Porucznik Borewicz. Major opóźnia akcję. Tom 1 - Krzysztof Szmagier

Porucznik Borewicz. Major opóźnia akcję. Tom 1

0,0

Opowiadanie oparte na motywach scenariusza serialu „07 zgłoś się”. Z pewnością przypomni przygody przystojnego porucznika Borewicza, przed którym drżał świat przestępczy PRL-u.

Dodaj komentarz


Lekkie, przyjemne w czytaniu opowiadanie o przygodach porucznika Borewicza. Książka pisana na podstawie scenariuszy słynnego serialu "07 zgłoś się". Wartka akcja, mnóstwo zwrotów akcji. Nie jest to jednak z pewnością arcydzieło literackie. Momentami łatwo można się pogubić. Sama fabuła jednak ciekawa, plus za niespodziewane zakończenie. Mimo wszystko polecam jako przerywnik pomiędzy bardziej wymagającymi tomami, zwłaszcza fanom kultowego serialu, ale także tym czytelnikom, którzy przygodę z łamiącym kobiece serca porucznikiem dopiero zaczynają.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Strona redakcyjna

KRZYSZTOF SZMAGIER

 

 

Porucznik Borewicz

Major opóźnia akcję

Opowiadanie na motywach scenariusza serialu „07 zgłoś się”

 

Tom 1

 

Warszawa 2012

 

ISBN 978-83-62964-44-4

 

Copyright © Krzysztof Szmagier

Copyright © for this edition by AGOY.PL

AGOY.PL Piotr Cholewiński

www.agoy.pl

 

 

Wszelkie prawa, włącznie z prawem do reprodukcji tekstów w całości lub części, w jakiejkolwiek formie zastrzeżone.

Spis treści

Strona redakcyjna

Major opóźnia akcję

Major opóźnia akcję

Echo kroków niosło się pustym korytarzem. Przed strażnikiem szedł młody, dwudziestokilkuletni mężczyzna. Widać było, że spędził w więzieniu jakiś czas. Był blady. Zmęczony. Kędzierzawe włosy opadające prawie do ramion i wielodniowy zarost sprawiały, że wyglądał niechlujnie. Jeszcze chwila, a znajdzie się na wolności. Szczęk zamka. Drugi strażnik otworzył kratę, droga do wolności stała otworem.

– Dowód – Kozicki Tomasz, zegarek na rękę z metalu białego, portfel, bilet do Warszawy, książeczka oszczędnościowa – kładł na biurku strażnik. – Pokwituj.

– Teraz to już nie ty, ale pan pokwituje – odpowiedział arogancko Kozicki.

– Kwituj, kwituj – nie dał się zbić z tropu strażnik – zamiast panować, radzę się ogolić.

– Za radę dziękuję – odparł z kpiną mężczyzna. – Do widzenia.

– Tu radzę nie używać tego zwrotu, proszę pana – zaakcentował drwiąco strażnik. – To zła wróżba.

– Będę uważał – Kozicki machnął ręką na pożegnanie. Ruszył korytarzem, na końcu którego znajdowała się krata.

 

***

 

Był poranek, na ulicy pojawili się pierwsi przechodnie. Masywna żelazna brama więzienia lekko się uchyliła. Stanął w niej Kozicki. Głęboko wciągnął powietrze. Przymrużył  oczy, oślepiony ostrym zimowym słońcem. Niepewnie zrobił krok naprzód. Żelazna brama zamknęła się z łomotem. Nie był ubrany odpowiednio na tę porę roku. Lichy płaszczyk pamiętał lepsze czasy. Mężczyzna trzymał w rękach zawiniątko. Rozejrzał się. Odetchnął pełną piersią i pewnym krokiem pomaszerował naprzód, radośnie pogwizdując.

Tuż za rogiem obejrzał się za siebie i wyjął paczkę papierosów. Delikatnie wyjął jednego, który różnił się grubością i kształtem od reszty. Przerwał bibułkę. Drobnymi literkami na wewnętrznej stronie ktoś napisał: „Cynk w pośredniaku”.

Mężczyzna uśmiechnął się do siebie, strzepnął okruchy tytoniu. Rozejrzał się uważnie wokół. Na widok zbliżającego się patrolu milicyjnego przedarł bibułkę na cztery części i starając się nie zwracać niczyjej uwagi, połknął.

 

***

 

Kiedy na Dworcu Centralnym Kozicki wjechał ruchomymi schodami, z ciekawością rozejrzał się po hali. Kilkakrotnie  ostrożnie się obejrzał i ruszył do wyjścia.

Automatyczne drzwi go zaskoczyły. Kiedy same się za nim zamknęły, zrobił krok do tyłu, jakby chciał wejść z powrotem. Tak spodobała mu się zabawa, że powtórzył tę czynność dwa razy. Takie urządzenia były dla niego nowością.

