Powstrzymaj mnie - Brenda Novak

Powstrzymaj mnie

0,0

POWSTRZYMAJ MNIE… jeśli potrafisz…

Jasmine, konsultantka FBI, dostaje anonimową przesyłkę. W środku znajduje bransoletkę, którą podarowała zaginionej przed szesnastu laty siostrze oraz napisane krwią słowa: Powstrzymaj mnie. W taki sam sposób napisano imię zamordowanej przed czterema laty dziewczynki, córki Romaina Forniera. Jasmine szybko ustala, że te sprawy są ściśle powiązane. Dociera do Romaina Forniera, jednak on, nadal zasklepiony w bólu, początkowo odmawia współpracy. Zdeterminowana Jasmine uświadamia mu, że skoro psychopatyczny morderca rzucił im wyzwanie, nie przestanie zabijać. Mogą go powstrzymać, tylko jeżeli połączą siły...

Dodaj komentarz


„Powstrzymaj mnie” to takie czytadło na chwilę, gdy już nic lepszego nie mamy pod ręką. Całość opiera się na dość mocno przewidywalnej fabule, a napięcia tu tyle, co kot napłakał. Styl autorki jest lekki i w odbiorze, dzięki czemu całość czyta się szybko, jednak to za mało, by uznać tę powieść za godną polecenia. Ale jeśli ktoś szuka czegoś banalnego, powinno być ok.


Według mnie to dość słaby kryminał. Wprawdzie czyta się lekko ze względu na prosty język, a wyjściowy pomysł jest ciekawy, to cała reszta wyszła przeciętnie. Akcja przewidywalna. Zaskoczeń tyle co nic. Wplecenie wątku miłosnego sprawia wrażenie konstrukcji na siłę. Trochę szkoda, bo początek intrygował i zapowiadał ciekawą historię trzymającą w napięciu. Nie porywa i tyle. Książka może być ciekawym wypełniaczem czasu, ale można też sobie ją darować.


Druga powieść Brendy Novak z serii Ostatni Bastion. Dobra książka, lepsza od swojej poprzedniczki. Podobnie jak w pierwszej książce, opowieść skupia się na organizacji wspierania ofiar przemocy i trzech kobietach, które ją założyły. Książka ta opowiada o Jasmine Stratford. Szesnaście lat wcześniej, jej siostra została porwana podczas Jasminesię nią opiekowała, co całkowicie zniszczyło jej rodzinę. Siostry nigdy nie znaleziono, Jasmine nigdy nie przestała czuć się winna tego co się stało. Teraz próbuje się tego dowiedzieć. Dobra książka do poczytania. Wątek miłosny lepszy niż poprzednio, a i zakończenie ciekawe

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Brenda Novak

Powstrzymaj mnie

Walcząc z potworami, uważaj,

by nie stać się jednym z nich.

Bo kiedy patrzysz w otchłań,

ona też patrzy na ciebie.

Fryderyk Nietzsche

PROLOG

Nowy Orlean

Cztery lata temu

Mężczyzna, który zamordował dziesięcioletnią córkę Romaina Forniera, nie wyglądał na zabójcę. Siedział w sali sądowej z opuszczonymi ramionami, miał podpuchnięte oczy i obwisłe policzki, aureola rzadkich, rudawych włosów otaczała jego łysiejącą głowę. Nawet Romain chwilami nie mógł uwierzyć, że Francis Moreau, żałosny, zaniedbany szaraczek w średnim wieku, zrobił coś tak potwornego. Takie myśli nachodziły go, nawet gdy wracał pamięcią do owych upiornych dni po uprowadzeniu Adele, kiedy miał wrażenie, że nie żyje swoim własnym życiem.

Już na początku procesu Romain zdał sobie sprawę, że koszmar dopiero się zaczął.

Panujący w sali zgiełk zamarł, gdy sędzia uderzył młotkiem w stół. Zrobiło się tak cicho, że Romain słyszał szelest papierów przekładanych przez obrońcę.

– Prawo jest w tej kwestii jednoznaczne – zaczął sędzia. – Policja otrzymała wprawdzie ustne zezwolenie od stosownych władz, ale podpis pod dokumentem uzyskała dopiero po przeszukaniu domu oskarżonego. A to oznacza, że dowody znalezione w czasie przeszukania nie zostaną dopuszczone.

Usłyszał nerwowe westchnienia swojej rodziny. Po jednej stronie miał rodziców, po drugiej siostrę. Prawda była taka, że bez tych dowodów nie będzie procesu. Prokurator okręgowy powtarzał to wystarczająco często.

Romain pochylił się do detektywa Huffa, który siedział tuż przed nim.

– Jest tak źle, jak myślę? – szepnął mu do ucha.

– Nie martw się. – Jednak Huff miał dziwny, zduszony głos, a wyraz jego twarzy zaprzeczał słowom. Kiedy jakiś czas temu świadek obrony zeznał, że dom Moreau został przeszukany bez odpowiedniego pozwolenia, Huff aż spurpurowiał, a teraz dla odmiany na jego czole pojawiły się krople potu.

Romain robił wszystko, żeby panować nad sobą, choć nie bardzo rozumiał, co się dzieje, kiedy sędzia przywołał do siebie prokuratora i obrońcę. Rozmawiali przyciszonymi głosami, ale żywa gestykulacja prokuratora wskazywała, że spór musiał być gorący.

Powtarzał sobie uparcie, że nie mogą zamknąć sprawy! Przecież wiadomo ponad wszelką wątpliwość, że schwytano zabójcę. Jednak prokurator był wyraźnie wściekły, gdy wracał od sędziowskiego stołu. Zanim usiadł na swoim miejscu, wyłowił wzrokiem Huffa i spojrzał na niego z taką pogardą, że Romain aż wstrzymał oddech.

– Oni go wypuszczą. – Romain nie mówił tego do żadnej konkretnej osoby. Jego siostra siedziała niczym posąg, matka płakała, a ojciec próbował ją uspokoić. – Wywinie się! – Chwycił Huffa za ramię, domagając się odpowiedzi.

Detektyw odwrócił się do niego. W rogu sali warczał wentylator. Klimatyzację wyłączono dwa dni temu, a nagle zrobiło się bardzo gorąco jak na październik.

– On to zrobił. – Huff przetarł chusteczką czoło. – Widziałem taśmę.

Romain też widział jej fragment. Tyle, ile dał radę znieść. Dlatego kompletnie nie pojmował, co się dzieje. Dlaczego formalności związane z pozwoleniem na przeszukanie są ważniejsze niż życie dziecka? Życie jego dziecka.

– Nie mogą go zwolnić...

Lecz oto sędzia oznajmił lakonicznie, że prokurator wycofuje oskarżenie, uderzył młotkiem w stół i wyszedł z sali.

