Powrót bogini. Część 2 - P.C. Cast

Powrót bogini. Część 2

0,0

  • Autor:

  • Wydawnictwo:

    Mira

  • ISBN:978-83-238-9490-2
  • Format:MOBI + EPUB
Shannon z trudem odnajduje się w realnym świecie. Jest przerażona odkryciem, że tu jej miejsce zajęła Rhiannon, prawdziwe wcielenie bogini Epony. Okrutna Rhiannon z rozmysłem krzywdzi bliskich Shannon. Jest potężna, bo przyzywa na pomoc siły ciemności. Nie odczuwa wyrzutów sumienia, a czynienie zła sprawia jej przyjemność. Shannon marzy o powrocie do mitycznego Partholonu, do kochanego męża i ludzi, którzy jej zaufali. Jednak najpierw musi stanąć do walki z Rhiannon i jej sojusznikami, by uratować ten świat przed zagładą…

Dodaj komentarz


Historie fantastyczne (fantasy i sci-fi) mogą wciągnąć w swój świat niejednego czytelnika. Niestety niektórzy autorzy tak chcą zainteresować odbiorcę swoja wizją, że często popadają w manierę mnożenia wątków i postaci. Wprawdzie autorka raczej unika takich „zabiegów”, ale za to niepotrzebnie dodaje kolejne magiczne tematy. Oprócz wampirów i mitologii mamy tutaj wierzenia indiańskie. Takie pomieszanie z poplątaniem nie ma dobrego wpływu na fabułę. Powiedzenie „co za dużo, to niezdrowo” ma tutaj swoje zastosowanie.


Książka trzyma poziom poprzedniczki. Czytelnik nie uświadczy tu ani ciekawej fabuły, ani zaskoczenia, ani interesujących postaci. Zawarte na stronach wydarzenia zupełnie nie przykuwają uwagi, są nudne i monotonne. Jest to dzieło, które śmiało można sobie darować i nic wielkiego się nie straci. Nie polecam nikomu „Powrotu bogini”, można się jedynie mocno rozczarować i zmarnować czas. Lepiej sięgnąć po coś innego.


Cześć druga „Powrotu bogini” stoi na takim samym, niskim poziomie, jak jej poprzedniczka. Nudno, nieciekawie, nużąco. Akcja praktycznie stoi w miejscu, nic się nie dzieje. Perypetie bohaterów bardziej śmieszą niż wciągają. To pozycja jedynie dla zagorzałych fanów tego uniwersum bądź autorki. Pozostali czytelnicy spokojnie mogą sobie tę pozycję darować. Nic nie stracicie, a tylko zyskacie. Nie polecam, szkoda czasu i oczu.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

W kręgu mocy Partholonu

P.C.Cast

Powrót bogini cz. 2

KSIĘGA TRZECIA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Patrzyłam na martwą, zmasakrowaną przyjaciółkę, gotując się z bólu i rozpaczy.

Epono, dlaczego do tego dopuściłaś?!

Boże, który władasz w Oklahomie, dlaczego na to pozwoliłeś?!

To były dwie pierwsze myśli, które zrodziły się w mojej głowie. A zrodziły się z bólu, z rozpaczy… Z gniewu. Tak się dzieje, gdy umiera ktoś nam bliski i kochany. Jak mogło do tego dojść?! To niesprawiedliwe! Tego nie da się zrozumieć! I obwiniamy siły wyższe…

Suzanna nie żyje! – coś krzyczało we mnie, gdy nagle…

Gdy nagle wśród tego koszmaru rozległ się złowrogi i bulgoczący śmiech, zanikający wraz z ciemną plamą uciekającą w mrok nocy.

A ja patrzyłam.

– Boże, ile krwi… – wyszeptały zdrętwiałe z przerażenia wargi, a zaraz potem wydały rozpaczliwy krzyk: – Suzanna!

Mężczyzna, który klęczał przy Suzannie, poderwał głowę. Był to Gene. Twarz miał szarą jak popiół, usta sine i zaciśnięte w wąską kreskę.

– To ty ją zabiłaś – wysyczał.

Prawie jednocześnie rozległ się stanowczy głos Clinta:

– Idziemy!

Równie stanowcza silna ręka objęła mnie przez ramię.

– Ale… przecież nie mogę jej tak zostawić – wykrztusiłam przez łzy.

– Jej nie można już pomóc, Shannon. Ona nie żyje.

Nie żyje. Wiedziałam o tym już od paru chwil, a jednak te dwa słowa były jak cios o niebywałej sile.

– Cofnąć się! Cofnąć!

Do policjanta dołączyło kilku mundurowych. Starali się zaprowadzić porządek. Ale przez krąg ludzi zgromadzony wokół Suzanny przedarł się jeszcze jakiś mężczyzna i zawołał z bezbrzeżną rozpaczą:

– Boże przenajświętszy!

Był to kierowca chevroleta impali.

Jeden z policjantów odciągnął go od nieruchomego ciała, nakazując przy tym:

– Proszę pana, proszę się tam nie zbliżać!

– Ale ja… ja… – mówił rozszlochany kierowca – przysięgam… samochód nie chciał się zatrzymać! Naciskałem na hamulec i nic! Nic! Przysięgam!

– Shannon, idziemy – powtórzył Clint bardzo zdecydowanie.

Czułam, że zaczynam już odpływać, co oznaczało początkowe stadium szoku, dlatego bez oporu dałam się poprowadzić, a za sobą słyszałam rozpaczliwe, pełne nienawiści krzyki Gene’a:

– To ona! To przez nią! Ona to zrobiła!

Spojrzałam przez ramię. Zaplamiony krwią Gene krzyczał histerycznie, wskazując mnie ręką:

– To przez nią! Morderczyni!

– Proszę pana! – Ten sam policjant, który przed chwilą przekazał swemu koledze zszokowanego kierowcę chevroleta, położył Gene’owi rękę na ramieniu, próbując go uspokoić. – Proszę pana, wszystko widziałem. Byłem dosłownie dwa metry od niej. To był wypadek. Nikt…

Co mówił dalej, nie usłyszałam, ponieważ Clint, trzymając mnie mocno, konsekwentnie parł do przodu, coraz bardziej oddalając się od miejsca wypadku.

