Powrót - Håkan Nesser

Powrót

0,0

Trzecia książka w kryminalnej serii o komisarzu Van Veeterenie i jego współpracownikach z jednostki policyjnej w Maardam

Pewnego kwietniowego dnia w rowie znalezione zostaje poćwiartowane ciało. W spokojny sierpniowy poranek więzienie opuszcza domniemany podwójny morderca. Czy istnieje jakiś związek między tymi dwoma wydarzeniami?

Komisarz Van Veeteren musi stawić czoło tragizmowi ludzkiego losu i uporać się ze sprawą, w której wszystkie tropy prowadzą w przeszłość...

„Wielbiciele kryminałów mają powód do radości”. Richmond Times-Dispatch

Håkan Nesser jest jednym z najpopularniejszych szwedzkich autorów kryminałów, wielokrotnie nagradzanym za swoje powieści. Seria o komisarzu Van Veeterenie ukazała się w ponad 25 krajach i sprzedała się w nakładzie przekraczającym 10 milionów egzemplarzy. Dzięki niej Nesser zdobył pozycję jednego z najbardziej znanych autorów na świecie. Obecnie mieszka w Szwecji i Anglii. Jest także autorem znakomitego cyklu kryminalnego o inspektorze Barbarottim: Całkiem inna historia, Człowiek bez psa, Drugie życie pana Roosa, Samotni, Rzeźniczka z Małej Birmy.

Dodaj komentarz


To trzecia odsłona perypetii komisarza Van Veeterena. Mimo, że trzecia to i tak nie jest tak dobra jak książki z serii o Barbarottim (moim zdaniem). Nie jest jednak tak źle, aby nie przeczytać, bo jest to w miarę dobry kryminał. Makabryczna zbrodnia i dość skomplikowana zagadka, ale akcja do szybkich nie należy. Powieść ma za to swój charakterystyczny mroczny klimat, co będzie odpowiadać wielu miłośnikom skandynawskich kryminałów.


Komisarz Van Veeterenie wyrusza do akcji po raz trzeci. Tym razem śledczy z policji w Maardam będą musieli zająć się sprawą makabrycznej zbrodni. Powieść jest naprawdę dobra, ma swój mroczny klimat i trzyma przez cały czas lektury w odpowiednim napięciu. Bohaterowie są postaciami z krwi i kości, nie irytują czytelnika nielogicznym postępowaniem. Zachęcam fanów skandynawskich kryminałów, by sięgnęli po „Powrót”.


Kto lubi kryminały, a Larsson go zachwycił, powinien zapoznać się z twórczością Nessera. Zapewne zmieni swoją opinię na temat Larssona. Nesser pisze ciekawiej, bardziej zajmująco i przekonująco.


Zdecydowanie jest to dużo lepszy autor od Larssona. Właściwie książka stoi na dużo wyższym poziomie niż milenium.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
54114_png
54142_png

Ty­tuł ory­gi­na­łu
ÅTER­KOM­STEN

Re­dak­cja
Mał­go­rza­ta De­nys

Pro­jekt okład­ki
Mag­da Kuc

Zdję­cia na okład­ce
Neil Lang /Shut­ter­stock
Mag­da Kuc

Ko­rek­ta
Ewa Ja­strun

DTP
Mar­cin La­bus

 

Co­py­ri­ght © Håkan Nes­ser, 1995
First pu­bli­shed by Al­bert Bon­niers För­lag, Stoc­kholm, Swe­den
Pu­bli­shed in the Po­lish lan­gu­age by ar­ran­ge­ment with Bon­nier Gro­up Agen­cy, Stoc­kholm, Swe­den

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, 2013

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ni­niej­szy plik jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku.
Roz­po­wszech­nia­nie ca­ło­ści lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy wła­ści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-7554-559-3

Czarna Owca

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa
e-mail: wydawnictwo@czarnaowca.pl
Dział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51
Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:
www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.
Virtualo Sp. z o.o.

Je­śli mnie spy­ta­cie, jak dłu­gie jest ży­cie,
Po­wiem wam praw­dę.
Jest do­kład­nie tak dłu­gie jak od­le­głość
Mię­dzy dwie­ma da­ta­mi na na­grob­ku.

W.F. Mah­ler, po­eta

I

24 sierp­nia 1993

1

To był dzień pierw­szy i za­ra­zem ostat­ni.

Sta­lo­we drzwi za­trza­snę­ły się za jego ple­ca­mi z me­ta­licz­nym klik­nię­ciem, któ­re za­wi­sło na chwi­lę w chłod­nym po­wie­trzu po­ran­ka. Zro­bił czte­ry kro­ki, przy­sta­nął i po­sta­wił wa­liz­kę na zie­mi. Przy­mknął oczy, ale za­raz otwo­rzył je z po­wro­tem.

Lek­ka po­ran­na mgieł­ka za­le­ga­ła nad pu­stym par­kin­giem, nad mia­stem wła­śnie wscho­dzi­ło słoń­ce, a je­dy­nym do­strze­gal­nym śla­dem ży­cia były pta­ki krą­żą­ce po­nad po­la­mi wko­ło za­bu­do­wań. Stał tak chwi­lę i czuł, jak otwie­ra­ją mu się zmy­sły. Za­pach świe­żo sko­szo­ne­go zbo­ża wpełzł mu nie­po­strze­że­nie do nosa. Świa­tło ośle­pia­ło i drża­ło po­nad as­fal­tem. Z da­le­ka dało się sły­szeć upo­rczy­wy szum sa­mo­cho­dów mkną­cych au­to­stra­dą, któ­ra prze­ci­na­ła kra­jo­braz ja­kiś ki­lo­metr na za­chód stąd. Na­głe uświa­do­mie­nie so­bie fak­tycz­nych wy­mia­rów świa­ta przy­pra­wi­ło go na uła­mek se­kun­dy o za­wrót gło­wy. Nie do­tknął sto­pą zie­mi poza tymi mu­ra­mi przez dwa­na­ście lat; jego cela tam, w środ­ku, mie­rzy­ła dwa i pół me­tra na trzy i dla­te­go te­raz zdał so­bie spra­wę, że dro­ga do mia­sta i dwor­ca ko­le­jo­we­go bę­dzie dłu­ga. Nie­sły­cha­nie dłu­ga, może nie do prze­by­cia w taki dzień jak ten.

Za­pro­po­no­wa­no mu tak­sów­kę, bo mu się na­le­ża­ła, ale od­mó­wił. Nie chciał, żeby pierw­szą rze­czą, jaką dzi­siaj zro­bi, było ru­sze­nie w świat na skró­ty. Chciał w każ­dym swo­im kro­ku tego ran­ka po­czuć cię­żar, ból i wol­ność. Wie­dział, że je­śli w ogó­le ma za­miar zre­ali­zo­wać to, co so­bie za­pla­no­wał, musi się prze­ła­my­wać. Prze­ła­my­wać się i po­ko­ny­wać sa­me­go sie­bie.

Chwy­cił wa­liz­kę i za­czął iść. Nie była cięż­ka. Tro­chę bie­li­zny na zmia­nę. Para bu­tów, jed­na ko­szu­la, spodnie i przy­bo­ry to­a­le­to­we. Czte­ry książ­ki albo pięć i je­den list. Ubra­nie, któ­re miał na so­bie, przy­mie­rzył i po­kwi­to­wał w ma­ga­zy­nie wię­zien­nym jesz­cze po­przed­nie­go dnia. Cha­rak­te­ry­stycz­ny strój za­kła­du kar­ne­go. Czar­ne buty ze sztucz­nej skó­ry. Nie­bie­skie spodnie. Ja­sno­sza­ra ba­weł­nia­na ko­szu­la i cien­ka wia­trów­ka. Dla miesz­kań­ców mia­stecz­ka bę­dzie kimś rów­nie ła­twym do zi­den­ty­fi­ko­wa­nia jak ksiądz czy ko­mi­niarz. Jed­nym z tych, co to przy­cho­dzą na sta­cję z brą­zo­wą tek­tu­ro­wą wa­liz­ką, żeby ru­szyć stąd da­lej. Co spę­dzi­li tro­chę cza­su w Wiel­kiej Sza­ro­ści mię­dzy la­sem pod mia­stem a au­to­stra­dą. Znaj­do­wa­li się tak bli­sko, a jed­nak tak nie­skoń­cze­nie da­le­ko. Je­den z tych in­nych. Z tych ła­two roz­po­zna­wal­nych.

Wiel­ka Sza­rość. Tak na­zy­wa­li to lu­dzie; dla nie­go wię­zie­nie nie mia­ło na­zwy, mógł­by co naj­wy­żej po­wie­dzieć: spo­ry ka­wał cza­su, tyl­ko i wy­łącz­nie, nie­mal bez od­nie­sie­nia w prze­strze­ni. To było bar­dzo daw­no temu, kie­dy oczy in­nych wpa­try­wa­ły się w nie­go. Daw­no temu zo­stał zmu­szo­ny opu­ścić ową próż­ną i po­wierz­chow­ną wspól­no­tę. Opu­ścił ją bez wa­ha­nia, nie po­zo­sta­ło mu nic in­ne­go, ale nie za­tę­sk­nił za nią ani razu. Nig­dy.

Moż­na by dys­ku­to­wać, czy on w ogó­le kie­dy­kol­wiek do niej na­le­żał.

Słoń­ce wzno­si­ło się co­raz wy­żej. Po kil­ku­set me­trach mu­siał zno­wu przy­sta­nąć. Zdjął kurt­kę i za­rzu­cił ją so­bie na ra­mię. Mi­nę­ły go dwa sa­mo­cho­dy. Pew­nie straż­ni­cy albo ktoś inny ze służ­by wię­zien­nej. Lu­dzie z za­kła­du, na pew­no. W tej oko­li­cy nie ma nic in­ne­go. Tyl­ko ta Wiel­ka Sza­rość.

Ru­szył przed sie­bie. Pró­bo­wał gwiz­dać, ale nie przy­cho­dzi­ła mu do gło­wy żad­na me­lo­dia. Świa­tło po­ran­ka było zbyt na­tar­czy­we. Po­my­ślał, że przy­da­ły­by mu się oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne. Może mógł­by so­bie spra­wić ta­kie w mia­stecz­ku. Przy­ło­żył dłoń do czo­ła, zmru­żył oczy i przyj­rzał się za­ry­som za­bu­do­wań w ostrej po­świa­cie. W tej sa­mej chwi­li w ko­ście­le za­czę­ły bić dzwo­ny.

