Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych - Liao Yiwu

Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych

0,0

Zbiór blisko trzydziestu wywiadów z przedstawicielami najniższych warstw chińskiego społeczeństwa. Wśród rozmówców Liao Yiwu są m. in.: handlarz ludźmi, kierownik szaletu publicznego, mistrz feng shui, trędowaty, chłopski cesarz, lunatyk, śpiewak uliczny. Ich opowieści mówią nam równie wiele o życiu codziennym Chińczyków żyjących na samym dole drabiny społecznej, ile o kulturowym bogactwie, wielosetletniej tradycji i skomplikowanej historii najnowszej tego kraju. Oddając głos tym, jak to określił Philip Gourevitch, "zakneblowanym grupom społeczeństwa", tym nieuznawanym przez Partię renegatom i pariasom, Liao Yiwu kreśli pasjonujący i bardzo prawdziwy obraz Chin.

"Liao Yiwu daje głos Chińczykom, których normalnie nie zaprasza się do wywiadów, bo nie pasują do obrazu chińskiego sukcesu. Są wśród nich tytułowy prowadzący umarłych, jest hiena cmentarna, zawodowy żałobnik i wyznawczyni Falun Gong. To niezwykła galeria postaci. Ich opowieści to skarbnica wiedzy o chińskim doświadczeniu historycznym. Niesamowite, niekiedy zabawne, częściej straszne, a wysłuchane z wyjątkowym darem przez pisarza, którego pasją po wyjściu z więzienia, gdzie siedział cztery lata po 1989 roku, stało się dotarcie do prawdy o własnym kraju".

Maria Kruczkowska

"Liao Yiwu jest twórcą oryginalnym, ale można by się założyć, że pisarze tak różni jak Mark Twain i Jack London, Mikołaj Gogol i George Orwell, François Rabelais i Primo Levi natychmiast wyczuliby w nim bratnią duszę".

Ze wstępu Philipa Gourevitcha

Dodaj komentarz


Chiny oczami ludu wyglądają dużo prawdziwiej, niż chcielibyśmy to zauważyć. Serwisy pokazują nam to, co chcą pokazać, ale to nie jest prawda. Autor tej książki pokazuje nam prawdę, choć też nie całą - skupia się na aspekcie pognębienia człowieka, lecz zapomina o zwykłym życiu, przez co jest to opowieść niepełna.


Chińska Republika Ludowa oczami ludu okazuje się być znacznie mniej kolorowym światem niż każą nam sądzić serwisy ekonomiczne. To obraz biedy i pozbawienia ludzi podstawowych praw. Widać, że autor czuje problemy narodu i bezbłędnie dociera do ludzi, których głos powie czytelnikowi najwięcej.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

no image
no image

WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, iii p., 38-300 Gorlice

tel./fax +48 18 353 58 93, e-mail: arkadiusz@czarne.com.pl, mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa tel. +48 18 351 00 70, e-mail: redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: agnieszka@czarne.com.pl, anna@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl, zofia@czarne.com.pl

Dział marketingu: ewa.nowakowska@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: irek.gradkowski@czarne.com.pl

tel. 504 564 092, 605 955 550

Audiobooki i ebooki: Izabela Rególska, iza@czarne.com.pl

SKŁAD: D2D.PL

ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

e-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2011

Wydanie I

Tytuł oryginału angielskiego będącego podstawą przekładu

THE CORPSE WALKER: REAL-LIFE STORIES, CHINA FROM THE BOTTOM UP

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKA

Fotografia na okładce ABBAS / MAGNUM PHOTOS / EK PICTURES

Fotografia Autora pochodzi z archiwum rodzinnego

Copyright © by LIAO YIWU, 2002

This translation is published by arrangement with PANTHEON BOOKS, an imprint of the Knopf Doubleday Group, a division of Random House, Inc.

Copyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO CZARNE, 2011

Copyright © for the Polish translation by AGNIESZKA POKOJSKA, 2011

Copyright © for O PRZEKŁADZIE NA JĘZYK POLSKI by AGNIESZKA POKOJSKA, 2011

Copyright © for WSTĘP by PHILIP GOUREVITCH, 2008

Copyright © for WPROWADZENIE: GŁOS CHIŃSKICH WYRZUTKÓW SPOŁECZNYCH by WEN HUANG, 2008

Redakcja MARTA HÖFFNER

Konsultacja sinologiczna ADINA ZEMANEK, BOGDAN ZEMANEK

Korekty MAŁGORZATA POŹDZIK, ZUZANNA SZATANIK / D2D.PL

Projekt typograficzny i redakcja techniczna ROBERT OLEŚ / D2D.PL

Skład ZUZANNA SZATANIK / D2D.PL

Skład wersji elektronicznej MAGDALENA WOJTAS / VIRTUALO.EU

ISBN 978-83-7536-412-5

O przekładzie na język polski

Podejmując się tłumaczenia z języka chińskiego, którego nie znam, poprzez przekład angielski, złamałam jedną z najważniejszych zasad tłumacza. Dlaczego uznałam, że w tym właśnie wypadku warto tę zasadę złamać, zrozumie każdy, kto przeczyta książkę Liao Yiwu. Nie chcę się jednak zagłębiać w rozważania o etyce ani w szczegóły warsztatowe, a jedynie wspomnieć o kilku kwestiach językowo-kulturowych, które moim zdaniem są ciekawe i ważne.

Jak pisze Wen Huang, jego przekład na język angielski, przygotowany we współpracy z autorem, został zmodyfikowany na potrzeby czytelnika amerykańskiego, a tym samym – to chyba uprawnione uogólnienie – czytelnika świata zachodniego w ogóle. (Co tłumaczy decyzję autora, żeby uznawać przekład angielski za podstawę tłumaczeń na inne języki). Można by oczekiwać, że skoro tekst ukazał się w renomowanym wydawnictwie i pracowało nad nim wielu specjalistów, to transfer międzyjęzykowy nie nastręczy trudności. Tymczasem język przekładu jest nieco sztuczny, miejscami wręcz śmieszny, ponieważ pojawiają się w nim słowa z innego rejestru, niż kazałby tego oczekiwać kontekst; zdarzają się połączenia wyrazów niespotykane w naturalnej angielszczyźnie, czy to literackiej, czy potocznej, a także idiomy i frazeologizmy, które nieco za bardzo przypominają dawno nieaktualne wydania podręcznika do nauki języka.

Taka namacalna obcość przekładu z języka chińskiego jest, o ile mi wiadomo, czymś powszechnym w publikacjach anglojęzycznych, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych. Czytelnicy przekładu Wen Huanga są więc przygotowani na obcość, która z niego przebija, nie pozwalając im ani na chwilę zapomnieć, że oto mają do czynienia z twórczością pisarza, dla którego angielski nie jest językiem rodzimym. Już sama forma przekazu jest dla Amerykanów przekazem: o kulturowej odrębności Chin, a także izolacji Chińczyków od języka, który jest w naszych czasach wszechobecny.

Ta wyczuwalna obcość zmusiła mnie do zadania kilku istotnych pytań. Czy powinnam ją tłumaczyć dosłownie? Ale co to znaczy „dosłownie”, skoro nie miałam kontaktu ze „słowem” oryginału? Jak miałam decydować, czy coś ma brzmieć po polsku nieco pokracznie, skoro nie miałam pojęcia, czy pokraczność tekstu angielskiego wynika w danym przypadku z nieporadności językowej mówiącego po chińsku bohatera (co jest możliwe, bo wielu rozmówców Liao Yiwu to ludzie niewykształceni), czy też ze specyficznej angielszczyzny przekładu?

