Przewieszenie - Remigiusz Mróz

Przewieszenie

4,0

Podhalem wstrząsa seria wypadków w górach. Początkowo czarna passa wydaje się jedynie ciągiem pechowych zdarzeń, jednak śledczy ostatecznie odkrywają związek między ofiarami. Każe on sądzić, że ktoś morduje turystów na szlakach.

Dochodzenie prowadzi komisarz Forst. Szybko zdaje sobie sprawę z tego, że zabójstwa powiązane są ze sprawą, nad którą pracował z Olgą Szrebską. Zaczyna tropić mordercę, zbierając okruchy informacji, które ten zdaje się z premedytacją zostawiać.

Kiedy zbliża się do rozwiązania sprawy, doganiają go upiory z przeszłości. Wiktor Forst będzie musiał stawić czoła nie tylko człowiekowi, którego ściga, ale także ludziom gotowym zrobić wszystko, by go pogrążyć.

"Powieść Remigiusza Mroza to prawdziwy rollercoaster - od serii brutalnych morderstw aż do zaskakującego zakończenia. Nie zapomnicie. Polecam."
Vincent V. Severski.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
TitlePage.jpg

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dagmarze,

która przeszła ze mną niemal

tysiąc kilometrów w górach.

I nadal nie ma dosyć.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

 

 

1

Wiktor Forst nie odrywał wzroku od mogiły. Mimo że wyryto na niej datę urodzenia i śmierci, a także imię i nazwisko, nadal nie mógł uwierzyć, kto znajduje się w grobie.

Tydzień temu wchodził do szpitalnej sali, w której leżała Olga, i był pewien, że jego życie zupełnie się zmieni. Złapali troje ludzi odpowiedzialnych za zbrodnie na Giewoncie i w wielu innych miejscach. Rozwiązali zagadkę, a w dodatku zbliżyli się do siebie na tyle, by Forst po raz pierwszy w życiu pomyślał o ustatkowaniu się.

Teraz stał nad grobem Szrebskiej. I myślał o człowieku, który ją zabił.

Troje sprawców, na trop których trafili, stanowiło jedynie fasadę dla mordercy. To on od początku za wszystkim stał – i to on dyrygował zarówno swoimi ludźmi, jak i organami ścigania.

Zadrwił sobie z policji. Zadrwił sobie z Forsta. I pozbawił go przyszłości.

Wiktor miał zamiar dorwać tego człowieka. Zgodnie lub niezgodnie z prawem, nie miało to żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, by zabójca poniósł konsekwencje.

– Wszystko w porządku? – Rozległ się głos dowódcy.

Komisarz obejrzał się przez ramię i zobaczył zbliżającego się Edmunda Osicę. Przełożony stanął obok niego i zawiesił rękę w powietrzu, jakby zamierzał poklepać go po plecach, a potem się rozmyślił. Stary podinspektor, który zaczynał jeszcze w milicji, miał tyle taktu, co Forst determinacji w rzucaniu palenia.

– Tak – odparł Wiktor.

– Byliście blisko, jak rozumiem.

Forst spojrzał na dowódcę.

– Stanowczo za blisko – powiedział.

Nie takiej odpowiedzi spodziewał się Osica. Przez moment sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, jak zareagować. W końcu odchrząknął i się przeżegnał. Żałobnicy rozeszli się kilkanaście minut temu, przy grobie został tylko Forst.

– Dzwonił do mnie minister – odezwał się Edmund.

– Już zaczyna się wylewanie pomyj za to, że złapaliśmy niewłaściwego człowieka?

– Och, nie – odparł Osica. – Próbka DNA z Giewontu jest zbieżna z próbką DNA człowieka, którego ująłeś. Nie ma wątpliwości, że to on zabił ofiarę.

– Ale nie ma też wątpliwości, że ktoś kierował jego działaniami.

Edmund pokiwał głową, a komisarz wyciągnął paczkę czerwonych westów. Zapalił jednego i po raz kolejny przeczytał epitafium na grobie Olgi. Wiedział, że była ateistką lub agnostyczką, ale nie spodziewał się, że w swoim testamencie da temu wyraz. Tymczasem jedno z poleceń dotyczyło właśnie tego, co ma znaleźć się na płycie.

