Tańcząca w ogniu - Magda Mila

Tańcząca w ogniu

0,0

Singielka, która nie uznaje związków i szuka zapomnienia w przypadkowych przygodach.
On - wieczny chłopiec, dla którego życie jest nieustającą imprezą.
Podwładna i szef. Spotykają się w świecie uległości i dominacji, który daje im spełnienie.
Powinni stworzyć układ idealny, ale życie nie pisze prostych scenariuszy.
Ewę spotyka tragedia, a Piotr boi się dorosnąć.
Spłoną w ogniu, który wzniecili, czy rozgrzeją nim swoje serca?

 

"Magda Mila powróciła w wielkim stylu. Tańcząca w ogniu to powieść, która rozpali Was do czerwoności i przez długi czas o niej nie zapomnicie. To książka, która koniecznie musi się znaleźć w każdej biblioteczce. Serdecznie polecam!"

Sylwia Stawska, http://kobiecerecenzje365.blogspot.com


"Wyśmienity erotyk, którego akcja dzieje się w Polsce. Opowieść kipiąca ognistą seksualnością. Śmiałe eksperymenty erotyczne, bohaterowie nie bojący się spełniać swoich najgłębszych fantazji.
W dzień to zwyczajni ludzie a wieczorami, spełniający się w klubach, wśród ludzi akceptujących ich takimi jakimi są, nie muszą się ukrywać, nie muszą udawać."
Birdy Rhodes

"Mało co jest w stanie mnie zaskoczyć, a jednak Magda Mila sprawiła, że długo po przeczytaniu ,,Tańczącej w ogniu'' nie mogłam dojść do siebie. Ta książka to ekstremalna jazda bez trzymanki, która zmierza tylko w jednym kierunku – do zmysłowego świata BDSM, grupowej orgii i anonimowego seksu, gdzie nie ma miejsca na pruderyjność, czy eufemizmy. Tutaj każda strona przynosi coś nowego, odkrywa najgłębiej ukryte lęki, słabości, rozterki i pragnienia, a także udowadnia, że nie zawsze jesteśmy w stanie wszystko kontrolować. Przepadam z kretesem. Teraz kolej na Was!"
Krystyna Meszka, http://cyrysia.blogspot.com/

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

18+

Książka przeznaczona jest wyłącznie dla dorosłych czytelników, zawiera treści erotyczne oraz pornograficzne

Copyright © by HabaneroBooks

Autor: Magda Mila

Opracowanie graficzne i projekt okładki:

Alan Kowalski

Zdjęcie na okładce:

Kasia Bialasiewicz/ www.bigstockphoto.com

Redakcja: Izabela Labe

Korekta: Anna Grygier

Wydanie elektroniczne na podstawie wydania I

Warszawa 2018

ISBN 978-83-951373-5-8

hebanero

Wydawnictwo HabaneroBooks

Na zlecenie Woblink

woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

Karta tytułowa

1

Biały tynk, czerwony spadzisty dach, duże skrzynkowe okna i dwie wysokie wieżyczki – zabytkowy pałacyk, położony w pięknym ogrodzie mógłby być wspaniałym miejscem. Niestety mnie kojarzy się tylko ze smutkiem i samotnością. Parkuję samochód i ruszam w stronę drzwi wejściowych. Tuż przy nich mijam panią Bożenę, pracującą tutaj kucharkę.

– Cześć, Ewciu! – szczebiocze cienkim głosem, zupełnie niepasującym do jej obfitej figury.

– Dzień dobry – mruczę pod nosem.

Kobieta zatrzymuje się i kręci głową.

– Uśmiech na twarz, kochanie! Tego tu właśnie trzeba! Uśmiech!

Rozciągam usta zmuszając się do grymasu, który zupełnie nie pasuje do mojego nastroju. Pani Bożena poklepuje mnie po ramieniu i rusza szybkim krokiem w stronę stojącego na parkingu samochodu dostawczego.

Przekraczam próg i od razu idę w kierunku schodów, z nadzieją, że już nikogo nie spotkam. Nie mam ochoty na pogaduszki, a na poważną rozmowę z dyrektorką i z dyżurnym lekarzem jestem umówiona dopiero za dwie godziny. Wchodzę na pierwsze piętro i idę długim korytarzem. Mijam kolejne drzwi z numerami pokoi. Mimo woli, jak zawsze, rejestruję kątem oka duże zdjęcia w prostych ramach, które zdobią ściany. Fotosy z filmów, czarno-białe kadry z rozdań nagród branżowych, fotografie z sesji zdjęciowych. Wciąż te same, w tej samej kolejności. Nic się tu nie zmienia. Nawet zapach – kwiatowy aromat odświeżacza w sprayu, przez który przebija woń starego drewna i ponad stuletnich murów.

Staję przed drzwiami na końcu korytarza. Pukam i wstrzymuję oddech. Nasłuchuję, czy usłyszę energiczne„proszę!”. To pierwszy sygnał – czuje się dobrze, czy raczej kiepsko?

Dzisiaj to słowo wypowiada mocnym i zdecydowanym głosem. Uśmiecham się z ulgą, tym razem szczerze. Dotykam klamki i wchodzę. Siedzi na dużym, zabytkowym krześle z podłokietnikami. Patrzy na mnie roześmianymi oczami. Podbiegam i mocno ją przytulam.

– Cześć, babciu! – Całuję jej srebrne, lekko kręcone i wciąż bardzo gęste włosy.

– Ewuniu, moja kochana! – Ściska mnie tak mocno, że jej drobne ręce zaczynają się trząść. Mrugam szybko, żeby nie zobaczyła, jak moje oczy na chwilę wilgotnieją. – Czekałam, popatrz! – Pokazuje niewielki stolik, na którym stoi dzbanek, dwie filiżanki na talerzykach z delikatnej porcelany oraz taca z sernikiem i szarlotką.

– Nalać ci już kawy?

Kiwa głową nie spuszczając ze mnie wzroku.

– Znowu schudłaś.

– Nie, babciu, niemożliwe. Gdybym wciąż tak chudła, jak mi to wmawiasz, to bym już zniknęła.

– Znikasz. Ewciu, kobieta powinna dobrze wyglądać, ale nie jak szkielet. Mężczyźni nie lubią takich chudzin.

– Babciu, popatrz! – Łapię się żartobliwie za biodra, a potem za biust. – Nie narzekają, bo nie jestem chudziną.

– Masz zjeść co najmniej po dwa kawałki. – Pokazuje palcem ciasto.

