Postaw na mnie - Susan May Warren

Postaw na mnie

0,0

Ivy Madison – młoda prawniczka – przyjeżdża do Deep Haven, gdzie podejmuje pracę na stanowisku asystentki prokuratora hrabstwa. Z nową posadą i nowym miejscem zamieszkania wiąże duże nadzieje, gdyż chce wreszcie zmienić coś w swoim życiu. Jej szef już w pierwszym dniu pracy przestrzega ją, że sprawiedliwość w małym miasteczku ma różne oblicza, łatwo o konflikt interesów z osobami, z którymi siłą rzeczy wchodzi się w codzienne relacje. Ale Ivy to nie przeraża, bo – jak twierdzi – nie zna tu nikogo. Czy rzeczywiście?

Poprzedniego dnia podczas aukcji charytatywnej postawiła na tajemniczego Dareka Christiansena, a wcześniej, jeszcze w czasie studiów prawniczych, sporządziła projekt ugody obrończej dla niejakiego Jensena Atwooda. Świat jest jednak mały…

Postaw na mnie to opowieść o młodych ludziach, których życiowe ścieżki nieco się splątały. Długo trwa, aż zrozumieją, że zanim zacznie się myśleć o przyszłości, trzeba rozliczyć się z przeszłością. A miłość, na którą czekają, jest tak blisko.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Opi­nie o po­wie­ściach Su­san May War­ren z cyklu o Deep Ha­ven

Moje nie­mą­dre ser­ce

„Lek­ka, peł­na we­rwy opo­wieść o dwóch zra­nio­nych du­szach, któ­re od­naj­du­ją mi­łość i nową dro­gę w życiu… do­sko­na­le łą­czy hu­mor i re­alizm”.

PUBLI­SHERS WE­EKLY

„Uro­czy i in­spi­rują­cy ro­mans War­ren ma w so­bie wszyst­ko: chło­pa­ka z są­siedz­twa i księż­nicz­kę za­mknię­tą w swo­jej wie­ży, daw­ne dzie­je i nowe po­cząt­ki, wzrusza­ją­ce mo­men­ty sple­cio­ne z na­dzie­ją na przy­szłość oraz zwykłych, do­świad­czo­nych przez los lu­dzi, któ­rzy ro­bią wszyst­ko, co w ich mocy, aby żyć w zgo­dzie ze swo­ją wia­rą. Po­le­cam ser­decz­nie”.

BO­OKLIST

„Za­chwyca­ją­ca… Hi­sto­ria, któ­ra przy­wo­dzi na myśl za­rów­no film Sta­lo­we ma­gno­lie, jak i po­wie­ści Jan Ka­ron o wsi Mit­ford, lecz po­sia­da tak­że swo­ją wła­sną toż­sa­mość i czar”.

CROS­SWALK.COM

„Na­praw­dę za­chwyca­ją­ca opo­wieść płyną­ca pro­sto z ser­ca”.

RO­MAN­TIC TI­MES

Cień two­je­go uśmie­chu

„War­ren do­sko­na­le przed­sta­wia róż­ne aspek­ty życia na­zna­czo­ne­go mi­ło­ścią, na­dzie­ją i tra­ge­dią. To książ­ka o drugiej szan­sie dla ro­dzi­ny Hu­e­sto­nów, dla tych, któ­rzy się o nich trosz­czą, oraz dla czytel­ni­ków szuka­ją­cych ja­sno­ści w swo­im życiu”.

PUBLI­SHERS WE­EKLY

„Spo­koj­na, lecz przej­mu­ją­ca… Naj­now­sza z in­spi­rują­cych po­wie­ści War­ren to hi­sto­ria o skrywa­nym bólu… Na­dzie­ja ma na koń­cu oka­zję roz­kwit­nąć w peł­ni”.

BO­OKLIST

„Cie­pła i uro­cza opo­wieść z wia­rygod­nymi bo­ha­te­ra­mi i so­lid­ną fa­bu­łą”.

LI­BRA­RY JO­UR­NAL

„War­ren po­tra­fi snuć opo­wieść z ta­kim wdzię­kiem, że czytel­nik daje się cał­ko­wi­cie wcią­gnąć w hi­sto­rię… To pięk­nie na­pi­sa­na książ­ka”.

RO­MAN­TIC TI­MES

„Wy­jąt­ko­wo przy­jem­na w czyta­niu po­wieść, ide­al­na dla dys­kusyj­nych klu­bów książ­ki… albo do czyta­nia sa­me­mu”.

CROS­SWALK.COM

Nie zna­cie mnie

„Wspa­nia­ła opo­wieść, peł­na ro­dzi­ny i wia­ry. Cho­ciaż An­na­li­se zna­la­zła się w sy­tua­cji, z któ­rą czytel­ni­cy nie będą się bez­po­śred­nio iden­tyfi­ko­wać, to dy­le­ma­ty ro­dzin­ne, z ja­ki­mi musi się zma­gać, po­tra­fią au­ten­tycz­nie tra­fić do ser­ca”.

RO­MAN­TIC TI­MES

Nie zna­cie mnie to per­fek­cyj­na mie­szan­ka in­spi­rują­cej hi­sto­rii i ro­man­tycz­ne­go thril­le­ra… Stro­ny tej książ­ki wy­peł­nio­ne są bu­du­ją­cymi roz­wa­ża­nia­mi na te­mat Bo­żych obiet­nic, któ­re po­bło­go­sła­wią two­je ser­ce”.

FRE­SH­FIC­TION.COM

„Emo­cje się­ga­ją tu ze­ni­tu. Po­win­naś roz­wa­żyć czyta­nie z kar­to­nem chu­s­te­czek w po­go­to­wiu, zwłasz­cza przy koń­co­wych roz­dzia­łach”.

IN­SPI­RE­AFI­RE.COM

tytulowa.jpg

Dla Two­jej chwa­ły, Pa­nie

Mój naj­droż­szy Da­re­ku,

w chwi­li, kie­dy pi­szę ten list, wiem już, że scho­wam go w bez­piecz­nym miej­scu. To, co w nim na­pi­szę, bę­dzie ra­czej mo­dli­twą do Boga niż sło­wa­mi dla Cie­bie. A może dzię­ki li­te­rom na stro­nach dzien­ni­ka sło­wa te od­naj­dą ja­koś dro­gę do Two­je­go ser­ca. Może sta­ną się wo­ła­niem, któ­re po­bie­gnie po cien­kiej nit­ce łą­czą­cej mat­kę z dziec­kiem.

Pier­wo­rod­ne dziec­ko jest za­wsze tym, któ­re od­krywa przed do­ros­łymi ta­jem­ni­cę bycia ro­dzi­cem. Za­nim Cię uro­dzi­łam, pa­trzyłam na inne ko­bie­ty i ich po­tom­stwo i za­sta­na­wia­łam się nad wię­zią, jaka bu­du­je się po­mię­dzy dziec­kiem a mat­ką, nad jej mocą, po­tę­gą zdol­ną ukształ­to­wać ko­bie­tę; nad tą wię­zią, któ­ra spra­wia, że ko­bie­ta za­czyna po­kła­dać wszyst­kie swo­je na­dzie­je i ma­rze­nia w ma­łym kłęb­ku życia, któ­re bę­dzie mu­sia­ła wy­cho­wać.

Na­ro­dzi­ny dziec­ka są cu­dow­ne, nie­sa­mo­wi­te, prze­ra­ża­ją­ce, bo oto na­gle two­je ser­ce znaj­du­je się poza two­im cia­łem. Każ­de­go dnia po­dej­mu­jesz ja­kieś ryzyko, gdy opusz­cza two­je ra­mio­na, by po­zna­wać świat. Ty, Da­re­ku, nie oszczę­dza­łeś mo­je­go ser­ca. Przy­sze­dłeś na świat upar­ty, od­waż­ny i głod­ny przy­gód, przez co wie­lo­krot­nie sta­wa­łam na skra­ju wła­snej wia­ry i nie­ustan­nie mo­dli­łam się na ko­la­nach. Tam­te­go dnia, gdy pierw­szy raz zo­ba­czyłam, jak huś­tasz się na tej tak kuszą­cej ga­łę­zi dębu i ze­ska­kujesz z niej do je­zio­ra, po­win­nam już wie­dzieć, że zo­sta­nę pod­da­na pró­bie.

Twoi bra­cia skró­ci­li Two­je imię do Dare[1], a Ty wzią­łeś so­bie to do ser­ca. Nig­dy nie ba­łam się tak bar­dzo, jak wte­dy, gdy wró­ci­łeś do domu z Mon­ta­ny, świe­żo po pierw­szym roku służ­by jako hot­shot[2], świa­dom wła­snej siły. Wie­dzia­łam, że Two­ja przy­szłość za­bie­rze Cię da­le­ko od je­zio­ra Ever­gre­en. Ba­łam się, że za­bie­rze Cię też da­le­ko od dzie­dzic­twa two­jej wia­ry.

Wi­dzieć, jak syn opusz­cza ra­mio­na mat­ki, jest ni­czym w po­rów­na­niu z pa­trze­niem, jak opusz­cza on ra­mio­na Boga. Zda­wa­łeś się nig­dy nie kwe­stio­no­wać wia­ry, któ­rą ra­zem z oj­cem Ci wpo­ili­śmy. Być może wła­śnie to mar­twi­ło mnie naj­bar­dziej, gdyż bez wąt­pli­wo­ści nie moż­na osią­gnąć praw­dzi­we­go zro­zu­mie­nia. Wstrzymywa­łam od­dech, cze­ka­jąc na dzień, w któ­rym to się wy­da­rzy – gdy życie ro­ze­trze cię na proch i spra­wi, że po­rzucisz swo­ją wia­rę.

Ten dzień nad­szedł.

