przejmująco wzdycha Puszka.

Rozgląda się wokół. Mieszkanie opustoszało, jakby Klara zabrała ze sobą wszystkie dźwięki i słowa.

Martwota wczesnego popołudnia. Samotność.

Gołębie rozmowy

– Co robi mama, gdy nagle odkrywa, że jest beznadziejnie? – pytanie Puszki, postawione głośno i wyraźnie, ląduje w środek domowej ciszy. – Je czekoladę z migdałami przy muzyce Schumanna – pada równie głośna odpowiedź.

Na szczęście w kuchennej szafce leży ostatnia, lekko nadgryziona tabliczka. Płytę trzeba nastawić cicho. Tak, żeby dźwięki czuły się swobodnie. Trzeba też odpowiednio usiąść w fotelu, bo fotel jest stworzony do myślenia.

Mama któregoś razu opowiedziała Puszce historię tego rzemieślniczego kaleki. Był pamiątką po dziadku Wiktorze, który przyjaźnił się z pewnym tapicerem i zamówił u niego mebel. Podobno powiedział: „Chciałbym, Kazimierzu, aby mój fotel wygrywał wraz ze mną w szachy i abym w nim miał mocne oparcie”. Dziadkowi chodziło o wsparcie duchowe, tymczasem Kazimierz – stolarz – tak usztywnił tył mebla, że nie sposób było w nim zasnąć. A wiadomo – jak się nie śpi, to się myśli – twierdzi mama Puszki i nazywa odziedziczonego grata „cudownym brzydactwem”. Puszka woli mówić o nim: „Pan Lorneta”.

Bo z fotela najlepiej widać gołębi świat. Parapet już zapełnia się codziennymi bywalcami. Ptaki uparcie kierują siwe łebki w stronę szyby, gniewne, że nie znajdują należnych im ziarenek kaszy i pszenicy.

– Słuchajcie, obżartusy – zwraca się do ruchliwego stadka. – Poświęcam wam zawsze czas. Dzisiaj pora na rewanż. Komuś przecież muszę powiedzieć, co czuję... Bo po pierwsze... – głos Puszki złagodniał, jakby się do niego wkradły podebrane Schumannowi liryczne nutki – po pierwsze, jak wam wiadomo, mam tylko mamę, która mnie nigdy o nic nie prosiła. Dopiero teraz, gdy dostała to swoje stypendium, zapytała, czy się zgadzam... Panie Budziku, trochę kultury! – ofuknęła parapetowego krzykacza i podjęła wątek: – Szczerze mówiąc, mam wielką ochotę nie wyrazić zgody... Powiedzieć: „Nie jedź!” albo „Jadę z tobą!”. I jak znam mamę, toby odpuściła. Nawet pieniądze, na które tak liczy. Wy oczywiście tego nie wiecie, ale na uniwerku płacą tyle, co gołąb napłakał... – Kłótnia na parapecie trwała w najlepsze. – Jeśli Stuki-Puki się nie uspokoją, zamilknę! – zagroziła Puszka, ale kolejna porcja czekolady odwiodła ją od tego zamiaru. – No więc po drugie... mam zamieszkać z babcią, której nie znam. Z tego, co wiem, jest już na emeryturze. Przyjechała do nas tylko raz. Zabrać mnie na pogrzeb.

Była wtedy siedmioletnią Pusią. Niewiele rozumiała. „Twój tatuś zginął” – słyszała z różnych ust, ale wówczas sądziła, że gdzieś się zawieruszył. Jej też ginęły skarpetki, zwłaszcza jedna z każdej pary, a potem odnajdywały się w dziwnych miejscach i wracały do swojej szuflady ze skarpetkami. Myślała więc, że z ojcami bywa podobnie.

Nie płakała. A skoro wówczas nie płakała, to tym bardziej później, gdy już było wiadomo, że wypadek samochodowy nie ma nic wspólnego z zaginioną skarpetką.

Nie znała taty. Wyjechał do pracy leczyć Norwegów. Fatalny pomysł, bo przecież w Polsce ludzie też chorowali. Mamie się to również nie podobało. A jednak pojechał. Żeby kupić samochód i pokazać im, to jest mamie i Puszce, jaki świat jest piękny.

