Ostrożnie z miłością - Samantha Young

Ostrożnie z miłością

0,0

Seria przypadkowych zdarzeń doprowadza do spotkania, które Ava i Caleb zapamiętają na zawsze.

Chyba cały wszechświat sprzysiągł się przeciwko Avie.

Powrót z Phoenix do domu w Bostonie okazuje się pełen niespodzianek: pewien arogancki Szkot, Caleb, sprzątnął jej sprzed nosa ostatni bilet w pierwszej klasie, jej lot zostaje odwołany, musi więc wracać okrężną drogą, z przesiadką i noclegiem w Chicago.

Na dodatek spotyka tam niesympatycznego Caleba. Napięcie, które rośnie między bohaterami, doprowadza w końcu do… namiętnej nocy podczas przymusowej przerwy w podróży; nocy, jakiej Ava jeszcze nigdy nie przeżyła.

Oboje traktują to jako jednorazową przygodę, ale za jakiś czas los znów postawi Caleba na drodze Avy…

Decydują się wówczas na związek bez zobowiązań. Caleb przez swoje trudne doświadczenia z przeszłości nie chce się poważniej angażować. Ale Ava wkrótce przekonuje się, że przystojny Szkot wcale nie jest takim okropnym typem, za jakiego go uważała.

Postanawia za wszelką cenę zawalczyć nie tylko o jego ciało, lecz także serce.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
14135.jpg

Tytuł oryginału: Fight or Flight

Copyright © by Samantha Young, 2018

This edition published by arrangement with Berkley,

an imprint of Penguin Publishing Group,

a division of Penguin Random House LLC.

Copyright for the Polish edition © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2018

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Ewa Górczyńska

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Agnieszka Rybczak-Pawlicka, Katarzyna Szajowska/Melanż

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Eliza Luty

Zdjęcie na okładce: Dave and Les Jacobs/Getty Images

ISBN: 978-83-8053-451-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Kamil Raczyński

Virtualo Sp. z o.o.

konwersja.virtualo.pl

1

lotnisko Sky Harbor, Arizona
marzec 2018

Jedzenie. Jedzenie i kawa. Wiedziałam, że to powinno być dla mnie w tej chwili najważniejsze. Burczenie w brzuchu jasno dawało mi to do zrozumienia. Czułam, że jeśli zaraz nie wprowadzę do organizmu dawki kofeiny, zacznę gryźć i drapać. Biorąc pod uwagę cel mojej wizyty w Phoenix i niedawne przeszukanie mojej walizki podczas kontroli bezpieczeństwa, nie było w tym nic dziwnego.

Chociaż byłam głodna i zła, postanowiłam najpierw podwyższyć klasę swojego biletu do Bostonu. W hali dworca lotniczego jeszcze jakoś się trzymałam, mimo rozdrażnienia, ale jako ktoś cierpiący na łagodną postać klaustrofobii wiedziałam, że w cias­nym samolocie poczuję się milion razy gorzej. Z moim szczęściem na pewno trafi mi się miejsce obok kogoś, kto na czas lotu zdejmie nie tylko buty, lecz także skarpetki. Nie mogłam się narażać na coś takiego. Para obcych rozgrzanych nieświeżych bosych stóp tuż obok mnie przez cztery i pół godziny lotu? Nie, w obecnym stanie ducha na pewno bym tego nie zniosła. Wzdrygnęłam się i ruszyłam do stanowiska odpraw przy mojej bramce.

Spostrzegłszy niewielką grupkę osób zgromadzonych pod ekranem telewizyjnym, zwolniłam kroku, zastanawiając się, jaka wiadomość tak przykuła ich uwagę. Na widok olbrzymich pióropuszy dymu, wydobywających się ze szczytu niebywale wysokiej góry, przystanęłam zaciekawiona.

W kilka sekund dowiedziałam się, że na Islandii wybuchł wulkan o nazwie nie do wymówienia. Powstała przez to ogromna chmura pyłu, która spowodowała niebywały zamęt w Europie. Odwołano loty, co wywołało totalny chaos komunikacyjny.