Szrebska kazała wybić na swoim nagrobku: „Witaj! I wybacz, że nie wstanę”.

Forst nie pamiętał, który raz czytał to zdanie. Za każdym razem było dla niego bardziej bolesne niż najrzewniejsze wspomnienie o zmarłej. Przypominało mu, że stracił wyjątkową kobietę. Kobietę z dystansem, poczuciem humoru i zdolnością do cieszenia się z lekkości bytu.

Wiktor zaciągnął się głęboko papierosem.

– Dorwę tego skurwysyna – powiedział.

– Panie inspektorze – poprawił go Osica.

– Dorwę tego skurwysyna, panie inspektorze.

– Świetnie, że się rozumiemy – odparł Edmund, obracając się ku niemu. – Bo chyba się rozumiemy, prawda? Nie chcę słyszeć o żadnej samowolce, Forst. Zbyt dużo tego było przy sprawie z Giewontu, a teraz uwaga wszystkich mediów w kraju skupia się na nas.

– Wiem.

– Formalnie to nawet nie nasza jurysdykcja. Zabójstwa dokonano w Chełmie, a prokurator zabrał się już do roboty.

Wiktor zaklął w duchu. Właściwie był to jedyny możliwy tok zdarzeń. Policja mogła prowadzić dochodzenie tylko wtedy, gdy prokuratura nie wszczęła postępowania. Jeśli tak się stało, to od oskarżyciela zależało, czy przekaże część – a czasem całość – śledztwa w ręce policji.

– Kto prowadzi sprawę? – zapytał Forst.

– Ten sam człowiek, który odpowiadał za tropienie sprawcy, kiedy ty błąkałeś się po Białorusi i Ukrainie.

– Niech pan nie zapomina o Rosji.

Osica pokręcił głową.

– Traktują to jako ciąg przestępstw i…

– Seryjne zabójstwa – wpadł mu w słowo Forst. Owszem, w polskim prawie takie pojęcie nie występowało, ale miał gdzieś sofistykę. Takie rzeczy należało nazywać po imieniu.

– Tak, seryjne zabójstwa – odparł podinspektor. – Co jest całkiem zrozumiałe, jako że dziennikarka miała w ustach monetę.

– Ustalili już, co to za numizmat?

Osica wsadził ręce do kieszeni.

– Nie wiem, Forst – powiedział. – I nie sądzę, żebym miał w najbliższym czasie się tego dowiedzieć.

Komisarz skinął głową, nie odpowiadając. Po raz kolejny wrócił myślami do momentu, gdy wszedł do szpitalnej sali. Zobaczył krew na pościeli i usłyszał ciągły sygnał aparatury medycznej, którego podźwięk zdawał się towarzyszyć mu od tamtej pory. Natychmiast dopadł do Olgi i sprawdził jej puls. Kiedy zrozumiał, że się spóźnił, zamarł, wbijając wzrok w jej pobladłą twarz.

Marazm szybko jednak go opuścił. Doświadczenie wzięło górę. Sięgnął po telefon i dokładnie obfotografował ciało. Ręce mu się trzęsły i powoli opuszczały go siły, ale wiedział, że nie będzie miał drugiej okazji.

Dopiero potem wezwał lekarzy. Usiadł na krześle przy łóżku, schował twarz w dłoniach i czekał.

– Wracasz dzisiaj do Zakopanego? – odezwał się Osica.

– Mam jeszcze tydzień wolnego.

W duchu dodał, że po tym, co przeszedł w Czarnym Delfinie, powinien dostać przynajmniej dwa miesiące płatnego urlopu.

– Więc zostajesz w Warszawie?

Forst rozejrzał się za śmietnikiem, by wyrzucić niedopałek.

– Nie wiem – odpowiedział, a potem ruszył w kierunku kontenera na śmieci. Słyszał, że dowódca jeszcze coś mówi, ale nie miał zamiaru poświęcać temu najmniejszej uwagi. Zgasił westa na koszu, wrzucił go do środka, a potem spojrzał jeszcze na mogiłę i się oddalił.