– Pewnie, że zjem. – Śmieję się. Biorę krzesło i siadam tuż przy niej. Podaję jej filiżankę z kawą, upijam łyk ze swojej. – Jak się czujesz? – pytam, choć i tak wiem, że nie powie prawdy. Nawet kiedy ma zapalenie płuc mówi, że czuje się świetnie.

– Dobrze, skarbie, dobrze – odpowiada szybko. Za szybko. Marszczę brwi.

– Lekarz do mnie dzwonił… – zaczynam poważnym tonem.

– Donosiciel! – Krzywi się.

– Mówił, że nie chcesz zażywać tego nowego lekarstwa.

– Nie chcę i nie będę. Czytałaś ulotkę? Jakie tam są skutki uboczne?

– Babciu... – wzdycham. – Zawsze jakieś są. Lekarz mówi...

– Niech sobie mówi, i co z tego. Jak się ma dziewięćdziesiąt lat, to już naprawdę nikogo nie trzeba słuchać. Szczególnie trzy razy młodszego pseudoelegancika.

– Dlaczego pseudoelegancika? – Unoszę brwi.

– Ewciu! Przecież go widziałaś. Jego krawat nigdy nie pasuje do garnituru, a buty ma drogie, ale brudne. Już bym wolała, żeby chodził w dżinsach i zakurzonych trampkach, jak ty. – Prycha. – A swoją drogą, kochanie, jeśli nadal będziesz się tak ubierała, to nigdy nie zainteresujesz sobą żadnego poważnego mężczyzny.

– Noszę szpilki i sukienki. Czasem.

– Za rzadko. Jak się spotykałaś z tym Dawidem to rzeczywiście, często przynajmniej próbowałaś być elegancka. A potem znowu ten Michał namieszał ci w głowie.

– Babciu, nikt nie namieszał. Z Dawidem nam nie wyszło, a Michał jest moim przyjacielem.

– Gdyby nie on, to już byś była żoną Dawida.

– Nie, nie byłabym – mówię z lekką irytacją. Te rozmowy o moim nieudanym życiu uczuciowym są męczące, ale jednocześnie rozumiem, że babcia się martwi. Mam trzydzieści lat i najwyższa pora, żebym się ustatkowała. Związek z Dawidem był moją jedyną poważniejszą relacją z mężczyzną i wiem, że dał babci dużo nadziei. Ale niestety, spróbowałam i przekonałam się, że to nie dla mnie. Nie mogę być w związku, bo nie potrafię się dopasować. Duszę się – dlatego zawsze będę sama. Rozumiem, że babcia czeka. Czasem mam wrażenie, że traktuje to jak swoje ostatnie zadanie do zrealizowania – dożyć momentu, kiedy się zakocham, po to by poznać mężczyznę, którego wybiorę. Wiele razy jej tłumaczyłam, że po prostu jestem inna, co wcale nie znaczy, że nigdy nie będę szczęśliwa. Ona jednak tylko kręci głową i powtarza, że jeszcze się przekonam, jak bardzo się mylę.

– Szczęście samo nas znajdzie, tak zawsze mówiłaś. - Droczę się z nią.

– Ale powinnaś mu dopomóc, kochanie. – Ściska moją dłoń szczupłymi palcami z nienagannym manikiurem. – Gdybym sama się nie postarała o zainteresowanie twojego dziadka... – Zamyśla się na chwilę. – Opowiadałam ci już, prawda?

– Tak, ale uwielbiam tego słuchać. – Odkładam talerzyk z ciastem i siadam na podłodze. Opieram głowę o jej nogi, a ona zaczyna bawić się moimi włosami. Opowiada o tym, jak było jej ciężko, kiedy próbowała wbrew wszystkim realizować swoje marzenia i być aktorką w powojennych Katowicach. I jak po jednym z przedstawień elegancki mężczyzna przysłał jej kwiaty z zaproszeniem na kolację. Oburzona odmówiła, jednocześnie posyłając mu takie spojrzenie, po którym mógł już tylko skomleć pod jej garderobą przez kolejne wieczory. W końcu zgodziła się na niewinną kawę i ciasto, potem na spacer, a miesiąc później zaskoczyła go pierwszym pocałunkiem. Po roku był ślub i start kariery aktorskiej – już w Warszawie, bo elegancki mężczyzna był ważnym urzędnikiem w jednym z ministerstw.

Babcia snuje wspomnienia, w pokoju rozbrzmiewa jej piękny głos z nienaganną dykcją. Przymykam oczy i przez chwilę jestem znowu małą dziewczynką. Czuję się bezpiecznie, jak zawsze przy niej. W tak wielu chwilach mnie ratowała, nawet przed własną córką, a moją matką. Nigdy tak naprawdę za to nie podziękowałam. Próbowałam spełnić oczekiwania i być taka, jak wszyscy, ale nie potrafiłam. I wciąż egoistycznie korzystam z jej miłości, w zamian dając tak niewiele.

Znowu muszę mocniej zacisnąć oczy, bo wypełniają się łzami. Powinnam się zmienić, dla niej. Nagle słyszę pukanie do drzwi, podrywam gwałtownie głowę. Otwieram oczy i przecieram je palcami, tak, żeby babcia nic nie zauważyła. Na szczęście jest teraz skupiona na intruzie za drzwiami. Zaciska usta, a potem mówi zirytowanym głosem:

– Proszę!

– Pani Zofio. – W drzwiach stoi dyrektorka – O, już jesteś! – Zerka na mnie. Potem znowu zwraca się do babci. – Przepraszam, byłam umówiona z Ewą, ale będę musiała wyjechać do miasta. Może mogłybyśmy spotkać się teraz?

Babcia głaszcze moje włosy, a potem cofa ręce i zaciska palce na podłokietnikach.

– Oczywiście – mówi niemiłym tonem.

– Zaraz wrócę. – Podnoszę się i całuję ją w policzek. To cała ona. Dla mnie ciepła i kochająca, zawsze i bez względu na wszystko. Dla innych – wyniosła, władcza i próbująca zawsze postawić na swoim. Uśmiecham się pod nosem. Czasem mnie to denerwuje, ale cudownie być jedną z bardzo niewielu osób, które mają dostęp do jej serca.

– Doktor Woliński też może wcześniej się spotkać. Zaraz go zawołam. – Dyrektorka wycofuje się na korytarz, a ja słyszę jeszcze prychnięcie babci. No jasne, pseudoelegancik.