Spoj­rzał na ze­ga­rek. Na pierw­szy po­ciąg ra­czej nie zdą­ży. Ale wca­le mu na tym nie za­le­ża­ło, wo­lał po­sie­dzieć so­bie z go­dzin­kę w dwor­co­wej ka­wiar­ni przy po­rząd­nym śnia­da­niu nad po­ran­ną ga­ze­tą. Nic go nie goni. Przy­najm­niej tego pierw­sze­go dnia. Musi zro­bić to, co so­bie po­sta­no­wił, ale sam ter­min za­le­ży od czyn­ni­ków, o któ­rych na ra­zie nie miał po­ję­cia.

Może ju­tro. Albo po­ju­trze. Je­śli te wszyst­kie lata w ogó­le na­uczy­ły go cze­go­kol­wiek, to chy­ba wła­śnie tego. By­cia cier­pli­wym.

Cier­pli­wo­ści.

Świa­do­my celu wszedł mię­dzy za­bu­do­wa­nia. Prze­mie­rzał wy­lud­nio­ne, ob­la­ne słoń­cem chod­ni­ki. Za­cie­nio­ne ulicz­ki pro­wa­dzą­ce do ryn­ku. Wy­jeż­dżo­ne ko­cie łby jezd­ni. Kro­czył po­wo­li wzdłuż bru­nat­nej, ba­gni­stej rzecz­ki, gdzie le­ni­we kacz­ki krę­ci­ły się w kół­ko w od­wiecz­nym próż­niac­twie. Już samo to, że mógł iść i iść, i nie tra­fiał na żad­ną ścia­nę albo ogro­dze­nie, było czymś oso­bli­wym. Przy­sta­nął na jed­nym z most­ków i za­czął ob­ser­wo­wać ła­bę­dzie przy­cup­nię­te gro­mad­ką na wy­sep­ce w cie­niu kasz­ta­nów ro­sną­cych na brze­gu. Przy­glą­dał się też tym po­tęż­nym drze­wom, któ­rych ga­łę­zie wy­cią­ga­ły się da­le­ko i w górę, i w dół. Ku wo­dzie, ale tak­że ku świa­tłu.

Świat, po­my­ślał so­bie. Ży­cie.

Prysz­cza­ty mło­dy czło­wiek przy­bił mu stem­pel na bi­le­cie z wy­raź­ną nie­chę­cią. W jed­ną stro­nę, ja­sne, nie in­a­czej. Ob­rzu­cił mło­ko­sa spoj­rze­niem, po czym po­szedł do kio­sku. Ku­pił dwie ga­ze­ty i ja­kiś ma­ga­zyn z du­ży­mi go­ły­mi biu­sta­mi, nie krę­pu­jąc się ani odro­bi­nę. A po­tem w ka­wiar­ni za­mó­wił cały dzba­nek kawy, chru­pią­ce bu­łecz­ki z żół­tym se­rem i dże­mem. Je­den pa­pie­ros albo i dwa. Do po­cią­gu zo­sta­ła go­dzi­na i ra­nek jesz­cze się nie skoń­czył.

Pierw­szy po­ra­nek jego dru­gie­go po­wro­tu; cały świat był pe­łen cza­su. Cza­su i nie­win­no­ści.

Parę go­dzin póź­niej do­jeż­dżał już na miej­sce. Przez ostat­nie ki­lo­me­try sie­dział sam w prze­dzia­le. Wy­glą­dał przez po­ry­so­wa­ną i za­ku­rzo­ną szy­bę; wi­dział pola, lasy, mia­sta i prze­su­wa­ją­cych się lu­dzi. I na­gle wszyst­ko na­bra­ło wy­ra­zi­sto­ści. Przy­bra­ło swo­je wła­sne, od­ręb­ne zna­cze­nia. Bu­dyn­ki, dro­gi, we­wnętrz­na har­mo­nia kra­jo­bra­zu. Sta­ra wie­ża ci­śnień. Bo­isko do pił­ki noż­nej. Fa­brycz­ne ko­mi­ny i przy­do­mo­we ogród­ki. Za­kła­dy me­blo­we Gah­na. Ry­nek. Li­ceum. Wia­dukt i syl­wet­ki do­mów wzdłuż han­dlo­wej uli­cy. Po­ciąg po­wo­li ha­mo­wał.

Wy­sia­da­jąc, za­uwa­żył, że pe­ron do­cze­kał się no­we­go da­chu z ja­sno­żół­te­go pla­sti­ku. Bu­dy­nek dwor­ca miał od­no­wio­ną fa­sa­dę. Po­ja­wi­ły się nowe ta­bli­ce in­for­ma­cyj­ne.

Poza tym wszyst­ko było po sta­re­mu.

Wziął tak­sów­kę. Za­mó­wił kurs za mia­sto. Po pięt­na­stu mi­nu­tach po­nu­rej jaz­dy brze­giem je­zio­ra, któ­re raz zni­ka­ło, raz po­bły­ski­wa­ło mię­dzy ła­na­mi zbóż i drze­wa­mi, był już na miej­scu.

– Może się pan za­trzy­mać za ko­ścio­łem. Da­lej pój­dę na pie­cho­tę.

Za­pła­cił i wy­siadł. Kie­row­ca mach­nął mu na po­że­gna­nie, w jego ge­ście było jak­by coś zna­jo­me­go. Po­cze­kał, aż sa­mo­chód za­wró­ci na dro­dze i znik­nie za bu­dyn­kiem mle­czar­ni. Schy­lił się po wa­liz­kę i pla­sti­ko­wą re­kla­mów­kę z drob­nym pro­wian­tem. Miał przed sobą ostat­ni etap po­dró­ży.

Słoń­ce sta­ło już wy­so­ko. Po paru mi­nu­tach po­czuł, jak pot ciek­nie mu po twa­rzy i mię­dzy ło­pat­ka­mi. Dro­ga była dłuż­sza, niż pa­mię­tał, poza tym pro­wa­dzi­ła bar­dziej pod górę.

Ale od ostat­nie­go razu mi­nę­ło dwa­na­ście lat.

Dom też był dwa­na­ście lat star­szy, lecz stał nadal. Oczy­ści­ła z chwa­stów ścież­kę pro­wa­dzą­cą do scho­dów, tak jak obie­ca­ła, ale poza tym nie zro­bi­ła nic wię­cej. Gra­ni­ca mię­dzy ogro­dem a la­sem za­tar­ła się i pra­wie nie ist­nia­ła, brze­zi­na wgry­zła się głę­bo­ko w obej­ście, a tra­wa, pną­cza i krze­wy ro­sły na wy­so­kość me­tra pod ścia­na­mi. Dach na sto­do­le się za­padł, ce­gły wy­glą­da­ły na zmur­sza­łe, jed­na szy­ba na pię­ter­ku była roz­bi­ta, ale ja­koś nie­wie­le go to ob­cho­dzi­ło. O ile w ogó­le coś so­bie wy­obra­żał, wszyst­ko wy­glą­da­ło mniej wię­cej tak, jak się spo­dzie­wał.

Klucz wi­siał pod ryn­ną, w usta­lo­nym miej­scu. Prze­krę­cił go w zam­ku. Mu­siał pchnąć drzwi ra­mie­niem, żeby ustą­pi­ły. Naj­wy­raź­niej tro­chę się za­sta­ły.

Czuć było stę­chli­zną, ale do wy­trzy­ma­nia. Nic ze­psu­te­go, ra­czej żad­nych szczu­rów. Na ku­chen­nym sto­le le­ża­ła kart­ka.

Prze­czy­tał. Ży­czy­ła mu po­wo­dze­nia. To wszyst­ko.

Po­ło­żył wa­liz­kę i re­kla­mów­kę na ka­na­pie pod ze­ga­rem i ro­zej­rzał się wko­ło. Ob­szedł całe miesz­ka­nie i po­otwie­rał okna. W sy­pial­ni sta­nął przed lu­strem i przyj­rzał się wła­sne­mu od­bi­ciu.

Za­uwa­żył, że się po­sta­rzał. Twarz miał po­sza­rza­łą i za­pad­nię­tą. Szczę­ki bar­dziej za­ci­śnię­te. Skó­ra na szyi zwi­sa­ła w wor­kach i fał­dach. Ra­mio­na były opusz­czo­ne, jak­by dźwi­ga­ły ja­kiś cię­żar.

Pięć­dzie­siąt sie­dem lat, po­my­ślał. Dwa­dzie­ścia czte­ry za mu­ra­mi. Nie ma się co dzi­wić.

Od­wró­cił się do sie­bie ple­ca­mi i za­czął się roz­glą­dać za ja­kąś bro­nią. Prze­cież tak czy in­a­czej bę­dzie jej po­trze­bo­wał, więc le­piej za­ła­twić to od razu. Na wy­pa­dek gdy­by wąt­pli­wo­ści za­czę­ły wbi­jać w nie­go swe szpo­ny.

Pod wie­czór usiadł przy sto­le na­kry­tym ce­ra­tą w kwia­ty. Z li­stem w ręce. Po­pi­ja­jąc kawę, prze­czy­tał go jesz­cze raz.

List nie był dłu­gi. Miał pół­to­rej stro­ny, nie wię­cej. Przy­mknął po­wie­ki i usi­ło­wał zo­ba­czyć ją ocza­mi wy­obraź­ni.

Jej czar­ne, na­zna­czo­ne śmier­cią oczy po dru­giej stro­nie kra­ty. Jej nie­spo­koj­ne dło­nie.

I jej opo­wia­da­nie.

Nie, nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści.

II

20 kwiet­nia – 5 maja 1994

2

To była jed­na z tych wy­cie­czek.

Oczy­wi­ście do­ro­słych po­win­na być czwór­ka. Albo co naj­mniej trój­ka. I tak mia­ło być, tyl­ko pół go­dzi­ny przed od­jaz­dem za­dzwo­ni­ła Hen­riet­te i po­in­for­mo­wa­ła o ja­kiejś do­syć mgli­stej prze­szko­dzie. Za­raz po­tem oka­za­ło się, że Hertl też bę­dzie mu­sia­ła zo­stać i asy­sto­wać pie­lę­gniar­ce. Tej, któ­ra mia­ła przyjść po po­łu­dniu, żeby za­szcze­pić dwu­lat­ki.