Trzy powody przesądziły o tym, że starałam się tę językową nieporadność zminimalizować (choć nie zniwelować): po pierwsze, jako że opierałam się tylko na przekładzie, nie miałam podstaw, by decydować o tym, czy dany fragment był w oryginale językowo neutralny, czy też odbiegał od normy, a nie czułam się uprawniona do nieuzasadnionego dodawania komizmu językowego. Po drugie, uznałam, że obcość przebija z tekstu nawet wtedy, kiedy nie przypomina o niej co chwila język: realia kulturowe są dla polskiego czytelnika całkowicie egzotyczne. (Może z wyjątkiem wspólnego obszaru doświadczenia, jakim jest komunizm, choć i tutaj uderzająco obce są i jego masowy wymiar w Chinach, i dzisiejsza koegzystencja ze swoistą formą kapitalizmu). Po trzecie, co wyraźnie podkreśla redaktor naczelny „The Paris Review” Philip Gourevitch, pierwszy wydawca Liao Yiwu na Zachodzie, autor traktuje swoich rozmówców z szacunkiem; ja postanowiłam okazać im szacunek, nie stylizując przesadnie ich wypowiedzi, aby nie zrobić z nich karykatur.

Kolejnym punktem stycznym szacunku i przekładu była kwestia decyzji, jak właściwie Liao Yiwu ma się zwracać w wersji polskiej do osób, z którymi przeprowadza wywiady. Oczywiście, w tekście angielskim monopol ma uniwersalne, egalitarystyczne you. W języku chińskim zaś sposób zwracania się do drugiej osoby nie jest tak jednorodny jak w angielszczyźnie: zgodnie z li, czyli „dobrym obyczajem”, kiedy chce się okazać szacunek, zwracając się do kogoś (zarówno do mężczyzn, jak i kobiet), używa się słowa laoshi („mistrzu”, „nauczycielu”). Wobec osób starszych w sytuacjach oficjalnych stosuje się zwroty „starszy pan”, „starsza pani”, zaś w sytuacjach nieformalnych można mówić „wujku”, „dziadku” („babciu”). Idąc za przekładem angielskim, który sygnalizuje te niezwykłe dla nas formy adresatywne dość rzadko, przeważnie używałam form jak najbardziej neutralnych, językowo „przezroczystych”: „pan/pani” w wypadku nieznajomych, „ty” w wypadku znajomych i przyjaciół, a słowa „mistrz” tylko w wywiadzie z opatem buddyjskim.

Wspomniałam już, że tłumacz wraz z autorem zadbali o to, by przekład angielski był maksymalnie przystępny. Nie pojawia się w nim ani jeden przypis, bo wszystkie niezbędne informacje są wplecione w tekst. Do przekładu polskiego zdecydowałam się dodać przypisy (niezbyt liczne), których sama potrzebowałabym jako czytelniczka. Podano, że „wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki”, ale tylko dlatego, żeby zaznaczyć w przyjęty powszechnie sposób, iż zostały sporządzone w procesie tłumaczenia, a nie na etapie redakcji. Ich autorami są świetni sinolodzy, dr Adina Zemanek i dr Bogdan Zemanek, którym niniejszym serdecznie dziękuję za nieocenioną pomoc przy pracy nad tą książką.

Agnieszka Pokojska

Wstęp

Poznanie nowego głosu to jedna z największych przyjemności, jakich może dostarczyć książka – a dzięki Liao Yiwu poznajemy blisko trzydzieści oryginalnych głosów, które mają sporo do powiedzenia. Liao jest jednocześnie uważnym obserwatorem i archiwistą, wytrawnym reporterem i zdolnym opowiadaczem, historykiem ustnych przekazów i zręcznym naśladowcą, folklorystą i humorystą. Przede wszystkim zaś wyraża głos całych grup społeczeństwa chińskiego, którym ten głos odebrano i które w ogóle by nie istniały, gdyby Partia mogła nagiąć rzeczywistość do swoich pragnień. Ci ludzie to kanciarze i leserzy, wyrzutki społeczne i uliczni grajkowie, renegaci i kaleki, specjaliści od ludzkich odchodów i spece od niszczenia innych, artyści i szamani, oszuści, nawet kanibale – a każdy z nich mówi o swoim kraju uczciwiej niż oficjalne sprawozdania z życia w Chinach, które państwo wydaje w imieniu „ludu”.

Liao jako pisarza ukształtowały ciężkie przejścia: w dzieciństwie omal nie umarł z głodu, a jego ojciec został napiętnowany jako wróg ludu. Internowano go za napisanie wierszy, które mówiły prawdę o Chińskiej Partii Komunistycznej, i bito w więzieniu za to, że nie zgodził się zamilknąć; w więzieniu też odkrył ogromną wartość słuchania ludzi takich jak on sam, których władze chciałyby na zawsze uciszyć. Liao pisze zatem z odwagą człowieka, który wie, czym jest strata, i się jej nie boi. Nic tak nie wzbudza jego zainteresowania jak oficjalny zakaz zwracania na coś uwagi, nic tak nie wyostrza mu słuchu jak narzucona odgórnie głuchota, nic tak nie popycha go do tego, żeby coś nam pokazać, jak ślepota, którą usiłują narzucić władze komunistyczne. Ale o witalności historii zebranych w tym zbiorze nie przesądza jedynie opór wobec władzy ani polemiczny pazur. Wielka siła spotkań Liao z bohaterami jego wywiadów płynie stąd, że on wyraźnie czerpie przyjemność z ich człowieczeństwa, choćby przejawiało się w najdziwaczniejszy sposób, a także stąd, że okazuje swoim rozmówcom szacunek w najbardziej podstawowym sensie: pozwala im mówić to, co chcą.

Nie ulega wątpliwości, że Liao Yiwu to jeden z najbardziej oryginalnych i niezwykłych współczesnych pisarzy chińskich. Chociaż może bliższe prawdy byłoby inne sformułowanie tego stwierdzenia: jest jednym z najbardziej oryginalnych i niezwykłych pisarzy współczesnych oraz pochodzi z Chin. Tak, Liao pisze po chińsku, jego kraj i jego rodacy są dla niego głównymi tematami, a opowiadane przezeń historie wyrastają ze spotkań odbytych w bardzo konkretnie określonych miejscach. Ale nawet do tych czytelników, którzy nigdy nie byli w Chinach i pisarstwo Liao mogą poznać tylko za pośrednictwem przekładu Wen Huanga, historie te trafiają dzięki swojej bezpośredniości i intymności przekraczającymi wszelkie granice i klasyfikacje. Należą do wielkiej, wspólnej spuścizny, jaką jest literatura światowa.

Liao Yiwu jest twórcą oryginalnym, ale można by się założyć, że pisarze tak różni, jak Mark Twain i Jack London, Mikołaj Gogol i George Orwell, François Rabelais i Primo Levi natychmiast wyczuliby w nim jednocześnie i bratnią duszę, i kolegę po piórze. Liao Yiwu jest dyrektorem w ludzkim cyrku, a jego pisarstwo pełni funkcję ważnego przypomnienia – koniecznego zarówno w społeczeństwach otwartych, które od nadmiaru swobód zapadły w letarg, jak i w zamkniętych, gdzie opowiadanie prawdziwych historii uchodzi niekiedy za przestępstwo – że historia naszego gatunku jest wpisana znamiennie nie tylko w losy tych, którzy dzierżą władzę, są wyraźnie widziani i słyszani, lecz w równej mierze w losy ludzi marginalizowanych, niedostrzeganych i niesłyszanych.