– Nie zatrzymuj się – mówił cicho, prosto do mego ucha. – Oddychaj głęboko i idź przed siebie. Tak dobrze, moja mała Shannon, bardzo dobrze.

Dotarliśmy do hummera. Clint wsadził mnie do środka, zapiął mi pasy. Wtedy dopiero zauważyłam, że wokół Clinta jest szafirowo i połyskliwie, czyli pokazała się jego aura.

Ruszyliśmy. Hummer tak jak przedtem sunął pewnie po śniegu przykrytym śliską skorupą lodu. Clint włączył ogrzewanie na maksa i również jak przedtem, trzymając kierownicę jedną ręką, zdjął szybko kurtkę.

– Shannon, włóż to.

A ja spojrzałam na siebie – jakby z boku, byłam przecież w tym stadium rozłączenia się na dwie postaci. Dotarło do mnie, że po policzkach płyną strumienie łez i cała dygoczę.

– Ale… ale dlaczego… nie zostaliśmy tam? – wybełkotałam, szczękając zębami. – Mo… może jestem potrzebna Suz…

– Shannon, ona nikogo z nas już nie potrzebuje – odparł Clint, odrywając na sekundę wzrok od oblodzonej jezdni, żeby spojrzeć na mnie. – Ale to cholerne coś nadal tam było, rozumiesz? Mogło znów zaatakować. A tam nie rosły drzewa, z których moglibyśmy zaczerpnąć siły, i znów ktoś mógłby zginąć.

– Tak… – Tylko tyle zdołałam odpowiedzieć. Byłam prawie nieprzytomna, słowa Clinta niemal do mnie nie docierały. Za to coś widziałam bardzo dokładnie. – Wiesz, że znowu jesteś niebieski?

– Niebieski? – Spojrzał na mnie, jakbym oszalała.

– Clint, twoja aura jest niebieska, a na brzegach złocista. Zwykle jej nie widać, ale ją zobaczyłam, kiedy wsiedliśmy do samochodu.

Był zaskoczony, zaraz jednak swoim zwyczajem zaczął analizować informację i wyciągać logiczne wnioski:

– Wyczułem, że coś złego do nas się zbliża, dlatego moja aura od razu zareagowała. Była gotowa do obrony, ale to nie my byliśmy celem ataku Nuady. Wiadomo przecież, że to on.

– Przedtem zniszczę wszystkich, których kochasz. Wszystkich na tym świecie i na tamtym… – wyszeptałam, czując, że wargi mam jak z drewna. – Och, Clint! Ten drań wybrał Suzannę, bo jakimś cudem się dowiedział, że to jedna z osób, które kocham! Teraz wiadomo już na sto procent, że jest zagrożeniem nie tylko dla taty. Będzie polował na każdego, kogo kocham… – Rozdygotanym palcem wskazałam kierunek. – Teraz w prawo. To ulica Kenosha. – Kiedy skręcaliśmy, zdążyłam jeszcze zauważyć charakterystyczne światła ambulansu, który wjeżdżał na parking przy Wal-Marcie. – Clint, jesteś pewien, że ona… nie żyje?

– Shannon, wiesz przecież, że tak jest – powiedział cicho i na ułamek sekundy oderwał rękę od drążka, by pogłaskać mnie po kolanie. – Nikt nie przeżyje takiego urazu głowy.

Wiedziałam, oczywiście że wiedziałam… Boże wielki! Przecież to moja wina. Tylko moja… Zadrżałam i szczelniej owinęłam się kurtką. Czułam, że żołądek podchodzi mi do gardła. Było mi okropnie niedobrze. Oparłam się czołem o zimną szybę, zamknęłam oczy i starałam się całkowicie skoncentrować na zmuszeniu siebie do powstrzymania się od tego cholernego rzygania. Skupić się tylko na tym, bo nie powinnam rozmyślać o Suzannie, bo z tej rozpaczy zaraz umrę.

A przecież wiadomo, że i tak cały czas myślałam o mojej Suz… Wspomnienia, wspomnienia… O tym, jak gadałyśmy godzinami, tracąc poczucie czasu. Jak Suzanna znakomicie wyczuwała moje nastroje. Wystarczyło, że usłyszała mój głos w telefonie i już wiedziała, czy jestem smutna, czy skaczę z radości…

A wszystko zaczęło się od tego, że kiedyś, ileś lat temu, jej najstarsza córka, jedna z moich ulubionych uczennic, zadecydowała:

– Pani powinna zaprzyjaźnić się z moją mamą. Koniecznie.

I przystąpiła do działania. Postarała się, żebyśmy się poznały, od razu z Suzanną przypadłyśmy sobie do gustu i zgodnie z tym, co zaplanowało dziecko, zostałyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Stało się to bardzo szybko i byłyśmy tym zachwycone.

A teraz Suzanna odeszła. Na zawsze. Trzy śliczne dziewczynki straciły matkę. Przeze mnie. Przeze mnie. Przeze mnie…

Szlochałam.

– Shannon, przestań. Nie płacz, bo znowu zrobi ci się niedobrze!

Miałam ochotę wyprostować się i rzucić mu prosto w twarz, że nie ma najmniejszego prawa wydawać mi rozkazów, jednak na tego typu reakcje brakło sił. Byłam tylko w stanie trwać skulona, z czołem przyklejonym do zimnej szyby.

– Shannon, powiedz, jak tam dojechać, słyszysz? Do domu twojego ojca!

Zadziałało. Poderwałam głowę, jednocześnie ocierając łzy brzegiem kurtki.

– O nie! – zaprotestował. Szybko wyjął ze schowka kilka chusteczek i rzucił we mnie. – Wolałbym, żebyś nie wycierała nosa w moją kurtkę!

A idź w cholerę… Właśnie straciłam najlepszą przyjaciółkę, a dla ciebie głupia kurtka najważniejsza!

Wydmuchałam głośno nos, wyprostowałam się i spojrzałam w lewo, w prawo, starając się za wszelką cenę jakoś wziąć w garść. Dotarliśmy na obrzeża miasta, ulice były kompletnie opustoszałe. Trochę zaskoczyło mnie, że białe płatki wirują nadal w świetle ulicznych latarni. Zwykle podczas zamieci pierwszy wysiada prąd.