Wizja tkwienia na lotnisku przez wiele godzin – może nawet dni – wzbudziła we mnie współczucie dla wszystkich dzielących moją podróżną dolę. Nie potrafiłam sobie wyobrazić czegoś takiego, zwłaszcza po tym, co przeszłam w minionym tygodniu. Postrzegałam siebie jako osobę opanowaną i zorganizowaną, jednak ostatnio buzowały we mnie tak silne emocje, grożące nagłym wybuchem, że niemal się ich bałam. Błagając Wszechświat, żeby wybaczył mi mój egocentryzm, i dziękując losowi, że to nie ja nie dotrę dziś do domu, znów ruszyłam w stronę stanowiska odpraw. Kolejki nie było, a mężczyzna za kontuarem uśmiechał się zapraszająco, gdy zobaczył, że się do niego zbliżam.

– Dzień dobry, chciałam zapytać… Au! – Skrzywiłam się, kiedy torba z laptopem, niesiona przez jakiegoś rosłego mężczyznę, uderzyła mnie w prawe ramię tak mocno, że zatoczyłam się na bok.

Zwalisty facet nawet nie zauważył, że kogoś potrącił. Minął mnie jak powietrze i nie czekając na swoją kolejkę, stanął przy kontuarze.

Co za bezczelność!

– Chciałbym zamienić swój bilet na bilet pierwszej klasy – powiedział głębokim, donośnym, dudniącym głosem, z miłym dla ucha akcentem, który jednak wcale nie złagodził mojego gniewu na tak obcesowe wypchnięcie z kolejki.

– Oczywiście – odparł pracownik lotniska zalotnym tonem i chociaż byłam zbyt niska, żeby go zobaczyć ponad ramieniem tego zwalistego gbura, miałam pewność, że kokieteryjnie zatrzepotał rzęsami. – Sprawdźmy. Lot DL180 do Bostonu. Ma pan szczęście, panie Scott. W pierwszej klasie zostało jeszcze jedno miejsce.

Cholera! Nie!

– Co takiego? – Wepchnęłam się przed gbura, nawet na niego nie patrząc.

Pracownik lotniska, usłyszawszy mój ton, natychmiast przymrużył oczy i zacisnął wargi.

– Właśnie podchodziłam do pańskiego stanowiska, żeby poprosić o bilet pierwszej klasy, ale on – wskazałam gestem winowajcę – wcisnął się przede mnie. Przecież pan to widział.

– Bardzo proszę, żeby się pani uspokoiła i zaczekała na swoją kolej. Wszystkie miejsca na ten lot są wykupione, ale wpiszę pani nazwisko na listę oczekujących i jeśli zwolni się miejsce w pierwszej klasie, zostanie pani zawiadomiona o możliwości wymiany biletu.

Akurat. W tym tygodniu prześladował mnie pech, więc i to na pewno się nie uda.

– Ale ja byłam pierwsza – upierałam się, czerwona z gniewu i oburzenia na taką niesprawiedliwość. – Ten tutaj potrącił mnie torbą na laptopa i wepchnął się przede mnie.

– Czy możemy zignorować tę rozzłoszczoną osóbkę i zająć się biletem? – zapytał nieznajomy z charakterystycznym akcentem.

Niski głos rozległ się ponad moją głową, po prawej stronie.

Jego pobłażliwy ton sprawił, że w końcu na niego spojrzałam.

I nagle wszystko stało się jasne.

Obok stał współczesny wiking i spoglądał na mnie z góry, odwróciwszy wzrok od pracownika lotniska. Jeszcze nigdy nie widziałam tak pięknych oczu. Jasnoniebieskie i wyraziste, kontrastowały z opaloną twarzą, lśniąc w promieniach słońca wpadających przez lotniskowe okna niczym błękitne przejrzyste szkło. Włosy miał ciemnoblond, krótko przystrzyżone po bokach, dłuższe na górze. I chociaż nie był w moim typie, musiałam przyznać, że jego twarz o surowych męskich rysach, z krótko przystrzyżoną ciemnoblond brodą, prezentowała się bardzo atrakcyjne. Właściwie nie była to broda, tylko kilkudniowy gęsty zarost. Miał piękne usta, o cieńszej górnej wardze, ale pełnej i zmysłowej dolnej, co nadawało im chłopięcy wyraz, niepasujący do zdecydowanie męskiej aparycji. Usta, chociaż tak piękne, w tej chwili wykrzywiały się w grymasie pełnym niezadowolenia.

I czy już wspominałam, że był wspaniale zbudowany?

Na widok jego szerokich ramion trener drużyny futbolowej załkałby z radości. Szacowałam, że mógł mieć jakieś metr osiemdziesiąt pięć wzrostu, ale był tak umięśniony, że wyglądał na wyższego. Mierzyłam zaledwie metr sześćdziesiąt i choć miałam na sobie dziesięciocentymetrowe szpilki, stojąc obok niego, czułam się jak skrzat.