Philip Gourevitch

listopad 2007

Wprowadzenie
Głos chińskich wyrzutków społecznych

Kiedy wysłane przez chiński rząd czołgi wjechały do Pekinu w nocy 3 czerwca 1989 roku i brutalnie stłumiły studencki ruch prodemokratyczny, Liao Yiwu był w domu, w południowo-zachodniej prowincji Syczuan. Wiadomości z Pekinu nim wstrząsnęły. Do rana napisał poemat Masakra, który odwołuje się do sugestywnych obrazów i mówi o zabijaniu niewinnych studentów i mieszkańców miasta w sposób tak przejmujący, jak obraz Picassa o zbombardowaniu Guerniki.

Ponieważ opublikowanie poematu w Chinach nie wchodziło w rachubę, Liao nagrał siebie recytującego Masakrę i dodał tradycyjne chińskie śpiewy i zawodzenia służące przywołaniu duchów zmarłych. To nagranie krążyło w chińskim podziemiu. W innym wierszu napisanym w tamtym czasie Liao ujął frustrację, jaką budzi w nim niemożność podjęcia walki odwetowej:

Urodziłeś się z duszą zabójcy,

Ale kiedy trzeba działać,

Jesteś zagubiony, nie robisz nic.

Nie masz miecza, którego mógłbyś dobyć,

Twoje ciało to zardzewiała broń,

Ręce ci drżą,

Kości zgniły,

Krótki wzrok nie pozwala celować.

Nagranie Masakry, a także film na podstawie drugiej części poematu, Requiem, który Liao nakręcił z przyjaciółmi, zwróciły uwagę chińskiej służby bezpieczeństwa. W lutym 1990 roku, kiedy Liao wsiadał do pociągu do Pekinu, otoczyła go policja. Wraz z nim aresztowano za udział w filmie sześcioro jego przyjaciół, pisarzy i poetów, a także jego ciężarną żonę. Liao jako prowodyr został skazany na cztery lata więzienia.

Od tamtej pory stale figuruje na czarnej liście chińskich władz. W Chinach większość jego dzieł jest na indeksie. Mieszka teraz i pracuje jako grajek uliczny w pewnym miasteczku w południowo-zachodniej prowincji Junnan, pod czujnym okiem służb bezpieczeństwa. Wielokrotnie bywał aresztowany za przeprowadzanie „nielegalnych wywiadów” oraz za ujawnienie ciemnej strony społeczeństwa komunistycznego w dokumentalnej książce Wywiady z ludźmi z dolnych szczebli drabiny społecznej. Dwadzieścia siedem historii zamieszczonych w niniejszej książce to przekłady i adaptacje zaczerpnięte z tego właśnie zbioru, jak również z nowszych publikacji zamieszczonych na chińskojęzycznych stronach internetowych tworzonych poza granicami Chin.

Liao urodził się w roku 1958, roku Psa. W tym samym roku Mao Zedong ogłosił kampanię Wielkiego Skoku Naprzód, której celem było uprzemysłowienie zacofanej gospodarki rolniczej Chin. Narzucona siłą kolektywizacja rolnictwa i ślepa mobilizacja całego narodu do stosowania prymitywnych metod produkcji żelaza i stali doprowadziły w 1960 roku do klęski głodu, w której zginęło około trzydziestu milionów ludzi.

W czasach głodu Liao chorował na odmę, był umierający. Zrozpaczona matka zaniosła go na wieś, gdzie – jak to opisał – specjalista od medycyny chińskiej trzymał go „nad wokiem z parującym naparem z ziół”. Ta para cudem wróciła mu zdrowie.

Podczas rewolucji kulturalnej, w roku 1966 rodzinę Liao spotkał cios – jego ojca, nauczyciela, napiętnowano jako kontrrewolucjonistę. Rodzice postanowili się rozwieść, żeby uchronić dzieci przed skutkami ojcowskiego statusu pariasa. Życie bez głowy rodziny było trudne. Wśród wspomnień z dzieciństwa Liao bardzo żywy jest następujący obraz: „Jakiś krewny dał mojej matce kartki na dwa metry tkaniny. Ale kiedy matka sprzedała je na czarnym rynku, żeby mieć na jedzenie dla nas, złapała ją policja i postawiła razem z innymi przestępcami na scenie Opery Syczuańskiej przed tysiącami widzów. Kiedy dowiedziałem się o tym od kilku kolegów z klasy, którzy ją widzieli, byłem zdruzgotany”.

Po ukończeniu szkoły średniej Liao jeździł po kraju, pracując najpierw jako kucharz, a potem jako kierowca ciężarówki na trasie Syczuan-Tybet. W wolnym czasie czytał zakazanych wcześniej poetów Zachodu, od Keatsa do Baudelaire'a. Zaczął też pisać wiersze i publikować w pismach literackich.

W latach osiemdziesiątych Liao był jednym z najpopularniejszych młodych poetów w Chinach. Regularnie publikował we wpływowych pismach literackich, wydawał też w podziemnych oficynach specjalizujących się we współczesnej poezji w stylu zachodnim, uważanej przez władze za „duchowe zanieczyszczenie”. Wiosną 1989 roku dwa prestiżowe pisma wykorzystały chwilową odwilż i zamieściły na swoich łamach poematy Liao, Żółte miastoBożyszcze. W tych poematach za pomocą aluzji i alegorii autor skrytykował system unieruchomiony i przeżarty zbiorową białaczką. Twierdził, że pojawienie się Mao na scenie politycznej było objawem tego nieuleczalnego nowotworu. Zaalarmowana silną antykomunistyczną wymową wierszy policja przeszukała dom Liao; on sam był wielokrotnie przesłuchiwany i zatrzymywany. Wydawcy drukujących jego utwory pism także ponieśli karę: jednemu z nich zakazano prowadzenia dalszej działalności.

Decydującym rozdziałem w życiu Liao był pobyt w więzieniu, do którego trafił w 1990 roku za to, że potępił stłumienie przez władze studenckiego ruchu prodemokratycznego z roku 1989. Podczas czteroletniego pobytu w więzieniu był poddany ostracyzmowi i cierpiał na depresję. Buntował się przeciwko obowiązującym regułom, co ściągało na niego drastyczne kary: poddawano go elektrowstrząsom, krępowano, zmuszano do stania godzinami w palącym słońcu. Raz spędził dwadzieścia trzy dni w jednoosobowej celi z rękami związanymi na plecach, aż pod pachami utworzyły mu się ropnie. Przeżył kilka załamań nerwowych i dwukrotnie podejmował próby samobójcze. Współwięźniowie nazywali go „wariatem”.

W 1994 roku, na skutek nacisków międzynarodowej opinii publicznej, Liao został zwolniony z więzienia, pięćdziesiąt dni przed wyznaczonym terminem. (Rząd chiński oświadczył, że jest to nagroda za dobre sprawowanie). Po powrocie do domu Liao odkrył, że zostawiła go żona i zabrała ze sobą dziecko. Unieważniono mu meldunek w mieście, uniemożliwiając w ten sposób znalezienie zatrudnienia i zmuszając do wyjazdu na wieś. Przyjaciele z kręgów literackich unikali go ze strachu przed konsekwencjami. Jedyne, co miał, to flet, na którym nauczył się grać w więzieniu. Chodził po ruchliwych ulicach rodzinnego Chengdu i zaczął życie grajka ulicznego.