Wró­ci­łeś do domu, na pew­no cia­łem, ale czy du­szą? Gdyby nie Twój syn, może zro­bi­ła­bym rzecz nie do po­myśle­nia – sta­nę­ła­bym na na­szym wy­sy­pa­nym żwi­rem pod­jeź­dzie i za­bro­ni­ła Ci wra­cać, za­bro­ni­ła Ci się cho­wać.

Po­nie­waż to wła­śnie ro­bisz, mój od­waż­ny, śmia­ły naj­star­szy Synu. Cho­wasz się. Zgorzk­nia­ły i po­grą­żo­ny w mro­ku, po­zwo­li­łeś, by po­czucie winy i żal znisz­czyły to, na czym wy­ro­słeś, uwię­zi­ły cię i skra­dły Two­je szczę­ście. Może Ci się wy­da­wać, że bu­du­jesz przy­szłość dla swo­je­go syna, ale bez wia­ry za­brak­nie Ci so­lid­nych pod­staw. Ośro­dek wy­po­czyn­ko­wy Ever­gre­en to coś wię­cej niż tyl­ko miej­sce, to dzie­dzic­two. Fun­da­ment. Wia­ra.

To naj­lep­sze, co mogę Ci ofia­ro­wać. To oraz moje nie­usta­ją­ce mo­dli­twy, by Bóg zbu­rzył mury, któ­re wznio­słeś wo­kół swo­je­go ser­ca.

Da­re­ku, zno­wu sta­łeś się dla mnie ta­jem­ni­cą. Nie wiem, jak mogę Ci po­móc się uwol­nić. Albo przy­wró­cić to, co utra­ci­łeś. Wie­rzę jed­nak, że je­śli dasz Bogu szan­sę, On, ule­czy Two­je ser­ce. Po­da­ruje Ci przy­szłość. Spro­wa­dzi Cię do domu na­praw­dę.

Two­ja ko­cha­ją­ca Mat­ka

[1] Dare, czyli wy­zwa­nie (przyp. tłum.).

[2] Hot­shot – czło­nek eli­tar­nej, do­sko­na­le wy­szko­lo­nej drużyny stra­ża­ków, wy­spe­cja­li­zo­wa­nej w ga­sze­niu po­ża­rów la­sów (przyp. tłum.).

je­den

Ivy Ma­di­son zro­bi­ła­by prak­tycz­nie wszyst­ko, aby tyl­ko zo­stać w za­cisz­nym i pięk­nym mia­stecz­ku Deep Ha­ven.

Na­wet je­śli mu­sia­ła­by kupić męż­czyznę.

Ka­wa­le­ra, ści­śle rzecz uj­mu­jąc, cho­ciaż może nie­ko­niecz­nie akurat tego, któ­ry stał wła­śnie na sce­nie pod­czas do­rocz­nej au­kcji cha­ryta­tyw­nej zor­ga­ni­zo­wa­nej przez służ­by ra­tow­ni­cze Deep Ha­ven. Wy­glą­dał jak ty­po­wy bu­rak z farm pół­noc­nej Min­ne­so­ty: krę­co­ne ciem­no­blond wło­sy, cień za­ro­stu na twa­rzy i czar­ny T-shirt z na­pi­sem: Przy­tul drwa­la – już nig­dy nie wró­cisz do drzew. Ja­sne, ko­szul­ka ład­nie opi­na­ła jego cia­ło i wy­glą­dał im­po­nują­co w swo­ich wy­tar­tych dżin­sach i tra­pe­rach, ale jego uśmiech aż za bar­dzo mó­wił: „No da­lej, dziew­czyny, je­stem wasz”.

Li­cyta­tor do­sko­na­le wie­dział, jak wpływać ze sce­ny na swo­ją publicz­ność. W re­gular­nych od­stę­pach cza­su wy­wo­ływał lu­dzi z tłumu po imie­niu, by za­chę­cić ich do wzię­cia udzia­łu w au­kcji. I zda­wa­ło się, że mia­stecz­ko Deep Ha­ven uwiel­bia swo­ich stra­ża­ków, swo­ich ra­tow­ni­ków me­dycz­nych i po­li­cjan­tów, bo ma­lut­ki pub dla we­te­ra­nów pę­kał w szwach. Kel­ner­ki roz­no­si­ły go­ściom za­mó­wio­ne che­ese­bur­ge­ry z be­ko­nem i pi­kant­ne skrzydeł­ka z kur­cza­ka.

Kie­dy im­pre­za do­bie­gnie koń­ca, na sce­nie po­ja­wi się lo­kal­ny ze­spół mu­zycz­ny. Au­kcja była czę­ścią fe­sti­wa­lu z oka­zji let­nie­go prze­si­le­nia – jed­nej z wie­lu wa­ka­cyj­nych atrak­cji od­bywa­ją­cych się w Deep Ha­ven. Szcze­rze mó­wiąc, wy­da­wa­ło się, że mia­stecz­ko wy­myśla je tyl­ko po to, by przy­cią­gnąć turystów, ale Ivy uzna­ła, że ta kon­kret­na uro­czystość od­bywa się z oka­zji jej przy­jaz­du.

Och, jak bar­dzo ko­cha­ła to mia­stecz­ko. A miesz­ka­ła tutaj tyl­ko nie­ca­ły dzień. Jak do­pie­ro bę­dzie mu­sia­ła je ko­chać pod ko­niec lata, gdy spę­dzi tu trzy mie­sią­ce, ucząc się imion miesz­kań­ców i an­ga­żując się w życie tej miej­sco­wo­ści po­ło­żo­nej nad je­zio­rem.

Dni tułacz­ki z ca­łym jej ubo­gim do­byt­kiem – czte­re­ma wa­liz­ka­mi z se­cond-han­du, roz­pa­da­ją­cym się kar­to­nem peł­nym zdjęć, tor­bą na śmie­ci, w któ­rej znaj­do­wa­ły się książ­ki: Pod­sta­wy re­da­go­wa­nia tek­stów praw­nych, Jak skutecz­nie prze­ko­nywać… wszę­dzie i każ­de­go dnia i Za­bić droz­da, oraz przede wszyst­kim ze sta­rą, zie­lo­ną dam­ką, a wszyst­ko to upcha­ne z tyłu jej czer­wo­ne­go nis­sa­na pa­th­fin­de­ra – do­bie­gły koń­ca.

Czas za­pu­ścić ko­rze­nie. Zna­leźć przy­ja­ciół.

Okej, może kupo­wa­nie przy­ja­cie­la jest nie fair, ale fakt, że jej pie­nią­dze zo­sta­ną prze­ka­za­ne lo­kal­nym służ­bom ra­tow­ni­czym, czynił to zboż­nym ce­lem. A je­śli Ivy na­uczyła się cze­goś, do­ra­sta­jąc w ro­dzi­nach za­stęp­czych, to tego, że na­le­ża­ło wy­ko­rzystywać sys­tem, aby do­stać to, co się chcia­ło.

Po­win­na się roz­pa­ko­wać, gdyż na­za­jutrz od rana roz­po­czyna­ła nową pra­cę. Ale ile cza­su może jej w koń­cu za­jąć akli­ma­tyza­cja w ma­łej, ume­blo­wa­nej ka­wa­ler­ce nad ga­ra­żem na ty­łach księ­gar­ni „Na Pro­gu Nie­ba”? W swo­jej no­wej pra­cy jako asy­stent­ka pro­kura­to­ra hrab­stwa spo­dzie­wa­ła się, że bę­dzie mieć mnó­stwo cza­su wol­ne­go. A więc gdy bar­wy zmierz­chu kusi­ły ją na ro­man­tycz­ny spa­cer wzdłuż por­tu Deep Ha­ven, nie po­tra­fi­ła się im oprzeć.

Nie pa­mię­ta­ła, kie­dy ostat­ni raz wy­bra­ła się na taką „le­ni­wą” prze­chadz­kę. Przy­sta­wa­ła przed wi­tryna­mi skle­pów i czyta­ła ogło­sze­nia o nie­rucho­mo­ściach na sprze­daż, przy­kle­jo­ne do okien lo­kal­nej agen­cji.

Uro­czy, dwupo­ko­jo­wy do­mek z bali nad je­zio­rem Po­plar. Mog­ła so­bie wy­obra­zić, jak za­pach wiecz­nie zie­lo­nych ro­ślin bu­dzi ją co rano, a tak­że ten świer­got kar­dyna­łów i wró­bli, gdy po­pi­ja kawę na we­ran­dzie.

Jed­nak po­do­ba­ła jej się at­mos­fe­ra mia­stecz­ka Deep Ha­ven. Ta po­ło­żo­na na pół­no­cy Min­ne­so­ty, dwie go­dzi­ny od naj­bliż­szych oznak cywi­li­za­cji, osa­da rybac­ka prze­kształ­co­na w miej­sco­wość turystycz­ną mia­ła w so­bie wy­star­cza­ją­co uro­ku, aby wy­cią­gnąć Ivy z bliź­nia­ka w Min­ne­apo­lis i po­zwo­lić jej snuć wiel­kie ma­rze­nia.

Ma­rze­nia o domu, tak na­praw­dę. Swo­im wła­snym miej­scu. Przy­ja­cio­łach. Może na­wet o psie. Tutaj, w tym mia­stecz­ku, któ­re­go cząst­ką mógł być każ­dy, ona tak­że.

Prze­szła obok skle­pu ze sło­dy­cza­mi i pa­miąt­ka­mi oraz obok otwar­te­go okien­ka cu­kier­ni „Naj­lep­sze Pącz­ki na Świe­cie”, skąd do­bie­gał tak cu­dow­ny za­pach, że nie­mal dała się skusić, by zaj­rzeć do środ­ka. Gdy sta­ła na rogu uli­cy, mu­zyka przy­cią­gnę­ła ją do pubu dla we­te­ra­nów. For­dy F-150, je­epy i kil­ka SUV-ów za­ję­ły cały mi­kro­sko­pij­ny par­king o utwar­dzo­nym pod­ło­żu.