Kiedy wjeżdżaliśmy po łagodnym zboczu, po prawej stronie pojawił się biały płot, za nim bardzo starannie utrzymane krzewy otaczające kwintesencję klasycznej elegancji, czyli Forest Ridge Country Club, oferujący gościom wspaniałe pole golfowe i równie wspaniałą restaurację.

– Jedź cały czas przed siebie – powiedziałam słabiutkim głosikiem przerywanym czkawką. – Kiedy czteropasmówka przejdzie w dwupasmówkę, skręć w prawo, w Oak Grove Road.

– Lepiej powiesz mi, kiedy trzeba będzie skręcić. Przy tej pogodzie nie wiem, czy zauważę, kiedy droga zacznie się zwężać.

– Dobrze, powiem.

Pokiwałam głową, przetarłam oczy i wbiłam spojrzenie w krajobraz przykryty białym puchem. Jechaliśmy już przez tereny wiejskie. Domów było coraz mniej, coraz bardziej były oddalone od siebie.

– Zwolnij, Clint! Już prawie dojeżdżamy. Widzisz ten niski betonowy budynek? Za nim w prawo! – Gdy hummer pokonywał zakręt, latarnie uliczne zamrugały i zgasły. Tak samo zgasło światło w domach na ranczach po obu stronach drogi. – O matko! – Znów trzęsłam się jak galareta. Znów? Zabawne, przecież wcale nie zauważyłam, kiedy przestałam! – Clint! Czy to… Nuada?

– Moim zdaniem nie. Shannon, oddychaj głęboko i skup się. Sprawdź, czy wyczuwasz jego obecność.

Nie, wcale się nie wściekałam, że tak mną komenderuje. Przeciwnie. Karnie zamknęłam oczy i oddychając głęboko, skupiłam się maksymalnie. Czy wyczuwam zło, które zawsze oznaczało obecność Nuady?

– Nie, nie wyczuwam go – odparłam z ulgą.

– Czyli to ta zamieć. Dlatego wysiadł prąd. Dziwne, że dopiero teraz.

Clint wyraźnie był spięty, co było zrozumiałe, przecież w paskudną pogodę jechał nieznaną trasą. Ale chyba nie tylko o to chodziło. Siedział dziwnie wykręcony, ramiona przechylił w bok, jakby bolały go plecy. Wtedy uświadomiłam sobie, że przecież siedzi za kierownicą od prawie ośmiu godzin i musi być wykończony.

– Już niedaleko, Clint. Jeszcze tylko przez to wzniesienie. Przedtem jest znak stopu, trzeba się zatrzymać.

Nie zatrzymał się, tylko rzucił żartobliwie:

– Raczej pusto na tej drodze.

– Jasne. Pusto. Clint, teraz patrz w prawo. Widzisz ten rząd jałowców?

– Tak, widzę.

Zwolnił, właściwie prawie się zatrzymał.

– Widzisz przerwę w tych jałowcach? To wjazd w drogę boczną. Skręcaj. – Wjechaliśmy tam, a nieoceniony hummer bez żadnego wysiłku pruł przez zaspy jak czołg. – Teraz, Clint, w górę, na to wzgórze. Jedziemy wzdłuż tych drzew. Tata mieszka na prawo. – Wskazałam wąską drogę między rozległymi pastwiskami na szczycie wzniesienia. – Chwała Bogu, brama otwarta.

Warunki jazdy stały się lepsze. Widać było, że tata, jak zwykle zresztą, dba o przydomową drogę, odgarnia śnieg, by była przejezdna przynajmniej przez kilka godzin w ciągu dnia. Uśmiechnęłam się, kiedy wyobraziłam sobie, jak to odgarnianie wygląda. Pan Parker, wystrojony w starą znoszoną parkę i czapkę uszatkę (z tymi dziwacznymi klapkami na uszy, takie czapki noszą myśliwi), mamrocząc coś gniewnie pod nosem, walczy z równiarką, starając się przymocować ją do starego ciągnika firmy John Deere.

We wszystkich okolicznych domach w oknach było czarno, a u taty nad drzwiami od frontu paliło się światło.

Clint oczywiście spojrzał na mnie pytająco, więc wyjaśniłam:

– Tata wykorzystuje energię słoneczną. – Już w połowie lat siedemdziesiątych zainstalował baterie słoneczne. Wtedy nie było to popularne i chyba nikt nie był bardziej zdziwiony niż on, że okazało się to znakomitą inwestycją. Naprawdę! Bo tak było! Zawsze z wielkim rozrzewnieniem wspominam tę energetyczną akcję taty. – Clint, która godzina?

– Parę minut po ósmej.

– Dzięki. Zaparkuj za tymi pikapami.

Rodzice jak zwykle nie wstawili aut do garażu, który służył im za magazynek. Wrzucali tam wszystkie narzędzia, różne części, w ogóle wszystko, jak za przeproszeniem do jakiegoś szamba.

Natomiast mój mały mustang absolutnie był „samochodem domowym”. Mieszkał w czyściutkim garażu, a jeśli chciał wybrać się dokądś wieczorem, to tylko pod opieką dorosłych!

Clint, zgodnie z moją instrukcją, zaparkował za pikapami.

– Poczekaj tu, Shannon. – Wysiadł z hummera.

Trudno było nie zauważyć, zrobił to z wielkim trudem. Musiał cały zesztywnieć. A kiedy wysiadł, przyłożył ręce do krzyża i przez dłuższą chwilę prostował się i rozciągał.

– Bolą cię plecy? – spytałam, kiedy otworzył drzwi po mojej stronie.

– Nieważne. – Lekceważąco machnął ręką. – Nie po raz pierwszy.

Chciałam zapytać, jak często to się zdarza, ale wyraźnie zniecierpliwiony znów machnął ręką, dając do zrozumienia, żebym wreszcie ruszyła się z miejsca.

Kiedy wysiadałam, znów zaczęłam się trząść. Clint wziął mnie za rękę i brnąc przez śnieg, dotarliśmy do frontowych drzwi. Zatrzymaliśmy się w kręgu światła lampy umieszczonej nad drzwiami i przez chwilę nie działo się nic. Normalnie od razu pchnęłabym te drzwi i weszła do środka, wykrzykując radośnie:

– Tato! Hej, hej! To ja!