Nie zrezygnował jednak z działalności literackiej. W roku 1998 wydał antologię podziemnych wierszy z lat siedemdziesiątych pod tytułem Upadek świątyni, w której zawarł utwory wielu chińskich dysydentów lub aluzje do nich. Jeden z wicepremierów Chin osobiście zlecił dochodzenie w sprawie tej książki, nazywając ją „próbą obalenia rządu, popieraną przez wpływowe ugrupowania antychińskie”. Liao ponownie został aresztowany, a wydawca książki otrzymał roczny zakaz publikowania nowych tytułów.

W miarę jak władze Chin zaciskały pętlę na jego karierze pisarskiej, Liao schodził w coraz niższe warstwy społeczeństwa. Imał się dorywczych prac w knajpach, klubach nocnych, herbaciarniach i księgarniach. Dzięki takiemu trybowi życia rozszerzył zakres planowanej książki o społecznie marginalizowanych osobach, z którymi się zaprzyjaźnił. Owocem jego rozmów ze współwięźniami i ludźmi spotykanymi na ulicach była książka Wywiady z ludźmi z dolnych szczebli drabiny społecznej. Wśród sześćdziesięciu zamieszczonych w niej rozmów znalazły się wywiady z zawodowym żałobnikiem, handlarzem ludźmi, mordercą, żebrakiem, wróżbitą, włamywaczem, dysydentem, homoseksualistą, alfonsem, byłym właścicielem ziemskim, nauczycielem i wyznawczynią Falun Gong. Podobnie jak sam autor, wszyscy ci ludzie albo znaleźli się na samym dnie społeczeństwa wskutek czystek politycznych epoki Mao, albo trafili tam w następstwie burzliwych zmian zachodzących w społeczeństwie chińskim.

Wywiady te mają wartość nie tylko dziennikarską, lecz także literacką – nie są to wierne zapisy spotkań z rozmówcami, lecz ich rekonstrukcje. Ponieważ przeprowadzanie wywiadów wymagało szczególnej wrażliwości i cierpliwości, Liao czasami rezygnował z używanych zazwyczaj w takich sytuacjach narzędzi, jakimi są dyktafon i notatnik. Niezależnie od tego, czy rozmawiał z kimś w więzieniu, czy na ulicy, zawsze spędzał z daną osobą dużo czasu, żeby przed rozpoczęciem wywiadu zdobyć jej zaufanie. Każda historia wymagała średnio trzech, czterech osobnych spotkań. Przykładowo, z przedsiębiorcą pogrzebowym Liao rozmawiał podczas siedmiu sesji, a później złożył zgromadzony materiał w jedną całość.

W 2001 roku wydawnictwo Yangtse wydało skróconą, ocenzurowaną wersję tej książki i natychmiast stała się ona bestsellerem. Yu Jie, znany pekiński niezależny krytyk literacki, nazwał ją „raportem śledczym dobrego socjologa, który służyć może za historyczny dokument o współczesnych Chinach”. Inny niezależny krytyk, Ren Bumei, powiedział w wywiadzie udzielonym Radiu Wolna Azja: „Wszystkich ludzi przedstawionych w książce łączy jedno – zostali pozbawieni prawa do mówienia we własnej obronie. Ta książka to zdecydowane potępienie odebrania im tego prawa i zarazem doskonały portret tych wyjątkowych jednostek”.

Po raz pierwszy od przejęcia władzy przez komunistów w 1949 roku Liao wprowadził do języka słowo diceng, „dolny szczebel drabiny społecznej”. Było to pojęcie znienawidzone przez zwolenników maoistycznego ustroju komunistycznego, stawiającego sobie za cel stworzenie społeczeństwa bez różnic społecznych, w którym nie istnieją prostytutki, żebracy, gangsterzy i narkomani. Jak można się było spodziewać, Wydział Propagandy i Chiński Urząd do spraw Informacji i Wydawnictw nakazał wycofanie wszystkich książek Liao z księgarń, ukarał szefa wydawnictwa, którego nakładem ukazały się Wywiady…, a także zwolnił całą kadrę kierowniczą popularnego chińskiego tygodnika „Południowy weekend”, gdzie opublikowano wywiad z Liao i recenzję jego książki.

W 2002 roku Kang Zhengguo, pisarz i wykładowca Yale University, poznał Liao podczas pobytu w Chinach i przeszmuglował za granicę kompletny tekst jego książki. Dzięki pomocy Kanga tajwańskie wydawnictwo Pole Ryżowe opublikowało Wywiadyludźmi z dolnych szczebli drabiny społecznej bez cenzorskich skrótów, w edycji trzytomowej. W tym samym roku Liao otrzymał nagrodę literacką Niezależnego Chińskiego Oddziału PEN-Clubu, a w roku 2003 – Hellman-Hammett Grant, nagrodę przyznawaną dorocznie przez organizację Human Rights Watch w uznaniu dla pisarzy, którzy wykazują odwagę w obliczu prześladowań politycznych.

Ja po raz pierwszy usłyszałem o Liao w 2001 roku, kiedy Radio Wolna Azja zleciło mi tłumaczenie wywiadu, który rozgłośnia przeprowadziła z nim niedługo po umieszczeniu jego książki na chińskim indeksie publikacji zakazanych. Wywiad wzbudził we mnie zainteresowanie autorem. Wywiady z ludźmi z dolnych szczebli drabiny społecznej skojarzyły mi się z książką Studsa Terkela Working, w której autor zebrał rozmowy z Amerykanami z bardzo różnych środowisk, od kelnerki i telefonistki po gwiazdy baseballu i muzyki, opowiadającymi o swojej pracy i życiu w Ameryce. Książka ta została przetłumaczona na chiński w latach osiemdziesiątych i wydana pod tytułem Amerykanie mówią o swoim życiu w Ameryce. Jako student chińskiej uczelni czytałem i wersję chińską, i amerykańską (mój wykładowca angielskiego traktował wersję oryginalną jako podręcznik do nauki potocznego języka amerykańskiego). Zarówno mnie, jak i wielu innym Chińczykom książka ta przybliżyła prawdziwą Amerykę i życie zwykłych Amerykanów, o których wcześniej niewiele wiedziałem. Uważam, że prawdziwe historie zamieszczone w książce Liao odgrywają taką samą rolę w przypadku czytelników zachodnich – pomagają im zrozumieć Chiny widziane z perspektywy zwyczajnych obywateli.

Od 2002 roku wielokrotnie próbowałem skontaktować się z Liao za pośrednictwem jego przyjaciół w Chinach. Okazało się, że to trudne zadanie, bo jako pisarz dysydent Liao musiał stale być w ruchu, żeby unikać nękania przez policję. Raz wyskoczył z drugiego piętra i uciekł z Chengdu, żeby umknąć przed aresztowaniem za przeprowadzenie wywiadu z członkinią zakazanej grupy religijnej.

Pewnego dnia na początku 2004 roku dostałem e-mail od znajomej, która gościnnie wykładała na Uniwersytecie Harvarda. Dość dobrze znała Liao i po powrocie ze Stanów do Pekinu zdołała go odszukać. Z jej e-maila dowiedziałem się, że Liao przystał na moją propozycję przełożenia jego utworów na język angielski. Podał też swój numer telefonu. Sprawdziłem numer kierunkowy i okazało się, że chodzi o małe miasto blisko chińskiej granicy z Birmą.

Dwugodzinna rozmowa telefoniczna zapoczątkowała naszą współpracę. Przez następne dwa lata pracowaliśmy razem nad tłumaczeniem, kontaktując się za pomocą poczty elektronicznej i telefonu. Czasami posługiwaliśmy się w rozmowach ustalonym szyfrem albo, kiedy podejrzewaliśmy, że rozmowy są podsłuchiwane, porozumiewaliśmy się przez wspólnych znajomych.