Tatuaże, którym jeszcze nie zdążyłam się przyjrzeć, wyglądy spod podwiniętych rękawów sportowej koszulki, podkreślającej zarys mięśni, jakich można się dorobić jedynie dzięki częstym i regularnym wizytom w siłowni.

Krótko mówiąc, był to wspaniały przedstawiciel męskiego gatunku.

Przewróciłam oczami i zirytowana spojrzałam znacząco na pracownika lotniska.

– Serio? – Stało się dla mnie jasne, że zamierza traktować ulgowo tego wikinga wyglądającego na członka gangu motocyklowego.

– Bardzo proszę, niech mnie pani nie zmusza do wezwania ochrony.

Ze zdziwienia aż otworzyłam usta.

– Czy to nie przesada?

– Hej. – Głos wikinga zabrzmiał tak wojowniczo, że się zjeżyłam.

Podniosłam na niego wzrok.

– Zmykaj stąd, krasnalu – powiedział kpiąco.

– Nie mówię po skandynawsku. – Udałam, że nie rozumiem jego słów, wypowiedzianych z silnym obcym akcentem.

– Jestem Szkotem.

– Co mnie to obchodzi?

Wymamrotał coś niezrozumiale i zwrócił się do mężczyzny za kontuarem.

– Gotowe?

Facet posłał mu uwodzicielski uśmiech i podał bilet oraz paszport.

– Już ma pan miejsce w pierwszej klasie – oznajmił.

– Zaraz, zaraz! Co takiego? – zaprotestowałam, ale wiking zabrał swoje dokumenty i odszedł.

Stawiał o wiele dłuższe kroki niż ja, ale mnie napędzała silna motywacja, a poza tym potrafiłam biegać w szpilkach. Podążyłam więc za nim, ciągnąc za sobą walizkę pokładową na kółkach.

– Chwileczkę! – Chwyciłam go za ramię, a on odwrócił się tak szybko, że aż się zachwiałam.

Natychmiast odzyskałam równowagę i krzywiąc się, wygładziłam żakiet.

– W takiej sytuacji powinieneś postąpić jak należy i oddać mi miejsce w pierwszej klasie.

Sama nie wiedziałam, dlaczego tak się uparłam. Może dlatego, że zawsze mnie bolało, kiedy kogoś traktowano niesprawiedliwie. A może w tym tygodniu zbyt często mną pomiatano.

Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– To jakiś żart?

Nawet nie próbowałam udawać, że nie jestem obrażona. Zachowanie tego typa było obraźliwe w każdym calu. Oskarżycielsko wskazałam na niego palcem.

– Ukradłeś mi miejsce w samolocie – wycedziłam wolno, żeby jego ptasi móżdżek zdołał nadążyć za moimi słowami.

– Jesteś kompletną świruską – odparł, również celując we mnie palcem.

Na chwilę zatkało mnie z oburzenia.

– To nieprawda – zaprotestowałam. – Po pierwsze, jestem po prostu głodna i zła. A to różnica. A po drugie, słowo „świrus” jest całkiem niepoprawne politycznie.

Przez moment patrzył w przestrzeń gdzieś ponad moją głową, jakby zbierał myśli. A może po prostu starał się przywołać resztki cierpliwości. Chyba jednak to drugie, ponieważ kiedy w końcu spojrzał na mnie tymi swoimi urzekającymi oczami, westchnął głęboko.

– Byłabyś nawet zabawna, gdyby nie to, że jesteś totalnie niezrównoważona. A ja nie jestem w dobrym nastroju po tym, jak musiałem lecieć z Glasgow do Londynu, z Londynu do Phoenix, a teraz z Phoenix do Bostonu, zamiast dotrzeć tam prosto z Londynu, tylko dlatego że mój asystent to palant, który najwyraźniej nie słyszał o międzynarodowych lotach bezpośrednich. Bądź więc tak miła i idź w swoją stronę, zanim powiem lub zrobię coś, czego będę potem żałował.

– A więc nie przeprosisz za to, że nazwałeś mnie świruską?

W odpowiedzi odwrócił się i odszedł.

Pokonana i zrezygnowana patrzyłam, jak się oddala razem z biletem pierwszej klasy, który powinien być mój.