Romain stał jak osłupiały. Poczuł na sobie spojrzenie niebieskich, załzawionych oczu Moreau i zobaczył, jak jego wargi wykrzywia zwycięski uśmiech. W tym momencie wszystko wokół niego zrobiło się czarne. Przez kilka chwil na sali byli tylko oni dwaj. Stali i patrzyli na siebie.

– Czy to wszystko wina detektywa? – spytała matka. – Dlaczego nie załatwił zezwolenia przed rozpoczęciem przeszukania?

– Moreau wiedział, że policja dostała cynk. Gdyby detektyw Huff zwlekał, udałoby mu się zniszczyć dowody – tłumaczył ojciec.

Huff musiał ich słyszeć, ale nadal patrzył przed siebie. On też nie spuszczał wzroku z Moreau, który patrzył na niego z uśmieszkiem wyrażającym jedno słowo: „Przegraliście”. Obrońcy mu gratulowali.

Tłum ruszył do wyjścia. Siostra pociągnęła Romaina za ramię, ale stał jak wrośnięty w ziemię. Sędzia musi wrócić. To jeszcze nie koniec. To nie może być koniec. Moreau był zabójcą. Zamordował dziecko. Jego dziecko. I zrobi to jeszcze raz.

Nie pamiętał, jak znalazł się poza budynkiem sądu. Nie zauważył, jak idzie do drzwi i wychodzi na dwór. W pamięci zostało mu jedynie, jak detektyw zdejmuje marynarkę i przerzuca ją przez ramię, a potem idą razem po szerokich schodach na zewnątrz. Byli tuż obok siebie, więc niemal czuł bliskość pistoletu Huffa w kaburze. Napierał na nich tłum gapiów i dziennikarze, którzy czatowali pod sądem niczym zgraja wilków.

– Panie Fornier, jak pan skomentuje fakt, że człowiek, który zapewne zamordował pana córkę, wychodzi na wolność?

– Panie Fornier! Panie Fornier! Jest pan nadal przekonany, że Moreau zabił Adele?

– Czy zamierza pan wystąpić z powództwa cywilnego?

Reporterzy podsuwali mu mikrofony pod nos, ale on widział tylko, jak stojący kilka metrów dalej Moreau wdzięczy się do kamery. Ponad wszystko na świecie zapragnął poczuć w dłoni chłód pistoletu. Był strzelcem wyborowym. Z tej odległości nawet nie musiałby celować. Jednym pociągnięciem za spust naprawiłby całe zło, które się właśnie dokonało.

Potem pamiętał tylko huk i widok osuwającego się Moreau. I to, że detektyw z całej siły wciskał go w gorący, chropowaty beton.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Sacramento, Kalifornia

Dzisiaj

Jasmine otworzyła pakunek w zatłoczonej galerii handlowej. Nagle przestały do niej dochodzić jakiekolwiek dźwięki. Śmiechy, rozmowy, stukanie butów na kolorowej podłodze, świąteczna muzyka w tle, wszystko to gdzieś zniknęło. Zaczęło jej dzwonić w uszach.

– Co się stało? – Sheridan Kohl wzięła ją za rękę, niespokojnie unosząc brwi.

Słowa dochodziły do niej jakby z oddali, nie była w stanie wydobyć z siebie choćby słowa. Próbowała zaczerpnąć powietrza, ale miała tak ściśniętą klatkę piersiową, że przepona nie uniosła się nawet na centymetr. Czując na kręgosłupie strużki potu, wpatrywała się w srebrno-różową bransoletkę, którą przed chwilą wyjęła z kartonowego pudełeczka.

– Jaz, co się dzieje? – Sheridan wyjęła bransoletkę z lodowatych palców przyjaciółki. Srebrne literki przetykane różowymi koralikami ułożyły się w imię. – Boże! – szepnęła ze łzami w oczach.

Jasmine zakręciło się w głowie. Bojąc się, że zemdleje, oparła się o Sheridan, która pomogła jej podejść do rzędu foteli i poprosiła jakiegoś mężczyznę o ustąpienie miejsca.

Zerwał się na nogi, przesuwając stos leżących na podłodze toreb z zakupami.

– Ona nie wygląda najlepiej. Źle się poczuła? – spytał ze szczerą troską.

– Bardzo się zdenerwowała – wyjaśniła Sheridan.

Jasmine miała wrażenie, że słowa unoszą się wokół niej, jakby były napisane w powietrzu, rozbijają się na pojedyncze litery, tracą sens. Jej system nerwowy zaczynał odmawiać posłuszeństwa. Przeciążenie. Odmowa przyjmowania kolejnych danych. Awaria.

– Nie ruszaj się. – Sheridan włożyła bransoletkę z powrotem do pudełeczka. – Przyniosę ci coś do picia.

Jasmine nie mogłaby się ruszyć, nawet gdyby chciała. Nogi miała jak z waty. Wokół niej zaczęli gromadzić się ludzie.

– Coś się stało? – spytał ktoś, zatrzymując się obok Meksykanina, który nadal przypatrywał się jej z ciekawością.

– Nie mam pojęcia, ale nie wygląda najlepiej.

Zatroskany nastolatek stanął obok niej.

– Dobrze się pani czuje?

– Może trzeba zawołać pogotowie? – rzuciła jakaś kobieta.

Idźcie stąd, dajcie mi spokój! – coś w niej krzyczało. Zarazem jednak była tak skupiona na leżącym na jej kolanach pudełku, że nie mogła choćby ruszyć ręką. Tę bransoletkę zrobiła w prezencie dla młodszej siostry. Kimberly była taka szczęśliwa, kiedy rozpakowała paczuszkę w dniu swoich ósmych urodzin. To były ich ostatnie wspólne urodziny. Pewnego słonecznego popołudnia do ich domu w Clevelandzie przyszedł brodaty mężczyzna i zabrał ją z sobą.

Umysł Jasmine oderwał się od tych wspomnień. Do dwunastego roku życia była szczęśliwym dzieckiem i do głowy jej nie przyszło, że we własnym domu może jej coś grozić. Obcy ludzie chodzili po ulicach. A tamten mężczyzna zachowywał się jak jeden z pracowników ojca, którzy zmieniali się tak często, że nie wszystkich rozpoznawała. Przychodzili do domu po narzędzia i sprzęt do montowania anten satelitarnych, po czeki, po dokumenty. Czasem ojciec wynajmował bezrobotnych do porządkowania magazynu, stawiania płotu, a nawet do zamiatania podwórka. Dlatego była przekonana, że ich gość jest sympatycznym człowiekiem.

Boże, dlaczego uwierzyła, że jest sympatyczny? To stało się przez nią...

– Mam wezwać pogotowie? – zwrócił się do niej Meksykanin.