Po spotkaniu wracam na piętro. Przysiadam na ostatnim stopniu i kulę się opierając głowę na kolanach. Znowu to samo – pani Linde nie chce zażywać lekarstw, pani Linde kłóci się ze wszystkimi mieszkańcami, pani Linde jest nieprzyjemna dla personelu. Wiem, że oboje, i dyrektorka, i lekarz, troszczą się o nią, ale to ani trochę nie poprawia sytuacji. Babcia nie jest tu szczęśliwa, a ja nie mam pojęcia, jak przekonać ją, żeby wróciła do naszego mieszkania, które przez kilkadziesiąt lat było jej domem. Nie mogłam zapobiec przeprowadzce – sama znalazła ten ośrodek, a potem, z pomocą swojego prawnika, osiemdziesięciopięcioletniego, równie żwawego jak ona, mecenasa Adamskiego, zorganizowała sobie pobyt tutaj. Wiele razy próbowałam ją namówić do zmiany decyzji. Uważa jednak, że mam swoje życie, i to nim, a nie starą babcią powinnam się zajmować. Ona ma już tylko z godnością odejść.

Zaciskam oczy, żeby się nie rozpłakać. Wiem, że ta chwila kiedyś nadejdzie, a ostatnio czas płynie jeszcze szybciej, wręcz mknie, kiedy lekarz informuje mnie o coraz gorszych wynikach badań. Powinnam się jakoś do tego przygotować, ale jak? Mam tylko ją i nie mogę sobie wyobrazić świata, w którym babci zabraknie.

Biorę kilka głębszych oddechów i brzegiem koszulki przecieram skórę pod oczami. Nie chcę, żeby widziała, że się znowu rozsypuję. Mam być silna, tego oczekuje, więc taka będę. Wstaję i idę w kierunku pokoju. Spróbuję znowu ją namówić do powrotu. Pukam i po cichym „proszę” wchodzę.

– Nigdzie nie jadę, nie wracam do domu! – mówi od razu zdecydowanym głosem. To tyle, jeśli chodzi o kolejną próbę przekonania jej.

– Babciu. – Klękam i obejmuję jej dłonie. – Czułabyś się lepiej. Byłabym przy tobie codziennie, a nie raz, czy dwa razy w tygodniu. Zatrudniłabym opiekunkę, gdyby była taka potrzeba.

– Nie, Ewciu, już o tym rozmawiałyśmy i zdania nie zmieniam.

– Potrzebuję cię.

Wyraz jej twarzy od razu się zmienia. Patrzy na mnie z czułością i gładzi po policzku.

– Naprawdę cię potrzebuję.

– Potrzebujesz męża, kochanie. Mężczyzny, który będzie cię kochał i nosił na rękach. Który o ciebie zadba i da ci szczęście. – Zaczyna głaskać moje włosy. – Ja mieszkam tutaj i tak już zostanie. I jestem tu szczęśliwa, wbrew temu co myślisz. – Rozgląda się po pokoju wypełnionym jej ukochanymi książkami, zdjęciami i bibelotami. – No, prawie szczęśliwa. Jeszcze tylko muszę wiedzieć, że u ciebie wszystko w porządku. O to masz walczyć, a nie zawracać sobie głowę starą kobietą.

– Babciu! – mówię płaczliwie.

– Nie. A teraz zmykaj. Podobno masz dzisiaj jakąś imprezę? – Uśmiecha się. – To pewnie nie elegancki dansing, co?

– No nie. – W końcu ja też muszę się uśmiechnąć. Nie ma na nią rady. – To coś w rodzaju dyskoteki, gra fajny didżej. Wyciągam koleżankę, żeby ją trochę oderwać od problemów.

– Sama też zaszalej. Może kogoś poznasz?

– W takim miejscu chyba niekoniecznie. – Uśmiecham się krzywo. Bardzo możliwe, że kogoś poznam, jednak raczej nie o taką znajomość babci chodzi. – Ale zabawię się, obiecuję.

– Pa, kochanie.

– Pa, babciu. Kocham cię. – Nachylam się i cmokam ją w policzek.

– No zmykaj już, zmykaj. – Macha ręką, ale widzę jak jej błyszczą oczy. Nigdy nie widziałam, żeby płakała i teraz też na pewno zrobi wszystko, żeby do tego nie dopuścić.

– Spróbuję wpaść w środę. – Zatrzymuję się jeszcze w drzwiach.

– Nie, w sobotę. Raz w tygodniu wystarczy.

Kręcę głową i wychodzę. Królowa Uporu.

PATRONATY MEDIALNE:

kobiece

http://kobiecerecenzje365.blogspot.com/

cyrys

http://cyrysia.blogspot.com/

mirabel

http://michalinowebuki.blogspot.com/

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Karta redakcyjna

4

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

2

Z Lilką, koleżanką z pracy, jestem umówiona w pubie na Nowogrodzkiej. Mamy omówić teksty, nad którymi razem pracujemy, a potem chcemy trochę zaszaleć. To tylko kilka przecznic od kamienicy, w której mieszkam, więc mimo wysokich szpilek, idę pieszo. Na miejscu rozglądam się, ale nigdzie Lilki nie widzę. Pewnie jestem za wcześnie. Opieram się o mur i piszę wiadomość do Igora, od którego mamy to zlecenie, że jutro dostanie e-mailem pierwsze materiały. Klikam „wyślij” i podnoszę głowę. Kilka metrów dalej właśnie zatrzymuje się taksówka, z której wysiada Lilka. Uśmiecham się.

– Wyglądasz znacznie lepiej. – Martwiłam się o nią, gdy kilka dni temu widziałam ją przez moment w pracy. Była bardzo zdenerwowana.

– Tak źle, jak w czwartek, chyba nigdy nie wyglądałam. – Śmieje się.

Cmokam ją w policzek. Jestem ciekawa, co się wtedy stało. Już dość długo razem pracujemy, ale tak naprawdę niezbyt dobrze się znamy. Lubię Lilkę i po raz pierwszy od bardzo dawna czuję chęć zaprzyjaźnienia się z kimś i bycia bliżej, niż zwykłe „cześć, cześć”. Choć i tak pewnie nic z tego nie będzie, bo to oznacza otwarcie się. Trzeba mówić o sobie, wspierać, dawać coś od siebie, a do tego chyba nie jestem zdolna. Szybko otrząsam się z tych myśli. Mam miło spędzić czas, a nie użalać się nad tym, jaka jestem.