Zadecydowałam, że kawa i jedzenie mogą zaczekać, dopóki nie odświeżę się w łazience – czyli do momentu aż nie odzyskam spokoju. Ruszyłam w kierunku najbliższej toalety. Patrząc przez okno na Camelback Mountain, marzyłam, żeby jak najszybciej znaleźć się jak najdalej od Phoenix. To wizyta tutaj była przyczyną mojej frustracji. Poczułam, że zaczynają mną targać wyrzuty sumienia. Przed chwilą wyładowałam złość i frustrację na nieznajomym Szkocie. Fakt, ten gość był nieznośnie bezczelny, ale to ja wywołałam otwarty konflikt. W innych okolicznościach po prostu zapytałabym spokojnie, kiedy odlatuje następny samolot do Bostonu i czy dostanę bilet pierwszej klasy na ten rejs.

Ale tak bardzo chciałam już wrócić do domu.

Skorzystałam z toalety, umyłam ręce i wpatrzyłam się w swoje odbicie w lustrze. Marzyłam, żeby ochlapać twarz zimną wodą, ale to zniszczyłoby makijaż, który tak starannie wykonałam rano.

Przyglądając się sobie krytycznie, przeczesałam palcami włosy, ułożone w fale za pomocą prostownicy. Kiedy stan fryzury uznałam za zadowalający, przeniosłam uwagę na ubranie. Czerwony kostium był jednym z moich najładniejszych strojów. Składał się z dwurzędowego żakietu z baskinką i ołówkowej spódnicy do kolan. Ponieważ żakiet najlepiej wyglądał zapięty, pod spód włożyłam tylko cienką jedwabną koszulkę w kolorze kości słoniowej. Nie wiedziałam nawet, dlaczego spakowałam ten kostium, ale ponieważ przez ostatnie dni nosiłam jedynie czarne stroje, czerwień była dla mnie symbolem buntu. Albo wołaniem o pomoc. Albo jednak symbolem buntu.

Chociaż miałam dobrze płatną pracę jako projektantka wnętrz w ekskluzywnej firmie projektowej, życie w Bostonie okazało się dla mnie bardzo drogie. Połyskującą na przegubie dłoni tenisową bransoletkę z diamencików dostałam na osiemnaste urodziny od byłego chłopaka. Przez jakiś czas jej nie nosiłam, ale ponieważ w oczach moich niedorzecznie bogatych i ważnych klientów musiałam wyglądać jak uosobienie sukcesu, kiedy rozpoczęłam pracę, wyciągnęłam ją z przechowalni, dałam do czyszczenia i od tej pory się z nią nie rozstawałam.

Ostatnio jednak jej widok sprawiał mi ból.

Skrzywiłam się, oderwałam wzrok od skrzących się diamentów i spojrzałam na prawy przegub, gdzie błyszczał zegarek Gucciego. Taką premię przyznała mi Stella, moja szefowa, po pierwszym roku pracy w firmie.

Natomiast buty z czarnego aksamitu, na seksownej szpilce i z uroczym paseczkiem wokół kostki, zaprojektowane przez Jimmy’ego Choo, były jednym z wielu moich zakupów, które przyczyniały się do rosnącego debetu na karcie kredytowej. Gdybym mieszkała gdziekolwiek indziej niż w Bostonie, za otrzymywaną pensję mogłabym sobie sprawić dowolną liczbę butów tego projektanta. Niestety, większość moich zarobków pochłaniał wysoki czynsz za wynajmowane mieszkanie.

Zajmowałam uroczy pięćdziesięciopięciometrowy apartamencik, usytuowany na Beacon Hill. Dokładnie mówiąc, na Mount Vernon Street, kilka minut spacerem od rozległego parku Boston Common. Miesięczny wynajem kosztował mnie ponad cztery tysiące dolarów, a nie wchodziły w to rachunki za media. Pensji, po zapłaceniu podatków, wystarczyłoby na zgromadzenie jakichś oszczędności, ale wtedy nie byłoby mnie stać na kupowanie ulubionych butów Jimmy’ego Choo.

Tak, przyznaję, dotarłam do trzydziestki obciążona długiem na karcie kredytowej.

Ale to chyba upodobniało mnie do większości moich rodaków i rodaczek, prawda? Spojrzałam na swoje nieskazitelne odbicie w lustrze, starając się nie dopuścić do siebie myśli, że wielu współobywateli ma długi ze względu na koszty opieki medycznej lub dlatego, że muszą wykarmić dzieci.