Teraz jednak poczułam się bardzo niepewnie. Jak mnie przyjmą? Przecież może się okazać, że ta kretynka Rhiannon pożarła się też z moimi rodzicami i w ogóle nie będą chcieli ze mną gadać!

Poza tym… O matko, jak ja wyglądam! Masakra. Przecież dalej byłam w tych rozciągniętych gaciach, brudna i potargana.

– Shannon, co z tobą? – spytał miękko Clint, odgarniając mi z twarzy rozszalały lok. – Coś nie tak?

– Sama nie wiem…

Nie dokończyłam, ponieważ przez szybę w drzwiach zewnętrznych zobaczyłam, że ktoś otwiera drugie, masywne drzwi wewnętrzne i pojawia się w nich nadzwyczaj dobrze mi znana rosła postać.

– Shannon? To ty?

– Tak, tato! Jestem ze znajomym. Możemy wejść?

Normalnie jak dziewczynka! Miałam wrażenie, że mój głosik brzmi tak, jakbym znowu miała sześć lat.

– Już, już! – Tata szybko otworzył zewnętrzne drzwi. – Wchodźcie, wchodźcie! Ale paskudnie! Takiej zamieci nie pamiętam. Mam wrażenie, jakbym wrócił do Illinois.

Weszliśmy do małego przedpokoju. Było tu mroczno, ponieważ duża lampa naftowa na stoliczku przy drzwiach paliła się ledwie, ledwie. Tata jednak szybko pokombinował przy knocie i nagle płomyczek zmienił się w złocisty płomień, który oświetlił wszystko i wszystkich. Wtedy zobaczyłam, że tata ma na sobie wysłużony dres, na bluzie widnieje dumne logo Uniwersytetu Illinois, pomarańczowe na granatowym tle. (Raz na Illini, zawsze na Illini!). Obuty jest wyłącznie w grube, rozciągnięte na palcach skarpety, wyglądające trochę jak płetwy. Na nosie okulary do czytania, włosy w nieładzie. Podsumowując, tata wyglądał cudnie, jak prawdziwy tata roztaczający wokół siebie atmosferę bezpieczeństwa i solidności. Bardzo chciałam rzucić mu się w ramiona, skulić i rozryczeć jak dzieciak.

Czego oczywiście nie zrobiłam. Stałam, szurając nerwowo nogami i zastanawiając się gorączkowo, co by tu powiedzieć.

– Tato, dlaczego psy nie szczekały?

Tata hodował psy, i to niemałe. Były to mieszańce wilczarza irlandzkiego z greyhoundem, ale nie biegały w wyścigach, bo tata hodował je z zamiłowania, poza tym dzięki tym pupilom populacja kojotów na jego ziemi zredukowana została do niezbędnego minimum. Zawsze więc miał kilka sztuk tych lśniących, różnobarwnych czworonogów, które zachłannie witały każdego bez wyjątku gościa. (Uwaga! Ich ogony są jak bicze. Zaleca się jak największą ostrożność!).

– Za zimno dla nich na dworze. Jest przecież okropnie. Zamknąłem je w szopie, siedzą razem z końmi. Włączyłem lampy grzewcze i wstawiłem im wielką michę z żarciem… – Tata zaśmiał się. – Słodziaki na pewno myślą, że już zakończyły żywot i są w psim raju.

– Na pewno! Tata, wiesz, jak się za tobą stęskniłam? – Wspięłam się na palce i bardzo mocno objęłam mego bardzo dużego ojca.

– Ja też. – Cmoknął mnie w policzek. – Witaj w domu, mała!

Uśmiechnęłam się do niego przez łzy, których sprawcą była przeogromna ulga, i szybko złożyłam w duchu krótkie, lecz z głębi serca płynące podziękowania Bogini. Za to, że Rhiannon, choć strasznie już namieszała w tym świecie, nie dała jednak rady zepsuć moich relacji z ojcem.

Który spojrzał z ciekawością na Clinta, ten zaś natychmiast wyciągnął rękę.

– Witam pana, panie Parker. Miło mi pana poznać. Jestem…

– Clint Freeman, bliski znajomy Shannon – dokończyłam z uśmiechem, a tak naprawdę zła na siebie, że zapomniałam o dobrym wychowaniu i nie przedstawiłam Clinta od razu. – Clint, to mój tata, Richard Parker.

Panowie uścisnęli sobie dłonie, po czym tata, uśmiechając się miło, wskazał otwarte drzwi do pokoju dziennego.

– Zapraszam. Clint, czuj się jak u siebie w domu. Shannon, może zrobisz coś do picia dla Clinta i dla siebie? Wiesz przecież, gdzie co jest.

Weszliśmy za tatą do pokoju dziennego z aneksem kuchennym, oddzielonym od pokoju szafkami i wydzielonym miejscem na grilla. Tata wskazał Clintowi sofę, sam rozsiadł się w swoim ulubionym fotelu obok stolika zawalonego książkami i czasopismami poświęconymi hodowli koni.

Ja, zgodnie z instrukcją, wycofałam się do części kuchennej.

– Clint, czego się napijesz? – zawołałam, szukając kubków. – Kawa? Herbata? Może coś mocniejszego?

– Jeśli można, napiłbym się kawy.

– Kawę właśnie zrobiłem – wtrącił tata. – Mam nadzieję, że lubisz mocną.

– Owszem – przyznał Clint z uśmiechem. – Bardzo mocną.

– Taką właśnie zrobiłem – oświadczył tata z satysfakcją i spojrzał w stronę kuchni. – Hej, Bugs! W tej szafce co zwykle nadal stoi single malt, której nie chcesz tknąć od sześciu miesięcy! Gdybyś jednak była skłonna, bardzo proszę!

Bugs! Królik Bugs! Tata zawsze tak mnie nazywał pieszczotliwie. Jak cudnie, że i to się nie zmieniło! Wzruszyłam się. Łzy napłynęły mi do oczu, w rezultacie z nalaniem kawy dla Clinta miałam pewien problem. Po krótkiej chwili udało mi się jednak wziąć w garść i byłam w stanie na chłodno zastanowić się nad tym, co powiedział tato. I po prostu się wkurzyć.