Siadamy przy jednym ze stolików, zamawiamy lekkie piwo i przez prawie godzinę omawiamy scenariusze dla Igora. Zapisujemy wszystko w telefonach, tam też nanosimy poprawki. Potem rozmowa schodzi na sytuację w G-Media, gdzie obie pracujemy. Ostatnio zaszły tam duże zmiany – Dawid, właściciel, sprzedał większościowe udziały i w firmie pojawili się nowi szefowie. Tomasz Bergson i Piotr Śniadecki – typ mężczyzn, którego nie znoszę, ale muszę przyznać, że zawodowo wydają się dość sensowni. Mają sporo pomysłów na inwestycje i rozwój firmy, o czym Lilka mówi z dużym entuzjazmem. Przyglądam się jej. Wiem, że coś ją łączy z jednym z nich, ale nie jestem pewna, czy mogę o to wprost zapytać. Ona też pewnie podejrzewa, że coś kiedyś było między mną i Dawidem, ale nigdy nie poruszyła tego tematu. Wypada, nie wypada? Jestem naprawdę beznadziejna w budowaniu relacji z innymi.

Dopiero po chwili orientuję się, że Lilka zamilkła i patrzy na mnie.

– Co jest?

– Westchnęłaś tak żałośnie, że poczułam się nieswojo – mówi z lekkim uśmiechem.

Parskam śmiechem.

– Jestem kiepska w kontaktach z innymi i właśnie rozważałam, czy wypada cię zapytać o Tomka, czy nie.

Lilka się czerwieni, ale jednocześnie zaczyna się śmiać.

– W sumie na to czekałam. Wiem, że plotki zaczynają krążyć.

– Na razie nie, ale widać, że coś jest na rzeczy.

– No jest. – Wzdycha. – Poznaliśmy się jakiś czas temu. Coś było, ale tak bez zobowiązań, dla zabawy, i w ogóle. Potem zrobiło się poważniej. To znaczy ja, hmm, zaangażowałam się. On nie, więc było po wszystkim. Myślałam, że go już nigdy nie spotkam. I nagle pojawili się w firmie. To znaczy pojawił się. – Czerwieni się kolejny raz.

Nie wiem, dlaczego jest tak skrępowana, bo to normalna, choć wierzę, że dość zaskakująca sytuacja.

– To dlatego było tak nerwowo? – Przypominam sobie nasze ostatnie spotkanie.

– Powiedzmy. Bo potem znowu byliśmy razem, a teraz znowu nie jesteśmy. Chyba.

– Pokręcone. – Mrużę zaskoczona oczy.

– Tak. Cholerna telenowela. – Znowu wzdycha. – Wiesz, jestem strasznie głupia. Powinnam to olać i go ignorować. – Zamyśla się. – Ale dam sobie z tym radę, spoko.

Poklepuję jej dłoń leżącą na stoliku. Widać, że koleś jest dla Lilki ważny. Nie mam pojęcia, co mogę mądrego powiedzieć, bo dla mnie żaden nigdy taki nie był. W końcu ściskam jej rękę i podrywam się.

– Chodź, trzeba to odreagować.

Płacimy rachunek i idziemy w stronę klubu „Lustro” znajdującego się na sąsiedniej ulicy. Didżej podobno jest świetny, a mój kumpel załatwił nam bilety. Na widok kolejki do wejścia Lilka się krzywi.

– Wyluzuj, mamy specjalne wejściówki. – Śmieję się. Podchodzę do ochroniarza i macham mu przed nosem dwoma papierkami. Bez biletów też by nas wpuścił, bo kojarzy mnie z wielu imprez. Zresztą chyba kiedyś się całkiem dobrze razem bawiliśmy. Puszcza do mnie oczko – a więc pamięć mnie nie myli – i przytrzymuje nam drzwi.

W środku jest już tłoczno, ale znajdujemy jeszcze miejsce przy barze. Chwilę się zastanawiamy, czy pić piwo, czy lepiej przeskoczyć na drinki. W końcu Lilka zamawia dla nas gin z martini, a ja już wiem, że zabawa będzie do upadłego – także w dosłownym sensie. Śmiejemy się z tego, a potem z zainteresowaniem rozglądamy po dużej sali.

Uwielbiam takie miejsca i ich atmosferę. Tłum, migające światła, hałas. Nie jestem tu Ewą Linde, samotną i pokręconą wnuczką wielkiej polskiej aktorki i córką najbardziej egoistycznej matki na świecie. Jestem anonimową blondynką z pięknym ciałem, która może być kimkolwiek i zrobić, co zechce.

Wypijam kilka łyków mocnej mieszanki alkoholu i rozluźniam się. Zerkam na Lilkę. Znowu się zamyśliła. Muszę powalczyć o jej lepszy humor. Zaczynam jej opowiadać jakieś idiotyczne historie z imprez, w których często biorę udział. W końcu udaje mi się ją rozśmieszyć opowieścią o pewnym wieczorze panieńskim zakończonym interwencją straży miejskiej.

– Boże, czuję się tak staro, kiedy słyszę takie historie! – Przeciera załzawione od śmiechu oczy.

– Staro?

– No tak. Mam trzydzieści pięć lat, dwójkę dzieci i żyję jak emerytka. Chociaż nie, ostatnio trochę poszalałam. – Parska śmiechem.

– To pewnie też byłaby ciekawa historia. – Domyślam się, że chodzi o nią i Tomka.

– Może później, jeszcze jestem zbyt trzeźwa. – Chichocze i upija wielki łyk ze swojej szklanki.

Ruszamy na parkiet. Jestem w swoim żywiole. Zatracam się w tańcu i daję się porwać wibrującym dźwiękom. Tańczę sama, ale czasem przyłącza się jakiś facet. Uwodzę go, pozwalam na dotyk. Lubię być pożądana, uwielbiam ich nakręcać – po to, by po chwili odtrącić. Bawi mnie to. Im większą władzę czuję teraz, tym bardziej potem chcę ulec – oczywiście pod warunkiem, że jakiś mężczyzna choć trochę mnie zainteresuje.

Kątem oka widzę, że Lilka idzie w stronę baru. Sunę za nią przez tłum. Uśmiecha się od ucha do ucha, kiedy próbuje przekrzyczeć muzykę i dziękuje mi, że ją namówiłam na przyjście tutaj. Śmiejemy się obie i znowu zamawiamy drinki. Chcemy się upić do nieprzytomności, każda z nas z innego powodu.