Nie z powodu apartamentu w niedorzecznie drogiej dzielnicy Bostonu (choć uwielbiałam tam mieszkać) czy kupowania butów drogich projektantów, które pozwalały przekonać klientów, że mają do czynienia z kimś, kto doskonale rozumie ich potrzeby.

Zignorowałam te wnioski, nie chcąc dłużej krytykować samej siebie w myślach. Od przyjazdu do rodzinnego Phoenix niemal nic innego nie robiłam, chociaż przedtem mój tryb życia dawał mi szczęście.

Byłam w pełni szczęśliwa w perfekcyjnie urządzonym mieszkaniu, z nieskazitelną fryzurą i doskonałymi butami!

Perfekcja jest dobra.

Wygładziłam żakiet i chwyciłam rączkę walizki pokładowej.

Perfekcja oznacza kontrolę.

Patrzyłam na śliczną dziewczynę w lustrze i czułam, że się odprężam. Gdyby ten facet przy bramce wolał kobiety, natychmiast dostałabym bilet na pierwszą klasę.

– Nieważne – wyszeptałam do siebie.

Co się stało, to się nie odstanie.

Po wyjściu z łazienki postanowiłam kupić wytęsknioną przepyszną sałatkę śródziemnomorską i kanapkę w jednej ze swoich ulubionych restauracji sieci Olive & Ivy. Ta myśl sprawiła, że poczułam się jeszcze lepiej.

Wszystko będzie dobrze, gdy tylko zaspokoję głód i pragnienie kawy.

2

Wszechświat chyba jednak mnie nie znienawidził, ponieważ w Olive & Ivy dostrzegłam wolne miejsce. Była to popularna restauracja, więc nic dziwnego, że niezajęty pozostał tylko jeden stołek przy kontuarze otaczającym niewielką salkę. Młoda, dwudziestokilkuletnia kobieta, siedząca na miejscu obok wolnego stołka, zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, a po chwili zachęcający uśmiech rozjaśnił jej twarz. Ha. Miałam nadzieję, że jej nieskrywane zainteresowanie mną oznacza chęć przypilnowania dla mnie miejsca, podczas gdy ja będę zamawiać jedzenie. Okrążyłam ją, czując na sobie jej uważne spojrzenie. Już miałam ją poprosić, żeby zajęła mi wolny stołek, kiedy na blacie tuż przy nim wylądowała ciężka torba na laptopa, z takim hukiem, że aż podskoczyłam.

– To miejsce jest zajęte.

No nie!

Nie ma mowy!

Nie!

Odwróciłam się szybko i zobaczyłam znajomego irytującego osobnika, który dziś już pojawił się w moim życiu.

– Tak, jest zajęte. Przeze mnie!

Szkot patrzył na mnie z bezczelnym, niezmąconym spokojem.

– A złożyłaś już zamówienie? Bo ja tak. Jako pełnoprawny klient mam pierwszeństwo przed stukniętym, przemądrzałym krasnalem, przekonanym, że wszystko mu się od życia należy.

Wzniosłam oczy do nieba, ale oczywiście zamiast Wszechświata zobaczyłam sufit.

– Ja chyba śnię – wymamrotałam.

– O, proszę. Na dodatek gadasz do siebie. Najlepszy dowód na to, że jesteś stuknięta.

Zgromiłam go wzrokiem.

– Znów ten niepoprawny politycznie język.

– Skarbie, popatrz na mnie. – Uśmiechnął się krzywo. – Cały jestem niepoprawny politycznie.

– Tylko nie „skarbie” – zaprotestowałam. – Nie spoufalaj się.

Pochylił się nade mną, przygwożdżając mnie do miejsca zimnym spojrzeniem niebieskich oczu.

– Nie zamierzam się znów z tobą kłócić w publicznym miejscu. Sio stąd, do cholery!

Czy właśnie powiedział do mnie „sio”?

„Sio”!

Zdecydowanym ruchem odsunął stołek, aż musiałam się cofnąć, żeby mnie nim nie uderzył. Zauważył moje zdziwienie i, ku swojemu zaskoczeniu, na jego twarzy dostrzegłam nie tylko irytację, lecz także pogardę.

– Pewnie jesteś przyzwyczajona, że mężczyźni padają do twych stóp, więc dam ci jeszcze dwie sekundy na zdziwienie. Ale jeśli za pięć sekund jeszcze tu będziesz, narobię ci cholernego wstydu na całe lotnisko.

– Często przeklinasz. – To były jedyne słowa, jakie dałam radę z siebie wydusić, czując tak silną niechęć z jego strony.