Tak więc były tyl­ko one dwie – Eli­sa­beth i Mo­ira. Tego, że Mo­ira wcze­śniej czy póź­niej do­sta­nie mi­gre­ny, Eli­sa­beth też mo­gła być pew­na. Czy­li na do­brą spra­wę zo­sta­ła sama z całą tą cze­re­dą. Zresz­tą nie pierw­szy raz.

Czter­na­ścio­ro dzie­ci. W wie­ku od trzech do sze­ściu lat. Za­czę­ło się od Eu­ni­ce, lat sześć, któ­ra zwy­mio­to­wa­ła w au­to­bu­sie już po prze­je­cha­niu czte­ry­stu me­trów. Paul, lat trzy, mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie na­si­kał so­bie do bu­tów. El­len i Ju­dith, lat czte­ry i pięć, do­słow­nie kil­ka mi­nut póź­niej rzu­ci­ły się so­bie do oczu z po­wo­du zie­lo­nej chu­s­tecz­ki w ró­żo­we kró­licz­ki. Emi­le, lat trzy i pół, za­no­sił się od pła­czu za mamą, aż hu­cza­ło w ca­łym au­to­bu­sie, a Chri­sto­phe’a, lat sześć, roz­bo­lał ząb.

Mimo to wciąż jesz­cze żywi wy­sie­dli na przy­stan­ku przy le­śnej po­la­nie. Eli­sa­beth po­li­czy­ła ich szyb­ko – byli wszy­scy, czter­na­ścio­ro, pięt­na­ścio­ro z Mo­irą. Za­czerp­nę­ła głę­bo­ko po­wie­trza. Przed nimi trzy go­dzi­ny spa­ce­rów po le­sie, pie­cze­nia kieł­ba­sek, szu­ka­nia skar­bów i roz­ma­itych bo­ta­nicz­nych od­kryć. Gdy mię­dzy ko­ro­na­mi drzew doj­rza­ła ciem­nie­ją­ce nie­bo, za­sta­no­wi­ła się, za ile cza­su może na do­bre roz­pa­dać się nad nimi.

Oka­za­ło się, że za dwa­dzie­ścia pięć mi­nut. Tym­cza­sem oni już zdą­ży­li się za­pu­ścić cał­kiem głę­bo­ko w las. Mo­ira za­czy­na­ła od­czu­wać ucisk w oko­li­cy czo­ła i trzy­ma­ła się pięć­dzie­siąt me­trów przed gru­pą, żeby nie po­gar­szać spra­wy. Erich i Wal­ly bez prze­rwy draż­ni­li Eu­ni­ce, cze­go sku­tek był taki, że gru­ba dziew­czyn­ka nie chcia­ła iść z resz­tą dzie­ci, tyl­ko za­miast ścież­ką po­dą­ża­ła sama mię­dzy drze­wa­mi i za­ro­śla­mi, a Eli­sa­beth co rusz ją na­wo­ły­wa­ła, żeby nie stra­cić z nią kon­tak­tu. Je­den z Jüm­pe­rów prze­wró­cił się jak dłu­gi i ude­rzył gło­wą o ko­rzeń, więc mu­sia­ła go nieść. Dru­gi truch­tał z tyłu i trzy­mał się jej pa­ska ob­le­pio­ny­mi gli­ną pa­lu­cha­mi.

– Za­czy­na pa­dać! – krzyk­nął Bar­tje, lat czte­ry.

– Ja chcę do domu! – ry­czał He­in­rich, lat pięć.

– Szczy­le – pod­su­mo­wa­li Erich i Wal­ly. – Wra­caj­cie do domu pie­przyć się z wa­szą ma­muś­ką.

– Pie­przyć się – za­kwi­lił któ­ryś ano­ni­mo­wy trzy­la­tek.

– Wal­ly i Erich, za­mknij­cie się – syk­nę­ła Eli­sa­beth. – Bo po­obry­wam wam uszy.

Mo­ira za­trzy­ma­ła się przed le­śnym dom­kiem, gdzie mie­li zjeść obiad.

– Co za szczę­ście – po­wie­dzia­ła szep­tem, kie­dy gru­pa ją do­go­ni­ła. Mu­sia­ła jak zwy­kle szep­tać, aby mi­gre­na nie roz­huś­ta­ła się na do­bre. – Po­spiesz­cie się, za­raz wej­dzie­my do środ­ka!

Za­nim Wal­ly zdą­żył do­paść drzwi, Eli­sa­beth już wie­dzia­ła, że są za­mknię­te i że klucz zo­stał w to­reb­ce Hertl w po­ko­ju per­so­ne­lu.

– A niech to szlag, za­mknię­te! – wrza­snął Wal­ly. – No, gdzie ten klucz!

Mo­ira spoj­rza­ła na nią, nic nie ro­zu­mie­jąc. Eli­sa­beth cięż­ko wes­tchnę­ła. Przy­mknę­ła po­wie­ki i po­li­czy­ła do trzech. Lało jak z ce­bra i już czu­ła, jak jej ob­ca­sy co­raz bar­dziej za­pa­da­ją się w tra­wę na­siąk­nię­tą wodą.

– Zim­no mi – dy­go­tał w jej ob­ję­ciach je­den z Jüm­pe­rów.

– Je­stem głod­ny – po­wie­dział dru­gi.

– Ta pie­przo­na dziw­ka za­po­mnia­ła klu­czy! – krzyk­nął Erich, ci­ska­jąc gru­dą zie­mi w ścia­nę.

Eli­sa­beth od­cze­ka­ła ko­lej­ne trzy se­kun­dy, na­stęp­nie wci­snę­ła swe­go ran­ne­go w gło­wę pa­cjen­ta Mo­irze w ob­ję­cia, po­szła na tyły dom­ku i stłu­kła szy­bę w oknie.

Nie­dłu­go po­tem prze­sta­ło pa­dać. Cały pro­wiant zo­stał zje­dzo­ny, Eli­sa­beth prze­czy­ta­ła na głos osiem­na­ście ba­jek, któ­re dzie­ci sły­sza­ły już z ty­siąc osiem­set razy, kil­ko­ro pię­cio- i sze­ścio­lat­ków zro­bi­ło na wła­sną rękę re­ko­ne­sans po oko­li­cy i uświ­ni­ło się do tego stop­nia, że mia­ła oba­wy, czy kie­row­ca w ogó­le po­zwo­li im wejść do au­to­bu­su. Mo­ira prze­spa­ła się chwi­lę na pię­ter­ku i po­czu­ła się odro­bi­nę le­piej, ale tyl­ko odro­bi­nę. Ge­rar­do­wi, cier­pią­ce­mu na aler­gię trzy­lat­ko­wi, wy­sko­czy­ły na twa­rzy i na łok­ciach wiel­kie czer­wo­ne pla­my, po­nie­waż któ­ryś, na ra­zie nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ny ko­le­ga prze­my­cił i pod­rzu­cił mu ciast­ko orze­cho­we. Je­den czte­ro­la­tek i je­den trzy­la­tek zsi­ka­li się w majt­ki.

Ale poza tym wszyst­ko było pod kon­tro­lą. Eli­sa­beth po­sta­no­wi­ła ze­brać gru­pę na ze­wnątrz na scho­dach i ogło­sić od­wrót.

Trzy­na­ścio­ro. Było ich tyl­ko trzy­na­ścio­ro. Czter­na­ścio­ro z Mo­irą.

– Kogo bra­ku­je? – spy­ta­ła.

Oka­za­ło się, że nie ma Eu­ni­ce.

Jak wy­ni­ka­ło ze wstęp­ne­go ro­ze­zna­nia, ostat­ni raz wi­dzia­no ją ja­kieś dwa­dzie­ścia do trzy­dzie­stu pię­ciu mi­nut temu; jed­nak po­czu­cie cza­su nie było moc­ną stro­ną żad­ne­go z dzie­ci, a przy­czy­na znik­nię­cia też nie wy­da­wa­ła się cał­kiem ja­sna – praw­do­po­dob­nie Wal­ly lub Erich, lub obaj, ude­rzy­li Eu­ni­ce de­ską w ple­cy albo może Ma­ris­sa na­zwa­ła ją „mał­pią dziw­ką”. Bądź też roz­bo­lał ją brzuch.

Praw­do­po­dob­nie wszyst­kie­go po tro­chu.

Po kil­ku mi­nu­tach wspól­ne­go na­wo­ły­wa­nia i wrza­sków Eli­sa­beth po­sta­no­wi­ła prze­cze­sać oko­li­cę.

Mo­ira zo­sta­ła z trzy- i czte­ro­lat­ka­mi w dom­ku, pod­czas gdy ona ru­szy­ła z tymi tro­chę star­szy­mi do lasu.

Star­szy­mi? – po­my­śla­ła. Mie­li po pięć i sześć lat. Sió­dem­ka dzie­ci.

– Pój­dzie­my w od­stę­pach co dzie­sięć me­trów – wy­ja­śni­ła. – Cały czas bę­dzie­my wo­łać i cały czas bę­dzie­my się wi­dzieć. Ro­zu­mie­cie?

– Yes, boss! – wrza­snął Wal­ly i za­sa­lu­to­wał.

I to wła­śnie Wal­ly zna­lazł zgu­bę.

– Ona sie­dzi w ro­wie i ry­czy – opo­wia­dał. – Tam, ka­wa­łek da­lej. Mówi, że zna­la­zła ja­kie­goś umar­la­ka bez gło­wy.

I Eli­sa­beth od razu wie­dzia­ła, że to praw­da. Bo prze­cież taki dzień jak ten nie mógł się skoń­czyć in­a­czej.

W rze­czy­wi­sto­ści bra­ko­wa­ło nie tyl­ko gło­wy. Cia­ło – a wła­ści­wie to, co z nie­go zo­sta­ło – le­ża­ło za­wi­nię­te w cięż­ki dy­wan. Po­tem nig­dy nie było cza­su, żeby usta­lić, co ka­za­ło Eu­ni­ce tak grun­tow­nie do­cie­kać, co jest w środ­ku. Moż­li­we, że wy­sta­wał ki­kut nogi. Tak czy in­a­czej, ta krzep­ka i ro­sła dziew­czyn­ka zdo­ła­ła wy­cią­gnąć dy­wan z rowu na tyle, że mo­gła go roz­wi­nąć. Na pew­no był moc­no na­siąk­nię­ty wodą… i nad­je­dzo­ny przez pleśń, grzy­by, i w ogó­le zmur­sza­ły, po­my­śla­ła Eli­sa­beth. Tu i ów­dzie roz­pa­dał się na ka­wał­ki, a zwło­ki, któ­re kry­ły się w jego wnę­trzu, znaj­do­wa­ły się w rów­nie opła­ka­nym sta­nie.