Przykryła usta ręką, żeby powstrzymać krzyk. Oddychaj głęboko, opanuj się, nakazywała sobie instynktownie. Jej rodzice stracili wszelką nadzieję, prawie zniszczyli się nawzajem goryczą i żalem. Ale w niej nadal tlił się mały płomyk. A teraz to...

Sheridan przepchnęła się przez grupkę gapiów.

– Zajmę się nią. Nic się nie stało. – Gapie zaczęli się powoli rozchodzić. – Proszę, napij się.

Lemoniada ze świeżo wyciśniętych cytryn na szczęście smakowała normalnie.

Po kilku minutach oddech Jasmine uspokoił się, serce zaczęło bić w zwykłym rytmie, wciąż jednak była mokra od potu, a kiedy chciała coś powiedzieć, po policzkach pociekły jej łzy.

– Spokojnie. – Sheridan objęła ją za ramiona. – Nie musimy się nigdzie śpieszyć.

Była wdzięczna przyjaciółce za zrozumienie, ale gdy szok zaczął mijać, pojawiały się liczne pytania. Kto przysłał bransoletkę? Dlaczego po tylu latach? Co się stało z jej siostrą? I pytanie najważniejsze ze wszystkich: czy była jakakolwiek szansa na to, że Kimberly żyje?

– Przepraszam, że zabrałam paczkę i że musiałaś przez to przejść w miejscu publicznym – powiedziała Sheridan ze smutkiem. – Kiedy ją zobaczyłam na ladzie w recepcji, pomyślała, że może na nią czekasz, a nie miałaś już wracać do biura... – Bezradnie wzruszyła ramionami. – Chciałam tylko pomóc.

– Nie ma o czym mówić. – Jasmine wytarła oczy. – Przecież nie wiedziałaś, co w niej jest.

– Ale kto ją przysłał?

– Nie wiem. – Oglądała pudełko z uwagą. Nie było na nim adresu zwrotnego ani żadnego listu. Jedynie pognieciony papier do pakowania...

Nagle tętno Jasmine przyśpieszyło. Na kawałku zwiniętego papieru widniał jakiś napis. Ostrożnie rozprostowała papier, starając się go nie rozedrzeć i nie zostawić za dużo odcisków palców. Czymś, co wyglądało na krew, ktoś napisał dwa słowa:

Powstrzymaj mnie.

Jasmine spędziła cały wieczór przy telefonie. Nie wiedziała, czy ma powiedzieć rodzicom o bransoletce. Nie umiała podjąć decyzji. Stempel na znaczku mówił, że przesyłkę nadano w Nowym Orleanie, ale to był koniec informacji. Nie chciała otwierać starych ran. Jednak z drugiej strony rodzice mieli prawo o tym wiedzieć... Tylko czyby tego chcieli?

Podniosła słuchawkę. Ojciec by chciał. Po tym, jak brodaty mężczyzna porwał Kimberly, Peter Stratford miał już tylko jeden cel: odnaleźć młodszą córkę. W efekcie stracił wszystko: firmę, żonę i dom. Bezowocne poszukiwania sprawiły, że znalazł się na progu szaleństwa. Odrzucił wszystkich ludzi, również Jasmine. Zrezygnował z tropienia wszelkich śladów mogących mieć związek z Kimberly tylko dlatego, że nie miał innego wyjścia. Już nic więcej nie mógł zrobić.

Z czasem zdołał dojść do siebie, ostatnio nawet nieźle mu się wiodło. A co, jeżeli wiadomość o bransoletce ponownie go załamie?

Jasmine odłożyła słuchawkę. Nie warto ryzykować.

A matka? Gauri Stratford, urodziwa i pełna uroku Hinduska, była tak przepełniona goryczą, żalem i pretensjami do męża i Jasmine, że wręcz nie potrafiła znieść ich obecności.

Zadzwonił telefon. Spojrzała na numer na wyświetlaczu i odetchnęła z ulgą. Nikt z rodziców. Dzwoniła jej przyjaciółka z pracy, Skye Kellerman. A właściwie Skye Willis, odkąd wyszła za mąż w zeszłym roku.

Jasmine opadła na kuchenne krzesełko.

– Halo.

– Właśnie odebrałam twoją wiadomość. Oraz kilka od Sheridan – z niepokojem oznajmiła Skye. – Przepraszam, że dopiero teraz oddzwaniam, ale byliśmy z Davidem w Tahoe.

– Nie szkodzi, nic się nie stało.

– Stało się. Dobrze się miewasz?

Sama nie wiedziała. W jednej chwili czuła przypływ nadziei, a zaraz potem przerażenie na myśl, co się mogło stać z jej siostrą.

– Nic mi nie jest – powiedziała wbrew sobie.

– To się stało tak niespodziewanie. Dlaczego teraz? Po tylu latach?

Jasmine też zadawała sobie te pytania, choć właściwie znała odpowiedź.

– Polinaro... To chyba z jego powodu. – Przed czterema tygodniami brała udział w programie telewizyjnym „Najbardziej poszukiwani przestępcy Ameryki”, gdzie przedstawiła sylwetkę psychologiczną sprawcy przestępstw seksualnych na dziewięciu chłopcach. Kiedy policja zaczęła deptać mu po piętach, zbiegł. Jasmine mówiła w programie, gdzie jej zdaniem mógł się ukryć i co mógł robić.

– Słusznie – przytaknęła Skye. – Ten odcinek pokazywali tuż przed Świętem Dziękczynienia.

– Tylko w ten sposób mógł się dowiedzieć, gdzie mnie szukać.

Kiedy jej matka powtórnie wyszła za mąż i wyjechała z Clevelandu, Jasmine przestała chodzić do liceum, wyprowadziła się z domu i na trzy lata zatonęła w narkomanii i autodestrukcji. Przenosiła się z jednego miasta do drugiego, wykonywała dorywcze prace, a nawet żebrała, by zdobyć pieniądze na kolejną działkę. Rodzice nie wiedzieli, gdzie jest ani co robi. Opamiętała się dopiero wtedy, gdy poznała Harveya Nolasco, kierowcę ciężarówki, który skłonił ją, by zgłosiła się po profesjonalną pomoc. Wreszcie, tak jak matka, wyszła za białego mężczyznę i przez krótki czas była panią Jasmine Nolasco.

– Dobrze wiesz, jak łatwo cię namierzyć przez fundację – stwierdziła Skye.

– To prawda.

Występując w mediach, zawsze wspominała o swojej współpracy z fundacją Na Śmierć i Życie, która utrzymywała się z datków, dlatego przy każdej okazji zwracała się o wsparcie, co przynosiło oczekiwane skutki. Po tamtym programie do fundacji spłynęły tysiące dolarów, a także ogromna liczba próśb o pomoc.