Jego mina stawała się coraz groźniejsza.

– Pięć, cztery, trzy…

Prychnęłam z oburzeniem, przerywając mu odliczanie, i już miałam odejść, ale siedząca obok młoda kobieta położyła mi dłoń na ramieniu.

– Ja już kończę, więc może pani zająć moje miejsce.

Uśmiechnęłam się do niej słodko.

– To bardzo miło z pani strony – powiedziałam, a potem dodałam, podnosząc głos: – Ale wolałabym popełnić harakiri wykałaczką, niż siedzieć obok tego nieokrzesanego fiuta, którego zachowanie przeczy pogłoskom, że Szkoci to najsympatyczniejszy naród świata.

Dokończywszy zdanie, odwróciłam się szybko, dramatycznym gestem odrzucając włosy do tyłu, i odeszłabym jako zwyciężczyni w tej słownej szermierce, gdybym nie usłyszała, jak koleś wybucha pełnym rozbawienia niskim śmiechem.

Ten dźwięk wyraźnie wybił mnie z rytmu.

Bezczelny Szkot nie pozwolił mi nawet oddalić się z gracją.

Zamiast pysznej sałatki kupiłam gotową kanapkę z lodówki i choć zupełnie nie miała smaku, zjadłam ją, siedząc pod przypadkową bramką i gapiąc się na góry. Upływ czasu sprawił, że nieco ochłonęłam, a bolesne wspomnienie minionego tygodnia pomogło spojrzeć na wszystko z odpowiednim dystansem. Kiedy poczułam się wystarczająco spokojna, postanowiłam podejść do jednego z lotniskowych stoisk z napojami i kupić kawę. Przy najbliższym stoisku już tworzyła się kolejka, więc przyśpieszyłam kroku, żeby się w niej ustawić, zanim stanie się jeszcze dłuższa.

Na widok okazałej postaci Szkota Sukinkota, która zmierzała ku stoisku z przeciwnej strony, podkręciłam tempo i niemal podbiegłam do celu. Wyhamowałam tuż za mężczyzną w garniturze, niechcący potrącając jego torbę moją walizką. Rzucił mi przez ramię gniewne spojrzenie, a ja uśmiechnęłam się przepraszająco i zaraz potem triumfalnie spojrzałam na Szkota, który właśnie stanął za mną.

– Kto ostatni, ten gapa – powiedziałam, nie przejmując się tym, że zabrzmiało to dość infantylnie.

– Wiesz, można by pomyśleć, że masz cztery lata.

– W końcu cię prześcignęłam. To wiem na pewno.

– Świruska.

– Prostak.

– Jędza.

Skrzywiłam się, słysząc tę obelgę, która zabrzmiała nawet gorzej niż „świruska”.

– Głupi fiut.

– Masz chyba jakąś obsesję na punkcie mojego fiuta.

– Słucham? – Odwróciłam się oburzona.

– Nieokrzesany fiut. Głupi fiut – zacytował mnie.

– To były obelgi.

– Z bardzo specyficznym odniesieniem.

Ku swojemu przerażeniu przeniosłam wzrok na jego krocze, jakby nagle moje oczy zaczęły żyć własnym życiem. Dobry Boże! Zaczerwieniłam się po same uszy i szybko powędrowałam spojrzeniem w dół, na jego ciemnoniebieskie dżinsy i luźno zasznurowane buty motocyklowe.

Miał duże stopy.

Wiesz, co mówią… Spokój! Nieważne, co mówią.

– Takie uprzedmiotowienie bardzo mnie zabolało.

Czerwona jak pomidor spojrzałam na jego twarz. Wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie.

– Dobra. Nieźle się bawię, wgniatając cię w ziemię podczas tych słownych potyczek, ale naprawdę chce mi się kawy. – Bez dalszych wyjaśnień wyszedł z kolejki i przeszedł na sam jej przód.

Co jest, do cholery!

Podążyłam za nim, rozwścieczona, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach, która podskakiwała gwałtownie, jakby wyczuwając mój gniew.

– Mój samolot niedługo startuje i już wzywają pasażerów do wejścia na pokład – powiedział do kobiety, która właśnie miała zostać obsłużona. – Zachce mnie pani przepuścić? – zapytał niemal uprzejmie.

– Ależ oczywiście. – Kobieta najwyraźniej nie mogła mu się oprzeć. Patrzyła na niego cielęcym wzrokiem. – Skąd pan pochodzi? Ma pan cudowny akcent.