Tak więc bra­ko­wa­ło gło­wy. Poza tym nie było dło­ni i nie było stóp.

– Wra­ca­my do dom­ku! – ryk­nę­ła Eli­sa­beth, moc­no przy­tu­la­jąc do sie­bie szlo­cha­ją­cą Eu­ni­ce.

Na­gle po­czu­ła, jak wzbie­ra­ją w niej mdło­ści. Wie­dzia­ła, że wi­dok, któ­ry przed chwi­lą uka­zał się jej oczom, bę­dzie ją prze­śla­do­wał we wszyst­kie ciem­ne noce przez resz­tę ży­cia.

3

– Po­pro­szę o ra­port – po­wie­dział Hil­ler i splótł dło­nie.

Re­in­hart wzniósł oczy ku gó­rze. Mün­ster od­chrząk­nął służ­bi­ście, a Van Ve­ete­ren ziew­nął.

– No? – na­ci­skał Hil­ler.

– No więc… – ode­zwał się Mün­ster, prze­wra­ca­jąc kart­ki w swo­im no­te­sie.

– To nie po­trwa dłu­go, obie­cu­ję wam – rzekł szef po­li­cji, spo­glą­da­jąc na swój po­zła­ca­ny ze­ga­rek. – Za dwa­dzie­ścia pięć mi­nut mam tu­taj spo­tka­nie, więc wy­star­czy, jak opo­wie­cie mi wszyst­ko w du­żym skró­cie.

Mün­ster po­now­nie od­chrząk­nął.

– No więc cho­dzi o zwło­ki męż­czy­zny – za­czął. – Zna­le­zio­ne wczo­raj oko­ło pierw­szej, w le­sie w oko­li­cy Beh­ren, mniej wię­cej trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów stąd, przez sze­ścio­let­nią dziew­czyn­kę… była na wy­ciecz­ce z przed­szko­lem, do któ­re­go cho­dzi. Cia­ło le­ża­ło w ro­wie za­wi­nię­te w dy­wan, ja­kieś pięć­dzie­siąt me­trów od naj­bliż­szej uczęsz­cza­nej dro­gi. Mu­sia­ło le­żeć tam dłu­go.

– Jak dłu­go?

– Do­bre py­ta­nie – wtrą­cił Re­in­hart. – Może rok. A może wię­cej albo mniej.

– Nie da się tego uści­ślić? – do­py­tał Hil­ler.

– Na ra­zie nie – od­parł van Ve­ete­ren. – Ale Meus­se pra­cu­je już nad tym peł­ną parą. Tak czy in­a­czej, pół roku mu­ro­wa­ne.

– Ro­zu­miem – po­wie­dział Hil­ler. – I co da­lej?

– Poza tym – kon­ty­nu­ował Mün­ster – jesz­cze nie dało się usta­lić toż­sa­mo­ści, bo spraw­ca od­rą­bał gło­wę, sto­py i dło­nie…

– A czy mo­że­my mieć stu­pro­cen­to­wą pew­ność, że tu cho­dzi o mor­der­stwo? – spy­tał szef po­li­cji.

Re­in­hart wes­tchnął.

– No nie – od­parł. – Rów­nie do­brze może cho­dzić o przy­pa­dek śmier­ci naj­zu­peł­niej na­tu­ral­nej. O ko­goś, kto nie mógł so­bie po­zwo­lić na nor­mal­ny po­chó­wek. W dzi­siej­szych cza­sach to cał­kiem spo­ro kosz­tu­je… praw­do­po­dob­nie zgod­nie z ostat­nią wolą zmar­łe­go wdo­wa prze­ka­za­ła gło­wę i bra­ku­ją­cą resz­tę na cele ba­daw­cze.

Van Ve­ete­ren od­chrząk­nął.

– Usta­le­nie przy­czy­ny śmier­ci pew­nie jesz­cze tro­chę po­trwa – wy­ja­śnił, po czym we­tknął so­bie mię­dzy dol­ne zęby wy­ka­łacz­kę. – Na tym, co zo­sta­ło, na pierw­szy rzut oka nie wi­dać śla­dów żad­nych śmier­tel­nych ob­ra­żeń… ale za­zwy­czaj od­cię­cie gło­wy już wy­star­czy, żeby czło­wiek umarł.

– Meus­se nie jest spe­cjal­nie za­chwy­co­ny tymi zwło­ka­mi – pod­jął zno­wu Re­in­hart. – I trud­no mu się dzi­wić. Le­ża­ły w ro­wie w tym roz­kła­da­ją­cym się dy­wa­nie co naj­mniej całą zimę. Na zmia­nę za­ma­rza­ły i roz­ma­rza­ły. Tro­chę pod­ja­da­ły je zwie­rzę­ta, choć wy­raź­nie nie przy­pa­dły im spe­cjal­nie do sma­ku… co praw­da nie było też ła­two się do nich do­stać. Czę­ścio­wo le­ża­ły pod wodą… więc tro­chę się za­kon­ser­wo­wa­ły, in­a­czej zo­stał­by sam szkie­let. Mó­wiąc krót­ko, wy­glą­da­ją upior­nie.

Hil­ler za­wa­hał się.

– Dla­cze­go tam­te… czę­ści cia­ła zo­sta­ły od­cię­te, co są­dzi­my na ten te­mat?

My? – Mün­ster zdzi­wił się w du­chu. My są­dzi­my? Jak się dzi­siaj czu­je­my? Czy to ko­men­da po­li­cji, do cho­le­ry, czy szpi­tal? A może dom wa­ria­tów, jak zwykł twier­dzić Re­in­hart? Cza­sa­mi trud­no było to po­wie­dzieć.

– Trud­no po­wie­dzieć – Van Ve­ete­ren po­wtó­rzył jego myśl. – Od cza­su do cza­su mie­wa­my do czy­nie­nia z mor­der­ca­mi, któ­rzy ćwiar­tu­ją swo­je ofia­ry, ale w tym przy­pad­ku cho­dzi­ło ra­czej o utrud­nie­nie iden­ty­fi­ka­cji.

– W ogó­le się nie do­my­śla­cie, kto to mógł być?

Van Ve­ete­ren po­krę­cił gło­wą.

– Oczy­wi­ście grun­tow­nie prze­cze­su­je­my oko­li­cę – rzekł Mün­ster. – Prze­cież sam pan po­le­cił, żeby… już od wczo­raj­sze­go po­po­łu­dnia dwa­dzie­ścia osób prze­szu­ku­je las… na­tu­ral­nie oprócz nocy.

– Zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie – stwier­dził Re­in­hart, wyj­mu­jąc faj­kę z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki.

– Bę­dziesz mógł za­pa­lić, jak skoń­czy­my – oznaj­mił mu szef i spoj­rzał na ze­ga­rek. – Dla­cze­go nie­po­trzeb­nie?

Re­in­hart scho­wał faj­kę z po­wro­tem do kie­sze­ni i za­ło­żył ręce na kark.

– Dla­te­go że ni­cze­go tam nie znaj­dą – wy­ja­śnił. – No bo je­śli już ko­goś za­bi­jam i za­da­ję so­bie trud, żeby od­rą­bać nie­bosz­czy­ko­wi gło­wę, sto­py i dło­nie, to ra­czej nie je­stem tak bez­den­nie głu­pi, żeby ukryć je w tym sa­mym miej­scu co cia­ło. W grun­cie rze­czy na ca­łym świe­cie jest tyl­ko jed­no je­dy­ne miej­sce, gdzie na pew­no nie uda się nam ich zna­leźć – do­kład­nie tam, gdzie aku­rat ich szu­ka­my. Spryt­ne po­su­nię­cie, mu­szę przy­znać.

– All ri­ght – prze­rwał mu Hil­ler. – Pana ko­mi­sa­rza wczo­raj nie było, więc my­śla­łem…

– No tak – od­parł Van Ve­ete­ren. – Nig­dy nie za­szko­dzi prze­szu­kać miej­sca, gdzie od­kry­to cia­ło, ale my­ślę, że skoń­czy­my z tym dziś wie­czo­rem. Tak czy in­a­czej, przez zimę za­cho­wa­ło się nie­wie­le śla­dów, poza tym mo­że­my być ra­czej pew­ni, że ten fa­cet nie zna­lazł się tam żywy.

Szef po­li­cji zno­wu nie wy­da­wał się prze­ko­na­ny.

– To jak zor­ga­ni­zu­je­my śledz­two? – spy­tał. – Tro­chę się spie­szę…

Van Ve­ete­ren miał czas.

– No cóż – od­parł. – Trze­ba się za­sta­no­wić. Ilu lu­dzi chcesz włą­czyć do spra­wy?

– Jest jesz­cze ten prze­klę­ty na­pad – rzekł Hil­ler, po­wo­li wsta­jąc z miej­sca. – I tam­ten szan­ta­ży­sta…

– I ra­si­ści – uzu­peł­nił Re­in­hart.

– Ten szan­ta­ży­sta… – po­wtó­rzył Hil­ler.

– Pie­prze­ni ra­si­ści – do­dał Re­in­hart.

– Niech to wszy­scy dia­bli – rzu­cił Hil­ler. – Przyjdź ju­tro do mnie z sa­me­go rana, zo­ba­czy­my, jak wy­glą­da sy­tu­acja. A He­ine­mann jesz­cze wciąż na zwol­nie­niu?

– Wra­ca w po­nie­dzia­łek – po­in­for­mo­wał Mün­ster.

Prze­mil­czał, że w związ­ku z po­wro­tem He­ine­man­na miał za­miar po­pro­sić o kil­ka dni wol­ne­go. Czuł, że proś­ba o urlop nie by­ła­by w tym mo­men­cie mile wi­dzia­na.

– Czy­li nie po­zo­sta­je nam nic in­ne­go, jak pra­co­wać da­lej – oświad­czył Hil­ler i za­czął wy­py­chać wszyst­kich obec­nych za drzwi. – Im szyb­ciej wy­ja­śni­my tę spra­wę, tym le­piej. Chy­ba nie jest, u dia­bła, nie­moż­li­we usta­le­nie, kim był ten fa­cet. Tak czy nie?

– Nic nie jest nie­moż­li­we – od­parł Re­in­hart.