– Paczka przyszła do biura, tak? – upewniła się Skye.

– Sher zauważyła ją w poczcie i zabrała z sobą, bo byłyśmy umówione na lunch.

– Czy poprosiłaś już kogoś o jej sprawdzenie?

– Od razu zaniosłyśmy ją na policję.

– I co?

– Potwierdzili, że napis zrobiono krwią grupy B. – Na wspomnienie kanciastych liter głos jej lekko się załamał.

– Myślisz, że to krew Kimberly? – spytała Skye.

– Nawet jeśli ona nie żyje, to krew mogła być zamrożona.

– Ale tylko się tego domyślasz? Nie masz żadnego przeczucia ani wizji?

– Nie. Ta sprawa jest mi zbyt bliska. – W jej umyśle pojawiały się różne chaotyczne obrazy. Dzięki swym zdolnościom pomogła w wielu głośnych sprawach, ale nawet ona miała wątpliwości, czy może ufać wszystkim wizjom zakłócającym normalny tok myślenia.

– Ale da się stworzyć jakiś profil przestępcy?

Jasmine miała zaledwie maturę zaocznego liceum i trzydzieści godzin zajęć w college’u, co udało jej się osiągnąć w ciągu dwóch lat małżeństwa z Harveyem, ale przeczytała niemal wszystko na temat zachowań dewiacyjnych i tworzenia sylwetek psychologicznych przestępców. Zdobyła taką wiedzę, że nawet FBI czasami prosiło ją o konsultacje. Niektórzy uważali, że swoje umiejętności zawdzięcza zdolnościom parapsychicznym, ale Jasmine wiedziała, że są oparte na profesjonalizmie wspartym instynktownym pojmowaniem natury ludzkiej. Często jej przypuszczenia okazywały się słuszne, choć nie opierała się na żadnych wizjach.

– Tak, ale musi minąć pierwszy szok. – Sięgnęła po pudełko. Kawałek papieru z napisem leżał na lodówce, a bransoletkę schowała do szkatułki z biżuterią, żeby na nią nie patrzeć. – Chce mi udowodnić, że to on porwał Kimberly. – Przesunęła palcem po wgłębieniach, które zostawił długopis użyty do adresowania paczki. – Gdyby nie ten liścik, można by pomyśleć, że paczkę przysłała osoba luźno związana z porwaniem. Rozumiesz, ktoś, kto zna porywacza, przyjaciel, krewny albo żona, chce ujawnić przestępstwo, ale nie ma odwagi wystąpić otwarcie, bojąc się zemsty. A krew... – zawahała się, próbując wejść w skórę osoby zdolnej do podobnych czynów – krew ma mnie zaniepokoić, pokazać, że on mówi poważnie.

– Co mówi poważnie?

– Żeby go powstrzymać.

– Czyżby prowadził jakąś grę?

– To nie gra, to wyzwanie. Nie ma na tyle odwagi albo siły woli, żeby się oddać w ręce policji. Ale wie, że trzeba go powstrzymać. – Słowa „Na Śmierć i Życie” były odciśnięte mocniej niż inne, cud, że wytrzymał papier, na którym były napisane jako część adresu odbiorcy. Kiedy przesuwała palcami po literach, w jej umyśle zaczęły pojawiać się obrazy, na które nie liczyła z powodu zbytniego zaangażowania. Zobaczyła mężczyznę z brodą, twarz, którą dawno zapomniała i którą zawsze chciała jak najdokładniej opisać policji. Wprawdzie nadal była częściowo ukryta w cieniu, ale i tak wizja odebrała Jasmine oddech. – On jest zabójcą – powiedziała.

– Jesteś pewna?

– Absolutnie. – Czuła jego żądzę mordu.

– Czy ma wyrzuty sumienia?

Najchętniej oderwałaby palce od napisanych przez niego słów, żeby przerwać delikatną nitkę energii, która wzbudzała w niej wir obcych myśli i uczuć. To był przerażający, nieznany teren dla kogoś, kto jedynie tolerował swoje parapsychiczne zdolności. Wiedziała jednak, że nie wolno jej tego zrobić. Tylko w ten sposób mogła wpaść na trop czegoś, co go zdradzi.

– Nie, nie ma ich, bo to wymagałoby współczucia. – Zamknęła oczy, czując jego zagubienie, jego pragnienie, żeby być podobnym do innych. – To wołanie o pomoc, ale nie z powodu bólu, który zadaje innym. On chce uśmierzyć własny ból. Chodzi o niego. On zabija, żeby nie czuć bólu.

– A co ma z tego, że krzywdzi innych?

– Upaja się władzą. On pragnie... – Pojawiające się odpowiedzi były tak mroczne i przerażające, że umysł Jasmine zaczął stawiać opór. Odsunęła ręce.

– Uwagi? – dokończyła za nią Skye.

– Oraz uznania. Ale to tylko początek. – Wpatrywała się w pudełko. Przez tych szesnaście lat, które minęły od chwili, gdy rozmawiał z Kimberly, nigdy nie czuła tak intensywnie jego obecności. Zrobiło jej się niedobrze, ale znów dotknęła śladów liter, starając się nawiązać kontakt z podświadomością. Dla Kimberly.

– Myślisz, że są inne ofiary? – spytała Skye.

Zmierzwiona broda. Zielone oczy. Nos cienki jak ostrze. Luźne, brudne ubranie.

– Jasmine! – ponagliła ją Skye.

To nie miało sensu. Obraz zniknął, zostawiając po sobie jedynie wspomnienie.

– Słucham?

– Czy mógł porwać też inne dzieci?

Zakryła oczy drżącą dłonią.

– A ty jak myślisz?

– Zabójcy nie zabijają wszystkich na swojej drodze. Możliwe, że nadal trzyma Kimberly w niewoli i nie uprowadził nikogo innego. Może chciał mieć córkę, kogoś, kto by go kochał bezwarunkowo, a ona mu to dała.

Jasmine poczuła na ramionach gęsią skórkę.

– Nie chodziło o miłość. – On nigdy nie zaznał zaspokojenia i pewnie nigdy go nie zazna. Bo inaczej po co wzywałby ją, żeby go powstrzymała?

– Mógł ją nawet w którymś momencie wypuścić – zastanawiała się głośno Skye. – Co wcale nie znaczy, że musiałaby wrócić do domu.

– To prawda. Miała osiem lat, kiedy zaginęła – powiedziała Jasmine. – Porwane dzieci często zaczynają się wiązać emocjonalnie z oprawcą, przystosowują się i zaczynają tak się zachowywać, jakby nigdy nie prowadziły innego życia.

– Może trzymał ją przy sobie, dopóki nie dorosła, a teraz... ona gdzieś jest...