– Forst! – krzyknął Osica. – Nie rób nic, co…

Dowódca urwał, gdy zorientował się, że ludzie stojący przy innych grobach zgromili go wzrokiem.

Wiktor przyspieszył kroku. Miał zamiar zrobić wszystko, co trzeba.

 

 

2

Zmierzchało już, gdy mężczyzna z dużym, siedemdziesięciolitrowym plecakiem transportowym wszedł do schroniska na Hali Gąsienicowej. W bufecie zamówił porcję pierogów, a potem rozejrzał się i wybrał sobie miejsce przy oknie. Turystów było sporo, choć do szczytu sezonu pozostały jeszcze dwa miesiące.

Zima w tym roku nie była jednak sroga, a majowe słońce operowało wyjątkowo mocno. Mężczyzna wracał z Zawratu. Przy podejściu było trochę śniegu, ale nie opłacało się nawet zakładać raków. Dla bezpieczeństwa wyciągnął czekan, ale użył go bodaj dwa razy.

Zaczął jeść swoje danie, rozglądając się. Większość ze zgromadzonych w stołówce ludzi zostanie tutaj na noc, mało kto zdecyduje się na powrót do Kuźnic.

Jedna z tych osób stanie się jego ofiarą.

Świadomość ta wprawiła go w cudowny nastrój. Mężczyzna wiedział, że znajduje się na początku długiej drogi – drogi, którą zapamiętają przyszłe pokolenia. Być może kiedyś ktoś pójdzie w jego ślady, starając się powtórzyć to, co jemu udało się osiągnąć.

Dziś wszystko się rozpoczynało. Tutaj, w Murowańcu.

Zjadł, a potem zamówił sobie duże piwo. Kilka łyków sprawiło, że serce przestało mu walić jak młotem. Wyciągnął laminowaną mapę, a potem rozłożył ją na stole, jakby planował jutrzejszą wędrówkę.

Raz po raz unosił wzrok i poszukiwał zaciekawionego spojrzenia.

W końcu je dostrzegł. Samotna dziewczyna siedziała stolik dalej i uśmiechnęła się do niego lekko. Był to nieśmiały gest – pytanie, nawet nie zachęta. Mężczyzna odpowiedział równie zdawkowym uśmiechem.

Turystka miała gęste, krótko przystrzyżone, jasne włosy. Siedziała w samej koszulce sportowej, bo w schronisku jak zawsze było gorąco. Mężczyzna przyglądał się jej, gdy nie widziała.

Wiedział już, że niebawem dziewczyna zginie z jego ręki.

Poczuł, że ma wzwód i szybko skierował myśli na inny tor. Pochylił się nad mapą i przez chwilę przypominał sobie dzisiejszą trasę. Podniecenie go opuściło.

Dopił piwo, a potem poszedł odnieść kufel i wziął kolejny. Kiedy wracał, skierował się do stolika dziewczyny. Ona również wodziła wzrokiem po mapie.

– Wiadomo już, gdzie jutro można cię spotkać? – zapytał.

Zaśmiała się nerwowo.

– Nie wiem jeszcze, dokąd pójdę – odparła. – Ale na noc planuję zejść do Piątki.

Plany się zmieniają – skwitował w duchu mężczyzna. Jeśli wszystko pójdzie po jego myśli, dziewczyna nigdy nie dotrze do Doliny Pięciu Stawów.

– A ty? – zapytała niepewnie.

– Właściwie nie wiem – odparł. – Zazwyczaj przyjeżdżam na żywioł. Pakuję plecak, nie zastanawiam się i ruszam.

– Nieźle.

– Rano wyszedłem z Palenicy, poszedłem na Zawrat, a potem… w zasadzie nie było już wiele możliwości.

Postawił kufel na stole, a gdy dziewczyna nie zaoponowała, usiadł naprzeciwko niej.

– Robię takie eskapady co jakiś czas – powiedział. – Doładowują mnie poczuciem wolności.

Popatrzyła na niego z uznaniem, ale się nie odezwała. Była nieśmiała, małomówna, może ruszyła w trasę od schroniska do schroniska, by przełamać się w kontaktach międzyludzkich. Nadawała się dla niego idealnie.