Przez kilka kolejnych godzin krążymy między barem i parkietem. Jesteśmy coraz bardziej wstawione, spocone, ale uśmiechy nie schodzą nam z twarzy. Tańczymy jeszcze odważniej, zaczynam się intensywnie rozglądać. Mam ochotę na towarzystwo. Tutaj, teraz, i kiedy stąd wyjdziemy. Taniec i atmosfera klubu rozpalają mnie. Już tak szybko nie odtrącam kolejnych przystojniaków, ale jakoś żaden nie sprawia, że mam ochotę to właśnie jemu się dzisiaj oddać.

Kiedy znowu podchodzę do baru, widzę trochę przygnębioną Lilkę. A może tylko zmęczoną? Rozmawia z jakimś facetem. Ze śmiechem siadam obok. Lilka wciska mi do ręki swojego drinka, a ja ochoczo go wypijam. To pewnie już ostatni, bo z jej miny wynika, że będziemy się zbierać.

– Muszę iść do toalety. – Zsuwa się z wysokiego krzesła.

– Wszystko w porządku? Iść z tobą? – pytam, bo wygląda niewyraźnie. Kręci głową i znika w tłumie.

– Strasznie zadziorna ta twoja koleżanka.

Odwracam głowę. Mówi to facet, z którym wcześniej Lilka rozmawiała.

– To chyba dobrze?

– Mieszanka wybuchowa, zadziorność i piękne kobiety. – Mężczyzna mruży oczy i taksuje mnie wzrokiem.

Przyglądam mu się dokładniej. Nie jest zbyt przystojny, ale bardzo wysportowany. Może nawet za bardzo. Lubię dobrze zbudowanych mężczyzn, ale przesada nie jest wskazana. Z drugiej strony – mam dziś ochotę na silnego i władczego samca, a ten na takiego właśnie wygląda. Uśmiecham się.

– Więc może tobie mogę postawić drinka? – Stuka o blat baru pustą szklanką Lilki.

– Może.

Mężczyzna gestem przywołuje barmana i po chwili sączę kolejną dawkę alkoholu. Wiem, że powinnam już przestać pić, ale jak zwykle nie potrafię powiedzieć „nie”.

– Jak ci na imię?

– Ewa.

– Kusicielka, co?

– Mam nadzieję, że ty nie nazywasz się Adam, bo nie znoszę sierot, które dają się kusić.

– Nie. – Sztucznie się śmieje.

Jego oczy są cały czas takie same – skupione i zimne. Jest w nim coś niepokojącego, ale to jak zwykle mnie podnieca, zamiast martwić.

Z toalety wraca Lilka.

– Wychodzimy? – pytam, choć i tak znam odpowiedź. Mężczyzna też wstaje.

– Odprowadzę was do taksówki.

– Dzięki. – Oboje wiemy, że to oczywiste. Odprowadzi nas do dwóch taksówek, bo Lilka pojedzie swoją, a ja odjadę z nim. Kiedy wychodzimy na zewnątrz, muszę się oprzeć na jego ramieniu. Już sama nie wiem, czy chwieję się, bo jestem tak wstawiona, czy to przez obolałe nogi i zbyt wysokie szpilki.

– Do mnie czy do ciebie? – Mężczyzna nachyla się w moją stronę.

– W plener, skarbie – mówię niezbyt wyraźnie. Faceci to jednak kretyni. Która normalna dziewczyna pojedzie z dopiero co poznanym kolesiem do jego mieszkania? A do mnie? Kto zaprasza zupełnie obcych ludzi do swojego domu? Zaczynam się zastanawiać, gdzie byłoby miło. Jest ciepła noc, a ja mam ochotę na ostry i szybki seks, więc może...

Nagle słyszę pisk hamulców i widzę chodnik, który błyskawicznie zbliża się do mojej twarzy. A raczej – moja twarz zbliża się do niego. Potem czuję już tylko ból i chłód.

Nie wiem, jak długo tak leżę. Przytomnieję, gdy na ulicy robi się coraz głośniej. Jakieś krzyki, wrzaski i warkot silników. Próbuję podnieść głowę. Widzę zamazane sylwetki, które są coraz bliżej.

– Wszystko okej? – Ktoś się pochyla. Ma dwie głowy? Czy to dwie różne głowy? Albo jestem tak bardzo pijana, albo mam uszkodzoną czaszkę. A może i to, i to.

– Nie wiem – bełkoczę.

Ktoś pomaga mi usiąść na chodniku i obmacuje moją twarz i głowę.

– Będziesz miała siniaka na policzku, ale poza tym chyba nic ci nie jest. Chodź.

Dwie osoby – przez moment udaje mi się zachować ostrość widzenia – pomagają mi wstać i prowadzą z powrotem do klubu. Sadzają na ławce przy wejściu.

– Posiedź z nią chwilę, a ja zobaczę, co tam się dzieje. – Jeden z mężczyzn rusza w kierunku karetki stojącej po drugiej stronie ulicy, a drugi próbuje podtrzymać mnie w pionie. Podnoszę nogi i opieram stopy o ławkę. Jestem w krótkiej sukience i pewnie widać majtki, ale mam to gdzieś. Kładę głowę na kolanach i przymykam oczy. Nagle gwałtownie się podrywam. Cholera, Lilka! Gdzie ona jest? Próbuję wstać, ale mężczyzna mnie przytrzymuje.

– Lilka, moja koleżanka, była tu! – pokrzykuję gorączkowo wijąc się na ławce.

– Jest tam. – Macha ręką w stronę karetki.

– Co?!

– Chyba nic poważnego, uspokój się.

Próbuję się znowu podnieść, ale teraz trzyma mnie więcej rąk.

– Ewo Linde! Uspokój się! – słyszę stanowczy głos.

Jak to Ewo Linde? Przecież tu jestem nikim! A przynajmniej miałam taką nadzieję.

– Hej, no już, spokojnie. – Ktoś siada obok mnie, obejmuje ramieniem i podnosi mi brodę do góry. – Wyluzuj, już jest okej.

Patrzę na twarz, którą znam. Należy do człowieka, którego na pewno nie lubię.

– Powoli wstań, zabiorę cię stąd. – Jak lalka pozwalam się podnieść. – Miałaś coś? Torebkę? – Wytrzeszczam oczy i bezmyślnie się na niego gapię. – No jasne, że miałaś – mówi do siebie. – Hej, nie widzieliście jej torebki? – krzyczy do chłopaka, który siedział ze mną na ławce.