– Minutko, więcej powagi! To dramatyczna historia! – Puszka karci spojrzeniem swawolną gołębicę.

Samochód kupił tato od jakiejś Norweżki, w której się przy okazji zakochał. Niby jeszcze próbował wrócić, ale nie bardzo miał do kogo, gdyż w międzyczasie mama się odkochała, a znowuż ona, Puszka, nie zdążyła go pokochać. Bo kiedy? Został więc w Norwegii na zawsze, ale i na krótko. Któregoś dnia odszedł też od tej nowej żony, bo wypadł z trasy. Bardzo malowniczej, jak potem mówiono. Być może tak go urzekło piękno świata, że nie zauważył ani zakrętu, ani tej ciężarówki...

– Nie uwierzycie, ale gdy wam opowiadam o moim ojcu, to jakbym opowiadała o całkiem obcym panu, którego historię poznałam w dzieciństwie. Nie pamiętam, jak wyglądał, a zdjęciom i testom nie ufam. Nie wiem, jaki miał głos i jakie dłonie. Czym pachniał i co lubił. Czy pił piwo i czytał gazety, czy może raczej wolał oglądać mecze piłkarskie na stadionie. Nie pamiętam też, aby mnie przytulał, brał na kolana... Mama twierdzi, że kiedyś przytulał. Co z tego, skoro nie potrafię przywołać tego wspomnienia?... O, kogóż tu widzimy? Witam pannę Fizię Mizię! – Puszka poprawiła się w fotelu i uśmiechnęła szeroko. Lubiła tę ptasią awanturnicę. Podejrzewała ją o liczne romanse i miłosne afery. – Na czym stanęłam?... A! Babcia i pogrzeb! Poleciałyśmy do Norwegii samolotem. Babcia była starsza od mamy, ale nie stara. Miała jasne włosy, krótko ostrzyżone, i miły uśmiech. Pamiętam jej dłonie. Ciepłe, z długimi palcami. Trzymała mnie często za rękę. Niewiele więcej potrafię sobie przypomnieć... Jakieś ponure towarzystwo w obcym domu. Dużo czarnych torebek na wieszakach w korytarzu i maleńkie kanapeczki. Wstydziłam się po nie sięgnąć... A dokąd to, Stuki-Puki? Jeszcze nie skończyłam! – zaprotestowała Puszka, widząc rozpostarte skrzydła swych przyjaciół. – Przynudzam?

Marzenie Schumanna smętnie snuło się po pokoju i Puszka musiała przyznać, że doskonale dopełniało jej opowieść. Przymknęła oczy i znowu miała na sobie sukienkę z granatowej satyny. Tę, którą babcia wyjęła z torby w obcym domu i prasowała przed pogrzebem taty. Z wielką kokardą z tyłu. Wciąż pamięta, jak potem, podczas smutnej ceremonii, zastanawiała się nad jednym: czy ktoś złośliwy nie rozwiąże kokardy. I zamiast modlić się za tatę, prosiła aniołki, aby kokarda pozostała nietknięta.

Babcia też nie płakała, ale miała zmęczone oczy, które ożywiały się w chwilach, gdy patrzyła na nią, na tamtą Pusię, a gdy je opuszczała, gasły jak przepalona żarówka.

– No i po trzecie... – Na parapecie zostało już tylko dwóch wiernych słuchaczy: Fizia Mizia i Pan Budzik. – Po trzecie, moje drogie – zwróciła się do gołębi – nasze mieszkanie zostanie wynajęte, ale pod warunkiem, że ci nowi lokatorzy będą o was dbać... Oho, to mama! Koniec opowieści! – obwieszcza na dźwięk zachrypniętej kukułki i rusza do drzwi, wymachując ramionami jak wielki dresiarski gołąb.

Siedziały w kuchni.