– Na co dzień od rana do wieczora jestem zamknięty w korporacyjnym świecie, więc sama rozumiesz… – Urwał i się uśmiechnął.

– Rozumiem. Gdzie pracujesz?

Nie musiał niczego naprędce wymyślać, miał przygotowany scenariusz na potrzeby takiej rozmowy. Ględził przez chwilę o tym, że zajmuje się branżą deweloperską, podał jej kilka nieznaczących szczegółów na temat rynku nieruchomości, a potem zapytał, co ona robi.

Rozmowa biegła utartym torem, a on mówił znacznie więcej, widząc, że dziewczyna nie jest specjalnie wylewna. Zdobył jednak jej sympatię, w czym z pewnością pomogło piwo, które zamówiła.

Dzięki niemu poszła także do ubikacji, podczas gdy on pilnował jej plecaka. Był to kluczowy moment. Wsunął do niego rękę, a potem zrobił to, po co tutaj przyszedł. Dziewczyna wróciła niczego nieświadoma.

Nazywała się Paulina Jasińska. Miała dwadzieścia dwa lata i pochodziła z Krakowa. On przedstawił się jej jako Iwo i wyrzucił z siebie krótką formułkę o tym, jak nietypowe imię potrafi zdziwić rozmówców.

– Ale mówią na mnie Eliasz, od nazwiska – dodał.

Nie pytała, o jakie nazwisko chodzi.

– Masz rezerwację? – zapytała.

Spojrzał na nią niepewnie.

– Nie mam – odparł. – Uroki braku uprzedniego planowania.

– To może być problem. Tutaj nie dają gleby.

– Nie? – zapytał, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że schronisko na Hali Gąsienicowej, co do zasady, nie pozwala turystom spać na podłodze. Eliasz przygotował się do tej wędrówki pod każdym względem, także sprawdzając wszystkie potencjalne miejsca noclegowe.

– A pokoje trzeba rezerwować – dodała. – Ja mam miejsce w ośmioosobowym, płacę cztery dychy za noc. Plus pościel i dwa złote dla miasta.

Udał, że jest zdziwiony.

– Ale jak to? – zapytał. – Nie pozwolą przespać się na podłodze?

– Z tego, co wiem, to nie. Mówią, że to wbrew przepisom pożarowym.

Iwo wiedział, że nie ma to wiele wspólnego z prawdą. Chodziło o to, by turyści kupowali miejsca w pokojach, zamiast liczyć na darmowy nocleg. W wielu schroniskach można było „awaryjnie” ułożyć się w jadalni czy korytarzu, przy czym ludzie korzystali z tego przywileju bynajmniej nieawaryjnie. Zamiast brać pokój, z góry zakładali, że wezmą glebę.

– Lepiej popytaj, czy mają miejsca – poradziła Paulina.

– A jak nie?

– To będziesz musiał kombinować.

– Chyba mnie nie wyrzucą?

– Raczej nie, pewnie coś ci znajdą. W nocy ma spaść temperatura, zapowiadali też opady śniegu.

Przyjął zaniepokojony wyraz twarzy, a potem napił się jeszcze piwa. Poczekał, aż dziewczyna opróżni swój kufel, po czym podniósł się i oznajmił, że idzie wywalczyć sobie miejsce.

– Przy okazji stawiam kolejne – dodał, wskazując na puste naczynie.

Uśmiechnęła się i skinęła głową. Miał ją w garści.

Po drugim piwie umówili się, że rankiem razem ruszą przez Kozią Przełęcz do Doliny Pięciu Stawów. Co będzie potem, okaże się, zapewnił ją Iwo.

– Nie szłam jeszcze przez Kozią – powiedziała dziewczyna. – Ciężko jest?

– Trochę łańcuchów, parę klamr, dasz radę.

– Mam nadzieję.

– Najciekawszy moment jest na grzędzie po drugiej stronie. Spora ekspozycja.

Była to wąska półka skalna, zawieszona kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Osoby, które obawiały się przepaści, przeżywały tam prawdziwy horror. Eliasz jednak nie miał zamiaru o tym wspominać. Wiedział, że dziewczyna nie przeżyje na tyle długo, by tam dojść.