Jakaś wersja jej dawnego ja, ale już nie ta sama osoba, chciała dodać Jasmine, ale nie umiała powiedzieć tego na głos. Zajmie się tym, jeżeli los ześle na nią to szczęście, że odnajdzie swoją siostrę.

– Chcesz zamówić badanie DNA, żeby sprawdzić, czy ta krew pasuje do twojej? – spytała Skye.

– Oczywiście. Poproszę prywatne laboratorium w Los Angeles. Mieli bardzo dobre wyniki przy sprawie Wrigleya. – Chciała też, by specjalista sprawdził ukryte odciski palców. Niezbyt liczyła na pudełko. Zbyt wiele osób je dotykało. A po trzech czy czterech dniach transportu trudno odzyskać odciski palców nadawcy nawet za pomocą środków chemicznych. Natomiast badania taśmy klejącej i papieru mogły przynieść więcej.

– A dlaczego nie zajmie się tym policja i jej laboratorium? Kiedy porwano Kimberly, mieszkałaś w Clevelandzie. To należy do tamtejszej policji.

– Nie chcę im dawać tego, co mam.

– Dlaczego?

– Bo detektyw, który prowadził wstępne dochodzenie, nadal tam pracuje. – Jasmine wstała i podeszła do okna. Spojrzała dwa piętra niżej, na parking. Stare ciężarówki, małolitrażowe samochody i miejskie terenówki stały w świetle reflektorów przymocowanych do budynku. Nie mieszkała na bogatym przedmieściu Sacramento. Ona, Skye i Sheridan zarabiały w fundacji tylko tyle, żeby przeżyć, nie mogła więc wynająć drogiego apartamentu. Ale nie była to także najgorsza okolica. Czuła się tu bezpiecznie, przynajmniej na tyle, na ile pozwalała praca, w której musiała się przeciwstawiać tylu niebezpiecznym ludziom.

– Skąd o tym wiesz?

– Sprawdziłam dziś rano.

– Uważasz, że nie poradzi sobie z dochodzeniem?

– Mój ojciec omal nie doprowadził do jego zwolnienia z powodu zniszczenia śladów opon. – Jasmine oderwała kawałek papierowego ręcznika i wytarła sobie z czoła kropelki potu. – Wątpię, żeby chciał ponownie otworzyć sprawę.

– Może mogłabyś wytłumaczyć jego przełożonemu, żeby wyznaczył do tego kogoś innego?

– Nie, bo kapitan Jones wyraźnie go wspiera, a ja nie mam zamiaru pracować z Castillem. – Nie chciała powierzać kluczowych dowodów człowiekowi, którego uważała za niekompetentnego. Poza tym nie spodziewała się, by policja w Clevelandzie okazała się chętna do współpracy. Jej ojciec bardzo im zaszedł za skórę. Uważała też, że mając za sobą udział w kilku dochodzeniach, lepiej się do tego nadaje niż ktokolwiek inny. Wszak chodziło o jej siostrę, więc nikt nie okaże takiej determinacji jak ona.

– A jakiś prywatny detektyw? Może Jonathan by się tym zajął? Wiesz, że jest dobry.

– Sama się zajmę tą sprawą.

– Jak?

– Jadę do Luizjany.

– To bez sensu. Jedyne, co masz, to znaczek pocztowy na paczce!

Nieprawda. Miała w umyśle jego obraz, który nagle pojawił się znikąd, gdy dotknęła liter na pudełku. Umówi się na spotkanie z twórcą portretów pamięciowych, będzie rozsyłać ulotki, wyznaczy nagrodę – zrobi wszystko, co będzie trzeba. A może, kiedy szok minie i nabierze trochę sił, będzie mogła znów przyjrzeć się tej mrożącej krew w żyłach więzi, którą przez moment poczuła.

Ta dziwna wizja przekonała ją co do jednego: mężczyzna z brodą wiedział, że ona może go powstrzymać. A ona zamierzała to zrobić.

Nawet jeżeli dla Kimberly było już za późno.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jasmine nigdy nie była w Luizjanie. Poruszona ogromem zniszczeń, wpłacała pieniądze na pomoc dla ofiar huraganu Katrina, ale nie dotknęło jej to osobiście. Nie czuła żalu za konkretnymi miejscami jak ktoś, kto znał miasto wcześniej. Zresztą w otaczających ciemnościach i tak niewiele było widać.

Jechała taksówką z lotniska do hotelu, zastanawiając się poniewczasie, czy przyjazd do Nowego Orleanu nie był szaleństwem. Nie znała nikogo ani w tym mieście, ani w ogóle w tej części kraju. Jak ma znaleźć tego człowieka?

Uporczywe pulsowanie za oczami przypomniało jej o narastającym bólu głowy. W samolocie było ciasno i duszno, podróż zajęła cały dzień, do celu dotarła późnym wieczorem. Na pokładzie serwowano jedynie napoje i orzeszki. Była zmęczona i głodna jak wilk. Poprzedniej nocy prawie nie spała, pakując pudełko, bransoletkę i liścik i planując podróż tak, by po drodze zatrzymać się w Los Angeles i przekazać to wszystko do laboratorium. Ale w samolocie nie udało jej się zasnąć. Nieustannie wracała myślą do dnia, w którym Kimberly została porwana, z nadzieją, że przypomni sobie jakiś nowy szczegół.

Odtwarzała w pamięci tamte chwile, mimo że przez ostatnich szesnaście lat robiła to już tysiące razy.

Nie usłyszała pukania. Leżała na podłodze w salonie, kiedy ochrypły głos przedarł się przez dźwięk telewizora. Mężczyzna rozmawiał z Kimberly. Zachowywał się przyjaźnie, więc uznała, że jest jednym z pracowników ojca i nawet nie ruszyła się z miejsca.

– Gdzie jest tata?

– W pracy.

– A kiedy wróci?

– Późno. Mam do niego zadzwonić?

– Nie trzeba, zadzwonię do niego z samochodu.

Wyglądało na to, że zna ojca i zna jego numer telefonu. Jego zachowanie pasowało do zwyczajów panujących w domu, więc nie wzbudziło jej czujności. Ale ten wątek miał potem znaczenie podczas śledztwa. Rodzice byli przekonani, że Peter musiał znać tamtego mężczyznę i wprowadził go jakoś w krąg ich życia. Po części z tego powodu matka miała do ojca tyle żalu i pretensji. Wcześniej Gauri często narzekała, że za dużo ludzi kręci się po domu, ale Peter zawsze obracał wszystko w żart i nazywał ją małym tchórzem. Nosił ją w kółko po kuchni, wykrzykując radośnie:

– Świat się wali, świat się wali!

A potem świat się zawalił.

By nie utonąć w przykrych wspomnieniach późniejszych łez oraz kłótni, które czasem graniczyły z przemocą, Jasmine wróciła myślą do brodatego mężczyzny rozmawiającego z Kimberly.