– Nie wiem, poczekaj!

Po chwili słyszę „dzięki!” i mój znajomy-nieznajomy prowadzi mnie po chodniku. Trochę przytomnieję, bo nie mam butów i zimno mi w stopy. Zatrzymuję się.

– Co? – pyta. – Aha – domyśla się w końcu. – Sorry, ale butów ci nie będę szukał. – Śmieje się i bierze mnie na ręce.

Cholera, nienawidzę tego, ale nie mam siły się poruszyć, nie mówiąc już o wyrywaniu się. Głowa leci mi bezwładnie do tyłu, przymykam oczy i odpływam.

3

Dociera do mnie jakiś warkot. Dźwięk wwierca się w mózg. Mam wrażenie, że za chwilę moja głowa rozpryśnie się na kawałeczki. Gwałtownie ściskam skronie, niestety hałas nie znika – raz jest większy, raz mniejszy, ale wciąż atakuje. W końcu otwieram oczy. Widzę nad sobą biały sufit. Rozglądam się. Nie mam pojęcia, gdzie jestem! Podrywam się i zaraz opadam pokonana przez impuls bólu, który przeszywa moją głowę. Znowu próbuję się rozejrzeć, tym razem spokojniej. Leżę w szarej pościeli, na wielkim łóżku, w ogromnej, umeblowanej na biało sypialni. Parszywy warkot dobiega zza okna, przysłoniętego zwiewną zasłonką, którą raz po raz unoszą podmuchy wiatru.

Próbuję sobie coś przypomnieć. Pamiętam klub, zabawę z Lilką i kolejne drinki, które w siebie wlewałam. Masuję skronie, bo intensywny ból powraca falami.

Facet, tak, przypominam sobie faceta, z którym rozmawiałam przy barze. Czyli jednak pojechałam z nim do domu? Dotykam się i oddycham z ulgą, przynajmniej nic mi nie jest. Odsuwam kołdrę. Leżę w swojej koronkowej, czarnej bieliźnie. Marszczę brwi. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek, po jakiejś tego typu akcji, bawiła się zakładanie biustonosza i majtek, zanim położę się spać. Inna sprawa, że nigdy z nikim nie jadę do domu, a tym bardziej – nie zostaję później do rana.

A może koleś jest świrem i to on mnie po wszystkim ubrał? Jeszcze raz ostrożnie obmacuję ciało. Zdecydowanie nie czuję się jak po dzikim, ostrym seksie. Powoli się podnoszę i opieram na łokciach. Widzę swoją sukienkę na oparciu fotela stojącego obok łóżka. Nie – rzuconą w szale namiętności, ale – przewieszoną, z idealnie rozprostowanym każdym zagnieceniem. Trafił mi się jakiś pedant? Jestem tak skołowana, że znowu opadam na poduszki. To wszystko jest dziwaczne. Najważniejsze jednak, że poza bólem głowy nic mi nie jest. Cała reszta pewnie się wkrótce wyjaśni. Przymykam znowu oczy, ale niepokój nie pozwala mi się rozluźnić. W końcu wstaję i idę w stronę uchylonych drzwi, za którymi prawdopodobnie jest łazienka.

Mam rację. Ignoruję jej oszałamiający wystrój, choć normalnie podziwiałabym ciekawe połączenie nowoczesności i kilku antyków. Szybko się rozbieram i staję za wysoką szklaną szybą, która wydziela część prysznicową. Z ulgą unoszę twarz pod strumień gorącej wody i natychmiast odskakuję z krzykiem. Ależ to boli i piecze! Dotykam twarzy, potem szybko się opłukuję i wycieram ręcznikiem leżącym na komodzie. Staję na puszystym dywaniku i patrzę w lustro.

O cholera! Prawa strona mojej twarzy jest spuchnięta i posiniaczona. Jeszcze raz ostrożnie dotykam policzka – boli, choć nie bardzo mocno. Gorzej wygląda. Czyli jednak trafiłam na świra! Spanikowana szybko zakładam bieliznę i przepłukuję usta płynem. Ostrożnie otwieram drzwi i upewniam się, że w sypialni wciąż nikogo nie ma. Wskakuję w sukienkę, a potem wymykam się na korytarz. Nie mam pojęcia, co się stało z butami i torebką, ale mam nadzieję, że znajdę je gdzieś przy drzwiach. Teraz najważniejsze, żebym szybko i niezauważona do nich dotarła.

Na końcu korytarza przechylam się przez barierkę schodów i zerkam w dół. Nikogo nie widzę, słyszę tylko wciąż ten sam warkot – chyba kosiarki. Już wiem, że jestem w całkiem dużym i bogato wyglądającym domu. Mam nadzieję, że hałas dobiegający z zewnątrz skutecznie zagłuszy ewentualny odgłos moich kroków. Ostrożnie schodzę i rozglądam się po eleganckim holu. Z ulgą zauważam torebkę leżącą na dużej komodzie pod jedną ze ścian. Niestety nigdzie nie widzę butów. Trudno. I tak nie należały do kategorii najwygodniejszych i ulubionych, choć zapłaciłam za nie prawie całą pensję. Wyciągam z torebki telefon i wstukuję numer.

– Chciałabym zamówić taksówkę.

Cholera! Chciałabym, ale przecież nie mam pojęcia, gdzie jestem!

– Jaki adres? – słyszę oschły głos dyspozytorki. Szybko się rozłączam. Muszę najpierw stąd wyjść i ustalić, gdzie trafiłam. Kładę dłoń na klamce.

– Nieładnie, panno Linde. Nieładnie tak uciekać bez słowa.

Zamieram. Zagryzam wargę i zastanawiam się, skąd znam ten głos. To nie jest facet, z którym rozmawiałam przy barze. Powoli się odwracam. Na drugim końcu holu stoi Piotr Śniadecki, nowy współwłaściciel firmy, w której pracuję. Stoi i z kpiącym uśmieszkiem gapi się na mnie. Mrugam kilka razy. Niestety, nie chce zniknąć, ani okazać się jakimś obcym byczkiem, którego już nigdy nie spotkam.