– No i ja­kie wnio­ski pan in­spek­tor wy­cią­gnął? – ode­zwał się Van Ve­ete­ren, po­da­jąc fo­to­gra­fie.

Mün­ster przyj­rzał się zdję­ciom oka­le­czo­ne­go, po­kry­te­go brą­zo­wy­mi pla­ma­mi cia­ła oraz miej­sca, w któ­rym je zna­le­zio­no: oka­za­ło się cał­kiem nie­źle wy­bra­ne – buj­ne po­szy­cie, mnó­stwo ga­łę­zi, za­ro­śnię­ty dół… nic dziw­ne­go, że przez tak dłu­gi czas nikt nie od­krył zwłok. Wręcz prze­ciw­nie; to, że ta bied­na sze­ścio­let­nia dziew­czyn­ka aku­rat po­tknę­ła się o nie, moż­na przy­pi­sać zu­peł­ne­mu przy­pad­ko­wi.

– Nie wiem – od­po­wie­dział. – Wszyst­ko wy­glą­da na bar­dzo prze­my­śla­ne.

Ko­mi­sarz burk­nął:

– Prze­my­śla­ne? No pew­nie. Co do tego nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści. A co są­dzisz o tym oka­le­cze­niu?

Mün­ster za­sta­no­wił się chwi­lę.

– Moim zda­niem cho­dzi o iden­ty­fi­ka­cję…

– A czy ty roz­po­zna­jesz lu­dzi po sto­pach?

Mün­ster po­krę­cił gło­wą.

– No nie. Chy­ba że są na nich ja­kieś zna­ki szcze­gól­ne. Ta­tu­aże albo coś w tym ro­dza­ju… Ile on miał lat?

– Meus­se uwa­ża, że mógł być mię­dzy pięć­dzie­siąt­ką a sześć­dzie­siąt­ką, ale mu­si­my po­cze­kać z tym do wie­czo­ra. Jak po­wie­dzia­łem, to nie są faj­ne zwło­ki. Zda­je się, że przy­pad­ną w udzia­le to­bie i Ro­otho­wi.

Mün­ster spoj­rzał na nie­go.

– Dla­cze­go? A ko­mi­sarz…?

Van Ve­ete­ren uniósł pa­lec w na­po­mi­na­ją­cym ge­ście.

– Ma peł­ne ręce ro­bo­ty z tym prze­klę­tym na­pa­dem. A Re­in­hart pew­nie za­raz bę­dzie pi­ło­wał tych swo­ich ter­ro­ry­stów. Je­śli o mnie cho­dzi, to chcą mnie wziąć do szpi­ta­la i zaj­rzeć mi do brzu­cha… w pierw­szym ty­go­dniu maja. Czy­li le­piej, że­byś prze­jął spra­wę od razu na po­cząt­ku.

Mün­ster po­czuł, że się za­czer­wie­nił.

– Oczy­wi­ście będę do dys­po­zy­cji, je­śli na czymś utkniesz – za­de­kla­ro­wał Van Ve­ete­ren.

Kie­dy utknę, po­my­ślał Mün­ster.

– Naj­pierw mu­szę do cze­goś dojść, żeby móc na czymś utknąć – po­wie­dział. – Czy Ro­oth spraw­dził już li­stę za­gi­nio­nych?

Ko­mi­sarz wy­brał je­den z nu­me­rów we­wnętrz­nych i po pię­ciu mi­nu­tach w po­ko­ju sta­wił się in­spek­tor kry­mi­nal­ny Ro­oth z pli­kiem wy­dru­ków kom­pu­te­ro­wych w dło­ni. Opadł cięż­ko na krze­sło i po­dra­pał się po bro­dzie. Jego za­rost był jesz­cze rzad­ki i we­dług Mün­ste­ra nada­wał mu wy­gląd ob­dar­te­go włó­czę­gi. Ale wła­ści­wie to do­brze, że nie każ­dy z nich już z od­le­gło­ści stu me­trów jest roz­po­zna­wal­ny jako gli­na.

– Trzy­dzie­ści dwa zgło­sze­nia za­gi­nięć w ca­łym re­gio­nie w cią­gu ostat­nich dwóch lat – po­in­for­mo­wał. – Mam na my­śli oso­by, któ­re się nie od­na­la­zły. Szes­na­ście w sa­mym mie­ście. Przej­rza­łem z grub­sza tę li­stę… je­śli przyj­mie­my, że le­żał w tam­tym le­sie co naj­mniej sześć mie­się­cy, a mak­sy­mal­nie rok, to ktoś po­wi­nien był zgło­sić jego znik­nię­cie mię­dzy kwiet­niem a grud­niem ze­szłe­go roku. Ale zo­ba­czy­my, czy to się zga­dza, kie­dy Meus­se bę­dzie już go­to­wy…

– Jak to moż­li­we, żeby prze­pa­da­ło tylu lu­dzi? – spy­tał Mün­ster. – Te licz­by na pew­no są praw­dzi­we?

Ro­oth wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Więk­szość zwie­wa za gra­ni­cę. Naj­czę­ściej mło­do­cia­ni. Moim zda­niem, co naj­wy­żej w pięt­na­stu–dwu­dzie­stu pro­cen­tach przy­pad­ków cho­dzi o ja­kieś prze­stęp­stwo… tak przy­najm­niej uwa­ża Stauff, a on do­brze się w tym orien­tu­je. W koń­cu zni­ka­ją głów­nie ćpu­ny. Wy­no­szą się do Taj­lan­dii czy In­dii, mniej wię­cej w tam­te re­jo­ny.

Van Ve­ete­ren po­ki­wał gło­wą.

– To ilu de­li­kwen­tów ci zo­sta­ło?

Ro­oth za­czął prze­rzu­cać swo­je kart­ki. Mün­ster za­uwa­żył, że nie­któ­re na­zwi­ska są ob­wie­dzio­ne kół­kiem, przy in­nych stoi znak za­py­ta­nia, a kil­ka jest prze­kre­ślo­nych, ale wy­raź­nie bra­ko­wa­ło tego jed­ne­go strza­łu w dzie­siąt­kę.

– Nie­wie­lu – od­parł Ro­oth. – Je­śli to był męż­czy­zna mię­dzy pięć­dzie­siąt­ką a sześć­dzie­siąt­ką… mniej wię­cej metr sie­dem­dzie­siąt pięć wzro­stu, li­cząc z gło­wą i sto­pa­mi… to wła­ści­wie mamy co naj­wy­żej dwóch, ewen­tu­al­nie trzech do wy­bo­ru.

Ko­mi­sarz wpa­try­wał się w swo­ją wy­ka­łacz­kę.

– Wy­star­czy nam je­den. By­le­by ten wła­ści­wy.

– Ale prze­cież on wca­le nie mu­siał być stąd – za­uwa­żył Mün­ster. – Tak na­praw­dę nic nie wska­zu­je na to, że zo­stał za­mor­do­wa­ny w po­bli­żu Beh­ren… do za­bój­stwa mo­gło rów­nie do­brze dojść gdzie­kol­wiek in­dziej.

Ro­oth zno­wu po­ki­wał gło­wą.

– Je­śli weź­mie­my pod uwa­gę cały kraj, to mamy do wy­bo­ru sied­miu, ośmiu. Ale za­nim za­cznie­my szu­kać po­ten­cjal­nych wdów, po­win­ni­śmy po­cze­kać na wy­ni­ki sek­cji.

– Nie­wąt­pli­wie – po­twier­dził Van Ve­ete­ren. – Im mniej osób bę­dzie mu­sia­ło go oglą­dać, tym le­piej.

– W po­rząd­ku – ode­zwał się Mün­ster po chwi­li mil­cze­nia. – A co mamy ro­bić do tej pory?

Van Ve­ete­ren od­chy­lił się na krze­śle tak moc­no do tyłu, że aż gło­śno za­skrzy­pia­ło.

– Pro­po­nu­ję, że­by­ście so­bie we dwóch gdzieś przy­sie­dli i wy­my­śli­li sen­sow­ną tak­ty­kę dzia­ła­nia. Po­wiem Hil­le­ro­wi, że to wy zaj­mu­je­cie się spra­wą… ale, jak już wspo­mnia­łem, w ra­zie cze­go je­stem do dys­po­zy­cji.

– No do­brze – za­czął Ro­oth, kie­dy usie­dli w kan­ty­nie przy ka­wie. – To co, uwi­nie­my się w ty­dzień?

– Cze­mu nie – zgo­dził się Mün­ster. – Kie­dy Meus­se miał być go­tów?

Ro­oth spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Chy­ba za go­dzi­nę. Może po­je­dzie­my do nie­go ra­zem? Co ty na to?

Mün­ster po­tak­nął.

– A co z na­szym nie­za­stą­pio­nym de­tek­ty­wem – opi­nią pu­blicz­ną? – spy­tał. – W ga­ze­tach już spo­ro o tym pi­sa­li.

Ro­oth po­krę­cił gło­wą, po­ły­ka­jąc jed­no­cze­śnie pół słod­kiej buł­ki.

– Na ra­zie nie wpły­nę­ło nic sen­sow­ne­go. Krau­se re­je­stru­je wszyst­kie in­for­ma­cje i wska­zów­ki. W dzi­siej­szych wie­czor­nych wia­do­mo­ściach, i w ra­diu, i w te­le­wi­zji, po­ja­wi się na­sze ogło­sze­nie, ale to musi być chy­ba je­den z tych.

Wska­zał ły­żecz­ką na kart­ki z li­stą. Mün­ster przy­su­nął je do sie­bie i za­czął przy­glą­dać się no­tat­kom Ro­otha. Trzy na­zwi­ska były oto­czo­ne po­dwój­ną li­nią, to praw­do­po­dob­nie naj­pew­niej­sze kan­dy­da­tu­ry.

Po­ten­cjal­ni za­mor­do­wa­ni, oka­le­cze­ni i byle jak po­grze­ba­ni w za­ro­śnię­tym ro­wie nie­da­le­ko Beh­ren. Prze­czy­tał szyb­ko:

Claus Men­he­vern

Dro­uh­tens vej 4, Bloch­berg

ur. 1937

zgło­sze­nie za­gi­nię­cia: 1.06.1993

Pier­re Koh­ler

Ar­ma­sten­stra­at 42, Ma­ar­dam

ur. 1936

zgło­sze­nie za­gi­nię­cia: 27.08.1993

Piit Cho­ulenz

Hag­mer­la­an 11, Ma­ar­dam

ur. 1945

zgło­sze­nie za­gi­nię­cia: 16.10.1993

– Tak – ode­zwał się, z po­wro­tem prze­su­wa­jąc kart­ki po sto­le. – To chy­ba mu­siał być któ­ryś z nich.