Wiadomo, że chodziło o whisky. Ja, czego wcale nie ukrywam, jestem wielką fanką single malt. Pierwszy łyk tego boskiego trunku przełknęłam jakieś dziesięć lat temu podczas pierwszej wyprawy do Szkocji. Rhiannon natomiast, jak poinformowano mnie w Partholonie, nienawidziła whisky. Uważała ją za napój dla pospólstwa, gawiedzi czy jak tam. Z wypowiedzi taty wynikało, że oczywiście jego whisky pogardziła. Poza tym wynikało też niezbicie, że przyjeżdżała tutaj, do mojego ukochanego taty. W moje życie prywatne wlazła z kopytami i właśnie to wkurzało mnie maksymalnie.

Zagotowałam wodę. Zrobiłam sobie herbatę, do drugiego kubka nalałam kawy i wkroczyłam od pokoju dziennego.

– Tato, a może tobie coś zrobić?

– Nie, dzięki. Kończę kawę i baileysa. A wiesz, że to ciekawe… Zwykle nie piję kawy o tak późnej porze. Dziś jednak coś kazało mi to zrobić. Wzmocnić się kawą, żeby być czujnym. No i proszę! Bardzo słusznie, skoro mam tak miłych gości! – Uśmiechnął się, ja też i usiadłam na kanapie obok Clinta. Kiedy wyjmowałam z kubka torebkę z herbatą, tata spytał: – Nadal nie masz ochoty na szkocką? Szkoda. Miałem nadzieję, że wypiłaś już do dna te swoje drogie czerwone wina, które przywoziłaś tutaj, butelka, po butelce… – Jego głos zamierał, jakby tata doszedł do wniosku, że tak szczerze mówiąc, nie ma co wspominać.

– Ależ to nie tak, tato! – zaprotestowałam. – Nadal darzę whisky gorącą miłością, ale pomyślałam, że dziś, przy tej pogodzie, dobrze by było napić się gorącej herbaty. Tak z rozsądku.

I stawiać na herbatę przez następnych siedem miesięcy, dodałam w duchu, zabierając się do popijania obecnie preferowanego napoju. Tata i Clint też sięgnęli po kubki i na dłuższą chwilę zapadła cisza. Oczywiście zastanawiałam się, co tu powiedzieć, ale jakoś nic nie przychodziło mi do głowy. Więc milczałam i popijałam, w sumie bardzo zadowolona. Bo już sam fakt, że byłam z tatą w tak dobrze mi znanych czterech ścianach, dodawał mi otuchy. Czułam się o wiele silniejsza, a to było bezcenne po tych strasznych przeżyciach…

Nagle olśniło mnie.

– Chwileczkę! A gdzie jest Mama Parkerowa? – Pytałam o macochę.

Której, z czego nagle zdałam sobie sprawę, nie było. Choć powinna tu być i jak to ona, krzątać się wokół nas, uśmiechać, nalegać, byśmy koniecznie coś zjedli. Załamywać ręce nad moim brudnym mokrym ubraniem. Wydawać dyspozycje: „Koniecznie musisz się przebrać, zaraz coś dla ciebie znajdę”. Krótko mówiąc, robić to, co zwykle robi rodzona matka. Moja macocha taka właśnie była, dlatego zawsze czułam się kochana.

Dlatego teraz było mi po prostu wstyd, że dopiero teraz sobie o niej przypomniałam.

– Mama Parkerowa pojechała z wizytą do siostry, do Phoenix.

– Sama? Bez ciebie?!

Trudno było w to uwierzyć. To prawda, pobrali się przed wieloma laty, ale nadal wszystko robili razem. Było to rozczulające, choć czasami, wierzcie, trochę jednak niesmaczne.

– Wyjazd planowała już od kilku miesięcy. Miałem oczywiście jechać razem z nią, niestety jednemu z moich durnych roczniaków wydawało się, że przez ogrodzenie po prostu można przebiec, co miało swoje konsekwencje. Jedna z jego nóg bardzo na tym ucierpiała. W rezultacie z wyjazdu nici. Przez tego półgłówka musiałem zostać i bawię się w weterynarza.

Pokiwałam głową ze zrozumieniem, przyzwyczajona do tego rodzaju tekstów. Według taty ze świecą szukać stworzeń, które mają mniej szarych komórek niż konie wyścigowe, a jednocześnie kocha te głupki nad życie.

Zdawałam sobie sprawę, że powinnam powiedzieć ojcu, jaki jest powód tej nagłej wizyty, ale to odwlekałam. Wolałam pogadać o tym i o owym, po prostu o czymś normalnym, nawet jeśli miałoby okazać się iluzją i trwać tylko chwilę.

– Co nowego w szkole? – spytałam szczerze zaciekawiona, przecież zawód wzięłam po tacie. Zanim przerzucono mnie do innego wymiaru, bym wiodła życie Wielkiej Kapłanki, wiodłam życie całkiem inne i bardzo szczęśliwe jako nauczycielka angielskiego w szkole średniej w Broken Arrow. Tej samej szkole, której mój tata, po blisko trzydziestu latach nauczania i trenowania, stał się prawdziwą legendą.

Uwielbiałam uczyć, i to właśnie osobników w wieku nastu lat. Przecież właśnie dzięki nim każdego dnia otrzymujesz w prezencie potężną dawkę komizmu. Tylko w publicznej szkole średniej znajdziesz pracę, gdzie codziennie wychodzisz na scenę, mając przed sobą publiczność złożoną z ponad setki istot jeszcze nie do końca ludzkich. (Z moich belferskich obserwacji jasno wynika, że człowiek w tym wieku jest człowiekiem dopiero gdzieś tak w pięćdziesięciu procentach). Do tego dochodzą jeszcze inne przyjemności, chociażby fakt, że kilkakrotnie w ciągu roku podczas tak zwanego Tygodnia Duchów możesz przyjść do pracy przebrana, i to w kostiumy najprzeróżniejsze. Mamy przecież i Dzień Piżamowy, i Dzień Twojego Ulubionego Bohatera, i wiele innych. Im bardziej dziwacznie wyglądasz i tak samo się zachowujesz, tym bardziej jesteś odlotowa, odjazdowa czy jak tam.