Za­trzyma­ła się przed wej­ściem, prze­czyta­ła pla­kat in­for­mu­ją­cy o im­pre­zach od­bywa­ją­cych się dzi­siaj, po czym przez szyby okien­ne zlu­stro­wa­ła wnę­trze. Za ba­rem obi­tym drew­nem i za mnó­stwem dłu­gich pro­sto­kąt­nych sto­łów stał na sce­nie męż­czyzna; trzymał węd­kę.

I wte­dy wła­śnie Deep Ha­ven się­gnę­ło ku niej i zła­pa­ło ją na ha­czyk.

– Wcho­dzisz do środ­ka?

Ob­ró­ci­ła się w stro­nę gło­su i zo­ba­czyła wy­so­kie­go, ciem­no­wło­se­go, do­brze zbu­do­wa­ne­go męż­czyznę w śred­nim wie­ku, ubra­ne­go w dżin­so­wą kurt­kę. Ko­bie­ta o blond wło­sach splo­tła z nim dło­nie.

– Ja…

– No da­lej, wchodź – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta. – Obie­cu­ję, że nie gryzie­my. No, może poza tym tu Eli. Za nie­go nie mogę rę­czyć. – Uśmiech­nę­ła się i pu­ści­ła do niej oko. Ivy po­czuła, że jej ser­ce rzuca się na to łap­czywie. Och, dla­cze­go nig­dy nie na­uczyła się tłumić swo­ich ocze­ki­wań? Prze­cież wie­dzia­ła le­piej.

Eli po­trzą­snął gło­wą i wark­nął żar­to­bli­wie na ko­bie­tę. Ob­ró­cił się w stro­nę Ivy.

– Słuchaj, to wszyst­ko w zboż­nym celu. Na­szej stra­ży po­żar­nej przy­dał­by się nowy wóz, a lu­dzie z po­go­to­wa­nia ra­tun­ko­we­go, któ­rych i tak nie ma zbyt wie­lu, po­trze­bu­ją wię­cej szko­leń. Nie mu­sisz wca­le ni­cze­go kupo­wać, ale mo­żesz po­móc pod­bić staw­kę. – Mrugnął do niej po­ro­zu­mie­waw­czo. – Tyl­ko ni­ko­mu nie mów, że to po­wie­dzia­łem.

Ivy za­śmia­ła się.

– Je­stem Ivy Ma­di­son – przed­sta­wi­ła się, tryska­jąc aż za du­żym en­tuzja­zmem. – Asy­stent­ka pro­kura­to­ra hrab­stwa.

– Oczywi­ście. Po­win­nam od­gad­nąć. Eli i No­el­le Hu­e­sto­no­wie. – No­el­le po­da­ła jej dłoń. – Eli to były sze­ryf. Dla­te­go wła­śnie przy­szli­śmy tu z na­szą ksią­żecz­ką cze­ko­wą. No chodź, po­wiem ci, kogo po­win­naś li­cyto­wać.

Kogo po­win­na li­cyto­wać?

Ivy we­szła za nimi do środ­ka, ob­rzu­ca­jąc wzro­kiem za­tło­czo­ne po­miesz­cze­nie. Zdję­cia żoł­nie­rzy wi­sia­ły w me­ta­lo­wych ram­kach ra­zem z li­stą człon­ków sto­wa­rzysze­nia we­te­ra­nów oświet­loną neo­no­wą re­kla­mą baru. Za­pa­chy sma­żo­ne­go w głę­bo­kim tłusz­czu kur­cza­ka buf­fal­lo wings, piwa i bra­ter­stwa bro­ni wgryzły się w ciem­ne pa­ne­le na ścia­nach.

Wo­kół sto­łu bi­lar­do­we­go z tyłu po­miesz­cze­nia usta­wił się rząd lu­dzi – męż­czyzn wy­glą­da­ją­cych na daw­ne gwiaz­dy spor­tu. Na okrą­głych sto­li­kach sta­ły ich na­po­je, głów­nie piwo lub cola. Dwóch męż­czyzn gra­ło w rzut­ki, ce­lu­jąc do elek­tro­nicz­nej tar­czy.

W pew­nym mo­men­cie wzrok Ivy za­trzymał się na męż­czyź­nie sie­dzą­cym sa­mot­nie obok gra­ją­cej sza­fy. Prze­szył ją dreszcz, gdy go roz­po­zna­ła.

Jen­sen Atwo­od.

Przez mo­ment za­sta­na­wia­ła się, czy do nie­go nie za­ga­dać – może po­win­na się przed­sta­wić, po­wie­dzieć mu: to ja byłam au­tor­ką two­jej wspa­nia­łej ugo­dy obroń­czej. Tak, to był na­praw­dę nie­zły ka­wał praw­ni­czej ro­bo­ty. Taki, dzię­ki któ­re­mu wy­lą­do­wa­ła tutaj, po­dej­mu­jąc wy­śnio­ną pra­cę w wy­śnio­nym mia­stecz­ku.

Ale No­el­le ob­ró­ci­ła się i kiw­nę­ła gło­wą, by Ivy po­szła za nią. Po­dą­żyła więc do wska­za­ne­go wol­ne­go sto­li­ka.

– Co roku, w ostat­ni wie­czór fe­sti­wa­lu z oka­zji let­nie­go prze­si­le­nia, od­bywa się tutaj au­kcja cha­ryta­tyw­na. Zro­bi­ło się z niej praw­dzi­we wy­da­rze­nie – wy­ja­śni­ła No­el­le, da­jąc znak kel­ner­ce. Kie­dy ta do nich po­de­szła, Eli za­mó­wił kube­łek skrzyde­łek z kur­cza­ka i kil­ka kok­taj­li cze­ko­la­do­wych. Ivy po­pro­si­ła o colę.

– Co wy­sta­wia­ją na au­kcji?

– Sprzęt do węd­ko­wa­nia, ło­dzie, od­śnie­żar­ki. Cza­sa­mi wa­ka­cje w Can­cún. Wszyst­ko, co lu­dzie chcą prze­ka­zać na cele cha­ryta­tyw­ne. Ale w tym roku przy­go­to­wa­li coś spe­cjal­ne­go. – No­el­le po­chyli­ła się bli­żej. Jej oczy błysz­cza­ły fi­glar­nie. Ivy zdą­żyła już ją po­lu­bić. No i po­do­bał jej się spo­sób, w jaki Eli trzymał jej dłoń za­mknię­tą w swo­jej. Ja­kie to musi być uczucie, być tak ko­cha­nym? Mi­łość tego ro­dza­ju… cóż, Ivy mia­ła spo­ro ma­rzeń, a wszyst­kie po­kła­da­ła w życiu tutaj, w Deep Ha­ven.

– Co ta­kie­go? – do­pytywa­ła się Ivy.

– Wy­sta­wią na au­kcji lo­kal­nych ka­wa­le­rów.

Do­kład­nie w tym mo­men­cie, jak na ko­men­dę, pierw­szy ka­wa­ler – drwal – wy­szedł na sce­nę.

Ivy upi­ła łyk coli, ob­ser­wując re­ak­cję roz­en­tuzja­zmo­wa­ne­go tłumu.

– Bę­dziesz li­cyto­wać? – za­pyta­ła No­el­le.

Ivy wzruszyła ra­mio­na­mi.

Drwal zo­stał sprze­da­ny za dwie­ście do­la­rów – za dro­go, jak na gust Ivy – ko­bie­cie, któ­ra mia­ła na gło­wie opa­skę z przy­mo­co­wa­nymi do niej ro­ga­mi ło­sia. Męż­czyzna, scho­dząc ze sce­ny, na­piął dla niej mię­śnie, na co tłum osza­lał.

Po nim miej­sce na sce­nie za­jął gład­ko ogo­lo­ny, przy­stoj­ny mło­dzie­niec, cze­mu to­wa­rzyszyły dzi­kie okrzyki młod­szej czę­ści wi­dow­ni na prze­dzie.

– To mój syn – po­wie­dzia­ła No­el­le, ba­wiąc się świet­nie. Chło­pak wy­glą­dał na ja­kieś dzie­więt­na­ście albo dwa­dzie­ścia lat i miał na so­bie T-shirt Uni­wer­sy­te­tu Min­ne­so­ta Du­luth. Był zbu­do­wa­ny jak spor­to­wiec i roz­ta­czał wo­kół sie­bie od­po­wied­nią aurę pew­no­ści sie­bie. – Gra w ko­szyków­kę w UMD Bul­l­dogs – cią­gnę­ła No­el­le. Jako pierw­sza wy­krzyk­nę­ła kwo­tę, czym ścią­gnę­ła na sie­bie gniew­ny wzrok chło­pa­ka sto­ją­ce­go na sce­nie.

W pierw­szym rzę­dzie roz­po­czę­ła się woj­na mię­dzy kon­kurują­cymi frak­cja­mi.

– Po­win­nam do­łą­czyć do li­cyta­cji? – spyta­ła Ivy. Nie za bar­dzo wie­dzia­ła­by, co zro­bić z ka­wa­le­rem dzie­sięć lat młod­szym od niej. Może sko­sił­by dla niej traw­nik.

– Nie. Za­cho­waj swo­je pie­nią­dze na Owe­na Chri­stian­se­na.

Pew­nie to ko­lej­ny drwal pro­sto z lasu, we fla­ne­lo­wej ko­szuli i ma­nie­rach niedź­wie­dzia gri­zli. Ivy uśmiech­nę­ła się sztucz­nie.

– Może o nim słysza­łaś? Gra w ho­ke­ja w Min­ne­so­ta Wild.

– Nie, przy­kro mi.