– Na pew­no – po­twier­dził Ro­oth. – Upo­ra­my się z tym w cią­gu ty­go­dnia. Tak coś czu­ję.

4

Wy­szedł z ko­men­dy go­dzi­nę wcze­śniej niż zwy­kle i po­je­chał pro­sto do domu. List le­żał tam, gdzie go zo­sta­wił, na re­ga­le w przed­po­ko­ju. Otwo­rzył go i prze­czy­tał na nowo. Jego treść się nie zmie­ni­ła.

Ni­niej­szym mamy przy­jem­ność po­in­for­mo­wać, że ter­min ope­ra­cji Pań­skie­go Can­cer Coli Ade­no­car­ci­nom prze­wi­dzie­li­śmy na wto­rek, 5 maja.

Pro­si­my Pana o po­twier­dze­nie ter­mi­nu li­stow­nie lub te­le­fo­nicz­nie do 25 kwiet­nia oraz o sta­wie­nie się na od­dzia­le 46B naj­póź­niej w śro­dę, 4 maja, o go­dzi­nie 21.00.

Po ope­ra­cji bę­dzie ko­niecz­ny 2–3-ty­go­dnio­wy po­byt w szpi­ta­lu, o czym wspo­mi­na­my, aby mógł Pan od­po­wied­nio do­sto­so­wać swo­je pla­ny za­wo­do­we i pry­wat­ne.

Ser­decz­nie po­zdra­wiam

Ma­rie­ke Fi­scher, se­kre­tarz ad­mi­ni­stra­cji szpi­tal­nej

Ge­mejn­te Ho­spi­ta­al, Ma­ar­dam

Niech to szlag, za­klął w du­chu. Na­stęp­nie spoj­rzał na dane ad­re­so­we szpi­ta­la na sa­mym dole kart­ki, wy­brał nu­mer i cze­kał.

Ode­bra­ła mło­da ko­bie­ta. Oce­nił, że mo­gła mieć co naj­wy­żej dwa­dzie­ścia pięć lat. Jak jego cór­ka.

– Wo­bec tego się sta­wię – oznaj­mił.

– Prze­pra­szam, a z kim roz­ma­wiam? – spy­ta­ła.

– Ko­mi­sarz Van Ve­ete­ren, oczy­wi­ście. Mam raka je­li­ta gru­be­go, a dok­tor Mo­ewen­ro­edhe za­mie­rza go wy­ciąć, więc…

– Mo­men­cik.

Cze­kał. Po chwi­li ko­bie­ta ode­zwa­ła się zno­wu.

– Pią­te­go maja, tak. Za­no­to­wa­łam. Za­pra­sza­my dzień wcze­śniej, re­zer­wu­ję dla pana miej­sce na od­dzia­le 46B. Czy ma pan jesz­cze ja­kieś py­ta­nia?

Czy to boli? – prze­mknę­ło mu przez gło­wę. Czy prze­ży­ję? Ile pro­cent pa­cjen­tów nie bu­dzi się z nar­ko­zy?

– Nie – od­po­wie­dział. – Po­in­for­mu­ję, je­śli zmie­nię zda­nie.

Miał wra­że­nie, że w ci­szy, jaka za­pa­dła, sły­szy jej zdzi­wie­nie.

– Dla­cze­go miał­by pan zmie­nić zda­nie?

– Bo być może będę za­ję­ty czymś in­nym. Nig­dy nie wia­do­mo.

Ko­bie­ta za­wa­ha­ła się chwi­lę.

– Czy pan oba­wia się ope­ra­cji, pa­nie Van Ve­ete­ren?

– Oba­wiam się? Ja?

Pró­bo­wał się ro­ze­śmiać, ale sam do­sko­na­le sły­szał, że za­brzmia­ło to ra­czej jak głos zdy­cha­ją­ce­go psa. Miał nie­co do­świad­cze­nia w tym wzglę­dzie.

– Tak więc – ko­bie­ta za­czę­ła przy­jaź­nie – aby pana uspo­ko­ić, mogę za­pew­nić, że dok­tor Mo­ewen­ro­edhe jest jed­nym z na­szych naj­lep­szych chi­rur­gów, a poza tym pań­ski przy­pa­dek nie na­le­ży do szcze­gól­nie skom­pli­ko­wa­nych.

Może nie, ale to mój brzuch, po­my­ślał Van Ve­ete­ren. I moje je­li­to. Mam je już do­syć dłu­go i je­stem do nie­go tro­chę przy­wią­za­ny.

– W każ­dej chwi­li, kie­dy pan ze­chce, może pan do nas za­dzwo­nić i za­dać py­ta­nie. Je­ste­śmy tu po to, żeby po­ma­gać.

– Dzię­ku­ję, dzię­ku­ję – wes­tchnął. – Tak czy in­a­czej, ode­zwę się jesz­cze przed ter­mi­nem. Do usły­sze­nia.

– Do zo­ba­cze­nia, pa­nie Van Ve­ete­ren.

Jesz­cze przez kil­ka se­kund stał nie­ru­cho­mo z li­stem w ręku. W koń­cu przedarł go na czte­ry ka­wał­ki i wy­rzu­cił do ko­sza.

Nie­ca­łą go­dzi­nę póź­niej, sie­dząc na bal­ko­nie, po­chła­niał swo­je dwie pie­czo­ne kieł­ba­ski z sa­łat­ką ziem­nia­cza­ną. Po­pi­jał to ciem­nym pi­wem i wła­śnie za­czął się za­sta­na­wiać, czy mimo wszyst­ko nie zejść na dół do kio­sku po pacz­kę pa­pie­ro­sów. Wy­ka­łacz­ki się skoń­czy­ły, a wie­czór był cał­kiem ład­ny.

Prze­cież i tak trze­ba umrzeć, po­my­ślał.

Usły­szał, jak ze­gar na wie­ży ko­ścio­ła w Key­mer wy­bi­ja szó­stą. Na szaf­ce noc­nej w po­ko­ju le­ża­ły dwie do po­ło­wy prze­czy­ta­ne po­wie­ści, ale w tym mo­men­cie do­tar­ło do nie­go, że jesz­cze przez ja­kiś czas po­zo­sta­ną nie­do­czy­ta­ne do koń­ca. Bra­ko­wa­ło mu we­wnętrz­ne­go spo­ko­ju. Lęk ostrzył już so­bie szpo­ny i nie było żad­ną ta­jem­ni­cą, co jest tego przy­czy­ną.

Po­wie­trze było ła­god­ne. Ko­ją­cy, de­li­kat­ny wia­te­rek wpeł­zał mię­dzy ba­rier­ki bal­ko­no­wej ba­lu­stra­dy, a słoń­ce jak czer­wo­na kula wi­sia­ło nad da­chem bro­wa­ru po dru­giej stro­nie Klo­ister­la­an. W krze­wach bzu za sto­ja­kiem na ro­we­ry szcze­bio­ta­ły nie­wiel­kie ptasz­ki.

To ja, po­my­ślał. Słyn­ny ko­mi­sarz Van Ve­ete­ren. Pięć­dzie­siąt sie­dem lat, osiem­dzie­siąt osiem kilo wagi, gli­niarz z ra­kiem je­li­ta gru­be­go. Za dwa ty­go­dnie mam cał­kiem do­bro­wol­nie po­ło­żyć się na sto­le ope­ra­cyj­nym i po­zwo­lić, żeby ja­kiś kom­plet­nie nie­spraw­dzo­ny cze­lad­nik rzeź­nic­ki wy­ciął mi je­de­na­ście cen­ty­me­trów mo­je­go cia­ła. Niech to szlag.

Nie­znacz­ny dys­kom­fort za­czy­nał da­wać o so­bie znać w dol­nej czę­ści brzu­cha, ale te­raz by­wa­ło tak za­wsze, kie­dy coś zjadł. Nie był to jed­nak ból. Tyl­ko ta­kie drob­ne po­draż­nie­nie. Po­wi­nien wła­ści­wie się cie­szyć, bo pie­czo­ne kieł­ba­ski z całą pew­no­ścią nie znaj­du­ją się na li­ście die­te­tycz­nych pro­duk­tów, któ­rą mu wrę­czo­no po pierw­szych ba­da­niach w lu­tym. No i co z tego, do cho­le­ry? Do cza­su ope­ra­cji nie za­mie­rzał dać się zwa­rio­wać. Je­śli po­tem wszyst­ko bę­dzie do­brze, to może wte­dy po­my­śli o no­wych na­wy­kach. O zdro­wiu i ca­łej resz­cie, któ­ra się z tym wią­że.

Wszyst­ko ma swój czas.

Sprząt­nął ze sto­łu. Po­szedł do kuch­ni i wsta­wił brud­ne na­czy­nia do zle­wu. Na­stęp­nie w sa­lo­nie za­czął bez celu prze­glą­dać pły­ty CD i ka­se­ty.

Je­de­na­ście cen­ty­me­trów mo­je­go cia­ła, po­my­ślał i na­gle przy­po­mnia­ły mu się zdję­cia z dzi­siej­sze­go przed­po­łu­dnia.

Bez­gło­wy męż­czy­zna spod Beh­ren.

Bez gło­wy, bez dło­ni i bez stóp.

Mo­gło­by być go­rzej, uznał.

Mię­dzy pięć­dzie­siąt­ką a sześć­dzie­siąt­ką, twier­dzi Meus­se.

Zga­dza się. Może na­wet byli rów­no­lat­ka­mi? Pięć­dzie­siąt sie­dem. Dla­cze­go nie?

Mo­gło­by być znacz­nie go­rzej.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej sie­dział w sa­mo­cho­dzie, a z gło­śni­ków grzmiał chór Mon­te­ver­die­go. Ciem­no zro­bi się do­pie­ro za ja­kieś pół­to­rej go­dzi­ny. Czy­li cza­su jest do­syć.

Chciał się tyl­ko ro­zej­rzeć, rzu­cić okiem. Nic wię­cej. Nie miał nic szcze­gól­ne­go na my­śli.

Wszyst­ko ma swój czas, to ja­sne.

5

– No i jak tam spra­wy ser­co­we? – spy­tał Mün­ster, kie­dy już usiadł obok Ro­otha w jego sta­rym ci­tro­ënie. Mu­sie­li mieć ja­kiś te­mat do roz­mów nie­zwią­za­ny z pra­cą.