A do tego... jest piękny. Piękny? Co za idiotyczne określenie w odniesieniu do faceta. Ale taki właśnie jest, przynajmniej teraz, kiedy oświetlają go promienie słońca wpadające przez świetlik nad holem. Stoi oparty plecami o ścianę, z rękami zaplecionymi na piersiach. Pod białą koszulką rysują się muskularne ramiona i płaski brzuch. Dżinsy opinają idealnie proporcjonalne biodra i szczupłe, ale mocne nogi. A twarz? Nawet z tym kretyńskim uśmiechem wygląda bosko. Męsko, klasycznie, cholernie pociągająco. Impuls podniecenia uderza w moje podbrzusze. Jest tak nagły i silny, że błyskawicznie wracam do rzeczywistości. Przełykam ślinę. Mam nadzieję, że nie stałam zbyt długo gapiąc się na niego jak cielę.

– Chodź, zrobiłem kawę. – Odwraca się i odchodzi. Jak zahipnotyzowana idę za nim, choć wiem, że powinnam już być na zewnątrz. Wchodzę do dużej kuchni. Piotr odsuwa krzesło stojące przy pięknym drewnianym stole i wskazuje mi je wzrokiem, a sam siada po drugiej stronie blatu. Ostrożnie osuwam się na siedzisko, jakbym chciała być w każdej chwili gotowa do ucieczki.

– Próbowałem ci przykładać lód, ale niewiele pomogło.

Muszę mieć wyjątkowo głupi wyraz twarzy, bo nachyla się i dotyka mojego policzka. Gwałtownie się odsuwam.

– Boli? Przepraszam.

To on! Ale dlaczego mnie uderzył? Muszę mieć to pytanie wypisane na twarzy, bo Piotr marszczy czoło.

– Pamiętasz w ogóle, co się stało?

– Czy my...? – pytam, zanim zdążę się zastanowić.

– Co „czy my”? A! – Zaczyna się śmiać. – Nie, nie, choć – przesuwa wzrokiem po moim ciele – nie miałbym nic przeciwko temu, skarbie.

Kolejny impuls, przez który spanikowana zaciskam nogi. Nie ma mowy, żeby mnie pociągał, nie cierpię takich typów. Najgorszy z możliwych – bogaty przystojniaczek z bardzo wysokim mniemaniem o sobie. Każda na niego leci, każda wskakuje do łóżka, a on daje dużo przyjemności – ale tylko sobie. Wolę, żeby mnie przeleciał budowlaniec z krzywymi zębami niż taki wymuskany i rozpieszczony zarozumialec.

– Całe szczęście. – Oddycham z ulgą, że do niczego między nami nie doszło. – Ale dlaczego mnie uderzyłeś?

Najpierw kpiąco się uśmiecha, a potem oczy mu się rozszerzają ze zdziwienia, jakby dopiero po chwili zrozumiał drugą część mojej wypowiedzi.

– Nie, no co ty!

Znowu dotykam opuchniętego policzka.

– Dobra, po kolei. – Opiera łokcie na blacie i znowu się nachyla. Patrzy na mnie intensywnie zielonymi oczami. – Bawiłaś się w klubie z Lilką, pamiętasz? – Kiwam głową. – Wychodziłyście z jakimś facetem. Popchnął cię na chodnik i chyba wtedy to sobie zrobiłaś. Próbował wepchnąć Lilkę do samochodu, ale mu się wyrwała. – Muszę wyglądać na naprawdę zszokowaną, bo Piotr na chwilę milknie i badawczo mi się przygląda. – Naprawdę nic nie pamiętasz? – Kręcę głową. – No więc Lilka z Dawidem wpakowali się w dość nieciekawą sprawę i jacyś kolesie próbowali ją porwać. Na szczęście nasza ochrona miała ją na oku i wszystko jest dobrze. To znaczy – kolesie są w areszcie, a Lilka jest tylko trochę poobijana.

– Muszę… – Podrywam się z krzesła.

– Nic nie musisz. Jest u Tomka.

No tak. Czyli jednak nie był aż tak niezaangażowany, jak się Lilce wydawało. Mam nadzieję, że to dla niej dobrze. Chociaż, jeśli jest podobnym typkiem jak ten tu, to sama nie wiem.

Patrzę w milczeniu na Piotra. Chciałabym wiedzieć, co to za sprawa. Porwanie? Owszem, robimy w firmie program śledczy dla jednej z telewizji, ale nigdy coś takiego się nie wydarzyło. Nie pytam jednak, dochodzę do wniosku, że sama pogadam z Dawidem. Im szybciej wyjdę z tego domu, tym lepiej. Chcę jeszcze tylko usłyszeć, skąd się tu w ogóle wzięłam.

– A ja? Tutaj?

Piotr bierze oddech, żeby odpowiedzieć, ale w tym momencie dzwoni telefon. Sięga do kieszeni dżinsów, zerka na wyświetlacz i krzywi się. Chwila wahania, ale w końcu odbiera.

– Cześć – mówi obojętnym głosem.

Słyszę szczebiotanie jakiejś dziewczyny. Przewracam oczami, co oczywiście Piotr zauważa. Patrzy na mnie z lekkim uśmieszkiem i jednocześnie mówi:

– Jasne, skoro chcesz… tak, będę. Obiad? Nie, dzięki. – Wzdycha, kiedy szczebiotanie się nasila. – Tak, wiem, że twoja mama chciałaby. Tak, moja pewnie też… Muszę kończyć. Ktoś u mnie jest… Nie twoja sprawa, okej? – Teraz już robi się zły. Ładny widok. Uśmiecham się złośliwie. – Ola, posłuchaj. Możesz dzwonić, przychodzić, dać się przelecieć. Ale to byłoby na tyle, dobrze?… Nie, nie jestem niemiły, jestem taki jak zawsze. No właśnie. Tak, mówiłem, że będę, możesz przyjść. – Rozłącza się i powoli odkłada telefon na stół.

– Jak słodko! – Nie mogę się powstrzymać.

– Powiedziałbym: adekwatnie. – Uśmiecha się zarozumiale.

Kręcę z niedowierzaniem głową. Co za dupek. Nawet przez ułamek sekundy żal mi tej Oli. Choć z drugiej strony, jeśli daje się tak traktować, to widocznie jej to pasuje.

– Możemy wrócić do…

– Sypialni? W każdej chwili, skarbie.

– Naprawdę jesteś żałosny.

– Poczekam. – Znowu widzę ten zarozumiały grymas na twarzy. Mam już naprawdę dość.

– Powiesz mi w końcu, co się stało? – pytam poirytowana. – Dlaczego się tu znalazłam?