– To taka lo­kal­na gwiaz­da. Grał w na­szej mia­stecz­ko­wej drużynie, a po­tem Wild wzię­ło go do sie­bie za­raz po szko­le śred­niej.

– Nie je­stem ja­kąś spe­cjal­ną fan­ką ho­ke­ja.

– Ko­cha­na, nie mo­żesz żyć w Deep Ha­ven i nie być fan­ką ho­ke­ja. – No­el­le wy­szcze­rzyła się do niej, po czym ob­ró­ci­ła się, gdy kel­ner­ka przy­nio­sła skrzydeł­ka.

Ivy zi­gno­ro­wa­ła to, choć te sło­wa tra­fi­ły w czuły punkt i ukłuły ją w ser­ce. Ale ona wła­śnie chcia­ła żyć w Deep Ha­ven…

No­el­le pod­sunę­ła jej skrzydeł­ko, lecz Ivy od­mó­wi­ła.

– Ro­dzi­ce Owe­na, John i In­grid Chri­stian­se­no­wie, pro­wa­dzą ośro­dek wy­po­czyn­ko­wy ja­kieś pięć mil za mia­stem. To sche­da ro­dzin­na. Jego pra­pra­dzia­dek przy­był tutaj na po­cząt­ku dzie­więt­na­ste­go wie­ku i za­ło­żył obo­zo­wi­sko. Pra­co­wał przy wy­rę­bie lasu. Z cza­sem sie­dli­sko to zmie­ni­ło się w mod­ne miej­sce wy­po­czyn­ko­we na pół­noc­nym wy­brze­żu, cho­ciaż przy dzi­siej­szym sta­nie go­spo­dar­ki, pew­nie mają kło­po­ty, tak jak resz­ta ośrod­ków w Deep Ha­ven. Je­stem pew­na, że udział Owe­na w au­kcji jest pró­bą uzys­ka­nia dar­mo­wej re­kla­my. Owen to naj­młod­sze z sze­ścior­ga dzie­ci Chri­stian­se­nów. Je­stem pew­na, że ich spo­tkasz. Czwór­ka ich dzie­ci wciąż miesz­ka w Deep Ha­ven.

Rudo­wło­sa ko­bie­ta wy­gra­ła ka­wa­le­ra pre­zen­tują­ce­go się na sce­nie i po­bie­gła ode­brać swo­ją na­gro­dę. Ivy ucie­kła do dam­skiej to­a­le­ty.

A co, je­śli fak­tycz­nie wy­li­cytuje Owe­na? Tak na­praw­dę tym, cze­go po­trze­bo­wa­ła w życiu, był praw­dzi­wy ka­wa­ler. Ktoś, w kim mo­gła­by się za­ko­chać, ktoś, kto mógł­by z ła­two­ścią zła­mać jej ser­ce.

Może mo­gła­by po­pro­sić rze­czo­ne­go ka­wa­le­ra, aby opro­wa­dził ją po Deep Ha­ven i na­uczył ją cze­goś o ho­ke­ju. Na pew­no po­ka­zując się z lo­kal­ną gwiaz­dą, zyska­ła­by tro­chę w oczach miesz­kań­ców mia­stecz­ka.

Słysza­ła stłumio­ne sło­wa, gdy li­cyta­tor na­krę­cał tłum, za­po­wia­da­jąc ko­lej­ne­go uczest­ni­ka, a po­tem ni­kłe okla­ski, gdy atrak­cja wie­czo­ru po­ja­wi­ła się na sce­nie. Wy­szła z ła­zien­ki i sta­nę­ła przy ba­rze, by przyj­rzeć się do­kład­nie bo­ha­te­ro­wi mia­stecz­ka.

W tych pół­noc­nych la­sach na­praw­dę ho­do­wa­no ol­brzymów. Z tymi swo­imi sze­ro­ki­mi ba­ra­mi zde­cydo­wa­nie wy­glą­dał na ho­ke­jo­we­go mi­strza. Na jego mu­skular­nych ra­mio­nach opi­na­ła się ciem­no­zie­lo­na ko­szula z na­pi­sem: Ośro­dek Ever­gre­en – wspo­mnie­nia, któ­re będą żyć wiecz­nie. Stał w po­zycji spo­cznij, jak to bywa w woj­sku. Miał na so­bie przy­le­ga­ją­ce dżin­sy i tra­pe­ry. Męż­czyzna wy­glą­dał jak for­te­ca nie do zdo­bycia, a na twa­rzy nie miał ani śla­du chę­ci za­re­kla­mo­wa­nia się. I to wszyst­ko, je­śli cho­dzi o pod­bi­cie serc wi­dow­ni.

Wła­ści­wie, używa­jąc je­dyne­go ter­mi­nu ho­ke­jo­we­go, jaki zna­ła Ivy, wy­glą­dał, jak­by ktoś wła­śnie pchnął go moc­no na ban­dę, co spra­wi­ło, że na­ba­wił się przez to per­ma­nent­ne­go gryma­su iryta­cji. Wca­le nie po­do­ba­ło mu się, że stał na sce­nie w miej­sco­wym pubie jako głów­na atrak­cja wie­czo­ru.

– No da­lej, kto roz­pocz­nie li­cyta­cję na­sze­go ka­wa­le­ra z Deep Ha­ven?

Ivy ro­zej­rza­ła się po po­miesz­cze­niu. Za­pa­dła ci­sza jak ma­kiem za­siał. W po­wie­trzu dało się wy­czuć coś nie­do­bre­go. Spoj­rza­ła w stro­nę, gdzie sie­dział Jen­sen Atwo­od, ale już go tam nie było.

Męż­czyzna na sce­nie prze­łknął śli­nę. Po­ruszył się ner­wo­wo. Za­ci­snął war­gi. Och, bied­ny Owen. Ser­ce wa­li­ło jej moc­no w klat­ce pier­sio­wej. Wie­dzia­ła bar­dzo do­brze, ja­kie to uczucie być nie­chcia­nym.

– Sto do­la­rów? Kto wyda tyle na na­sze­go miej­sco­we­go bo­ha­te­ra?

Prze­sunę­ła wzro­kiem po sali, wi­dząc, jak bywal­cy od­wra­ca­ją gło­wy jak­by z za­wstydze­niem. Na­wet Eli i No­el­le za­pa­trzyli się na­gle w swo­je je­dze­nie.

Owen wes­tchnął i po­krę­cił gło­wą.

I wła­śnie wte­dy, wskutek tej sy­tua­cji, z klat­ki pier­sio­wej Ivy wy­do­były się sło­wa:

– Pięć­set do­la­rów!

Wszyst­kie gło­wy od­wró­ci­ły się w jej stro­nę. Po­czuła sza­lo­ną, co było zro­zu­mia­łe, chęć uciecz­ki. Ale sło­wo się rze­kło, a więc zro­bi­ła krok do przo­du w stro­nę sce­ny.

– Sta­wiam pięć­set do­la­rów – po­wtó­rzyła, sta­ra­jąc się opa­no­wać drże­nie gło­su.

Ivy zer­k­nę­ła na No­el­le, spo­dzie­wa­jąc się apro­ba­ty, ale za­miast tego zo­ba­czyła spa­ni­ko­wa­ny wy­raz jej twa­rzy. Czy to nie ona su­ge­ro­wa­ła, by Ivy li­cyto­wa­ła tego męż­czyznę?

I wte­dy ze sce­ny usłysza­ła:

– Wszyst­ko pa­suje! Sprze­da­ny tej pięk­nej pani w bia­łej kurt­ce. Pro­szę pani, pro­szę wejść na sce­nę i ode­brać swo­ją na­gro­dę.

Wciąż ża­den z uczest­ni­ków tej za­ba­wy się nie ode­zwał – nie było ani wi­wa­tów, ani okrzyków zgro­zy, nic. Ivy prze­łknę­ła śli­nę i spoj­rza­ła w oczy ka­wa­le­ro­wi sto­ją­ce­mu na sce­nie.

– Spo­tkam się z nim przy ba­rze – po­wie­dzia­ła ci­chut­kim gło­sem.

Owen, po­dob­nie jak Ivy, po­czuł ulgę, że nie mu­szą od­sta­wiać ra­zem ja­kie­goś publicz­ne­go spek­ta­klu. Zszedł ze sce­ny, a li­cyta­tor za­po­wie­dział mu­zyków. Męż­czyź­ni z tyłu po­miesz­cze­nia wzno­wi­li grę w bi­lard.

Ivy nie mo­gła się po­wstrzymać. Przy­sunę­ła się do No­el­le.

– O co cho­dzi? Wiem, że wy­da­je się tro­chę nie­okrze­sa­ny, ale…

– To nie jest Owen – od­par­ła No­el­le, wy­cie­ra­jąc pal­ce w ser­wet­kę. Skie­ro­wa­ła wzrok w ja­kiś punkt za ple­ca­mi Ivy; pew­nie spoj­rza­ła na ob­ce­go, któ­re­go ona wła­śnie kupi­ła.

– Słucham?

– Owen nie mógł przy­je­chać. To Da­rek Chri­stian­sen. Jego star­szy brat.

Ivy ob­ró­ci­ła się, od­na­la­zła wzro­kiem męż­czyznę, któ­ry prze­dzie­rał się przez tłum. Nie za­trzymał się, by po­dać ko­mu­kol­wiek rękę albo na­wet po­kle­pać kum­pli po ple­cach.

Wy­glą­da­ło na to, że wła­śnie kupi­ła czło­wie­ka któ­ry w Deep Ha­ven był out­si­de­rem.

No­el­le po­twier­dzi­ła tę kon­klu­zję.

– Przy­go­tuj się, ko­cha­na. Kupi­łaś wła­śnie naj­mniej po­żą­da­ne­go ze wszyst­kich ka­wa­le­rów w mia­stecz­ku.