 

 

3

Forst wsiadł do służbowego volkswagena i przez moment trwał w bezruchu. Potem potrząsnął głową i zapalił silnik. Włączył nawigację, wprowadził adres Komendy Rejonowej w Zakopanem, po czym wyjechał z przycmentarnego parkingu.

Wyłączył radio, nie chcąc słuchać wciąż tych samych informacji podawanych innymi słowami. Zabójca z Giewontu ujęty. Zabójca z Giewontu nie działał sam. Zabójca z Giewontu odebrał życie dziennikarce NSI, Oldze Szrebskiej.

Wiktor nie musiał słyszeć spikera, by te słowa odbijały się echem w jego umyśle. Czekała go niemal pięćsetkilometrowa podróż, która zajmie jakieś pięć godzin. Jeśli przyciśnie, może cztery i pół. Przez cały ten czas będzie zmagał się z tym, z czym walczył przez ostatni tydzień.

Wyrzuty sumienia były gorsze niż migreny, które nasiliły się, od kiedy znów zaczął palić. Podczas ataków bólu i bez papierosów czuł, jakby coś rozsadzało mu skronie od środka. Z pomocą nikotyny katował się jeszcze bardziej.

Wiedział, że mógł ją uratować. Gdyby nie to, że tak długo tłumaczył się przed oficerami z wydziału kontroli… gdyby nie to, że doprowadził do sytuacji, w której w ogóle miał się z czego tłumaczyć…

Zauważył stację BP po prawej stronie i poczuł impuls. Trącił wajchę kierunkowskazu, zjechał na parking, a potem trzasnął drzwiami i ruszył w kierunku budynku.

– Paczkę westów czerwonych – rzucił do chłopaka za ladą. – I butelkę johnniego walkera.

Ekspedient podał mu jedno i drugie, a Forst szybko zapłacił gotówką, i nie biorąc reszty, wrócił do samochodu. Zatrzasnął drzwi, rzucił fajki i butelkę na siedzenie pasażera, po czym ruszył przed siebie.

Dopiero po chwili zorientował się, że ręce mu się trzęsą. Wziął głęboki oddech, wyjeżdżając na Toruńską. Przed sobą miał prostą drogę, która niebawem zmieni się w autostradę. Minie kilka dużych węzłów, a następnie zjedzie na Żyrardów.

Potem otworzy butelkę.

Forst potrząsnął głową, starając się odepchnąć tę myśl. Nie, nie otworzy butelki, przynajmniej nie teraz. Dojedzie do Zakopanego, zaparkuje pod domem, a potem sobie naleje. Tylko trochę, byleby poczuć sam smak.

Przejechał z tą myślą kilka kilometrów, aż w końcu zatrzymał się na kolejnej stacji. Chwycił za whisky i wyszedł z samochodu. Cisnął z impetem butelkę do kosza, a potem nalał benzynę do baku.

Jechał do Żyrardowa zadowolony z siebie.

Zanim dotarł do węzła Wiskitki, rozdzwonił się jego nowy telefon. Poprzedniego smartfona pozbył się jeszcze przed tym, jak wraz z Olgą uciekł za wschodnią granicę. Teraz miał nowy model htc, w którym fabryczny dzwonek doprowadzał go do szewskiej pasji.

Jeszcze bardziej irytowało go to, że nie miał swojej książki adresowej. Spojrzał na nieznany numer i przesunął palcem po wyświetlaczu.

– Słucham – rzucił.

– Komisarz Forst? – odezwała się kobieta o stanowczym głosie. Wiktor nie skojarzył go z nikim, kogo znał.

– Tak.

– Z tej strony prokurator Wadryś-Hansen.

Teraz zaskoczył.

– Prowadzę sprawę…

– Wiem doskonale, jaką prowadzi pani sprawę – uciął.

Odpowiedziała mu cisza.

– Więc może powinien pan zastanowić się dwa razy, zanim wpadnie mi w słowo.

– Może powinienem – przyznał. – Czego pani ode mnie chce?

Znów przez moment była zbyt skonsternowana, by się odezwać.