Latem 2005 roku trzy wywiady z książki Liao – z zawodowym żałobnikiem, handlarzem ludźmi i kierownikiem szaletu publicznego – ukazały się w przekładzie na angielski w „The Paris Review”, w pierwszym numerze wydanym przez nowego redaktora, Philipa Gourevitcha.

Po udanym debiucie w „The Paris Review” wybraliśmy razem z Liao dwadzieścia siedem historii, które są naszym zdaniem reprezentatywne dla jego twórczości i zarazem najciekawsze dla zachodniego czytelnika. Skróciliśmy je i pozmienialiśmy, uzupełniliśmy o informacje ułatwiające orientację czytelnikom, którym niewiele mówią pojawiające się w wywiadach odniesienia do wydarzeń politycznych i historycznych. Mamy nadzieję, że dzięki tej książce czytelnicy z Zachodu ujrzą współczesne Chiny z perspektywy zwykłych ludzi.

Liao nadal omija chińską cenzurę i mimo stałego nękania przez policję publikuje na zagranicznych chińskojęzycznych stronach internetowych. W grudniu 2007 roku, kiedy wybierał się do Pekinu po odbiór nagrody Freedom to Write przyznanej przez Niezależny Chiński Oddział PEN-Clubu, zatrzymano go i przesłuchiwano przez ponad cztery godziny. Nie dał się zastraszyć. Z pomocą chińskiego prawnika składa teraz pozew przeciwko władzom, oskarżając je o łamanie jego praw człowieka. Jak mówi: „Staram się pomału przemóc strach, który mi wpojono. Usiłuję w ten sposób chronić swoje zdrowie psychiczne i wewnętrzną wolność”.

Wen Huang

styczeń 2008

Prowadzący umarłych

Zawodowy żałobnik

Li Changgenga poznałem w drodze na malowniczą górę Baoyuan w okręgu Jiangyou, w położonej na południowym zachodzie Chin prowincji Syczuan. Li, zawodowy żałobnik, ma blisko siedemdziesiąt lat. Urodził się w prowincji Henan w środkowych Chinach i mimo że w rodzinnych stronach nie był od lat, nadal mówi z tamtejszym nosowym akcentem. O pół głowy wyższy od przeciętnego Syczuańczyka, Li wyglądał zdrowo i czerstwo. Przypisywał to wieloletniej grze na tradycyjnym instrumencie dętym, suona – długim, zakończonym jak trąbka chińskim oboju – który, jak powiedział, wymaga nie lada siły fizycznej. Gra na suona i zawodzenie służą tworzeniu nastroju żałoby na tradycyjnych pogrzebach.

Liao Yiwu: Jak pan to robi, że potrafi opłakiwać obcych ludzi?

Li Changgeng: Zacząłem pracować jako żałobnik w wieku dwunastu lat. Mój nauczyciel kazał mi ćwiczyć podstawowe melodie na suona, uczyć się zawodzić i śpiewać. Kto solidnie opanuje podstawy, może swobodnie improwizować i uzyskać wstrząsający efekt. Nasze zawodzenie brzmi bardziej autentycznie od zawodzenia dzieci i krewnych zmarłego.

Zwykle ludzie, którzy stracili członka rodziny, płaczą, a na widok ciała zmarłego zaczynają jęczeć i zawodzić. Ale ich zawodzenie nie trwa długo. Prędko ogarnia ich smutek, a kiedy dociera do samego serca, doznają szoku albo mdleją. Z kolei my, jak tylko wprawimy się w odpowiedni nastrój, potrafimy panować nad emocjami i improwizować z pełną swobodą. Możemy zawodzić tak długo, jak się tego od nas oczekuje. Jeżeli pogrzeb jest wystawny i dobrze płacą, sporo improwizujemy, żeby organizator był zadowolony.

Kiedy miałem szesnaście lat, opuściłem dom rodzinny i skierowałem się na południowy zachód, do Syczuanu. Syczuan był bogatszy od Henanu i ludzie chętnie wykładali duże pieniądze na wesela i pogrzeby. Niedługo po tym, jak tu przyjechałem, stałem się dość sławny. Mój zawód przypomina zawód aktora w teatrze czy w filmie. Jak się już zacznie, człowiek stopniowo wczuwa się w rolę. W filmie aktor trzyma się scenariusza. My, żałobnicy, trzymamy się melodii.

Te melodie – Żegnanie ducha, Pogoń za duchem, Requiem, Przyzywanie ducha, Słowa pożegnania od rodziny, Najgłębszy żal, Zamykanie trumny, Wejście do nieba, Pochówek, Ostatnie spojrzenie, Przeszywający bólOch, tak niezmiernie mi smutno – są znane od setek lat, przechodziły z pokolenia na pokolenie. Istnieją dokładne wskazówki, w którym miejscu należy zaśpiewać wysoko, a w którym zejść niżej; kiedy zachrypieć albo zapiszczeć; kiedy zawodzić z efektem wyschniętego gardła i kiedy płakać; kiedy wstrząsać całym ciałem jakby w ogromnym bólu i kiedy brzmieć tak, jakby traciło się głos. To wszystko musi być bardzo precyzyjne.

Liao: Jak długo potrafi pan zawodzić? Jaki jest pana rekord?

Li: Dwa dni i dwie noce. Zazwyczaj kiedy suona wygrywa początek melodii otwierającej uroczystość, my, członkowie zespołu, rzucamy to, co akurat robimy i wkładamy białe płócienne stroje. Potem równocześnie kłaniamy się trzy razy portretowi zmarłego i dziewięć razy dotykamy czołem ziemi. Potem zaczynamy dwie rundy płaczów, szlochów i zawodzenia. Z pozoru może to się wydawać chaotyczne, ale gdyby ktoś poobserwował nas z zewnątrz przez jakąś godzinę, zauważyłby, że ten chaos jest dobrze zaplanowany. Na przykład, kiedy ja szlocham, ktoś inny zawodzi. To tak, jakby pan zrobił sobie przerwę w pracy, a ja bym wtedy przejął robotę. Głos to nasz majątek i wiemy, jak go chronić. Nie zaszkodzi mu nawet głośne, przeszywające zawodzenie, co rozdziera serce.

Ludzkie uczucia szczęścia czy gniewu mogą być zakaźne jak choroby i szybko się rozprzestrzeniać. Oczywiście, rozumiemy, że członkowie rodziny zmarłego są aktorami pierwszoplanowymi. Ale kiedy przygniata ich żal, ich ciała często słabną. Bywa tak, że wszyscy aktorzy pierwszoplanowi dość prędko schodzą ze sceny. Wtedy wchodzimy my, obsada drugoplanowa, wypoczęta i przygotowana do przejęcia roli. Szczerze mówiąc, tylko płatni żałobnicy potrafią wytrzymać do końca uroczystości.

Płatny żałobnik jest zarazem uczestnikiem i obserwatorem. Czasami zerkam na krewnych zmarłego: niektórzy naprawdę szaleją z bólu, rzucają się na trumnę, jakby nie chcieli dać zmarłemu odejść. Inni tylko udają. Tutaj odgrywamy podwójną rolę: płaczemy i zawodzimy, jakby serce nam się krajało, a jednocześnie służymy jako ochroniarze, których zadaniem jest powstrzymanie krewnych od rzucenia się na trumnę. Kiedy już wszyscy krewni przejdą obok trumny i pożegnają się ze zmarłym, nasze zadanie polega na kontynuowaniu ich zachowań. Zgodnie z wymogami tradycji przed zamknięciem trumny pięciu czy sześciu z nas trzykrotnie usiłuje się na nią rzucić, chcąc dotknąć zmarłego, a pozostali trzymają nas za koszule i nie pozwalają nam tknąć trumny. Dopiero kiedy wieko jest zamknięte i zabite gwoździami, możemy po kryjomu westchnąć z ulgą.