***

Da­rek o ni­czym in­nym nie myślał, jak tyl­ko ruszyć przed sie­bie, wyjść z pubu, do­trzeć do swo­je­go je­epa, wci­snąć gaz do de­chy i ruszyć w górę wzgó­rza.

By się scho­wać.

Za­mor­du­je Owe­na, gdy zo­ba­czy go na­stęp­nym ra­zem, co ra­czej nie zda­rzy się szyb­ko, bio­rąc pod uwa­gę sta­tus gwiaz­dy tego dzie­cia­ka. Sor­ry, bra­cie. Nie zdą­żę dzi­siaj – mam se­sję zdję­cio­wą. Jak­by Owen nie mógł po­myśleć o tym wcze­śniej, może ja­koś po­prze­sta­wiać swój aż tak na­pię­ty har­mo­no­gram? Ale Owen nie myślał o ni­czym wię­cej, jak o tre­nin­gach, po­pra­wie cel­no­ści swo­ich strza­łów i ak­tua­li­zo­wa­niu sta­tusu na Fa­ce­bo­oku. Gdy Da­rek spraw­dzał ostat­ni raz, jego dwudzie­sto­jed­no­let­ni młod­szy brat miał 32 876 fa­nów.

Da­rek miał u sie­bie może oko­ło trzydzie­stu ośmiu zna­jo­mych. Nie żeby li­czył, ale wy­da­wa­ło mu się to ja­kimś tam pod­sumo­wa­niem jego życia.

Od razu, jak tyl­ko roz­łą­czył się z Owe­nem, po­wi­nien czmych­nąć – za­ła­do­wać Ti­ge­ra do je­epa, przy­cze­pić łódź i po­je­chać nad ja­kieś krysta­licz­nie czyste je­zio­ro. Cho­ciaż to wła­śnie wy­buch zło­ści i za­po­mnie­nie o swo­ich obo­wiąz­kach spra­wi­ły, że zna­lazł się w tym miej­scu.

Kie­ro­wa­ła nim wy­raź­nie próż­na na­dzie­ja, że pięt­no znik­nę­ło, że plot­ki może wresz­cie się skoń­czyły i znów mógł stać się po­żą­da­nym ka­wa­le­rem. Kimś, kto po pro­stu chciał za­cząć od nowa, dla sie­bie i dla swo­je­go syna.

Nie­mal gro­bo­wa ci­sza, któ­ra za­pa­dła, gdy wy­wo­ła­no jego imię, a on za­jął miej­sce Owe­na, po­twier­dzi­ła, że nie, nic nie zo­sta­ło mu za­po­mnia­ne.

Da­rek prze­ci­snął się koło baru, gdzie oczywi­ście jego ko­le­dzy z li­ceum za­ofe­ro­wa­li mu wy­mu­szo­ne uśmie­chy.

Nie za­uwa­żył, aby ktoś inny z daw­nej drużyny Deep Ha­ven Hu­skies rwał się, aby sprze­dać swo­je… no, może nie do koń­ca cia­ło, ale ona prze­cież nie ocze­ki­wa­ła praw­dzi­wej rand­ki, praw­da? Sam więc nie był pew­ny, co tak na­praw­dę sprze­da­wał.

Da­rek spoj­rzał na swo­je­go ojca Joh­na, któ­ry sie­dział z tyłu sali i trzymał w rę­kach spri­te’a. Był męż­czyzną o po­sturze wspo­ma­ga­ją­ce­go – więk­szy od każ­de­go ze swo­ich sy­nów. W cza­sach swej mło­do­ści grał w Min­ne­so­ta Go­phers. To, że nadal jest oto­czo­ny gra­cza­mi w ho­ke­ja, moż­na przy­pi­sać lo­do­wi­sku, któ­re każ­de­go stycz­nia wy­dzie­lał na je­zio­rze.

– Do­bra ro­bo­ta, synu – po­wie­dział oj­ciec, ła­piąc go za ra­mię.

– To był zły po­mysł – zrzę­dził Da­rek, opóź­nia­jąc swo­je wyj­ście.

– Pięć­set do­la­rów wca­le nie brzmi jak zły po­mysł. Byłeś dzi­siaj naj­droż­szym ka­wa­le­rem. Na pew­no wie­ści się roz­nio­są.

– Hur­ra – od­parł Da­rek. Ale jego oj­ciec miał ra­cję. Uda­ło mu się wy­wo­łać nie­co za­mie­sza­nia, co być może prze­ło­ży się pew­ne­go dnia na pro­fi­ty dla ich wa­ka­cyj­ne­go ośrod­ka na brze­gu je­zio­ra – Ever­gre­en Lod­ge Out­fit­ter and Ca­bin Ren­tals. Tę na­zwę więk­szość osób skra­ca­ła, mó­wiąc po pro­stu ośro­dek wy­po­czyn­ko­wy Ever­gre­en.

– Znasz tę ko­bie­tę, któ­ra cię wy­li­cyto­wa­ła?

Da­rek ro­zej­rzał się po pubie, by ją od­na­leźć. Nie mógł jej zo­ba­czyć zbyt do­brze ze sce­ny, bo świa­tła świe­ci­ły mu pro­sto w twarz, ale zda­wa­ło mu się, że do­strzegł rudziel­ca w bia­łej ba­weł­nia­nej kurt­ce, z wło­sa­mi ze­bra­nymi w nie­dba­ły kucyk. Nie była wy­so­ka, mia­ła może oko­ło me­tra sześć­dzie­siąt i na­le­ża­ła ra­czej do tych bar­dziej za­okrą­glo­nych ko­biet.

Spo­strzegł ją te­raz – sie­dzia­ła obok No­el­le Hu­e­ston. Pa­trzyła na nie­go, jak gdyby wła­śnie kupi­ła… no cóż, dia­bła.

Da­rek od­wró­cił gło­wę, za­ci­ska­jąc po­nuro usta.

– Nie, nie znam jej.

Jego oj­ciec mą­drze tego nie sko­men­to­wał. Za­miast tego upił łyk spri­te’a i rzekł:

– Jest ład­na.

– Na­stęp­nym ra­zem, gdy bę­dziesz sprze­da­wać swo­ją ro­dzi­nę, wy­bierz in­ne­go syna.

Gdy ob­ra­cał się do wyj­ścia, za­uwa­żył na twa­rzy ojca uśmie­szek, co jesz­cze bar­dziej po­psuło mu hu­mor.

Nikt z Deep Ha­ven, do­słow­nie nikt, nie zde­cydo­wał się za­ofe­ro­wać za nie­go swo­ich pie­nię­dzy. Co aż tak bar­dzo róż­ni­ło go od in­nych, po­wiedz­my od tych dwóch wcze­śniej­szych ka­wa­le­rów?

Okej, może to nie było do­brze sfor­mu­ło­wa­ne pyta­nie. Ża­den z nich nie miał przy­kle­jo­nej łat­ki naj­młod­sze­go wdow­ca w mie­ście, a li­tość czy dez­apro­ba­ta nie to­wa­rzyszyły ich każ­de­mu kro­ko­wi.

Spoj­rzał w stro­nę, gdzie wcze­śniej sie­dział Jen­sen Atwo­od, za­do­wo­lo­ny z sie­bie, bo­ga­ty, ubra­ny w wy­myśl­ną skó­rza­ną kurt­kę, z krót­ki­mi wło­sa­mi za­cze­sa­nymi do tyłu i po­gar­dą w oczach. Tak, wi­dział go, jak sie­dzi z tyłu, obok sza­fy gra­ją­cej, myśląc, że nikt go nie zo­ba­czy. Miał nie­zły tupet, aby się tu po­ja­wić. Da­rek naj­chęt­niej rzucił­by się na nie­go ze sce­ny. Ta­kie show do­pie­ro skło­ni­ło­by miej­sco­wych do wy­da­wa­nia pie­nię­dzy – kon­fron­ta­cja po­mię­dzy Jen­se­nem i Da­re­kiem. Wresz­cie.

Za­miast tego pa­trzył się na nie­go złym wzro­kiem tak dłu­go, aż Jen­sen uciekł. Pod­nio­sło mu to ci­śnie­nie, dało Da­re­ko­wi siłę, by stać tam jak idio­ta, pod­czas gdy miesz­kań­cy mia­stecz­ka wier­ci­li się nie­zręcz­nie na sie­dze­niach.

Aż do chwi­li, kie­dy ode­zwa­ła się ta bo­ga­ta pa­nien­ka.

Pięć­set do­la­rów.

Wow, na­praw­dę zmar­no­wa­ła na nie­go te pie­nią­dze.

Jaka ko­bie­ta była skłon­na za­pła­cić pięć­set do­la­rów za fa­ce­ta, któ­re­go na­wet nie zna­ła? Oby tyl­ko nie ocze­ki­wa­ła praw­dzi­wej rand­ki. Nie był ty­pem fa­ce­ta od praw­dzi­wych ran­dek.

Wła­ści­wie nie był ty­pem od żad­nych ran­dek.

Da­rek po­krę­cił gło­wą i wy­szedł z baru.

Za­trzymał się na chwi­lę na chod­ni­ku, bio­rąc głę­bo­ki wdech świe­że­go po­wie­trza, by po­zbyć się smro­du sta­rych pa­pie­ro­sów, whi­sky i plo­tek, któ­re ob­le­pia­ły go jak sa­dza. Na nie­bie po­ja­wił się już księ­życ i za­wisł nad mia­stem. Jego mlecz­ne świa­tło pa­da­ło na mar­ket, ka­wiar­nię „Blue Mo­ose” i zbie­ra­ło się w por­cie jak lu­kier nad fa­la­mi je­zio­ra.

Czuł w klat­ce pier­sio­wej ło­mot ser­ca i był wście­kły, że ła­two opa­no­wywa­ło go po­czucie winy, spra­wia­jąc, że zmie­niał się w gbu­ra. Po­wi­nien przy­najm­niej prze­łknąć dumę – a przy­najm­niej to, co z niej zo­sta­ło – i spo­tkać się z ko­bie­tą, któ­ra wy­bu­li­ła za nie­go tyle pie­nię­dzy. Na cele do­bro­czyn­ne.