I za to wszystko jeszcze ci płacą! (Ile? A… to już inna para kaloszy!).

Jeśli chodzi o nastolatków, to w tym temacie byliśmy z tatą wyjątkowo zgodni. Nastolatki należą do bardzo nielicznych stworzeń, które mają jeszcze mniej rozumu niż konie wyścigowe. Nic więc dziwnego, że kiedy tata wspomniał o czworonogim półgłówku, jakoś tak odruchowo od razu go spytałam, co tam w pracy.

– W szkole? – Roześmiał się. – No cóż… Nic nowego, czyli dzieciakom coraz bardziej pada na mózg. Aha, zatrudnili nowego zastępcę dyrektora. Długo szukali odpowiedniego kandydata i większego debila nie mogli znaleźć. Na niczym się nie zna, jedyne co potrafi, to przestawiać meble, przykręcać kaloryfer w pokoju nauczycielskim i czatować na korytarzu, żeby przyłapać któregoś z nauczycieli na zostawieniu uczniów bez opieki. Rozumiesz, kiedy nauczyciel chce się napić kawy. Beznadzieja. Podjęłaś dobrą decyzję, że to rzuciłaś.

Rzuciłam! Ożeż ty… Cudowny nastrój od razu prysł. Koniec z „milutko i cieplutko w dobrze znanym mi miejscu”. Zmroziło mnie, bo jakkolwiek by na to patrzeć, była to rewelacja i musiało mnie przytkać.

W rezultacie nie odzywałam się, tylko gapiłam na herbatę.

– Nie wyglądasz za dobrze, Bugs! – powiedział tata po chwili niby żartobliwie, ale wyczuwało się w nim niepokój. – Może… chciałabyś o czymś pogadać?

Spojrzałam mu w oczy. Przed tatą niewiele można było ukryć. Właściwie nic, dlatego nawet nie próbowałam. Nawet jako nastolatka mówiłam mu wszystko.

Teraz tata też doskonale wyczuł, że coś jest nie w porządku. Może czegoś się domyślał, coś już wiedział? Może zdarzył się cud? Rhiannon nie udało się ukryć przed nim swojej prawdziwej natury i tata zaczął podejrzewać, że jednak nie jest jego córką?

Cóż, i tak miałam mu o wszystkim opowiedzieć, nie było więc sensu dłużej zwlekać.

Wyprostowałam się, potem oczywiście odetchnęłam głęboko i nieodwołalnie nastał czas mojej przemowy:

– Nie wiem, od czego zacząć, tato. To wszystko jest bardzo skomplikowane…

– Akurat tym się nie przejmuj. Życie zawsze jest skomplikowane, innej opcji nie ma. Po prostu mów. Powiedz wszystko, zacznij od początku, a potem już z górki.

– Tato, przede wszystkim chcę powiedzieć, że przez ostatnich sześć miesięcy nie byłam sobą.

– Zgadza się! – Wyjątkowo energicznie pokiwał głową. – Byłaś bardzo niegrzeczna dla Mamy Parkerowej. Całe szczęście, że bardzo cię kocha. Cieszę się, że znów jesteś sobą i… – Urwał, ponieważ gwałtownie podniosłam rękę.

Był to oczywisty sygnał, że koniecznie chcę dorwać się do głosu. I tak też się stało:

– Tato! To nie jest tak, jak myślisz! Wcale nie chodzi o to, że nie byłam sobą, bo raptem zaczęłam zachowywać się inaczej. Chodzi o to, że to wcale nie byłam ja, rozumiesz?!

Milczał. To znaczy niewątpliwie chciał coś powiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle. Tylko poruszył wargami i patrzył na mnie wyjątkowo przenikliwie i uważnie. Dosłownie studiował każdy milimetr kwadratowy mojej twarz.

Odezwał się dopiero po dłuższej chwili:

– Może wyjaśnisz mi to, Shannon Faithful Christine?

Wymienił wszystkie imiona, dowód więc oczywisty, że tę sprawę traktuje bardzo poważnie.

– Pamiętasz, tato, że sześć miesięcy temu miałam wypadek?

– Jakże mógłbym zapomnieć! – Wzdrygnął się. – Paskudny wypadek samochodowy. Byłaś nieprzytomna przez kilka dni, a my omal nie umarliśmy ze strachu. Czułem, po prostu wiedziałem, że któregoś dnia ten cholerny mustang wytnie ci jakiś numer! Owinie się wokół czegoś na pełnym gazie! I stało się. Nie trzeba było długo czekać. – Potrząsnął bezradnie głową.

Wiedziałam doskonale, że od samego początku nie kochał mojego mustanga.

– Tato, to nie był normalny wypadek. Mój mustang wcale się nie owinął wokół czegoś tam! Wszystko zaczęło się od tego, że byłam na aukcji. Kupiłam starą wazę, właściwie urnę, wiesz, stawia się takie na grobach. Była ozdobiona malowidłem przedstawiającym Wielką Kapłankę, Wcielenie Bogini Epony.

– Epona? Tak, wiem. Bogini celtycka. Bogini Koń. – Pokiwał głową.

Był człowiekiem bardzo oczytanym, o czym świadczyły stosy książek zawalające pokój dzienny.

– Ta kapłanka, tato, jest mną, to znaczy, mówiąc dokładniej, jest moim lustrzanym odbiciem. – Zrobiłam krótką pauzę, żeby tata sobie przyswoił. – Lustrzanym odbiciem – powtórzyłam dobitnie – z innego świata, czyli z innego wymiaru. Świata, gdzie nie ma żadnych technologii, za to jest mitologia. Gdzie są ludzie, którzy są lustrzanymi odbiciami ludzi stąd.

– Żartujesz, Shannon, prawda?

– Wcale nie! – Spojrzałam na Clinta, który jak dotąd nie odezwał się ani słowem. – Powiedz coś! – ponagliłam go.

– Proszę pana, bardzo proszę, niech pan jej wysłucha… – Spokojny, opanowany głos Clinta dodawał otuchy… dopóki nie usłyszałam drugiej części wypowiedzi: – Shannon mówi prawdę i potrafi to udowodnić.