Choć za oknem dogorywało senne, ciepłe popołudnie, Puszka miała wrażenie, że dzień dopiero się zaczyna. Zabawa w udawanie poranków trwała od lat. Mama doskonale wchodziła w swoją rolę. Gdy wracała z uczelni wieczorami, lubiła mówić od drzwi: „Witaj, kochanie. Mamy piękny dzionek”. Okno spowijały ciemności, a Puszka, patrząc w nie, informowała: „Dzisiaj będzie słonecznie!”. Potem wystarczyło nazwać kolację śniadaniem i podlać kwiaty. Włączyć wszystkie światła i nastawić muzykę. W ten sposób czas, który im umknął, powracał w niewinnej grze.

– Utyłam. – Puszka odsunęła talerz z resztkami pysznej pizzy.

– I ja utyłam. – Mama poszła w jej ślady.

Zaśmiały się, widząc podobieństwo swych ruchów: objęły brzuchy z błogim wyrazem sytości na twarzach.

– Kto dzisiaj zmywa talerze, ten główną wygraną bierze! – wyrecytowały jednocześnie, ale mama szybciej znalazła się przy zlewozmywaku.

– Mam złą wiadomość – zakomunikowała Puszka, gdy w kuchni zapanował porządek. – Główną wygraną zjadłam po południu. Dzisiaj pracowałaś za friko!

– Zdrada! – krzyknęła mama wojowniczo i ruszyła na córkę, uzbrojona w mokrą ścierkę. – Dopadnę cię, łasuchu! Skórę zedrę! Skalp zabiorę ze sobą do Japonii! Pokażę, jak wyglądają polskie panienki po kolacji! Powiem: oto polska nastolatka, którą ukarała matka!

Na policzku Puszki wylądował głośny całus.

– Pogadajmy jeszcze – zaproponowała, przytulając jedynaczkę.

Tym razem mama ulokowała się w fotelu z kubkiem gorącej herbaty.

– Późno dziś wróciłam. Jest tyle spraw do załatwienia, a zostało zaledwie parę dni. – Spojrzała na córkę przepraszająco.

– Mam nadzieję, że nie zdążysz ze wszystkim i zostaniesz. Nauka na tym nie ucierpi i ja nie ucierpię... Możesz się jeszcze rozmyślić – westchnęła z rozmarzeniem Puszka.

– Ten wyjazd jest bardzo ważny. – Mama wyglądała starzej niż zwykle. Nie maskowała zmęczenia uśmiechem i nie próbowała udawać przed córką, że jest szczęśliwa. Puszce zrobiło się jej żal. – W Tokio zdobędę potrzebne materiały i wreszcie skończę rozprawę. Dzięki temu...

– ...zachowasz etat na uniwerku i będzie nas stać na zbyt duże mieszkanie – dokończyła Puszka.

– Oraz na kaszę dla twoich gołębi – dodała mama, a nikły uśmiech na chwilę rozświetlił jej twarz.

– Opowiedz mi o babci dwojga imion. W końcu muszę wiedzieć, z kim będę mieszkać i toczyć spory.

– Zakładasz wszczynanie awantur? – Mama zbyt serio potraktowała pytanie.

– To zależy, jaka jest.

– Anna Józefina. Emerytowana lekarka. Kardiolog. Sześćdziesiąt pięć, może sześć lat. Matka twojego ojca, wdowa po lekarzu wojskowym...

– Nie obchodzi mnie jej życiorys! Chcę wiedzieć, jaka jest! – przerwała Puszka niecierpliwie.

– Będziesz miała okazję, aby się dowiedzieć. Ja takiej nie miałam...

– Nie znałyście się? Nie rozmawiałyście?

– Szczerze mówiąc, niewiele tych spotkań było...

– Dlaczego?

Mama milczała i Puszka przez chwilę zapragnęła, aby tak zostało. Może słowa jeszcze bardziej skomplikują i tak trudną przyszłość? Może w mamy oszczędnych wyznaniach ukrywa się jakaś bolesna tajemnica, której lepiej nie znać?...

– Dlaczego? – ponowiła jednak pytanie.

– Myślę, że kiedyś mnie nie akceptowała...

– Ciebie?! To niemożliwe! Nawet studenci cię lubią!

– I taka jest różnica między studentem a teściową – uśmiechnęła się mama, ale natychmiast spoważniała. – Nie miałyśmy czasu, aby się poznać, a Jacek, twój tata, też nam tego nie ułatwiał. Wręcz przeciwnie.