Za­miast tego od­su­nął się od drzwi i wy­do­był ko­mór­kę z kie­sze­ni, by za­dzwo­nić do domu.

– Hej, a ty do­kąd się wy­bie­rasz?

Ob­ró­cił się, wci­ska­jąc „za­kończ”. Jego „wła­ści­ciel­ka” wy­szła za nim z pubu. Kula ogni­sta z zie­lo­nymi ocza­mi i pie­ga­mi, w bia­łej kurt­ce, któ­rą za­pa­mię­tał, za­rzuco­nej na T-shirt, a na szyi zie­lo­ny sza­lik. Się­ga­ła mu ja­koś do ra­mie­nia, ale nie mia­ła opo­rów, by ener­gicz­nie oprzeć dło­nie na bio­drach i wy­cią­gnąć się ku nie­mu na pal­cach.

– Myśla­łam, że mamy rand­kę.

– Czy tego wła­śnie chcesz? Rand­ki? – Nie chciał, aby za­brzmia­ło to tak ostro, na­wet gniew­nie, więc nie mógł jej wi­nić, że otwo­rzyła usta i wy­glą­da­ła, jak­by ją spo­licz­ko­wał.

– Nie, ja, hm…

– A więc cze­mu mnie kupi­łaś? I dla­cze­go wy­da­łaś aż pięć­set do­la­rów? Rany, pa­niu­siu, mu­sisz być na­praw­dę zde­spe­ro­wa­na czy coś.

Wow. Mu­siał cał­kiem stra­cić kon­tro­lę nad wszyst­kim, co przy­zwo­ite w jego wnę­trzu. Ale nie po­do­ba­ło mu się to uczucie bycia po­ni­ża­nym.

Ani bycia czyjąś wła­sno­ścią.

Tak na­praw­dę cała ta hi­sto­ria spra­wi­ła, że czuł się uwię­zio­ny i mały. Miał już tego ser­decz­nie dość, zde­cydo­wa­nie.

Jej usta się za­mknę­ły. Zmarsz­czyły.

– Nie je­stem zde­spe­ro­wa­na. Je­śli chcesz znać praw­dę, zro­bi­ło mi się cie­bie żal.

Pew­nie mu się to na­le­ża­ło, cho­ciaż sło­wa te za­sko­czyły go. Jed­nak nie dał tego po so­bie po­znać. Wo­lał po pro­stu ga­pić się na nią zim­nym wzro­kiem, cze­go na­uczył się przez lata na lo­do­wi­sku.

– No do­bra, a więc skończ­my to szyb­ko. Cze­go chcesz?

– Ja…

– Po­win­naś wie­dzieć, że nie je­stem taki jak inni fa­ce­ci tutaj. Je­śli szukasz jed­no­ra­zo­wej przy­go­dy, tra­fi­łaś pod zły ad­res. Mogę umó­wić cię z któ­rymś z mo­ich ko­le­gów…

– Wow. Trzymaj się ode mnie z da­le­ka. – Ob­ró­ci­ła się na pię­cie i za­czę­ła od­cho­dzić wzdłuż chod­ni­ka. Zo­rien­to­wał się, że za­cho­wał się jak łaj­dak pierw­szej kla­sy.

– Po­cze­kaj!

Unio­sła dłoń.

– Za­po­mnij! Mia­łeś ra­cję, to był zły po­mysł.

Po­biegł za nią. O rany, nie­źle prze­bie­ra­ła no­ga­mi, zwa­żyw­szy, że jest nie­wy­so­ką ko­bie­tą.

– Słuchaj, prze­pra­szam. Na­praw­dę. Po pro­stu zde­cydo­wa­nie nie chcesz iść ze mną na rand­kę. Mogę się za­ło­żyć, że je­śli po­pro­sisz, to od­da­dzą ci pie­nią­dze.

– Nie chcę ich.

Nie za­trzyma­ła się. Mu­siał iść na­praw­dę szyb­ko, by do­trzymać jej kro­ku.

– A więc cze­go chcesz? Dla­cze­go mnie kupi­łaś?

Sta­nę­ła wresz­cie, od­dy­cha­jąc cięż­ko. Przy­ci­snę­ła pal­ce do oczu. Och nie, nie pła­ka­ła chyba, praw­da?

Prze­łknął śli­nę, czując, jak gar­dło pali go żywym ogniem. Jego sło­wa roz­brzmie­wa­ły mu w gło­wie i ża­ło­wał, że jest fa­ce­tem, któ­ry za­wsze bez­myśl­nie rani lu­dzi.

Je­steś taki sa­mo­lub­ny. Fe­li­ci­ty, w jego gło­wie. Za­wsze w jego gło­wie.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział ci­cho, wkła­da­jąc ręce do kie­sze­ni. Wiatr po­rwał jego sło­wa, uno­sząc je w stro­nę je­zio­ra. – Po pro­stu je­stem ostat­nią oso­bą, z któ­rą chcesz być wi­dzia­na na mie­ście.

Wes­tchnę­ła, od­wra­ca­jąc twarz od nie­go.

– Cóż, nie mam ni­ko­go in­ne­go. – Jej głos wy­da­wał się taki wą­tły, że przedarł się przez całą jego złość i iryta­cję.

Za­gnieź­dził się w jego wnę­trzu, tam, gdzie było miej­sce Ti­ge­ra. Zła­go­dził swój ton.

– Przy­je­cha­łaś tutaj na we­ekend?

– Nie. Miesz­kam tutaj – od­par­ła z prze­ko­na­niem, jak­by prze­ko­nując samą sie­bie.

Na­praw­dę?

– Znam pra­wie wszyst­kich w tym mie­ście…

– Wpro­wa­dzi­łam się tu wczo­raj. Je­stem nową asy­stent­ką pro­kura­to­ra hrab­stwa.

Ups. Słyszał, że obec­na asy­stent­ka zre­zygno­wa­ła, by zo­stać w domu ze swo­im nowo na­ro­dzo­nym dziec­kiem. Bę­dzie tę­sk­nił za tym, jak to­le­ro­wa­ła jego co­mie­sięcz­ne te­le­fo­ny. Ale ktoś mu­siał w koń­cu mieć oko na Jen­se­na, praw­da? Spoj­rzał na tę zde­ner­wo­wa­ną bab­kę i skrzywił się, wy­obra­ża­jąc so­bie jej re­ak­cję, gdy na­stęp­nym ra­zem Jen­sen bę­dzie mu gro­ził za­ka­zem zbli­ża­nia się.

Tym ra­zem to Da­rek być może sta­nie przed la­ta­mi prac spo­łecz­nych do od­ro­bie­nia.

– Prze­pra­szam – po­wtó­rzył.

Jej ra­mio­na drgnę­ły, gdy wzruszyła nimi bez prze­ko­na­nia.

– Może… może po­mo­gę ci prze­nieść me­ble albo na­rą­bię ci drew­na, sko­szę traw­nik…

Za­ło­żyła ręce na pier­si.

– Wow, mu­szę być na­praw­dę wspa­nia­łą par­tią, sko­ro wo­lisz sko­sić mi tra­wę, za­miast być wi­dzia­nym ze mną publicz­nie.

– Nie, ja…

– Jak już mó­wi­łam, mo­żesz iść wol­no.

– Nie chcę iść wol­no. Kupi­łaś mnie, ja­sno i uczci­wie.

Ścią­gnę­ła war­gi.

– Mam po­mysł. Chodź – po­wie­dział.

Zmarsz­czyła na nie­go brwi. Szcze­rze mó­wiąc, miał już dość pro­sze­nia. Sam nie wie­dział na­wet, jak w ogó­le się do nie­go zni­żył. Ob­ró­cił się więc i udał w stro­nę je­epa, za­par­ko­wa­ne­go ka­wa­łek da­lej.

Nie obej­rzał się, ale słyszał za sobą jej kro­ki. Gdy do­szedł do sa­mo­cho­du, otwo­rzył drzwi i przy­trzymał je jak dżen­tel­men, cho­ciaż wie­dział, że na kur­tua­zję było już tro­chę za póź­no.

Nim wsia­dła do środ­ka, po­pa­trzyła na nie­go. Jej oczy były wiel­kie i błysz­cza­ły w świe­tle księ­życa. Ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły i po raz pierw­szy za­uwa­żył, ja­kie jej oczy są pięk­ne, z dro­bin­ka­mi zło­ta przy kra­wę­dziach tę­czó­wek.

– Może i je­stem dra­niem, ale ta­kim nie­groź­nym – za­pew­nił ją.

– Mam przy­ja­ciół, któ­rzy do­pad­ną cię i za­bi­ją, je­śli za­gi­nę.

– Nie wąt­pię w to. – Wziął głę­bo­ki od­dech i wy­cią­gnął do niej dłoń. – Da­rek Chri­stian­sen, prze­wod­nik turystycz­ny po Deep Ha­ven, do pani usług, mi­la­dy.

Przyj­rza­ła się przez chwi­lę jego ręce i wy­czuł, że we wnę­trzu ko­bie­ty za­cho­dzi ja­kaś zmia­na.

– Ivy Ma­di­son. – Po­da­ła mu swo­ją ma­lut­ką dłoń i uśmiech­nę­ła się.

Ten uśmiech ude­rzył go z peł­ną mocą, wle­wa­jąc się w nie­go, go­rą­cy i śmia­ły, prze­ni­ka­ją­cy go ca­łe­go. Wy­pu­ścił jej dłoń, prze­łknął śli­nę. Cof­nął się o krok.