Kiedyś traktowaliśmy każdy pogrzeb jak konkurs. Dzieliliśmy się na solistów i na chórki i kiedy było po wszystkim, zbieraliśmy się i krytykowaliśmy nawzajem. Żeby pracować jako żałobnik, nie wystarczy dysponować donośnym głosem. Trzeba wiedzieć, jak wykonać daną pieśń. Na przykład śpiewna recytacja wiersza wymaga dobrej koordynacji urzekających wstępów, gładkich przejść, wysokich crescendo i dobitnych zakończeń. Podczas wykonania trzeba nad sobą panować, a czasami umieć stracić kontrolę. Twarz, ręce, ramiona, każda część ciała, każdy ruch są ważne. Opłakując zmarłego, śpiewamy takie wersy, jak „Pracowałeś ciężko przez całe życie” czy „Jak mogłeś nas opuścić, kiedy właśnie zaczęły się dla nas dobre czasy?” i tym podobne. To są nasze libretta. Kiedyś omawialiśmy wykonanie każdego wersu, tak żeby każdy z nas mógł w przyszłości wypaść lepiej.

Zawodzenie jest trudniejsze niż gra na suona czy śpiewanie arii operowej. To aktorstwo, ale tak subtelne, że ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że żałobnik gra. Kiedyś właśnie dzięki temu mieliśmy z czego żyć. Złożenie ciała w trumnie, zamknięcie trumny, pochówek – za każdym razem, kiedy krewni stawali ze zmarłym twarzą w twarz, następował szczyt naszych wybuchów emocji, a dochód osiągany z każdego występu zależał od tego, jak nam się udały lamenty.

Liao: Człowiek wykonujący pana zawód chyba zawsze będzie miał zajęcie.

Li: Ja kiedyś też tak myślałem. W latach czterdziestych komuniści i nacjonaliści rozpętali wojnę domową. Uchodźcy zalewali moje miasto rodzinne niczym fale. Oni uciekali przed niebezpieczeństwem, a my przeciwnie, kierowaliśmy się tam, gdzie było wiele ofiar. Podobnie jak muzycy w latach dziewięćdziesiątych, w tamtych czasach artyści zbierali się w trupy czy zespoły. Mój ojciec był szefem takiego zespołu. Kiedyś, w Henanie, był śpiewakiem, śpiewał pieśni ludowe i operowe. Mój nauczyciel był członkiem innego zespołu. Kiedy w środkowej części Chin toczyły się wojny, ludzie żyli w zupełnej nędzy i wszędzie roiło się od rabusiów i dezerterów z armii. Nikt nie miał głowy do opery. W odruchu rozpaczy mój nauczyciel, który chciał przeżyć, zaproponował, żebyśmy połączyli nasz zespół z zespołem ojca. Kierował się założeniem, że ci, którzy żyją, mogą obyć się bez koncertów i opery, ale muszą wyprawiać pogrzeby zmarłym. Mój ojciec nie umiał grać na suona, ale miał dobry, donośny głos, tenor. Kiedy krzyknął, słychać go było na wiele mil. A ponieważ kiedyś śpiewał w operze, co to było dla niego nauczyć się raptem kilkunastu pieśni żałobnych.

Ale na początku nie było nam w Syczuanie łatwo. Ludzie najmowali na pogrzeby miejscowe zespoły. Co bogatsi wynajmowali na pożegnanie ducha zmarłego i lokalną trupę operową, i grupę mnichów śpiewających pieśni religijne. W Chengdu zupełnie nie mogliśmy się przebić. Daliśmy za wygraną i przenieśliśmy się w okolice Mianyang. Tam też nie udało się nam dostać żadnej pracy. Tak samo było, kiedy przybyliśmy do okręgu Jiangyou. Postanowiliśmy osiedlić się tymczasowo w biednej wiosce, jakieś dziesięć kilometrów od miasteczka. Chwytaliśmy się różnych zajęć, żeby zarobić na trzy posiłki dziennie i jakoś przeżyć.

W 1948 roku ten region nawiedziła epidemia. Wszędzie przy drodze leżały zwłoki. Nasz zespół epidemia oszczędziła. Jak pan wie, choroba nie ogląda się na to, czy ktoś jest bogaty, czy biedny, wszystkich kosi równo. Miejscowe zespoły pogrzebowe były w większości dość małe, takie rodzinne interesy. Kilka osób przynosiło na pogrzeb suona i odprawiało prostą ceremonię. Nie miały szans konkurować z takim dużym zespołem jak nasz. Poza tym my, przybysze z północy, byliśmy potężniejsi, wyżsi i silniejsi. Wkrótce nasz zespół praktycznie zmonopolizował miejscowe wesela i pogrzeby. Kiedy graliśmy na suona, wykazywaliśmy się większą wytrzymałością niż te miejscowe cherlaki.

Ale każdy region był kontrolowany przez oddział chińskiej mafii, triady. Jeśli weszło mu się w paradę i zagarnęło część jego interesów, można było skończyć z nożem w brzuchu. Kto w takiej sytuacji miałby czelność z nimi konkurować? Nas nie było stać nawet na płacenie haraczu. Kiedy lokalni mistrzowie gry na suona i zawodowi żałobnicy stracili przez nas swoje porcje ryżu, skrzyknęli się i zwrócili o pomoc do szefa miejscowej triady. Nazywali go Piątka Czerwona Flaga, prowadził herbaciarnię w miasteczku Qianlian. Przekazał nam wiadomość: albo się wyniesiemy z jego terytorium, albo każe połamać nam nogi i nas wyrzucić.

Na szczęście byliśmy już w okolicy dość znani. Jeden z miejscowych rolników był buddystą, podobnie jak cała jego rodzina. Mówili na niego Mediator Zhang. Poszedł błagać o litość dla nas i dał przywódcy triady dwadzieścia srebrnych dolarów. Taką małą łapówkę. Na to Piątka Czerwona Flaga spuścił z tonu. Zaproponował konkurs. Mój ojciec zapytał: „Ale jak możemy stanąć do konkursu, skoro nie ma nieboszczyków i pogrzebów?”. Na to padła odpowiedź: „To akurat nie jest problem”.

Na drugi dzień rano, kiedy wstaliśmy i otworzyliśmy drzwi, potknęliśmy się o ciało żebraka, które leżało tuż za naszym progiem. Potraktowaliśmy więc tego żebraka, jakby był wielką szychą i przygotowaliśmy uroczystą ceremonię. Kupiliśmy trumnę, zabalsamowaliśmy zwłoki i ubraliśmy w eleganckie ubranie. Potem zanieśliśmy otwartą trumnę na rynek. Obie strony sporu zaczęły budować sceny, według uzgodnionych wcześniej warunków. Miejscowi mistrzowie gry na suona, zawodowi żałobnicy i ich krewni uzbierali dużą sumę i słono zapłacili za występ znanym muzykom. Byli gotowi nas pokonać, walcząc do upadłego.

Kiedy minęło pół dnia, obie sceny były gotowe. Stały naprzeciwko siebie i miały prawie po pięćdziesiąt stóp wysokości. Między nimi stała otwarta trumna. Konkurs ściągnął ciekawskich z wiosek odległych nawet o sto kilometrów. Pierwszy raz, odkąd Bóg stworzył świat, mistrzowie gry na suona i zawodowi żałobnicy mieli walczyć o terytorium.