– Ile masz lat?

– Osiem.

– Ładna z ciebie dziewczynka.

Jasmine poczuła wtedy zazdrość. Też chciała usłyszeć, że jest ładna, choć po prawdzie powinna już do tego przywyknąć. Miały białego ojca, po matce Hindusce odziedziczyły gęste, ciemne włosy i śniadą karnację, ale to Jasmine zwykle przyciągała uwagę, bo jej wielkie oczy w kształcie migdałów miały niewiarygodnie błękitny kolor. Jednak tym razem musiał jej wystarczyć blask sławy Kimberly, bo Kevin Arnold z „Cudownych lat” miał za chwilę po raz pierwszy pocałować Winnie i Jasmine nie mogła oderwać się od telewizora.

– Umiem zrobić gwiazdę. Chcesz zobaczyć?

– Tylko nie w domu! – krzyknęła Jasmine.

Właśnie wtedy mężczyzna wychylił się zza progu pokoju i mogła zobaczyć jego twarz.

– Pilnujesz jej?

– Tak.

Kimberly zajrzała do pokoju tylko po to, żeby pokazać siostrze język. A gdy już ten język schowała, spojrzała na mężczyznę i oznajmiła:

– Ona zawsze się rządzi. – I dodała, że pokaże gwiazdę przed domem na trawniku.

Jasmine była z siebie dumna, że powstrzymała siostrę przed strąceniem lampy czy sprokurowaniem innej katastrofy, i wróciła do oglądania filmu, zapominając o całym zdarzeniu. Ale kiedy odcinek się skończył, zauważyła, że drzwi wejściowe nadal są otwarte, a Kimberly nigdzie nie ma. Mężczyzny też.

Do końca życia nie zapomni tej chwili, kiedy musiała zadzwonić do rodziców i powiedzieć, że siostra zaginęła.

Kiedy była pod jej opieką.

– Ten hotel jest na St. Philip Street? – zapytał taksówkarz z niedowierzaniem.

Jasmine zobaczyła we wstecznym lusterku jego oczy z brwiami niczym gąsienice.

– Tak podano na stronie internetowej.

– I nazywa się Maison du Soleil? – Miał francuski akcent, ale nie taki, jaki znała z telewizji, bez gardłowego „r”.

– Tak się nazywa.

– Nie chodzi pani o Maison Dupuy na Bourbon Street?

– Nie.

Tak ściągnął brwi, że się z sobą zetknęły.

– Nie słyszałem o tym hotelu, ale jestem nietutejszy. Jest pani pewna, że to właściwy adres?

– Jestem pewna.

Znów zaczął patrzeć przed siebie.

– No to go jakoś znajdziemy. Nie ma problemu.

Nie ma problemu? Był tego pewien? Jasmine zdawała sobie sprawę, że hotel nie był szczególnie elegancki. Nie wiedziała, jak długo zostanie w Nowym Orleanie, więc musiała ostrożnie planować wydatki. Jej karty kredytowe nie pozwalały na szaleństwa. Ale teraz zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie wyląduje w jakimś schowku na szczotki. W internecie nie było zdjęć budynku, jedynie pokoi. Skusiła ją rozsądna cena i położenie, cytując opis reklamowy:

W samym sercu Nowego Orleanu, tam, gdzie miasto miało swoje początki.

Miała nadzieję, że być może znajdzie się nawet w Dzielnicy Francuskiej.

Na innej stronie internetowej zauważyła ostrzeżenie, że jeśli ktoś nie znosi nieustających odgłosów zabaw, powinien zatrzymać się we Vieux Carreu. Ale wchodzenie w skórę człowieka, który był autorem liściku, było dość przerażającym doznaniem, dlatego wolała znaleźć się wśród ludzi. Wiedziała, że poczuje się pewniej, jeżeli będzie mogła wyjrzeć w nocy przez okno na ulicę, usłyszeć muzykę i zobaczyć roześmianych ludzi.

– Zostanie pani do Bożego Narodzenia? – spytał taksówkarz.

Do świąt było tylko sześć dni. Czy zdąży wszystko załatwić i wrócić do Kalifornii? Mało prawdopodobne. Ale to może nawet lepiej. Zwykle spędzała różne święta ze Skye. Sheridan miała rodzinę w Wyomingu i z reguły wyjeżdżała na święto Dziękczynienia, Boże Narodzenie i Wielkanoc. Skye miała tylko ojczyma i dwie przyrodnie siostry w Los Angeles, ale od roku była mężatką i Jasmine nie chciała im psuć swoją obecnością pierwszej wspólnej Gwiazdki.

Czyli w Sacramento byłaby tak samo samotna jak w Nowym Orleanie.

– Zostanę do Nowego Roku.

– Nie do Mardi Gras?

– A kiedy wypada?

– W lutym, choć nie wiem, którego dokładnie. Ale łatwo policzyć, czterdzieści sześć dni przed Wielkanocą. – Mówili o Tłustym Wtorku, ostatnim dniu karnawału, w Nowym Orleanie obchodzonym szczególnie hucznie.

– Niestety, chyba nie.

– Przyjechała pani w interesach?

To pytanie ją zaskoczyło. Przyjechała tu w sprawie jak najbardziej osobistej, ale to, co zamierzała zrobić, niewiele się różniło od śledztw, w których brała udział, by pomóc ofiarom najcięższych przestępstw. Może rzeczywiście powinna patrzeć i na tę sprawę z profesjonalnej perspektywy, dzięki czemu pozbędzie się uczucia niepokoju, które jej nieustannie towarzyszyło.

– Tak – mruknęła.

– Zajęta z pani kobitka, skoro wyjechała pani w delegację przed świętami.

– Niektórych rzeczy nie da się odłożyć na później. – Tak jak tej. Zamierzała prowadzić poszukiwania, czekając na wyniki z laboratorium.

Kiedy znaleźli się w Dzielnicy Francuskiej, zdała sobie sprawę, jak bardzo to miasto jest jej obce. Panował tu europejski klimat, który by ją zachwycił, gdyby przyjechała na wakacje. Ale dziś czuła się nie na miejscu, patrząc na wąskie uliczki, balustrady balkonów z giętego żelaza i wewnętrzne podwórka, które bardziej kojarzyły się z Hiszpanią niż Francją. A tłumy ludzi i rozrywkowa atmosfera barów, klubów jazzowych, hoteli, restauracji, „klubów dla dżentelmenów” i butików zbyt ostro kontrastowały z jej nastrojem i celem przyjazdu.

– To jaki jest ten adres hotelu?

Taksówkarz zapalił górną lampkę, a Jasmine wydobyła z torebki wydruk rachunku i przeczytała z trudem nazwę ulicy.