– Widzę, że to nie będzie łatwe – zauważyła.

– Nigdy nie jest.

Prychnęła do słuchawki. Widząc ją jakiś czas temu po raz pierwszy, Forst był pewien, że ma do czynienia ze służbistką. Później jednak przekonał się, że Wadryś-Hansen nie była tak zasadnicza, jak sądził. Przyglądał się jej kilkakrotnie, oglądając konferencje prasowe, na których musiała gęsto tłumaczyć się z rzeczy, które były wynikiem jego działań. Nazwisko komisarza oczywiście nie padło, głównie dlatego, że początkowo sprawa wydawała się wielkim osiągnięciem organów ścigania i prokuratura chciała zagarnąć cały splendor dla siebie. Obecnie jednak oskarżyciele musieli gorzko żałować swojej decyzji.

– Przesłuchiwałam oskarżonego, którego pan ujął.

– Michała Sznajdermana.

Młodszy z braci, który zapewne miał najmniej wspólnego z zabójstwami. Niestety matki ani starszego brata nie można było przesłuchać, bo nie przeżyli spotkania z Forstem na Ukrainie.

Nie oni jedyni.

– I? – ponaglił ją Wiktor.

– Po pierwsze, nie nazywa się Sznajderman.

– To akurat oczywiste – odparł komisarz, wodząc wzrokiem za motocyklem, który pomknął lewym pasem. – Ta kobieta nie była ich rodzoną matką, uważali ją raczej za duchową przewodniczkę. Nauczycielkę Prawości.

– Zdaję sobie z tego sprawę. Niemniej nie udało nam się ustalić prawdziwej tożsamości tego człowieka.

– Żartuje sobie pani?

– Bynajmniej. Test DNA potwierdza, że ten człowiek był na Giewoncie, ale nie mamy go w żadnej bazie. Nie muszę chyba dodawać, że nie chce z nami współpracować.

Forst nie odpowiedział. Czekał, aż prokurator przejdzie do rzeczy.

– Twierdzi, że ujawni swoją tożsamość, jak tylko pana ściągniemy.

– Wstawcie zdjęcie na Facebooka.

– Słucham?

– Zróbcie mu fotkę. Ludzie udostępnią, będą się czuli częścią śledztwa, zaraz ktoś znajomy się zgłosi.

Forst przypomniał sobie, ile dał crowdsourcing, który u stóp Giewontu zorganizowała Szrebska. Zaklął w duchu, patrząc na siedzenie pasażera. Przypuszczał, że takie zbłąkane myśli nieraz będą go nawiedzały. I za każdym razem będzie szukał jedynego ratunku, jaki znał.

Ścisnął mocniej kierownicę.

– Być może ostatecznie tak zrobimy – odparła pod nosem prokurator. – Ale najpierw chciałabym, żeby pan z nim porozmawiał.

– Nie mam o czym.

Westchnęła na tyle głośno, by to usłyszał.

– Nalegam – powiedziała.

– I czego się pani spodziewa? – spytał, po czym włączył tryb głośnomówiący i położył telefon na desce rozdzielczej. Wyciągnął westy i zapalił jednego.

– Spodziewam się, że oskarżony zacznie mówić.

– Pytanie, co będzie mówił? – odparł Forst z papierosem w ustach. – Na pewno nie to, co chcecie usłyszeć.

– Zawsze będzie to jakiś początek.

Komisarz pokręcił głową.

– Ten facet najpierw mnie opluje, potem będzie próbował zabić, a na końcu oznajmi, że nigdy nie powinienem czuć się bezpieczny, bo ludzie, z którymi współdziałał, nadal są na wolności.

– Nie da pan sobie rady? O to chodzi?

– Znoszę takie rzeczy na co dzień w robocie, pani prokurator.

– Więc zapraszam.

Wiktor wypuścił dym, zastanawiając się, czy warto tracić czas na Michała Sznajdermana, czy jakkolwiek naprawdę się nazywał. Scenariusz z pewnością będzie dokładnie taki, jak Forst przedstawił. Ten człowiek darzył fanatycznym uwielbieniem swoją przybraną matkę, starszego brata z pewnością też. Zrobi wszystko, żeby uderzyć w tego, który ich zabił.