– Co to znaczy „wręcz przeciwnie”?

– Mówiąc najkrócej: pokłócił się z rodzicami. Bardzo liczył na ich pomoc, a jej nie otrzymał.

– No to miał mamuśkę! – sapnęła Puszka z niechęcią.

– Za szybkie wnioski, moja panno! – Mama spojrzała pedagogicznie, czyli tak, jak Puszka najbardziej nie lubiła. – Pozwól mi dokończyć.

– Pozwalam – mruknęła niechętnie.

– Więc twój tato uznał, że pieniądze na samochód powinien dostać od rodziców. Nie potrafił czekać na swoje zabawki. Taki charakter... Powtarzał, że to dla nas, ale kiedy mężczyzna pragnie samochodu lub innej kobiety, chodzi mu zwykle o samego siebie – uśmiechnęła się mama, jakby ucieszył ją własny aforyzm.

– Niezły tatko – mruknęła Puszka.

– Nie zawsze taki był – zaprzeczyła energicznie mama. Zdaniem Puszki – nazbyt energicznie.

Obserwowała matkę ze zdumieniem. Minęło tyle lat od tamtej chwili, a ona wciąż boleśnie przeżywała starą i dawno skreśloną przez życie historię. Gdyby to jeszcze był romans wszechczasów, a nie zwyczajna zdrada!... – pomyślała smętnie.

– Krótko mówiąc – mama mocniej ścisnęła ceramiczny kubek – Jacek wybrał się do Słupska. Nie na urodziny mamy, jak mówił, a na swój Dzień Dziecka. Gdy dziadkowie zrozumieli, że potraktował ich jak oddział w banku – zawiesili rodzinne stosunki. Duży mały chłopiec wrócił z niczym... – Mama westchnęła, zanim przechyliła kubek z resztką herbaty. – I to był koniec naszych rodzinnych spotkań. – Podniosła na córkę smutne oczy.

– W porządku – przeszła do ataku Puszka. – Mogę zrozumieć, że się pokłócił, narozrabiał... Trzasnął drzwiami... Ale dlaczego także tymi do naszego mieszkania? – dodała już ciszej. – Tato mi się należał! Każdemu dzieciakowi się należy, nawet jeśli jest z nim coś nie tak...

– To prawda, ale nie odpowiem na twoje pytania.

– Niby dlaczego? – zdumiała się Puszka.

– Bo nie znam dobrej odpowiedzi. – Mama bezradnie rozłożyła ręce.

– A ci dziadkowie? – Puszka rozpędziła się w pretensjach i parła naprzód, nie bacząc na matczyne zakłopotanie. – Zawiedli się na synku, to jasne, ale co ja miałam z tym wspólnego? Nie chciałam od nich ani samochodu, ani pieniędzy... Chciałam tylko ich spotkać, poznać, spędzać z nimi wakacje...

– Sądzili, że to moja wina – westchnęła mama. – Że jestem kapryśna, roszczeniowa i manipuluję ich kochanym dzieckiem...

– Mogłaś powiedzieć prawdę! – Puszkę oburzyły te dawne podejrzenia obcych dziadków.

– Nie wszystko można wytłumaczyć słowami. – Mama zamilkła. Kubek lekko zadrżał w jej dłoniach. – Czasami mijają lata, zanim ludzie potrafią sami ocenić sytuację – podjęła po chwili. – Pomiędzy dziadkami a mną stanął twój tato. I był jak mur z kamienia. A ja pozostałam za tym murem. Dla nich obca i wroga.

– Ale przecież potem, gdy tato nas zostawił?... Mogli się domyślić, że popełnili błąd!

– Mogli też uznać, że mieli rację, darząc mnie nieufnością. Znalazł inną kobietę, nie wytrzymał moich kaprysów... Zresztą w tym czasie umarł twój dziadek i babcia musiała zająć się układaniem własnego życia od nowa. Z tego, co wiem, samotne i trudne było to jej życie. Twój tato nie zdążył naprawić zerwanych więzi.

– Co za historia! – szepnęła Puszka. – Więc jadę do pani kardiolog, co ma serce z kamienia?!