Udowodnić? Jak?! Wiadomo, że w tym momencie posłałam Clintowi spod przymrużonych powiek spojrzenie typu: „Do cholery, o czym ty właściwie mówisz?”. A on po prostu skinął głową, co najprawdopodobniej miało mi dodać odwagi i zachęcić do dalszego relacjonowania moich dziwnych losów.

Cóż było robić? Odchrząknęłam i z powrotem spojrzałam na tatę.

– Magiczna waza nie tylko spowodowała wypadek. Sprawiła, że zostałam przerzucona do innego świata, a na opuszczone przez mnie miejsce wskoczyło moje lustrzane odbicie, Wcielenie Bogini Epony. – Oczywiście, że tata zrobił wielkie oczy, ale nie przerywał, a ja dokończyłam jednym tchem: – Ta wredna suka, która tak namieszała w moim życiu i dała popalić mojej rodzinie oraz znajomym to nie ja, tato!

Milczał przez kilka sekund, przetrawiał, na koniec spytał:

– Córeczko… twierdzisz, że przez ostatnie miesiące fizycznie cię tu nie było? Na tym świecie?

– To prawda, tato, nie było mnie tu, w Oklahomie. – I doprecyzowałam uczenie: – W ogóle nie było mnie w tym wymiarze czasoprzestrzennym, tylko przebywałam w innym.

– Z tego wniosek, że ta kobieta, która zrezygnowała z pracy, wyszła za milionera, pochowała go i teraz rozbija się samolotami po całych Stanach… to nie ty?!

– Nie. To nie ja.

– Nie ty! Shannon… – Tata, który posępniał coraz bardziej, bezradnie pokręcił głową. – Czy zdajesz sobie sprawę, że brzmi to absolutnie nieprawdopodobnie?

– O matko! Oczywiście, że tak! – Oczywiście też, że doszłam do stanu, w którym chce się już tylko krzyczeć. Zdołałam się jednak jakoś opanować, dzięki czemu kontynuowałam w miarę normalnym głosem: – Tato! Przecież mnie samej, która to wszystko przeżywa, też wydaje się to nieprawdopodobne.

Zamknęłam oczy, potarłam skronie. Nie było ze mną dobrze, o nie. Cholerny żołądek już wywracał się na drugą stronę, w głowie łupało w tempie zsynchronizowanym z uderzeniami serca.

Tata absolutnie nie był w stanie mi uwierzyć.

Nagle poczułam na karku ciepłą dłoń. Clint, delikatnie ugniatając moje twarde jak kamień mięśnie, przemówił spokojnym głosem. Zresztą ważny był nie tylko ważny był ten spokój. Clint wniósł coś niesłychanie istotnego, mianowicie emanował rozsądkiem, co w tej zwariowanej sytuacji było po prostu bezcenne. Powiedział mianowicie:

– Panie Parker, jest już późno, a Shannon ma za sobą bardzo ciężki dzień. Może lepiej będzie, jak prześpimy się z tym wszystkim, a jutro rano rzecz całą wyjaśni się do końca.

– Faktycznie, Shannon, wyglądasz nieciekawie – zgodził się tata.

Otworzyłam oczy.

– Ona nie żyje, tato. Suzanna nie żyje!

– Kto? Suzanna?! Wielki Boże! Co się stało?!

Clint ponownie pośpieszył z interwencją:

– To tylko fragment długiej i skomplikowanej historii, panie Parker. Może na razie wystarczy panu informacja, że stało się to dziś wieczorem i Shannon była tego świadkiem.

Powiedział to bardzo zdecydowanie, a nawet ostro, jakby czuł się w obowiązku mnie chronić. Szczerze mówiąc, byłam trochę zaskoczona tą jego stanowczością. Tata niewątpliwie też, sądząc po spojrzeniu, którym poczęstował Clinta.

Powiedział jednak ugodowo:

– W porządku, synu, niech Shannon idzie spać. – Podszedł do kanapy, wziął mnie za rękę, a kiedy wstałam, przytulił mnie, pogłaskał po plecach. I pociągnął nosem. – Hej, Bugs! Ty po prostu…

– Wiem. Śmierdzę – przyznałam żałośnie.

Tata po raz kolejny bezradnie potrząsnął głową i nie puszczając mojej ręki, poprowadził mnie do holu, z którego wchodziło się do sypialni. Po drodze wziął z przedpokoju lampę naftową. Otworzył drzwi, wszedł pierwszy do środka i otworzył szufladę w szafce nocnej. Poszperał w niej, wyjął zapałki i pozapalał grube świeczki o zapachu wanilii stojące na komodzie. Potem odwrócił się do Clinta.

– To pokój Shannon. Ciebie zakwateruję w gabinecie, na leżance. Odpowiada?

– Tak, proszę pana – odparł Clint, wytrzymując jego wzrok.

Tata chrząknął i odwrócił się do mnie.

– Znajdziesz w komodzie swoje stare koszule nocne i tak dalej. Aha, chociaż wysiadł prąd, gorącej wody wystarczy na szybki prysznic. Koniecznie musisz się umyć. A jutro rano pogadamy.

Rozczulona wsunęłam się w ojcowskie ramiona i szepnęłam:

– Kocham cię, tato.

– Ja ciebie też, Bugs – powiedział tata, potem zrobił w tył zwrot i wypchnął Clinta za próg. – Idziemy, synu.

Drzwi zamknął bardzo starannie, wręcz demonstracyjnie. Cały tata. Zawsze był bardzo opiekuńczy. Uśmiechnęłam się rozczulona i zaczęłam przeszukiwać komodę. Faktycznie, coś mojego w niej było. Znalazłam dżinsy i bluzę, a także jedną z moich ulubionych nocnych koszul, tę ze Świętym Mikołajem w sytuacji bardzo intymnej. Siedzi na kominie i po prostu się załatwia. Plus napis: „I jak ci tu powiedzieć, że w tym roku wcale nie byłaś grzeczna?”. Tę koszulę dali mi w prezencie uczniowie.

– Och, nie! Cóż za wspaniały widok! Wreszcie będę mogła pozbyć się tych cholernych stringów.

Aż westchnęłam, wyjmując z szuflady majtki z Victoria’s Secret. Jedwabne, w kolorze lila i normalne, czyli zakrywające tyłek.