– No tak. – Wreszcie poważnieje. – Po akcji pod klubem byłaś, delikatnie mówiąc, mocno nietrzeźwa. – Kpiąco wygina usta. – Więc kiedy podjechaliśmy z Tomkiem pod klub, zabrałem cię i przywiozłem tutaj. Nie chciałem, żebyś w takim stanie była sama. Zresztą, kiedy pytałem, gdzie mieszkasz, to bełkotałaś, że nie wpuszczasz obcych do domu, i że jak chcę, to okej, ale w plenerze.

Zaciskam zawstydzona oczy. Nie! Nie wierzę, że to mówiłam!

– Ale spoko, nie skorzystałem z propozycji. – Piotr się śmieje. – Choć jak już mówiłem…

– Jasne! – Narasta we mnie złość – na niego i na tego gnoja, który chciał coś zrobić Lilce. Wspomnienia wracają. Te jego zimne oczy, wzdrygam się na samą myśl. Ale przede wszystkim wściekam się na siebie. Jak mogłam być tak głupia, żeby chcieć z nim wyjść? Jestem zażenowana, tym bardziej że Piotr pewnie wszystkiego się domyślił, albo sama mu to opowiedziałam w pijackim amoku. Opieram głowę o dłonie. Co za koszmar! Ciekawe, co jeszcze ciekawego mówiłam swojemu – jakby nie było – szefowi?

– A swoją drogą, to niezbyt mądre wychodzić z obcym facetem z klubu, nie sądzisz?

Podnoszę głowę i piję mały łyk kawy. Mogę mieć wyrzuty sumienia, ale taki typ nie będzie mi prawił morałów.

– Nie, nie sądzę.

– Poważnie, Ewa, to niebezpieczne.

Teraz próbuje być troskliwy?

– A ty? Nigdy nie poderwałeś panny i nie ruszyłeś z nią gdzieś? Tu, albo do niej?

– Jasne, ale faceci to coś innego.

– Uwierz, psychopatek jest całkiem sporo. Więc może to ja powinnam się o ciebie pomartwić?

– Twardzielka, co? I tak uważam, że nie powinnaś w ten sposób ryzykować.

– Lubię adrenalinkę. – Mrugam do niego. – Poza tym potrafię się obronić.

Wybucha śmiechem.

– Paznokcie czy pilniczek?

– Na szczęście ty się tego nie dowiesz. Możesz mi zamówić taksówkę?

– Odwiozę cię.

Wbijam w niego wzrok.

– Nie ma mowy. – Odpowiadam ostro i dokładnie w tej chwili przypominam sobie, że na liście moich udręk jest też fakt, że mnie rozebrał. Szybko odganiam myśli o jego dłoniach dotykających mojego ciała. – To znaczy, dziękuję, że się mną zająłeś, ale teraz wolałabym już radzić sobie sama. – Silę się na łagodniejszy ton.

– Jak chcesz. – Wstaje, bierze telefon z blatu i dzwoni. – Taksówka będzie za dwadzieścia minut – mówi po chwili.

Nie wytrzymam tu tyle czasu.

– Dzięki. – Wstaję i idę do holu. Zabieram torebkę i wychodzę na zewnątrz. Przed domem widzę żwirowy podjazd, a za nim dużą bramę. Wzdrygam się na myśl o tym, że muszę tam dojść bez butów.

– Kierowca wjedzie tutaj – słyszę za plecami.

– Okej. – Siadam na schodku przy drzwiach. Poprawiam brzeg sukienki i próbuję go naciągnąć na podkulone kolana. Mam nadzieję, że Piotr zostawi mnie już w spokoju, ale niestety, siada obok. Zerka na moje bose stopy.

– Teoretycznie mogłem w nocy szukać twoich butów pod klubem, ale nagie stopy mocno mnie kręcą.

– Wiesz co? Naprawdę już bądź cicho. – Zaczynam czuć straszliwe zmęczenie. Wraca ból głowy, atakują mnie wyrzuty sumienia. Nie mam już siły bawić się w celne riposty.

Piotr przysuwa się bliżej. Nie dotyka mnie, ale i tak czuję ciepło jego ciała, co oczywiście budzi znajome drżenie. Zaciskam uda i kręcę zrezygnowana głową. Zdradzieckie ciało. Fakt, że jest takim typem faceta i do tego moim szefem, powinien na mnie podziałać jak kubeł zimnej wody. Do tego jestem obolała, zmęczona i skacowana. Ale nie, jest zupełnie przeciwnie. Moje wnętrze pulsuje, a ciało pragnie jego dotyku. Parskam cicho, bo absurd tej sytuacji mnie dobija.

Piotr patrzy próbując zrozumieć, co mnie tak rozbawiło. Zaczyna coś mówić, ale przerywa mu dźwięk dzwonka. Podrywa się, wchodzi do domu i po chwili brama zaczyna się otwierać. Podnoszę się zadowolona, ale niestety – zamiast taksówki widzę błyszczące volvo. Jęczę rozczarowana. Samochód zatrzymuje się tuż przed nami i wyskakuje z niego śliczna blondynka. Śliczna, ale chyba niezbyt miła. Patrzy na mnie z pogardą i podchodzi do Piotra.

– Cześć, kochanie. – Cmoka go w policzek. Z trudem hamuję śmiech, kiedy widzę jego daleką od zachwytu minę.

– Cześć. – Klepie ją w pośladek, jak klacz w stajni. Przez cały czas nie odrywa ode mnie wzroku. Chce mi coś udowodnić? Mam się poczuć zazdrosna? Tym razem nie wytrzymuję i parskam głośnym śmiechem. Dziewczyna – domyślam się, że to szczebiocząca wcześniej przez telefon Ola – patrzy na mnie bez cienia sympatii. Wyciągam rękę.

– Ty pewnie jesteś Ola? – pytam przekrzywiając głowę.

– Aleksandra. – Z widoczną niechęcią dotyka mojej dłoni.

– Ewa – mówię i w tej chwili widzę taksówkę wjeżdżającą przez bramę. – A to moja taksówka – dodaję z ulgą. Czekam, aż samochód się zatrzyma i podchodzę do tylnych drzwi.

– Dzięki, ogierze. – Odwracam się i uśmiecham do Piotra. Ola wytrzeszcza oczy.

– Co? Co powiedziała?

– Ogier. Taki koń, skarbie.

– Dziwka! – Rzuca w moją stronę i ciągnie Piotra do domu. On jednak zatrzymuje się w drzwiach i odprowadza mnie rozbawionym wzrokiem, dopóki taksówka nie znika za bramą.