– Nic się nie dzie­je – od­po­wie­dział Ro­oth. – Cza­sa­mi so­bie my­ślę, że przy­dał­by się taki za­strzyk, któ­ry po­zwo­lił­by raz na za­wsze po­zbyć się po­żą­da­nia.

– No co ty – od­parł Mün­ster, ża­łu­jąc, że po­ru­szył ten wą­tek.

– Bo ko­bie­ty są ja­kieś dziw­ne – cią­gnął Ro­oth. – Przy­najm­niej te, na któ­re ja tra­fiam. W ze­szłym ty­go­dniu za­pro­si­łem jed­ną taką – ru­do­wło­są don­nę z Ooster­brüg­ge, któ­ra ro­bi­ła u nas w mie­ście ja­kiś kurs pie­lę­gniar­ski. Wy­bra­li­śmy się do kina, a po­tem do Krau­sa, a kie­dy póź­niej ją spy­ta­łem, czy nie wpa­dła­by do mnie na kie­li­szek wina, to wiesz, co mi od­po­wie­dzia­ła?

– Nie mam po­ję­cia.

– Że spie­szy się do swo­je­go chło­pa­ka. Bo przy­je­chał do mia­sta i cze­ka na nią w ho­te­lu dla pie­lę­gnia­rek.

– Nie­sa­mo­wi­te – od­parł Mün­ster.

– Po pro­stu ma­sa­kra – do­dał Ro­oth. – Nie, nie, chy­ba po­wo­li ro­bię się za sta­ry, żeby uga­niać się za ko­bie­ta­mi. Może le­piej dać ogło­sze­nie w ga­ze­cie. Kur­man­no­wi z do­cho­dze­niów­ki uda­ło się w ten spo­sób tra­fić praw­dzi­wy los na lo­te­rii… ale do cze­goś ta­kie­go trze­ba mieć pie­kiel­ne szczę­ście.

Za­milkł i skon­cen­tro­wał się na wy­prze­dza­niu nie­bie­skie­go wozu me­blo­we­go, żeby nie wje­chać pro­sto na tram­waj li­nii 12. Mün­ster za­mknął oczy, a kie­dy z po­wro­tem uniósł po­wie­ki, stwier­dził z ulgą, że się im uda­ło.

– A co u cie­bie? – spy­tał Ro­oth. – Wciąż żad­nych zgrzy­tów z naj­pięk­niej­szą po­li­cjant­ką świa­ta?

– Ist­ny raj – rzekł Mün­ster i po krót­kim za­sta­no­wie­niu mu­siał przy­znać, że wca­le nie prze­sa­dza. Synn to po pro­stu Synn. Od cza­su do cza­su nie­po­ko­iło go tyl­ko py­ta­nie, co taka ko­bie­ta jak ona może w nim wi­dzieć – w kiep­sko za­ra­bia­ją­cym gli­nia­rzu, o dzie­sięć lat od niej star­szym i za­pra­co­wa­nym tak bar­dzo, że pra­wie w ogó­le nie star­cza mu cza­su ani dla niej, ani dla dzie­ci. Dla­te­go nie­rzad­ko do­cho­dził do wnio­sku, że do­stał od losu coś, na co nie za­słu­żył, i że pew­nie wcze­śniej czy póź­niej bę­dzie mu­siał za to za­pła­cić.

Ale po co się mar­twić na za­pas? Ma prze­cież uda­ne mał­żeń­stwo, dwój­kę dzie­ci; może le­piej po pro­stu być wdzięcz­nym i się cie­szyć. Tak czy siak, nie za­mie­rzał oma­wiać swo­ich roz­te­rek z in­spek­to­rem kry­mi­nal­nym Ro­othem.

– Po­wi­nie­neś zgo­lić tę bro­dę – po­wie­dział. – Gdy­bym był ko­bie­tą, nig­dy bym…

Ro­oth prze­cią­gnął dło­nią po swo­jej szczę­ce i zer­k­nął w lu­ster­ko wstecz­ne.

– Cho­le­ra – rzekł. – Moim zda­niem wca­le nie wy­glą­da źle. Nie je­stem prze­ko­na­ny, czy ty fak­tycz­nie znasz się na ko­bie­tach.

– W po­rząd­ku – od­parł Mün­ster. – Rób, jak chcesz. To co z Meus­sem?

– Chy­ba mu­si­my jak zwy­kle za­pro­sić go na szkla­necz­kę – od­po­wie­dział Ro­oth, za­jeż­dża­jąc wła­śnie przed za­kład me­dy­cy­ny są­do­wej. – Co ty na to?

– Tak chy­ba bę­dzie naj­pro­ściej.

Le­karz me­dy­cy­ny są­do­wej Meus­se nie upo­rał się jesz­cze ze zwło­ka­mi do­star­czo­ny­mi tego dnia, to­też Mün­ster i Ro­oth wo­le­li nie prze­szka­dzać mu w pra­cy i po­sta­no­wi­li po­cze­kać w jego biu­rze.

Przy­szedł ja­kieś dwa­dzie­ścia pięć mi­nut póź­niej, niż się umó­wi­li, i Mün­ster od razu po­znał, że Meus­se ma za sobą cięż­ki dzień. Jego kru­che pta­sie cia­ło bar­dziej niż zwy­kle przy­po­mi­na­ło szkie­let, twarz przy­bra­ła bar­wę po­pio­łu, a oczy za gru­by­mi szkła­mi oku­la­rów jak­by jesz­cze głę­biej za­pa­dły się w oczo­do­łach – jak gdy­by na­pa­trzy­ły się do prze­sy­tu na zło i ze­psu­cie tego świa­ta. Mün­ster miał już dość, kie­dy za­le­d­wie przez pięć se­kund rzu­cił okiem na oka­le­czo­ne cia­ło i przez dzie­sięć se­kund na zdję­cia, a do­my­ślał się, że le­karz są­do­wy ba­brał się w tych gąb­cza­stych zwło­kach co naj­mniej dzie­sięć albo dwa­na­ście go­dzin.

Meus­se przy­wi­tał ich bez słów, po czym zdjął z sie­bie po­pla­mio­ny bia­ły ki­tel i po­wie­sił go na wie­sza­ku koło drzwi. Umył ręce pod kra­nem, a po­tem za­ło­żył le­żą­cą na biur­ku ma­ry­nar­kę. Kil­ka­krot­nie po­gła­dził dło­nią swo­ją kom­plet­nie łysą czasz­kę i wes­tchnął.

– To co, moi pa­no­wie?

– Może le­piej bę­dzie się nam roz­ma­wia­ło przy szkla­necz­ce na­prze­ciw­ko? – za­pro­po­no­wał Ro­oth.

Bar Fix le­żał za­raz po dru­giej stro­nie uli­cy, wy­star­czy­ło wyjść z za­kła­du me­dy­cy­ny są­do­wej tyl­nym wyj­ściem.

Meus­se szedł przo­dem z rę­ka­mi w kie­sze­niach i unie­sio­ny­mi do góry ra­mio­na­mi. Do­pie­ro po spo­rym ge­ne­ve­rze i po­ło­wie ku­fla piwa był go­tów włą­czyć się do roz­mo­wy. I Mün­ster, i Ro­oth spo­ty­ka­li się z nim nie­je­den raz, dla­te­go do­brze wie­dzie­li, że nie ma sen­su go po­na­glać – ani pró­bo­wać mu prze­ry­wać, kie­dy już za­cznie mó­wić. Od­po­wie­dzi na ewen­tu­al­ne py­ta­nia pa­da­ły za­wsze do­pie­ro wte­dy, gdy skoń­czył swo­je spra­woz­da­nie.

– No cóż, moi pa­no­wie – za­czął Meus­se. – Wi­dzę, że pan ko­mi­sarz tym ra­zem się nie po­ja­wił. Co mnie nie dzi­wi. Tra­fi­li­ście na fak­tycz­nie pa­skud­ne zwło­ki. Je­śli wol­no skrom­ne­mu pa­to­lo­go­wi wy­ra­zić ja­kieś ży­cze­nie, to pro­sił­bym, aby­ście w przy­szło­ści wy­ko­py­wa­li je tro­chę wcze­śniej. Nie je­ste­śmy przy­zwy­cza­je­ni do ciał, któ­re leżą i gni­ją Bóg wie jak dłu­go… trzy, mak­sy­mal­nie czte­ry mie­sią­ce, mniej wię­cej taka jest gra­ni­ca. Dziś po po­łu­dniu je­den z mo­ich asy­sten­tów nie dał rady i zo­sta­wił mnie sa­me­go. To fakt.

– No a ile lat mia­ła ofia­ra? – rzu­cił Ro­oth, gdy Meus­se po­chy­lił się nad ku­flem.

– Jak po­wie­dzia­łem: te zwło­ki były nie­przy­zwo­icie nie­ape­tycz­ne.

Nie­ape­tycz­ne, po­wtó­rzył w my­ślach Mün­ster. W tym mo­men­cie przy­po­mnia­ło mu się, że Meus­se opo­wie­dział mu kie­dyś, jak bar­dzo jego ży­cie się zmie­ni­ło i sta­ło się po­nu­re w na­stęp­stwie wy­ko­ny­wa­nia tej nie­wdzięcz­nej pro­fe­sji. Jak w wie­ku trzy­dzie­stu lat zo­stał im­po­ten­tem, jak pięć lat póź­niej opu­ści­ła go żona, jak ma­jąc czter­dziest­kę, prze­szedł na we­ge­ta­ria­nizm, i jak po doj­ściu do pięć­dzie­siąt­ki prze­stał nie­mal cał­ko­wi­cie przyj­mo­wać sta­łe po­kar­my… bo wła­sne cia­ło i jego ży­cio­we funk­cje w mia­rę upły­wu lat ro­bi­ły się dla nie­go co­raz bar­dziej od­py­cha­ją­ce. Wzbu­dza­ją we mnie je­dy­nie wstręt i od­ra­zę – zwie­rzył się pew­ne­go po­po­łu­dnia Mün­ste­ro­wi i Van Ve­ete­re­no­wi, gdy przy ja­kiejś oka­zji wy­pi­li zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż zwy­kle.

Chy­ba nie ma się co dzi­wić, po­my­ślał Mün­ster. To pew­nie na­tu­ral­ne zja­wi­sko.