– To musi być tu – powiedział, wskazując przez okno.

Wpatrywali się w fasadę baru The Moody Blues. W środku był tłum ludzi, na zewnątrz wisiało mnóstwo świątecznych lampek, a głośna muzyka bardziej przypominała rocka niż jazz.

Kierowca zaparkował taksówkę i wyszedł porozmawiać z barmanem. Wrócił szybkim krokiem i machnął do niej szerokim gestem, otwierając drzwi.

– Może pani wysiadać. – Pochylił się nieco. – To tutaj.

– Jak to tutaj? – spytała skonsternowana.

– Mają hotel nad barem. – Zatrzymał się przy bagażniku. – Jak pani tam wejdzie – wskazał ręką drzwi do baru – to sama pani zobaczy. Na prawo i w górę po schodach.

Nic dziwnego, że w internecie nie było żadnych zdjęć.

Tłumiąc westchnienie, Jasmine zapłaciła, wyszła na wilgotny chłód i wzięła bagaże. Kierowca wahał się przez chwilę, czy nie wnieść ich na górę, ale widziała, że nie ma specjalnej ochoty zostawiać taksówki bez opieki.

– Dam sobie radę – powiedziała.

Życzył jej miłego pobytu w mieście i odjechał. Jasmine zaczęła się przeciskać przez zbity tłum przy barze w kierunku zasłonki z koralików, za którą znajdowała się klatka schodowa prowadząca – jak głosiła tabliczka – do Maison du Soleil.

Kiedy się obudziła, leżała na łóżku kompletnie ubrana. Słaba żarówka wisząca na suficie nadal się paliła, pismo psychologiczne, które czytała, spadło na podłogę. Nie wiedziała, czy jest późno. Na zewnątrz wciąż panowały ciemności, ale muzyka, która dochodziła z dołu, przycichła, nie słyszała też telewizora z sąsiedniego pokoju. Chętnie otworzyłaby okno, żeby wyjrzeć na ulicę, ale okno, będące jednocześnie częścią drzwi prowadzących na schody przeciwpożarowe, wychodziło na mur z czerwonej cegły.

Niezłe położenie...

Zamrugała parę razy, żeby odzyskać ostrość widzenia, i spojrzała na zegarek. Była piąta trzydzieści. Nie umiała powiedzieć, co ją obudziło, ale pamiętała niewyraźnie niepokojące sny podobne do koszmarów, które nawiedzały ją po porwaniu Kimberly. Różniły się nieco od siebie, ale zawsze śniło jej się, że słyszy wołanie siostry wciąganej do wielkiego, ciemnego pokoju. Kiedy Jasmine biegła za nią, pokój zamieniał się w labirynt korytarzy. Już jej się wydawało, że za rogiem odnajdzie siostrę, ale ona wciąż znikała. Zwykle budziła się z takich snów zlana potem, tak jak dzisiaj. Chociaż dziś powodem mógł być też grzejnik, który włączyła na pełen regulator. Musiało być grubo ponad dwadzieścia pięć stopni.

Czuła się bardziej zmęczona niż przed zaśnięciem, mimo to wstała, wyłączyła grzejnik i weszła pod prysznic. Postanowiła, że zejdzie potem na dół i porozmawia z kierownikiem. Przed potwierdzeniem rezerwacji zadzwoniła do hotelu, żeby upewnić się, czy będzie miała dostęp do internetu. Ale wieczorem nie udało jej się porozumieć z recepcją, by wyjaśnić sprawę.

Kabina prysznicowa była tak mała, że trudno było się w niej obrócić, ale silny strumień gorącej wody dobrze zrobił zesztywniałym mięśniom. Chyba ze względu na ten czysty i gorący prysznic zrezygnowała z poszukiwań innego lokum – no i dlatego, że nie chciała tracić czasu. Miała wystarczająco dużo do roboty.

Kiedy się ubrała, poczuła się wreszcie jak człowiek. Wzięła klucz i rozklekotaną windą zjechała na pierwsze piętro. Zapytała siedzącą w recepcji drobną, młodą kobietę o kierownika.

– Pan Cabanis jest właścicielem baru i hotelu. Znajdzie go pani na dole. – Była ubrana na czarno i miała nie więcej niż dziewiętnaście lat, więc Jasmine domyśliła się, że musiała być krewną pana Cabanisa, najpewniej córką.

Podziękowała i zeszła na po schodach na parter. Żylasty, energiczny brunet porządkował przy barze szklanki i kieliszki.

– Szukam pana Cabanisa.

Spojrzał na nią uważnie, ale jego ręce nadal ustawiały szkło miękkimi, dobrze wyćwiczonymi ruchami.

– Czym mogę służyć? – Przypominał jej Popeye’a, słynnego komiksowego marynarza, a to z powodu muskularnych, pokrytych tatuażami ramion.

– Mam u was pokój. Przed wyjazdem z domu specjalnie dzwoniłam, żeby upewnić się, czy jest tu internet, ale w pokoju nie ma dostępu do sieci.

– Nie mamy jeszcze internetu w pokojach. – Co chwila zerkał na telewizor przymocowany w rogu do sufitu. Nadawano właśnie wiadomości i Jasmine odniosła wrażenie, że nie jest zadowolony z zakłócania mu porannego rytuału. – Niedawno otworzyliśmy hotel i nie wszystko jest jeszcze gotowe. Kiedyś w tym domu były mieszkania.

Jakoś to jej nie zdziwiło.

– To jak mogę mieć połączenie z internetem? Da mi pan inny pokój?

W telewizorze pojawiły się fragmenty ostatniego meczu Hornetsów.

– Wszystkie wykończone pokoje są już zajęte. Ale może pani korzystać z internetu w holu.

– Przez telefon powiedziano mi coś innego.

Wreszcie poświęcił jej całą swoją uwagę.

– Ktoś pani powiedział, że w pokojach jest internet?

Zapytała, czy mają internet, a osoba po drugiej stronie odpowiedziała, że tak. Nie skłamała, ale byłoby lepiej, gdyby wyraziła się bardziej precyzyjnie.

– Nie do końca. Mogę skorzystać z internetu w holu?

– Jasne. Linia jest naprzeciwko recepcji. Musi się pani tylko podłączyć.

Nie bardzo wiedziała, jak zdoła skupić się w rozgardiaszu, którego była świadkiem poprzedniego wieczoru, w ogóle w tym hałasie wypełniającym cały budynek, więc postanowiła, że będzie pracować rano.

– Dziękuję. – Ruszyła do drzwi, zatrzymała się jednak. – Codziennie ogląda pan wiadomości?

– Raczej tak. – Zapełnił już pierwszy stojak na kieliszki i był w połowie drugiego.

– Nie słyszał pan może ostatnio o porwaniach małych dziewczynek?