 

***

 

Szyba w zakładzie fryzjerskim była częściowo zaparowana. Na ścianach wisiało kilka plakatów modelek prezentujących najmodniejsze fryzury.

Na fotelu odchylony w tył siedział Kozicki. Pogwizdywał. Twarz miał namydloną. Fryzjerka o skórzany pas ostrzyła brzytwę. Była to niebrzydka dziewczyna  o pełnych kształtach. Kiedy nachyliła się nad nim, przesunął lustro, aby lepiej widzieć jej głęboki dekolt. Uśmiechnął się. Fryzjerka odwzajemniła uśmiech i pacnęła pianą w swoje odbicie w lustrze. Wzięła mężczyznę delikatnie za nos i odchyliła, zaczynając golenie.

– Dawno się pan chyba nie golił – zagadnęła sympatycznie, jakby z troską w głosie.

– No, brzytwą... Dosyć dawno.

 

***

 

Mieszkanie Marty było skromnie urządzone. Pośrodku stało duże łóżko, obok stolik nocny i lampa, naprzeciwko biblioteczka. Na ścianach, podobnie jak w salonie fryzjerskim wisiało kilka plakatów.

Był wczesny ranek. Jeszcze nie wstali z łóżka.

– Dopóki sobie czegoś nie znajdziesz, możesz zostać – zagadnęła Marta.

Kozicki, już ogolony i ostrzyżony, usiadł na łóżku. Wyglądał całkiem nieźle. Rozejrzał się po mieszkaniu. Przeciągnął się. Chwilę nad czymś się zastanawiał.

– Nie przełączaj tylko na prysznic – poprosiła. – Psika bokiem.

Wstała. Miała zgrabną sylwetkę i ładne piersi. Mężczyzna patrzył na nią z pożądaniem.

– A może znalazłabyś dla mnie jeszcze piętnaście minut?

– Znajdę, ale pół godziny – roześmiała się i wskoczyła do łóżka.

 

***

 

W pośredniaku kilka osób stało przed tablicą ogłoszeń. Nagle drzwi otworzyły się szeroko i pewnym krokiem wmaszerował Kozicki. Ledwie rzucił okiem na tablicę i podszedł do okienka.

– Jak zdróweczko, panie kierowniku? – zagadnął nonszalancko.

– Znowu pan? – odparł urzędnik z niechęcią. – Od wczoraj nic się nie zmieniło.

– Kto nie pracuje, ten nie...

– Kwalifikacje? – przerwał urzędnik.

– Dyrektorskie. Niżej nie mogę przyjąć. Może być etat wiceministra.

– Zakład oczyszczania miasta, roboty drogowe, rozładunek wagonów – wyliczał beznamiętnie urzędnik.

Mężczyzna westchnął ostentacyjnie i nie odchodząc od okienka, rozejrzał się, jakby chciał przedłużyć rozmowę.

– Nie... W Polsce nie ma szacunku dla ambitnych ludzi.

Odszedł od okienka. Rozejrzał się i skierował do drzwi. Stanął jednak i powoli wyjął paczkę papierosów. Nie spieszył się, aby wyjść z pośredniaka. Wyciągnął papierosa, przez chwilę obracał go w palcach. Nagle ktoś usłużnie podsunął mu ogień.

Kozicki obejrzał się. Z wahaniem przypalił papierosa. Przyglądał się mężczyźnie. Dobrze ubrany, w modnym, białym kożuchu, nie wyglądał na bezrobotnego.

– Może by się coś znalazło – zagadnął ściszonym głosem nieznajomy.

 

***

 

Siedzieli przy niewielkim stoliku w kawiarni na stacji benzynowej. Rozmawiali półgłosem, obserwując samochody podjeżdżające po paliwo. Za kontuarem kręciła się postawna kobieta w średnim wieku, elegancka brunetka. Od czasu do czasu zerkała z zainteresowaniem na rozmawiających.

Kozicki posłodził kawę. Zamieszał wolno, starannie rozpuszczając cukier.

– Niżej pięciu tysięcy nie wchodzi w rachubę – powiedział stanowczo.

– Może być i więcej – odrzekł spokojnie starszy. – Co pan robił przedtem?

– Przedtem to przestałem chodzić do kościoła, bo nie lubię się spowiadać, panie Kreczet – odparł niegrzecznie Kozicki.

– A potem?

– Potem to mnie spowiadali.

– Za co?

–Za niewinność – to było mienie społeczne. Nieciekawa sprawa. Swoje odsiedziałem.

– Może być ciekawa. Niech pan opowie. Jak się dogadamy, to nie będzie pan żałował.

– Na razie szukam kogoś – zaczął Kozicki. – Trzeci tydzień szukam. A jak go znajdę, to będzie po kłopotach.