– Okre­śle­nie, kie­dy w przy­bli­że­niu na­stą­pi­ła śmierć, jest trud­ne – kon­ty­nu­ował Meus­se, za­pa­la­jąc cien­kie­go pa­pie­ro­sa. – Po­wie­dział­bym, że osiem mie­się­cy temu, ale mogę się my­lić o dwa mie­sią­ce w jed­ną albo w dru­gą stro­nę. Wy­ni­ki z la­bo­ra­to­rium bę­dzie­my mie­li za ja­kieś parę ty­go­dni. Oba­wiam się, że je­śli cho­dzi o przy­czy­nę śmier­ci, spra­wa wy­glą­da rów­nie kiep­sko. Pew­ne jest je­dy­nie to, że de­li­kwent umarł dużo wcze­śniej, za­nim zna­lazł się w tym dole. Co naj­mniej dwa­na­ście go­dzin. A może całą dobę. Na dy­wa­nie pra­wie nie ma krwi, w zwło­kach też jest jej mało. Ob­cię­cie gło­wy i oka­le­cze­nie rąk i nóg na­stą­pi­ło wcze­śniej. Mó­wiąc wprost: krew zdą­ży­ła już wy­ciec.

– A jak do­ko­na­no oka­le­cze­nia? – spy­tał Mün­ster.

– Nie­pro­fe­sjo­nal­nie – od­parł Meus­se. – Praw­do­po­dob­nie sie­kie­rą. I to chy­ba nie­zbyt do­brze na­ostrzo­ną, czy­li mu­sia­ło to tro­chę po­trwać.

Wy­pił piwo do ostat­nie­go łyka. Ro­oth wstał, aby przy­nieść na­stęp­ną szklan­kę.

– O przy­czy­nie śmier­ci moż­na po­wie­dzieć je­dy­nie tyle, że mu­sia­ła się kryć w gło­wie.

– W gło­wie? – po­wtó­rzył Ro­oth.

– Tak, w gło­wie – po­twier­dził Meus­se i jak­by dla ja­sno­ści wska­zał pal­cem na swo­ją łysą czasz­kę. – Mógł do­stać kul­kę w łeb albo zgi­nął od cio­su sie­kie­rą, ale tak czy in­a­czej, zmarł wsku­tek ura­zu gło­wy. Po­mi­nąw­szy oka­le­cze­nie i roz­kład, tu­łów jest nie­na­ru­szo­ny… oczy­wi­ście nie bio­rę pod uwa­gę uszko­dzeń wtór­nych spo­wo­do­wa­nych przez wy­głod­nia­łe lisy i wro­ny, któ­re do­bra­ły się do zwłok w paru miej­scach. Ale to są zmia­ny nie­istot­ne. Dy­wan i woda w ro­wie mia­ły dzia­ła­nie nie­ja­ko kon­ser­wu­ją­ce… albo przy­najm­niej spo­wol­ni­ły pro­ces roz­kła­du.

Mün­ster uniósł swo­ją szklan­kę z pi­wem, ale za­raz od­sta­wił ją z po­wro­tem na brud­ny stół.

– Je­że­li cho­dzi o wiek i ce­chy szcze­gól­ne – kon­ty­nu­ował Meus­se nie­stru­dze­nie – sza­cu­je­my, że mógł mieć pięć­dzie­siąt pięć do sześć­dzie­się­ciu lat, sto osiem­dzie­siąt trzy do sze­ściu cen­ty­me­trów wzro­stu i był ra­czej de­li­kat­nej bu­do­wy, są­dząc po lek­kim szkie­le­cie. Po­wie­dział­bym, że był zbu­do­wa­ny do­syć pro­por­cjo­nal­nie. Żad­nych zła­mań ko­ści nóg czy rąk, żad­nych blizn po­ope­ra­cyj­nych. Być może na cie­le znaj­do­wa­ły się inne, bar­dziej po­wierz­chow­ne bli­zny czy na­ro­śle, ale ule­gły roz­kła­do­wi albo przy­le­pi­ły się do dy­wa­nu. Iden­ty­fi­ka­cję do­dat­ko­wo utrud­nia swe­go ro­dza­ju sym­bio­za, do któ­rej do­szło mię­dzy cia­łem a tka­ni­ną dy­wa­nu. Moż­na by po­wie­dzieć, że oba te obiek­ty sto­pi­ły się albo wła­ści­wie roz­pu­ści­ły w so­bie.

– A niech to szlag – ode­zwał się Ro­oth.

– No wła­śnie – od­parł Meus­se. – Ja­kieś py­ta­nia?

– Czy­li nie ma żad­nych zna­ków szcze­gól­nych? – do­py­tał Mün­ster.

Na­gle Meus­se się uśmiech­nął. Jego wą­skie war­gi unio­sły się do góry, od­sła­nia­jąc dwa rzę­dy za­ska­ku­ją­co bia­łych i zdro­wych zę­bów.

– Jest je­den – po­wie­dział, nie po­zo­sta­wia­jąc wąt­pli­wo­ści, że po­wsta­ła sy­tu­acja jest dla nie­go źró­dłem przy­jem­no­ści. Bo oto wresz­cie miał tę po­nu­rą sa­tys­fak­cję, że cho­ciaż przez kil­ka nędz­nych se­kund mógł wy­sta­wić na tor­tu­ry swo­ich roz­mów­ców. Triumf dumy za­wo­do­wej, po­my­ślał Mün­ster.

– Za­kła­da­jąc, że spraw­ca sta­rał się usu­nąć wszyst­ko, co mo­gło­by uła­twić iden­ty­fi­ka­cję, jed­ną rzecz prze­ga­pił – wy­ja­śnił Meus­se.

– Co ta­kie­go? – spy­tał Ro­oth.

– Ją­dro – po­wie­dział krót­ko Meus­se.

– Co? – zdzi­wił się Mün­ster.

– Ofia­ra ma tyl­ko jed­no ją­dro – do­pre­cy­zo­wał Meus­se.

– Trup z jed­nym ja­jem? – za­py­tał Ro­oth z uba­wio­ną miną.

– No pro­szę – rzekł Mün­ster. – To na pew­no bar­dzo nam po­mo­że.

Choć nie była to za­mie­rzo­na iro­nia z jego stro­ny, za­uwa­żył od razu, że swo­ją uwa­gą ura­ził skrom­ne­go le­ka­rza są­do­we­go. Kaszl­nąw­szy, pró­bo­wał od­wró­cić jego uwa­gę i wzniósł szklan­kę do góry, jed­nak na próż­no.

– Je­śli cho­dzi o dy­wan, po­roz­ma­wiaj­cie ju­tro z Van Im­pem. Te­raz mu­szę już iść. Z sa­me­go rana na wa­szych lśnią­cych na wy­so­ki po­łysk biur­kach bę­dzie le­żał ra­port na pi­śmie.

Do­pił swo­je piwo do koń­ca i pod­niósł się z krze­sła.

– Dzię­ki – rzekł Ro­oth.

– Do zo­ba­cze­nia, pa­no­wie – po­że­gnał się Meus­se. – Bę­dzie­my wdzięcz­ni, je­śli w naj­bliż­szych dniach nie przy­wle­cze­cie nam zno­wu ja­kie­goś ko­lej­ne­go zle­ża­łe­go kor­pu­su.

W drzwiach za­trzy­mał się na chwi­lę.

– Ale je­że­li przy­pad­kiem na­tknie­cie się na te bra­ku­ją­ce czę­ści, to ma się ro­zu­mieć, chęt­nie po­skła­da­my wszyst­ko do kupy. Za­wsze do usług.

Mün­ster i Ro­oth sie­dzie­li jesz­cze kil­ka mi­nut, po­pi­ja­jąc piwo.

– Z ja­kie­go po­wo­du moż­na mieć tyl­ko jed­no ją­dro? – spy­tał Ro­oth.

– Nie wiem – od­parł Mün­ster. – Ale jed­no w za­sa­dzie wy­star­czy. Może to dru­gie so­bie uszko­dził. I mu­siał je usu­nąć albo coś w tym ro­dza­ju.

– A nie mógł mu go zjeść ja­kiś zwie­rzak w tym ro­wie?

Mün­ster wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Mnie nie py­taj. Ale sko­ro Meus­se twier­dzi, że nie było go już wcze­śniej, to na pew­no wie, co mówi.

Ro­oth ski­nął gło­wą.

– Cho­ler­nie przy­dat­ny trop – rzekł.

– Owszem – zgo­dził się z nim Mün­ster. – Aku­rat taka in­for­ma­cja jest na pew­no do zna­le­zie­nia we wszyst­kich re­je­strach oso­bo­wych. Uwa­ga: osob­nik z jed­nym ja­jem! Nadal uwa­żasz, że upo­ra­my się z tą spra­wą w cią­gu ty­go­dnia?

– Nie – przy­znał Ro­oth. – Ale rok może nam wy­star­czy. Idzie­my?

Ja­dąc z po­wro­tem na ko­men­dę, pra­wie się nie od­zy­wa­li. Stwier­dzi­li je­dy­nie, że trze­ci męż­czy­zna z li­sty po­ten­cjal­nych kan­dy­da­tów, Piit Cho­ulenz z Hag­mer­la­an, praw­do­po­dob­nie jest za mło­dy, by mógł być bra­ny pod uwa­gę.

Jak wy­ni­ka­ło z da­nych, nie skoń­czył jesz­cze pięć­dzie­się­ciu lat, a choć Meus­se pod­kre­ślał, że do­ko­na­na przez nie­go oce­na wie­ku ofia­ry jest da­le­ce nie­pre­cy­zyj­na, Ro­oth i Mün­ster do­brze wie­dzie­li, że on rzad­ko się myli. Na­wet w czy­stych spe­ku­la­cjach.

Ale już Claus Men­he­vern i Pier­re Koh­ler wcho­dzi­li w ra­chu­bę z całą pew­no­ścią. To­też wia­do­mo było, że każ­dy z nich zaj­mie się swo­im. Nie mu­sie­li się nad tym spe­cjal­nie roz­wo­dzić.

– Któ­re­go chcesz? – spy­tał Ro­oth.

Mün­ster zer­k­nął na na­zwi­ska.

– Może być ten Pier­re Koh­ler – zde­cy­do­wał. – Do­brze by było za­ła­twić to jesz­cze dziś wie­czo­rem.

Ro­oth spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Ja­sne – zgo­dził się. – Do­pie­ro siód­ma. Po­rząd­ny gli­na nie wra­ca do domu przed dzie­wią­tą.