– Ze Szkocji – odrzekł krótko i stanął przed nią, nawet nie podziękowawszy.

Facet nie miał za grosz dobrych manier. Ale ja miałam.

– Hej. – Uśmiechnęłam się do kobiety. – Lecę tym samym samolotem. Przepuści pani i mnie?

Na dźwięk mojego głosu Szkot lekko odwrócił głowę.

Kobieta spojrzała na niego uważnie.

– Są państwo razem? – zapytała.

Miał minę, jakby taka możliwość przyprawiła go o mdłości.

– Nigdy w życiu nie widziałem tej osoby.

Kobieta uniosła krytycznie brew.

– Chytry pomysł, ale nic z tego. Niech pani wraca do kolejki.

Nigdy tak naprawdę nie miałam ochoty rzucić się na kogoś z pazurami, ale dla Szkota Sukinkota gotowa byłam zrobić wyjątek.

– Twoi pobratymcy wstydziliby się za ciebie – przemówiłam do jego pleców.

Z niedowierzaniem spostrzegłam, że ramiona zaczęły mu się trząść. Czyżby się śmiał? W błyszczącej metalowej obudowie ekspresu do kawy zobaczyłam jego zniekształcone odbicie. Uśmiechał się od ucha do ucha, ukazując niemal wszystkie zęby.

Co za wstrętny typ!

Daleko mi było do perfekcji, kiedy ignorując wrogie spojrzenia ludzi, zgrzana i zaczerwieniona, wracałam na koniec kolejki, teraz już o pięć osób dłuższej.

Dwie minuty później Szkot przeszedł obok mnie z zadowoloną miną i ironicznie zasalutował mi, unosząc kubek z kawą.

– Idź do diabła! – wrzasnęłam za nim.

Facet przede mną spojrzał z obawą i przysunął się do stojącej przed nim kobiety tak blisko, że niemal dotykał jej pleców.

– To skończony osioł – starałam się wytłumaczyć.

Jednak spojrzenie nieznajomego powiedziało mi, że jego zdaniem to raczej ja jestem oślicą. I trudno zaprzeczyć, ten okropny Szkot właśnie zrobił ze mnie oślicę. A może była to wina mojego kiepskiego nastroju. Sama nie wiedziałam. Tak bardzo pragnęłam jak najszybciej znaleźć się w domu i chociaż niesprawiedliwie jest oceniać całą społeczność na podstawie zachowania jednego człowieka, nie chciałam już nigdy natknąć się na żadnego Szkota. A już podróż do Szkocji byłaby największą karą.

Nagle nadawany przez głośniki komunikat przykuł moją uwagę.

– Co takiego? – Znieruchomiałam, zamieniając się w słuch.

– …lot DL180 do Bostonu został odwołany. Pasażerowie są proszeni o zgłoszenie się do stanowiska obsługi w celu wymiany biletów.

Zrezygnowałam z kawy i kolejny raz szybko poszłam przez halę lotniska do swojej bramki. Zgromadził się tam już niewielki tłumek, a znany mi pracownik lotniska tłumaczył zebranym, dlaczego odwołano lot. Okazało się, że wybuch wulkanu, przez który odwołano loty w Europie, wywołał efekt domina, uziemiając krajowe loty w Stanach.

– Załoga tego samolotu nie zdążyła na miejsce z powodu odwołanych lotów transoceanicznych z Europy. W tej chwili brakuje nam personelu lotniczego, ponieważ wiele załóg obsługujących loty międzynarodowe utknęło za oceanem. Niestety, oznacza to, że planowany lot do Bostonu się nie odbędzie. Bardzo proszę ustawić się w kolejce, żebyśmy mogli dokonać odpowiednich zmian w państwa planach podróży.

Kilka osób zaczęło narzekać, że o zmianach poinformowano nas tak późno, bo przecież „na pewno wcześniej wiedzieli, że brakuje im ludzi”. Wiele osób postanowiło zatrzymać się w hotelu przy lotnisku i czekać na pierwszy dostępny lot do Bostonu. Im więcej osób decydowało się na takie rozwiązanie, tym bardziej byłam zdenerwowana.

Nie ma mowy, żebym została kolejną noc w Phoenix.

Dwa dni najzupełniej wystarczą.

Musiałam wrócić do domu. Tak szybko, jak to tylko możliwe. Inaczej groził mi gwałtowny, niekontrolowany atak histerii.