Konkurs rozpoczął się od gry na suona. Obie strony zagrały tę samą melodię, Najgłębszy żal. W odległości kilku stóp od sceny siedzieli sędziowie i widownia. W pierwszym rzędzie zasiadł przywódca triady i jego sługusi, szef bezpieczeństwa okręgu, miejscowe grube ryby i bogaci ziemianie. Byłem młody i ambitny, rwałem się do starcia w pierwszej rundzie, ale nauczyciel odciągnął mnie od sceny. Miał ponad pięćdziesiąt lat, ale wciąż tryskał siłą i energią. Był ubrany w czarny strój żałobny z białym nakryciem głowy, które lśniło w słońcu. Przytrzymał suona zębami, rękami chwycił drabinę sznurkową i po kilku krokach znalazł się na scenie. Widziałem, że na drugiej scenie przygotowuje się już jego przeciwnik.

Ktoś na dole zamachał białą flagą i krzyknął „Start!”. Wtedy z obu instrumentów popłynęła muzyka. Melodie przeszywały serca słuchaczy jak noże. Obaj przeciwnicy byli weteranami, bardzo doświadczonymi. Po ponad pół godzinie wciąż trudno było określić, który jest górą. W szczytowym momencie konkursu bystrzy obserwatorzy pewnie dostrzegli, że ze suona mojego nauczyciela tryskały krople śliny zmieszanej z krwią. Mój ojciec wyglądał na całkowicie spokojnego. Wiedział doskonale, że nauczyciel jest wytrwały i dość uparty. Nie uznawał czegoś takiego jak porażka. Jego rodzice mówili na niego „ośla głowa”. Mniej więcej po godzinie od rozpoczęcia konkursu przeciwnik mojego nauczyciela zaczął wykazywać oznaki zmęczenia i dyszeć. Zwycięstwo było w zasięgu ręki. Wtedy zobaczyłem, że suona mojego nauczyciela nagle złamała się na pół i mężczyzna na podium dał sygnał białą flagą. O nie, pomyślałem, już po nas. Spojrzałem znów na scenę i zobaczyłem, że mój nauczyciel ma zakrwawione usta. Okazało się, że ktoś strzelił z procy, żeby nie dać mu wygrać.

Zareagowałem natychmiast, nie myśląc wiele. Rzuciłem się na drabinę i po chwili byłem na scenie. Mój ojciec też próbował wejść, ale scena nie mogła utrzymać ciężaru tylu ludzi i zaczęła się chwiać. Krzyknąłem do nauczyciela: „Nauczycielu, proszę, zejdź szybko!”. W tej samej chwili członkowie naszego zespołu zebrali się pod sceną i zagrodzili drogę mojemu ojcu. Musiał ustąpić, ale tupał nogami i krzyczał: „Złaź ze sceny, gnojku. Prosisz się o śmierć”. Jeszcze zanim skończył, zobaczyłem, że na scenę naprzeciwko wchodzi uczestnik z wrogiego obozu.

Nadeszła pora konkursu w kategorii zawodzenie.

Mój przeciwnik tupnął, zabębnił pięściami w pierś i wydał z siebie potężne zawodzenie, jak wół zapędzony do zagrody. Widownia nagrodziła go oklaskami. Pomyślałem wtedy: „To koniec, przepadliśmy!”. Pomyślałem o moim nauczycielu, który został raniony i przegrał w konkursie. Pomyślałem o moim ojcu, który pewnie nie przeżyje tej klęski. Opuściliśmy domy i przemierzyliśmy tysiące mil, staraliśmy się nieść radość żywym i opłakiwać umarłych. A teraz znaleźliśmy się w takim strasznym położeniu, tyranizowani przez miejscowych. Kiedy wreszcie skończy się nasza udręka? Ten rytuał dla zmarłego żebraka mógł oznaczać koniec dla naszego zespołu. I co z nami będzie? Jak zarobimy na życie? Jeżeli nie będę mógł grać na suona, pozostanie mi już tylko żebrać. Pewnego dnia mogę skończyć tak, jak ten żebrak w trumnie.

Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej byłem przygnębiony. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej chciałem umrzeć. Wybuchnąłem płaczem. Otworzyłem szeroko oczy i wbiłem wzrok w niebo, w oślepiające słońce, nie mrugając powiekami. Straciłem czucie w ciele. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem. Zawodziłem z głębi trzewi. To biłem się w pierś, to wyciągałem zaciśnięte pięści ku niebu, jakbym walczył o życie z Bogiem w niebiosach. Nagle człowiek z procą wymierzył we mnie. Usłyszałem tylko uderzenie, głowa mnie rozbolała i wszystko wokół zaczęło wirować. Starałem się zwracać twarz ku górze. Póki nie będę krwawić na twarzy – postanowiłem – nadal będę zawodził. Kiedy biała flaga podniosła się i opadła kilka razy na znak mojego zwycięstwa, nawet tego nie zauważyłem. Później słyszałem, że mój przeciwnik stracił głos na długo przede mną. Ja zawodziłem jeszcze ponad dziesięć minut, doprowadzając do łez tłum, który głośnym chórem przyłączył się do mojego zawodzenia. Nawet ci z triady mieli wilgotne oczy. Podobno wzdychali: „Potraktowaliśmy tych obcych niesprawiedliwie. To smutne. Ten młody na scenie to taki smutny widok”.

Liao: Czy podczas zarządzonej przez Mao Zedonga kampanii Zwalczania Czterech Plag, w czasie rewolucji kulturalnej, po Wielkim Skoku Naprzód, nadal wolno było panu uprawiać ten zawód? Li: Nie zmieniłem zawodu, ale zmieniłem wykonywane melodie. Kiedy Chiny świętowały wyzwolenie, wszyscy kochali pieśni i tańce ludowe. Nasz zespół się dostosował i graliśmy Słońce w krajach komunistycznych świeci jaśniej. Tego rodzaju melodie rewolucyjne wykonywaliśmy później, w czasie kampanii politycznych. Śpiew i muzyka pomagały mobilizować masy. Graliśmy posłusznie to, co kazali nam grać przywódcy. Tacy muzycy jak my byli szczęśliwi, jeśli udało im się zdobyć trzy posiłki dziennie i wygodne łóżko na noc. Rzadko byliśmy niezadowoleni czy źli. Powiem panu więcej, podczas trzyletniego głodu, kiedy ludzie masowo marli z wycieńczenia, nadal grałem wesołe melodyjki, wysławiające pokój i dobrobyt. Jak człowiek za długo udaje na pogrzebach, to chyba serce zamienia mu się w kamień. Na tym świecie nie można być zbyt uczuciowym. Dzisiaj Partia pozwala mówić, co się myśli, i rozluźniła kontrolę polityczną, więc ludzie czują, że wszystko im wolno, i się cieszą. Ale jak kogoś za bardzo poniesie, to Partia wyśle go do obozu pracy. Potem taki będzie żył z podkulonym ogonem w obozie przez dziesięć, dwadzieścia lat.

Liao: Pana zespół się rozpadł, prawda?

Li: Rozwiązaliśmy się w 1951 roku. Od tamtego czasu robię to, co wielu innych mistrzów gry na suona – w dzień uprawiam ziemię, a gram, kiedy nadarza się okazja. Kiedy ktoś w okolicy się żenił, rodziły się dzieci albo ktoś umierał, posyłali po mnie, bo byłem tu dość znany. Ktoś mi poradził, żebym założył własny zespół i zaczął się rozglądać za zleceniami. Przemyślałem tę radę, ale w końcu stwierdziłem: nie, nic z tego. Gdybym miał zespół, zostałby uznany za organizację pozarządową. No bo pod jaką agencję rządową mógłby niby podlegać? Nie znałem żadnej, której mógłby podlegać, więc zostałby uznany za organizację nielegalną. A taka nielegalna działalność może zostać uznana za kontrrewolucyjną, co grozi wyrokiem. Chciałem tego uniknąć.