– Nic podobnego nie powiedziałam! Ktoś inny robił w naszej rodzinie za kamienny mur. A babcia... Nigdy nie poznałyśmy się zbyt dobrze, ale ją lubię.

– Ty nawet w panu Gramczyku upatrujesz anioła! – sarknęła Puszka.

– O, co to, to nie! – zaperzyła się mama na wspomnienie złośliwego sąsiada. – Pan Gramczyk jest doskonałym przykładem na nędzę umysłową gatunku ludzkiego!

– Wczoraj obraził panią Kłopotek – poskarżyła się Puszka. – Słyszałam, jak ją nazwał starą głuchotą.

– Przedwczoraj zrobił awanturę pani Ani o jej śpiewanie – dorzuciła mama. – Powiedział, że skrzypi jak nienaoliwiony zamek.

– Trochę skrzypi – zgodziła się niechętnie z opinią Gramczyka Puszka. – Za to parę dni temu zagroził dzieciakom Himilów, że je zamknie w piwnicy ze szczurami. A one tylko koło niego przechodziły!

– Wredota, cham i głupek! Sama widzisz, ile złych emocji rodzi we mnie pan Gramczyk! – triumfowała mama. – Zaufaj mi, Puszko. Znam się na ludziach i twoja babcia też się na nich zna. Myślę, że to będzie dobry rok dla was obu.

– Nie, mamo. Bo ja nie chcę ani jej polubić, ani poznać. Ja tam jadę pomieszkać i niech tak zostanie. – Puszka zapatrzyła się w nadciągający wolno zmrok. – Ostatecznie mogę być Puszką pozostawioną w jakiejś poczekalni. Dwanaście miesięcy gwarancji, ale jeśli nie wrócisz...

– Do ulubionej konserwy? Z końca świata do ciebie wrócę. – Mama pogłaskała dłoń córki.

– Ojciec pewnie też się tak zarzekał – zażartowała Puszka, ale pożałowała swych słów. – Sorki – dorzuciła szybko.

– Twój tato, gdyby mógł, kiedyś wróciłby do ciebie... – Mama podniosła na Puszkę spokojne, jasne oczy.

– Pozwól, że w to nie uwierzę – prychnęła Puszka.

– Mam nadzieję, że kiedyś uwierzysz. Wówczas nie będziesz otoczona żadnym kamiennym murem.

– Jak ty?

Mama też patrzyła w zmrok.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

Niebo bez księżyca

Dostępne w wersji pełnej

Gorzka Piramida rozkoszy

Dostępne w wersji pełnej

Świat bez zasłonek

Dostępne w wersji pełnej

Jestem Miłka i też mam psa

Dostępne w wersji pełnej

Pirackie stokrotki
i arytmetyka świata

Dostępne w wersji pełnej

Film o miłości

Dostępne w wersji pełnej

Brylanty i polityka

Dostępne w wersji pełnej

Serce na wirażu

Dostępne w wersji pełnej

Dlaczego mozzarella staje ością w gardle?

Dostępne w wersji pełnej

Angina wszechczasów

Dostępne w wersji pełnej

Mendelejew i rogaliki

Dostępne w wersji pełnej

Kiedy się nie jest Meg Ryan

Dostępne w wersji pełnej

Propozycja nie do odrzucenia

Dostępne w wersji pełnej

Święto dobrej wiadomości

Dostępne w wersji pełnej

Kiedy bezy tracą smak

Dostępne w wersji pełnej

Kolejna cegła w murze

Dostępne w wersji pełnej

Zimowy demakijaż

Dostępne w wersji pełnej

Na gigancie

Dostępne w wersji pełnej

Świąteczne dekoracje

Dostępne w wersji pełnej

Fotel z widokiem na choinkę

Dostępne w wersji pełnej

Miłość pod choinką

Dostępne w wersji pełnej

Dolina Charlotty

Dostępne w wersji pełnej

Królewna kłamczucha

Dostępne w wersji pełnej

Wyprawa na Marsa

Dostępne w wersji pełnej

Adres, pod którym mieszka miłość

Dostępne w wersji pełnej

Spacer po czekoladowym lesie

Dostępne w wersji pełnej

Epilog
Czerwiec

Dostępne w wersji pełnej