Kiedy wręczałam pracownikowi lotniska dokument i bilet, ręce drżały mi ze zdenerwowania. Mężczyzna najwyraźniej mnie rozpoznał, ponieważ z niechęcią zacisnął wargi.

– Czy jest jakaś inna możliwość dostania się do celu? Może lot do innego miasta i stamtąd do Bostonu?

Rozluźnił się i posłał mi współczujący uśmiech, jakby usłyszał drżenie w moim głosie.

– Jutro rano jest planowany rejs z Chicago. Dotarłaby pani do Bostonu przed południem. A samolot do Chicago startuje stąd za godzinę. – Zerknął na monitor komputera i uśmiechnął się z lekką ironią. – Na oba loty są jeszcze wolne miejsca w pierwszej klasie.

Poczułam wielką ulgę i oparłam się bezwładnie o kontuar. Nie obchodziło mnie, ile to będzie kosztować. Po prostu podałam facetowi swoją kartę kredytową.

– Dziękuję.

Potem znów uniosłam wzrok do sufitu. Dziękuję ci, Wszechświecie.

3

Spoglądałam, osłupiała, to na swój bilet pierwszej klasy, to na miejsce w samolocie.

Następnie wzrokiem, który mógł zabić, zmierzyłam osobę, która miała siedzieć obok mnie.

– To chyba jakiś żart. – Niech cię szlag, Wszechświecie. Między nami wszystko skończone.

Szkot Sukinkot podniósł wzrok znak gazety i lekko potrząsnął głową.

– Błagam, powiedz mi, że nie będziesz siedziała obok mnie podczas lotu trwającego ponad trzy godziny.

– Mnie też to nie cieszy – zapewniłam go, otwierając schowek na bagaż podręczny ponad rzędem foteli.

Gdy unosiłam walizkę, która ważyła tonę (poważnie; to cud, że ją domknęłam), lekko się zachwiałam. Walizka wysunęła mi się z rąk i wyrżnęła Szkota w głowę. Słysząc głuche stęknięcie, uśmiechnęłam się słodko.

– Przepraszam. To było niechcący. – Mój uśmiech mówił jasno, że wcale nie jest mi przykro.

– Pomogę pani. – Facet w moim wieku, ubrany w garnitur szyty na miarę, pośpieszył mi z pomocą, ale Szkot wstał, odsunął go szorstko i wyjął mi z rąk walizkę.

– Lepiej będzie, jeśli sam to zrobię. Inaczej może się to dla mnie skończyć wstrząśnieniem mózgu.

– A to byłoby bardzo przykre. – Wyminęłam go, żeby wsunąć się na swoje miejsce, podczas gdy on zajmował się moim bagażem.

Już wcześniej wyjęłam z walizki czytnik e-booków i włączyłam go, zanim Szkot Sukinkot wrócił na miejsce obok. Chociaż dzieliły nas podwójne podłokietniki z uchwytami na napoje, i tak czułam się przytłoczona jego gabarytami.

Zamierzałam natychmiast zatopić się w lekturze książki i zająć się swoim życiem, jakbym wcale nie siedziała obok gburowatego, zabójczo atrakcyjnego faceta, w którego żyłach bez wątpienia musiała płynąć domieszka krwi wikingów. Postanowiłam go ignorować, ponieważ nie miałam wątpliwości, że usłyszę jakiś grubiański komentarz na temat wagi mojego bagażu. Nie miałam jednak okazji okazać mu swojej obojętności, ponieważ on zrobił to pierwszy. Rozłożył stolik umieszczony z boku fotela, postawił na nim laptopa i go włączył. Jakbym była niewidzialna.

– Panie Scott? – Steward, który mnie powitał, gdy wchodziłam na pokład, stanął nad nami z tacą drinków. – Czy mogę zaproponować coś do picia przed startem? Może szampana?

– Woda – odpowiedział oschle, jak to najwyraźniej miał w zwyczaju.

Pan Scott – Szkot Sukinkot.

Steward wręczył mu szklankę wody i uśmiechnął się do mnie.

– A co dla pani, pani Breevort?

– Poproszę kieliszek szampana – odrzekłam natychmiast, gromiąc wzrokiem sąsiada za taką nieuprzejmość. – Bardzo dziękuję – dodałam z naciskiem.

I znów, nie wiem dlaczego, oczekiwałam od Szkota Sukinkota jakiegoś komentarza, kiedy tuż przed jego nosem sięgałam po napój z bąbelkami. Nie zauważyłam jednak żadnej reakcji.