Miałem parę dobrych lat, ale teraz wydaje mi się to bardzo odległe. Mój los się odmienił zaraz po tym, jak w Chinach zaczęły się reformy gospodarcze. Wróciły do łask stare tradycje i przez krótki czas byłem dość popularny. Ale to nie trwało długo. Dzisiaj ludzie nie urządzają już tradycyjnych wesel i pogrzebów z muzyką suona. Dostaję coraz mniej zleceń. Ludzie na wsi bardzo szybko małpują miejskie mody. Młodzi ludzie w miastach oglądają za dużo filmów z Hongkongu i z Zachodu. A potem naśladują wszystko, czego się naoglądali w tych filmach. Nie praktykuje się już bicia czołem o ziemię. Oczywiście ludzi na wsi nie stać na wesela w zachodnim stylu, ale z łatwością mogą wypożyczyć wielką limuzynę. To znacznie bardziej szykowne niż tradycyjna czerwona lektyka dla panny młodej, za którą idzie zespół muzyków grających na suona.

Omijam miasta, staram się szukać okazji do pracy w górach. Jest mi ciężko, bo nie mogę niczego zaplanować. Poza tym się starzeję. Już nie tak łatwo mi podróżować. Miałem kilku uczniów, ale wszyscy zrezygnowali i znaleźli sobie inne zajęcia. Kiedyś dla młodego człowieka gra na suona nie była poniżającą pracą. Dzieci z bogatych domów patrzyły na nas z góry, ale wiadomo było, że mają muchy w nosie. A faktem jest, że pionierem i pierwszym wykonawcą tego zawodu był jego świątobliwość Konfucjusz. W młodości grał na suona, żeby utrzymać siebie i matkę. Występował na pogrzebach, ubrany w strój żałobnika z białego płótna. Zajmował się też zawodowo zawodzeniem i noszeniem trumien. Dlatego w domach mistrzów gry na suona często widuje się portrety Konfucjusza albo tablice na jego cześć.

Dzisiaj żyjemy w innej epoce. Mało kto chce się uczyć grać na suona. Dzisiaj, ledwo postawi się namiot na stypę, krewni zmarłego natychmiast rozkładają kilka stolików do madżonga i przez całą noc grają. Żałobników bardziej obchodzi wygrana w grze niż zmarły. Ludzie są inni niż kiedyś. Nawet nie chce im się udawać, że im smutno.

Liao: Ale co z samymi pogrzebami? Dzięki grze na suona uroczystości pogrzebowe są bardziej wzruszające.

Li: Chyba się pan nie orientuje w dzisiejszej gospodarce rynkowej. W mojej wiosce jest łatwy dostęp do transportu. Kiedy ktoś umrze, rodzina tylko dzwoni, a zaraz pojawia się firma pogrzebowa i oferuje szeroki zakres usług, od wypożyczenia wieńców po organizację procesji pogrzebowych i styp. Nazywają to usługą „wszystko w jednym” Kiedyś rodziny zapraszały mnichów, żeby śpiewali mantry, które miały zmarłemu ułatwić przejście na tamten świat. Muzyka suona towarzyszyła zawodzeniu oddanych dzieci. A dzisiaj śmierć traktuje się tutaj jak okazję do zabawy. Ludzie urządzają na stypach koncerty muzyki pop. Przyjaciele i rodzina prawie biją się o to, żeby zamawiać piosenki na cześć zmarłego. Mogą to być dosłownie wszystkie piosenki. Czasami żałobnicy wykorzystują jakąś popularną piosenkę i zmieniają kilka linijek, żeby tekst bardziej pasował do okazji. Ludzie za tym szaleją. A dzieci i krewni zmarłego nie mają już obowiązku niesienia trumny w procesji pogrzebowej. Trumnę wiezie się samochodem albo limuzyną. Procesję otwierają muzycy grający na zachodnich instrumentach. Teraz, kiedy są mikrofony i głośniki, muzykę pogrzebową słychać na wiele mil i wszyscy wiedzą, że ktoś umarł.

Liao: Bardzo dużo pan wie o pogrzebach. Mój dziadek opowiadał mi kiedyś historie o „prowadzeniu umarłych”. Czy to prawda, że byli ludzie, którzy się tym zajmowali zawodowo, i że zarabiali duże pieniądze na transportowaniu w rodzinne strony tych, którzy zmarli setki czy tysiące mil od domu?

Li: Tak. Byli kiedyś ludzie, którzy się specjalizowali w prowadzeniu zwłok. Zwykle przemieszczali się nocą, zawsze we dwóch. Jeden szedł z przodu, drugi z tyłu. Tak jak niesie się lektykę, oni nieśli ciało, które, napędzane ich siłą, mknęło szybko jak wiatr. A oni skandowali jednym głosem „jo-ho, jo-ho, jo-ho”

Kiedy patrzyło się na nich z daleka, widać było, że zmarły i żywi maszerują równym krokiem. Ciało zmarłego poruszało się w tym samym rytmie co ciała żywych dzięki grawitacji. Ale takiej trójce trudno było zmieniać tempo i nigdy nie wykonywali ostrych skrętów. Jak człowiek widział, że zbliżają się idące zwłoki, schodził z drogi. Inaczej mógłby się z nimi zderzyć.

Widziałem coś takiego na własne oczy w 1949 roku. W prowincji Jiangxi grupa dezerterów z armii przypadkowo zastrzeliła miejscowego kupca. Nazywał się Lu. Pomagałem zorganizować jego pogrzeb. Wtedy nie było możliwości łatwego przetransportowania ciała do domu czy to drogą lądową, czy wodną. A jego bliscy nie mogli znieść myśli, że miałby spocząć w obcej ziemi. Zapłacili więc zawodowcom, żeby dostarczyli jego ciało do domu. Zabrało im to ponad tydzień, ale kiedy dotarli na miejsce, zwłoki wyglądały jak żywe.

Ponieważ większość tych prowadzących umarłych spała w dzień, młodzi ludzie, tacy jak ja, którzy byli ich ciekawi, czasem ich podglądali. Ja polizałem papier w oknie i zrobiłem małą dziurkę, żeby zobaczyć, jak wygląda ich pokój. Było w nim ciemno. Słyszałem tylko głośne chrapanie. Jeden kolega, Xiao Wu, chciał wejść do środka i ukraść drąg, którego używali do niesienia zwłok. Wszyscy chcieliśmy się przekonać, czy jest magiczny. Ale kiedy tylko uchylił drzwi, skoczył na niego jakiś cień. Jak się potem okazało, był to czarny kot.

Prowadzący umarłych zawsze nosili ze sobą kota. Zanim ruszali w drogę, odsuwali stojące pod ścianą zwłoki tak, jakby przesuwali drzwi. Wynosili je ostrożnie na zewnątrz i kładli płasko, trzymając za głowę i nogi. Kot przebiegał po zwłokach trzy czy cztery razy. Nazywali to „szokiem elektrycznym”. Potem ustawiali się z trupem w szyku i przez chwilę maszerowali w miejscu, jak oddział wojska na musztrze. Wreszcie ruszali, skandując „jo-ho, jo-ho, jo-ho”.

Liao: Nie wiem, czy w to wierzyć.

Li: To prawdziwa historia.