– I nie ma go – zakpił Kreczet, udając współczucie.

– Zniknął.

– Kto to jest?

Kozicki sięgnął po paczkę Marlboro leżącą na stole. Przypalił. Zaciągnął się. Widać było, że sprawia mu to wielką przyjemność.

– To jest Lulek – powiedział w końcu.

– Lulka trudno znaleźć – powiedział ostrożne Kreczet. – A jak ciebie nazywają?

– Tom.

– Nigdy Lulek nic o tobie nie mówił.

– A pytał pan o mnie?

– Jak trzeba będzie, to się zapytam. Nie słyszał pan o tej sprawie. W Expressie nawet pisali...

– Wtedy kiblowałem – przerwał Tom.

– Dobre. Masz prawo jazdy?

– No.

– Czwarty raz jesteś w pośredniaku...

– Lubię spacerować.

– Może być robota.

– Gdzie, ile, za co? – zapytał rzeczowo Tom.

– Spokojnie. Najpierw mi opowiesz o sobie.

– Miło było. Lubię w pracy zaufanie. Ukłony dla małżonki – podniósł się ostentacyjnie.

– Siadaj. Robota jest dobra.

– Nie chcę kiblować.

– Pewna i czysta – uspokoił go Kreczet. – Zastanów się do jutra.

Kozicki zapiął jesionkę.

– Do jutra zabraknie mi szmalu, żeby tu przyjechać.

Mężczyzna popatrzył uważnie. Wyjął z kieszeni zwitek banknotów. Powoli położył na stoliku 100 złotych. Kozicki uśmiechnął się bezczelnie.

– Zupełnie zapomniałem. Nie jeżdżę tramwajami, tylko gablotą.

Mężczyzna zapiął kożuch i schował papierosy.

– A ja zapomniałem ci powiedzieć, że nie jestem z Caritasu – odpowiedział.

 

***

 

Następnego dnia w kawiarni na stacji benzynowej było pusto. Ktoś delikatnie rozsunął żaluzje. Przez okno obserwował Toma idącego pośpiesznie do lokalu.

 

***

 

Do stolika, przy którym siedzieli Kreczet i Tom, podeszła kelnerka. Wysoka, zgrabna zadbana kobieta w średnim wieku. Spojrzała z zainteresowaniem na Toma. Uśmiechnęła się lekko.

– Miłych znajomych ma pan, prezesie. To co zwykle? – zapytała.

Spojrzała na Toma.

– A pan?

– Kawę – odpowiedział za niego Kreczet. – On będzie dzisiaj jeździł. I nigdy ani kropli alkoholu.

Położył na stoliku kluczyki. Kelnerka jeszcze spojrzała na Toma z zainteresowaniem i odeszła. Tom popatrzył za nią. Kobieta, podchodząc do baru, obejrzała się i weszła na zaplecze. Po chwili wziął do ręki kluczyki.

– Mercedes? – zapytał ze znawstwem.

– Lubię takich jak ty – mężczyzna kiwnął głową z zadowoleniem. – Masz pozdrowienia od Lulka.

Na twarzy Toma pojawiło się zaskoczenie, ale momentalnie się opanował.

– Wyszedł? – zapytał zdziwiony. – Kiedy?

W napięciu obserwował rozmówcę.

– Gryps. Zarekomendował cię.

– Dobrzy jesteście – uśmiechnął się. – Lubię z takimi pracować. Czuję się bezpieczniej.

– Wyjedziesz na dwa dni wyjedziesz – Kreczet zmienił ton rozmowy na bardziej konkretny. – Rozwieziesz towar. Paski do zegarków, wkłady do długopisów. Dwa województwa. Sklepy galanteryjne i komisy.

 

– Czy i damska bielizna wchodzi w rachubę? Dziękuję za dobre słowo. Nie czuję powołania do komiwojażerstwa – Tom zdecydowanym ruchem odsunął kluczyki. –Pójdę już.

– Ostry jesteś, ale głupi. Paski są dla picu. W bagażniku masz prawdziwy towar.

– Co?

– Pudełka. Małe, starannie zapakowane.

– A dalej?

– Nie twoja sprawa.

– Stosunki między chlebodawcą a podwładnym muszą się układać na płaszczyźnie szczerości i wzajemnego zaufania – stwierdził prawie z patosem Tom.

– To są pudełka. Dostarczysz je tam, gdzie trzeba. Odbierzesz należność. Oddasz mi pieniądze. I wszystko.

– Jeszcze nie.

– Piątka miesięcznie. Wystarczy?

Kreczet sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego z siebie.

– Mam brata – odpowiedział powoli Tom. – Jest hydraulikiem. Razem z fuchami ma osiem. Ledwie skończył siedem klas. A ja nawet studiowałem.