Forst wiedział, że nic z niego nie wyciągnie. Nie mógł spodziewać się żadnych wymiernych korzyści z tego spotkania.

– Jest pan tam? – zapytała.

– Jestem.

– Więc jaka będzie decyzja?

– Mogła pani zadzwonić do mojego dowódcy i sprawić, że to nie byłaby prośba, a rozkaz.

– Nie działam w ten sposób.

Forst zaciągnął się głęboko.

– Mam jeden warunek – powiedział.

– Jaki?

– Chcę uczestniczyć w śledztwie.

– Jeśli mam być szczera, niespecjalnie się pan nadaje.

– Nie? – mruknął. – O ile mnie pamięć nie myli, to ja trafiłem na trop tej trójki i ich ująłem.

– Zastrzelił pan dwoje podejrzanych.

– Wydział kontroli wewnętrznej ustalił, że działałem w granicach obrony koniecznej.

– I co to zmienia? – zapytała Wadryś-Hansen.

Zrozumiał aluzję i nie ciągnął tematu. Przed oczami jednak stanął mu widok siedzącego na fotelu starca. Witalij Morawczuk, pseudonim „Łowotar”. Zbrodniarz banderowski, na którym Forst wykonał samosąd. Strzelił mu prosto w głowę, a potem wraz z Olgą zakopali ciało w lesie.

O tym jednak prokurator nie wiedziała. I nigdy się nie dowie.

– Potrzebuje pani skutecznego oficera.

– Mam już zespół, komisarzu.

– To ten zespół, który działał od samego początku, prawda? – odparował. – Jak wiele udało wam się ustalić?

Zamilkła, bo pytanie było retoryczne. Dopóki Wiktor i Olga nie odkryli tropu białoruskiego, morderstwa stanowiły zupełną enigmę. Oni dwoje jako jedyni zdołali do czegokolwiek dotrzeć.

– Porozmawiamy, jak pan przyjedzie – zawyrokowała w końcu Wadryś-Hansen.

– W porządku. Dokąd mam jechać?

– Mosiężnicza 2.

Wiktor pożegnał rozmówczynię zdawkowo, a potem rozłączył się i wprowadził do nawigacji adres Prokuratury Okręgowej w Krakowie. Cudów po tym spotkaniu się nie spodziewał, ale może uda mu się zdobyć choć trochę szczegółów, które pozwolą później działać samemu.

Przyspieszył, starając się nie myśleć o butelce, którą wyrzucił.

Nawigacja pokazywała, że na miejscu będzie za trzy godziny i czterdzieści minut. Gdyby wypił jedno małe piwo, nic by się nie stało. Do czasu, kiedy spotka się z Wadryś-Hansen, nie będzie już od niego czuć alkoholu.

Przejechał jeszcze kilka kilometrów, cały czas patrząc na malejący czas podróży. W końcu uznał, że nie musi gnać. Może przyjechać do Krakowa za cztery godziny. Miał wystarczająco dużo czasu, by wypić. Będzie potem wprawdzie prowadził pod wpływem, ale niespecjalnie się tym przejmował.

Zjechał na Orlen i kupił czteropak heinekena. Piwo się nie liczy, skwitował w duchu.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

Reklama1.jpg

 

 

Reklama2.jpg

 

 

 

 

SPIS TREŚCI

 

 

 

 

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

 

CZĘŚĆ DRUGA

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

 

CZĘŚĆ TRZECIA

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

 

 

Reklama 1

Reklama 2

Karta redakcyjna

 

Copyright © by Remigiusz Mróz, 2015

 

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2016

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy.

Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania

za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2016

 

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Anilah/Shutterstock

 

Redakcja: Editio

Korekta: Editio

Skład i łamanie: Editio

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

DARKHART

Dariusz Nowacki

darkhart@wp.pl

 

 

eISBN: 978-83-8075-078-4

 

 

image001.jpg

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

www.wydawnictwofilia.pl

 

Seria: FILIA / MROCZNA STRONA

mrocznastrona.pl

00007.jpeg