Wsia­dła do je­epa i się­gnę­ła po pas bez­pie­czeń­stwa. Pa­trzyła mu w oczy, gdy za­mykał drzwi.

O rany.

Może po­wi­nien uciec, gdy miał ku temu szan­sę.

***

Jen­sen sie­dział na ze­wnątrz pubu w fur­go­net­ce z Pine Acres – tej, któ­rą je­chał do mia­sta, gdy chciał się ukryć – i pa­trzył, jak Da­rek zdo­bywa dziew­czynę. Zno­wu.

No i cze­mu wła­ści­wie nie? Da­rek Chri­stian­sen za­wsze wy­grywał.

Tego wie­czo­ru ga­pił się na nie­go tak dłu­go, że Jen­sen nie miał in­ne­go wyj­ścia, jak tyl­ko się wy­mknąć. Ostat­nią rze­czą, któ­rej po­trze­bo­wał Jen­sen, była awan­tura. Zwłasz­cza kie­dy zo­sta­ło mu tyl­ko sześć ty­god­ni wy­ro­ku. Nie chciał, by sę­dzia za­de­cydo­wał, że jed­nak nie wy­ka­zuje wy­star­cza­ją­cej skruchy, i za­mie­nił jego pra­ce spo­łecz­ne na po­byt za krat­ka­mi.

Jen­sen po­wi­nien po pro­stu po­go­dzić się z tym, że Da­rek za­wsze wy­grywa. Jego pa­smo zwycięstw roz­po­czę­ło się w czwar­tej kla­sie, gdy obaj za­czę­li grać w ho­ke­ja, i cią­gnę­ło się da­lej, gdy Jen­sen wy­pro­wa­dził się już z mia­stecz­ka, ale po­wra­cał każ­de­go lata, by ra­zem z Da­re­kiem rywa­li­zo­wać o wzglę­dy Fe­li­ci­ty.

Pew­nie, Jen­sen też miał parę do­brych mo­men­tów. Na przy­kład to lato, gdy Da­rek uciekł do Mon­ta­ny, by ra­zem z drużyną hot­sho­tów z hrab­stwa Jude wal­czyć z po­ża­rem w Par­ku Na­ro­do­wym Gla­cier, już po tym, jak Jen­sen zre­zygno­wał ze swo­ich ma­rzeń o byciu stra­ża­kiem. Jen­sen i Fe­li­ci­ty nie­mal nie zbu­do­wa­li ra­zem cze­goś trwa­łe­go – i pew­nie tak w koń­cu by się sta­ło, gdyby Da­rek nie wró­cił do domu pięk­nie opa­lo­ny i trium­fują­cy.

No i oczywi­ście po­zo­sta­wał jesz­cze nie­za­prze­czal­ny fakt, że Da­rek w koń­cu po­ślu­bił Fe­li­ci­ty. Jen­sen nie spo­dzie­wał się tego. Ale nie są­dził też, że sam Da­rek się tego spo­dzie­wał.

Ob­ser­wo­wał, jak Da­rek i rudo­wło­sa ko­bie­ta wy­jeż­dża­ją z mia­sta je­epem wran­gle­rem. Przez mo­ment roz­wa­żał, czy nie wró­cić do środ­ka, by po­słuchać ze­spo­łu Blue Mon­keys. W koń­cu po to ze­brał się na od­wa­gę, by przyjść na au­kcję. Zwykle spóź­nio­ny wśliz­gi­wał się na wy­stę­py ze­spo­łu, trzyma­jąc się z tyłu, więc nikt go nie wi­dział. Ale dzi­siaj prze­li­czył się z cza­sem, au­kcja prze­cią­gnę­ła się i cóż… wra­ca­nie tam te­raz przy­po­mi­na­ło­by za bar­dzo po­wrót z pod­kulo­nym ogo­nem.

Miał jesz­cze w so­bie tę odro­bin­kę dumy.

Jen­sen włą­czył bieg i ruszył.

Jesz­cze sto go­dzin i bę­dzie wol­ny. Bę­dzie mógł zo­sta­wić Deep Ha­ven i nig­dy nie oglą­dać się za sie­bie. Może po­je­dzie aż do Ka­li­for­nii albo do Mek­sy­ku, gdzie zmie­ni imię i uciek­nie od swo­jej prze­szło­ści.

Na szczycie wzgó­rza gó­rują­ce­go nad mia­stem Jen­sen zdu­sił w so­bie im­puls, by wyj­rzeć przez okno od stro­ny pa­sa­że­ra na mo­zai­kę świa­teł Deep Ha­ven, któ­re – jak oczy – ob­ser­wo­wa­ły go, mruga­ły, oskar­ża­ły.

Nie spusz­czał oka z dro­gi, zwal­nia­jąc, gdy wszedł w za­kręt wy­cię­ty w gra­ni­cie. W tym miej­scu po­bo­cze na­gle się koń­czyło. Spo­ci­ły mu się ręce i zła­pał się na tym, że wstrzymu­je od­dech.

Nie mógł się do­cze­kać, kie­dy się stąd wy­nie­sie. Ale żeby to zro­bić, mu­siał naj­pierw zna­leźć kil­ka in­nych miejsc, gdzie mógł­by pójść i płasz­czyć się, bła­ga­jąc o go­dzi­ny. Deep Ha­ven zda­wa­ło się zde­ter­mi­no­wa­ne, by unie­moż­li­wić mu wy­peł­nie­nie jego przy­ka­za­nych prac spo­łecz­nych. Za­ję­cia dla wo­lon­ta­riu­szy skur­czyły się do dzie­się­ciu go­dzin ty­go­dnio­wo, a w nie­któ­rych miej­scach, jak na przy­kład w szko­le przy re­ali­za­cji pro­gra­mu za­jęć wy­rów­naw­czych, od­pra­wia­no go z kwit­kiem.

Naj­wi­docz­niej fakt, że skoń­czył col­le­ge i studio­wał pra­wo przez dwa lata, nie miał żad­ne­go zna­cze­nia dla na­uczycie­li, któ­rzy wal­czyli, by na­uczyć swo­ich szó­sto­kla­si­stów czytać.

Nie­ste­ty, je­śli za­le­ża­ło­by to od miesz­kań­ców Deep Ha­ven, urzą­dzi­li­by mu pierw­sze publicz­ne uka­mie­no­wa­nie.

Skrę­cił na po­łu­dnie, gdzie uli­ca roz­wi­dla­ła się wo­kół je­zio­ra Ever­gre­en, i po­je­chał aż do koń­ca wy­bruko­wa­ną dro­gą, za­trzymu­jąc się przed za­mknię­tym osie­dlem Pine Acres. Elek­tro­nicz­nie otwie­ra­na bra­ma i kar­ta ma­gne­tycz­na mo­gły pew­nie zo­stać uzna­ne za gru­bą prze­sa­dę, ale jego oj­ciec, gdy wkro­czył w świat nie­rucho­mo­ści i two­rzył to luk­suso­we wa­ka­cyj­ne osie­dle, obie­cywał bez­pie­czeń­stwo swo­ich dom­ków let­ni­sko­wych i do­trzymał da­ne­go sło­wa. Przy­najm­niej wo­bec miesz­kań­ców.

Gdy Jen­sen prze­jeż­dżał przez bra­mę, za­uwa­żył, że je­leń urzą­dził so­bie ucztę w krza­kach po­rze­czek przy wej­ściu. Bę­dzie mu­siał je przy­ciąć i może czymś spryskać. Zwró­cił też uwa­gę na to, że w lam­pie z czuj­ni­kiem prze­pa­li­ła się jed­na z ża­ró­wek, a da­lej, w po­przek jed­nej z dróg do­jaz­do­wych, le­ża­ło drze­wo. Wpad­nie tu jutro swo­im qua­dem i wszyst­kim się zaj­mie.

I tak mu­siał sko­sić tra­wę i skoń­czyć ma­lo­wać ga­raż Mil­le­rów – oj­ciec uwa­żał, że to za­ję­cie wy­peł­ni mu czas i bę­dzie mi­łym ge­stem. W koń­cu Mil­le­ro­wie ze swo­ją sie­cią kin byli jed­nymi z naj­więk­szych klien­tów ojca w Min­ne­apo­lis.

Jen­sen wje­chał wol­no na pod­jazd ogrom­ne­go domu let­ni­sko­we­go swo­je­go ojca i za­par­ko­wał sa­mo­chód na ze­wnątrz. Gdy wy­sia­dał, gwiaz­dy two­rzyły bal­da­chim świa­tła, nie­win­ny i ja­sny. Wy­da­wa­ły się tak bli­sko, że miał ocho­tę wy­cią­gnąć dłoń i do­tknąć jed­nej z nich. Wiatr szumiał po­mię­dzy so­sna­mi i brzo­za­mi, to­po­la­mi i wierz­ba­mi, któ­re ota­cza­ły po­se­sję.

Gdy Jen­sen udał się w kie­run­ku bocz­nych drzwi, lam­py z czuj­ni­ka­mi ruchu za­pa­li­ły się, ośle­pia­jąc go na mo­ment. Po­tem wkro­czył w ciem­ność ga­ra­żu, nie za­wra­ca­jąc so­bie gło­wy za­pa­le­niem ża­rów­ki. Zrzucił buty i prze­biegł po zna­jo­mych scho­dach aż do sa­lo­nu. Świa­tło księ­życa, któ­re wpa­da­ło do środ­ka przez ogrom­ne, wy­cho­dzą­ce na je­zio­ro okna, po­kryło drew­nia­ną pod­ło­gę war­stew­ką ja­sno­ści. Wy­so­ki su­fit się­ga­ją­cy drugiej kon­dy­gna­cji za­mykał ci­szę ogrom­ne­go domu. Wszę­dzie pach­nia­ło jesz­cze san­da­czem, któ­re­go przy­rzą­dził so­bie z ma­słem i ko­prem na obiad. Rzucił klu­cze na gra­ni­to­wy blat i otwo­rzył po­dwój­ne drzwi lo­dów­ki ze sta­li nie­rdzew­nej, szuka­jąc cze­goś. Cze­go­kol­wiek.