– A dlaczego pani pyta? – spytał zaintrygowany.

– Dawno temu ktoś porwał moją siostrę. Przypuszczam, że sprawca przeniósł się tutaj i nadal działa.

Zacisnął usta z zastanowieniem. O większości porwań nie mówiono w dzienniku, bo sprawy rozwiązywano przed upływem 24 godzin. Zdarzało się jednak, że poszukiwania trwały dłużej albo dziecko odnajdywano martwe.

– Jakoś nic sobie nie przypominam – powiedział wreszcie. – W każdym razie nic po tej wrzawie z powodu małej Fornier, ale to było... zaraz... jakieś cztery lata temu. Na pewno przed huraganem.

– Małej Fornier?

– Nie słyszała pani o tym?

– Jestem z Kalifornii. Nawet jeśli coś było w krajowych wiadomościach, to nie pamiętam.

– Porwał ją taki zboczeniec, Moreau, kiedy jeździła na rowerze. Miała dziesięć lat.

Według danych Departamentu Sprawiedliwości co roku 354 100 dzieci jest porywanych przez członka rodziny. Notuje się też 114 600 prób porwań przez osoby obce albo niespokrewnione, z czego od 3200 do 4600 skutecznych. Jasmine potrafiła przywołać te dane niemal przez sen. Ofiary porwań były na ogół przeciętnymi, prowadzącymi normalne życie dziećmi. 76 procent z nich stanowiły dziewczynki średnio w wieku jedenastu lat. W 8 procentach przypadków do pierwszego kontaktu z porywaczem dochodziło w promieniu pół kilometra od domu ofiary, a w większości sytuacji – blisko 60 procent – sprawca wykorzystywał nadarzającą się okazję. Jasmine wiedziała jednak, że każdy, kto szuka takiej okazji, w końcu ją znajdzie.

– Czy ją odnaleziono?

– Dopiero po tym, gdy ten Moreau ją zabił.

Połowa dzieci porywanych przez obce osoby zostaje zamordowana, z czego większość – 74 procent – w ciągu trzech godzin. Szanse na ich uratowanie maleją, gdyż większość rodziców i opiekunów zawiadamia policję po upływie dwóch godzin.

– To straszne.

Skrzywił się.

– Pewnie wolałaby pani nie wiedzieć, co on jej zrobił.

To prawda, wolałaby nie wiedzieć, choć i tak się domyślała.

– Większość porwań dzieci ma podłoże seksualne.

– Tak, ale to nie wszystko. – Cabanis wyprostował się. – Gdyby nie ojciec Adele, Moreau pewnie nadal by krzywdził dzieci.

Adele. Przez to imię sprawa stała się dla niej zbyt osobista. Odsunęła je, nie chcąc wiązać się emocjonalnie z ofiarą, i skupiła się na bardziej pozytywnym aspekcie tej historii. Czyli na sukcesie ojca. Przynajmniej w tym konkretnym przypadku jego działania miały jakiś sens.

– Co zrobił ojciec tej dziewczynki?

– Pomógł go złapać. Moja córka miała wtedy 14 lat, więc uważnie śledziłem całą sprawę.

– Czyli Moreau został skazany?

– Nie. Wypuścili go z powodów formalnych. – Znów się skrzywił. – Paskudna sprawa.

Nawet gdyby Jasmine odnalazła człowieka, który przysłał jej bransoletkę, musiałaby stawić czoło wielu innym wyzwaniom. Jeżeli oskarżenie nie będzie miało solidnych dowodów, jeżeli prokurator popełni najmniejszy błąd, porywacz Kimberly pozostanie na wolności.

– Jakich kwestii formalnych?

– Policjant, który zbierał dowody, coś spieprzył.

– A dokładnie?

– Zapomniałem. Sprawa znalazła się w sądzie. Wydawało się, że to pewniak, ale potem wszystko się posypało.

– To gdzie jest ten Moreau, jeśli nie poszedł do więzienia?

Cabanis wyprostował się, jakby wreszcie w jego opowieści pojawił się optymistyczny, podtrzymujący na duchu akcent.

– Fornier go zastrzelił.

Jasmine osłupiała.

– Pan żartuje. Moreau nie żyje?

– Zimny trup. Jak tylko wyszedł z sądu... pif-paf! – Ułożył dłoń w kształt pistoletu i pociągnął za spust.

Potrzebowała paru chwil, by to ogarnąć, ale zaraz kolejne pytania zaczęły jej się cisnąć do głowy.

– Fornier poszedł do więzienia?

Cabanis oparł się łokciami o blat, zapominając o pracy.

– Jasne. Nawet się nie opierał. Upuścił pistolet na ziemię i pozwolił się aresztować. Widziałem w telewizji. Wszystko sfilmowali.

– Dostał duży wyrok?

– Ze względu na okoliczności sędzia maksymalnie obniżył karę. Dwa lata, a Fornier siedział jakieś półtora roku. Dwa lata temu pokazywali, jak wychodził.

Czy jej ojciec strzeliłby do porywacza Kimberly, gdyby miał taką szansę? To było prawie pewne. A potem postawiła siebie w sytuacji Forniera.

Wzięłaby prawo w swoje ręce? Domagała się sprawiedliwości za wszelką cenę? Kim by się stała, gdyby zdobyła się na taki postępek? Nie była zwolenniczką samosądów, ale gdyby była pewna, tak samo jak Fornier, że ma przed sobą człowieka, który brutalnie zamordował jej siostrę, i że ten człowiek uniknie kary...

– Fornier to nie jest taki zwykły gość – mówił dalej Cabanis. – Był w siłach specjalnych.

– Żałował, że wtedy strzelił? – zapytała siebie w zadumie, prawie zapominając o Cabanisie.

– Wątpię. Po wyjściu z więzienia stał się jeszcze większym twardzielem. Zaraz po porwaniu zwracał się do wszystkich o pomoc, ale na wolności już nic nie chciał mówić. W dzienniku widziałem, jak odwraca się od kamery, jednak jakiś dziennikarz zdołała go przycisnąć, kiedy wsiadał do samochodu. Powiedział wtedy: „Zrobiłbym to jeszcze raz”.

Jasmine poczuła ciarki na skórze.

– Wie pan może, jak Fornier wytropił Moreau?

– Nie, nie znam takich szczegółów.

– Dzięki. – Uśmiechnęła się, jakby ta historia była jedną z wielu ciekawych opowieści przeznaczonych dla przypadkowych słuchaczy. Głęboko ją jednak poruszyła. Kiedyś bała się, że jej ojciec pójdzie podobną ścieżką. Teraz sama czuła pragnienie zemsty.

„Powstrzymaj mnie”. Jak daleko mogłaby się posunąć, żeby to zrobić?