No i proszę. Kiedy jestem w stresie, byle drobiazg potrafi mnie uszczęśliwić. Zadziwiające, prawda?

Tata na szczęście się nie mylił, gorącej wody wystarczyło na prysznic. Wprawdzie niedługi, ale bardzo dokładny. Woda podziałała na mnie jak środek uspokajający, w rezultacie kiedy włożyłam koszulę i wyszłam z łazienki, oczy już mi się zamykały. Zdmuchnęłam świece i wsunęłam się pod kołdrę, którą moja babcia uszyła kilkadziesiąt lat temu. Okryłam się porządnie. Oddychałam głęboko. Słodki zapach wanilii mieszał się z zapachem kołdry, leciwej już, a jednocześnie czyściutkiej i świeżutkiej. Był to zapach nostalgiczny, przywołujący w zapadającej w sen pamięci wspomnienia z dzieciństwa. Było mi tak dobrze, czułam się bezpieczna… Nie minęła chwila, a spałam jak suseł.

Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że właśnie śpi, lecz ja należę do wyjątków. Jestem świadoma, że śpię, mało tego, jak już nieraz wspominałam, potrafię swoim snem manipulować. Teraz też byłam świadoma, że śpię, i to od wielu godzin. Nic mi się nie śni, po prostu jest to zdrowy głęboki sen, dzięki czemu wypoczywam znakomicie.

Do czasu, bo w pewnej chwili, kiedy byłam już w zdecydowanie lepszej formie, przemieściłam się jednak do Krainy Snów.

Znajdowałam się w pozycji półleżącej, rozparta na olbrzymich puchowych poduchach, bujających się wśród liliowych obłoków (mówiąc bardziej fachowo, cumulusów). Wokół mnie wylegiwało się kilka tłustych czarno-białych kotów, mruczących z zadowolenia. Ale towarzyszyły mi nie tylko koty. Jamie Fraser (ten z „Obcej” Diany Gabaldon) właśnie powiadomił mnie tym swoim cudownym, seksownym szkockim akcentem, że rzucił Claire, bo to ja jestem jego jedyną miłością. Hugh Jackman (w wersji z „Wolverine”) bardzo zdegustowany powyższą informacją oświadczył, że będzie walczył o moje uczucie. Stanie do pojedynku, ale później, bo teraz musi skończyć masaż stóp (moich oczywiście). A ja już otwierałam usta, by powiedzieć chłopakom, żeby byli grzeczni. Bo czy warto bić się o taką starą…

Wtedy wyssało mnie, jak już wiecie, zgodnie ze standardem. Dusza uleciała ze mnie, przeniknęła przez dach i zawisła nad ranczem moich rodziców. Unoszenie się pod zimowym niebem, z którego padał śnieg, było całkowicie nowym doświadczeniem. Miałam wrażenie, jakby białe kryształki śniegu były nie tylko wokół, ale i we mnie. A jeśli już o wnętrzu mowa, to w głowie zakręciło się, i to bardzo niepokojąco. Stąd wziął się mój krzyk rozpaczy rzucony gdzieś w noc, w przestrzeń:

– O nie! Znów mi niedobrze!

– Oddychaj głęboko, Umiłowana…

Bogini! Moja Bogini! Jej głos, który słyszałam w głowie, bo na pewno nie pochodził z zewnątrz, był zaskakująco dźwięczny i donośny.

– No nie… Mówisz całkiem jak Clint – stwierdziłam.

Bogini pominęła to milczeniem, a ja zaczęłam robić to, co kazała, to znaczy głęboko wdychałam mroźne powietrze. No i zawroty głowy przeszły prawie natychmiast, czym poczułam się bardzo usatysfakcjonowana. Bo i proszę. Wychodzi na to, że z duchowymi podróżami w Magicznym Śnie radzę sobie całkiem nieźle. Można nawet powiedzieć, że w tej sytuacji, jakże przecież niesamowitej, czuję się swobodnie!

Rozejrzałam się dookoła, zdumiona zmianami krajobrazu. Zupełnie jakbym patrzyła na pocztówkę ze stanu Kolorado fotografowanego zimą. Zielone pastwiska, dęby błotne, jałowce (jesteśmy przecież w Oklahomie!) znikły. Widziałam tylko biel, samą biel, puszystą i zachwycającą.

– Cudnie – szepnęłam.

Spojrzałam na szopę. Przez szpary w okiennicach sączyło się cieplutkie złociste światło, a cały dół obłożonego biało-czerwoną oblicówką budynku tonął w malowniczych zwałach śniegu.

Podejrzanie wysokich, dotarło nagle do mnie.

– Ale napadało. Chyba ponad metr – stwierdziłam na głos.

Tym razem Bogini zareagowała:

– I to nie jest normalne, Umiłowana.

– Wiem! – oświadczyłam wciąż na głos, przed siebie, a noc zapewne nadstawiała uszu. – W Oklahomie nigdy nie ma aż tyle śniegu.

– Teraz jest, Umiłowana, bo do tego świata przedostało się zło. Prawdziwe zło. Jest tu i czyni zło.

Słowa Bogini, co oczywiste, budziły lęk. Och, mało powiedziane. Budziły okropny kłujący strach, który przekładał się na jedno znienawidzone imię.

– Nuada! – zawołałam.

– Tak. Musisz go powstrzymać, Umiłowana.

– Ja?!

– Tak, ty. Tylko ty możesz to zrobić.

– Ale jak? Jak ja to zrobię tutaj, właśnie tutaj? W Partholonie było inaczej, tam byłam otoczona ludźmi, którzy rozumieli magię i bardzo mi pomagali. Ty mi pomagałaś!

– Za mało wierzysz w siebie, Umiłowana, za mało. A tutaj też ci pomogą. Ci sprzed wieków, szaman z tego świata…

Głos Bogini w mojej głowie zaczął cichnąć, a ja byłam coraz bardziej przerażona.

– Epono! Proszę! Nie odchodź! Powiedz, kto to jest? Ten szaman? I ci sprzed wieków?

– Pamiętaj… – Głos Bogini był już ledwie słyszalny. Cud, że udało mi się usłyszeć ostatnie jej słowa: – Pamiętaj, jesteś Wybranką Bogini. Pamiętaj…