Chwycił piwo ko­rzen­ne w wy­so­kiej bu­tel­ce, od­krę­cił kap­sel i wy­szedł na we­ran­dę.

Świa­tło księ­życa mu­ska­ło po­wierzch­nię je­zio­ra, mą­cąc ją. Le­d­wo mógł do­strzec świa­tła u Gib­sa, swo­je­go są­sia­da, któ­re prze­są­cza­ły się przez las i piasz­czystą pla­żę. Po­wi­nien spraw­dzić, co tam słychać u sta­rusz­ka. Przy pla­ży przy­cu­mo­wa­na była ka­na­dyj­ka, do­wód, że od­wie­dzi­ła go jego wnucz­ka Cla­ire. Bar­dzo lu­bi­ła pływać łód­ką po je­zio­rze.

Jen­sen wca­le nie miał za­mia­ru jej szpie­go­wać, ale uwiel­biał na nią wte­dy pa­trzeć. Zresz­tą, co in­ne­go miał do ro­bo­ty?

Po drugiej stro­nie je­zio­ra, nie­mal ide­al­nie na wprost Pine Acres, pa­li­ły się świa­tła w głów­nej, naj­więk­szej cha­cie z bali w ośrod­ku Ever­gre­en.

Daw­no, daw­no temu, on i Da­rek byli kró­la­mi je­zio­ra Ever­gre­en.

Po­sta­wił bu­tel­kę z pi­wem na po­rę­czy i wy­jął har­mo­nij­kę.

Dźwięk po­niósł się nad je­zio­ro, dłu­gi i no­so­wy. Cry! Cry! Cry! John­ny’ego Ca­sha. Może i tro­chę so­bie tym do­ga­dzał, ale dzi­siej­sze­go wie­czo­ru nie mógł się po­wstrzymać. You’ll call for me but I’m gon­na tell you, bye, bye, bye[3]

Gdy skoń­czył, za­cze­kał, aż wy­brzmie­ją ostat­nie dźwię­ki. Tak ła­two było cza­sem po pro­stu za­mknąć oczy i po­grą­żyć się we wspo­mnie­niach. Cie­pło słoń­ca na jego skó­rze, po­smak kło­po­tów w jego śmie­chu. Stoi na dzio­bie ka­na­dyj­ki, jego nogi ba­lan­sują na bur­tach. Cla­ire i Fe­li­ci­ty sie­dzą po­środ­ku, a na rufie, przo­dem do nie­go, stoi Da­rek w po­dob­nej po­zycji.

Jen­sen wi­dział wy­zwa­nie w oczach Da­re­ka, gdy ten po­wie­dział:

– Nie uda ci się mnie zrzucić.

– Za­raz się prze­ko­nasz – Jen­sen roz­bu­jał łód­kę dla za­ba­wy.

Fe­li­ci­ty pi­snę­ła. Lato spra­wi­ło, że jej wło­sy przy­bra­ły bo­ga­ty, so­czysty ko­lor blond. Mia­ła na so­bie kuse bi­ki­ni, przez co Jen­se­no­wi mało oczy nie wy­szły z or­bit. Pa­trzyła na nie­go, uśmie­cha­jąc się. Za­sta­na­wiał się, czy może ona słyszeć, jak gło­śno wali mu ser­ce.

Cla­ire chwyci­ła się brze­gu sie­dze­nia. Jen­sen za­uwa­żył, że spoj­rza­ła na nie­go. Za­wsze spra­wia­ła, że czuł się jak nie­grzecz­ny chło­piec, na­wet kie­dy nie myślał akurat o rze­czach, o któ­rych nie po­wi­nien. Cho­ciaż pew­nie taka wła­śnie była rola cór­ki mi­sjo­na­rzy. Spra­wiać, że bę­dziesz za­cho­wy­wać się, jak na­le­ży.

Ale w dni ta­kie jak ten, gdy słoń­ce świe­ci­ło mu w ple­cy, a obie dziew­czyny się do nie­go uśmie­cha­ły, nie za­le­ża­ło mu na do­brym spra­wo­wa­niu.

Tyl­ko na wy­gra­nej.

Jen­sen moc­no za­bu­jał ka­na­dyj­ką i Da­rek za­ma­chał rę­ka­mi. Nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a zle­ciał­by do wody, ale ja­koś od­zyskał rów­no­wa­gę i tup­nął nogą, prze­chyla­jąc łód­kę w drugą stro­nę.

Jen­sen zo­rien­to­wał się, co się świę­ci, prze­chylił łódź w drugą stro­nę, szyb­ko i moc­no, i…

Da­rek użył ca­łe­go cię­ża­ru cia­ła i na­gle Jen­sen zna­lazł się w po­wie­trzu. Chłód wody w je­zio­rze ode­brał mu od­dech, ale wierz­gał no­ga­mi, by się do­brze usta­wić.

Gdy wy­nurzył się na po­wierzch­nię, zo­ba­czył wy­cią­gnię­tą w jego kie­run­ku rękę Da­re­ka. Chwycił ją, szarp­nął i moc­no po­cią­gnął.

Da­rek wpadł do je­zio­ra gło­wą w dół. Wy­nurzył się, plu­jąc wodą, i rzucił się na Jen­se­na. Mo­co­wa­li się przez chwi­lę, aż obaj ucze­pi­li się brze­gów ka­na­dyj­ki, cięż­ko od­dy­cha­jąc.

– Weź­my łódź two­je­go taty i zjedz­my coś w knaj­pie – po­wie­dzia­ła Fe­li­ci­ty, gdy Da­rek się­gnął ku niej ręką. Pac­nę­ła go. Spoj­rza­ła na Jen­se­na. – Pro­szę?

– Ja­sne.

Cla­ire wy­cią­gnę­ła dłoń i po­mo­gła Jen­se­no­wi wcią­gnąć się do ło­dzi. Da­rek do­stał się tam tuż za nim i po­wio­sło­wa­li z po­wro­tem do brze­gu.

Na szczę­ście oj­ciec nie wró­ci przed we­eken­dem, więc nie bę­dzie ma­rudził z po­wo­du ło­dzi. Cla­ire i Fe­li­ci­ty prze­bra­ły się w let­nie su­kien­ki i po­płynę­li ra­zem po Da­re­ka na drugą stro­nę je­zio­ra, po czym da­lej, w kie­run­ku re­stau­ra­cji i gril­la na świe­żym po­wie­trzu. Jen­sen, gdy kie­ro­wał ło­dzią, opie­rał ko­la­no o sie­dzi­sko.

– Szyb­ciej, Jens! – za­wo­ła­ła Fe­li­ci­ty, więc do­dał gazu. Da­rek zmarsz­czył brwi, a jego oczy po­ciem­nia­ły, ale Fe­li­ci­ty się śmia­ła, a Jen­sen czuł to w swo­jej pier­si.

Jej śmiech za­wsze był tak słod­ko nie­bez­piecz­ny. Gdyby słuchał go zbyt dłu­go, mógł­by go spa­lić. Do te­raz cza­sa­mi wy­da­je mu się, że słyszy go w ciem­no­ści nad je­zio­rem. Sma­ko­wał wspo­mnie­nia tego dziw­ne­go lata, gdy miał ją całą dla sie­bie, gdy czuł do­tyk jej po­ca­łun­ków. Jaki był z nie­go głupiec, gdy żył na­dzie­ją, że je­śli zro­bi wszyst­ko do­brze, Fe­li­ci­ty sta­nie się jego. Był prze­ko­na­ny, że tego wła­śnie na­praw­dę pra­gnął.

Jed­nak ona nig­dy nie na­le­ża­ła do nie­go. Ani wte­dy, ani póź­niej.

Otwo­rzył oczy i za­pa­trzył się w noc, na świa­tła roz­pra­sza­ją­ce ciem­ność po drugiej stro­nie je­zio­ra.

Po­wi­nien pa­mię­tać, że Da­rek Chri­stian­sen za­wsze wy­grywa.

[3] „Za­dzwo­nisz do mnie, ale ja po­wiem: pa…” (przyp. tłum.).

Pro­jekt okład­ki: Ali­cja Krygier

Zdję­cia na okład­ce: fo­to­lia.com (po­lo­lia), www.su­san­may­war­ren.com

Skład i ła­ma­nie: Sta­ni­sław Tuchoł­ka / pan­bo­ok.pl

Ori­gi­nal­ly publi­shed in the U.S.A. un­der the ti­tle: Chri­stian­sen Fa­mi­ly #1: Take a Chan­ce on Me au­tor­stwa Su­san May War­ren

Co­pyri­ght © 2013 by Su­san May War­ren

© for the Po­lish edi­tion by Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny Sp. z o.o.,

Po­znań 2016 with per­mis­sion of Tyn­da­le Ho­use Publi­shers, Inc.

All ri­ghts re­se­rved.

ISBN: 978-83-8065-019-0

Wy­daw­ca:

Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny Sp. z o.o.

Wy­daw­nic­two

ul. Char­to­wo 5, 61-245 Po­znań

tel. 61 659 37 13

wy­daw­nic­two@swie­ty­woj­ciech.pl

Za­mó­wie­nia:

Dział Sprze­da­ży i Lo­gi­styki

ul. Char­to­wo 5, 61-245 Po­znań

tel. 61 659 37 57 (-58, -59), faks 61 659 37 51

sprze­daz@swie­ty­woj­ciech.pl • sklep@mo­jek­siaz­ki.pl

www.swie­ty­woj­ciech.pl • www.mo­jek­siaz­ki.pl

Kon­wer­sja do e-wy­da­nia: Wy­daw­nic­two Świę­ty Woj­ciech